Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Korytarz na I piętrze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 8 ... 12, 13, 14  Next
AutorWiadomość



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 23
Skąd : Londyn/Hogsmeade
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 4902
  Liczba postów : 4484
http://www.czarodzieje.org/t58-bell-rodwick
http://www.czarodzieje.org/t649-bellcia
http://www.czarodzieje.org/t243-bell-rodwick
http://www.czarodzieje.org/t7785-bell-rodwick#216614




Administrator






PisanieTemat: Korytarz na I piętrze   Pią 11 Cze - 17:18

First topic message reminder :


Korytarz na I pietrze
Korytarz na pierwszym piętrze jest chyba najbardziej oświetlony ze wszystkich. Wszystko dzięki ogromnym oknom przez które wpada światło słoneczne, a także jasnym, niemalże żółtym ścianom. Na samym końcu znajdują się spore drzwi wykonane z ciemnego drewna. Prowadzą do Skrzydła Szpitalnego, miejsca przez uczniów dość często, mimo ze niechętnie, odwiedzanego.



Ostatnio zmieniony przez Bell Rodwick dnia Sob 6 Wrz - 17:29, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : Plymouth
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
  Liczba postów : 84
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15147-caspar-whitley#404082
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15162-lece-bo-chce?nid=4#404143
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15163-poczta-kaparka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15157-caspar-whitley




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Czw 21 Wrz - 14:21

W żaden sposób nie chciał sprawić, aby Carmen czuła się obrażona. Nie uważał, że zrobił coś złego – wręcz przeciwnie, przecież chciał jej pomóc. Początkowo zmarszczył brwi, gdy odebrała swoje rzeczy z jego rąk bez żadnego dziękuję nasuwającego się na usta, a później westchnął ciężko, kiedy usłyszał tę niezbyt wyszukaną odzywkę. Tak to już było z kobietami, ciągle im coś nie pasowało. Brandy usiłowała przefarbować go na rudo, a Carmen beształa za próby pomocy. No i jak tu żyć z tymi babami? Miał dobre serduszko i nie posiadał żadnych złych myśli na temat Ślizgonki, miała u niego czystą kartę. A on najwyraźniej sobie czymś u niej przechlapał, tylko jeszcze nie wiedział, czym i jak. Chciał się dowiedzieć, ale nie był przekonany, czy to jest najlepszy do tego moment. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, padłby trupem na środku tego korytarza niczym trafiony Avadą Kedavrą. Chociaż wolałby zostać trafiony jakimś zaklęciem niż znosić te wredne spojrzenia spod oka wszystkich kobiet. Czemu dziewczyny nie potrafiły wyjaśniać spraw jasno, raz a dobrze? Zamiast tego wolały grać w te swoje giereczki, podchody i zagadki.
Dzięki za komplement, wiedziałem, że uważasz mnie za autorytet – parsknął od razu w odpowiedzi, bez mrugnięcia okiem przyjmując fakt, iż Carmen nie skorzystała z jego wyciągniętej ręki. Cóż, jej strata. Rozumiał, że bolała ją zraniona duma, ale mogłaby okazać troszeczkę człowieczeństwa. Chociaż odrobinkę. – No i nie martw się o moje konto bankowe. W ogóle nie martw się o niczyje konto bankowe, przynajmniej dopóki nie zaczniesz szukać męża. Pewnie będziesz chciała znaleźć bogatego czarodzieja, prawda, z wielkim domem, ogrodem i przynajmniej dwoma skrzatami domowymi? – mówił dalej, a raczej plótł trzy po trzy, skoro już znalazł towarzyszkę do rozmowy. Niezbyt zainteresowaną, ale ciągle towarzyszkę. Wskazał palcem wskazującym na siebie. – Jakby co, to ja. Zgłoś się w odpowiednim czasie – puścił jej perskie oczko i zaśmiał się gardłowo. Podwinął rękawy swojej szkolnej szaty i włożył różdżkę z powrotem do kieszeni. Postanowił pominąć wzmiankę Carmen o dentyście; nie wiedział zbytnio kim jest ów dentysta, ale jeśli chodziło jej o to, że Caspar straci wszystkie zęby, to zbytnio się nie przejmował. Łyżeczka Szkiele-Wzro powinna w zupełności wystarczyć.
W przeciwieństwie do większości swojej rodziny Caspar nie zwracał absolutnie żadnej uwagi na czystość krwi. Nie obchodziło go, czy ktoś był mugolem, czy arystokratą. Dla niego zawsze liczył się charakter, mimo że w większości przypadków nie miał szansy na dokładne poznanie jakiejś osoby z powodu swojego gadulstwa. Trochę przykre, ale prawdziwe.
Chcesz mnie odprowadzić? – spytał znowu Caspar z szelmowskim uśmiechem na ustach. Och, czy on zawsze miał taki dobry humor? Ciekawe, co musiałaby zrobić Carmen, aby przestał się uśmiechać albo zamknął się w sobie. Jednak, cóż, wiemy na pewno, że musiałaby się bardzo natrudzić; mało co wytrącało go z równowagi, był już solidnie zahartowany przez Brandy i jej cięty język. Posłał Carmen kolejne, nieco zaczepne spojrzenie. Podniesie rękawicę czy też nie? W końcu Ślizgoni nie słynęli z tchórzostwa, tylko ostrożności. To Gryfoni robili głupie rzeczy, tłumacząc się brawurą i odwagą. Taa, dobre sobie. – Nie w jednym kawałku? W takim razie tylko pod warunkiem, że mnie pozbierasz, dobra? – powiedział znowu, udając lekkie zaniepokojenie. Podobno był dobrym aktorem, zwłaszcza, jak wciskał komuś kit. – Jak nie chcesz sobie brudzić rączek to żadnych się nie ucz – dodał na koniec, wzruszając ramionami. Doceniał to, że Carmen miała w sobie na tyle odwagi, aby zacząć się tłumaczyć, ale nie musiała, naprawdę. On rozumiał kobiety. Czasem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VI
Wiek : 17
Skąd : Bradford
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 48
  Liczba postów : 56
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15122-carmen-lowell#402975
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15129-ziomki-i-poziomki-carmen#402984
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15128-sowa-carmen#402983
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15123-carmen-lowell#402971




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Czw 21 Wrz - 18:33

To, że Caspar nie miał złych zamiarów było Carmen oczywiście doskonale wiadome ALE ona była osobą, która nad wyraz nieufnie i niefajnie podchodziła do uczniów z innych domów niż Slytherin. Wiadomo, Ravenclaw jeszcze nie był taki zły, można było przymknąć na nich oko. Znaczy, na takich jak Whitley, bo do tego domu to różni trafiali jak i do tych czerwonych frajerów. Wydawać by się też mogło, że wszyscy znają nastawienie panny Lowell i wiedzą, że raczej się nie rozchmurza, jest wiecznie z czegoś niezadowolona, a gdy poprosisz ją o na przykład przesunięcie swojego ślizgońskiego tyłka to odpowiedź na pewno będzie odmowna. No i Caspar też powinien to wiedzieć. Widać było, że ewidentnie nie brał do siebie jej jadowitego tonu, co oczywiście irytowało dziewczynę jeszcze bardziej, ale sprawne oko mogłoby chyba dostrzec cień na jego twarzy. Jakby trochę, nieznacznie, naprawdę minimalnie, zrobiło mu się przez chwilę przykro, że nawet nie podziękowała.
- Autorytet? - parsknęła. Też coś. To, że był od niej starszy, nie czyniło go od razu jakimś idolem, ani kimś, kogo można było, lub wypadało naśladować. Wręcz przeciwnie - to Caspar mógł uczyć się od Carmen opanowania, zamiast zawsze i wszędzie suszyć zęby. Mógłby uczyć się od niej też tego, że czasem można było być trochę wrednym, bo zbyt miękkie serce w tych czasach często wcale nie popłacało. Miał tego właśnie najlepszy przykład, chciał dobrze, a wyszło jak zwykle.
Podczas gdy mówił o pragnieniach dziewczyny dotyczących majętności jej domniemanego przyszłego męża, jej mina mówiła tylko jedno – co? Gdy na końcu zaś wyraził swoją kandydaturę wypuściła szybko powietrze z płuc niedowierzając kompletnie. Nie dość, że był irytujący, to na dodatek niespełna rozumu. No czubek. Ona i on? Ona… z nim? Wróć. Ona z kimkolwiek?
- Niedoczekanie – odparła może aż nazbyt pewna siebie. Nie mogła zarzucić mu, że źle wyglądał, albo, że był mało inteligentny – nie był. Carmen po prostu odrzucało na samą myśl, że ktoś miałby chodzić za nią krok w krok. No i pewnie chciałby ją zmieniać, żeby nie była taka aspołeczna. Skrzyżowała przedramiona na wysokości piersi i z uśmiechem samozadowolenia dodała jeszcze:
- To, że byś ze mną nie wytrzymał, jest bardziej niż pewne. Nie to, żebym kiedykolwiek miała w planach w ogóle brać cię pod uwagę, ale tak po prostu mówię. Zwariowałbyś.
No niby przeciwieństwa się przyciągają, ale Caspar i Carmen byli totalnymi skrajnościami, a to już zakrawa o katastrofę. Jeśli nie chciał mieć wykupionego karnetu do św. Munga, niech lepiej cofnie swoje deklaracje. Po drugie, mąż? Serio? Miała dopiero 16 lat, to, że była nad wyraz poważna nie oznaczało, że marzy już o rodzinie, domu, stabilizacji! No i w ogóle skąd on mógł wiedzieć, czego panna Lowell oczekiwała od faceta. Na merlina, nie była aż tak interesowna jak próbował jej wmówić.
- Wystarczy mi jeden skrzat, a dom może być bez ogrodu. Nie lubię kwiatów – wyjaśniła więc dosadnie. Niech wie. Sama nie cierpiała na brak pieniędzy toteż nie martwiła się, by w życiu czegoś jej kiedyś zabrakło. – Wiesz, to ubogie desperatki lecą na kasę, chcąc wyrwać bogatego czarodzieja i mieć potem nudne życie. Dla twojej wiadomości mam większe ambicje życiowe, niż zawód żona.
Na kolejne jego słowa prawie parsknęła śmiechem. Mógł sobie pogratulować, bo to już nie lada wyczyn. Pokręciła po tym głową utwierdzając się w przekonaniu, że Casparowi w istocie musiało brakować piątej klepki, skoro pytał ją o takie rzeczy.
- Odprowadzić cię? A co, zgubiłeś mapę? Z jakiej okazji to JA miałabym odprowadzać CIEBIE?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : Plymouth
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
  Liczba postów : 84
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15147-caspar-whitley#404082
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15162-lece-bo-chce?nid=4#404143
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15163-poczta-kaparka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15157-caspar-whitley




