Czarodzieje
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.

Share
 

 Jasnowidzenie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


Maximilian Brewer
Maximilian Brewer

Absolwent Gryffindoru
Wiek : 21
Czystość Krwi : 10%
Wzrost : 178 cm
C. szczególne : Blizny na całym ciele, które wychynęły po usunięciu wszystkich mugolskich tatuaży, runa agliz na lewym ramieniu, krwawa obrączka na palcu serdecznym prawej dłoni, blizna w kształcie błazeńskiej czapki na prawej piersi, trzy blizny przez całe plecy, blizna w kształcie kluczy tuż nad sercem, runa jera na brzuchu
Dodatkowo : Jasnowidzenie
Galeony : 6921
  Liczba postów : 2346
https://www.czarodzieje.org/t18375-maximilian-brewer
https://www.czarodzieje.org/t18475-listy-tradycyjne-maxa#526264
https://www.czarodzieje.org/t18374-maximilian-brewer
https://www.czarodzieje.org/t18428-maximilian-brewer-dziennik#52
Jasnowidzenie QzgSDG8




Moderator




Jasnowidzenie Empty


PisanieJasnowidzenie Empty Jasnowidzenie  Jasnowidzenie EmptyCzw Mar 05 2020, 22:46;

Jasnowidzenie


Trudno powiedzieć, co pamięta z tamtego dnia. Chyba niewiele, w końcu miał ledwie trzy lata, może trochę więcej, w końcu po tak długim czasie, nie da się już określić dni i godzin, które minęły bezpowrotnie. Musiało to jednak być wkrótce po jego urodzinach, lato było zapewne ciepłe, a powietrze aż drżało od słońca, owady musiały brzęczeć, a on był z mamą na spacerze. W parku? Najpewniej, bo nie przypominał sobie, by tamtego dnia jechali na wycieczkę poza miasto. Jednak tak naprawdę — niewiele w ogóle pozostało w jego głowie z tamtych chwil, kiedy po prostu przechadzali się po okolicy, a on trzymał mamę mocno za rękę.

Zatrzymali się na chwilę przy ławce, na której mama go posadziła, a później podała mu butelkę z wodą. Zmartwiła się i zamarła w pół ruchu, bo dostrzegła u niego znowu to nieco nieobecne spojrzenie, a później zorientowała się, że chłopiec spogląda gdzieś przed siebie, jakby coś tam widział. Czasami miała wrażenie, że Max zachowuje się jak kot, który widzi duchy albo inne dziwne rzeczy, a tych przecież nie ma. Bała się, że coś z nim nie w porządku, ale kiedy zabierała go do lekarzy, ci tylko kręcili głową i zapewniali ją, że wszystko jest w porządku. Że nie mógł również pamiętać tego.
- Mamusiu? Za rok będę miał braciszka, prawda? I będziecie na niego wołać Pete - stwierdził w końcu chłopiec z niezbitą pewnością siebie. To nie brzmiało jak pobożne życzenie, ale coś, o czym był święcie przekonany. Zaraz też podniósł rączkę i wskazał jej na miejsce przed nimi, niewielki spłachetek zieleni i dodał, że będą wtedy siedzieć o tam, a ona będzie starała się uśpić małego, który będzie głośno płakał.

Płakał. Niesamowicie głośno, a ich ojciec ze zrezygnowaniem powtarzał cały czas: "Pete, Pete", jakby to miało cokolwiek zmienić. Max uśmiechał się lekko, nie czuł niczego dziwnego, po prostu wiedział, że tak ma być. Tylko jego mama obserwowała go uważnie, bojąc się, że za chwilę dostrzeże u niego znowu to kocie spojrzenie, które nie zwiastowało niczego dobrego.


* * *

Płakał. Dużo płakał, bo nie rozumiał, co się z nim dzieje. Wizje stawały się coraz silniejsze, a on nie miał pojęcia, czemu przychodzą. Ojciec zawsze wtedy na niego krzyczał, kazał mu nie zmyślać i twierdził, że na pewno ma coś nie tak z głową. To była nieustanna przepychanka, której jako dziecko nie rozumiał. Tak samo, jak tego, dlaczego tata poświęca więcej czasu jego rodzeństwu, z czym się to wiązało? Czy był bardzo zły, bo faktycznie widział rzeczy, jakich inni nie widzieli? Skoro tak, starał się nie pozwalać na to, by to przychodziło. Zaczęły się zatem jego problemy zdrowotne. Bóle głowy, migreny, wymioty. Ojciec kazał przestać mu udawać. Nic już nie rozumiał.


