Share
 

 Podania na przedmioty niespotykane

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Strona 1 z 2 1, 2  Next
AutorWiadomość


Effie Fontaine

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 26
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4384
Dodatkowo : pół wila
  Liczba postów : 2483
http://czarodzieje.forumpolish.com/t24-effie-fontaine
http://czarodzieje.forumpolish.com/t253-effie-fontaine
http://czarodzieje.forumpolish.com/t619-effie-fontaine
http://czarodzieje.forumpolish.com/t7168-effie-fontaine#204310
http://czarodzieje.forumpolish.com/forum
Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 QzgSDG8




Administrator




Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty


PisaniePodania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty Podania na przedmioty niespotykane  Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 EmptySob Wrz 21 2013, 12:29;

First topic message reminder :





Zasady

W tym temacie znajduje się spis przedmiotów, pośród których znajdują się takie wymagające podania. Aby je zdobyć, należy zapoznać się z poniższymi zasadami.

1. Podanie ma mieć formę dłuższego, rozbudowanego i ciekawego posta, zamieszczonego w tym temacie.
2. Przed napisaniem podania trzeba sprawdzić w spisie (zamieszczonym poniżej) jego dostępność. Moderacja czyta każde podanie, jednak w razie braku miejsc będzie patrzeć bardziej krytycznie.
3. Podanie musi zostać sprawdzone przez przynajmniej jednego moderatora, o czym poinformuje poprzez dodanie adnotacji w danym poście.
4. Istnieje możliwość nanoszenia poprawek dwukrotnie - jeśli trzecia wersja nie zostanie zaakceptowana, podanie zostaje odrzucone i postać traci możliwość zdobycia danego przedmiotu.

Spis

Buty do jazdy figurowej na wodzie (max 5)
Morgan A. Davies

Geniusz (max 3)
-
-
-

Glob zaginionych (max 4)
- Ezra T. Clarke
- Dragos Fawley

Gwiazda południa (max 3)
- Mefistofeles E. A. Nox
- Leonel Fleming
- Dina Harlow
- Elliot A. Blake

Horkruks (max 3)
-

Jarzębinowa ferula (max 3)
-

Kadzidło trwogi (max 5)
-

Kielich Dagdy (max 4)
Beatrice L. O. O. Dear

Lutnia Stowarzyszenia Zaginionych Bardów (max 4)
- Fabien E. Arathe-Ricœur

Magiczne okulary (max 4)
-

Myślodsiewnia (max 4)
- Riley Fairwyn

Ostrze Karona (max 3)
Beatrice L. O. O. Dear

Pierwotne kamienie runiczne (max 5)
-

Pióro tajemnic (max 4)
- Leonel Fleming
- Emily Rowle

Teleskop nadnaturalnych (max 4)
-

Uzdrawiające pierścienie Hannibala (max 3)
- Mefistofeles E. A. Nox
- Leonel Fleming
- Nathaniel Bloodworth

Zamek Theomerasa Pirifaniasa (max 3)
- Isabelle L. Cortez
- Nathaniel Bloodworth

Zmieniacz czasu (max 1)
- Ferdinand Emerson


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość


Mefistofeles E. A. Nox

Student Slytherin
Rok Nauki : X
Wiek : 22
Czystość Krwi : 50%
Wzrost : 185
C. szczególne : Tatuaże; kolczyki; wilkołacze blizny; bardzo umięśniony;
Galeony : 2200
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 3199
https://www.czarodzieje.org/t15136-mefistofeles-e-a-nox#403342
https://www.czarodzieje.org/t15139-kind#403356
https://www.czarodzieje.org/t15137-what-does-life-mean-to-me#403353
https://www.czarodzieje.org/t15134-mefistofeles-e-a-nox
https://www.czarodzieje.org/t18387-mefistofeles-e-a-nox-dziennik
Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 QzgSDG8




Gracz




Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty


PisaniePodania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty Re: Podania na przedmioty niespotykane  Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 EmptyPon Lis 13 2017, 15:21;

Gwiazda Południa

Rodzina zawsze była dla Mefistofelesa najważniejsza. Wychowany w przekonaniu, że poza nią mało kto go zrozumie, dopiero z czasem rozszerzył swoje zdanie nie tylko na realne więzi krwi, ale i niewielkie społeczeństwo likantropów. Nox, wbrew pozorom, nigdy mocnych relacji nie uważał za coś uwłaczającego - szukał wsparcia i czerpał siłę również od innych. W swojej ignorancji niestety odpychał tych, którzy nie byli mu "bliscy".
Z kolei na zawołanie znajomego z przeszłości biegł od razu i bez zastanowienia, list z prośbą o spotkanie traktując jak świętość. Zdziwiła go propozycja baru w Hogsmeade, ale odebrał to jako ukłon w swoją stronę. Wszedł do ustalonego lokalu, od razu szukając wzrokiem znajomej sylwetki starszego mężczyzny. Jamesa Northona odnalazł przy stoliku w samym kącie, gdzie nikt nie mógł niepokoić ich zbędnymi pytaniami czy nieprzyjemnymi spojrzeniami. Mefisto z niejakim zaciekawieniem przyglądał się czarodziejowi, którego niegdyś widywał niemal codziennie. Pamiętał te przenikliwe błękitne oczy i ten blady uśmiech, nieodłącznie przyklejony do wąskich warg. Wiedział, że to do Jamesa zwracali się jego rodzice w razie kłopotów - pomagał im, jeśli tylko mógł.
- Jak się trzymasz, dzieciaku? - Zapytał Northon na powitanie, podnosząc się i przyciągając na chwilę Ślizgona. Zanim Mefisto odpowiedział i jakoś zareagował, już siedział z kuflem piwa kremowego w dłoni, słuchając opowieści o niezwykłej podróży i poznanych grupach wilkołaków. Nox siedział cierpliwie, czekając aż przejdą do sedna sprawy. Niewiele osób z jego codziennego otoczenia wiedziało o tym ogromnym zaangażowaniu w pomaganiu ludziom obdarzonym likantropią. Dbał o rodzinę.
- Mefisto, nic więcej nie mogę zrobić. Przykro mi - oznajmił po dłuższej chwili, w końcu nawiązując do tematu skazanego na Azkaban Asmoday'a Noxa. Dwudziestolatek nie widział Jamesa od wydania wyroku, ale wiedział o jego próbach pomocy i niesamowicie to doceniał. Sam nie mógł wiele zdziałać. Pozostawało już chyba tylko pogodzić się z myślą, że ojciec wcale prędko do niego nie wróci...
- Próbowałeś - mruknął, w formie lichego usprawiedliwienia. Denerwowała go bezsilność i nie potrafił pojąć tego braku sprawiedliwości. Tęsknił za ojcem, a przebywanie z Jamesem tylko to uczucie potęgowało.
- Znalazłem coś w moim domu, co przechowywałem dla Asmo, bo... bo tak było bezpieczniej. Tak sobie myślę, że powinno trafić w twoje ręce - dodał jeszcze mężczyzna, podając Mefistofelesowi niewielkie drewniane pudełko. Ślizgon przyjął przedmiot, ale wieczka nie uchyl, powstrzymując ciekawość. Teraz istotna była rozmowa z czarodziejem, którego poniekąd postrzegał jak drugiego ojca.
Pudełko otworzył wieczorem, w dormitorium Slytherinu, gdy tylko znalazł trochę ciszy i spokoju w bezpiecznym odosobnieniu. Z niemal zawstydzającym namaszczeniem wyjął zdjęcie rodzinne, stary list z Hogwartu i przełamaną różdżkę o drewnie i rdzeniu takim samym jak tej Mefistofelesa. Najbardziej chłopaka zainteresowała jednak mała kryształowa broszka, którą od razu rozpoznał.
Pamiętał, że ojciec nosił ją rzadko, ale mówił o niej jak o największym skarbie i prawdziwym talizmanie na szczęście. Gdy ją zakładał, ludzie zachowywali się inaczej i wszystko szło po myśli Asmoday'a. Pozostałe drobiazgi wróciły do pudełka, ale broszka odnalazła miejsce tuż przy sercu Noxa, jako rodzinna pamiątka z niesamowitą otoczką sentymentu i wspomnień.
Nie mógł wiedzieć, że broszka jest zaklęta i pochodzi z domu rodzinnego Asmoday'a. Ojciec nigdy nie opowiadał mu co działo się przed tym, jak rodzice go wyrzucili - nie wspomniał zatem, że tuż przed odejściem ukradł rodzinny artefakt przekazywany z pokolenia na pokolenie. Mefistofeles nie miał pojęcia, że jego ojciec sam musiał dojść do magicznych właściwości i dlatego nosił broszkę tak rzadko, poniekąd obawiając się potęgi przedmiotu. Kiedy Ślizgon przypiął ją po raz pierwszy dalej nie przemknęło mu przez myśl, że ta ozdoba wcale nie symbolizuje szczęścia, a prędzej przynosi zgubę. Ponoć historia lubi zataczać koło... tak więc po raz drugi młody Nox zdany został sam na siebie, bezwiednie złączony z obiektem okrytym potężnym czarem.


Mefisto dopiero teraz otrzymał broszkę i nie zna jej właściwości, ale z pewnością na fabule stopniowo to wszystko rozgryzie :D

Przedmiot przyznany


Ostatnio zmieniony przez Mefistofeles E. A. Nox dnia Sob Cze 16 2018, 23:54, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Aurora Therrathiel

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 170
C. szczególne : Znamię w kształcie listka na barku, tęczówki zlewające się ze źrenicami
Galeony : 747
Dodatkowo : Oklumencja
  Liczba postów : 819
https://www.czarodzieje.org/t15543-aurora-therrathiel#417307
https://www.czarodzieje.org/t15571-necessitas#418867
https://www.czarodzieje.org/t15572-relacje-aurory
https://www.czarodzieje.org/t15522-aurora-hestia-therrathiel#416768
Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 QzgSDG8




Gracz




Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty


PisaniePodania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty Re: Podania na przedmioty niespotykane  Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 EmptyNie Gru 17 2017, 00:01;

Ostrze Karona

Theseus Therrathiél ze względu na swój trudny charakter i stu procentowe oddanie rodzinie nie miał zbyt wielu przyjaciół – nawet swoich najbliższych współpracowników nie darzył całkowitym zaufaniem, a jedynym wyjątkiem od tej reguły był Lewis Swire. Theseus i Lewis znali się jeszcze z Hogwartu, gdzie niemalże od pierwszego dnia zostali najlepszymi przyjaciółmi – łączyło ich nie tylko pochodzenie, ale też zamiłowanie do czarodziejskich artefaktów, które spowodowało, że po skończeniu studiów Swire zaczął współpracować z rodzinnym biznesem Therrathiélów jako rzeczoznawca. Mijały lata, a więź, mimo wrodzonego chłodu obydwu mężczyzn, wciąż pozostawała silna tak jak gdyby byli oni braćmi. Lewis był jedyną osobą spoza rodziny, którą Theseus darzył jakimkolwiek przywiązaniem. Niestety ich branża wiązała się ze sporym ryzykiem zawodowym, które doprowadziło do tego, że Lewis zginął w bardzo tajemniczych okolicznościach.

W związku ze swoją dość szemraną pracą Swire był posiadaczem wielu bardzo cennych i rzadkich artefaktów, a za największą perłę swojej kolekcji uważał Ostrze Karona – niezwykle rzadki sztylet, który miał właściwość pochłaniania bólu ofiary i przekazywania go następnej. Zdobycie tak niespotykanego przedmiotu zajęło mu wiele miesięcy. Lewis nie miał żony, ani dzieci, więc niemalże cały majątek zapisał swojemu najbliższemu przyjacielowi, w testamencie zaznaczył jednak, że jego najcenniejszy skarb ma trafić w ręce jego ukochanej chrześniaczki – Aurory Therrathiél, gdy ta dorośnie. Do tego czasu miał on pozostać w rękach Theseusa.

Od śmierci Lewisa minęły lata – chociaż rodzinny biznes wciąż doskonale funkcjonował, sytuacja było o wiele stabilniejsza, przez co Theseus prowadził znacznie bezpieczniejszy i wygodniejszy żywot starając się jednocześnie dbać o to, żeby profil jego działalności nie wpływał zbytnio na losy rodziny.

Do czasu.