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Pią 22 Wrz - 12:13

Faktycznie, diametralnie się od siebie różnili – Carmen była nieufna, a Caspar potrafił podarować porządny kredyt zaufania każdej napotkanej osobie. Czasami zahaczało to o lekkomyślność, jednak Whitley nie był aż tak głupi na jakiego wyglądał. Wręcz przeciwnie, był rozsądny i wiedział doskonale, kiedy należało się wycofać, a kiedy pociągnąć za odpowiednie sznurki. Ktoś potrzebował pożyczki? Nie było nawet najmniejszego problemu. Galeony, książka, pomoc w pracy domowej? Zwykle nie był to dla niego żaden kłopot – w końcu lubił pomagać innym, nawet nieodpłatnie. Problem zaczynał się dopiero w momencie, gdy został przez kogoś oszukany. Wtedy objawiało się jego drugie oblicze, robił się szorstki i niezbyt przyjaznymi metodami odzyskiwał swoją własność. Każdy wiedział, że z Casparem albo robi się interesy albo omija się go szerokim łukiem.
Nawet nie próbuj zaprzeczać – posłał jej uroczy uśmiech. Gwoli ścisłości – Caspar nie był żadnym nadętym chłopakiem z wybujałym ego, który zawsze musiał postawić na swoim, a pieniądze robiły mu z mózgu sieczkę. Nie sugerował, że jest najlepszym, najmądrzejszym i najbardziej interesującym chłopakiem w Hogwarcie; nawet tak nie myślał. Codziennie stroił sobie żarty ze wszystkich wad młodzieży, a ktoś, kto nie znał go osobiście, faktycznie mógł go wziąć za zbyt pewnego siebie Krukona, którego zbyt mocno fascynuje Gryffindor i niezbyt chwalebna odwaga głupca, czyli znak rozpoznawczy domu Godryka. Jednak jak już zdążył zauważyć, Carmen brała go zbyt serio. On przecież nie mówił poważnie. Uśmiech nie znikał z jego ust, a jego serduszko w gruncie rzeczy się cieszyło, gdy widział jak Carmen z każdym kolejnym słowem irytuje się coraz bardziej. Powinien przestać, żeby nie wybuchła. Nie chciał, żeby wybuchła; z drugiej strony wyglądała uroczo, gdy się złościła.
Miło, że się mną przejmujesz, ale uwierz mi, nie musisz się o mnie martwić. Nie z takimi jak ty dawałem sobie radę – żachnął się i machnął ręką z lekceważeniem, kątem oka obserwując Ślizgonkę, aby dokładnie przyjrzeć się jej reakcji. Nie reagowała jak większość dziewczyn, z którymi rozmawiał. Była nieco sztywniejsza, to fakt, ale zastanawiał się, czy kiedykolwiek się śmiała? Czy wiecznie miała na buzi tę skrzywioną mordkę?
Kiedyś czarownice w wieku szesnastu lat miały już dzieci, to tak na marginesie. A wracając do właściwego tematu – owszem, byli przeciwieństwami, każde z nich lubiło zupełnie co innego i zapewne nie potrafiliby ze sobą wytrzymać dłużej niż kilka godzin, ale to mogło również oznaczać, że dzięki temu nie będą się razem nudzić. W końcu jak to mówią Gryfonki z piątego roku, lepsza kłótnia niż lutnia. Cokolwiek by to miało znaczyć.
W takim razie masz niskie wymagania. A może polujesz na kogoś rudego? – rzucił nagle, marszcząc czoło. Może Brandy nie bez powodu chciała, żeby zmienił kolor włosów na pomarańczowy? Nie, nie powinien w ogóle myśleć o Brandy w takiej sytuacji. Brandy była ewenementem i tylko jej mógł się podobać Ron Weasley. Carmen była chyba normalniejsza. Chociaż z nią Caspar nie mógł droczyć się tak, jak to robił z Powell.
Gdy Carmen parsknęła śmiechem, uśmiechnął się szeroko, z dumą. Udało mu się, w końcu!
Sama to zaproponowałaś, ja tylko przystaję na twoją propozycję – wytłumaczył znowu z chytrym uśmiechem. – Poza tym, kurczę, jesteś taka nowoczesna. Nie chcesz męża, chcesz być niezależna... Dlaczego więc nie chcesz też walczyć ze stereotypem i odprowadzać chłopaków do dormitorium, a nie odwrotnie? Hmm? Czyżby na tym polu kończyło się twoje pragnienie zmieniania świata? – mruknął, opierając się przy tym o ścianę i posyłając Ślizgonce ciekawskie spojrzenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VI
Wiek : 17
Skąd : Bradford
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 48
  Liczba postów : 56
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15122-carmen-lowell#402975
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15129-ziomki-i-poziomki-carmen#402984
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15128-sowa-carmen#402983
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15123-carmen-lowell#402971




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Sob 23 Wrz - 15:37

To chyba logiczne, że do obcych osób należało podchodzić nieufnie, prawda? To nic, że tymi obcymi osobami byli ci sami uczniowie, których codziennie, niezmiennie od kilku lat mijało się na korytarzu. Tak naprawdę Carmen czasami nie ufała do końca samej sobie, a co dopiero komuś i Caspar nie był tu żadnym wyjątkiem. To, że jej pomógł, albo, to, że czasami widywali się w Wielkiej Sali nie czyniło z niego kolegę panny Lowell. Wręcz przeciwnie – generalnie nie chciała mieć z nim do czynienia zbyt mocno. Szkolne obowiązki? Przeżyje, ale na brodę Merlina, niech on jej da już spokój.
Na dodatek te jego mało śmieszne teksty. Wciąż próbował i próbował, a ślizgonka tylko coraz bardziej się irytowała. Raczej nie doszłoby tu do wybuchu złości, Carmen nie pozwalała sobie na zbytnie okazywanie emocji. Prędzej po prostu wzruszyłaby ramionami i poszła w swoją stronę nie kontynuując dalej bezsensownej rozmowy. Szczerze mówiąc dokładnie to przeszło jej właśnie przez myśl, ponieważ z każdą sekundą nabierała przeświadczenia, że tylko traci tu swój cenny czas.
A co do autorytetu…
- Szczerze mówiąc, za większy autorytet uważam już kij od miotły, niż ciebie – powiedziała dosadnie, mając nadzieję, że Caspar w końcu zrozumie aluzję. Carmen nie była zainteresowana niczym, co chciał jej zaoferować – żadnego rodzaju znajomość nie wchodziła w grę. Mogła go co najwyżej tolerować, a on powinien ten fakt odbierać jako wielką łaskę z jej strony.
- Skoro tak twierdzisz… I tak nie będzie ci dane sprawdzić, więc skoro myślisz, że masz klucz do serc wszystkich dziewczyn, to dalej żyj w tej swojej bajce. – By zaakcentować swoją wypowiedzieć posłała mu wymuszony uśmiech, nie sięgający absolutnie oczu. Panna Lowell miała takie opanowane do perfekcji, będąc zmuszona czasami uciekać się do niego kilka razy dziennie. Sztuczny uśmiech na lewo, sztuczny uśmiech na prawo… Jedynie do nauczycieli zwracała się normalnie. Co tam, dla nich była zawsze wyjątkowo miła, bo przecież od tego zależały jej oceny. SUMy zdała na bardzo wysokim poziomie, podobnie musiało być z OWUTemami, a do tego trzeba przygotować sobie odpowiedni grunt, ot co.
- Rudego? – Znów gadał od rzeczy. Jakiego rudego? Skąd mu się to nagle wzięło? On musiał mieć serio nie po kolei w głowie. Carmen na próżno szukała logiki w pytaniu chłopaka, a kiedy po dłuższej chwili jej oczywiście nie znalazła, odpuściła, bo przecież znów marnowała tylko czas.
- Widzę, że pojęcie sarkazmu jest ci obce – skwitowała. – Sam się odprowadź, ja też tak zrobię. To chyba najlepsze wyjście i dla mnie i dla ciebie – powiedziała, po czym obróciła się na pięcie i poszła w stronę lochów zastanawiając się, jakim cudem jej trampki po zaklęciu Caspara były jeszcze bielsze, niż w chwili, gdy je w ogóle kupiła.

z/t x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Londyn, Wielka Brytania
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 41
  Liczba postów : 65
http://www.czarodzieje.org/t14992-daniel-garver#399049
http://www.czarodzieje.org/t15005-daniel#399648
http://www.czarodzieje.org/t15006-danielowa-poczta#399403
http://www.czarodzieje.org/t15010-daniel-garver#399569




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Nie 29 Paź - 16:56

// → kontynuacja gry z huśtawki

Daniel odstawił Delilah dopiero wtedy, gdy znaleźli się na korytarzu na I piętrze; zatrzymał się przy oknie, kucając, aby mogła bezpiecznie z niego zejść. Dygotał z zimna, czując jak mokry, nieprzyjemny w dotyku sweter, przykleja się do jego chłodnej klatki piersiowej. Czuł, że z jego słabą odpornością, jutro skończy z gorączką, w szczególności dlatego, że nie wziął kurtki. I w tym samym momencie pomyślał też o Del i miał tylko cichą nadzieję, że ona przejdzie przez to bez uszczerbku na zdrowiu. Nie chciał, żeby opuszczała tak ważnych dla niej zajęć.
Dan spojrzał przez okno na tę dziką pogodę i westchnął ciężko, mieląc w ustach przekleństwo. Mógł to przewidzieć i umówić się z siostrą w jakimś miejscu, w którym ani nie będą zagrożeni deszczem, burzą czy wichurą, ani nie będzie im zimno. Brunet odsunął mokre włosy na bok, które pod wpływem wilgoci wyprostowały się i wyglądały jeszcze gorzej niż zwykle - normalnie to Garver nigdy nie przejmował się włosami, pozwalał swoim pozwijanym kosmykom żyć własnym życiem, ale teraz wyglądały naprawdę okropnie. Od święta je układał, kiedy miał wenę i nie był aż tak leniwy.
Przemoczony do suchej nitki, odetchnął ciężko i usiadł na ziemi, opierając się plecami o ścianę, tuż obok okna, aby w każdej chwili móc przez nie wyjrzeć. Poklepał miejsce obok siebie, po czym spoglądając na nią kątem oka, uśmiechnął się wesoło.
- Kiepska pora na spacery, nie sądzisz? - zagadnął, jakby przed chwilą wcale nie uciekali przed piorunami i wichurą. Dan skrzyżował nogi, po czym zagryzając wargę, złapał bliźniaczkę za dłoń. - Miałem ci coś pokazać, więc zrobię to teraz - powiedział łagodnie. - Tylko na mnie nie krzycz i nie mów, że jestem głupi. Myślałem nad tym długo, ale uznałem, że to… to kolejne co chcę zrobić - rzucił niewinnie, po czym wolną ręką odsunął rękaw swetra jak najwyżej, ukazując starszej Garver swoje zaczerwienione przedramię, na którym niewielką czcionką wytatuowano “Delilah”. Spojrzał na nią wyczekująco, oczekując jakiejkolwiek reakcji. - Tylko mnie nie bij, że zrobiłem sobie kolejny tatuaż, bo w przerwie świątecznej zamierzam zrobić kolejny, o tutaj. - Pokazał jej miejsce na drugiej ręce. - I myślę nad jeszcze jedną rzeczą, ale już nie dotyczy to bezpośrednio mojego ciała, więc się nie martw za bardzo. Powiem ci o niej, jak tylko upewnię się, że to wypali - powiedział wolno, zniżając głos, aby brzmieć bardziej tajemniczo. - Więc co o tym myślisz, Del? - zapytał, przechylając głowę na bok.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 29407
  Liczba postów : 41155
http://www.czarodzieje.org/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Wto 31 Paź - 16:37

Wbrew pozorom, nieroztropnie jest ignorować magiczne łańcuszki, które otrzymuje się za pomocą sowiej poczty, gdyż pozornie głupia formułka może okazać się niebezpieczną klątwą - tak było w tym przypadku. @Daniel Garver spokojnie rozmawiał z siostrą, gdy zupełnie niespodziewanie poczuł kłujący, trudny do zniesienia ból w jamie ustnej. Krukon tworzył usta i zobaczył, że jeden z jego zębów wypadł na posadzkę, a z ust powoli zaczęła się sączyć krew.

Przypominam, że zignorowanie akcji MG wiąże się z utratą galeonów!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 61
  Liczba postów : 64
http://www.czarodzieje.org/t14991-delilah-garver#399044
http://www.czarodzieje.org/t15001-delilah
http://www.czarodzieje.org/t15174-poczta-delilah
http://www.czarodzieje.org/t15187-delilah-garver#407395




