Czarodzieje
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.

Share
 

 "just friends", huh?

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


Marla O'Donnell

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 18
Czystość Krwi : 25%
Wzrost : 168 cm
C. szczególne : szeroki uśmiech, roziskrzone spojrzenie, głośny śmiech, koścista sylwetka, bardzo ekspresyjny sposób bycia, wyraźnie zarysowane kości policzkowe, irlandzki akcent, często wplata kolorowe apaszki we włosy
Galeony : 879
  Liczba postów : 703
https://www.czarodzieje.org/t20424-marla-o-donnell#646655
https://www.czarodzieje.org/t20478-marla-o-donnell#647470
https://www.czarodzieje.org/t20470-marla-o-donnell#647414
https://www.czarodzieje.org/t20875-marla-o-donnell
"just friends", huh? QzgSDG8




Gracz




"just friends", huh? Empty


Pisanie"just friends", huh? Empty "just friends", huh?  "just friends", huh? EmptyWto Sty 04 2022, 00:55;


Retrospekcje

Osoby: marla i @murphy m. murray
Miejsce rozgrywki: hogwart
Rok rozgrywki: 2021
Okoliczności: to co wydaje się być proste w nocy, rankiem nigdy nie jest, czyli rozmowa tuż po wzgórzu



Trochę żałowała, że umówili się na tę naukę, bo kompletnie nie miała siły na zderzenie z Murphym, a tym samym nową rzeczywistością, którą to spotkanie ze sobą niosło. Nie dlatego, że nie chciała go widzieć – bo chciała, jak zawsze – ale wspomnienia z wczoraj wciąż paliły żywcem, zwłaszcza wyraz jego twarzy, gdy tak szybko postanowił oddalić się do zamku. W nocy nie zmrużyła oczu nawet na sekundę, wciąż wracając do retrospekcji, murrayowych dłoni wprawiających jej ciało w nieznane dotąd rozedrganie i bliskości, na którą zgodziła się pod wpływem chwilowego zamroczenia umysłu i alkoholu. I wzbierających w niej uczuć, których nie umiała nazwać i opisać.
Bała się przyznać, nawet przed samą sobą, że znaczyło to dla niej więcej niż zazwyczaj, ale gdy tylko myślała o nim i spojrzeniu, jakie jej posłał, gdy próbowała ratować tę przyjaźń, czuła nieprzyjemny ścisk w okolicy serca. Jakby już nie dało się nic naprawić i te kilkanaście minut przyjemności oraz upragnionej bliskości było niewiele warte. Bo miała niejasne wrażenie, że Murphy odebrał to zupełnie inaczej, w zdecydowanie mniej wzniosłym i oczywistym tonie niż ona.
Oklapła ciężko na poduszki i przymknęła powieki, pogrążając się w ponurych rozmyślaniach. Szukała w głowie najróżniejszych głupot, którymi mogłaby zapełnić niezręczną ciszę, gdy już będą razem, a kiedy usłyszała pisk otwieranych drzwi, podniosła się, wlepiając w niego oceniające spojrzenie. Ciężko było wyprzeć to, że zazwyczaj witali się wylewnie, toteż wstała gwałtownie, gotowa, aby do niego radośnie podbiec, ale jeszcze ciężej było zapomnieć, że kilkanaście godzin temu leżała w jego ramionach, najpierw chłonąc obecność przyjaciela, a potem drżąc co przyniesie jutro. A jutro nadeszło szybciej niż się spodziewała. – Hej – przywitała się niemrawo, spuszczając wzrok na podłogę, kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały. Nie była w stanie udźwignąć tego żalu, kryjącego się w błękitnych tęczówkach Murraya. Gdyby wiedziała, że będzie musiała się z tym mierzyć, pewnie nigdy nie pozwoliłaby mu na takie zbliżenie. – Nie wiem od czego w sumie zacząć, wczoraj wszystko wydawało się łatwiejsze – przyznała, gdy tylko zapadła krępująca cisza. – Może najpierw przejrzymy książki, poczytamy trochę teorii, chociaż to strasznie nudne i ogarniemy co w ogóle musimy wiedzieć? – odważyła się na niego zerknąć, wskazując palcem na stos woluminów, które przytargała z biblioteki. – Zaczynam mieć wątpliwości czy w ogóle się do tego nadaję, bo rano nie potrafiłam rzucić najprostszego zaklęcia transmutacyjnego – wyznała zawstydzona. Nie umiała dopowiedzieć, że była po prostu rozproszona, wciąż analizując to, co się między nimi wydarzyło. – Czy my w ogóle będziemy umieli uwarzyć eliksir animagiczny? – spytała, a jej ciało przeszedł dreszcz, bo forma my wydawała jej się mocno nie na miejscu. Chciała wybiec z pomieszczenia, byleby tylko nie musieć się mierzyć z Gryfonem w tak niezręcznych okolicznościach. A z drugiej strony pragnęła objąć go ciasno kościstymi ramionami i już nigdy nie wypuszczać z rąk, składając gorące pocałunki na jego bladej twarzy, szepcząc wszystko to, na co nie umiała odważyć się wczoraj. Że w dupie ma tę przyjaźń i chce czegoś więcej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Murphy M. Murray

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 173
C. szczególne : często chodzi po szkole z rogami lub ogonem, a w chwilach wzmożonych emocji włosy zawsze informują o tym otoczenie swoim kolorem; blizna po ranie ciętej na lewym boku na wysokości pępka
Dodatkowo : Metamorfomagia
Galeony : 866
  Liczba postów : 331
https://www.czarodzieje.org/t20812-murphy-m-murray#663687
https://www.czarodzieje.org/t20818-rower#663837
https://www.czarodzieje.org/t20819-murph#663838
https://www.czarodzieje.org/t20811-murphy-m-murray#663685
"just friends", huh? QzgSDG8




Gracz




"just friends", huh? Empty


Pisanie"just friends", huh? Empty Re: "just friends", huh?  "just friends", huh? EmptyWto Sty 04 2022, 01:53;