Tamtego wieczoru większość rodziny wybrała się na uroczysty bankiet – jedynie Aurora została w domu, gdyż nie czuła się najlepiej. Przez cały czas trwania balu Theseusa dręczyły bardzo złe przeczucia – w końcu zdecydował się wrócić do domu by upewnić się, że u córki wszystko w porządku. To co zastał na miejscu wywołało trwogę nawet w jego zlodowaciałym sercu – jego córka wiła się w męczarniach pod wpływem klątwy rzuconej przez jej narzeczonego – Edmunda Cavanagha.  Mężczyźnie udało się zbiec z miejsca zdarzenia, lecz Theseus poprzysiągł zemstę – chociaż był człowiekiem zimnym i surowym, rodzina była dla niego najwyższą wartością, a cierpienie jego ukochanej latorośli było dla niego najgorszym co w życiu mogło go spotkać. Nie zamierzał jednak brudzić sobie rąk – mimo powiązań z czarnomagicznym półświatkiem bezustannie (i swoją drogą – bardzo skutecznie) dbał o nienaganną opinię rodu. Jak każda osoba z tego kręgu miał jednak swoich ludzi, którzy zajmowali się czarną robotą. Otrzymali od Theseusa Ostrze Karona, którego mieli zgodnie z jego zaleceniem użyć pod koniec zabiegu.

Nikt nigdy więcej nie widział Edmunda Cavanagha – nawet sam Therrathiél nigdy nie zapytał swoich ludzi co dokładnie zrobili z chłopakiem, wiedział jednak, że ich okrucieństwo nie znało granic. Jedyne co go interesowało to fakt, że cierpienie jego córki zostało odkupione, a chcąc dalej kontynuować swą zemstę sprawił, że zarówno rodzina, jak i znajomi Edmunda byli przekonani iż uciekł on z domu wraz z dziewczyną mugolskiego pochodzenia - potęga plotki nie znała granic. Tym samym doprowadził do ośmieszenia zamordowanego mężczyzny oraz całego rodu Cavanaghów, który z dnia na dzień stracił swoją pozycję.

Na następne urodziny Theseus Therrathiél z miną niezdradzającą żadnych emocji podarował córce to samo Ostrze Karona, zastrzegając jej, że może go użyć tylko i wyłącznie w razie wielkiego zagrożenia życia. Dziewczyna wiedziała, że przedmiot ma dość silny potencjał czarnomagiczny, a na dodatek jest darem od jej dawno zmarłego ojca chrzestnego, nie dowiedziała się jednak nigdy co tak naprawdę podarował jej ojciec. Tylko on wiedział, że istotą prezentu nie był elegancko zdobiony sztylet umieszczony w bogato zdobionej szkatule, ani nawet pamiątka po zmarłym ojcu chrzestnym, ale coś o wiele bardziej mrocznego.

Zazwyczaj rodzice kupują swoim córkom na urodziny miotły, księgi, biżuterię albo jakieś urocze zwierzątka – Therrathrielowie nie byli jednak zwykłą rodziną. Zamiast uroczych drobiazgów Theseus podarował swojej córce ból Edmunda zamknięty w kawałku pięknie zdobionego metalu.

Akceptuję, pamiętaj jednak o tym, że jest to przedmiot czarnomagiczny o potężnym działaniu i jego wykorzystanie w fabule będzie pod stałym nadzorem. Przedmiot zostanie przydzielony do kuferka po otrzymaniu rangi!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Ezra T. Clarke

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 23
Czystość Krwi : 0%
Wzrost : 182 cm
C. szczególne : Wygląda coraz zdrowiej; szczupła, ale już nie wychudzona sylwetka, zawadiacki uśmiech, zapach Merlinowych Strzał i mięty, znamię w kształcie kruka na łopatce
Galeony : 1596
  Liczba postów : 2490
https://www.czarodzieje.org/t13332-ezra-thomas-clarke
https://www.czarodzieje.org/t13336-eureka
https://www.czarodzieje.org/t13335-relki-ezry
https://www.czarodzieje.org/t13338-ezra-clarke
Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 QzgSDG8




Gracz




Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty


PisaniePodania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty Re: Podania na przedmioty niespotykane  Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 EmptyCzw Maj 31 2018, 17:33;

Glob zaginionych

Podanie ma formę wątku, ponieważ zależało mi, aby Ezra otrzymał glob od Ruth. Mam nadzieję, że nie jest to zbyt duże naruszenie formy I love you

Akceptuję, przedmiot przyznany!

______________________


When you're falling in a forest and there's nobody around do you ever really crash, or even make a sound?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Leonel Fleming

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 26
Czystość Krwi : 50%
Wzrost : 179 cm
C. szczególne : blizna po lewej stronie żeber
Galeony : 1037
Dodatkowo : oklumencja
  Liczba postów : 626
https://www.czarodzieje.org/t17243-leonel-fleming
https://www.czarodzieje.org/t17250-leonel-fleming#482708
https://www.czarodzieje.org/t17251-leonel-fleming#482709
https://www.czarodzieje.org/t17245-leonel-fleming
Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 QzgSDG8




Gracz




Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty


PisaniePodania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty Re: Podania na przedmioty niespotykane  Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 EmptyCzw Kwi 25 2019, 22:08;

Pióro tajemnic
[lipiec 2018 roku]

Zawód przemytnika, jakkolwiek dochodowy, był również niezwykle czasochłonny i wymagający. Liczne podróże, niekiedy powtarzane kilkukrotnie przez wzgląd na żmudne poszukiwania konkretnego artefaktu potrafiły człowieka nieźle zmęczyć, przez co z czasem Leonel zaczął wykorzystywać skrzętnie budowaną przez ostatnie miesiące siatkę kontaktów. W końcu zawsze wygodnie było wysłużyć się jakimś pośrednikiem, szczególnie kiedy ten winny był mu akurat jakąś przysługę. Podobnie było i tym razem z niejakim Cestmirem Dvorakiem, czeskim czarodziejem, któremu niegdyś młody Fleming uratował na Śmiertelnym Nokturnie życie. Był to starszy już czarodziej, niekwestionowany znawca magicznych przedmiotów, który jednak z uwagi na sędziwy wiek nie radził sobie w pojedynkach tak dobrze jak za dawnych lat. Choć od dłuższego już czasu zarzekał się, że pora udać się na zasłużoną emeryturę, kiedy tylko usłyszał o kolejnym ciekawym artefakcie, który prawdopodobnie znajdował się na terenie jego kraju, nie potrafił odmówić.
Był późny wieczór, kiedy Leonel aportował się na jednej z praskich uliczek. Wokoło było niezwykle cicho i tylko gdzieniegdzie można było dostrzec udających się gdzieś w pośpiechu czarodziejów. Rozejrzał się raz jeszcze, by nie wzbudzić podejrzeń, a następnie uderzył różdżką w stojący obok, kamienny mur, który otworzył przed nim przejście na przestronne podwórze. Na samym jego końcu znajdowała się niewielka, zakamuflowana przed lwią częścią magicznego świata chatka. Chłopak przekroczył próg i od wejścia ujrzał postać Cestmira, którego mina sugerowała, że po raz pierwszy coś poszło nie tak.
- Gdzie amulet? – Fleming nie zamierzał tracić czasu na zbędne powitania i uprzejmości, szczególnie kiedy w powietrzu czuć było wręcz ten smród niekomfortowej dla obu czarodziejów atmosfery. Mimo swych obaw co do zdobycia przez Dvoraka upragnionego przez niego przedmiotu, wyłożył na stół płócienny woreczek z umówioną wcześniej sumą galeonów.
- Panie Fleming, jakoś się dogadamy. Może byłby pan zainteresowany Świecą Mroku…? To bardzo potężny, czarnomagiczny artefakt. – Starzec próbował ze wszystkich sił skierować temat na wygodne dla niego tory, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie przekona do siebie młodzieńca czymś, co można było zakupić praktycznie w każdym zakątku świata. Nie, Leonelowi zależało na wyjątkowych przedmiotach, jedynych w swoim rodzaju. Takich, dla których klienci gotowi byli nawet zabić. Zresztą… nie tylko oni. Fleming rad był z tego, że jego pośrednik tak skutecznie skrywa się przed innymi. Byli tutaj zupełnie sami. Wystarczyła chwila, nim wyciągnął różdżkę, mierząc w pierś tego, który najpewniej żałował, że jednak nie zdecydował się przejść na emeryturę.
- Wiesz po co przyszedłem, więc lepiej wymyśl coś lepszego. – Syknął wściekły, mając świadomość tego, że jeśli nie zdobędzie amuletu, on sam także będzie musiał uporać się z niezadowolonym klientem. A nie byli to ludzie pokroju dzieciaków w Zonku, które płakały nad tym, że zabrakło dla nich wrzeszczących kalendarzy. Obserwował więc uważnie reakcję Cestmira, ale kiedy widział, że starzec nadal próbuje się bezsensownie tłumaczyć, musiał załatwić to inaczej.
- Sectumse… - Nie dokończył inkantacji zaklęcia, kiedy skrywający się za stołem dziadzina uniósł do góry ręce i w błagalnym geście zaproponował mu inne rozwiązanie tej „niedogodnej dla ich obu sytuacji”. Mógł to zakończyć, ale postanowił, że go wysłucha, skoro i tak zdążył pokazać już, że nie jest dzisiejszego dnia skory do żartów. Nadal jednak trzymał różdżkę tak, by nie dać się w żaden sposób o wiele bardziej doświadczonemu, ale wiekowemu, czarodziejowi zaskoczyć. Patrzył jak ten sięga po swoją różdżkę, na co się wzdrygnął, choć kiedy facet pokazał mu na szufladę, Leonel pozwolił mu działać. Nadal był przecież na wygranej pozycji, nie sądził więc, by jego towarzysz był na tyle nieroztropny i próbował ataku. Nie pomylił się, bo Dvorak wykorzystał swój magiczny badyl wyłącznie do tego, by otworzyć jakiś skomplikowany zamek w jednej z szuflad. Po chwili przyniósł do stołu niewielkie pudełko i położył przed Flemingiem, który z różdżką w dłoni, spoglądał na niego wyczekującym wzrokiem.
- Ah, tak… - Mruknął starzec, który wyglądał teraz, jak gdyby modlił się do leżącego przed nim przedmiotu. Najpewniej szkoda było mu się z nim rozstać, ale jeśli chciał ratować samego siebie, nie miał innego wyjścia. – To powinno pana zainteresować. Mam je od lat, choć nie sądzę, by było mi już potrzebne. – Kontynuował swój wywód, otwierając przy tym pudełko i odwijając cienką irchę, która ukazała ich oczom pióro. Niczym nie różniące się od innych, choć Leonel miał świadomość tego, że wiele potężnych artefaktów samym wyglądem przypominało zwykłe przedmioty, które każdy czarodziej mógł ujrzeć w przypadkowej witrynie.
- Co to? – Ton Fleminga brzmiał nadal oschle, choć wydawało się, że był on i tak bardziej przychylny swemu rozmówcy niżeli jeszcze parę minut temu. Zaintrygował go po prostu przedmiot, który miał swoje miejsce w tak skrzętnie zabezpieczonej szufladzie.
- Pióro tajemnic. Cenne, niezwykle cenne. – Otaczał pudełko rękoma, jednak nawet go nie dotykał. Zachowywał się zupełnie tak, jak gdyby żegnał się ze swoją jedyną ukochaną, ale to tylko wzmagało zainteresowanie Leonela. – Zmusza każdego, kto weźmie je do ręki, do zdradzenia największych sekretów. – Mężczyzna wyjaśnił pokrótce działanie artefaktu, ale Fleming nie zamierzał wierzyć na słowo. Pokazał skinieniem głowy na różdżkę, a następnie uniósł ją ponaglająco, przekazując tym samym Dvorakowi, by zaprezentował mu istotę przedmiotu w praktyce. Starzec kręcił ze zrezygnowaniem łepetyną, jakby jeszcze wierzył w to, że jego oprawca zmieni zdanie, ale kiedy zdał sobie sprawę z tego, że wybiera pomiędzy przejściem na drugą stronę, a wypróbowaniem własnoręcznie Pióra tajemnic, odsunął jeszcze bardziej płat wyprawionej skóry i ujął w dłoń swe przekleństwo. Przed oczami brytyjskiego czarodzieja rozegrała się niezwykle ciekawa scena. Dziadyga w pośpiechu wyciągnął z pobliskiego regału kawałek pergaminu, który po chwili został splamiony jego krwią. Minęło może parę sekund, kiedy mężczyzna odrzucił artefakt na stół. Leonel zaś przyjrzał się bliżej jego dziełu, odczytując w myślach wypisane szkarłatem słowa: „to ja zamordowałem Ivanę Kolovrat”. Mimo innego nazwiska Fleming kojarzył tę postać, która podobno była tragicznie zmarłą żoną gospodarza tego przybytku. Szczerze powiedziawszy, ich koligacje rodzinne nie były jednak dla niego najistotniejsze.
- Niech będzie. – Mruknął nieco łagodniej, nie przyznając ani słowem, że taka transakcja pasuje mu nawet bardziej niż wymiana galeonów za amulet. Trudno, straci jednego klienta, ale na takie cacko nie trafia się w życiu dwa razy. Wskazał Cestmirowi, by ten zapakował artefakt z powrotem do pudełka, a następnie zabrał je ze stołu, udając się w kierunku wyjścia. Z czystej przezorności nie opuszczał różdżki, choć prawdę mówiąc, nie sądził, by Dvorak w obecnym stanie był mu w stanie zagrozić.