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Sro 1 Lis - 15:00

Zeszła z pleców bliźniaka wręcz w ekspresowym tempie. Nie chciała go więcej obciążać. Obydwoje byli przemoczeni, zmarznięci, ale mogli wyłącznie obwiniać tylko siebie. Czego oni spodziewali się po październiku? Cieplutkich promieni słonecznych, świecących na nich aż do nocy? Najwidoczniej przeliczyli się. Obydwoje nie byli w dobrym stanie, ale Delilah bardziej przejęła się zdrowiem brata niż swoim. Z ich dwójki to Daniel miał słabszą odporność. Nie chciała, aby dobry tydzień zalegał w łóżku z temperaturą, chociaż to już było niewykluczalne. Teraz mogła jedynie zabiegać o to, żeby nie było aż tak źle.
Widząc jak siada pokręciła gwałtownie głową.
- Bardzo kiepska, ale nie siadaj. Chodź się przebrać, dobrze wiesz, jak słabą masz odporność, a przemoczone i zimne ubrania na pewno ci nie pomogą. - Pociągnęła go lekko za rękę, jakby chcąc zmotywować brata do wstania, ale widząc te swoje nieskuteczne działania, usiadła obok Daniela na kolanach, patrząc na niego wyczekująco. - Cokolwiek nie zrobiłeś, i tak jesteś głupi - powiedziała, wywracając przy tym oczami. Patrzyła z zainteresowaniem, gdy podwijał rękaw, ale dobrze wiedziała, co chce mu pokazać.
Nowy tatuaż.
I z chęcią by wywróciła po raz kolejny oczami, ale po chwili ukazała się ta cała niespodzianka, przez którą Delilah zaniemówiła. Tak jak chciała zacząć mu gadać, że niedługo będzie cały czarny od ciemnego tuszu to teraz… no kurde, nie popierała tego nadmiernego tatuowania się brata. Zwłaszcza tego wielkiego viva la revolution na jego klacie, ale teraz czuła się wzruszona. Daniel był dla niej ważny, rodzeństwo było niemal nierozłączne, a tatuaż zostawał niewymazywalny. To tak, jak mieć tę osobę cały czas blisko siebie. A kiedyś w końcu trochę się od siebie oddalą, kiedyś nadejdzie czas, że nie będą razem mieszkać, może któreś z nich wyjedzie? Deli nie myślała o tym, bo te wizję były dla niej smutne, ale czuła, że jej oczy są bardziej mokre niż powinny. Pociągnęła nosem, mając nadzieję, że to katar jedynie spowodowany różnicą temperatur pomiędzy dworem a ciepłym korytarzem.
- Ja, jeśli mam być szczera, to nie wiem co powiedzieć. Nigdy nie pomyślałabym, że wpadnie ci do głowy tak szalony pomysł jak wytatuowanie sobie mojego imienia - powiedziała szczerze. Nie raz umiał ją zaskoczyć. I to był jeden właśnie z tych momentów. - Jesteś szalony, naprawdę. Ale to piękne, kochane i słodkie i ogólnie… naprawdę nie wiem jak wyrazić co czuje, bo równie dobrze możesz zaraz dostać ode mnie w łeb - skwitowała z pełną powagą. - I o co chodzi z tym planem niedotyczącym twoje ciała. Tylko nikogo nie morduj - rzuciła w żartach, ale posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. Po chwili jej brat się pewnie dosyć mocno skrzywił, w każdym razie, pewnie poczuł ten niewyobrażalny ból. - Co się dzie- nie zdążyła do końca zapytać, bo zaraz zobaczyła, o co chodzi. - O cholipka, Daniel. - Wstała szybko, ciągnąc brata do góry i nie przyjmując protestów. - Musimy iść do skrzydła szpitalnego. Jasny Merlinie, mówiła ci ostatnio, że za dużo pijesz. To przez te twoje ciągłe, alkoholowe libacje z Hoseokiem. Obydwaj jesteście... aish. - Pokręciła głową z dezaprobatą i czuła, jak z nerwów zaczyna boleć ją brzuch. No to się dorobił głupek jeden.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Londyn, Wielka Brytania
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 41
  Liczba postów : 65
http://www.czarodzieje.org/t14992-daniel-garver#399049
http://www.czarodzieje.org/t15005-daniel#399648
http://www.czarodzieje.org/t15006-danielowa-poczta#399403
http://www.czarodzieje.org/t15010-daniel-garver#399569




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Sro 1 Lis - 22:17

Delilah od zawsze przejmowała się za bardzo szczególnie wtedy, gdy chodziło o jego osobę. Było to na swój sposób słodkie, bo była jego siostrą, w dodatku bliźniaczką, więc bądź, co bądź do czegoś to zobowiązywało. Jak na razie oddanie robiła to co powinna, czyli martwiła się o jego sprawy; czasami jednak irytowało go to, że traktuje go jak porcelanę, choć wszyscy doskonale wiedzieli, że nie był ani do końca czysty, ani do bólu delikatny. Gdy Del nie patrzyła to jakoś radził sobie sam ze swoimi problemami, jeszcze się nie zabił, ani nie został pobity czy porwany, tak samo tylko sporadycznie chorował. Nie powinna się o niego aż tak martwić, nawet jeżeli ma słabą odporność.
Nie dał jej się pociągnąć; siedział twardo jak głaz, nie ruszając się nawet o centymetr. Wywrócił lekceważąco oczami i powstrzymał głośne pociągnięcie nosem, bo zaraz znów dostałby zjebę od siostry, że ma na poważnie ruszyć tyłek z posadzki i iść do dormitorium. No, a on wyczerpał swój limit kroków na dzień, teraz nie ruszy się stąd przez następne dwanaście godzin. Przecież biegał! Musiał załadować swoją energię, bo gdy Daniel biega to znaczy, że coś się dzieje, a spieprzał z błoń tylko dlatego, że nie chciał, aby walnął w niego piorun. I tak ma szopę na głowie, nie chciał, żeby jego piękne włosy sfajczyły się do końca. W końcu jakby coś mu się stało, to kto by się zajął jego kaktusami? Hoseok? Powierzyłby swoje roślinki prędzej profesorowi run niźli swojemu przyjacielowi, który nie miał ręki do jego dzieci. Jak na tak leniwego człowieka to ta niedługa podróż z huśtawki do zamku, była naprawdę, naprawdę wyczerpująca.
- Jak taka będziesz to już nic ci nigdy nie powiem i tyle z tego będziesz miała - powiedział poważnie, po czym pokręcił głową z niedowierzaniem. - Przestań panikować. Nawet jeżeli się przeziębię to nic się takiego wydarzy, odchoruje i będzie po sprawie. - Wzruszył lekceważąco ramionami. - Poza tym to ty byłaś na mnie, jesteś bardziej mokra, więc ty powinnaś się ubrać w ciepłe ubrania. Ja jestem prawie suchy - rzucił niewinnie, potrząsając głową; zaśmiał się krótko, by zaraz znów skupić wzrok na bliźniaczce, która przysiadła obok.
Nie uważał, aby był to jakiś szczególnie szalony pomysł. Po prostu kierował się uczuciami i faktem, że jest to jego siostra bliźniaczka. Razem się urodzili, razem dorastali, razem żyli i przyjaźnili się przez cały ten czas. Nawet jeżeli ich drogi mogłyby się niedługo rozejść to wiedział, że ich relacja przetrwałaby rozłąkę. Delilah zawsze pozostanie wielką częścią jego serca. Była osobą, która go po części ukształtowała. Wiedział, że nic nie było w stanie zmienić tego jak ją traktował, bo tylko ona będzie zawsze jego oczkiem w głowie.
- Znowu chcesz mnie bić? - rzucił z pretensją. - Jestem zajebistym bratem, czekam na medal czy nagrodę roku, a ty mówisz, że zaraz dostanę w łeb, no wiesz! - westchnął teatralnie i zasłonił tatuaż rękawem. Uśmiechnął się tajemniczo, zwieszając głowę, by spojrzeć na swoje splecione dłonie. - Jeszcze nikogo nie zabiję. Chyba, że Hoseoka jeżeli będzie źle traktował Petunię, Matyldę albo Daehyuna - powiedział najpoważniej na świecie. - Ostatnio stale się skarży, że ma pokłute ręce. Co za cienias, nie ma w sobie za grosz delikatności - prychnął, marszcząc z niezadowoleniem nos. Po chwili westchnął cicho i poklepał siostrę po ramieniu. - To coś większego, Del. Chcę wybrać pewien kierunek w swoim życiu i wyznaczyć pewną ścieżkę, ale nie chcę zapeszać, więc nic nie mówię, ale masz za mnie trzymać kciuki! - mruknął, łapiąc ją za kosmyk włosów i lekko pociągając, jak to robił, gdy był jakieś dziesięć lat młodszy.
I wtedy Daniel poczuł jakby dostał w twarz i to dosłownie. Coś jakby ewidentnie przywaliło mu pięścią w policzek; brunet jęknął, automatycznie podnosząc dłoń do ust. Było to tak nagłe i zaskakujące, że na początku nie wiedział o co chodzi i dopiero po chwili przypomniał sobie o tym głupim łańcuszku, który zignorował. W końcu nie brał na poważnie takich bzdur, które… najwidoczniej okazały się prawdą. Dan zmarszczył brwi, wypluwając na wysuniętą dłoń swojego zęba. Zakrwawionego zęba. Serce Garvera zaczęło szybciej bić, gdy poczuł w ustach rdzawy posmak krwi, która zaczęła wypływać z jego ust i miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje.
- Kurwa, k-krew mi- - rzucił, gdy poderwała go niemalże bezwładnego z podłogi. Bał się krwi. Może nie tyle co czyjejś, ale swojej, bo jeżeli chodziło o jakieś rany, czy śmiertelne choroby był przerażony, a teraz nie wiedział co się z nim dzieje. Odwrócił się od siostry, by wypluć krew, gromadzącą się w jego usta wprost do ręki. - Niedobrze mi - wymamrotał. Wcale nie panikował. W końcu był męski, do cholery. - To n-nie przez alkohol - wypalił, wycierając swoim białym rękawem sweterka zakrwawione usta. - Ja pierdole, Delilah, a co jak mi w-wszystkie z-zęby wypadną? - zapytał przerażony, mrugając szybko oczami. - Na Merlina - jęknął, wpatrując się w swoje odbicie w oknie, otworzył szeroko usta, sprawdzając czy wszystkie zęby są na swoim miejscu. Krew nadal sączyła się z jego ust, ale wolniej. Daniel złapał za dekolt od swetra i zasłonił nim usta oraz nos. - Wiesz co jest najlepszym lekarstwem na takie coś? Wino - odparł, a przez okrycie jego słowa mogły zabrzmieć jak bełkot. - Pójdę… coś wypić. Albo położyć - rzucił, przytrzymując sweter. I sprawdzić czy moje zęby są na miejscu, dodał w myślach. Przecież, gdyby Hoseok go zobaczył to wypominałby mu to do końca życia. - Moje piękne zęby - jęknął przerażony najgorszą wizją, przestępując z nogi na nogę jak małe dziecko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 61
  Liczba postów : 64
http://www.czarodzieje.org/t14991-delilah-garver#399044
http://www.czarodzieje.org/t15001-delilah
http://www.czarodzieje.org/t15174-poczta-delilah
http://www.czarodzieje.org/t15187-delilah-garver#407395




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Sob 4 Lis - 21:06

W gruncie rzeczy Daniel był dla niej młodszym bratem. Co prawda o kilka minut, ale i tak! Ostatnio martwiły ją jego wyskoki na picie z Wangiem, przez co obydwóch miała ochotę bez skrupułów zdzielić po łbie. To nie było chyba złe, że tak się o niego martwiła, prawda? Może niejednokrotnie przesadnie, ale naprawdę obawiała się stanem jego układu odpornościowego jak i wątroby. Chciała mu pomagać, chociaż nie chciała wtryniać się w jego życie. Wiedziała, że to męczące i miała jednak nadzieję, że gdy będzie przesadzać aż za bardzo, to jej o tym powie. Bo chociaż ona sama to kontrolowała, to wrodzona nadopiekuńczość w pewnym momencie może wyjść spoza kontroli.
Dobrze, że przynajmniej siedział. Dobrze, że Daniel nie kazał siebie nieść, przez wyczerpany limit kroków. Bo biedna Delka - nie całe metr sześćdziesiąt pięć i czterdzieści sześć kilo wagi - nie dałaby rady unieść brachola, chociażby bardzo się starała. Chyba że liczy się ciągnięcie na nogi, to traktując bliźniaka jak ekskluzywny mop Hogwartu, od razu wyczyściliby zakurzone podłogi na korytarzach.
- Jasne, jasne - powiedziała i siadając obok brata, oparła głowę na jego ramieniu. - To w takim razie będziemy razem chorzy. - Wzruszyła lekko ramionami i po chwili zmarszczyła niezadowolona brwi. - Spróbowałbyś coś przede mną ukrywać - dodała, co było hipokryzją z jej strony. Wymagała prawdy od Daniela, kiedy sama nie opowiadała mu szczegółów swojego życia. A raczej pomijając pewne kwestie, przez które mogliby ucierpieć jej najbliżsi, bo na pewno Danny nie byłby zadowolony z przyczyny kłótni Delilah i Taehyunga.
Żadne z nich nie doprowadziłoby do upadku ich relacji. Po pierwsze, była ona po prostu bardzo silna. Nie dosyć, że wiązały ich więzy krwi, to dodatkowo wieloletnia przyjaźń. Czasami myślała, że Daniel zna ją lepiej niż ona siebie i pewnie się nie myliła. To było aż przerażające, ale na tym właśnie polegało też zaufanie. Ta ich bliskość była jedyna w sobie i niezbywalna.
- Nie chcę cię znowu bić. Teraz wychodzę na wyrodną siostrę, dzięki - odpowiedziała ze smutkiem, patrząc jak chowa swój tatuaż i uśmiechnęła się do niego lekko, aby po chwili znowu potraktować jego ramię jak najlepszą poduszkę. - Przeszło ci kiedyś przez myśl, że może jesteś przewrażliwiony na punkcie swoich kaktusów? - zapytała. Ziewnęła, zakrywając od razu buzię ręką. - A tam, nie miej do niego pretensji. Mam nadzieję, że chociaż trochę cię pilnuje podczas waszych wyjść do Hogsmeade. - Bo miała nadzieję, że nie jedynie w celach dopingujących, chociaż nie ukrywała, że rozważała i tę opcję. - Będę trzymać kciuki. Przecież wiesz, że cokolwiek wybierzesz w swoim życiu to i tak będę cię wspierać. Albo ściągać no dobrą drogę, ale liczę, że zostało ci jeszcze trochę rozumu - zaśmiała się, nieszczególnie zwracając uwagę na to pociągnięcie. Cóż, to była kwestia przyzwyczajenia?
Zdezorientowana odsunęła się gwałtownie, podnosząc głowę z jego ramienia i spojrzała na brata. Tak jak przed chwilą ziewała, to teraz czuła, jak energia do niej wraca. A bardziej adrenalina, że coś się dzieje, sprawiła, że od razu mogła wstać na nogi.
- To coś ty znowu nakombinował, Daniel? - westchnęła z zniecierpliwieniem. - Nie wypadną ci wszystkie, zgłupiałeś. Może gdzieś przywaliłeś mocno, że ci się zaczął ruszać, a teraz... wypchałeś go językiem? - zapytała, po czym gwałtownie pokręciła głową. To nie były przecież mleczaki. Daniel już raczej wszystkie zęby miał stałe, a na pewno te na przodzie, więc czemu nagle miałyby zacząć mu wypadać? - Wino? Chyba oszalałeś do reszty. Kładąc też prędzej się zakrwawisz. Idziemy do pielęgniarki, chłopcze - powiedziała i chwytając go za rękę wolnej ręki, pociągnęła brata za sobą. Choćby miała go siłą tachać przez cały zamek to go tam zabierze. Jeszcze jej się wykrwawi i co to będzie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : Glasgow/Dolina Godryka
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 201
  Liczba postów : 236
http://www.czarodzieje.org/t15401-maili-o-l-lanceley
http://www.czarodzieje.org/t15404-in-mollis-sonus-est-difficile-verba
http://www.czarodzieje.org/t15407-listy-do-m
http://www.czarodzieje.org/t15402-maili-o-l-lanceley




