Mały pub na końcu Nokturnu, gdzie uczniom i studentom stanowczo nie radzimy się zapuszczać - to z powodu, iż przy zakurzonym, lepiącym się barze, spotkać można twarze, łudząco podobne do tych, które krzywią się ze złością na pierwszych stronach Proroka Codziennego, często trzymając tabliczkę WANTED. Jest tu zaledwie parę stolików, które prawdopodobnie nigdy nie miały szansy zostać chociażby przetarte, wokół unosi się kurz, słychać przyciszone, bardzo podejrzane rozmowy. Śmiało można przypuszczać, że jest to najbardziej obskurny i niegościnny pub czarodziejskiego Londynu.
Zamówienie klienta cholernie niecierpliwego sprawiło, że Peres nie zwlekał ani chwili i niemal od razu jak tylko zatrzasnęły się za mężczyzną skrzypiące drzwi starego sklepu jubilerskiego, skontaktował się z Emerie. Jak zwykle dla bezpieczeństwa nie zdradzał żadnych szczegółów sprawy, a jedynie poprosił ją o spotkanie w pubie, by mogli twarzą w twarz dogadać detale. Dwa kwadranse później siedział już przy brudnym stoliku, paląc Wizz-Wizza, tym razem w wersji Platinum, którego pieprzny smak rozchodząc mu się po podniebieniu dawał ciekawe doznania organoleptyczne. Wkrótce na blacie przed nim stanęły dwie szklaneczki Zezowatego Iwana, a stary barman z niezbyt przyjemnym wyrazem twarzy, który je przyniósł sprawiał wrażenie, jakby sam był bratem bliźniakiem owego Iwana. Samuel nie zważając na to, że w sklepie u Tremlett'a w tej chwili można było pocałować klamkę od zewnątrz, przez jego nieobecność, zrobił łyka rosyjskiej wódki, jeszcze bardziej odczuwając palące wrażenie na języku. Zdążył jeszcze rozejrzeć się po obskurnej magicznej spelunie, oceniając potencjalnych podsłuchiwaczy, zanim pojawiła się dziewczyna. - Zamówiłem Ci Iwana, jak Ci nie pasuje, to ogarnij sobie coś innego - rzucił w jej kierunku, zanim jeszcze usiadła, po czym zerknął w stronę barmana - Ale cokolwiek to będzie, nie łudziłbym się, że będzie smakować lepiej z brudnej szklanki od Joe'go - stwierdził, posyłając jej krzywy półuśmiech i uznał, że może przejść do rzeczy. - Mam ekspres. Facet jest napalony i potrzebuje mieć to na już. Walnąłem mu pogadanke o tym, że to nie stołówka, gdzie dostaje miche z żarciem na pstryknięcie palcami, ale no, płaci ekstra. - wyjaśnił nadal bez zbytnich emocji, jedynie spoglądając na Emerie znacząco. Chwilę później sięgnął do kieszeni brązowej kurtki i położył na stole złożony na pół kawałek pergaminu, na którym miała zapisane wszystko co potrzebowała odnośnie specjalnego pochłaniacza magii, który miał być zorganizowany na zamówienie klienta.
C. szczególne : Wyraźne, ciemne blizny na lewej ręce, biegnące wzdłuż żył po całej dłoni i przedramieniu - przeważnie zakryte czarnymi rękawiczkami. Mówi z amerykańskim akcentem.