Pióro tajemnic do dzisiaj znajduje się w posiadaniu Leonela Fleminga, który jednak zdając sobie sprawę z potężnej czarnomagiczności przedmiotu, używa go niezwykle rzadko. Nosi je jednak przy sobie, jako że znalazł dla niego wspaniały użytek – w sposób podobny do czeskiego czarodzieja traktuje bowiem kontrahentów, których podejrzewa o nieuczciwość względem jego osoby. Zwykle stara się zdawać na własną intuicję, choć ci, którzy poznali w jego obecności moc artefaktu najpewniej rozsiali już plotki o tym, że z Flemingiem nie warto zadzierać, co zresztą w przemytniczym półświatku jest być może nawet i bardziej istotne niż sama możliwość zastosowania przeciw innemu czarodziejowi Pióra tajemnic.


Uzdrawiający pierścień Hannibala
[marzec 2019 roku]

Od wielu lat miewał dziwny, powtarzający się sen – wszystko wokoło płonęło w ogniu Szatańskiej Pożogi. Początkowo wybudzał się w nocy zlany potem, ale z czasem przywykł już do tej wizji na tyle, że potrafił i spać do samego rana. Nie był do końca pewien czy ten sen cokolwiek oznacza, czy może jest jakimś proroctwem, a on sam posiadł dar przewidywania przyszłości? W świecie czarodziejów wszystko było możliwe, choć sam Leonel nigdy wcześniej nie przejawiał talentu w zakresie wróżbiarstwa. Zresztą samą tę nocną marę próbował odczytywać na różne sposoby i nie przyniosło to żadnego rezultatu, więc ostatecznie uznał ją za swą niewytłumaczalną przypadłość i przestał się nią dłużej przejmować.
- Leonel? – Tym razem jednak z objęć Morfeusza wyrwał go głos wuja. Fleming zwlókł się leniwie z łóżka i nałożył na siebie pierwszą lepszą szatę, udając się do salonu. Aidan nalał im już dwie szklanki Ognistej, a na stole przed nimi położył srebrzysty pierścień, którego Leo nigdy wcześniej na oczy nie widział.
- Twój ojciec kazał ci go przekazać w razie… no wiesz, gdyby staruszek kopnął w kalendarz. – Wuj starał mu się wyjaśnić cel ich rozmowy, ale słowa docierały jeszcze do ospałego czarodzieja z niemałym opóźnieniem. – Powinienem to zrobić już dawno temu, ale przyznam szczerze, że trudno mi się było z nim rozstać. To uzdrawiający pierścień Hannibala. Leczy nawet najcięższe rany, a prawdopodobnie wzmacnia również efekt zaklęć uzdrowicielskich czarodzieja, który go nosi. Albo może to ja przez lata stałem się lepszy. – Dodał zaraz, wspominając jakąś historię ze swoich podróży, na której młodszy z Flemingów o mało co znowu nie przysnął. Powoli jednak zaczął przetrawiać przekazane mu przez towarzysza informacje.
- Nie sądzę, by mój ojciec zostawił mi nawet złamanego galeona, a nawet jeśli, ta jego raszpla i tak wywiozłaby wszystko do Francji. – Rzucił w końcu z niedowierzaniem, bo tak jak pamiętał swoje relacje z ojcem, które można by nazwać korzystnym dla obu porozumieniem, niepodszytym niemalże żadnymi emocjami, tak po prostu miał wrażenie, że wuj wciska mu jakieś bzdury. Poza tym był święcie przekonany, że nawet gdyby Christian Fleming pozostawił mu coś po sobie, Elizabeth nie dopuściłaby do tego, by kiedykolwiek wszedł w posiadanie ojcowskiej spuścizny. O ile bowiem z samym Chrisem łączyły go chłodne, acz w miarę pozytywne stosunki, tak jego przybrana matka nienawidziła go z całego serca.
- Oj, Leo… co do twojej matuli mógłbym się zgodzić, gdyby nie to, że nie miała ona pojęcia o istnieniu pierścienia Hannibala. Nawet twój ojciec rzadko go używał. – Westchnął ciężko, kręcąc przy tym ze zrezygnowaniem głową. – Jesteś dla niego zbyt surowy. Kochał cię, nawet jeśli nie potrafił tego do końca okazać. – Aidan widział reakcję swojego bratanka, która łączyła w sobie nutę rozbawienia, zażenowania, ale i złości. W pewnym sensie rozumiał, dlaczego młodszy z rodu czuje się w ten sposób; z tego względu, że po części była to również i jego wina.
- Rozumiem. Chyba jesteś już wystarczająco dużym chłopcem, byś poznał prawdę. – Rzucił dopiero po dłuższej chwili zastanowienia, sięgając po swoją różdżkę. Pokazał przy tym Leonelowi, by tym razem odpuścił sobie obronę, po czym szepnął stanowcze „legilimens”. Dzisiejszego dnia nie zamierzał jednak błądzić w jego wspomnieniach, a raczej przypomnieć mu to, co zostało mu niegdyś zabrane.

[przepustka przed Świętami Bożego narodzenia w VII klasie Leonela]

Fleming czuł się niemalże tak, jak gdyby został dopiero co wybudzony ze snu, co właściwie nie było kłamstwem. Tyle że nie znajdował się wcale w mieszkaniu swojego wuja, a w jakimś opuszczonym domostwie, którego nijak nie był w stanie skojarzyć. Rozejrzał się dookoła i zobaczył Aidana, jeszcze bez wyraźnych oznak siwizny, a także… młodszego siebie i swojego zmarłego ojca. Po drugiej stronie pomieszczenia stał nieznajomy mężczyzna. To było… niepokojące. Nie miał pojęcia co się dzieje, dopóki on sam z przeszłości się nie odezwał. Teraz, bardziej doświadczony przez życie przypuszczał, że jego sobowtór zrobił największą głupotę w swoim życiu. Pyskował do faceta odzianego w czarną szatę, krzycząc coś o tym, że „oszukuje jego rodzinę”, a zaraz po tym wyciągnął swoją różdżkę, wygrażając przeciwnikowi. Ten był jednak znacznie szybszy. Z koniuszka jego różdżki wypłynęła fala ognia i gdyby nie nagła interwencja Christiana, po jego synu nie pozostałoby nic poza popiołem. Tak, ojciec Leonela rzucił się na niego, odpychając go na bezpieczną odległość. O ile w ogóle można było mówić o bezpiecznej odległości w pomieszczeniu, po którym rozprzestrzeniały się gorące języki Szatańskiej Pożogi. Aidan ciskał jeszcze zaklęciami wraz z autorem tej tragedii, w końcu odrzucając faceta na ścianę. Nie zamierzał zmarnować tej okazji i podnosząc najmłodszego z Flemingów za fraki z podłogi, wyciągnął go na zewnątrz budynku.

[powrót do marca 2019 roku]

Kiedy otworzył oczy, znów był w salonie. Kompletnie roztrzęsiony, niczym dziecko, któremu odebrano właśnie czekoladową żabę. Nadal chyba nie mógł uwierzyć, że to co zobaczył, mogło być prawdą. Ojciec zginął przez niego? Poświęcił się, żeby on mógł żyć? To wszystko tak bardzo nie trzymało się kupy, a jednak… wiedział, że to prawda. Znał Aidana i domyślał się nawet dlaczego ten rozsypał wtedy jego wspomnienie w pył. Rodowy znawca zaklęć, mistrz wydobywania i usuwania pamięci, można by rzec wirtuoz swej własnej, cisowej różdżki – po prostu chciał go chronić.
- Mówiłeś, że ojciec zginął w pojedynku na Nokturnie. – Odezwał się z nieskrywaną w głosie pretensją, kiedy wreszcie zdołał dojść do siebie. Teraz dopiero zrozumiał także swoje sny, których genezy przez lata nie mógł nijak pojąć. Dopóki jego wspomnienie było martwe, również nocne mary nie miały sensu, ale w tym momencie nabrały one znaczenia. Był wściekły na wuja, nawet jeśli miał świadomość tego, że działał on wyłącznie dla jego dobra. Pewnie wyszedłby w tej chwili, gdyby nie to, że przypomniało mu się coś istotnego.
- Skoro ten pierścień Hannibala leczy rany, dlaczego ojciec nie miał go wtedy na sobie? Przeżyłby. – Nie potrafił zrozumieć jak można posiadać tak silny artefakt i w ogóle nie korzystać z jego mocy. Szczególnie nie potrafił tego zrozumieć teraz, kiedy walczył z myślami, zastanawiając się czy jego relacja z ojcem w końcu rozwinęłaby się do takiego kształtu, o jakim zawsze marzył. Nie mógł się chyba także pogodzić z tym, że jego rodzic zginął de facto nie przez brak pierścienia, a przez niego i jego nierozważne, szczeniackie zachowanie.
- Twój ojciec był w kwestii takich przedmiotów raczej dość sceptyczny, a poza tym zbyt pyszny i próżny. Uważał, że siła czarodzieja tkwi w nim samym, a nie przywiedzionych na pole bitwy artefaktach. – Zdecydowanie nie było to satysfakcjonujące wyjaśnienie. – Poza tym, akurat w tym przypadku pierścień na niewiele by się zdał. Myślę jednak, że w przeciwieństwie do ojca, znajdziesz dla niego wykorzystanie. Szczególnie w swoim fachu. – Kontynuował ze skrzywioną miną, bo i dla niego ta rozmowa nie była łatwa. Domyślał się, że jego bratanek może mu nie darować, ale nie mógł dłużej trzymać tej historii w sekrecie przed nim. Leonel na razie jednak zapomniał jak bardzogo nienawidzi, a zamiast tego głęboko się nad czymś zastanawiał. No tak, ognia Szatańskiej Pożogi nie wytrzymałoby nawet coś tak potężnego jak ta błyskotka.
- To jak to dokładnie działa? – Odezwał się w końcu z przekąsem, ale rozsądek podpowiadał mu, że nawet jeśli nie chce patrzeć na siedzącego po drugiej stronie stołu człowieka, tak warto by było jednak dowiedzieć się czegoś więcej o swej własności.
- To wiedział chyba tylko sam Hannibal… pierścień ma wyjątkowe właściwości uzdrawiające, ale nie powinieneś pokładać nadziei wyłącznie w jego sile. Czarna magia często wykracza bowiem poza jego potężną moc. – Aidan podniósł szklankę, przez chwilę myśląc o tym czy nie wnieść toastu. Sam zdał sobie jednak sprawę z tego, że byłaby to beznadziejna próba ratunku, więc zamiast tego upił łyka gorzkiego trunku, przygotowując się na najgorsze. Chyba znał swojego bratanka zbyt dobrze.
- Nie wierzę, że ukrywałeś przede mną prawdę. – Leonel wysyczał w końcu, niczym wąż, zabierając pierścień ze stołu i chowając go do kieszeni swojej szaty. – I że przez tyle lat używałeś w sekrecie czegoś, co od dawna należy do mnie. – Ten komentarz był niewątpliwie niepotrzebny i przede wszystkim niesprawiedliwy, rzucony w gniewie, którego w późniejszych dniach Fleming cholernie żałował. Wuj dał mu bowiem dom, nauczył go sztuki oklumencji, a nawet patrząc rozsądnie na te przeklęte wspomnienia, należało stwierdzić, że zawsze dbał o jego dobro. Tak czy inaczej słowo „przepraszam” niewiele by tutaj zmieniło, a po tym spotkaniu więzy ich relacji uległy pewnemu rozluźnieniu. Po czasie zaczęli znów się widywać, ale obaj mieli chyba nieodparte wrażenie, że coś się popsuło i nie do końca daje się to już naprawić. Aidan nie zdawał sobie przy tym sprawy z tego, że obdarował czarodzieja, który już od jakiegoś czasu posługiwał się podobnie silnym artefaktem – Piórem tajemnic. Dwa tak potężne artefakty skupione w ręku jednej osoby? Mogło to wzbudzać pewne obawy, choć sam młody Fleming starał się korzystać z nich rozważnie, mając świadomość tego jak ogromną kryją w sobie moc.