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Sob 16 Gru - 0:46

Spokojnie. Odbijało się echem w głowie Maili, kiedy @Mefistofeles E. A. Nox prowadził ją przez skrzydło szpitalne. Dziewczyna próbowała się uspokoić, przechodziła przez to tak wiele razy, a z każdym kolejnym było coraz gorzej. Wypadli na korytarz, Maili oparła się o ścianę i zsunęła po niej, zupełnie nie będąc zdolną do dalszych ruchów. Nie potrafiła jasno myśleć, to co działo się z nią w tamtej chwili można było podpiąć pod największy koszmar. Straszny sen, z którego za wszelką cenę chcesz się wybudzić, ale coś ci na to nie pozwala. Nie wiedziała dokąd prowadzi ją Nox. Prawdę mówiąc nie potrafiła nawet o tym do końca myśleć. Próbowała unormować swój oddech, ale każde jej staranie kończyło się niepowodzeniem. Porażką, która sprawiała, że wciąż narastająca panika przejmowała nad nią kontrolę. Nawet nie poczuła jak z jej oczu zaczęły płynąć łzy. Jedna za drugą, bez żadnej przerwy. Maili chciała, żeby ten horror się skończył. Widziała swojego starszego brata idącego w jej kierunku i uśmiechającego się w ten swój specyficzny sposób. Przeżywała własną tragedię, której nie mogła dzielić z innymi.
- Jeden, dwa, trzy... – liczyła szeptem, powtarzając liczby jak mantrę, próbując wybudzić się z tego transu.
Jedyne czego chciała było skończenie się ataku. Zmagała się z nimi od tylu lat, a nadal nie potrafiła poradzić sobie z tym sama. Rejestrowała obecność Mefistofelesa, ale nie do końca wiedziała co ona oznacza. Nie była to znajoma sylwetka najlepszego przyjaciela, który pomagał jej tak wiele razy.
Oddychała szybko i ciężko, ale oddechy jakby nie zdawały się na nic. Były czynnością wykonywaną zupełnie intuicyjnie, ale nie rejestrowaną przez jej organizm. Równie dobrze mogła po prostu nie oddychać. Nie potrafiła utrzymać kontaktu wzrokowego ze ślizgonem. Patrzyła gdziekolwiek, a wszystkie obrazy były rozmazane. Maili nie wiedziała czy to przez łzy czy coś innego.
- ...cztery, pięć, sześć... – liczyła dalej, łudząc się, że to w czymś pomoże. – ...siedem, osie... – nie potrafiła skończyć, nie mogła doliczyć do dziesięciu.
Spokojnie. Słyszała w głowie. Chciała być spokojna, pragnęła tego najbardziej na świecie, ale było to nieosiągalne. Jedyne o czym mogła myśleć była panika, która wypełniała ją całą. A ona nie miała siły się opierać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : X
Wiek : 20
Skąd : Wyspa Jura, Szkocja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 616
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 1080
http://www.czarodzieje.org/t15136-mefistofeles-e-a-nox#403342
http://www.czarodzieje.org/t15137-what-does-life-mean-to-me#403353
http://www.czarodzieje.org/t15139-kind#403356
http://www.czarodzieje.org/t15134-mefistofeles-e-a-nox




Moderator






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Sob 16 Gru - 0:58

Największą karą dla Mefisto była bezsilność, a w tej chwili doskwierała mu wyjątkowo boleśnie. Może i zareagował szybko, może i wyprowadził Maili z zatłoczonego skrzydła szpitalnego... Ale niewiele więcej mógł zrobić. Swego czasu dowiedział się sporo na temat ataków paniki, żeby w razie czego komuś móc pomóc (a ludzie uważali go za bezdusznego potwora!). Domyślał się, że pewnie jest ostatnią osobą, którą Puchonka chce mieć teraz u swojego boku, ale nie był w stanie zagwarantować jej nikogo lepszego. Nie spodziewał się tak gwałtownego ruchu z jej strony i pozwolił, aby osunęła się po ścianie - amortyzował ją przy tym i nim się zorientował, to już klęczał obok. Nie rozumiał, czemu spływające po jej policzkach łzy tak dogłębnie go ranią, czemu widok spanikowanej dziewczyny wytrącał go z równowagi. Przypominała mu spłoszone zwierzę, przerażone tak, że nie było w stanie nic zrobić. Nikomu i niczemu nie życzył tak okrutnej bezsilności.
Podobno pomagało uspokajanie i przekierowywanie koncentracji na coś stałego. Liczenie zupełnie rudowłosej nie wychodziło, ale liczyła się determinacja. Mefistofeles przyłożył jej dłoń do swojej klatki piersiowej, siląc się na dłuższe i spokojniejsze oddechy, które mogłaby wyczuć bez większego wysiłku.
- Spokojnie, Maili - rzucił miękko, pozwalając aby ciepły ton jego głosu otulił Puchonkę. - Spokojnie. To tylko chwila. Oddychaj ze mną - poprosił, gładząc kciukiem wierzch jej dłoni.
Nie miał pojęcia czy miała jakieś wyuczone postępowanie w tej chwili, czy potrzebowała czegoś od niego - był obok i oferował jej wszelką możliwą pomoc, ale radził sobie tak jak tylko mógł ze względu na swoje umiejętności. Mefisto bardzo rzadko okazywał tyle empatii i starał się nie zastanawiać nad tym, dlaczego tak uległ przerażonemu spojrzeniu panny Lanceley. W tej chwili liczyło się tylko to, aby znalazła spokój.

______________________


Liam-senpai, notice me!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : Glasgow/Dolina Godryka
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 201
  Liczba postów : 236
http://www.czarodzieje.org/t15401-maili-o-l-lanceley
http://www.czarodzieje.org/t15404-in-mollis-sonus-est-difficile-verba
http://www.czarodzieje.org/t15407-listy-do-m
http://www.czarodzieje.org/t15402-maili-o-l-lanceley




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Sob 16 Gru - 1:21

Maili miała wrażenie, że zamiast wychodzić na powierzchnię, tonie jeszcze bardziej. Czekała aż dotknie dna, które sprawi, że poczuje ulgę. Tylko jakim kosztem? Zawsze liczyła. Kiedyś ktoś jej powiedział, że liczenie pomoże. Dlaczego więc tym razem nie pomagało? Musiała skończyć, musiała dojść do dziesięciu, a wydawało się to najmniej możliwą rzeczą na całym świecie. Serce biło jej jak oszalałe, a ona nic nie mogła z tym zrobić. Czuła taką niemoc kontrolowania swojego ciała jakby jej duch i umysł były zupełnie innym bytem.
- Ale.. ja... nie mogę... – powiedziała prawie niesłyszalnie, odpowiadając na słowa chłopaka, mówiące, że ma oddychać.
Właśnie w tym tkwił problem, nie mogła wziąć nawet jednego pełnego oddechu. Powietrze, które miało wypełniać jej płuca, uchodziło z niej jak z przebitego balona. Nadmuchanie go ponownie było po prostu niemożliwe, niewykonalne. Tak się teraz czuła – jak przebity balon.
Próbowała posłuchać jego słów, zacząć oddychać w jego rytmie, ale jej ciało jej nie słuchało.
- Pomóż mi. – wyszeptała, ale z jej ust prawie nie wydobył się żaden dźwięk.
Chciała to zatrzymać, sprawić, że fala paniki się cofnie, jakby w formie odpływu. Przymknęła oczy i skupiła się tylko na jednym. Tutaj nawet nie chodziło o skończenie koszmaru, ona po prostu chciała się uspokoić. Powoli, jej serce zwalniało, ale była to prawie niezauważalna zmiana. Oddech wciąż miała ciężki, ale można było powiedzieć, że zrobiła ten pierwszy krok, który miał za sobą pociągnąć całą resztę. Ledwo przytomnym wzrokiem odszukała twarz Mefistofelesa i wbiła twarde spojrzenie w jego zielone tęczówki, szukając w nich oparcia, punktu zaczepienia, pewnego rodzaju azylu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : X
Wiek : 20
Skąd : Wyspa Jura, Szkocja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 616
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 1080
http://www.czarodzieje.org/t15136-mefistofeles-e-a-nox#403342
http://www.czarodzieje.org/t15137-what-does-life-mean-to-me#403353
http://www.czarodzieje.org/t15139-kind#403356
http://www.czarodzieje.org/t15134-mefistofeles-e-a-nox




Moderator






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Pon 18 Gru - 13:50

- To nic, nie przejmuj się - zapewnił ją, doskonale wiedząc jaka panika włączała się człowiekowi w sytuacji, w której nie mógł oddychać. Teraz to atak powodował tę reakcję u dziewczyny, więc cały czas potęgowała doznanie, a jej przerażenie... Mefisto z trudem silił się na spokój, wiedząc, że przynajmniej on nie może dać ponieść się emocjom. Nie rozumiał co się wydarzyło, czemu Lanceley zareagowała tak na zwykłą lekcję magii leczniczej - być może chodziło o coś więcej. Rzecz w tym, że on był nikim, nie znał jej i nie mógł wiedzieć, jakiej pomocy od niego potrzebowała. Mógł tylko starać się zapewnić ją, że będzie obok i zrobi wszystko, aby jej ulżyć. - To nic - powtórzył pewniej, przykładając dłoń do policzka dziewczyny i ocierając jej łzy. Przytrzymał ją tak, nie przerywając kontaktu wzrokowego i oddychając spokojnie, próbując jakoś jej to przekazać. - Nic się nie dzieje, Maili. Wszystko jest w porządku - jestem tu.
Nie zastanawiał się nad tym, jak wiele osób prychnęłoby słysząc z jego ust te słowa. Można było wiele o Noxie powiedzieć, ale miewał swoje momenty - w tej chwili gotów był zagwarantować nieograniczone wsparcie, a z jego oczu zniknął ten charakterystyczny cynizm. Całym sobą informował Puchonkę, że nie musi się denerwować, że nie musi się bać. Czy Mefisto nie wyglądał na osobę, obok której można było czuć się bezpiecznie? I choć bardzo chciałby sobie wmówić, że wciskał to Maili tylko dlatego, że w ten sposób powinno się uspokajać osobę przechodzącą atak paniki, tak doskonale wiedział, że faktycznie chciał jej pomóc.