Nie mam pojęcia, w jaki sposób mam teraz wyjść naprzeciw Marli. Kręcę się w miejscu, odwlekając moment, w którym będę musiał wyjść z dormitorium, udać się do umówionego miejsca i spojrzeć jej w oczy. Że niby mieliśmy skupiać się teraz na transmutacji, dowiadywać, jak zostać animagami i ignorować fakt, że poprzedniej nocy…
Zaciskam mocno powieki. Staram się o tym nie myśleć, ale wystarczy, że rozproszę się na sekundę, a natychmiast zalewają mnie retrospekcje z tego wczorajszego zbliżenia i jej słowa, które za każdym razem wysysają ze mnie cały tlen. Po raz setny przeklinam te jebane kremówki. Nie jest tak łatwo na powrót ustawić w swoim umyśle blokad uniemożliwiających dostrzeżenie, że zależy mi na niej bardziej, niż na przyjaciółce – bo miałem praktycznie całą noc na przemyślenia i to ewidentnie zaczęło się we mnie dziać już wcześniej. Po prostu zawsze odwracałem wzrok, nieugięcie poruszając się po znajomym schemacie – dopóki Marla nie zmiotła go z powierzchni ziemi jednym prostym gestem, zaraz po tym zatrzaskując  mi metaforyczne drzwi przed nosem. Ciężko będzie teraz udawać, że chcę się tylko przyjaźnić, w czasie kiedy bardzo dobrze pamiętam, jak smakują jej usta.
Chociaż może nie będzie tak źle? Może spojrzymy dzisiaj na siebie i okaże się, że wczoraj coś mi się jednak tylko wydawało przez wypity alkohol i adrenalinę po zmianie w kanarka?
Łudząc się ten sposób, odnajduję w sobie siły, żeby opuścić dormitorium i przemaszerować przez szkołę pospiesznym krokiem – na wszelki wypadek, żebym z rozpędem dotarł na miejsce i nie miał zbyt dużo czasu na myślenie, bo jeszcze zacząłbym się wymigiwać, a miałem zamiar spełnić prośbę Marli. Nie chcę całkiem zaprzepaścić tej znajomości. Kiedyś na pewno wspomnienie ogniska wytrze się w pamięci, rozmaże i będę wracał pamięcią do tego momentu teraz i uśmieję się ze swojej obawy przed stawieniem czoła Gryfonce.
Gdy tylko otwieram drzwi, a moje spojrzenie pada na Marlę, uświadamiam sobie, że wcale mi się nic wczoraj nie wydawało. Moje tętno natychmiast przyspiesza, a ja przełykam ślinę. Jej wyraz twarzy i niemrawe przywitanie wykręca mi wnętrzności. Musi naprawdę żałować tego, do czego między nami doszło.
Na samą myśl zaciskam mocno dłonie w kieszeniach, ciesząc się, że w pewnym momencie życia wykształciłem przedziwny tik, przez który na każde ukłucie bólu reaguję uśmiechem – może i niemrawym, ale to chyba lepsze niż inna reakcja i pokazanie prawdziwych uczuć inaczej, niż przez ciemniejące o ledwo zauważalne kilka tonów włosy. Lepsze niż psucie tej relacji uczuciami, które zachowuję dla siebie.
Hej! — staram się brzmieć dziarsko, ale wychodzi kiepsko. Zauważam cienie pod oczami i przez chwilę mam ochotę jej przypomnieć, że przecież powiedziałem, że nie ma się czym martwić, ale rezygnuję. — Kac? — pytam zamiast tego, bo zresztą to pewnie bardziej trafna diagnoza jej dolegliwości. To, że ja całą noc o niej myślałem, nie znaczyło, że z drugiej strony wyglądało to tak samo. Nie tylko to zresztą.
Na jej słowa niemal parskam, wcale nie przez rozbawienie. — Co nie? — rzucam, czując ciężar żołądka ciągnący mnie w dół, bo wcale nie mam na myśli nauki animagii. — Brzmi jak plan — mówię z westchnieniem, odwracając wzrok na książki. Odczytuję ich tytuły, przekładając jedną po drugiej. Niewiele do mnie dociera, chociaż udaje mi się wytypować pozycję, od której chcę zacząć. Póki będziemy zajmować się nauką, może jakoś przetrwam tę obcą niezręczność. Przyciągam sobie pufę, na którą opadam ciężko, zanim nie przenoszę na Marlę zaskoczonego spojrzenia. — Co ty mówisz? Oczywiście, że się nadajesz. Jesteś…do tego stworzona, prawię mówię, ale w mojej głowie wybrzmiewa echo tego, co powiedziała mi na wzgórzu, tuż po tym, jak mnie pocałowała. Odebrałem to wtedy opacznie, ale teraz uświadamiam sobie, że chyba miała na myśli naprawdę tylko latanie. — Jesteś pewnie po prostu zmęczona — mówię, pocierając kark dłonią i wbijam wzrok w spis treści, z którego nie rozumiem ani słowa. Podnoszę spojrzenie dopiero na jej następne słowa. — Eliksir animagiczny? — pytam głupio. Byłem przekonany, że do przemiany będą potrzebne tylko umiejętności transmutacji. — Wooow… to naprawdę wydawało się wczoraj dużo łatwiejsze — mówię, pocierając skronie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Marla O'Donnell

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 18
Czystość Krwi : 25%
Wzrost : 168 cm
C. szczególne : szeroki uśmiech, roziskrzone spojrzenie, głośny śmiech, koścista sylwetka, bardzo ekspresyjny sposób bycia, wyraźnie zarysowane kości policzkowe, irlandzki akcent, często wplata kolorowe apaszki we włosy
Galeony : 879
  Liczba postów : 703
https://www.czarodzieje.org/t20424-marla-o-donnell#646655
https://www.czarodzieje.org/t20478-marla-o-donnell#647470
https://www.czarodzieje.org/t20470-marla-o-donnell#647414
https://www.czarodzieje.org/t20875-marla-o-donnell
"just friends", huh? QzgSDG8




Gracz




"just friends", huh? Empty


Pisanie"just friends", huh? Empty Re: "just friends", huh?  "just friends", huh? EmptySro Sty 05 2022, 03:03;