Miałam ostatnio mało pracy. Zbyt mało jak na moje standardy, a to sprawiało, że za dużo myślałam. Powoli przyzwyczajałam się do nowej rzeczywistości, która spadła na mnie niczym grom z jasnego nieba pół roku wcześniej. Byłam całkowicie sama, i całkowicie wolna, jeśli wziąć pod uwagę spełnienie obietnicy, prawodawczej przysięgi, którą lata temu dałam ojcu. Właśnie dlatego nawet się nie zastanawiałam, kiedy Samuel się do mnie odezwał. Lubiłam tę współpracę, lubiłam swoją małą, brudną robotę. Wchodziłam do pubu, marszcząc nos na ten specyficzny zapach, a jednocześnie tak dobrze mi znany. Nie zdjęłam nawet czarnego płaszcza, kiedy siadałam obok Peresa, jedynie odruchowo naciągając skórzane rękawiczki, z którymi się nie rozstawałam. Nawet jeśli wiedziałam, że mężczyzna, najpewniej słowem by nie skomentował moich blizn, to odkrycie ich przed kimkolwiek było dla mnie przyznaniem się do głupoty, do słabości, nawet tej sprzed lat, tej, której już dawno się pozbyłam. Cóż, nie akceptowałam żadnej słabości i nienawidziłam siebie za to. — Bez różnicy — odparłam, bez zbędnych słów powitania i nawet nie kwapiłam się do sprawdzenia, czy ktokolwiek nas podsłucha, wierząc, że Samuel zrobił to przed moim przyjściem. Prawdę mówiąc też niespecjalnie mnie to obchodziło, potrafiłam sobie poradzić z pewnymi niedogodnościami. Wyciągnęłam szlugi z kieszeni i niespiesznie odpaliłam papierosa, lekko przesuwając paczkę w stronę mojego towarzysza, co było z mojej strony szczytem uprzejmości. Wzięłam w dłonie pergamin, rozkładając go bez zbędnych słów i wodziłam wzrokiem od słowa do słowa, minimalnie unosząc brew, kiedy tylko zobaczyłam sumę. Co dokładnie robił ten pochłaniacz, skoro facet był w stanie wydać tyle galeonów? Może przy odrobinie szczęścia będę w stanie się dowiedzieć, tutaj jednak nie było miejsca na pytania, nie za to mi płacili. Podniosłam wzrok na Peresa. — Biorę minimum pięćdziesiąt procent i będziesz go miał do końca tygodnia. — odchyliłam się na krześle, zaciągając się papierosowym dymem, a nikotyna miło rozchodziła się po moich płucach. Analizowałam już w głowie od czego, a raczej kogo. Kilka nazwisk mi wystarczyło, nie raz i nie dwa załatwiałam sprawę z zdecydowanie mniejszą ilością informacji. To nie powinno mi zająć więcej niż kilka dni. Patrzyłam na Samuela wyczekująco, skoro tak bardzo zależało mu na czasie – mogłam się nieco targować, nasza znajomość nie miała tutaj szczególnego znaczenia. To był czysty interes.
Praca dla Ministerstwa Magii brzmi dumnie i z pewnością przeżyłaś już wiele momentów, podczas których faktycznie mogłaś obrosnąć w piórka dzięki odgrywanej przez siebie roli. Raz na jakiś czas jednak drobne sytuacje przypominają Ci wciąż o tym jak nisko w szczeblach państwówki się znajdujesz i jak daleka droga czeka Cię jeszcze, by nie tyle wspiąć się na szczyt, co choćby mieć go w zasięgu swojego wzroku. Możliwe, że zmotywowała Cię chęć wyrwania się z papierkowej rutyny, a może właśnie niechęć do zaparzenia kolejnej kawy komuś wyższemu rangą, ale faktycznie zgadzasz się na udział w jednej z akcji jako asystent aurora, nawet jeśli wiesz, że przez wąsatego Andrew nie będziesz traktowana zbyt poważnie, a wszelkie Twoje zasługi z dzisiejszego dnia pójdą na jego konto. - Nie nakręcaj się zbytnio, Świeżynko, to tylko kolejny trop do sprawdzenia - uprzedził Cię tuż po tym jak wypuścił Twoje przedramię z mocnego chwytu teleportacyjnego, pozostawiając na Twojej ręce nieprzyjemne wspomnienie męskiego braku wyczucia. - Jeśli zdążyłaś choćby zerknąć na akta Trzminorka to wiesz, że regularnie dostajemy cynk w tym stylu. Ktoś z nim niby gadał, ktoś z nim niby pił, ale wszystkie te informacje są o kant dupy rozbić, Wickens, O KANT DUPY ROZBIĆ! - rozemocjonował się, by zaraz rozpogodzić się gwałtownie, uśmiechając się pod przerzedzonym wąsem, gdy zacierał już ręce po wejściu do pubu. - To Ty się rozejrzyj i subtelnie przeprowadź jakieś wywiady, a ja pogadam z barmanem, bo to wymaga większego stażu, rozumiesz przecież, Świeżynko - zadecydował, sięgając już do kieszeni płaszcza po zabrudzone galeony, by kupić sobie pierwszą z kolejek ognistej whisky, pozostawiając Cię samą sobie ze szczotkowymi informacjami o mężczyźnie handlującym masowo lewym krwawym ziołem.
W pubie możesz dostrzec między innymi: a) Rozchichotaną nad szklanką Sherry rudowłosą czarownicę; b) nerwowego grajka, który nieustannie ogląda się przez ramię podczas nastrajania lutni na niewielkiej scenie; c) na oko dwudziestoparoletnią czarownicę, która półprzytomna wypala powolnie Lordka przy brudnym oknie; d) mężczyznę z bujnym owłosieniem siedzącego w najciemniejszym rogu pubu z kuflem wygazowanego piwa.