______________________


Liam-senpai, notice me!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : Glasgow/Dolina Godryka
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 201
  Liczba postów : 236
http://www.czarodzieje.org/t15401-maili-o-l-lanceley
http://www.czarodzieje.org/t15404-in-mollis-sonus-est-difficile-verba
http://www.czarodzieje.org/t15407-listy-do-m
http://www.czarodzieje.org/t15402-maili-o-l-lanceley




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Sro 20 Gru - 19:17

Maili nie mogła mieć pojęcia z kim ma do czynienia. Kiedy do niego zagadała na lekcji nie skojarzyła nawet, że to ten chłopak, ten wilkołak. W tej chwili liczyło się tylko to, że to właśnie on chciał jej pomóc, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Przyjęłaby każdą pomoc, nawet tę oferowaną od swojego największego wroga. Ona tylko pragnęła wziąć chociażby jeden pełen oddech, który napełni jej płuca i sprawi, że jej serce zacznie zwalniać. Nie przypuszczała, że dostanie ataku na zwykłej Magii Leczniczej, ale miały to do siebie, że przychodziły bez zapowiedzi. Dziewczyna nie mogła się do nich przygotować, za każdym razem było inaczej. Inaczej się zaczynały, inaczej kończyły, ale była jedna rzecz, która wszystkie łączyła – przychodziły nagle i równie nagle odchodziły.
Dziewczyna patrzyła na Mefistofelesa. Miała w nosie wszystkie pogłoski na jego temat, nawet fakt, że zazwyczaj był bardzo nieprzyjemny. Nie oceniała ludzi, a o nim bardzo szybko wyrobi sobie własne zdanie – dobre zdanie. Kiedy powiedział, że będzie dobrze, uwierzyła mu. Czuła jego obecność, zaufała mu, że wszystko skończy się dobrze. Przeniosła wzrok z jego oczu na pierś, która równomiernie się unosiła i opadała. Starała się robić dokładnie to samo, w tym samym tempie, ale organizm nie słuchał choć umysł krzyczał, że ma się uspokoić, że to czas na wyrównanie oddechu.
Wdech i wydech powtarzała w myślach, łudząc się, że to się na coś zda. Zamknęła oczy, to był błąd. Pod powiekami od razu zobaczyła swojego starszego brata, który się zbliżał. Nie potrafiła stwierdzić czy to rzeczywistość czy tylko coś w rodzaju snu. Otworzyła oczy, jej wzrok padł na Mefistofelesa, który cały czas przy niej kucał. To on jest prawdziwy.
Skupiła się na tym żeby uświadomić sobie, że jej brata tam nie było, że to tylko iluzja, którą wywołała jedna myśl. Ta myśl była zapalnikiem ataku.
- To nie jest prawdziwe. – powiedziała szeptem z przekonaniem w głosie.
Kiedy tylko dotarło do niej, że ma rację – jej oddech zaczął się normować. Serce zwalniało, a Maili w końcu wzięła głęboki oddech. Zachłysnęła się powietrzem jak przy wynurzeniu z wody, ale to było nic w porównaniu koszmaru, który właśnie przeżyła. Ta cała historia stała się w jej głowie, tak naprawdę była bezpieczna. Jej brat zniknął, a przy niej był chłopak, którego dopiero co poznała imię. Spojrzała na niego nieco zdezorientowanym wzrokiem. Wiedziała, że miała atak, ale nie sądziła, że to właśnie on jej pomoże.
- Przepraszam. – mruknęła.
Już po wszystkim.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 29407
  Liczba postów : 41155
http://www.czarodzieje.org/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Pią 2 Lut - 12:09

@Tom Falk na gwałt potrzebował pracy domowej z historii magii. Był pewien, że jeżeli jeszcze raz oleje sprawę, profesor Morris da mu szlaban, a miał przecież lepsze rzeczy do roboty niż szorowanie nocników w skrzydle szpitalnym, czy sprzątanie w sowiarni. Problem leżał w tym, że jego wiedza o pracy domowej ograniczała się do tego, że jakaś była zadana - nie znał nawet tematu. Dodatkowo, jak na złość, nigdzie nie mógł znaleźć żadnych znajomych, którzy mogliby go w tej sytuacji poratować. Czas pozostały do lekcji kurczył się natomiast nieubłaganie. Głupio byłoby czaić się na kogoś, kto da odpisać zadanie pod drzwiami klasy, ale im później się robiło, tym bardziej rozumiał, że nie ma wyboru. W końcu zdecydował się iść na pierwsze piętro i praktycznie od razu uśmiechnęło się do niego szczęście - z drugiej strony korytarza, zmierzała do klasy dziewczyna w szkarłatnej szacie. Koleżanka Gryfonka powinna się za nim ująć i podzielić pracą domową. Przecież tracenie przez niego punktów nie leżało w interesie ich obojga.

@Lúthien T. Lanceley chyba zupełnie nie przejmowała się tym, że jej ulubiona szkarłatna szata, którą nosiła zamiast mundurka, dezorientowała innych. Kto wie - może nawet ją to bawiła? W każdym  razie, dzięki swojej garderobie miała w tym momencie na głowie chłopaka z Gryffindoru, który sądząc, że i ona jest z domu Godryka, próbował wysępić od niej zadanie domowe.

---------------------------
Zaczyna Tom. Prośby i zażalenia kierujcie do Gemmy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 20
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 464
  Liczba postów : 237
http://www.czarodzieje.org/t8924-tom-falk
http://www.czarodzieje.org/t8932-mow-mi-tom
http://www.czarodzieje.org/t8933-falk
http://www.czarodzieje.org/t8934-kufer-toma#250268




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Pią 2 Lut - 14:58

Nienawidził Historii Magii. Właściwie to cały czas na tych zajęciach przesypiał. Dla niego to tak naprawdę była nauka o niczym konkretnym. Do czego mu się to przyda? Kończył tutaj już naukę. Nie chciał się tego uczyć, nie chciał chodzić na te zajęcia, nie chciał odrabiać pracy domowej. Był jeden problem. Za każdym razem dostawał minusowe punkty i szlaban. Zazwyczaj czyścił kible lub sowiarnie. I to nie jak normalny czarodziej! Jako czarodziej to nawet by mu sprawiło przyjemność, ale nie tym razem. No dobra, nie sprawiłoby, ale machanie różdżka w takich wypadkach jest lepsze niż machanie czymkolwiek innym.
Tak więc siedzenie i rozpaczanie nad tym, że nawet nie wiedział co jest zadane nie było najlepszym sposobem. Nienawidził jojczyć. Przecież to nic mu nie da a tylko zmarnuje swój cenne czas. Postanowił poszukać któregoś ze swoich kolegów. Wątpił by ktokolwiek mu powiedział co jest zadane, ale chciał chociaż zaryzykować. Może ludzie nie są aż tak cholernie tempi. Nie oczekiwał, że ktoś odwali za niego brudną robotę, ale że chociaż ułatwi mu zadanie. Praca na temat zawsze lepsza niż praca kompletnie nie na temat. Zawsze może sobie sam wymyślić temat, ale wiedział czym to się będzie równało. Szlabanem tylko przez dłuższy okres. to tak na zakończenie jego nauki.
W końcu zauważył dziewczynę, która miała odpowiednią szatę. Może trochę inną niż on sam? A może po prostu chciała sobie ją ulepszyć? Za dziewczynami trudno trafić! Nigdy jej nie widział we wspólnym pokoju. Uczył się tutaj tyle lat a nadal nie widział takiej dziewczyny! Zwłaszcza, że brzydka nie była. Może zawsze otaczali ją faceci, którzy przesłaniali ją? A może nigdy tam nie przesiadywała? Lepiej było podejść, a nie rozmyślać dlaczego jej nie widział. Podszedł też do niej i jej wyraz twarzy od razu powiedział mu, że nie otrzyma od niej tego, co chciał.
- mogę oczekiwać od ciebie małej współpracy?- zaczął. Wiedział, że ludzie na korytarzu nie znają na pamięć tematów głupich prac! Co za debilizm.myśl o szlabanie jaki może cię spotkać! rozkazał sobie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 173
  Liczba postów : 152
http://www.czarodzieje.org/t15045-luthien-tari-lanceley#401631
http://www.czarodzieje.org/t15082-slowik-zaprasza#401644
http://www.czarodzieje.org/t15083-listy-czarodziejki#401673
http://www.czarodzieje.org/t15058-luthien-tari-lanceley




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Pią 2 Lut - 23:26

Czerwień, najgorętsza ze wszystkich barw. Od pokoleń była uważana za kolor życia i skrajnych uczuć, gorących. Najczęściej kojarzy się ją z miłością i pożądaniem. Z ogromnej ilości symbolizowanych przez nią cech, do najważniejszych należą ekstrawertyzm, odwaga, asertywność, determinacja, przyjazność, ciepło i wrażliwość. Zdecydowanie ostatnie trzy nie opisywały osoby przywdziewającej ten kolor. Przyjazność? Przyjazna była tylko dla nielicznego grona. Reszta była dla niej pionkami które bez większego trudu można było wykorzystać do własnych celów. Ciepło? Nigdy. Wrażliwa? Nie płakała na każdej ckliwej komedii czy czytając książkę. Nawet nieszczęście zwierzęcia nie było w stanie wymusić u niej łzy.
Czym więc dla niej była czerwień? Odpowiedź była tą najprostszą. Był to symbol potęgi, wszechwładzy. Dzięki niemu czuła się silniejsza i bardziej widoczna. Być może również doceniona. Również wyjątkowa. Jako jedyna ubierała się w ten sposób. Reszta zagorzale przestrzegała regulaminu i uparcie trzymała się każdego słowa w nim spisanego. Ona wolała go łamać na swój, dość inny, sposób.
Co więc robiła na tym korytarzu, w dodatku sama? Potrzebowała pomocy którą jedynie szkolna pielęgniarka mogła jej udzielić. Lekcje z Cortezem potrafiły dać w kość. Była zaledwie kilka kroków od masywnych drzwi, gdy nie wiadomo skąd pojawił się obok niej chłopak. Nie znała go więc z pewnością nie był ze Slytherinu. Krukon? Raczej nie. Oni nie prosili o pomoc. Pozostały jej puszki jak i gryfonii. Mrużąc oczy spojrzała na niego. Skoro już ją zatrzymał to chętnie dowie się w jakim celu chodź współpraca nie wchodziła tutaj w rachubę. No chyba, że dla jej własnej korzyści.
- A jakiej to współpracy może oczekiwać...? - Zlustrowała go wzrokiem szukając drobnego elementu po którym rozpoznałaby dom - dość straszy chłopak od ślizgonki? uśmiechnęła się ironicznie spoglądając na chłopaka. Była bardzo ciekawa do czego była mu potrzebna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 20
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 464
  Liczba postów : 237
http://www.czarodzieje.org/t8924-tom-falk
http://www.czarodzieje.org/t8932-mow-mi-tom
http://www.czarodzieje.org/t8933-falk
http://www.czarodzieje.org/t8934-kufer-toma#250268