Uniosła wzrok słysząc kac?, z początku nie kojarząc faktów. Dopiero po chwili sobie przypomniała, że przecież wypili trochę wina, ale to, że sądził, że po takiej ilości miałaby mieć kaca, utwierdziło ją tylko w przekonaniu, że niewiele o sobie wiedzieli. Widocznie nigdy nie przywiązywał uwagi do tego jak wygląda czy się zachowuje – bo nie było to dla niego ważne. – Hm? – spytała nieprzytomnie, chcąc odciągnąć w czasie odpowiedź. I choć zawsze kierowała się w życiu szczerością, tak nie potrafiła mu teraz wyznać, że nie, nie spałam przez ciebie. Zamiast tego przytaknęła z udawaną powagą, dotykając swoich teoretycznie zbolałych skroni. – Tak, za dużo wina – skłamała. Murphy musiałby być głupcem, wierząc w te słowa. Wszystkie kalkulacje, jakie wykonywała w głowie, wskazywały na to, że to ona jest idiotką, bo dopuściła go do siebie i miała złudną nadzieję, że po tym wszystkim zostaną przyjaciółmi, że będzie jak dawniej (nie była na tyle naiwna i odważna z marzeniami, że ta bliskość kiedykolwiek się jeszcze powtórzy, bo oboje tego chcą). Jednak wyraz jego twarzy i zamknięta postawa sugerowały, że jest zupełnie na odwrót – dzieliły ich tysiące kilometrów, których nie byli w stanie przeskoczyć zwykłą pogawędką czy głupimi uwagami. – Też wyglądasz na zmęczonego – zwróciła uwagę na jego sińce pod oczami, z trudem powstrzymując swoje palce przed muśnięciem twarzy przyjaciela jako wyrazu troski. – Możemy to przełożyć, zacząć od jutra czy coś – zaproponowała nieśmiało, bo choć chciała tu z nim teraz być i przemycać ukradkowe spojrzenia, tak nie mogła znieść myśli, że Murphy siedzi tutaj za karę. Bo jej obiecał, a był słowny. Nie przywykła do tego, że czuła się niemile widziana. Że ktoś ją odrzucał, wręcz sprawiał wrażenie jakby nie chciał jej znać. Zacisnęła zęby, żeby nie powiedzieć czegoś, czego będzie potem żałowała.
Sięgnęła po pierwszą lepszą książkę wlepiając wzrok w szereg literek; inercyjnie przeglądała treść, ale jej myśli odpływały i jedyne, o czym myślała to o tym, że jeszcze wczoraj dogadywali się jak nigdy dotąd, a teraz ledwo potrafili przebywać ze sobą w jednym pomieszczeniu. Wyczuwała to napięcie krążące dookoła, a z zamyślenia wyrwał ją dopiero głos Gryfona, że jest… No właśnie, kim? Uniosła pełne nadziei spojrzenie, ale odpowiedź, którą otrzymała, była niczym igła przebijająca tę cieniutką bańkę. Była po prostu zmęczona. I taka się czuła, bo gdy ona mu powtarzała, że jest stworzony, aby z nią współgrać, on bezwzględnie twierdził, że to tylko bycie styranym. Nawet nie przeszło mu przez myśl, że to przez niego nie potrafiła się na niczym skupić. Westchnęła cicho, posyłając mu zbolały uśmiech. – No, miałam ostatnio dużo zmian – bezradnie wzruszyła ramionami, zrzucając wszystko na pracę, której nigdy nie traktowała poważnie. O czym by przecież wiedział, gdyby kiedykolwiek słuchał to co do niego mówi. Gdyby mu zależało.
Aż zaśmiała się na jego zdziwienie. – Okej, chyba musimy zacząć od podstaw podstaw – próbowała rozładować to nieznośne napięcie. – Jak już ogarniemy co i jak to musimy rzuć listek mandragory przez sto lat, a potem zrobić ten eliksir i czekać na jakąś burzę i dopiero wtedy teoretycznie będziemy gotowi. Oczywiście w teorii, bo ja nigdy nie będę gotowa na zmianę w szprotkę albo tego strzyżyka. Też się tak boisz? Bo jak sobie pomyślę, że zostanę w połowie człowiekiem, a w połowie zwierzęciem, to zaczynam panikować i jestem jak ta ryba, co nie potrafi oddychać na ziemi – wpadła w słowotok, próbując nie myśleć o jego ciepłym oddechu smyrającym ją w nos czy miękkich ustach, zatopionych w tych jej. Starała się odnaleźć w przyjacielu oparcie, bo akurat w tej sprawie wszystkie swoje obawy mogła dzielić tylko z nim. I to było najtrudniejsze, bo chciała z Murphym dzielić się czymś więcej niż jedynie lękami. Na przykład każdym momentem w życiu, ale sama myśl o tym wydawała jej się tragicznie bezczelna i nierealna.  
Jego stwierdzenie tylko spotęgowało uczucie bezradności. – Jak tak sobie myślę to… - urwała, dostrzegając z jakim skupieniem pociera skronie, byleby tylko na nią nie patrzeć. – To chyba wczoraj te kremówki sprawiły, że uwierzyliśmy, że możemy latać – wypaliła, a niespodziewany chłód przeszedł jej dreszczem po kręgosłupie, bo utwierdziła się w przekonaniu, że to prawda - że dali ponieść się emocjom i zapomnieli, że transformacja w zwierzę wymaga o wiele więcej niż po prostu chcenia. – Skupmy się ogólnie na animagii, bo niepotrzebnie się podekscytowaliśmy. Ja nigdy nie będę latać inaczej niż na miotle i nie zniosę kolejnego rozczarowania – spuściła wzrok, czując podwójny zawód. Po pierwsze, uwierzyła w to, że jest między nimi coś więcej i mogą funkcjonować poza sferą przyjaźni, ale Murray, odkąd przekroczył próg pomieszczenia, jasno dał jej do zrozumienia, że jest w błędzie. A po drugie dała ponieść się marzeniom o posiadaniu skrzydeł, podczas kiedy treść książek dobitnie wskazywała na to, że przed nią długa droga do zostania animagiem, nie wspominając już o tym, że nie miała żadnej gwarancji, że przeobrazi się w ptaka.
Opatuliła się szczelniej swetrem, żeby pozbyć się tego mroźnego poczucia, że nie jest wystarczająca (w transmutacji czy dla niego, zwłaszcza dla niego). – Znalazłeś coś ciekawego? – prędko zmieniła temat, wertując kolejne strony książki. – Szukam wskazówek co robić, żeby poszło jakoś bardziej gładko, ale to wydaje się takie skomplikowane.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Murphy M. Murray

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 173
C. szczególne : często chodzi po szkole z rogami lub ogonem, a w chwilach wzmożonych emocji włosy zawsze informują o tym otoczenie swoim kolorem; blizna po ranie ciętej na lewym boku na wysokości pępka
Dodatkowo : Metamorfomagia
Galeony : 866
  Liczba postów : 331
https://www.czarodzieje.org/t20812-murphy-m-murray#663687
https://www.czarodzieje.org/t20818-rower#663837
https://www.czarodzieje.org/t20819-murph#663838
https://www.czarodzieje.org/t20811-murphy-m-murray#663685
"just friends", huh? QzgSDG8




Gracz




"just friends", huh? Empty


Pisanie"just friends", huh? Empty Re: "just friends", huh?  "just friends", huh? EmptySro Sty 05 2022, 13:43;