Pierwszy miesiąc pracy mknął szybciej niż Błędny Rycerz ulicami Londynu. Niebawem dobiegł końca, a Ariadne mogła poczuć niezwykle ciepłą i przyjemną dumę z samej siebie. Nie dość, że dostała się na tak poważne stanowisko to jeszcze zdołała utrzymać się na nim bez żadnej skargi. Owszem, ostatnie tygodnie latała z językiem na brodzie i praktycznie nie sypiała, aby pogodzić ze sobą wszystkie części jej życia. Wickens bardzo nie chciała z czegokolwiek rezygnować. Nadal miała pewien priorytet, który stawiała wyżej nawet niż ukochaną pracę. Bo mogła już śmiało stwierdzić, że nie żałuje wybrania kariery aurora zamiast uzdrowiciela. Większość ludzi nie przepadała za pracą za biurkiem, ale Ariadne czuła się w tym, jak ryba w wodzie. Nie mogła tego samego powiedzieć o pracy w terenie, bo na tym polu brakowało jasnowłosej doświadczeń. Dlatego na wieści o jakiejś akcji na Nokturnie zalała ją fala zimnego potu, a zapytana czy weźmie w niej udział automatycznie odpowiedziała "oczywiscie". Z upływem czasu coraz bardziej pociły jej się ręce ze stresu. Ale to musiało prędzej czy później nadejść, prawda? Dzięki Merlinowi, że nie była w tym wszystkim sama. Ariadne spodziewała się, że sam szef biura, Boris Zagumov, dotrzyma nen towarzystwa, bo kiedyś coś o tym przebąkiwał, ale znalazła się obok Andrew. Nie zamieniała z mężczyzną więcej słów niż "Proszę, to Pana kawa" lub "Oto dokumenty o które Pan prosił". Ale jakoś tak od razu Wickens go nie polubiła. Pomimo piastowania niemalże tej samej pozycji w Ministerstwie, zdawali się pochodzić z dwóch innych światów. Ariadne ceniła profesjonalizm oraz uprzejmość; w głowie jej się nie mieściło przejście z kimś na "ty" bez uprzedniej zgody tej osoby, a co dopiero używanie pejoratywnych ksywek odnośnie współpracownika. Unikała spożywania alkoholu, w pracy już w ogóle patrząc na picie jako na pogwałcenie wielu zasad. Co prawda, można było znaleźć wymówki. Że to niby dla przykrywki. Żeby nie wzbudzać podejrzeń w barze. Ale Ariadne z trudem powstrzymała krytyczny komentarz, żeby zatrzymać Andrew. Przez myśl przemknęło dziewczynie, aby wystosować odpowiednie pismo do Zagumova odnośnie metod mężczyzny w czasie prowadzenia śledztwa. Ten nagły przypływ złości skutecznie odwrócił uwagę Ariadne od okropnego ścisku w brzuchu i potu skraplającego czoło. Stresowała się jak cholera. Po teleportacji niemalże zwymiotowała. Oparła się o ścianę w budynku i kilka chwil poświęciła na ocieranie twarzy z nadmiaru wilgoci. Fakt, że w środku panował upał oraz tytoniowa duszność, wcale nie pomógł. Dopiero po chwili w pełni zarejestrowała, że otrzymała polecenie. Czy wiedziała coś o Trzminorku? Prawie nic. Możliwe, że Andrew zapomniał dostarczyć Wickens te dokumenty. Prawie zapłakała na myśl o przeprowadzaniu wywiadów. Jak to niby zrobić? Ma z dupy się do kogoś przyczepić i wypytywać? Nie miała problemu z prowadzeniem rozmów, ale tego typu szpiegowanie nie pasowało do szczerej jasnowłosej, z której oczu dało się wyczytać wszystko. Wiedziała, że popełni błąd i spali całą misję. Rozejrzała się nieśmiało po ludziach przebywających w pubie. Jakimś cudem do głowy Wickens wpadł jakiś pomysł, prawdopodobnie wykrzesany za sprawą narastającej w niej paniki. Zmusiła rozdygotane nogi do chodu w kierunku młodego grajka. Należy zaznaczyć, że ubrała się zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Zamiast eleganckiego stroju nosiła teraz trochę poprzecierane dżinsy i czarną koszulę z logo zespołu, który w szkole bardzo lubiła. Odchrząknęła, stając obok chłopaka. - Hej. Ty też dzisiaj występujesz? Słodka Morgano, to mój pierwszy raz i tak się stresuję. Zachichotała głupio, bo musiała dać upust nerwom. Wolną dłonią Ariadne zaczesała kosmyk blond włosów za ucho, zerkając na chłopaka ze szczerym zakłopotaniem. Była zaskoczona tym, że zdołała podjąć jakiekolwiek działanie. Chyba nawet miała plan, co dalej.