- Mamo... Mamo, znowu - powiedział cicho, kiedy wracali z miasta. Kupowali akurat jakieś rzeczy do szkoły, czy coś podobnego, mieli całkiem sporo zakupów, a on wiedział doskonale, że coś chce się do niego przedostać. Jego rodzeństwo było wyjątkowo głośne, krzyczeli, szarpali się i ogólnie rzecz biorąc zachowywali, jak stado wygłodniałych małp, a on czuł, jak lunch podchodzi mu do gardła.
Kobieta zatrzymała się bez słowa na poboczu, włączyła światła awaryjne i wysiadła, by móc go wyprowadzić. Miała nadzieję, że świeże powietrze pomoże, ale naprawdę przestała już cokolwiek z tego rozumieć. Lekarze nadal nie widzieli nic dziwnego w jego zachowaniu, nie znajdowali żadnych przyczyn tego, co się działo i twierdzili, że chłopiec jest w pełni zdrów. Bała się, że to coś, czego nie widać, czego nie da się znaleźć. Czasami, kiedy płakała nocą, oskarżała o wszystko biedną, nieszczęsną kobietę, która urodziła Maxa i zmarła w parę dni po porodzie. Może to jej wina, że z chłopcem było coś nie w porządku? Tylko co?
Otarła mu usta, kiedy zwymiotował i odetchnęła głęboko, po czym zapytała, co widział, ale on tylko pokręcił głową. Był blady jak ściana i w tym właśnie momencie postanowiła, że koniec z tym. Jej mąż nie mógł mieć racji, krzycząc i zakazując opowiadania o tym wszystkim. Zawarła z Maxem pakt, na mocy którego miał przybiegać do niej zawsze, kiedy to się zaczynało, miał opowiadać, co czuje, co się dzieje, a ona będzie z nim. Była gotowa poświęcić mu ten dodatkowy czas, byle tylko nie cierpiał.

* * *

Wszystko stało się jasne. Początkowo, gdy usłyszał te wszystkie rewelacje, nie chciało mu się w to wierzyć. A później zaczął łączyć fakty. Nie tylko widział rzeczy, których nie było, ale przecież pewnego dnia zrzucił z blatu tort urodzinowy ojca, bo tego chciał. Nie mówiąc już o innych rzeczach, jakie mu się przydarzały. To nie byłoby jednak potwierdzeniem, gdyby nie to, że ojciec zrobił się blady jak ściana i właściwie padł zemdlony na fotel, mamrocząc coś niewyraźnie o tym, że tak nie może być, że mu tłumaczyła, że przecież jej krew nie jest najmocniejsza i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. Podwójny cios, z którego musiał się pozbierać.


- Czy ja dalej mogę do ciebie mówić mamo?
Patrzył niepewnie na kobietę, kiedy ta odprowadziła go na pociąg. Nie było tutaj ojca, nie miał się zjawić, nie chciał tego i ewidentnie odcinał się od tego świata. To samo wydarzyło się, kiedy mieli kupić różdżkę i wszystko to, co Maxowi miało być potrzebne w nowej szkole. Został sam, z kobietą, którą od dziecka uważał za swoją rodzoną mamę, a teraz miał w głowie prawdziwy mętlik. Ta jednak skinęła poważnie głową, a w jej oczach dostrzegł łzy. Była jego mamą. Jednocześnie też nie była. To było bardzo skomplikowane dla dziecka, które dopiero zaczynało dorastać i nie bardzo wiedział, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Jakoś musiał, choć nie wiedział nadal — jak. Pamiętał, że bardzo płakała, kiedy się z nim żegnała, ale jednocześnie uśmiechała się szeroko — w końcu zrozumiała, że nie jest chory, nie ma problemów, że po prostu jest czarodziejem, który posiada niezwykły dar, najpewniej odziedziczony po przodkach, których nawet nie znał.