Mruczę w odpowiedzi, chcąc chyba jakkolwiek dać znać, że przyjąłem do wiadomości jej odpowiedź, bo nie mam na to żadnego dziarskiego ani zabawnego komentarza. Dziwię się tylko, że moja dość marna teoria okazała się prawdziwa – ale chyba zdziwiłbym się jeszcze bardziej, gdyby potwierdziła alternatywne wytłumaczenie. Na tym etapie jestem bardziej skłonny uwierzyć, że Marlę z jej tytanową głową do alkoholu sponiewierała odrobina wina i kłębolota, niż w to, że o mnie myślała. — Mmmmnoo, bo jestem. Nie spałem — przyznaję dość automatycznie, przeczesując dłonią grzywkę i odwracając wzrok gdzieś w bok. Nie planowałem się przyznawać do tego, że spędziła mi sen z powiek, ale szybko podejmuję następny temat, żeby nie dać jej szansy na wypytanie o szczegóły mojej bezsenności. — Nie, zróbmy to. Jak już tu jesteśmy. — Wypowiadam te słowa w lekkiej panice, bo mam wrażenie, że jeśli przełożymy to na kiedy indziej, całe to „kiedy indziej” nigdy nie nadejdzie, a na tę myśl robi mi się gorąco i włosy ciemnieją jeszcze odrobinę. Nie chcę rezygnować ze spełnienia kłębolotowej wróżby, nawet jeśli miałaby być w rzeczywistości jedynie swoją dosłowną wersją. Kiedy teraz o tym myślę co prawda, zastanawiam się, czy w ogóle w jakimkolwiek stopniu ma szansę się spełnić, czy może ta pula możliwości została wyczerpana już wczorajszego wieczoru, ale tak czy inaczej — nawet jeśli w tym momencie to istna tortura, siedzieć naprzeciwko Marli i jednocześnie czuć, że jest oddalona bardziej niż kiedykolwiek, to nie chcę z tego rezygnować.
Patrzę na nią ze zdziwieniem, gdy mówi o ilości zmian — bo przecież wcale nie było ich więcej, niż odkąd zaczęła pracę w Geometrii. W końcu co tydzień skrupulatnie sprawdzałem w grafiku nie tylko swoje dni pracy, żeby wiedzieć, kiedy będziemy mogli spędzić razem czas.
Merlinie, ale ze mnie debil. Nie wiem, jak wyjaśnić to, że dopiero teraz zorientowałem się, że Marla jest dla mnie ważniejsza niż zwyczajna przyjaciółka czy w ogóle koleżanka, jak ją uparcie w myślach nazywałem jeszcze do niedawna. Pocieram wierzchem dłoni drgającą powiekę.
Kiedy Marla mówi o swoich obawach, mam ochotę wyciągnąć rękę i pocieszająco ująć jej dłoń – ale ta moja jest jakby zamrożona i gdy tylko o tym myślę, przypominają mi się nasze splecione palce na wzgórzu, a wraz z tym wszystko inne, zwłaszcza to, jak wyzbyłem się wszystkich hamulców i opuściłem bariery, pozwalając jej zbliżyć się do mnie jak nikomu przedtem. A potem przypominają mi się jej słowa na koniec, przez co chowam dłonie pod stolik. — Rozumiem, co masz na myśli. Kiedy byłem mały i mama uczyła mnie kontrolować moją metamorfomagię, kilka razy doprowadziłem się do całkiem opłakanego stanu, a to jest nic przy tym, co może pójść nie tak z animagią — mówię, mimo wszystko szczerze, tak jak bym to zrobił przed wczorajszym wieczorem. Obiecałem. I mimo wszystko – mimo że nie chce mnie tak, jak ja bym jej chciał – Marla jest Marlą i wiem, że mogę jej ufać. — Ale ja jakoś… bardziej boję się dowiedzieć, jakim będę zwierzęciem — przyznaję, bawiąc się swoimi palcami. Skoro zwierzęcy opiekun ma odzwierciedlać naszą naturę… naprawdę bałem się po przemianie zobaczyć coś, co potwierdziłoby mój obawy zamiast wygórowanego mniemania o sobie. Bałem się przekonać, która sprzeczająca się we mnie strona wygrałaby taką dyskusję.
Unoszę czujnie głowę na jej wstęp. Z początku przyglądam się jej z zaciekawieniem, blednąc lekko, gdy Marla precyzuje, co sobie myśli. Otwieram i zamykam usta, mając ochotę dopowiedzieć, że w sumie to jej wróżba z kłębolota zaczęła temat, ale uświadamiam sobie, że ona przecież dobrze o tym wie. Więc wraz z jej następnymi słowami zamieram całkiem, już teraz czując rozchodzące się po potylicy mrowienie i żołądek związujący się w węzeł, chociaż nie jestem w stanie od razu przetworzyć jej słów. W czasie gdy ona jak gdyby nigdy nic wraca do książki, ja intensywnie myślę.
W końcu to ona zainicjowała wczorajszą sytuację, to ona przekroczyła pierwsza granicę przyjaźni, i dopiero na sam koniec stwierdziła, że to jednak jest psucie tego, co już mamy. Więc to rozczarowanie, o którym mówiła, to nawet nie było nic, co zrobiłem. To po prostu byłem ja.
Zamiast odpowiedzieć na jej pytanie, wstaję gwałtownie, odchodząc na kilka kroków od stolika i odwracając się plecami do Marli, zwłaszcza gdy czuję, że to już nie tylko siwiejące włosy odzwierciedlają to, co teraz czuję, ale i blednąca nienaturalnie skóra i pogłębiające się wory pod oczami.
Ze wszystkich ludzi na świecie, po Marli nie spodziewałem się takich słów – chociaż może powinienem, bo to ona wiedziała o mnie najwięcej. Gdy przyznałem się przed nią do tego, jak potraktowałem Grace, jej reakcja pozwoliła mi myśleć, że może to nie było niewybaczalne, że może błędy z przeszłości mogę właśnie tam pozostawić. Teraz jednak przekonuję się, że słowo, które przylgnęło do mnie już w dzieciństwie – rozczarowanie – najwyraźniej ma mi towarzyszyć już zawsze.
Może jednak nie powinniśmy tego robić. Albo ja nie powinienem tego robić – mówię zdławionym głosem, odwracając się do Marli profilem, z jedną ręką wbitą w kieszeń, palcami drugiej uciskając nasadę nosa, zasłaniając przy tym większość swojej twarzy. — I tak pewnie zmieniłbym się w jakąś… jebaną wesz — kwituję, po czym znowu odwracam się do niej plecami i znów przechodzę kilka kroków.
Po czym stwierdzam, że i tak nie mam nic do stracenia. Jeśli jestem tak wielkim rozczarowaniem, a Marla przez całe spotkanie trzyma mnie na bezpieczny dystans, to chyba nawet przyjaźnią nie jest już zainteresowana. Więc w przypływie… nie jestem do końca pewien, czy rezygnacji czy desperacji, ale odwracam się do niej przodem, wkładając drugą dłoń do kieszeni i odsłaniając swoją trupią prezencję. — Dlaczego mnie w ogóle pocałowałaś? — pytam z zacięciem, czy też niemal oskarżeniem, tak jakby tym gestem wszystko zepsuła, chociaż to nie była prawda. Albo może trochę była?
Nie wiem, czy mam prawo czuć się pokrzywdzony faktem, że zwyczajnie nie jestem dla niej wystarczający.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Marla O'Donnell

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 18
Czystość Krwi : 25%
Wzrost : 168 cm
C. szczególne : szeroki uśmiech, roziskrzone spojrzenie, głośny śmiech, koścista sylwetka, bardzo ekspresyjny sposób bycia, wyraźnie zarysowane kości policzkowe, irlandzki akcent, często wplata kolorowe apaszki we włosy
Galeony : 879
  Liczba postów : 703
https://www.czarodzieje.org/t20424-marla-o-donnell#646655
https://www.czarodzieje.org/t20478-marla-o-donnell#647470
https://www.czarodzieje.org/t20470-marla-o-donnell#647414
https://www.czarodzieje.org/t20875-marla-o-donnell
"just friends", huh? QzgSDG8