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Czw 15 Lut - 20:40

Tom od lat nosił szatę w tym właśnie kolorze. Nigdy nie patrzył na niego w ten sposób. Co więcej! Uważał, że ten kolor nie pasuje do niego. Kolor czerwony kojarzył mu się z agresywnością, ogniem, złością. Oczywiście złość i agresja pasowała do niego. Ale kolor szaty to zupełnie inna historia. Ale to w końcu był ostatni rok w którym musiał w tym chodzić. Oczywiście jeśli jakimś cudownym sposobem uda mu się zakończyć szkołę. coś u mówiło, że uda się bez większych problemów. Przecież nie będą go trzymać rok by kolejny rok z nim się użerać. Byłoby to dla nich prawdziwą mordęgą. Kolejny rok ciężkiej roboty z nim. Błagania by ruszył dupę i cokolwiek zrobił. Czy to miało jakiś większy cel?
Jej pierwsze słowa go zaskoczyły. była ładna, nie da się tego ukryć, ale nie była aż tak wredna jak on sam ani nie była milutka jak cukiereczek. Tego drugiego chyba by nie zniósł on sam. Nie odpychała go też na starcie mimo, że prawdopodobnie gdzieś się spieszyła. Ale jedno słowo go najbardziej zaskoczyło.
- Od ślizgonki? Ty jesteś ślizgonka?- zapytał lustrując jej struj. Jeśli tak było to dlaczego tak się ubrała. Miała na celu kogoś kłamać, oszukać? Jakoś nie mógł w to uwierzyć. - W sumie to potrzebowałem tematu do pracy z historii magii, ale w takim razie nie ważne. Pieprzyć to- powiedział wzruszając obojętnie ramionami. Nie spodziewał się,ze spotka na swojej drodze ślizgonkę, która z pewnością nie odpowie na jego pytania i mu nie pomoże w żaden sposób. A szkoda. Czy to znaczyło, że z tą pracą był w czarnej dupie? O nie! On tak łatwo się nie podda. Może jego bliscy nie żyli, ale nie podda się! Zdobędzie to chociażby siła!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : X
Wiek : 20
Skąd : Wyspa Jura, Szkocja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 616
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 1080
http://www.czarodzieje.org/t15136-mefistofeles-e-a-nox#403342
http://www.czarodzieje.org/t15137-what-does-life-mean-to-me#403353
http://www.czarodzieje.org/t15139-kind#403356
http://www.czarodzieje.org/t15134-mefistofeles-e-a-nox




Moderator






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Pią 13 Kwi - 9:36

Jedno trzeba było przyznać - pannie Blanc z pewnością się nie nudziło. W ogromnej szkole, w której co i rusz powietrze przecinały mniej lub bardziej bezpieczne zaklęcia, nie było ciężko o jakiś wypadek. Tutaj wszystko było czarodziejskie, zatem jedni wpadali do Skrzydła Szpitalnego zatruci krwotoczkami truskawkowymi, innych kostka bolała od zapadniętego schodka, a jeszcze niektórzy zgłaszali się z poparzeniami trzeciego stopnia i pomiażdżonymi kośćmi - a przynajmniej w takim stanie był Mefistofeles, gdy poprzedniego dnia w końcu dotarł na pielęgniarki. Prawdę mówiąc, niewiele pamiętał z jej drobnego wywiadu; wyjątkowo nie było po co ściemniać, bo przecież tragedia odbyła się podczas niewinnego pojedynku uczniowskiego. Ślizgon coś tak czuł, że Blanc mu nie uwierzy... na szczęście nie dociekała jakoś tragicznie, akceptując wyjaśnienia dotyczące zakłóceń magicznych. Ciężko było domyślić się, czy rzeczywiście kupiła Mefistofelesową wymówkę - ile razy przychodził do niej pocięty, poparzony, pogryziony, pobity? Ile razy uciekał wzrokiem i ze zmęczeniem w głosie rzucał ciche „proszę nie pytać”?
Tak czy inaczej, pomoc uzyskał. Nawet szkolna pielęgniarka miała problemy ze szwankującą magią, zatem musiała posiłkować się zaklęciami pośrednimi i eliksirami, o których zepsucie było ciężej. Nox otrzymał surowe przykazanie zostania w Skrzydle Szpitalnym na noc, a ponieważ zupełnie nie potrafił odmawiać Blanc, to po prostu jej grzecznie przytaknął. Na białym, sterylnie czystym łóżku, spało się fenomenalnie - wieczorna herbata z eliksirem Słodkiego Snu robiła swoje. Mefisto chętnie wylegiwał się w pościeli, co jakiś czas sprawdzając, czy powolutku leczone żebra dalej bolą; ku jego uciesze, tak właśnie było. Nie martwił się o nos, który naprawiony został błyskawicznie, ani o jeszcze delikatną strukturę żeber. Większy problem był z dłonią, przy której leczeniu prawie zemdlał - dodatkowo martwił się o tatuaż...
Nic strasznego się w nocy nie przydarzyło, a uśpiony eliksirem Mefisto nie miał nawet okazji na poukładanie sobie w głowie zajść z pojedynku. Dalej pochłaniał go chaos płomiennej klatki, dalej z tyłu głowy echem odbijało się chrupnięcie towarzyszące tępemu uderzeniu o posadzkę. Może i był zmęczony, ale nie żałował ani odrobinę - przyjemny dreszcz ekscytacji zapewnił go w przekonaniu, że chętnie by tamte tortury powtórzył. Martwił go jedynie stan psychiczny Liama. I choć obiecał sobie, że po tamtej cholernej pełni da mu czas, to teraz zamierzał pójść prosto pod Pokój Wspólny Hufflepuffu. Wychodząc ze Skrzydła Szpitalnego rozważał jeszcze, czy może nie poprosić o Neirina i to jego nie spytać o samopoczucie Liama; wydawało mu się to jednak dziecinne i głupie. Lewą dłoń miał szczelnie owiniętą bandażem, podobnie było z klatką piersiową - biały materiał odznaczał się subtelnie pod niedbale zapiętą koszulą, prowizorycznie wyczyszczoną i doprowadzoną do względnego porządku. Na twarzy nie pozostał już żaden ślad po połamanym nosie, a zielone tęczówki odzyskały swoją charakterystyczną beznamiętność. Szedł powoli, przy każdym oddechu i ruchu czując drobny dyskomfort w klatce piersiowej; prawdziwy kłopot pojawił się w momencie, w którym różdżka Ślizgona wysunęła się z kieszeni torby i stuknęła o podłogę.
Miał się, przepraszam, schylić?
Patyk potoczył się za zakręt korytarza, a Mefisto - klnąc w myślach niemiłosiernie - podążył za nim. Planował przykucnąć, a jednak zamiast tego po prostu runął na posadzkę, uderzając w nią mocno kolanem i tracąc na chwilę oddech. Los chciał, żeby wylądował (poniekąd znowu twarzą w dół) widowiskowo, tuż przed @Liam A. Rivai.

______________________


Liam-senpai, notice me!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Londyn.
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 381
Dodatkowo : prefekt fabularny
  Liczba postów : 295
http://www.czarodzieje.org/t15707-liam-a-rivai#423856
http://www.czarodzieje.org/t15777-liam#425298
http://www.czarodzieje.org/t15717-liam#423907
http://www.czarodzieje.org/t15708-liam-a-rivai#423857




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Pią 13 Kwi - 10:40

Zginąłby bez przyjaciół.
Wczorajszy dzień był z pewnością najgorszym doświadczeniem w całym jego życiu, zgarniając ten „chwalebny” tytuł sprzed nosa nawet takiej perle, jak pamiętna pełnia sprzed kilku dni. Po niej miał ochotę gryźć się po rękach za wszystkie nierealne wizje i koszmary, które atakowały go ilekroć gwiazdy zapalały się na ciemnym, wiosennym niebie. Z tamtą traumą radził sobie całkiem nieźle. Uwaga kolegów i ich zaangażowanie sprawiało, że z każdą następną dobą, Liam wydawał się coraz bardziej spokojny. Odwracali jego myśli własnymi uwagami, nie wahali się przed zgarnięciem go do siebie czy umówieniem się na zwykłe wyjście do Hogsmaede w ramach rozweselenia. Niestety teraz był przybity na zupełnie innym poziomie.
Nieważne czy było ciemno czy jasno, czy siedział w pokoju czy przechadzał się na zewnątrz, czy widział księżyc czy też był schowany za chmurami… uważał, że nie byłoby żadnej różnicy, a płonące poczucie winy wypalałoby go od środka z równą intensywnością. Czuł ciężar. Odpowiadał na krzywdę drugiego człowieka… gdyby szkoła dowiedziała się z jakim rozmachem i nierozwagą używał zaklęć, łamiąc przy tym zasady pojedynku, mógłby spokojnie zostać zawieszony w prawach ucznia. Nie o siebie się jednak martwił…. poniekąd cholernie chciał dla siebie jakiejś kary.
Z samego rana wybył pędem z dormitorium, przez stres i zatonięcie we własnych myślach, krzywo wiążąc sobie krawat w biegu. Chociaż fizycznie koledzy umożliwili mu odpłynięcie w spokojny sen, nawet wyspany wciąż czuł się okropnie i blada cera z wymalowanym zmartwieniem trzymała się go uparcie, jakby ktoś dobił ją do twarzy Puchona gwoździami. Niemal truchtał w stronę skrzydła szpitalnego, wymijając zręcznie wszystkich, którzy wstali równie wcześnie, co on. Wczoraj nie miał absolutnie siły i odwagi, by spojrzeć na Mefisto raz jeszcze… dzisiaj wyzwał się od idiotów i spointował do niego, chcąc zobaczyć jak się czuł.
Szczęście, że podeszwy w jego butach miały zadowalające tarcie, bo dziesięć centymetrów więcej i za rozpędu wpakowałby się ponownie w nos Ślizgona. Zdążył się jednak zatrzymać i spojrzeć na niego z niewyobrażalnym poczuciem winy i przejęciem.
- Mefi. – zaczął, ponownie mówiąc trochę nieswoim głosem. Za wysoki, zbyt zestresowany. Natychmiast przykucnął tuż przy mężczyźnie, kładąc mu delikatnie rękę na ramieniu, jakby dla zapewnienia, że na pewno nie poleci do przodu na twarz. – O rany… jeszcze chwila i znowu zrobiłbym ci krzywdę. Tym razem nie różdżką, a własnym ciałem. Merlinie, co jest ze mną nie tak? – zmartwił się, nieco rozedrganym głosem. Nie był już tak pełen paniki jak wczoraj, ale zdecydowanie przeżywał dalej. Wpatrzył się w niego, szczerze bojąc się tego spojrzenia. Jakiekolwiek by nie było, sprawiało, że czuł się okropnie. Te same oczy patrzyły na niego, gdy raz po razem wbijał go coraz mocniej w posadzkę sali treningowej.
Przygryzł dolną wargę, przez kilka dłużących się sekund ważąc następne słowa, by nareszcie przede wszystkim odsunąć się od niego i przestać go dotykać (był święcie przekonany, że Ślizgon sobie tego w tym momencie nie życzył). Wydarł z siebie ciężkie westchnięcie, zabijając ciszę z jego strony, potwornie napiętym monologiem.
- Wiem, jak głupio to brzmi po tym wszystkim, co ci zrobiłem, ale… j-ja tak bardzo cię przepraszam, Mefi. – opadł z kucek na kolana, by następnie usiąść sobie na łydkach. – Naprawdę, naprawdę… nie chciałem wyrządzać ci żadnej krzywdy. Gdybym tylko mógł cofnąć czas od razu przerwałbym tamten pojedynek albo połamał sobie różdżkę, byleby oszczędzić ci cierpienia. J-ja… ja nawet nie wiem jak mógłbym się obronić z popełnionych czynów, tak cholernie źle to się potoczyło. – zadrżała mu nieco broda, a szatyn uciekł gdzieś spojrzeniem, kuląc się. – Zresztą nawet nie chcę się bronić i absolutnie zrozumiem, jeśli mi nie wybaczysz. Sam bym sobie nie udzielił przebaczenia i… u-ugh…. – przetarł twarz ręką, wciąż nie siląc się, żeby podnieść na niego wzrok. – N-naprawdę… przepraszam, Mefi… tak strasznie cię przepraszam i chcę Ci to wszystko zrekompensować. Możesz mnie dobić butem do ziemi, wrzucić w ogień… jeśli chcesz możesz mnie nawet zadusić w łazience prefektów. S-sam mogę ci dać wszystkie swoje galeony… albo po prostu schodzić ci z drogi przez cały czas i-i… - nie przestawał trajkotać, najwyraźniej nawet w silnym stresie i atmosferze poczucia winy nie wiedząc, czym był umiar w słowach.  Przyjmował tak uległą postawę, że aż cudem było, iż w ogóle ruszył się i wyciągnął rękę po różdżkę Ślizgona. Podał mu ją, nie przerywając mówienia, wpatrując się uparcie w ziemię, jakby oczekiwał, że gdy tylko zguba wróci do właściciela, ten nie omieszka wbić mu drewno prosto w oko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : X
Wiek : 20
Skąd : Wyspa Jura, Szkocja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 616
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 1080
http://www.czarodzieje.org/t15136-mefistofeles-e-a-nox#403342
http://www.czarodzieje.org/t15137-what-does-life-mean-to-me#403353
http://www.czarodzieje.org/t15139-kind#403356
http://www.czarodzieje.org/t15134-mefistofeles-e-a-nox