* * *

- Skąd wiesz, że ona naprawdę jest taka jak ja?
- Że jest czarownicą? Pani Bloomwood przyszła do nas dziś rano i powiedziała, że wie, że do niej przyjdziesz. Nie umie powiedzieć tylko, kiedy dokładnie, ale raczej wkrótce, bo wciąż byłeś dzieckiem, kiedy cię widziała.
- Brednie!

Dom nie był malutki. Stary, ale zadziwiająco piękny, cały ukwiecony, dokładnie taki, jaki powinien stać nad morzem. Było w nim coś malowniczego, pociągającego, a jednocześnie strasznego. Jakby za jego niewielkimi oknami coś się czaiło, czekało tylko na chwilę, w której będzie mogło wypełznąć na świat i z prawdziwym zadowoleniem oznajmić, że od teraz ciemność spowija cały świat. To oczywiste, że chatka ta była niczym domek z piernika, a w jej wnętrzu kryła się prawdziwa Baba Jaga, która z pewnością miała chęć pożreć okoliczne dzieci.

- Nie możesz tego powstrzymywać. Chyba dobrze wiesz, jak źle się wtedy czujesz - powiedziała pani Bloomwood, całkiem czule i machnąwszy różdżką, sprowadziła na stół dwie filiżanki. Elegancki imbryk znajdował się już na blacie, a woda w jego wnętrzu była gorąca. Kobieta nasypała herbacianego suszu do porcelany, a później zalała go, obserwując z pewną dozą rozbawienia chłopca, który wyraźnie próbował być mężczyzną, ale przypominał raczej dziecko, które zdarło kolana i teraz potwornie chciało mu się płakać.
- Nie chcę tego. Tata mówi, że to chore - rzucił na to warkliwie, ale był zbyt młody, by faktycznie brzmieć groźnie. Ileż on miał lat? Dwanaście może? Chyba trzynaście? Jakoś tak, na pewno dopiero zaczynał swoją edukację w Hogwarcie, a biorąc pod uwagę, jak uparcie był odsuwany przez lata od własnego świata, nie dziwiła się wcale, że daje się płonąć wręcz furią, gdy myśli o swoich magicznych zdolnościach. Jeśli zaś jego ojciec usilnie wmawiał mu, że jest chory, psychicznie, jak należało podejrzewać, bo przejawia dar, jaki najpewniej odziedziczył po swoich dalszych przodkach, to był to problem, co najmniej podwójny.
- To trochę tak, jakbyś nie chciał mieć rąk. Albo nóg. To część ciebie - wyjaśniła więc skrupulatnie, co spotkało się tylko z wybuchem agresji, zakończonym łzami na jego policzkach. Był bezsilnym dzieckiem, a teraz pani Bloomwood dostrzegała, że najwyraźniej otrzymywał wsparcie jedynie od swojej, jak podejrzewała, macochy. Tylko ta kobieta starała się go zrozumieć, a co lepsze, akceptowała go. Widać było, że bardzo go wspiera, kiedy więc tylko pani Bloomwood zjawiła się na progu ich domu i powiedziała, że wyczytała to wszystko z wróżb, Melinda Orzechowski nie protestowała wcale, ale niemalże rozpłakała się ze szczęścia, że tutaj, w ich małym miasteczku, znalazł się ktoś, kto mógł zadbać o Maximiliana. Pewnie pani Bloomwood nie zwróciłaby na niego uwagi, gdyby magia sama do niej nie przemówiła, nie interesowała się zbytnio młodzieżą i żyła w swoim, nieco starszym świecie, ignorując wiele z otaczających ją elementów wystroju życia. - Jeśli je powstrzymasz, będzie tylko gorzej, bo w pewnym momencie upomną się o rozmowę, jeszcze głośniej i boleśniej, niż robią to w tej chwili.


* * *

- Co widziałeś, Max?
- Wypadek.
- Powiedziałeś o tym ojcu?
- Nie uwierzył mi. Powiedział, że zamknie mnie w szpitalu psychiatrycznym.