Gracz




"just friends", huh? Empty


Pisanie"just friends", huh? Empty Re: "just friends", huh?  "just friends", huh? EmptyWto Sty 11 2022, 01:23;

– Okej – odparła mechanicznie zarówno na stwierdzenie, że nie spał, jak i na to, że powinni zacząć od dziś. Kiwnęła głową, chcąc chociaż gestem pokazać mu namiastki podekscytowania, że zabierają się za coś, co przecież było fascynujące – pomimo braku wiary, że akurat jej może się to udać. Pewnie w normalnych okolicznościach spytałaby go o przyczyny bezsenności, ale nuty paniki wybrzmiewające w jego głosie sprawiły, że przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz, a świadomość, że zmienił temat tak szybko tylko utwierdziły w przekonaniu, że nie chciał się z nią tym dzielić. Bo niby dlaczego miałby to robić? – No, jak już tu jesteśmy – powtórzyła po nim z niemrawym uśmiechem, nieświadomie krzywiąc się na dźwięk tych słów. Miała ochotę wyjść, bo to zdanie wypowiedziane na głos było przypieczętowaniem faktu, że Gryfon nie robił tego, bo chciał. Odgarnęła włosy z twarzy i owinęła kosmyk wokół palca, byleby tylko coś zrobić z dłonią, tak desperacko mknącą ku niemu, poszukującą wsparcia w jego dotyku i łaknącą kontaktu z murrayową skórą chociaż na sekundę. 
Zerknęła na niego zaciekawiona, ale zainteresowanie prędko zamieniło się w troskę. – Zawsze myślałam, że to wszystko, co robisz, przychodzi ci z łatwością, że to naturalne – wyznała, bo faktycznie zawsze sądziła, że korzystał z metamorfomagii bez większych problemów i gdy uzmysłowiła sobie, że też miał obawy przed animagią, a opanowanie własnych genów sprawiło mu tyle trudności, to co dopiero jej – zwykłej dziewczynie, która jakimś cudem potrafiła rzucać zaklęcia transmutacyjne na jakimś żenującym poziomie. – Nigdy nie wspominałeś… – zaczęła, ale prędko zamknęła buzię, bo przecież już raz usłyszała wyrzut, że nie powinna myśleć, że jakkolwiek się znają, więc automatycznie uznała, że nie ma prawa narzekać, że o czymś nie wiedziała.  Westchnęła, urywając myśl w połowie, a zaraz potem wlepiła w niego czujne spojrzenie. – Chyba nie mamy na to wpływu. Jakimkolwiek zwierzęciem nie zostaniesz, musisz to zaakceptować, bo taki właśnie jesteś. To trochę jak z wyborem różdżki. Wystarczy, że ją dotkniesz, a ona wie czy się dogadacie czy nie. Tak samo twój zwierzęcy opiekun – najlepiej wie jaki jesteś i no, nie oszukasz tego żadnymi słowami czy udawaniem – nieudolnie próbowała go pocieszyć, bo akurat w tym przypadku – póki co – się nie stresowała, sądząc, że pokornie przyjmie to, co dostanie. Nawet jeśli miałby to być jakiś durny śledź. – Wydaje mi się, że strach przed prawdą jej nie zmieni.
Nie spodziewała się, że Murphy aż tak gwałtownie zareaguje na jej słowa. Ukradkiem spoglądała na niego znad książki, a kiedy wstał, wzdrygnęła się, bo dopiero wtedy ujrzała jego siwe włosy, które próbował ukryć. Odsunęła podręcznik na bok, zaciskając nerwowo palce na poduszce. Nie powinniśmy tego robić.No to zrezygnuj. Zanim znowu podejmiesz się czegoś, czego będziesz żałował – powiedziała z przekąsem, czując jak wszystkie jej mięśnie się spinają. – Jeśli się tak bardzo boisz co nastąpi potem i masz mieć problem z udźwignięciem konsekwencji to faktycznie, lepiej, żebyś odpuścił – dodała, wcale tak nie myśląc. Bo wczoraj uwierzyła, że jej się to uda, ale tylko z nim u boku, z jego wsparciem i determinacją – tę samą, z którą ją całował i pokazywał siebie. Skoro jednak w ten sposób miało wyglądać ich każde spotkanie to wolała to robić w pojedynkę, pomimo żalu, że straciła nie tylko kompana do tego skomplikowanego i wymagającego celu, ale i przyjaciela. Chciała zapytać czy wciąż rozmawiają o animagii czy o tych desperackich próbach bycia blisko, ale już samo to, że się od niej odsunął, dawało jej do zrozumienia, że usłyszy coś, na co nie jest gotowa.
Nie wiedziała co zaskoczyło ją bardziej – pytanie, którego by się nigdy nie spodziewała czy ta trupia prezencja, którą doskonale pamiętała. Poczuła jak wykręcają jej się wnętrzności, krew odpływa z twarzy, a płuca przestają pracować. Zupełnie jakby jej organizm przeznaczył całą energię na intensywne analizy co mu odpowiedzieć. Nie była w stanie skłamać albo zrzucić wszystkiego na alkohol, ale każda próba otworzenia ust w celu wyznania prawdy kończyła się niepowodzeniem, bo strach przed odrzuceniem był silniejszy niż naturalna bezpośredniość i szczerość. 
Nie wiedziała ile tkwiła w tym zawieszeniu, ale kiedy się ocknęła, podniosła się energicznie z ziemi, zmotywowana, aby się z nim teraz zmierzyć. – Bo się zapomniałam. Że nie traktujesz mnie poważnie i że przecież się tak naprawdę nie znamy. Przecież dałeś mi to wyraźnie do zrozumienia całkiem niedawno i choć nie było łatwo to przyjęłam to – powiedziała na jednym wydechu, omiatając spojrzeniem jego chorobliwie bladą buzię. Aż wzdrygnęła się na wspomnienie domu strachów. – Ale wiesz, czasami bywam naiwna. I pozwoliłam sobie wierzyć, że też tego chcesz. Nie wiem czy to ta wróżba czy to jedno spojrzenie, a raczej błysk, którego tam nigdy nie widziałam sprawiły, że ci uwierzyłam. Że dla ciebie to też coś więcej niż zazwyczaj. Ja… – zagryzła wargę, szukając w głowie słów opisujących cały ten chaos, który miała wewnątrz. I wtedy uświadomiła sobie jak bardzo to pytanie było nie na miejscu, bo ilekroć się do siebie zbliżali, i to nawet nie w romantyczny sposób, on dobitnie pokazywał jej, że jest tylko koleżanką. A teraz z zacięciem na twarzy oczekiwał wyjaśnień, święcie przekonany, że mu się należą. – Kurwa, Murphy. To ja powinnam zapytać dlaczego. Dlaczego o to pytasz z wyrzutem, jakby to coś dla ciebie znaczyło? Stoisz przede mną w połowie martwy, a ja dobrze pamiętam jak wyglądałeś wtedy, gdy zobaczyłeś bogina. Aż tak cię to dręczy? Aż tak… – zaczęła z irytacją, a potem westchnęła, nie potrafiąc powiedzieć na głos fragmentu, który wybrzmiewał echem w myślach i sprawiał, że była na skraju omdlenia – aż tak ci było źle?Nieważne. Mogłeś pomyśleć zanim to zaszło tak daleko – wypomniała mu, żwawo gestykulując rękami, zmniejszając między nimi dystans. Gdy tak stała naprzeciw niego z jednej strony chciała odcisnąć na niemalże białym policzku swoją dłoń, żeby dać upust frustracji, a z drugiej mocno go przytulić i już nigdy nie wypuszczać z ramion. Nie mogła jednak powstrzymać tej złości i poczucia, że żyłoby im się lepiej, gdyby wczoraj nie dała ponieść się bliskości. – Żałuję, że to się stało. Żałuję, że cię pocałowałam i ci zaufałam jak mówiłeś, że nie mam się o co martwić. Bo masz bardzo chujowy zwyczaj, że uciekasz jak tylko dopuścisz kogoś do siebie bliżej. Żałuję, bo ten jeden wieczór, kiedy miałam cię przy sobie, nie był tego warty. Nigdy przy nikim się tak nie czułam, a teraz zostanę z niczym. Ale spoko, już przez to raz przeszłam, dam radę i drugi – przypomniała mu, chcąc odwrócić jego uwagę od faktu, że jej zależało bardziej niż powinno. – Tylko następnym razem nie udawaj, że ci zależy na przyjaźni, kiedy jest zupełnie na odwrót – spuściła wzrok, nie mogąc już znieść jego widoku, bo jej złamane serce, rozedrgane przez ten monolog, biło szybciej niż kiedykolwiek. – Nie ucz kogoś latać, jeśli potem podcinasz mu skrzydła – uniosła zaszklone spojrzenie, odszukując jego tęczówki. Wiedziała, że te wszystkie słowa, podszyte czuję coś więcej, zrujnują ich relację do końca, ale chciała mieć pewność, że tylko ona doświadczy tego z jego strony. Tego piekącego odrzucenia i uczucia, że zaangażowała się w coś, co nigdy nie miało prawa bytu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Murphy M. Murray