[historia uzyskania artefaktu przez ród Flemingów]

Niektórzy mogliby się zastanawiać nad tym, skąd w ogóle Uzdrawiający Pierścień Hannibala znalazł się w posiadaniu rodu Flemingów. Historia sięgała tak daleko wstecz, że ani wuj Leonela, ani tym bardziej młodszy od niego ojciec chłopaka, nie znali jej szczegółów. Wszystko zaczęło się pod koniec lipca 1914 roku, kiedy w mugolskim świecie rozgorzały pierwsze konflikty zbrojne będące częścią trwającego przez kolejne cztery lata koszmaru. Wybuch wojny wstrząsnął również światem czarodziejów, a niektórzy z nich postanowili skorzystać na wszechobecnym zamieszaniu. Wiadomość o włamaniu do Magicznego Muzeum w pobliżu miejscowości Liège obiegło cały świat i uświadomiło czarodziejskiej społeczności, że trzeba się mieć na baczności. Dekadencka atmosfera ze świata mugolskiego przeniknęła dalej, a i świat czarodziejski zmagał się z coraz większą liczbą kradzieży, jak i nielegalnego zastosowania czarnej magii. W belgijskim ministerstwie brakowało rąk do pracy, toteż departament właściwy do spraw współpracy międzynarodowej wystosował odezwę o pomoc do brytyjskich kolegów po fachu. Naprędce zorganizowano duet zdolnych aurorów, do którego należał prapradziadek Leonela, Anthony Fleming i jego ówczesny kamrat – Percival Blanchard. Mężczyźni udali się do Belgii z pomocą wytworzonego przez ministerstwa świstoklika, gdzie otrzymali informację, iż miejscowi czarodzieje zdołali ustalić tożsamość sprawcy, ale nie są w stanie go zlokalizować. Opisany im został również skradziony przedmiot: złoty pierścień zdolny uleczyć nawet czarodzieja znajdującego się na skraju śmierci.
Poszukiwania trwały niemal cały miesiąc, ale wreszcie Anthony i Percival trafili na trop, który doprowadził ich do niejakiego Matthiasa Clèmenta, potężnego czarnoksiężnika ukrywającego się w niewielkim miasteczku przy granicy Belgii z Luksemburgiem. Ten nie zamierzał jednak oddać swej zdobyczy bez walki i gdyby nie fakt, że aurorzy stanęli do pojedynku we dwóch na jednego, prawdopodobnie nikt by go nie schwytał. Był to bowiem ktoś o nieprzeciętnych wręcz zdolnościach, zresztą komu udaje się w pojedynkę włamać do chronionego wieloma zaklęciami budynku muzeum? Trójka czarodziejów ciskała w siebie zaklęciami przez dobrą godzinę, aż wreszcie Clèment opadł z sił i wyzionął ducha. Jak zginął, skoro chronił go pierścień? Cóż, Anthony nie przebierał w środkach i ostatecznie zdecydował się na użycie czarnomagicznego zaklęcia, którego skutkom nie mógł się przeciwstawić nawet tak silny artefakt.
Wydawałoby się, że ich misja zakończyła się spektakularnym sukcesem, ale nic bardziej mylnego. Pazerność zwyciężyła bowiem nad rozsądkiem, a Fleming zamordował swego towarzysza, celowo używając do tego różdżki zmarłego czarnoksiężnika. Percival był wystarczająco wyczerpany pojedynkiem z nim, by nie stawiać większego oporu. Był tak samo łatwym celem jak Uzdrawiający Pierścień Hannibala, którego Anthony nie mógł sobie odmówić.
Mężczyzna zdawał sobie sprawę z tego, że nie będzie mu łatwo zmierzyć się z potencjalnymi podejrzeniami zarówno ze strony belgijskiego, jak i brytyjskiego Ministerstwa Magii, mimo że wyjaśnił wszystkim, iż artefakt nie został u Matthiasa odnaleziony. Z tego względu od razu ukrył pierścień w grobowcu położonym w rodowej willi, zmieniając jego wygląd tak, by nie dało się go, przynajmniej na pierwszy rzut oka, rozpoznać. Przemalował obrączkę na srebrzysty kolor, wysadzając ją przy tym maleńkimi kawałkami onyksu. Prawdopodobnie tak daleko idące środki ostrożności nie były potrzebne, zważywszy na to, że nikt nie szukał podobnych przedmiotów w dębowej trumnie z pozostałościami przodka Flemingów żyjącego na przełomie XV i XVI wieku.
O wiele bardziej niebezpieczne było przesłuchanie przeprowadzone przez Ministerstwo Magii. Podczas pierwszego z nich Anthony ledwie zdołał uchronić swój umysł przed niezwykkle zręcznym legilimentą. Nie spodziewał się, że ktokolwiek zastosuje tak drastyczne środki wobec aurora, ale jak widać, pierścień Hannibala był na tyle istotny, że zapomniano o zaufaniu do swych pobratymców. Mężczyzna miał świadomość tego, że któregoś razu oklumencja może go zawieść, a niewykluczone było również to, że podczas kolejnego z przesłuchań zostanie na nim zastosowane veritaserum. Sam także zdecydował się więc na skrajny krok i wymazał sobie samemu wszystkie wspomnienia związane z artefaktem. W ten sposób sam zapomniał o jego istnieniu, ale przynajmniej odniósł moralne zwycięstwo i nie zwrócił go do rąk belgijskiego Ministerstwa Magii. Nim użył zaklęcia Obliviate, miał wiele wątpliwości, ale starał się wierzyć w to, że któregoś dnia on lub ktoś z rodziny odnajdzie zaklęty przedmiot.
Miał rację, chociaż nie wydarzyło się to za jego życia. Pierścień został odnaleziony dwadzieścia lat później przez jego syna – Thomasa Fleminga – podczas pożaru, który wybuchł w rodowym grobowcu. Kilka trumien spłonęło na popiół, ale ogień nie wyrządził żadnej szkody potężnemu artefaktowi. Thomas nie miał pojęcia do czego służy błyskotka, ale coś podpowiadało mu, że powinien ją zachować. O jej magicznych właściwościach przekonał się dopiero kilka miesięcy później, podczas czarodziejskiego pojedynku z bratem, kiedy to odniesione przez niego rany samoistnie zaczęły się zasklepiać. Od tego czasu pierścień został w rodzinie, przechodząc w spadku ze zmarłego Thomasa na brata, potem zaś na jego syna Christiana, a ostatecznie wpadł on w ręce Aidana i Leonela. Członkowie rodu, mimo iż niewiele wiedzą o pochodzeniu pierścienia, dokładają wszelkich starań, by o tak potężnym artefakcie dowiedziało się jak najmniej osób. W końcu coś tak wartościowego kusi potencjalnych złodziei. Przekonało się już o tym belgijskie ministerstwo magii, które po latach bezowocnych poszukiwań ostatecznie umorzyło śledztwo, godząc się z bolesną stratą.


Pierwszy przedmiot akceptuję - pamiętaj jednak, że jest to artefakt silnie czarnomagiczny, więc w przypadku nadużywania jego właściwości można zostać Ci on odebrany. W drugim wypadku mam trochę wątpliwości - gdybyś składał podanie na jeden przedmiot to może przymknęłabym oko, jednak należy pamiętać, że pierścień Hannibala jest wyjątkowo rzadkim artefaktem. Opowieść skupia się na sytuacji rodzinnej Leonela, zaś sama wzmianka o znalezieniu się u niego przedmiotu jest dość uboga. Myślę, że poszerzenie opisu o wytłumaczenie skąd artefakt wziął się u ojca byłoby w tej historii bardzo potrzebne

Dopisane wyjaśnienie jak pierścień znalazł się w rodzie Flemingów. Na końcu jako odrębna część, bo redakcyjnie byłoby je już trudno połączyć z resztą. Poza tym ani Aidan ani Leonel nie znają historii uzyskania artefaktu.

Akceptuję I love you
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Dina Harlow

Student Slytherin
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Czystość Krwi : 50%
Wzrost : 164
Galeony : 906
Dodatkowo : Pół wila, prefekt
  Liczba postów : 855
https://www.czarodzieje.org/t17491-claudine-harlow#491028
https://www.czarodzieje.org/t17497-pumpkin#491256
https://www.czarodzieje.org/t17496-dina-harlow#491254
https://www.czarodzieje.org/t17493-dina-harlow#491062
https://www.czarodzieje.org/t18297-dina-harlow-dziennik
Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 QzgSDG8




Gracz




Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty


PisaniePodania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty Re: Podania na przedmioty niespotykane  Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 EmptyNie Lis 10 2019, 21:42;

Gwiazda południa

Przełom października i listopada wcale nie był jej ulubionym momentem w roku. W odróżnieniu od większości swoich koleżanek nie cieszyła się z urodzin z kilku względów, z czego głównym było to, że nie mogła ich spędzać w domu. Mające lata były nieuniknionym markerem starzenia się, a oczywistym było jakie Dina miała mniemanie o swojej osobie, urodzie i generalnej prezencji - choć od dwudziestki do zmarszczek to jeszcze szmat czasu, wydarzenia ostatnich dni zaczynały ją przekonywać, że dorobi się ich znacznie wcześniej niż mogła to planować, tak samo jak siwizny na głowie na styl ciotki Eve.
Od czasu otrzymania informacji o pogarszającym się stanie zdrowia ojca i odnalezieniu Constantine przesiadywała głównie w szpitalu świętego Munga albo szukała w szkolnych murach zakamarków w których można się schować przed wszystkim. Wbrew podejrzeniom rzadko było to odosobnienie, bo choć Dina szukała ukrycia, to chciała się ukryć przed sobą samą, przed swoimi myślami i majaczącą w oddali niczym upiorna fatamorgana na czarnej pustyni rozpaczą, czającą się nieubłaganie, lśniącą na tle nieba swoim aksamitnym całunem ciemności.
Niewielka sówka w kolorze dojrzałej pomarańczy wylądowała na parapecie sowiarni przeciskając się pomiędzy znacznie większymi płomykówkami gładzącymi piórka w przeciągu. Do nóżki przywiązany miała list i niewielką sakiewkę, które wystawiła pohukując z pretensją na co Harlow jedynie przewróciła oczami. Odwiązała korespondencję od nogi zwierzęcia i westchnęła z obawą kolejnego listu ze szpitala.
list:



 

Didi,


W tym roku mija osiemnaście lat od kiedy stałaś się członkiem naszej rodziny. To dużo czasu. W wielu krajach całego świata osiemnaście lat to już wiek dorosły, wiek w którym stajesz się pełnoprawnym członkiem społeczeństwa.
Wiem, że przez te osiemnaście lat nie byłam wzorem cnót siostrzanych, możliwe, że nigdy nim nie będę. Podróż do Luizjany i współpraca z lokalnymi szamanami zaczęła uczyć mnie pewnych wartości, które - choć robię to ze wstydem - muszę przyznać, że były mi najwyraźniej obce.
Nigdy nie rozumiałam kim jesteś. Twoja krew, geny wili, Twój urok osobisty napawały mnie ogromną niechęcią, czego nawet nie próbowałam Ci nieokazywać przekonana, że jeśli będę wobec Ciebie okrutna nie będę musiała rozumieć tego wszystkiego, odizoluje się, a Ty ode mnie i będę mieć święty spokój. Taktyka okazała się słuszna ale unikanie pytania nie przynosi na nie odpowiedzi, a pytania bez odpowiedzi, Didi, dręczą nas przez całe życie.
Wędrując uliczkami Nowego Orleanu dużo o Tobie myślę, córka Ruth, mojej gospodyni w domku w którym teraz mieszkam jest dzieckiem światów, to jakiś lokalny przesąd dotyczący dzieci urodzonych z miłości człowieka i istoty magicznej. Wiem, że masz niedługo urodziny i udało mi się znaleźć w jakimś ciemnym zakamarku magicznej dzielnicy bardzo niezwykły sklep z magiczną biżuterią. Chciałabym myśleć, że by Ci się tu spodobało, ale prawda jest taka, że ja nawet nie wiem co lubisz Dina. Ja Cię praktycznie nie znam i płakać mi się chce, kiedy pisze do Ciebie ten list.
Nie będzie mnie w domu w październiku. Nie wiem kiedy wrócę, moje badania lokalnych relacji magicznej społeczności i miejsc mocy dopiero nabierają tempa. Zauważyłam też, że od czasu mojej wizyty w tej magicznej dzielnicy ktoś za mną chodzi, chociaż może to jakieś urojenie ze zmęczenia. Źle sypiam. Może Cie to nie obchodzić, nie będę zdziwiona. Wysyłam Ci te drobiazg Didi, jest śliczny tak jak Ty jesteś dla mnie śliczna. Nigdy nie rozumiałam kim jesteś, a tu wcale nie ma nic do rozumienia. Jesteś moją młodszą siostrą i bardzo Cię kocham.
Mam nadzieję, że porozmawiamy szczerze jak wrócę do domu. Chciałabym naprawić nasze relacje, obiecałam to Ruth a ona jest starą szamanką i z nią nie ma co zadzierać!
Żartuje. Ale i tak. Mam nadzieję, że porozmawiasz ze mną...
   