Padło na Ciebie jasne, spanikowane spojrzenie, które uspokoiło się błyskawicznie przy pierwszym mrugnięciu, któremu towarzyszyło zrozumienie wypowiadanych przez Ciebie słów, czy może bardziej ulga, że nie jest jedynym, którego zjada trema. - To Twój debiut? - zapytał Cię od razu, nie tylko uśmiechając się szerzej, ale też wstając z lirą odkładaną na jeszcze przed chwilą zajmowane przez niego miejsce. - Nie kojarzę Cię stąd, jesteś pewna, że jesteś gotowa wystąpić? Chociaż... - przerwał sam sobie, by zrobić pół kroku w tył i oblać Cię swoim spojrzeniem - od Twoich ust, po szyję, aż przez dekolt, talię i biodra, by do oczu powrócić dopiero wtedy, gdy przyjrzał się też i nogom. - Może Cię oszczędzą. Przy kobietach zawsze pada mniej zaklęć, ale powiększenie dekoltu też by Ci nie zaszkodziło - zauważył, wskazując drżącym palcem na Twoją koszulkę, z opóźnieniem dostrzegając, że trzęsie mu się cała ręka, co zbył od razu tylko odrobinę skrępowanym śmiechem. - Chyba przyda mi się coś na rozluźnienie przed występem, idziesz ze mną na tyły? Nie możesz wyjść przed podpitą publikę taka sztywna - zaproponował, wyciągając z kieszeni spodni papierośnicę, by z dumą zaprezentować Ci ręcznie skręcane piękności, które nabite zostały brunatno-karmazynową mieszanką wysuszonych ziół. - No, tylko myśl szybko, bo nie zaproponuję drugi raz. To najlepszy towar w całym Londynie. Zbiór jeszcze z końcówki września - ponaglił się od razu, ściągając brwi w irytacji, że im dłużej na Ciebie czeka, tym bardziej dostrzega jak jego ciało domaga się rozluźnienia.
Fakt, że nie wystraszyła chłopaka jeszcze bardziej był dość pocieszający. Najwyraźniej podjęła dobrą decyzję do odgrywanej roli, bo nietrudno uwierzyć, że Ariadne to zwykła nastolatka. Może nawet czułaby zadowolenie z samej siebie, gdyby nie oblepiający całe ciało zimny pot i strach. Wtopienie się w tłum to tylko początek, zaledwie pierwsza część całego przedsięwzięcia. Teraz musiała tp utrzymać, nawet jeśli kazda kolejna minuta okłamywania jakiegoś Merlinowi ducha winnego chłopaka okazywała się torturą. Od razu przed oczami miała Felixa Solberga, którego złapała na Nokturnie pod koniec września. Ostatecznie polubiła chłopaka i mu po prostu pomogła, niczego nie zgłaszając. O wiele lepiej czuła się w roli wspierającego anioła stróża niż węszącego psa, który tylko czeka na okazję, aby zaatakować. - Tak. Jestem Lily. - wymyśliła imię, bo trochę obawiała się podawać swoje własne. Uznała, że rola początkującej artystki jest naprawdę wygodna, bo mogła łatwo wytłumaczyć czemu jeszcze nikt o niej nie słyszał. A że od razu wybrała do tego śpiew to jeszcze mogła nie spalić wszystkiego, jeśli będzie mieć pecha, aby faktycznie trafić na scenę. Wickens często śpiewała sama dla siebie. Było dobrze, naprawdę dobrze. - Mniej zaklęć? - wyrwalo jej się z zakłopotaniem. O co mu chodziło? Jakie "może Cię oszczędzą"? Czegoś Wickens chyba nie wiedziała o tym paskudnym pubie, ale skoro znajdował się na Nokturnie to już o czymś niestety świadczyło. Zszokowana słuchała komentarza na temat własnego dekoltu i aż odruchowo na niego spojrzała, gdy został bezczelnie wskazany. W umyśle Ariadne zadziała się na moment burza, kiedy oburzenie i przykrość szybko znalazły odbicie w złotozielonych oczach Amerykanki. Jak ten młodzieniec śmiał się tak wyrażać w stosunku do obcej dziewczyny? Co za... Planowała prowadzić swobodny small talk, pewnie niechętnie zahaczający o flirt, jako że byli rówieśnikami. Ale teraz zdecydowała się przejść do sedna i ukrócić ten festiwal żenady. Jednak chłopak uprzedził ją. Nie musiała już pytać o "COŚ" na rozluźnienie. Coś od zapewne pewnego DILERA być może zwanego TRZMINORKIEM. Ariadne czuła rozdrażnienie, ale skinęła głową z udawaną ochotą. - Zajebiście, dawaj. - zmusiła się do uśmiechu. Paskudnie się czuła, a jeszcze paskudniej, kiedy do jasnowłosej dotarło, co być może będzie zmuszona zrobić. Nigdy nie tknęła narkotyków i w ogóle nie zamierzała tego zmieniać. Może skłamać, że ma taką ochotę, ale gdy przyjdzie co do czego to przecież nie sięgnie po te skręty. Praca aurora wymaga poświęceń, Wickens. Czując skapującą z czoła wilgoć, otarła ją nadgarstkiem. - Najlepszy towar? Nie mów, że to od Trzminorka, nie ma bata, żebyś to miał od niego. - zaśmiała się głupio, trącając drugą ręką ramię chłopaka.