Moderator






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Pią 13 Kwi - 14:04

To byłoby wyjątkowo ironiczne, gdyby Mefisto został zmuszony do powrotu do Skrzydła Szpitalnego; prawdę mówiąc, był o tym święcie przekonany. Przymknął odruchowo powieki, czując powiew wiatru niesionego przez impet ruchu drugiego człowieka - rozkosznie tępe uderzenie nigdy nie nastąpiło, zatem uniósł nieco głowę i wlepił zaskoczone spojrzenie w Liama.
- Padanie przed tobą chyba wejdzie mi w nawyk... - Mruknął, mimo wszystko ciesząc się z tego, że Puchon zaraz przykucnął. Sam chciał wstać, ale żebra za bardzo go bolały i wiedział, że będzie potrzebował pomocy w dźwignięciu się do pozycji stojącej. Został zatem uziemiony - Rivai mógł mieć pewność, że „ofiara” mu nie ucieknie. Zerkał na niego trochę z brakiem zrozumienia, być może wychodząc na zdystansowanego; fakt faktem brwi zmarszczył dopiero wtedy, gdy Liam zabrał rękę. Widział, że chce coś powiedzieć, więc sam uparcie milczał, siadając sobie wygodniej z tego wymuszonego przyklęku. Było łatwiej, kiedy był wyprostowany.
- Co? - Wyrwało mu się, gdy nagle został obdarowany przeprosinami. Nie przebił się przez słowotok prefekta, niezbyt w ogóle próbował. Na spokojne wsłuchiwał się w jego słowa, walcząc ze śmiechem rozrywającym go od wewnątrz. Uśmiech powoli wpełzywał mu na twarz, poszerzając się i przywołując drobniutkie zmarszczki przy oczach. Parsknął dopiero na wzmiankę o galeonach, zaraz przykładając obandażowaną dłoń do klatki piersiowej, nie pozwalaąc sobie na większą ekspresję.
- Skarbie, z całym szacunkiem, ale co ty pierdolisz? - Zainteresował się, biorąc swoją różdżkę i zaraz przekładając ją do poparzonej ręki. Wykorzystał okazję i przechwycił dłoń Puchona, aby przyciągnąc ją sobie do twarzy - złożył nań mały pocałunek, dalej uśmiechając się od ucha do ucha. - Spokojnie, posłuchaj mnie przez chwilę. Nie musisz mnie przepraszać, przecież doskonale wiem, że nic mi nie chciałeś zrobić. Nie bierz na siebie winy za te zakłócenia magiczne... żyję, nie? - Nie wiedział jak wyjaśnić, że sama dawka bólu została wymierzona idealnie i nie miał na co narzekać. Puścił powoli dłoń Liama, dając mu czas na podjęcie decyzji odnośnie tego, czy chciał w takiej konfiguracji pozostać, czy też nie. - Nie planuję żadnej zemsty i nie zasługujesz na żadną karę. Jakie ty masz o mnie zdanie, co? Galeony? - Odrobina wyrzutu pojawiła się w głosie Ślizgona, bo ta uwaga trochę zabolała. Zaraz przypomniał sobie, że w gruncie rzeczy sam miał sporo na sumieniu - Liam tak go rozbawił, że wyrzuty sumienia Mefisto na chwilę ucichły. - To ja naciskałem na pojedynek, to ja rozwaliłem sobie rękę. I skoro już mówimy o mnie... - Nie dawał Puchonowi się wciąć, wyrzucając z siebie wszyściutko. Skoro już siedzieli na korytarzu, to mogli równie dobrze porozmawiać. - To przepraszam za tamtą pełnię. Byłem bezużyteczny, nie miałem jak ci pomóc i przepraszam, że do takiej sytuacji w ogóle doszło. Powinienem wiedzieć, co zrobić - zacisnął mocniej szczęki, teraz już w pełni poważny. I dopiero gdy skończył, to dał Liamowi szansę na powiedzenie czegokolwiek. Sam skończył, wydusił z siebie to, co ciążyło mu na sercu od kilku dni. Zbagatelizował zupełnie kwestię pojedynku, zachłystując się tym, że w końcu złapał Rivai’a samego. Jak mieliby przejmować się kilkoma zlamaniami, skoro ważniejszym tematem była samotna noc w Zakazanym Lesie?

______________________


Liam-senpai, notice me!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Londyn.
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 381
Dodatkowo : prefekt fabularny
  Liczba postów : 295
http://www.czarodzieje.org/t15707-liam-a-rivai#423856
http://www.czarodzieje.org/t15777-liam#425298
http://www.czarodzieje.org/t15717-liam#423907
http://www.czarodzieje.org/t15708-liam-a-rivai#423857




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Pią 13 Kwi - 23:42

Marnowało się tyle okazji do żartów… zdawał się kompletnie nie usłyszeć uwagi Mefistofelesa, nie odnosząc się do niej w żadnym słowie czy geście; po prostu od razu przeszedł do wylewania z siebie przeprosin. Może lepiej dla mężczyzny, że Rivai był zajęty własnymi przeżyciami wewnętrznymi? Nie dałby mu w spokoju egzystować do końca jego dni, wciąż wypominając ile razy zmusił go do uklęknięcia tuż przed jego obliczem... niech zna swojego pana, prawda?
Niestety w tej sytuacji dominantem z pewnością nie był przelękniony do granic możliwości szatyn, który z przestrachem oczekiwał przekleństw i wyrzutów, wyplutych przez wilkołaka w pełnej nienawiści do tego, czego dopuścił się Puchon. Kulił się i uciekał spojrzeniem, bojąc się spoglądać mu w twarz, jednak… dostał to, czego oczekiwał tylko połowicznie.
„Co ty pierdolisz?”
Zamrugał nieco zaskoczony, nareszcie siląc się, by odszukać wzrokiem zielone tęczówki mężczyzny. Wciąż patrzył na niego niesamowicie ostrożnie, w ogóle nie zdając się przybierać na pewności siebie. Czekał na ten opieprz, na to trzepnięcie po łbie lub przydzwonienie prosto w nos, by oddać szczeniakowi w ramach zasady „oko za oko”. Zamiast tego na jego dłoni złożono pocałunek; ostateczny dowód, że Mefistofeles nie chciał wyrządzać mu żadnej krzywdy. W normalnej sytuacji pewnie z miejsca zacząłby żartować; a więc jednak nie był jego „panem”, a śliczną księżniczką, skoro raczył go taki gestami. Może powinien uznać ten ruch za nieco zbyt poufały? Nie na miejscu? Niepotrzebny? … tylko jak mógł uznać coś tak potwornie potrzebnego za niepotrzebne? Od momentu powrotu do pokoju wspólnego, wymagał tej opieki od osób trzecich. Tej uwagi, czułości i troski… zwykłego zainteresowania i zapewnienia, że nie był sam. Nie prosił o nic, a jednak przyjaciele nie pozwalali mu utonąć w czarnych myślach, choćby dając się przylepić czy zagadać na tematy, które może niekoniecznie ich interesowały, ale sprawiały szatynowi ogromną radość. Teraz odebrał to w podobny sposób. „Jest okay”, „nie martw się”… „hej, jestem tu?”
- Naprawdę…? – zagadnął cicho, najpewniej brzmiąc przerozkosznie głupio w tym swoim ostrożnym niedowierzaniu w tak oczywiste potwierdzenie stanowiska Mefisto. Potrzebował więcej zapewnień? Zaraz jednak odchrząknął, starając się mniej przypominać skołowane ciele. – To było takie…. straszne… - westchnął, znowu krzywiąc się z przestrachem na wirujące we łbie wspomnienie. – Jak krzyknąłeś, upadłeś… – odleciał gdzieś spojrzeniem, gdy przeszedł go dreszcz. Zaraz westchnął ciężko i odsunął się kawałek od mężczyzny, jednak nie wstał. Oparł się plecami o ścianę korytarza, wyciągając nogi przed siebie. - …było tak dużo krwi.. – przetarł twarz otwartą dłonią, wciąż zdecydowanie nie przestając się obwiniać. Wyglądał okropnie. – To nie tylko wina zakłóceń. To ja nachrzaniałem te zaklęcia non stop… mogłem przecież przestać już po pierwszym. – zacisnął mocniej zęby, acz szybko złagodził rysy, gdy jego nieprzemyślane „galeony” zostały odebrane trochę nazbyt osobiście. – Och… niczego złego nie miałem na myśli… po prostu… eh.. – chyba miał zbytni problem z wysławianiem się. Ciężko było mu ubierać w słowa to, co myślał, by nie wychodziła z tego chaotyczna paplanina bądź zdania urywane przez brak znajomości odpowiednich określeń. – Chciałbym ci to jakoś wynagrodzić. Nawet nie wiesz jak jest mi ciężko z myślą, że wszystko wydarzyło się z mojej winy, a sam wyszedłem z tego praktycznie bez szwanku… - w tłumaczeniu: chciał dla siebie kary, odpokutowania. – To ja rozwaliłem ci rękę do takiego stopnia moim Aquamenti. – przypomniał, wpatrując się ponuro w zabandażowaną dłoń Ślizgona. Cokolwiek nie myślałby o tej sytuacji Mefistofeles, to jednak Liam sporo zawinił.
Zmrużył oczy, gdy tylko Nox wniósł na piedestał nowy temat.
- Co? – szepnął, niekoniecznie spodziewając się wyciągnięcia tej kwestii w bieżącym momencie. Wysłuchał go, najprawdopodobniej obierając taką samą postawę, jaką miał wychowanek Slytherinu do sprawy z pojedynkiem. Machnął delikatnie ręką. – Mefi… jeżeli ty byłeś tam bezużyteczny, to ja zostanę nowym Ministrem Magii… – a to było zdecydowanie ostatnie, o czym w życiu marzył. Podkulił nogi, opierając ręce na kolanach. Ułożył sobie łeb na skrzyżowanych przedramionach, zawieszając spokojne, ale przygnębione spojrzenie na Ślizgonie. Gryzło go za dużo spraw… - Nie będę kłamać; boję się potwornie tego lasu. Tych widoków, świadomości ile niebezpieczeństw żyje pomiędzy tamtymi drzewami… ilekroć patrzę na księżyc, mam ochotę schować się gdzieś głęboko i nie wychodzić, ale… myślisz, że w ogóle dziś bym tutaj siedział, gdyby cię wtedy ze mną nie było..? – zagadnął go, próbując uśmiechnąć się chociaż odrobinę. – To była moja decyzja, żeby pójść do Zakazanego Lasu. Diabelnie żałuję, że to zrobiłem, bo mogłem po prostu posłać ci patronusa, ale.. nie pomyślałem, a chciałem cię przestrzec i… ehh.. to wcale nie wydaje się mniej głupie, gdy mówię o tym na głos. – schował na chwilę twarz, opierając czoło na złożonych rękach. Zależało mu, żeby Mefisto o tym wiedział - tak najzwyczajniej w świecie. Westchnął ciężko i znowu uniósł głowę, tym razem patrząc przed siebie. – Boję się wilkołaków… ale fakt, że byłeś dla mnie straszny nie sprawił, że nie widziałem twojej pomocy. Pal licho, że dzięki tobie w ogóle tamtej nocy nie zamarzłem… Czerwony Kapturek.. tak nazywało się to gnomopodobne coś? Jakie miałbym szanse na obronę przed nim, gdybyś wtedy nie był blisko? - znów położył głowę na przedramionach, wbijając w Mefa gorzkie spojrzenie. – Nie chcę twojego „przepraszam”. Ty powinieneś chcieć mojego „dziękuję”, które powinienem ci złożyć już przy pierwszym spotkaniu, ale… - ale Firehutchcatch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : X
Wiek : 20
Skąd : Wyspa Jura, Szkocja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 616
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 1080
http://www.czarodzieje.org/t15136-mefistofeles-e-a-nox#403342
http://www.czarodzieje.org/t15137-what-does-life-mean-to-me#403353
http://www.czarodzieje.org/t15139-kind#403356
http://www.czarodzieje.org/t15134-mefistofeles-e-a-nox