Twoja siostra Tina
Pomimo towarzystwa dziesiątek, jak nie setki sów wydających przedziwne dźwięki i czyniących absolutny rozgardiasz w przesiąkniętej smrodem odchodów sowiarni, jaką Harlow obrała sobie dziś za swoją pieczarę samotności - nie słyszała nic. Pustka w głowie  trzeszcząca cisza ciągnąca po niebie złowrogo tę żałobę, którą próbowała tyle czasu utrzymać na granicy świadomości. Wpatrywała się w pergamin zapisany schludnym pismem swojej starszej, nieżyjącej już siostry. Wpatrywała się w zakręcone ogonki igreków i pękate brzuszki literek pe, be, de. Obraz był z sekundy na sekundę bardziej rozmazany, a ona, choć gorliwie mrugała, nie umiała nic na to poradzić. Łzy jak taktyczni żołnierze wystąpili na krawędź okopu jakim była jej dolna powieka, wypatrując w odległości nieprzyjaciela na którego mogliby spaść hordą słonych kropel. Wrogiem okazał się ściskany w rękach list i osłonięte ciepłym materiałem spodni kolana, kiedy dziewczyna ukucnęła w milczeniu w kącie pomieszczenia, jakby skulenie się w sobie mogło pomóc cokolwiek na to kiełkujące boleśnie w piersi poczucie straty.
Jasne palce, trzęsąc się jak u paralityka, z trudem rozwiązały saszetkę z której na jej podołek wypadła kryształowa broszka w kształcie gwiazdy. Przedmiot wydawał się być ciepły w palcach, migotał w nikłym świetle wpadającym do sowiarni przez wąskie szczeliny okien.
Drobiazg.
Zamknęła broszkę w palcach i zasłoniła dłońmi oczy wstydząc się, okrutnie wstydząc się wszystkiego co kiedykolwiek powiedziała, wszystkiego co zrobiła, każdej jednej przepełnionej nienawiścią myśli skierowanej w stronę Konstantyny. Pewnych rzeczy nie da się odwrócić, słów odwołać, czynów cofnąć. Ludzie jednak rozpływają się niespodziewanie, zostawiając po sobie niejasne ślady, jak te odciśnięte przez ramiona broszki zaciśniętej w jej drobnej pięści.

Akceptuję!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Riley Fairwyn

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 21
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185cm
C. szczególne : cała górna lewa strona mojego ciała jest poparzona - ukrywam to za pomocą metamorfomagii; liczne blizny na dłoniach; blizna po dziobie bystroducha przebiegająca przez całą szerokość pleców
Galeony : 4202
Dodatkowo : metamorfomagia, prefekt naczelny
  Liczba postów : 1697
https://www.czarodzieje.org/t15093-riley-t-fairwyn
https://www.czarodzieje.org/t15161-maverick
https://www.czarodzieje.org/t15104-poczuj-smoczy-plomien
https://www.czarodzieje.org/t15098-riley-fairwyn
https://www.czarodzieje.org/t18289-riley-fairwyn-dziennik
Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 QzgSDG8




Gracz




Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty


PisaniePodania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty Re: Podania na przedmioty niespotykane  Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 EmptyPon Sty 20 2020, 19:36;

Myślodsiewnia

Wycieczka na Śmiertelny Nokturn w czasie trwania roku szkolnego nie była ani mądra, ani tym bardziej legalna. Jednakże, nie od dziś wiadomo, że potrzeba matką nie tylko wynalazków, ale także i pomysłowych studentów. Zaskakujące było to, że gdy zastanawiałem się nad tym gdzie powinienem szukać myślodsiewni, nawet przez ułamek sekundy w głowie nie postała mi myśl o jakimkolwiek legalnym miejscu. Moje jedyne skojarzenia związane z przemytem dotyczyły wyłącznie tego miejsca - jednej, niepozornej uliczki w Londynie, którą znałem jak własną kieszeń. Wcześniej, gdy niejednokrotnie sprzedawałem na czarnym rynku rzadkie, odzwierzęce składniki, kompletnie nie zauważałem wszystkich tych podejrzanych wiedźm i czarowników zakutych w budzące wątpliwe zaufanie czarne szaty i zerkających spod kapturów sprzedawców, wciskających się ze swoim stoiskiem pomiędzy sklepik ze skurczonymi ludzkimi głowami, a stanowiskiem z wypolerowanymi smoczymi zębami. Jak to się działo, że o wiele prościej było tutaj dostać jajo jakiegoś dziwnego, egzotycznego zwierzęcia od zwyczajnej myślodsiewni? Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy z tego jak rzadkie one były. Pracowałem miesiącami nad dostępem do klienta, który zgodziłby się sprzedać mi jedną z nich. Podobno była niemalże nienaruszona. Wypolerowana na błysk, na czarodziejskiej fotografii, którą przesłał mi sprzedający naprawdę budziła moje zaufanie. Niemniej, nigdy nie byłem człowiekiem, który byłby skłonny kupić nieśmiałka w worku. Nalegałem na spotkanie, organizowałem bezpieczne miejsca, hasła i kody, którymi mieliśmy posługiwać się podczas konfrontacji. Cały ten zachód jaki sobie zadałem upewniał mnie tylko w przekonaniu, że ta (moja) myślodsiewnia może nie tylko być przemycona, ale może także pochodzić z kradzieży. W końcu, po cóż innego byłaby cała ta dyskrecja, nieustanna wymiana sów i posługiwanie się pseudonimami, które brzmiały tak absurdalnie, że absolutnie z niczym się nie kojarzyły? Mężczyzna używał też fałszywego pióra. Każdy jego list wydawał się pisany inną ręką. Było to trochę niepokojące. Nie chciałbym, aby ukradł także i mój, chociaż w zasadzie niewiele by to zmieniło. Moja twarz była znana w tym półświatku, podobnie jak mój charakter pisma, a właściwie jego. Zarazem mnie, jak i nie mnie. Mojej drugiej twarzy, partnera w zbrodni, pomocnika w metamorfomagicznej niedoli, w jakiej zapętliłem się za starych czasów, w których moje sumienie rzadko nękane było przez towarzyszące mi dnia dzisiejszego porywy serca. Odkąd w moim życiu pojawiła się Elaine, nie skorzystałem z jego pomocy ani razu. Aż do dziś. Nienawykły do kilku dodatkowych centymetrów, poruszałem się powoli. Nerwowo miętosiłem w palcach srebrne kółko wiszące u mojego lewego ucha, marszcząc brwi w taki sposób, jakbym nie chciał, aby ktoś mnie zagadywał. Działało. Ta starsza, o wiele poważniejsza twarz budziła mniej wątpliwości, niż moja własna. Pewnie to samo pomyślał sprzedający, bo okazało się, że po całych miesiącach przygotowań, faktycznie wystarczyło mu tylko podane przeze mnie hasło i krótkie spojrzenie sobie w oczy. Rzadko kiedy siliłem się na tak nieustępliwe spojrzenie, ale okazało się, że miałem w tym dostateczną wprawę. Wymownie zważyłem w ręku pękatą sakiewkę z galeonami. Zakup myślodsiewni miał pochłonąć większość moich oszczędności, ale byłem na to w stu procentach gotów. Potrzebowałem jej teraz o wiele bardziej, niż tlenu. Konieczność zagłębienia się we wspomnienia z lat minionych nie dawała mi spać po nocach, nawet pomimo szczerej rozmowy jaką odbyłem z Elaine. Nie mogłem już dłużej zwlekać, musiałem chociaż na krótką chwilę wyrwać ją sobie z głowy. Widok jej płonącego ciała po raz ostatni odtworzony na nowo, zapamiętany z każdym bolesnym szczegółem i pozostawiony we flakoniku, z daleka od mojej głowy. Takie miałem oczekiwania, miałem więc nadzieję, że nie płacę za przekształconą transmutacją kamienną miskę do ucierania ziół. Widząc zapłatę, mój kontrahent jeszcze silniej wcisnął się we wnękę jednego ze sklepów, w której się umówiliśmy. Wokoło panował półmrok, musiałem się więc wysilić, aby dostrzec zabezpieczony czarem, zaklęty płyn wypełniający misę. Dotknąłem krawędzi naczynia, chcąc upewnić się, że nie jest to iluzja, ale prawda była taka, iż facet z łatwością mógł mnie oszukać. Nigdy nie widziałem prawdziwej myślodsiewni. Byłem jednak na tyle zdesperowany, że nie miałem czasu zmuszać go do prezentacji jej działania. Wcisnąłem mu sakiewkę w nadstawioną dłoń, ale nie puściłem jej. Złapałem za spód płóciennego worka, w którym skrywał się ciężki artefakt i zaczekałem, aż ją puści. Przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami, każdy z nas przekonany o złych zamiarach drugiego. Kilkanaście sekund później puściłem sakiewkę, on postąpił podobnie z misą, lecz nieco mniej chętnie. Ująłem ją w dłonie. Była ciężka, obca w dotyku. Magia, która od niej biła, wydała mi się w tamtym momencie trochę niepokojąca, bowiem nieznajoma i potężna. Starałem się jej jednak nie przyglądać, wciąż czując na sobie spojrzenie sprzedawcy. I pozwoliłem mu odejść. Nasze drogi rozeszły się właśnie w tym zaułku, gdy kompletnie bez słowa każde z nas skierowało się w innym kierunku. Przytuliłem zawiniątko do piersi i z lekką obawą teleportowałem się z trzaskiem, obracając się na pięcie. Chyba jeszcze nigdy aż tak bardzo nie koncentrowałem się na celu, woli i namyśle, a chociaż teleportacja z ciężką, kamienną misą była dla mnie czymś nowym, lepsze było to wyjście od samodzielnego spaceru do Doliny Godryka, w dodatku w nieswojej skórze.

Akceptuję
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Dragos Fawley

Nauczyciel
Wiek : 30
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185
C. szczególne : agresywne rysy twarzy, poparzone prawe ramię, blizna na lewej łopatce, czasami dziwny akcent
Galeony : 71
  Liczba postów : 183
https://www.czarodzieje.org/t18227-dragos-fawley#518318
https://www.czarodzieje.org/t18241-poczta-dragosa#518798
https://www.czarodzieje.org/t18240-dragos-fawley#518784
https://www.czarodzieje.org/t18230-dragos-fawley#518391
https://www.czarodzieje.org/t18379-dragos-fawley-dziennik#523227
Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 QzgSDG8




Gracz




Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty


PisaniePodania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty Re: Podania na przedmioty niespotykane  Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 EmptyWto Lut 25 2020, 00:52;

Glob zaginionych

P r o l o g

Trzynastoletni Dragos siedział w swoim pokoju, uparcie wpatrując się w zdjęcie siostry, skupionej na obserwowaniu gwiazd. Zabrał je z sypialni rodziców, jak zresztą wszystkie pozostałe przedmioty z nią związane. Pomieszczenie, które jeszcze niedawno było jego azylem, stało się cmentarzyskiem pełnym wspomnień, boleśnie naznaczonym obecnością zaginionej bliźniaczki.
Wierzył, że Rose się odnajdzie, gdy będzie z takim samym zaangażowaniem, jak ona, oglądał niebo. Każdej nocy tęsknie wyglądał za okno i cicho błagał o jej powrót. Ale minęło pół roku, a jego bratnia dusza dalej miała status poszukiwanej. Poczuł ścisk w gardle. Zacisnął ręce w piąstki i spiął ciało, chcąc powstrzymać łzy. Jestem dużym chłopcem, nie mogę płakać.
Z zamyślenia wyrwały go głosy dochodzące z salonu. Przez jego dom od kilku miesięcy przewijali się detektywi i jasnowidze zatrudnieni przez rodziców. Tym bardziej zdziwił go brak krzyków pochodzących z ust zrozpaczonej matki, tracącej zmysły, nadzieję i cierpliwość do tych, którzy żerowali na bólu Fawleyów. Dziecięca ciekawość nie pozwoliła mu dłużej siedzieć w bezruchu. Delikatnie pogładził kciukiem blond włosy Rose i odłożył ramkę na biurko. Bezszelestnie opuścił pokój i stanął pod drzwiami salonu.
Niewiele rozumiał z rozmowy dorosłych. Rzeczowy ton ojca, po raz kolejny tłumaczący okoliczności zaginięcia córki, niepokojąco milcząca matka. Przeszedł go dreszcz, gdy usłyszał charkotliwy, wręcz skrzypiący głos. Przez dziurkę od klucza widział tylko burzę rudych loków, które wirowały w powietrzu od ciągłego kręcenia głową. Ciche kichnięcie niespodziewanie zdradziło jego lokalizację. Spojrzenie kobiety przeszyło go na wskroś. Opuścił wzrok, wystraszony intensywnością, z jaką wpatrywała się w niego czarownica.
Zasypiając, jego myśli krążyły wokół zdania, jakie usłyszał na odchodne, gdy ojciec odprowadzał go do pokoju. On mógłby pomóc, potrzebowałby tylko globu. I miał niejasne wrażenie, że jest właśnie tym kimś, kto pomoże. Nie wiedział jednak w jaki sposób i co to za głupi glob.