Twoja obecność ewidentnie rozluźniała młodego grajka, bądź ten chciał, byś tak właśnie myślała, skoro nerwowość i brak pewności siebie nie są najlepiej sprzedającymi się towarami, na samym Nokturnie będąc wręcz niepożądanymi. - Lily, Kochana, nie masz się o co martwić - podjął, może nieco pobłażliwie, by siebie samego postawić nieco wyżej, gdy spoglądał na Ciebie z uśmiechem ćwiczonym porankami przed lustrem. - Raczej nie rzucają żadnych groźnych zaklęć, a na taką ślicznotkę na pewno nie rzucą nic oszpecającego - zapewnił, niedługo później głową wskazując Ci już kierunek na zaplecze, by elegancko przepuścić Cię pierwszą przez cienkie metalowe drzwi na schody przed magazynem. - O, widzę koleżanka zna się na rzeczy - pochwalił Cię, otwierając znów papierośnicę, by wyciągnąć jednego ze skrętów i obrócić go z cichym pomrukiem zamyślenia w palcach. - Jak spróbujesz, to nie będziesz mieć wątpliwości, że to od niego. To nie jest tani towar... - dodał, zamykając z trzaskiem papierośnicę, bo nawet jeśli był gotów się dzielić, to nie oddawać Ci całą sztukę za darmo. Drżącą dłonią wsunął papierosa między wargi i zaciągnął się ostrożnie przy podpalaniu jego krańca różdżką. - Dopiero przed chwilą kupiłem, więc jeszcze nie wypróbowałem, ale skoro Trzminorek za niego ręczy... Mówiła, że tym razem ubiła susz z większą ilością miłości, więc zgaduję, że powinno kopać mocniej - dodał, wypuszczając jeszcze słaby dym z ust, cierpliwie czekając aż ziele złapie odpowiednią temperaturę. - Jak Ci się tak przyglądam, to przypominasz mi taką jedną dziewczynę, tancerkę... No, jakby Cię tak trochę podrasować - podzielił się swoją myślą, opierając się dłonią o ścianę tuż nad Twoją głową, gdy zaciągając się po raz kolejny czujnym spojrzeniem przemykał po tym, co mogło różnić Cię od wspomnienia zdecydowanie śmielszej od Ciebie kobiety. - Nie masz może siostry tańczącej w pubie Upswing? - podpytał, oddzielając Was już iskrzącym się czerwonymi iskierkami dymem, by wynurzyć się z niego nieco bliżej Ciebie, niby przysuwając pod Twoje usta wilgotną od śliny końcówkę skręta, a jednak uśmiechając się już przy propozycji: - Ciągniesz czy wolisz po studencku?