Samochód wyglądał fatalnie. Cały jego przód był wgnieciony, trudno powiedzieć, gdzie podział się silnik, nie dało się właściwie rozpoznać, jaka to była marka. Cudem od Boga, jeśli ktoś w niego wierzył, było to, że w wypadek nie okazał się śmiertelny. Lekki wstrząs mózgu, złamane nogi, to nie było jeszcze to, po czym naprawdę trzeba było rozpaczać, ostatecznie bowiem wszystko dało się wyleczyć, poskładać w jedną całość i ruszyć do przodu. Samochód też nie był chwilowo tak ważny, w końcu mężczyzna i tak nie będzie mógł prowadzić przez kilka następnych tygodni, jeśli nie dłużej. Żył, to było coś, z czego powinien cieszyć się w sposób wręcz niepomierny, ale zamiast tego, na jego twarzy malował się wyraz gniewu, którego nikt nie mógł zrozumieć.

Oskarżenie, które skierował w jego stronę ojciec, było tak absurdalne, że w pierwszej chwili po prostu się roześmiał. Nie chciało mu się wierzyć, że ktokolwiek mógł wpaść na coś tak absurdalnego! Miał zmyślać z tymi wizjami tylko po to, by pewnego dnia uszkodzić samochód i skazać ojca na śmierć? W tym momencie doszedł do wniosku, że mężczyzna jest już chyba pomylony albo chory z urojenia, inaczej nie dało się tego powiedzieć. Ostrzegał go, starał się mimo wszystko wskazać mu, że może wydarzyć się tragedia, ale on go nie słuchał, machał na to ręką i traktował go, jak wariata, którego trzeba było unieszkodliwić. Teraz zaś toczył pianę z pyska, leżąc na szpitalnym łóżku i wymachując wściekle rękami, przez co wyglądał jak jakiś pomylony wiatrak.
- To ty! To twoja wina, zrobiłeś to specjalnie...!
Słowa zaczynały powoli spływać po nim jak po kaczce. Nie czuł się winny, zrobił wszystko, żeby go powstrzymać, opowiedział mu, co widział, a jego macocha starała się powstrzymać męża przed tą niepotrzebną podróżą do miasta. Efekt był, jaki był, ale Maxowi nie chciało się wręcz wierzyć, że ten mężczyzna, już nawet nie ojciec, ale ten człowiek, nie był w stanie po tak wielu latach zrozumieć, że on nie kłamie, że on naprawdę widzi przyszłość, co wcale nie jest dla niego tak wesołe i cudowne, jak mogłoby się wydawać. Teraz, w tej chwili, gdzieś wewnętrznie żałował, że w ogóle mu o tym mówił. Może wtedy przepowiednia po prostu sama by się spełniła, to co dostrzegał, stałoby się rzeczywistością, może gdyby go nie zatrzymał, a ten wyjechał te kilka minut wcześniej, zderzenie byłoby tak potężne, że nic by z niego nie zostało.
- Pieprz się - wymamrotał w końcu, ledwie słyszalnie i po prostu opuścił salę szpitalną, czując na sobie spojrzenie młodszego rodzeństwa, które od dawna już czuło do niego odrazę, lęk, a jednocześnie ulegało fascynacji. Nie rozumieli go, ale może mimo wszystko byli nieco mądrzejsi od mężczyzny, który ich wszystkich spłodził. Może, bo Max zaczynał mieć co do tego poważne wątpliwości. Wyszedł przed szpital, wysunął z kieszeni spodni paczkę papierosów i zapalił, nie licząc się już z nikim, z niczym, ani z samym sobą.


* * *

Stała przy kuchennym zlewie i właśnie myła ręce po skończonym śniadaniu. Talerz i filiżanka właśnie wskoczyły na osuszacz, zegar tykał w przedpokoju, wszystko wydawało się bardzo sielankowe. Osunęła się na ziemię. Nie jakoś gwałtownie, raczej powoli, musiała chwycić się blatu. Ciemność. Ciemność. Nie było żadnych wybuchów zielonego światła, nie było niczego, co kojarzyłoby się z magiczną śmiercią. Była ludzka słabość.