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 173
C. szczególne : często chodzi po szkole z rogami lub ogonem, a w chwilach wzmożonych emocji włosy zawsze informują o tym otoczenie swoim kolorem; blizna po ranie ciętej na lewym boku na wysokości pępka
Dodatkowo : Metamorfomagia
Galeony : 866
  Liczba postów : 331
https://www.czarodzieje.org/t20812-murphy-m-murray#663687
https://www.czarodzieje.org/t20818-rower#663837
https://www.czarodzieje.org/t20819-murph#663838
https://www.czarodzieje.org/t20811-murphy-m-murray#663685
"just friends", huh? QzgSDG8




Gracz




"just friends", huh? Empty


Pisanie"just friends", huh? Empty Re: "just friends", huh?  "just friends", huh? EmptyNie Sty 16 2022, 00:22;

Niby szybko zmieniłem temat, bo nie chciałem rozmawiać o mojej bezsenności, a jednak to jej "okej" sprawia, że zaciskam mocniej palce na akurat przerzucanej stronie książki i wyginam usta w bardzo niemrawym uśmiechu. Cały ten mętlik w mojej głowie to jeden wielki bezsens, bo wygląda na to, że z jej strony wszystko jest jasne; mimo to czuję, jakby mój żołądek wykręcał zamaszyste piruety, chociaż nie daję po sobie tego poznać, a przynajmniej taką mam nadzieję. Może w głębi serca trochę liczyłem na to, że Marla wyrazi jakieś zmartwienie, zwłaszcza że moje problemy ze snem nie były tematem, który do tej pory podejmowała jakoś niechętnie. Ale to było głupie, wiem, może nawet trochę żałosne, i pewnie dlatego nie od razu przyznałem się do tego przed samym sobą. Zawód ściskający wnętrzności był jednak dość wymowny. Takie upiorne A NIE MÓWIŁEM do samego siebie. Powiedziałbym normalnie, że wybrzmiewające mi w głowie zupełnie jej nie obchodzi, czy tu jesteśmy czy nie[ to intruzywne myśli, ale w obliczu zaistniałych okoliczności wydawały się raczej logicznymi wnioskami. Przyciągam do siebie książkę, której oprawa aż wbija mi się w brzuch, ale prawie tego nie zauważam. W zasadzie to nie wiem, dlaczego jeszcze tu siedzę. Chyba tylko dlatego, że Marla jeszcze nie powiedziała wprost, że wolałaby, żebym sobie poszedł, a jednak była raczej bezpośrednia. Dumy to ja najwyraźniej nie mam, ale wmawiam sobie, że z każdym następnym spotkaniem to będzie łatwiejsze do zniesienia.
Na jej słowa posyłam jej najpierw zdziwione spojrzenie, po czym uśmiecham się słabo. — To tylko tak wygląda, bo trenowałem całe dzieciństwo — przyznaję, odwracając wzrok, bo mimowolnie sobie myślę, że to mało imponujące, co mówię, ale w gruncie rzeczy nie ma przecież powodu, żeby starać się jej imponować. W gruncie rzeczy trochę mnie dziwi, że Marla tak myślała, bo wydawało mi się, że wie, że nie mam jakichś niesamowitych wrodzonych magicznych talentów. Widziała mnie w akcji wystarczająco dużo razy. — Mama mnie uczyła i wiele razy mało nie dostała przeze mnie zawału. Nigdy nie pytałaś — uświadamiam jej ze wzruszeniem ramion, nie rozumiejąc, dlaczego tak urywa to zdanie w połowie. Nigdy nie dawałem do zrozumienia, że jestem bardziej zaawansowany w tej dziedzinie, niż byłem faktycznie.
Musisz to zaakceptować, bo taki właśnie jesteś. automatycznie odsuwam od siebie książkę i mam ochotę wykrzyczeć, że wcale nic nie muszę, ale powstrzymuje się, bo wiem, że Marla ma rację, że to co mnie tak bardzo przeraża to prawda o mnie, której być może nie chcę zobaczyć, a którą ona dojrzała wyraźnie na wzgórzu. Nie odzywam się, bo jestem coraz bardziej przekonany o tym, że kontynuując, jedynie się zawiodę. I tylko sobie będę mógł ten zawód wyrzucać. Strach przed prawdą niczego nie zmieni. Znów nerwowo przeczesuję włosy dłonią. Kurczę się w sobie, biorąc pod uwagę wszechobecne mrowienie – nie tylko wewnętrznie. Czyli to, co tak bardzo Marlę rozczarowało, to nawet nie było nic, co byłbym w stanie zmienić, po prostu... nie da się uciec przed swoją naturą. Jasne. Wszystko.
Nie umiem dłużej chować w sobie swoich emocji, a reakcja Marli tylko potwierdza moje obawy, bo z jakiego innego powodu namawiałaby mnie do tego, żebym się poddał? Jeszcze wczoraj wspieraliśmy się w myśli, że możemy kiedyś latać, a dzisiaj... cóż, dzisiaj już najwyraźniej nastąpiła deziluzja, Marla zdała sobie sprawę, że to było głupie, a jej zachowanie wprawia mnie we wrażenie, że jest tu tylko z jakiegoś poczucia obowiązku, bo coś sobie wtedy obiecaliśmy, chociaż już w to wcale nie wierzy. No to mogła mi tego zaoszczędzić, chociaż mogę przynajmniej wykorzystać ten moment, by rozjaśnić sobie wszystko, bo najwyraźniej jestem masochistą.