Wgapiała się w te skręty, jakby nagle miała dostrzec na nich wyraźny podpis Trzminorka. Jednak papierosy wyglądały jak właśnie papierosy, choć nierówne i grube. Trochę capiło od nich jakimiś ziołami. Czy to krwawe ziele? Ariadne znała się na zielarstwie bardzo dobrze, ale teraz tak ją rozpraszały wszystkie bodźce i stres, że nie miała żadnej pewności. Na szczęście chłopak wszystko potwierdził, a wtedy dziewczyna uśmiechnęła się nawet szczerze. Oczywiście nie dlatego, że dostała szansę zapalenia dobrych narkotyków, ale dlatego, że trafiła już przy pierwszym podejściu do jednej z osób w pubie. Uważała to za ogromne szczęście nowicjusza. Równie dobrze mogłaby przez następną godzinę ciągle błądzić. Im szybciej wyniosą się z tego obskurnego Nokturnu tym lepiej. Zwłaszcza, że Ariadne nie wiedziała jak mocną głowę ma Andrew. Jeśli będzie całkowicie pijany to na pewno zaznaczy to w raporcie. Dziewczyna nie należała w ogóle do ludzi mściwych, jedynie pragnęła odpowiedzialnych ludzi na odpowiedzialnych stanowiskach. - Na Ciebie jakieś rzucali? - zapytala niepewnie, niepokojąc się bardzo tymi zaklęciami, o których mówił. Jak to "nic oszpecającego"? Co się w tym opuszczonym przez Merlina miejscu wyprawia? Definitywnie zapamięta te słowa i zbada całą sprawę. Nadawało się to na kolejne śledztwo i chętnie zebrałaby więcej informacji, ale teraz jej zadanie było zgoła inne. Ariadne zauważyła, że chłopak swojego imienia nie wyjawił. Może tak się prowadzilo biznes na Nokturnie i sama popełniła gafę? Poszła razem z nim gdzieś dalej, rozgladając się na boki. Wydawało się to w miarę odizolowanym od wzroku i słuchu innych ludzi miejscem. Gorąco uderzyło w Ariadne, kiedy znowu poczuła panikę. Teraz nastąpił ten moment. Oczy dziewczyny zapiekły od nieprzyjemnego dymu. Zdumiała się, gdy najpierw Trzminorek był mężczyzną, a zaraz potem kobietą. Zamyśliła się nad tym, praktycznie ignorując durne pierdzielenie chłopaka, który wygadywał coś o tancerkach w pubie, którego aurorka nawet nie znała. Gapił się na Ariadne, zbliżał, ale ona stała jak kamień. Patrzyła na skręta. Jak wiele jest w stanie poświęcić, żeby osiągnąć cel? Nie chciała uświęcać środków. Nigdy. Zamrugała przez nasilające się pieczenie oczu. Uniosła w końcu wzrok, aby zerknąć na uśmiech nieznajomego. Zaledwie ułamek sekundy później niemalże wsadziła mu odznakę aurora w oko, gdy gwałtownie wyszarpnęła ją z jednej z ukrytych kieszeni w spodniach i podetknęła ćpunowi pod nos. - Ariadne Wickens, Biuro Aurorów. - praktycznie opluła w tym momencie chłopaka, kiedy spomiędzy drżących warg na jednym wydechu wyrzuciła te słowa. Litery cudem nie uległy pomieszaniu. Merlinie, jak jej ulżyło. Dalej wyglądała na śmiertelnie przerażoną, a stres zgniatał jej żołądek jak wielka piącha, ale zdołała przełknąć duszącą gulę w gardle. Nie musiała już być jakąś głupkowatą Lily. Ponownie stała się sobą, pracownicą Ministerstwa, która dba o porządek w społeczeństwie. I nie pożałowała tego ruchu, nawet jeśli tak naprawdę po prostu spękała. Nie byłaby w stanie zażyć narkotyków, więc musiała szybko zmienić taktykę. - Proszę o imię, nazwisko... - zaczęła bezlitośnie wyliczać wszystkie informacje, których żądała teraz od chłopaka. Oczywiście, mógł podjąć próbę ucieczki. Aczkolwiek ciężko uciec tuż sprzed nosa przygotowanej na taką ewentualność aurorki, która zdołała pochwycić różdżkę. W złotozielonych oczach zapłonęło jakieś szaleństwo rozpalone przez adrenalinę, która huczała w głowie Wickens. Czy będzie walka? Pościg? Czy wszystko spaprała? Wciągnęła powoli powietrze, dusząc się smrodem palonego zioła. Kątem oka patrzyła czy nadal są sami.
Przyłapani na gorącym uczynku prawdziwi nokturńczycy zwykli reagować w różny, a jednak dość łatwo wpisujący się w kilka schematów sposób. Niektórzy próbowali walczyć, niektórzy uciekać, jeszcze inni błagać. Raz na jakiś czas jednak było można trafić na tego, kto nie był już w stanie robić nic z wyżej wymienionych, bo oczy zdążyły zajść mu już mgłą półobecności, gdy błogi uśmiech zdradzał, że nawet jeśli rzeczywistość jest przez niego oglądana, to niezbyt do niego dociera. Rozbawiony więc zrobił niezbyt udany unik przed Twoją odznaką, zaraz z przymrużonym okiem zaciągając się raz jeszcze w solidnie trzymającej go już teraz beztrosce. - Nie dość, że piękna, to jeszcze zabawna - pochwalił Cię, śmiejąc się na pograniczu duszącego kaszlu, wpatrując się w Ciebie maślanymi od naćpania oczami. - Jak nie chcesz, to nie pal, nie ma przymusu przecież, Merlinie, nie będę towaru wyrzucał na marne. Ale wiesz co, marnujesz się tak, dziewczyno, bo jakbyś trochę wyluzowała, to może nawet i Trzminorek by zwrócił na Ciebie uwagę. No chyba, że będzie miała zły humor... - rozgadał się, w powolnej dokładności gestykulując trzymanym skrętem. - Chyba znowu ma jakieś zjazdy przez odstawienie, bo nie odkleja się od fajek, więc capi od niej raptuśnikiem na kilometr i rozdaje towar za pół ceny - zatrzymał się na moment, by pociągnąć podrażnionym od dymu nosem, spoglądając to na Twoją różdżkę, to na trzymaną przez Ciebie odznakę. - Gdzie ją kupiłaś? Zresztą, schowaj ją lepiej, nikt tu nie lubi psidwaków.