* * *

Po jakimś czasie wspomnienie to zarosło kurzem. Mechanizmy obronne chłopca zastąpiły ból pasją. Zainspirowany pracą matki i zajęciami, na których profesor Veteranyi opowiadał o smokach, postanowił te ferie w całości poświęcić nauce. Z ogromnym zaangażowaniem wkładał do głowy ciekawostki o spiżobrzuchu ukraińskim. Blade palce śledziły tekst na pożółkłej stronie, jakby to miało mu pomóc w lepszym zapamiętaniu informacji.
Krzyk rozdarł ciszę; głos matki nieznośnie wibrował w jego głowie. GDZIE ONA JEST? Zadrżał. Poszedł w kierunku jej gabinetu i delikatnie uchylił drzwi. Obraz, który zastał, rozdarł mu serce. Siedziała skulona, wpatrzona w jakiś przedmiot, a łzy spływały po poszarzałej twarzy. Gdzieonajest, powtarzała.
Objął ją niepewnie; przez ostatnie lata to on wcielał się w rolę poszkodowanego. Wzrok jednak cały czas miał wbity w.. globus? Nie rozumiał czemu ta mała rzecz wywołała w rodzicielce tyle frustracji i gniewu. Delikatnie chwycił go w dłonie.
- Nie powinieneś tego dotykać.

* * *

Posada woźnego w Hogwarcie spadła na niego niespodziewanie. Ulga, jaką poczuł, była niewyobrażalna. Dusił się bezradnością; obecność ojca drażniła, a nieobecność matki boleśnie kąsała. Siadł na łóżku, obejmując wzrokiem kufry ze swoimi rzeczami, nierozpakowanymi od tygodni - nie chciał naznaczać Anglii rumuńską przeszłością. Wiedział, że ich zawartość jest jak sól, która rozsypie się po rozległych ranach. Ale miał poczucie, że odnajdzie w szkole namiastkę domu. I tej myśli uparcie się trzymał, segregując stare bibeloty, setki książek i figurek smoków. Żmudną czynność przerwało mu skrzypnięcie ciężkich drzwi.
Skierował zmęczone i podkrążone oczy na ojca. Pokrzepiający był odżywiony obraz Quentina i świadomość, że nie tylko on rusza naprzód. Gdy otrzymał od mężczyzny średniej wielkości pakunek, uniósł brwi w geście zdziwienia.
- Zastanawiałem się czy ci to dać. Twoja matka poświęciła wiele lat i pieniędzy na zdobycie globu – usłyszał, a w jego głowie coś zaskoczyło. Glob. – Ale ofiarowała przede wszystkim siebie, żeby ją odnaleźć. I wiem, że chciała, abyś to kontynuował.
Słowa ojca nie do końca były dla Dragosa zrozumiałe. Wziął do ręki paczuszkę i rozpakował ją. Ostrożnie wodził palcem po globusie, próbując przypomnieć sobie gdzie już go widział. Obracał go w dłoniach i oglądał z każdej strony. Mała karteczka wystawała spod warstw papieru, w który zawinięty był glob. Synku, przeczytał, a jego oczy zaszkliły się. Wziął głęboki wdech.

Synku,
mam przeczucie, że ze wszystkich osób na świecie to właśnie
Ty
pomożesz Jej wrócić do domu.
Próbowałam, uwierz, starałam się każdego dnia,
ale mam wrażenie, że moja rola ogranicza się tutaj tylko do odnalezienia globu.
Reszta należy do Ciebie.
Zanim obarczę Cię tym ciężarem, będę próbować dalej.
Gdy zamkną mi oczy, Ty postaraj się otworzyć swoje.

Dowiedz się gdzie Ona jest.

Mama


I wtedy wszystko zaczęło scalać się w jasny, konkretny obraz, zniekształcony wcześniej dziecięcym lękiem i osamotnieniem.

E p i l o g

Nie zliczył ile godzin przesiedział przed globem, próbując odnaleźć Rose. Nieliczne strzępki informacji, znalezione w opasłych tomach, wyzwalały w Dragosie emocje, o które nigdy się nie podejrzewał. Frustracja na stałe zagościła w duszy mężczyzny, który uparcie i na przekór sobie, próbował spełnić prośbę matki.
Minęło dużo czasu zanim znalazł w pamięci odpowiednią retrospekcję. Skrzeczący głos kobiety on mógłby pomóc był kotwicą, której kurczowo się trzymał. Ciężar odpowiedzialności przygniatał go i palił na każdym kroku. Nie mogę odpuścić, powtarzał jak mantrę.
Złość narastała przy każdej nieudanej próbie zlokalizowania siostry. Tracił zmysły, resztki szczęścia opuszczały zmęczony organizm, a wszystko i wszyscy dookoła wręcz krzyczało oszalałeś. Ale nie poddawał się. Codziennie szeptał imię bliźniaczki i uparcie wpatrywał się w globus, który jak na złość, nie chciał zdradzić miejsca jej pobytu. Czarne myśli ona u m a r ł a nie pozwalały mu zmrużyć oka. Jedyne, co trzymało go przy życiu, to cichy głosik utwierdzający go w przekonaniu, że Rose żyje, a brak jakiejkolwiek reakcji ze strony globu był wynikiem jego niekompetencji lub zbyt dużego ładunku emocji duszonego wewnątrz.
Ilekroć chciał pozbyć się powodu swego szaleństwa, coś z powrotem kierowało jego kroki w kierunku globusa. Tej nocy gwiazdy świeciły jaśniej niż zwykle. Jednocześnie spłynął na niego niewyobrażalny spokój. Prowadzony przez instynkt, chwycił glob i wymówił jej imię. Był maksymalnie skupiony; rozdarte serce wystukiwało miarowy rytm.

Świat zawirował, a puls przyspieszył, gdy ujrzał mały punkcik z dopiskiem Loreen Fawley.

Akceptuję
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Ferdinand Emerson

Student Gryffindor
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Czystość Krwi : 50%
Wzrost : 182
Galeony : -301
  Liczba postów : 118
https://www.czarodzieje.org/t18660-ferdinand-emerson#533690
https://www.czarodzieje.org/t19060-lepszy-emeron#551972
https://www.czarodzieje.org/t18661-ferdinand-emerson#533691
Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 QzgSDG8




Gracz




Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty


PisaniePodania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty Re: Podania na przedmioty niespotykane  Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 EmptyPią Kwi 10 2020, 13:40;