W tym momencie czuję ulgę; wiem, że nie będę tego widział tak samo za kwadrans, że to uczucie zniknie, ale teraz, gdy wyrzucam z siebie to, co nie dawało mi spać w nocy, jest mi chociaż odrobinę lżej, chociaż i tak ledwo trzymam się w pionie. Wpatruję się w Marlę z wyczekiwaniem, w czasie gdy serce bije mi w piersi jak oszalałe. — Ja ciebie nie traktuję poważnie? — Nie rozumiem, dlaczego nagle wraca do czegoś, co sądziłem, że już sobie wyjaśniliśmy. — Tak, może i zachowałem się wtedy jak kretyn, bo się bałem, ale okazuje się, że chyba miałem dobry powód, bo dokładnie tego próbowałem uniknąć. — Wskazuję dłonią przestrzeń między nami, sugerując tym gestem, że chodzi dokładnie o tę sytuację w której się znaleźliśmy. Tego, że kiedy się przed nią otworzę, jej się nie spodoba to, co we mnie zobaczy. Zaciskam mocno zęby.
Nie potrafię połapać się w swoich własnych myślach, nagle nic z tego, co mówi Marla do siebie nie pasuje. To też stało w zupełnej opozycji do tego, jak się po wszystkim zachowała. — Co to miałoby niby być to więcej, o którym mówisz? Bo to nie ja stwierdziłem, że to psucie naszej relacji — przypominam jej lekko zdławionym głosem, tak jakby zapomniała, chociaż wiedziałem, że to nieprawda, bo podkreślała to na każdym kroku. Mam ochotę wykrzyczeć jej w twarz, że to nie wspomnienie tamtego wieczoru mnie dręczy, tylko ona, ciągle podkreślając, jak bardzo zły to był pomysł, ale nie zdążam, bo Marla uznaje, że to jest n i e w a ż n e. — Właśnie że, kurwa, ważne! — wykrzykuję, nie umiejąc dusić w sobie całej tej frustracji. — Nie wpadłaś na to, że pytam, bo właśnie znaczyło? Że tak, dręczy mnie słuchanie, jak bardzo wielkim rozczarowaniem jestem? Jeszcze po tym, jak powiedziałem ci więcej o sobie niż komukolwiek innemu, a ty pozwoliłaś mi myśleć, że mimo to jestem dla ciebie coś warty. Więc pytam, bo nie wiem, co mam myśleć. Zrobiłaś to z litości czy jak? — Nie mogę uwierzyć, że naprawdę wypowiadam te wszystkie słowa, oddychając ciężko, jakbym właśnie wbiegł do wieży gryfonów. Połowa słów wypowiadanych przez Marlę przelatuje mi nad głową, zwłaszcza gdy nieugięcie powtarza, jak bardzo żałuje tego, co się wydarzyło. — Nie wiem, może nie zauważyłaś, ale jestem tu i jeszcze nie spierdoliłem, mimo że słuchanie twoich ciągłych przypomnień o tym, że nie jestem dla ciebie wystarczający to jedna z ostatnich rzeczy, na które mam ochotę — mówię i dopiero teraz dociera do mojej świadomości jedno zdanie, które wypowiedziała.
Nigdy przy nikim się tak nie czuła.
Automatycznie robię krok naprzód, a chociaż staram się ją powstrzymać, cicha nadzieja przywraca cień koloru mojej twarzy. Jest mi słabo, kiedy widzę jej zeszklone oczy, i muszę powstrzymać natychmiastową potrzebę, żeby ją uścisnąć. — To znaczy jak się czułaś? — pytam ostrożnie zamiast tego, chociaż boję się otrzymać odpowiedź. Boję się, że ta cicha nadzieja, że może to jednak jedno wielkie nieporozumienie, jest kompletnie bezzasadna. Ale przynajmniej będę pewien tego, co powinienem zrobić, więc ostatecznie stawiam wszystko na jedną kartę. — Masz rację. Nie będę udawał, bo to prawda, że jest na odwrót. Bo chcę czegoś więcej, niż przyjaźń, Marla. I jeśli ci to przeszkadza, to… — wzruszam bezradnie ramionami. Nie wiem, co wtedy zrobię. Nie wiem, czy dam radę po prostu się z nią przyjaźnić. Na załączonym obrazku widać, że nie wychodziło mi najlepiej trzymanie przy niej uczuć na wodzy. Pomijając wątpliwości dotyczące tego, czy ona w ogóle chciała mieć ze mną jakkolwiek do czynienia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Marla O'Donnell

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 18
Czystość Krwi : 25%
Wzrost : 168 cm
C. szczególne : szeroki uśmiech, roziskrzone spojrzenie, głośny śmiech, koścista sylwetka, bardzo ekspresyjny sposób bycia, wyraźnie zarysowane kości policzkowe, irlandzki akcent, często wplata kolorowe apaszki we włosy
Galeony : 879
  Liczba postów : 703
https://www.czarodzieje.org/t20424-marla-o-donnell#646655
https://www.czarodzieje.org/t20478-marla-o-donnell#647470
https://www.czarodzieje.org/t20470-marla-o-donnell#647414
https://www.czarodzieje.org/t20875-marla-o-donnell
"just friends", huh? QzgSDG8




Gracz




"just friends", huh? Empty


Pisanie"just friends", huh? Empty Re: "just friends", huh?  "just friends", huh? EmptyPon Sty 17 2022, 02:12;