Ariadne całkowicie zbaraniała. Patrzyła otworzonymi szeroko oczami na rozbawioną twarz nieznajomego, próbując wybadać czy faktycznie jest aż tak nafurany, czy może robi dobrą minę do złej gry. Szczerze wolałaby już każdą inną reakcję, bo teraz kompletnie nie wiedziała, co czynić. Została potraktowana jak mała, bezradna dziewczynka i automatycznie tak też siebie zobaczyła. Nie pasowała tu, nie odnajdywała się w przesłuchiwaniu ludzi ani nie umiała kogoś aresztować. Pozostawało liczyć, że każdy początkujący średnio sobie z tym radził, a z wiekiem zdobędzie tyle aurorskiego doświadczenia, że zapomni o tych wszystkich wątpliwościach. - Nie jestem zabawna. - zaprzeczyła nerwowo, zaciskając śliskie od potu palce na swojej odznace. Duszność związana z wszechobecnym dymem bardzo teraz Ariadne dokuczała. Dodatkowo wstrzymywała oddech, jak tylko mogła, żeby przypadkiem nie naćpać się samymi oparami krwawego ziela. - Przepraszam, ale Pan kompletnie nie rozumie sytuacji... - zaczęła, starając się zachować spokój głosu, co zazwyczaj jakoś Wickens wychodziło. To tylko kolejny naćpany nastolatek, z którym usiłowała poprowadzić sensowną rozmowę. Może tym razem nie poniesie zawstydzającej porażki? Mogłaby podać temu młodzieńcowi dictum i zmusić do konserwacji na trzeźwo. Ale zdawał się dziwnie ochoczo sypać ważnymi informacjami, gdy miał sieczkę z mózgu. Co prawda, właśnie przez tę sieczkę, należało brać pod uwagę, że wszystko mogło być tylko bzudrami uplecionymi z narkotykowych uniesień. - Gdzie jest Trzminorek? - zapytała, łudząc się trochę, że może i to wyjawi bez problemu. Ariadne chciałaby teraz mieć chwilę spokoju, aby przeanalizować czy od kogokolwiek w pubie wyczuwała zapach raptuśnika, ale dalej stresowała się staniem na tyle lokalu z tym chłopakiem. - To odznaka Ministerstwa, zasłużyłam na nią. - zaperzyła się gwałtownie, do żywego poruszona całkowitym brakiem szacunku do autorytetu. Sama traktowała ten kawałek metalu jak coś niezwykle cennego, starannie przypinając go do ubrań i codziennie przecierając mokrą szmatą, aby lśnił czystością. Od kiedy w ogóle takie rzeczy można gdzieś kupić?! Przecież to nielegalne podrabianie dokumentów! Pomimo burzy myśli, ostatecznie znów skryła odznakę, skoro i tak żadnego wrażenia na nieznajomym nie robiła. Nie wiedziała czy powinna go aresztować... Wiązałoby się to z narobieniem bałaganu i spłoszeniem ewentualnych znajomków Trzminorka. - Gdzie się z nią widziałeś? - kontynuowała główne pytanie.
Wbrew Twoim słowom chłopak zaśmiał się cicho, jakby bardzo próbował zdusić w sobie rozbawienie, na moment nawet zakrywając usta dłonią, gdy pocierał podrażniony ciężkim dymem nos. Na zadane przez Ciebie pytanie tylko ściągnął brwi w dezorientacji, powolnie przechodząc z rozbawienia do otępienia, by w pierwszej sekundzie ciszy odkaszlnąć głucho z pustym spojrzeniem utkwionym gdzieś jakby tuż za Twoją głową. - Nooo... w środku - odpowiedział powolnie, jakby trybiki w jego głowie przeskakiwały boleśnie wręcz wolno. - No ale mam towar przecież i gardzisz, więc, Lilka, co Ty... Chcesz od niej autograf czy ki chuj? I tak nie będzie z Tobą gadać, to ona musi podejść do Ciebie, bo inaczej Trzmielu się przypierdoli - wyjaśnił, zaciągając się przed Tobą po raz kolejny, by dymem napędzić trybiki do dalszej pracy. - A jak jednak chcesz towar, to wal od razu do Trzmie- OHO, żem się zagadał - przerwał sam sobie, by nie zrobił tego otwierające obite drzwi postawny mężczyzna, który od razu łypnął na Was ciężkim od milczącego oczekiwania spojrzeniem. - Idę, idę - zapewnił, wciskając Ci resztkę papierosa do dłoni, by dym z ostatniego zaciągnięcia się wypuścić jeszcze w progu. - Ty też się szykuj, Lilka.