Zmieniacz Czasu


- Ferdinandzie - zawołała niegłośno Tanisha tonem zupełnie neutralnym, jednak na dźwięk jej głosu młodszy Emerson aż wzdrygnął i znieruchomiał, przerywając tym samym wesołą podróż ze swojego pokoju do kuchni, celem skorzystania z dobrodziejstw uchowanych w lodówce.
Po chwilowej pauzie wszedł do salonu, gdzie przebywała jego matka i z łagodnym, lecz wymuszonym uśmiechem, zapytał ją o powód, dla którego go wezwała. Znając jednak swoją rodzicielkę i wierząc we własne przeczucie, nie czekała go zbyt przyjemna rozmowa. Instynktownie pomyślał o Desmondzie, który mógłby pomóc mu uniknąć przynajmniej części nieprzyjemności. Co z tego, że tym samym naraziłby go zapewne na podobne, werbalne tortury. Nauczyciel Obrony przed Czarną Magią na pewno potrafił się też bronić przed toksycznym słowotokiem matki. Miał w tym wszakże wieloletnie, większe od Ferdinanda, doświadczenie. W najgorszym wypadku bohater zaprosiłby brata kiedyś na obiad za tę szlachetną ofiarę. Albo i nie. Niestety młodszy Emerson wiedział, że Desmond był poza domem i prędko nie wróci. Tak nieprędko, że Tanisha zdążyłaby przemęczyć swojego młodszego syna, że ten przemieniłby się w zombie. A Ferdinand też miał przecież swoje plany na dzisiejszy dzień i niespodziewana ingerencja matki mogła mu je skutecznie zniweczyć. O ewentualnej, nieplanowanej transformacji w trupopodobne paskudztwo nie wspominając.
Domyślał się, że coś zrobił, tylko nie wiedział co. Jak zwykle zresztą, bo Ferdinand miał w zwyczaju rzeczy robić całkiem sporo. Jakoś nigdy nie mógł rozgryźć Tanishy. Nawet jak był pewny, co zbroił, to ona zawsze zaskakiwała go wiedzą i wyrzutami o zupełnie innym czymś, w czym brał udział. Na upartego oskarżał swojego starszego brata o bycie sprzedawczykiem, jednak kobieta potrafiła zdawać sobie sprawę z przewinień swojego młodszego syna, o których starszy nie miał bladego pojęcia. No po prostu magia.
Wtem Ferdinand wyłapał ciche, rytmiczne stukanie. Dyskretym wzrokiem spostrzegł, że te generowane było przez smukłe palce rodzicielki, delikatnie uderzające o trzymany w jej dłoniach przedmiot. Było nim elegancki, sześcienny klocek z czarnego, polakierowanego drewna. Bazując na dźwięku, jakie wydawał, chłopczyna wydedukował, że było to przynajmniej częściowo puste pudełko.
- Miałam ostatnio o Tobie pogadankę z Twoim ojcem - odrzekła Tanisha, natychmiastowo zaskarbiając sobie ponownie uwagę swojego syna, wcześniej zaabsorbowanego trzymanym przez nią przedmiotem.
Ferdinand nie był do końca pewien, czy w zależności od dalszego przebiegu rozmowy, powinien być wdzięczny ojcu, czy być na niego złym. Pierwsza opcja była bardziej prawdopodobna, bo Stary nie z jednych nieprzyjemności, z matką w roli głównej, już swoich synów wyratował. A może tym razem, nawet jeżeli szansa była niewielka, to palnął Tanishy coś o Ferdinandzie, co skazało go teraz na mękę?
Kobieta przestała stukać w pudełko. Chłopak przełknął ślinę.
- Musisz wiedzieć, że nie ważne, co wcześniej mówiłam, to doskonale wiem, że nie będziesz jak Twój brat i nie ważne, co Ci powiem, nigdy nie będę Cię zmuszać, żeby to się zmieniło.
Kolejne słowa matki nieco uspokoiły chłopaka. Ferdinand już dawno wiedział, że jego rodzice nie chcieli, by poszedł w ślady Desmonda. Oczywiście, że nie raz rzucili jakimś porównaniem z nim związanym, jednak chłopak nigdy nie czuł, jakby był zmuszany naśladować, nawet w najmniejszym stopniu, pierworodnego tej generacji Emersonów. Pewnie nawet sam Desmond nie byłby takim przebiegiem spraw zachwycony, bo zależało mu na dobru brata.
- Jestem też przekonana, że nie zapominasz o swoich obowiązkach, tylko masz do nich zgoła inne podejście od Desmonda.
Obowiązki, czyli sprawienie, że w przyszłości na słowo "Emerson" wszyscy przechodnie wokół będą wiedzieli, o kogo chodzi. Oczywiście, że Ferdinand o tym nie zapomniał. Ta myśl tylko zwykła znajdować się gdzieś z tyłu jego głowy, kiedy musiał poświęcać swoją uwagę ważniejszym...to znaczy, innym sprawom.
- Tak jak niegdyś pomogłam Twojemu bratu, tak teraz chciałabym pomóc Tobie. Żeby łatwiej Ci było pogodzić bycie sobą oraz spełnianie naszych oczekiwań.
Przypominając sobie opowieści Desmonda, Tanisha najpewniej miała na myśli jej dodatkowe lekcje z zaklęć i czarnej magii, dzięki którym starszy Emerson był nieco bardziej wprawiony w tych sztukach w porównaniu do swoich rówieśników. No i pewnie chodziło też o naukę Legilimencji.
Już chciał zapytać, o co dokładnie chodzi, gdy na twarzy Tanishy pojawił się lekki, chytry uśmiech. Na widok niego Ferdinand niemalże chciał się skulić i zasłonić rękami przed tym, co jego matka chciała zrobić w kolejnej chwili. Będąc świadomym, że praktycznie nigdy nie stosowała przemocy fizycznej, tylko tę słowną. Powstrzymał się, choć niecałkiem, bo mimowolnie zrobił mały, praktycznie zazauważalny kroczek w tył.
- Za moich czasów nauki w Hogwarcie, jedna z nauczycielek zauważyła, że nie mam marzeń. Wiesz czemu? Bo tym są właśnie cele bez planów - marzeniami. A ja stawiałam sobie tylko cele, do których miałam stosowne plany. Problem polegał na tym, że nie wszystkie mogłam wprowadzić w życie przez to, że dzień ogranicza się do dwudziestu czterech godzin, a zostawienie wielu spraw na potem nie wchodziło w grę.
Zero zaskoczenia. Każdy Emerson wiedział, że w szkole Tanisha stawiała naukę na pierwszym, drugim, i trzecim miejscu. Na czwartym znajdowało się jedzenie, mycie i spanie. Gdy w nauce osiągnęła swoje, zaczęła bawić się w romanse. Szczegóły na ten temat pozostawały tajemnicą. Nawet Stary trzymał język za zębami, kiedy młodsi Emersonowie zadręczali go standardowym u dzieci pytaniem "a jak się poznaliście z mamą?". Widocznie za bardzo chciała zachować swój wizerunek. Ale Ferdinand i Desmond doskonale wiedzieli, że ich kocha. Tylko miała problemy z łagodniejszym i milszym okazywaniem tego uczucia.
- W nagrodę za ambicje oraz wyniki w nauce, otrzymałam od niej tę oto pomoc, by móc osiągnąć to, co chciałam, pomimo barier czasowych.
Kobieta uniosła nieco wyżej, okazujące się szkatułką, pudełko i otworzyła je. W środku znajdował się wisiorek o dość specyficznym kształcie, przynoszącym na myśl klepsydrę. Ferdinand nie uznał tego za jakąś ładną ozdobę, więc pytającym spojrzeniem postanowił wyciągnąć od swej rodzicielki dalsze wyjaśnienia.
- To Zmieniacz Czasu - oznajmiła Tanisha.
Następnie poinformowała syna o właściwościach tego specyficznego, magicznego urządzenia. Wyraźnie akcentowała niebezpieczeństwa związane z jego użytkowaniem, jego ograniczenia, o możliwościach powodowania paradoksów, oraz konsekwencjach, które mogłoby pociągnąć Ministerstwo Magii, jakby musiało zareagować. Wspomniała również, że wspomniana nauczycielka musiała wręcz stanąć na głowie, by Zmieniacz Czasu znalazł się w rękach matki Ferdinanda. W duchu było mu żal wszystkich osób, które dzięki Zmieniaczowi Tanisha mogła zaszczycić podwójnie jakimś uszczypliwym komentarzem, psując im tym dzień. Sam chłopak był średnio - połowicznie wręcz, zgodnie z jego czystością krwi - zdumiony możliwościami urządzenia. Wszakże żył w magicznym świecie, więc manipulacja czasem, szczególnie tak ograniczona, nie brzmiała wcale jak coś wielkiego. Kiedy jednak zaczął zastanawiać się, co takiego można było osiągnąć przez tego typu zabawy, kącik jego ust uniósł się w figlarnym, acz niezauważalnym praktycznie, uśmieszku. Przybrał ponownie poważny wyraz twarzy przy kolejnych słowach matki w obawie, że coś zauważy.
- Kiedyś myślałam, żeby wręczyć go Twojemu bratu. Uznałam jednak, że obędzie się bez niego. Miałby zbyt mało okazji, by w ogóle go użyć.
Chłopczyna tym razem nie mógł ukryć uśmiechu. Szybko zrozumiał, co jego rodzicielka miała na myśli i natychmiast mu się humor poprawił. To jednak nie miało być tylko kazanie! W duchu podziękował ojcu, nawet jeżeli to nie za jego sprawą Tanisha postanowiła to, co postanowiła.
- Słuchaj mnie, Ferdinandzie - kontynuowała - Pragnę wręczyć Ci ten Zmieniacz Czasu w nadziei, że znajdziesz dla niego zastosowanie. Byś mógł łatwiej pogodzić swoje młodzieńcze zachcianki i to, do czego rzeczywiście powinieneś dążyć.
"Czyli żeby być na imprezie i w tym samym czasie zakuwać do nadchodzącego testu" pomyślał i rozwarł delikatnie usta, jakoby chciał to powiedzieć na głos.
Tanisha zamknęła pudełko.
- Jednak ostrzegam. Nikt poza naszą dwójką, ani Twój ojciec, ani Twój brat, dosłownie nikt nie może wiedzieć, że to posiadasz. Nie muszę Ci chyba mówić, w jakich byłbyś tarapatach, jakby ktokolwiek by się o tym dowiedział.
Spoważniał. Normalnie Tanisha powinna również mieć kłopoty z tego tytułu. Wszakże idąc po nitce do kłębka, bez wątpienia ustalonoby, że prawowitym właścicielem Zmieniacza jest ona sama. Ferdinand jednak zrozumiał, co jego matka miała na myśli. Sugerowała, że jakby miało dość do najczarniejszego scenariusza, to postarałaby się, że tylko sam młodszy Emerson miałby przekichane. I żeby uniknąć dodatkowych nieprzyjemności, nie kiwnęłaby nawet palcem, by w jakiś sposób mu w tym pomóc. Nie dlatego, że była bezduszna. Po prostu była konsekwentna i chciała zadbać o dobro reszty rodziny, minimalizując potencjalne obrażenia do minimum. Bo Zmieniacz Czasu to nie była zabawka, ale pewnie chłopak o tym wkrótce zapomni, znając siebie.
Moc Zmieniacza Czasu za wykazanie się pewną dozą odpowiedzialności i dochowanie tajemnicy nawet przed Desmondem? Przez chwilę Ferdinand miał nawet wątpliwości, czy mógłby udźwignąć to brzemię, nawet jeżeli możliwości z tego płynące były tak kuszące. Ale szybko zrozumiał, że jak się teraz zgodzi i jutro obudzi z rana, to o wiele mniej będzie się tym wszystkim przejmował, a dalej wielce cieszył z posiadanego urządzenia.
- Zgadzam się mamo. Ja również uważam, że dzięki Zmieniaczowi uda mi się uniknąć pewnych kłopotów - zaśmiał się - Dobrze wiem, jaki jestem, a nie chciałbym Cię niepotrzebnie zawodzić. Nie myliłaś się, że ten wihajster może mi w tym pomóc.
- Wspaniale, że rozumiesz. Pamiętaj jednak, że użycie Zmieniacza powinieneś traktowac jako ostateczność. Staraj się robić wszystko tak, byś nie musiał sobie nawet pamiętać, że go masz - ponownie uśmiechnęła się chytrze - Niestety jestem przekonana, że znajdą się sytuację, gdzie nie będziesz miał innej możliwości. Wtedy przypomnij sobie o wszystkim, co Ci powiedziałam.
Ferdinand pokiwał głową. Tanisha odpowiedziała tym samym, wystawiając czarne pudełko w stronę syna. Ten podszedł bliżej, sięgnął po nie, przez pół sekundy się wahając. W końcu jednak je odebrał, z uśmiechem dokładniej obadał wzrokiem, a następnie powrócił spojrzeniem na twarz matki. Uśmiech, o dziwo, nie zniknął jeszcze z jej twarzy. Nie był to dobry znak.
- To skoro tę sprawę mamy już załatwioną, Ferdindandzie, może opowiesz mi swoich wynikach w nauce.
Już na samo słowo "tę", krew w żyłach chłopaka zmroziła się. A jednak...


//dziękuję

Akceptuję, pamiętaj jednak o tym, że jest to przedmiot o potężnym działaniu i jego wykorzystanie w fabule będzie pod stałym nadzorem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Morgan A. Davies

Uczeń Gryffindor
Rok Nauki : VI
Wiek : 17
Czystość Krwi : 25%
Wzrost : 162
C. szczególne : wisi nad nią (już słabnąca) klątwa zaklęć, o której nie ma pojęcia (kuferek)
Galeony : 443
Dodatkowo : Kapitan drużyny Gryfonów
  Liczba postów : 1938
https://www.czarodzieje.org/t17419-morgan-a-davies#488348
https://www.czarodzieje.org/t17421-listy-do-moe#488357
https://www.czarodzieje.org/t17423-znajomoesci#488376
https://www.czarodzieje.org/t17420-morgan-a-davies#488355
https://www.czarodzieje.org/t18298-morgan-a-davies-dziennik#5208
Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 QzgSDG8




Gracz




Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty


PisaniePodania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty Re: Podania na przedmioty niespotykane  Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 EmptySob Kwi 11 2020, 15:32;

Buty do jazdy figurowej na wodzie

Wstęp jest tutaj.

Przez chwilę niemo wpatrywała się w ścianę, siedząc na łóżku z owiniętym papierem prezentowym pakunkiem, bo nadal nie docierało do niej wszystko to, co ujrzała i usłyszała tego wieczora. Dopiero upomnienie Williama Gordona, a zatem rycerza z obrazu znajdującego się w pokoju, że już najwyższa pora spać, przynajmniej częściowo wyrwało ją z zamyślenia.
- Źle wspominasz moje nocne harce? - zapytała kpiąco, bo przecież kiedy pierwszy raz się spotkali, arystokrata był jeszcze wolnym duchem, mogącym leniwie poruszać się po całej babcinej rezydencji. Obudzenie się magicznych mocy Moe na jego widok, a w rezultacie zamknięcie zjawy w obrazie, okazało się najwyraźniej nieodwracalne, albo przynajmniej na rękę babci Carmen. Ignorując gniewne prychnięcie, wzięła się za rozpakowywanie paczki. W pierwszej kolejności wpadł jej w ręce list:






Moja droga wnuczko,


w swej młodości Twoja matka zjeździła w tych butach całe Loch Ness, narażając się na spojrzenia mugoli, a potem zrzucając wszystko na to, że to jakiś morski potwór złapał ją za stopę i ciągnął za sobą po powierzchni jeziora. Dasz wiarę, że miejscowi kiwali na to głowami i gratulowali jej przetrwania ataku wielkiego gada? Tak właśnie wyglądały czasy bez Internetu.

Śpij dobrze, Kapturku,

Babcia


Niedługo później okazało się, że dołączony był również drugi, choć wyglądał na zdecydowanie starszy, jakby został przygotowany lata temu:





Moja droga córeczko,

zostawiam te buty dla Ciebie u babci, a kiedy już wykażesz się talentem magicznym to, o ile żadna z nas o nich nie zapomni, otrzymasz je w prezencie. Żyję teraz wśród niemagów i nie chcę ukrywać po szafkach zbyt wielu magicznych przyborów, a wiem, że akurat te buty bardzo by mnie kusiły.
Nie musisz korzystać z nich mądrze, po prostu baw się nimi najlepiej, jak potrafisz i to będzie dla mnie wystarczającą nagroą. Pamiętaj, że Twoja matka zdobyła w nich mistrzostwo kraju, kiedy jeszcze wyścigi na wodzie były sportem popularniejszym od quidditcha, więc i Ty musisz mieć do tego dar. Nie pozwól, by się zmarnował.

Ściskam,
Mama

PS. Cokolwiek usłyszysz o Loch Ness - to kłamstwa.

Ostatnim załącznikiem było ruchome zdjęcie, na którym Eileen Wright sunęła w białych butach po ruchomej tafli hogwarckiego jeziora, ścigając się z lecącą na miotle Gwenog Jones, późniejszą kapitan Harpii z Holyhead.

Gdy Moe wreszcie zajrzała do środka otrzymanej paczki, ujrzała parę białych butów, nieco przypominających łyżwy figurowe, jednak pozbawionych płóz i z zupełnie płaską podeszwą. Przytuliła je do siebie jak największy skarb, po czym opadła na łóżko i zasnęła, nie wypuszczając jednak otrzymanego prezentu z objęć.