Moderator






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Sob 14 Kwi - 0:37

- Młody. - Dopiero kiedy zorientował się, jak bardzo przejęty był Liam, to bardziej spoważniał. Nie chciał, żeby Puchon obwiniał się tamtą akcją - nie widział ku temu najmniejszych podstaw. Był niewinny, czysty jak łza; wyglądał na kogoś, kto muchy by nie skrzywdził, a komara by żałował. Jedynymi wrogami w tamtym cholernym pojedynku były zakłócenia magiczne i spaczony umysł Mefistofelesa. Wiedział przecież, że sama płomienna klatka niewiele robiła, a gdyby on nad sobą panował, to cała sytuacja potoczyłaby się zupełnie inaczej. Zmarszczył lekko brwi, nie potrafiąc zrozumieć, jakim cudem widok kogoś zmasakrowanego potrafił uczynić tak wiele szkód. Jak prezentował się przed Fire, gdy dodatkowo traktowała go Relashio? Jak ona się czuła, kiedy zagrzewała krew w jego żyłach? I jak, na Merlina, czuł się on, podczas wyduszania z niej ostatnich tchów? - Młody, poważnie. Nie takie rzeczy przeżyłem, a przynajmniej w tym przypadku mam pewność, że to po prostu pech. - Przysunąłby się, ale było mu już wystarczająco niewygodnie. Zamiast tego siedział nieruchomo jak figurka, tylko obserwując Puchona, który najpierw zabrał rękę z jego ramienia, potem nie dał się dłużej trzymać za dłoń, a teraz już w ogóle skulił się pod ścianą. Samotność po raz kolejny otuliła sylwetkę Ślizgona, nie zmuszając go nawet do jednego niepotrzebnego mrugnięcia. Niech będzie.
- Trudno - uznał nagle, wyjątkowo beztroskim tonem. Wzruszył ramionami dla poparcia danego słowa. - Trudno, Liam. Wiesz, żeby bardziej uważać z zaklęciami, a ja nie mam ci niczego za złe. To chyba stawia nas w niezłym położeniu, nie? Moim zdaniem nie miałeś na to wpływu, bo chciałeś tylko pomóc. Źle mówię? - Nie, nie mówił źle. Nie był chyba niczego tak pewien, jak teraz dobrych intencji Rivai'a - musiał mu tylko to udowodnić. Nie sądził, aby prefekt sam siebie próbował okłamać, doszukując się podświadomych skłonności sadystycznych, albo innych cudów. Jego zdaniem temat został zakończony, bo co więcej mógł zrobić? Nie potrafił zabrać nieprzyjemnych widoków ze wspomnień Liama, a sam postrzegał je zupełnie inaczej. Jedynym pomysłem, jaki miał, było dobitne pokazywanie rozmówcy, że nie przykładał do tego wszystkiego większej wagi. Było w porządku, ot co.
- Jestem wilkołakiem od siedemnastu - prawie osiemnastu już - lat. Nigdy, przenigdy, nie zdarzyła mi się podobna sytuacja. - Ciche westchnięcie wyrwało się Mefistofelesowi, kiedy wpatrywał się w przygaszoną sylwetkę siódmoklasisty. Przełknął z trudem ślinę, decydując się na poważniejsze zwierzenie - skoro już tak rozmawiali... Nie wiedział jak patrzeć obiektywnie na całą akcję, bo miała w sobie coś, co zupełnie rozkładało go na łopatki. - Nic mnie tak nie drażni, jak bezsilność... - Całe życie próbował się jej pozbyć. To dlatego tak chętnie pił wywar tojadowy, to dlatego uparcie ćwiczył i dążył do perfekcji, aby nie ograniczało go fizyczne osłabienie. To dlatego nie zrezygnował ze studiów, mimo wszystko chcąc posiąść trochę przydatnej wiedzy. - I to była najgorsza pełnia w moim życiu. - Bite godziny spędzone nieustannie w towarzystwie swojej największej pokusy. Kiedy tylko Liama przebiegały ciarki i gdy sądził, że pozostał potwornie sam pośród złowieszczej gęstwiny Zakazanego Lasu, to Nox doskonale czuł chociażby jego zapach. Nie zapominał o obecności Puchona, słysząc go, czując lub widząc. Każdy ruch wydawał się być podyktowany pragnieniem, a umysł rozdzierał się na dwie części, domagając się walki wilczej natury z ludzką. Był bezsilny, bo nie mógł ani pomóc, ani zaatakować. Pamiętał, że kiedy odganiał Czerwonego Kapturka, to jakiś głos w jego głowie powarkiwał ostro, że "tylko on może przelać tę słodką, czarodziejską krew". I szczerze? Nie potrafił już patrzeć na siedemnastolatka w ten sam sposób co wcześniej, za każdym razem wspominając to, ile znalazł sposobów na skrzywdzenie go. Rivai przejmował się jednym felernym pojedynkiem? Przecież to było nic w porównaniu do tego, że student dalej nie zapomniał tego kuszącego, zaćmiewającego umysł zapachu ofiary idealnej...
- Możesz pomóc mi wstać? - Poprosił miękko, wsuwając różdżkę do kieszeni i zerkając na Liama. Nie potrzebował wiele, a jedynie pomocnej dłoni, w której znalazłby oparcie przy pierwszych sekundach nieprzyjemnego kłucia w klatce piersiowej.

______________________


Liam-senpai, notice me!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Londyn.
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 381
Dodatkowo : prefekt fabularny
  Liczba postów : 295
http://www.czarodzieje.org/t15707-liam-a-rivai#423856
http://www.czarodzieje.org/t15777-liam#425298
http://www.czarodzieje.org/t15717-liam#423907
http://www.czarodzieje.org/t15708-liam-a-rivai#423857




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Sob 14 Kwi - 8:03

„Trudno, Liam.”
Otóż to. Sytuacja naprawdę była trudna.
Wpatrzył się w niego niespecjalnie pocieszony tymi słowami, ale nie mógł z nimi dyskutować. Skoro Mefistofeles nie miał mu tego wszystkiego za złe, a sam szatyn zdążył się już uzewnętrznić, jak przy kościelnym konfesjonale, to sprawa naprawdę mogła pozyskać status zamkniętej. Powiedzieli, co oboje o tym myślą, pokiwali sobie głowami, wzięli własne opinie głęboko do serduszka i… i dalej trwali przy swoich zdaniach, bo o ile obu zależało na sobie nawzajem (musiało, skoro Liam uznał, że chce dla niego ryzykować wędrówkę do Zakazanego Lasu, a Mefisto, że będzie całą resztę nocy tłumił w sobie własne instynkty, aby młodszemu nic złego się nie stało), o tyle oboje byli beznadziejnymi uparciuchami.
- Chciałem tylko pomóc. – przytaknął, wykorzystując wszystkie swoje umiejętności operowania mimiką, żeby zasygnalizować, że choć nie wypuści z pamięci tamtego zdarzenia tak łatwo, to przystaje, by po prostu nie ciągnąć dłużej rozmowy o nim. Chyba sam Rivai miał dość użalania się nad sobą, a przynajmniej na głos. Merlinie, ten tydzień był okropny…
Skrzywił się tylko mocniej na wyznanie Mefistofelesa, uparcie milcząc przez dłuższy czas, myśląc, że mężczyzna dopowie coś więcej. Nie dostał jednak niczego poza trzema zdaniami, gdzie za pierwsze i ostatnie chciał go przeprosić, a za środkowe zacząć się wykłócać, nie chcąc, żeby student naprawdę uważał, że jego obecność była bezużyteczna. Może bezsilność faktycznie związywała mu ręce w kwestii wyniesienia go z tego felernego lasu w bezpieczne miejsce, ale Liam diabelnie doceniał fakt, że wówczas po prostu dotrzymał złożonej obietnicy i najzwyczajniej tam był. Chronił go, jakkolwiek zły na siebie nie byłby Puchon, że tej ochrony potrzebował… niemniej bez różdżki w dłoni i ze skręconą kostką trudno było się boczyć o kogokolwiek z dobrymi intencjami.
- Następnej ci nie zepsuję. – zapewnił cicho i… o ile był piekielnie gadatliwym stworzeniem, tak teraz nie chciał mówić już nic więcej i milczał, siedząc w tej samej pozycji, dopóki Mefisto nie poprosił go o udzielenie pomocy. Podniósł się bez najmniejszego ociągania i stając tuż przed nim, wyciągnął w jego kierunku dłoń.
- Jak się w ogóle czujesz? – zapytał, wiedząc, że odpowiedź raczej nie sprawi, że podskoczy z radości pod sam sufit, niemniej nie potrafił zdusić w sobie tego beznadziejnego przejawu troski. Zaraz jednak zamrugał zaskoczony, zdając sobie z czegoś sprawę. – Mefi, jesteś jedną z osób, która wyjeżdża jutro do Egiptu? - Zalała go kolejna fala poczucia winy.
Czy on właśnie uszkodził jednego z uczestników wyprawy…?


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : X
Wiek : 20
Skąd : Wyspa Jura, Szkocja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 616
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 1080
http://www.czarodzieje.org/t15136-mefistofeles-e-a-nox#403342
http://www.czarodzieje.org/t15137-what-does-life-mean-to-me#403353
http://www.czarodzieje.org/t15139-kind#403356
http://www.czarodzieje.org/t15134-mefistofeles-e-a-nox




Moderator






PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   Nie 15 Kwi - 11:36

- Hej, jeśli człowiek uczy się na własnych błędach, to przyswoiliśmy sporo materiału - zauważył, pozwalając sobie na trochę bardziej beztroski ton. Był zmęczony nieustannym przygnębieniem, a dodatkowo Liamowi wcale nie było do twarzy ze zmartwieniami. Mefistofeles nienawidził myśli, że jego problemy - a konkretniej, jego problematyczne zachowanie i cały styl życia - aż tak wpływają na dzieciaka, u którego wszyscy zwykli podziwiać właśnie takie radosne oblicze. Chociaż sam dalej czuł się źle i wyznanie grzechów niewiele mu dało, to zamierzał zabawić się w amatorskiego aktora i trochę pokręcić. Tak było przecież łatwiej dla wszystkich...
Cisza jeszcze bardziej do nich nie pasowała. Tak jak Rivai nieustannie nawijał, tak i posiadał dar do ciągnięcia Mefisto za język - raczej nie potrafili zbyt długo milczeć. Teraz było po prostu niezręcznie, a przynajmniej Ślizgon tak to odbierał. Odetchnął z ulgą (i trudem) dopiero w momencie, w którym stanął na własnych nogach. Zdecydowanie bardziej podobała mu się sytuacja, w której miał zwiększony zakres ruchów. Nie, żeby chciał uciec; lubił wiedzieć, że mógłby.
- Tak szczerze, to... - Zaczął, przerywając na kolejne pytanie Puchona. Niezależnie od jego mimiki, Nox po prostu domyślił się, że to tylko gwóźdź do trumny. Zdusił w sobie westchnięcie, niemal nieświadomie sięgając dłońmi do krawata Liama. Poprawił go starannie, całkiem zwinnie operując również zabandażowanymi palcami. Liczył na to, że jego tendencje do bycia dotykalskim nie są negatywnie odbierane - to było silniejsze od niego... Przecież prefekt zawsze nosił się tak elegancko, a ten krawat... Ten krawat zdecydowanie za bardzo kusił, aby za niego pociągnąć - rozwiązać pospiesznie i odrzucić, z drobnym zamiarem zabrania się za koszulę.
Lepiej było go poprawić, aby stanowił nienaganną całość z resztą mundurka.
- Wyjeżdżam - przytaknął, nie zagłębiając się zupełnie w sam powód swojej decyzji odnośnie wyprawy. Domyślał się, że raczej Egiptu nie pozwiedza w taki sposób, w jaki mógłby tego chcieć; raczej kusiła go możliwość wyjechania na chwilę z Hogwartu, odetchnięcia innym powietrzem. Chciał odciągnąć swoje myśli od murów brytyjskiego zamku. - Ale czuję się naprawdę dobrze. Blanc naprawdę niesamowicie poradziła sobie z moją dłonią, ten bandaż to już tak właściwie prowizorycznie tylko... Żebra jeszcze trochę bolą, ale do południa mam o nich podobno zapomnieć - niestety. - Także moje plany odnośnie wyjazdu się nie zmieniły. Będziesz miał kilka dni spokoju - dodał, z małym uśmiechem na ustach, którego nie odważyłby się poszerzyć. Zabrał w końcu ręce, chowając je do kieszeni spodni. - Z tym, że najpierw muszę oddać wypracowanie na Zielarstwo, a mam połowę... - Neutralny temat!

______________________


Liam-senpai, notice me!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Korytarz na I piętrze   

Powrót do góry Go down
 

Korytarz na I piętrze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 13 z 14Idź do strony : Previous  1 ... 8 ... 12, 13, 14  Next

 Similar topics

-
» Korytarz.
» korytarz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
hogwart
 :: 
Wielkie schody
 :: 
pierwsze pietro
-