- To dobrze, w sensie pewnie lepiej ci pójdzie, bo masz już jakieś doświadczenie. Z tym zawałem jestem w stanie ją zrozumieć - parsknęła, ale zaraz potem zamilkła i skuliła się w sobie, kiedy usłyszała nigdy nie pytałaś. Nie zdążyła w porę spuścić wzroku, aby ukryć fakt, że zraniło ją to bardziej niż jego dotychczasowe zachowanie. Zamknęła książkę z hukiem i odsunęła ją od siebie. Gdy pytała, w odpowiedzi otrzymywała informację zwrotną, że nie powinna zaprzątać tym sobie głowy, a kiedy milczała w zamian dostawała durne pretensje, że niczym się nie zainteresowała. - Chyba słusznie - mruknęła pod nosem bardziej do siebie, wyjątkowo nie mając siły na dalsze przepychanki, od razu zajmując się przekonywaniem go, że przejmowanie się aniamgiczną formą nie ma żadnego sensu. Murphy wydawał się być jednak niezbyt ukontentowany jej słowami, bo z każdą kolejną sekundą wyglądał coraz gorzej, jakby zamiast racjonalnych argumentów - w jej mniemaniu - serwowała mu ciosy w plecy. Kompletnie skonfundowana obserwowała jego przemianę, próbując zrozumieć co takiego złego powiedziała.
Zaśmiała się na to nieuzasadnione oburzenie, pomijając wzmiankę o tym, że się bał. - W jednej rzeczy się zgadzamy - zachowywałeś się wtedy jak kretyn. I wiesz co? Teraz robisz dokładnie to samo - posłała mu niemrawy uśmiech, zaplatając ręce na piersi. I nagle uderzyła ją myśl, że wcześniej nawet nie udawał, że mu zależy na jej obecności. Po prostu ją odsunął i robił swoje, żył dalej, a dzisiaj uparcie wmawiał, podpierając się głupią obietnicą, że chce tu być. Westchnęła z rezygnacją, aż przewracając oczami w ramach odpowiedzi na powtórzenie jej wczorajszych słów. Nie sądziła, że to psucie relacji aż tak go drażniło, zwłaszcza, że sam przyznał jej rację. Zacisnęła palce na przegubie ramion, wysłuchując jego krzyku i pretensji o niefortunnie dobrany wyraz - tak jakby wszystko to, co dla niego robiła i jak się wobec niego zachowywała, nie miało żadnego znaczenia. 
Pytam, bo właśnie znaczyło. Serce zabiło jej mocniej, ale cały sens tych słów przestał być istotny w momencie, kiedy dotarło do niej co w głębi serca myślał. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł po kręgosłupie, a echo oskarżenia zginało ją w pół. Że pozwoliła na to zbliżenie z litości. – Dokładnie tak było! Było mi cię tak żal, że stwierdziłam, że chuj, niech zrobi ze mną co chce, co mi tam, przecież jestem taka sama i godność to słowo, którego nie mam w słowniku. Jaki ty jesteś nieudany – pokręciła z niedowierzaniem głową, z trudem łapiąc powietrze. - Nigdy się nie spodziewałam, że przyznam ci rację. Z tym rozczarowaniem. Bo traktowałam cię jak kogoś, kto mnie rozumie i jest moim przyjacielem. I nie wiem co boli mnie bardziej - świadomość, że jestem naiwna, moje wieczne rozterki czy w ogóle zasługuję na ciebie czy to, że ty naprawdę o mnie tak myślisz. Że organizuję komuś taki wieczór, bo... - przełknęła nerwowo ślinę. - Bo myślę tylko o jednym. Ty jebany debilu - wystawiła oskarżycielsko palec, ale kiedy dostrzegła, że ten zdradza jej rozedrganie, prędko zwinęła rękę w pięść i przycisnęła ją do biodra. – Chyba łatwiej byłoby mi znieść to z myślą, że jestem taka litościwa i że mam w głowie jeden cel niż fakt, że straciłam czas na kogoś, kto tylko pozornie docenia moje zaangażowanie – wyrzucała to z siebie i wtem otrzymała kolejny cios. – Wow. Serio, ale zaszczyt, że wciąż tu jesteś! – klasnęła z udawaną radością. – Czy jeszcze to słowo klucz? Jak tak to się nie krępuj i zrób to, tam są drzwi – wskazała dłonią na wyjście; świadomość, że całą sobą pragnęła, aby jej tu nie zostawiał tylko upewniała ją w przekonaniu jak żałosna była.
Zacisnęła palce na rękawach, próbując to sobie poukładać. Co było trudne, bo zmniejszył dystans i zadał kolejne niezręczne pytanie.
Nie wiem czy to jak się czułam jest istotne – zaczęła cicho, ale ostatecznie doszła do wniosku, że nie ma nic do stracenia. Ich relację? Murphy’ego? Zaczynała myśleć, że nigdy tak naprawdę tego nie miała. – Jakbym była w domu – powiedziała zawstydzona, że po raz kolejny (zupełnie niepotrzebnie) się przed nim otwiera. Z drugiej strony przecież już ją ocenił i dobitnie pokazał za kogo ją uważa. Tym bardziej krępujące było mówienie mu o swoich uczuciach. – Całe życie musiałam udawać, że z godnością znoszę to wszystko i że nic mnie nie wzrusza, a wczoraj… Nie wiem. Nie czułam takiej potrzeby. Mogłam odpuścić, bo byłeś obok i czułam się bezpiecznie. I sprawiłeś, że poczułam się ważna, jakbym coś dla kogoś znaczyła. Miałam przez chwilę wrażenie, że… - patrzysz na mnie jakby nikt więcej się nie liczył, pomyślała i zagryzła wargi, aby powstrzymać dalszy monolog. – Ale ja jestem głupia – przyznała nerwowo, ocierając mokre oczy.
Masz rację, nie będę udawał.
Zrobiło jej się gorąco, a zaraz potem na powrót zamarła. – Więcej? – spytała, obejmując się ciasno ramionami. – Jakie, kurwa, więcej? – dodała zaskoczona. Była przygotowana na wszystko, ale nie na to. Nie na wyznanie, że też chciałby coś poza przyjaźnią. Jej myśli galopowały niczym stado hipogryfów, gdy procesowała to wyznanie - była jednak na skraju wyczerpania spowodowanego gonitwą spostrzeżeń i analizą niedopowiedzeń. Bezwładnie opuściła ręce i stanęła naprzeciw Murraya. – Zastanów się sto razy zanim odpowiesz – poprosiła, kładąc dłonie na jego twarzy i stawiając wszystko na jedną kartę. – Murphy, nie jestem nią. Nie jestem piękna ani dobrze wychowana ani tak spokojna. Nie odnajdziesz jej w żadnym moim zachowaniu, nie zastąpię ci jej i nawet nie będę się starała udawać, że jakkolwiek ją przypominam. Bo to ponad moje siły. Nie zniosę bycia porównywaną ani tej tęsknoty, którą na co dzień nosisz w sercu. I nie będę też cię prosiła o to, żebyś się jej pozbył, bo nie mam do tego prawa. Więc zanim cokolwiek zrobisz albo powiesz – zrobiła krok w tył, nerwowo skubiąc palce – zastanów się czy chodzi o mnie, bo to ja, czy równie dobrze mógłbyś teraz rozmawiać z kimś innym, bo po prostu wypełniasz pustkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content

"just friends", huh? QzgSDG8








"just friends", huh? Empty


Pisanie"just friends", huh? Empty Re: "just friends", huh?  "just friends", huh? Empty;

Powrót do góry Go down
 

"just friends", huh?

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: "just friends", huh? QCuY7ok :: 
retrospekcje
-