Akceptuję!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online


Beatrice L. O. O. Dear

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 24
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 160cm
C. szczególne : Czarne oczy, przenikliwe spojrzenie, blizny na dłoniach po błędach popełnianych w młodości podczas ważenia eliksirów, ukryte po metamorfomagią
Galeony : 432
Dodatkowo : metamorfomagia
  Liczba postów : 992
https://www.czarodzieje.org/t14885-beatrice-l-o-o-dear
https://www.czarodzieje.org/t14920-poczta-beatrice-l-o-o-dear#397481
https://www.czarodzieje.org/t14916-are-you-afraid-of-blood
https://www.czarodzieje.org/t14915-beatrice-l-o-o-dear
https://www.czarodzieje.org/t18356-beatrice-l-o-o-dear-dziennik
Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 QzgSDG8




Gracz




Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty


PisaniePodania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty Re: Podania na przedmioty niespotykane  Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 EmptyWto Maj 19 2020, 12:45;

Dobra nutka

Ostrze Karona oraz Kielich Dagdy

Czy aby na pewno?
Nie sądziła, że coś takiego może mieć w ogóle miejsce. Słyszała plotki, ale były one tak nieprawdopodobne, że nie chciała w nie uwierzyć. Coś tutaj ewidentnie było nie tak, a ona jeszcze nie miała pojęcia, czemu i jak to wszystko wpłynie na nią samą. Nie utrzymywała zbyt wielkiego kontaktu ze swoją rodziną. Po tym, jak została odrzucona przez ojca, a matka nie wstawiła się za nią, nie chciała mieć z nimi nic do czynienia. Jedynie Dorien i Aurora pozostali względem niej przychylni. Calum nigdy nie był normalnym bratem, jakiego mogła by sobie wymarzyć, a o swoich stosunkach z Vivien wolała nawet nie wspominać. Jednak nigdy nie przypuszczała, aby mogli oni zachować się w taki sposób. Również nigdy nie przypuszczała, że dowie się o tym wszystkim nie bezpośrednio od nich, ale przez plotki zasłyszane w Hogwarcie! Jak mogli potraktować ją w podobny sposób?! Nie znajdowała wyjaśnienia.
Musiała się przekonać, czy to w ogóle jest prawda. Serce waliło jej mocno, kiedy zrozumiała, jak ten sposób wygląda. Nie było innej możliwości, aby to rozwiązać. Dom Doriena został zapieczętowany, jednak wciąż naiwnie łudziła się, że może po prostu tylko z Aurorą i Willow udali się w jakąś podróż. Wiedziała, gdzie musi się udać. Nie mogła prosić Dominika, aby udał się tam z nią. Czuła, że to jest coś, czego musi dokonać samodzielnie. Choćby nie wiem jak trudnym miało to być, ile bólu jej sprawić. To ona była Dear. To było jej zadanie. Westchnęła głęboko, kiedy uświadomiła sobie, co to oznacza.
Brighton, nadchodzę.

~***~


Nigdy więcej
Głośny trzask obwieścił jej przybycie do rodzinnej posiadłości Dearów. Miejsca, które malowało w jej pamięci tak wiele wspaniałych i bolesnych jednocześnie wspomnień. Nie wierzyła w to, że ponownie widzi ten dwór, że znalazła się w tym miejscu. Nie chciała się tutaj pojawiać. A jednak jakaś dziwna siła ciągnęła ją dalej. Niespiesznie stawiała pierwsze kroki po żwirowej drodze. Szelest kamieni pod jej stopami dodawał jej odwagi, której naprawdę mocno w tym momencie potrzebowała. Miejsce to wyglądało w tym momencie jak z jakiegoś koszmaru. Za nic nie przywodziło na myśl tego samego domu, w którym niegdyś tętniło życie. Rozglądała się czujnie, rejestrując jakiegoś czarnego ptaka, złowrogo goszczącego nad prywatnym niebem Dearów. Zacisnęła jedną dłoń w pięść, drugą wyjęła z kieszeni, poprawiając chwyt różdżki w dłoni. Nie wiedziała, czego może się tutaj spodziewać, ale czuła, że nie spotka jej nic dobrego. Dotarła do drzwi wejściowych i wyszeptała zaklęcie. Otworzyły się one bezgłośnie. Beatrice pozwoliła sobie na jeszcze jeden oddech powietrzem nieskażonym porażką i oczekiwaniami, po czym przestąpiła przez próg.
W środku panowała ciemność, ale jedno proste lumos rozwiązało ten problem. Po chwili ukazało jej się to, czego tak bardzo bała się zobaczyć. Oddech uwiązł jej w gardle. Wspaniałe meble, które od wejścia reprezentowały gusta mieszkańców, teraz pozakrywane były białymi materiałami. Pojedyncza łza niekontrolowanie wymknęła się z uwięzi powiek. Nie, to nie mogła być prawda. Nie rozumiała, jak mogli w ten sposób postąpić. W pogoni za łzą pospieszyły kolejne. Niedługo potem dołączył do nich szloch, kiedy dotarło do niej, że została zupełnie sama. Nikt nie miał zobaczyć jej załamania. Nie miała usłyszeć słów pocieszenia. Wszyscy ją opuścili. Pozwoliła sobie na tę chwilę załamania. Nie mogła jednak wiecznie tkwić w rozpaczy. Chciała sprawdzić, czy aby na pewno wszystko zniknęło. Czy nie ma niczego, co dowiodłoby, że to wszystko jest jej snem.
Wstała z kolan, nawet nie wiedząc, kiedy upadła. Łzy wciąż napływały do oczu, ale nie zamierzała ponownie im się poddać. Ponownie ruszyła przed siebie, próbując znaleźć coś, co powie jej prawdę. Wspięła się po schodach, do jedynego miejsca, gdzie jak wiedziała, może znaleźć odpowiedź. Gabinet jej ojca zawsze stanowił miejsce, do którego nie można było zaglądać. Ale teraz miała to gdzieś. Kto miałby jej tego zabronić? Krzątające się kłęby kurzu? A może trzeszczące deski?
Nie patyczkowała się. Zaatakowała drzwi bombardą, z hukiem je otwierając na oścież. Nic tutaj nie było takim, jakim być powinno. Wszystko się zmieniło. Podeszła do pierwszego regału i zaczęła wyjmować wszystko po kolei, nie przejmując się tym, czy zostawi po sobie ład, czy nie. Rzucała na oślep, próbując odnaleźć coś, co powie jej,  gdzie jest jej rodzina. Podeszła do masywnego biurka i otworzyła pierwszą szufladę. Wywaliła jej zawartość na wierzch, próbując znaleźć coś pożytecznego. Cokolwiek... Trafiła na dokument, który coś jej powiedział. Otworzyła go drżącą dłonią i zagłębiła się w lekturę. Zauważyła nazwę jednego kraju. Australia... A więc to tam się udali wszyscy. Oparła się ciężko o blat biurka, nie mając siły, aby poradzić sobie z tym samodzielnie. Jeszcze nigdy się tak nie czuła.  Kompletnie opuszczona przez wszystkich.
Miała ochotę stąd uciekać i czym prędzej podjęła taką decyzję. I pewnie niemalże od razu teleportowałaby się do Doliny Godryka, gdzie był jej dom, gdyby nie przedmiot, którzy rzucił jej się w oczy. Srebro przyciągnęło jej wzrok, więc odruchowo sięgnęła po nie. Okazał się to być sztylet. Głownia była długa i zaskakująco cienka, ale jednocześnie wydawała się być cholernie mocna. Trzonek jakby idealnie dopasowany do jej dłoni. Nie musiała zastanawiać się długo. Po prostu chwyciła mocniej rękojeść w dłoń, nie pewna, co chce zrobić dalej. Ale czuła się w tym miejscu coraz mocniej zagrożona. Dostrzegła jeszcze jeden przedmiot, który przyciągał jej wzrok. Chwyciła dziwnie wyglądający kielich, który był wypełniony jakimś niesamowitym płynem. Więcej czasu nie miała. Po prostu uciekła. W jedno pewne miejsce, gdzie mogła uzyskać pomoc.
Choć jedno wspomnienie.

~***~

Szybka decyzja
Doskonale wiedziała, gdzie powinna się teleportować prosto z rodzinnej posiadłości Dearów. Ileż to już razy mogła liczyć na pomoc @Shawn E. Reed? Nie była w stanie zliczyć. Ale jedno wiedziała na pewno. Jeśli ktoś, ktokolwiek mógłby wiedzieć, co udało jej się ukraść z domu rodzinnego, to tylko on. Nie czekała na otworzenie przez niego drzwi. Po prostu wparowała bezpardonowo do środka z różdżką w pogotowiu wiedząc, jakie pułapki mogą ją spotkać. Rozbroiła je dosyć sprawnie, bo przecież bywała tu wcześniej i wiedziała, z czym przyjdzie jej się zmierzyć.
-Shawn! – zawołała w przestrzeń mając nadzieję, że Reed jest w swojej jaskini. –Shawn, kurwa! – ponowiła krzyk znacznie bardziej natarczywym tonem.
W końcu jednak pokazał się i on, choć Dearówna zaczęła zastanawiać się, czy to na pewno jest on sam. Dawno go nie widziała i wiele zmian zaszło w jego wyglądzie. Prawdopodobnie w jej też, choć mogła nie zdawać sobie z tego sprawy.
-Mógłbyś sobie darować te pułapki dla inwalidów umysłowych. – stwierdziła, zamiast zwyczajowego „dzień dobry”
-Czego chcesz, my Dear? – zapytał w zwyczajowy sposób. Beatrice chciała mu opowiedzieć o tym, co się stało, ale te konkretne słowa nie przeszły jej przez gardło. Wiedziała, że gdy tylko wypowie słowo „rodzina” to rozpadnie się w jego pracowni na tysiąc kawałeczków. Nie chciała tego. I tak zapewne słyszał już plotki.
-Znalazłam coś. Nie jestem pewna, co to jest. – powiedziała zamiast tego wszystkiego, co pragnęło wydostać się z jej trzewi. Wyjęła z płóciennej torby najpierw dziwne ostrze a potem kielich, który wciąż był wypełniony i rzuciła je w stronę Shawna. Złapał je zręcznie i zaczął przyglądać się im z różdżką w pogotowiu. Ona sama rozglądała się po jego pracowni, podziwiając nowe nabytki, jakie się tutaj znajdowały. Złota zasada głosiła „nie dotykaj niczego, bo możesz stracić rękę” i mocno się pilnowała, aby niczego nie dotykać. W końcu, znudzona wróciła do Shawna, który akurat rzucał jakieś zaklęcie na kielich, który wciąż był wypełniony po brzegi, jakby zupełnie nic się z niego nie wylało.
W końcu przerwał swoje działania i spojrzał na nią, marszcząc brwi.
- Skąd to masz? – zapytał, wskazując zarówno na kielich jak i ostrze.
-Czy to ważne? – odbiła pytanie. Czy to istotne, że właśnie okradłam swój dom? Nie, tak powiedzieć nie powinna. Ona po prostu wzięła to, co do niej należało. Była Dearem. Wszystko, co znajdowało się w tej posiadłości, pośrednio należało do niej.
-To jedne z najpotężniejszych przedmiotów magicznych, jakie widziałem. – powiedział, chwytając w dłoń jakąś książkę i przerzucając szybko jej kartki. W końcu trafiwszy na odpowiednią stronę, odwrócił księgę w jej kierunku tak, że mogła zobaczyć teraz precyzyjny obrazek przedstawiający jej kielich podpisany jako „Kielich Dagdy”. Zmarszczyła brwi i przeczytała dokładnie podpis pod obrazkiem, nie do końca rozumiejąc, co tam właściwie się znajdowało. –To znaczy, że ten płyn który jest w środku, nigdy się nie skończy i zawsze będzie uzdrawiał. Nigdy się nie wyleje – podpowiedział jej Shawn. Dopiero po chwili przeniósł wzrok na sztylet, a ona poszła za jego przykładem. Trzymał go w dłoni z czymś w rodzaju czci, a ona kompletnie nie wiedziała, czemu.
-To jest dopiero cacko. – widząc jej sceptycznie uniesioną brew ku górze, pospieszył z wyjaśnieniami. –Ostrze Karona. Potrafi pochłonąć ból swojej ofiary i przetrzymywać go w swoim wnętrzu, do kolejnego ugodzenia. Kiedy to nastąpi, kolejna ofiara zyskuje nie tylko swój, ale również ból poprzednika. – oczy błyszczały mu, kiedy o tym mówił, a ona kompletnie nie rozumiała czemu. Przywykła do tego, że Shawn lubował się w czarnomagicznych przedmiotach. Może ona też powinna?
-Dzięki Shawn za pomoc. – powiedziała, bezceremonialnie odbierając mu swoje zdobycze. Teraz, gdy wiedziała już, z czym przyszło jej mieć do czynienia, wiedziała, co powinna zrobić. –Jak zwykle, jesteś niezawodny. – rzuciła jeszcze tylko, po czym teleportowała się z głośnym trzaskiem do Doliny Godryka, do swojego domu. Tam dopiero pozwoliła sobie na opuszczenie maski i odsłonięcie wszystkich swoich uczuć. Czyli takie rzeczy skrywał jej ojciec. Pewnie gdyby tylko chciała, znalazłaby tam jeszcze więcej takich przedmiotów. Ale nie pragnęła tego. Czuła, że kielich i ostrze były jej sposobem na odcięcie się od przeszłości i wszystkiego, co łączyło ją z rodem Dear.
Czas na nowe doznania...

Akceptuję - co do Ostrza Karona, pamiętaj, będziemy obserwować!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content

Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 QzgSDG8








Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty


PisaniePodania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty Re: Podania na przedmioty niespotykane  Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 Empty;

Powrót do góry Go down
 

Podania na przedmioty niespotykane

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Strona 1 z 2 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: Podania na przedmioty niespotykane - Page 2 QCuY7ok :: 
rozwoj postaci
 :: 
Wytwarzanie przedmiotow
-