Ocknął się zlany potem. Nie wiedział, czy naprawdę spał, czy od długiej chwili leżał zmrożony tym, co właśnie do niego dotarło. Miał wrażenie, że łupie go w głowie, że świat szaleje i dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że serce wali mu jak oszalałe. Spojrzał na zegarek stojący tuż przy łóżku, ale wszystko rozmywało mu się w oczach, zerwał się więc z posłania, potknął, odnotował, że jest już jasno. Nie przejmował się zakładaniem czegoś więcej, niż butów, pobiegł do domu Rose w dresowych spodniach i prostej koszulce, w których spał tej nocy. Siąpił deszcz, to nie było piękne lato, raczej jego smutna końcówka, na uliczkach nie było więc zbyt wielu osób, ale i tak spoglądali na niego zdziwieni. W okolicy pewnie dzięki Simonowi, uchodził za trudnego dzieciaka, którego nie dało się wychować w żaden sposób, jego tatuaże i fakt, że palił, jedynie to wszystko potwierdzały, więc ludzie zastanawiali się pewnie, w co tym razem się wpakował.
Wpadł do ogródka, zorientował się, że drzwi wejściowe są zamknięte i nie marnując czasu na to, by się do nich dobijać, przeskoczył przez krzaki, dotarł do tylnego wyjścia prowadzącego z kuchni i wpadł do pomieszczenia, kiedy Rose właśnie wstawała od stołu i kładła dłoń w okolicach serca. Minę miała niewyraźną, coś musiało ją boleć, a kiedy tylko zobaczyła Maxa, w jej oczach pojawił się strach. Chłopak był rozczochrany, widać, że ledwo wyskoczył z łóżka, domyśliła się zatem prędko, co się dzieje. W odruchu szaleństwa chciał wezwać pogotowie, ale zamiast tego Rose po prostu wybrała Munga. Gdyby miał później powiedzieć, jak to się stało, nie byłby w stanie, wszystko w jego pamięci zlało się po prostu w jeden ciąg szaleństwa, niepewności i otępienia. To był chyba pierwszy raz, kiedy naprawdę był wdzięczny, iż może zaglądać w przyszłość.


* * *

Tamten dzień był pasmem porażek. Nie wiedział już zupełnie, od czego się właściwie zaczęło, wiedział jednak, na czym się skończyło. Miał ostatnich kilka dni na to, by spakować wszystkie swoje rzeczy, a wyjeżdżając do Hogwartu, miał zniknąć raz na zawsze. Ojciec postanowił pozbawić go dachu nad głową, bo miał tego wszystkiego dość. To prawda, że w świetle prawa powinien utrzymywać go do dnia jego osiemnastych urodzin, ale chyba żadna ze stron nie wyobrażała sobie spędzenia razem gorącego lipca, kiedy wszyscy doskonale wiedzą, że wraz z wybiciem piątego sierpnia, Max nie ma czego szukać w Wembury. Nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać, ale klamka zapadła

- Musisz uczyć się dalej, Max. Wiesz o tym, nie możesz pozwolić, by to wszystko zostało w pół drogi.
Patrzył na nią, ale nie do końca wierzył w to, że nie może mu pomóc. Że nie chce tego zrobić. Jasno jednak wyjaśniła mu powody swojej decyzji, wskazała, że gdyby zamieszkał z nią, cała okolica co najmniej zaczęłaby gadać, a jego ojciec wpadłby w jeszcze większą furię. Poza tym chciała być sama. Po tym, co spotkało ją dopiero co, wiedziała już, że chociaż strach jest wielki, to zakończenie tego wszystkiego, tej wędrówki po świecie, jest tym, czego chce. I nie zamierzała obciążać tym Maxa. Owszem, pozostawienie go bez dachu nad głową było ciężkie, ale chłopak zaraz wyruszał do szkoły, a później będzie już właściwie dorosłym człowiekiem. Przyszedł czas, żeby zaczął sobie radzić sam. Jej również życie nie oszczędzało, nie chciała więc roztkliwiać się nad innymi, a skoro i tak sam mówił, że się wyniesie, gdy tylko będzie mógł — oto najwyższa pora, by przestał po prostu gadać i wziął sprawy w swoje ręce.
- Jak mam to robić, mieszkając pod mostem? - spytał gorzko.
- Nie oszukuj, wiem, że jeszcze zostało ci nieco pieniędzy po dziadkach. Jesteś już właściwie dorosły, za chwilę będziesz mógł na siebie zarabiać. Koniec języka za przewodnika, chyba nie jesteś tak głupi, by nie wiedzieć, że zawsze możesz zwrócić się o pomoc w szkole albo do przyjaciół.
Zacisnął mocno zęby. To było bolesne i miał wielką ochotę wywrócić stolik do herbaty, przy którym właśnie siedzieli, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że Rose właśnie przebiła bańkę, jaka się wokół niego wytworzyła. Żył w świecie, którego nienawidził, ale ona i jego macocha wiecznie traktowały go jak dziecko, któremu pomagały. Dostał właśnie solidnie w twarz i szczerze powiedziawszy, wolałby, chyba żeby to były jednak obrażenia fizyczne.
- To niesprawiedliwe - syknął gniewnie.
- Życie nie jest sprawiedliwe, Max. Myślałam, że nie jesteś aż tak ślepy, żeby w to wierzyć.


* * *

Głowa bolała go nieznośnie, ale nie mógł pozwolić na to, by właśnie teraz wszystko się zaczęło. To była jakaś lekcja, jednak z ostatnich przed feriami, a on zaciskał zęby, bo nigdy nie wiedział, co może go spotkać, gdy przyszłość się o niego upomni. Wymiotował później w łazience, kiedy zlany potem mierzył się z tym, co chciało mu się ukazać. Tamtego dnia zrozumiał, że na świecie została mu tylko macocha, a on naprawdę musi radzić sobie sam. Dopiero później dowiedział się, że Rose zadysponowała swoje środki dla niego, pod warunkiem, że po skończeniu osiemnastu lat nie tylko znajdzie sobie pracę, ale i będzie miał kąt, w którym będzie mógł naprawdę żyć.

Pozostawało mu tylko czekać, aż skończą się ferie. Miał nadzieję, że profesor Jones postanowi go wysłuchać, w końcu miał do niej zaufanie, a ona, jak miał nadzieję, nawet jakoś go tolerowała. Potrzebował pomocy i nie bardzo wiedział, do kogo miał się zwrócić, w pamięci miał jednak nadal jedne z ostatnich słów Rose, która kazała mu iść naprzód. Nie miał już nauczyciela i przyjaciela. Pozostawał w środku niczego z niczym i bał się, że sam sobie nie poradzi, chociaż nigdy nie przyznałby tego na głos.
Powrót do góry Go down


Elijah J. Swansea
Elijah J. Swansea

Absolwent Ravenclawu
Wiek : 24
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 183 cm
C. szczególne : znamię na karku odporne na metamorfo; okulary do czytania, na szyi drewniana zawieszka w kształcie aparatu fotograficznego. Na prawym przedramieniu wielka i paskudna blizna, ukrywana metamorfomagią i ubraniami
Dodatkowo : metamorfomagia
Galeony : 3556
  Liczba postów : 3212
https://www.czarodzieje.org/t16927-elijah-julian-swansea#471679
https://www.czarodzieje.org/t16932-jeczybula#471794
https://www.czarodzieje.org/t16919-elijah-j-swansea
https://www.czarodzieje.org/t18741-elijah-j-swansea-dziennik#537
Jasnowidzenie QzgSDG8




Gracz




Jasnowidzenie Empty


PisanieJasnowidzenie Empty Re: Jasnowidzenie  Jasnowidzenie EmptyNie Mar 08 2020, 13:37;

Akceptuję love
Powrót do góry Go down


Vivien O. I. Dear
Vivien O. I. Dear

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : III studencki
Wiek : 25
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 171
C. szczególne : Bardzo chuda sylwetka
Dodatkowo : ścigająca Slytherinu
Galeony : 3533
  Liczba postów : 2669
http://czarodzieje.forumpolish.com/t14309-vivien-o-i-dear
http://czarodzieje.forumpolish.com/t14330-poczta-void
http://czarodzieje.forumpolish.com/t14333-vivien-o-i-dear#378429
Jasnowidzenie QzgSDG8




Gracz




Jasnowidzenie Empty


PisanieJasnowidzenie Empty Re: Jasnowidzenie  Jasnowidzenie EmptyNie Mar 08 2020, 23:26;

Ja również akceptuję, genetyka przyznana heart
Powrót do góry Go down


Sponsored content

Jasnowidzenie QzgSDG8








Jasnowidzenie Empty


PisanieJasnowidzenie Empty Re: Jasnowidzenie  Jasnowidzenie Empty;

Powrót do góry Go down
 

Jasnowidzenie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: Jasnowidzenie QCuY7ok :: 
rozwoj postaci
 :: 
Genetyki
-