Jeśli wejdziesz znów do baru, widzisz: - Grajka zaczynającego swój występ; - Andrew w najciemniejszym rogu pubu siłującego się na rękę z mężczyzną o bujnym owłosieniu; - Przysypiającą nad szklanką Sherry rudowłosą czarownicę, która ocknęła się przy pierwszych dźwiękach lutni; - na oko dwudziestoparoletnią czarownicę przy brudnym uchylonym oknie, która wypalając kolejnego Lordka to zerka w stronę sceny, to odczytuje wysyłane jej na wizenggerze wiadomości.
Odwróciła spłoszona głowę, gdy dostrzegła spojrzenie chłopaka zawieszone gdzieś za nią. Rozmowa z nim okazała się dość owocna, jeśli cokolwiek z tego, co powiedział naćpany koleś można w ogóle traktować poważnie. Ariadne zdobyła jakiś trop odnośnie specyficznych papierosów, skrawek informacji, który mógł okazać się kluczowy w odnalezieniu i aresztowaniu Trzminorka. Pomimo wszystkich emocji poczuła też coś na kształt dumy. Odprowadziła chłopaka spojrzeniem, na moment zostając jeszcze sam na sam na tyłach pubu. Potrzebowała minuty na uspokojenie się. Ściany odrobinę drżały od muzyki bębniącej na głównej sali. Wzrok Wickens powędrował na trzymaną w dłoni połówkę skręta, której nie dopalił nieznajomy. Podniosła ją i obejrzała uważnie, a następnie schowała do torebki. Kto wie, może na coś się to jeszcze przyda. Oczywiście, na pewno nie na rozluźnianie się, a na przeprowadzenie badań, które pomogłyby ustalić dokładne pochodzenie roślin lub coś innego na ich temat. Dobra, bierz się w garść. Wytarłszy dłonie, powróciła do pomieszczenia, gdzie za wiele się nie zmieniło przez ten krótki czas. Andrew chyba dobrze odnajdywał się wśród innych klientów. Na pewno również próbował wybadać teren. Nie chcąc przeszkadzać mu w tym ważnym zajęciu, Ariadne stanęła na uboczu, niepewnie zaczesując kosmyk włosów za ucho. I nagle, jakby lampka zapaliła się nad jej głową. Połączyła fakty i utkwiła wzrok w rówieśniczce, która siedziała przy oknie. W ostatniej chwili powstrzymała się, żeby po prostu podejść do dziewczyny, ale przypomniała sobie słowa chłopaka o niejakim Trzmielu. W takim razie po prostu oparła się ramieniem o jedną ze ścian i tylko zerkała w jej stronę i obserwowała. Merlinie! Przecież to się układa w całość, prawda? Paliła jakieś paskudne papierosy, których zapach bardzo przypominał Ariadne raptuśnika. Bez wątpienia musiały mieć taki składnik. Oczywiście, mogło to być przypadkiem... ale istniała szansa, że jednak nie. Wickens przełknęła ślinę, rzucając okiem na Andrew, starając się pochwycić spojrzenie mężczyzny.
Toksycznie zielone spojrzenie opadło na Ciebie wpierw łagodnie w rozluźnionej półprzytomności, by zaraz nabrać na ostrości podejrzeń. Zaledwie moment po tym, jak przeskoczyło na siłującego się z Andrew mężczyznę, zniknęło tez zupełnie z cichym trzaskiem teleportacji - które w miejscach tego pokroju nie dziwiło wcale nikogo. Jedynie brodaty mężczyzna dał rozproszyć się nagłemu zniknięciu młodej kobiety, o której niedawnej obecności świadczył już jedynie unoszący się jeszcze przy oknie dym, przez co jego dłoń gwałtownie uderzyła z hukiem o blat stołu na znak jego przegranej z Andrew. Jak się później dowiedziałaś, mężczyzna, który kulturalnie pożegnał się z Twoim partnerem, a później zniknął zupełnie, znany był w barze jako Trzmiel. Po powrocie do departamentu mieliście możliwość wymienić się informacjami, które udało się Wam zdobyć, jednak spotkanie przerwała Wam wściekła na Andrew szefowa Aurorów, która nie wyraziłaby zgody na Twój udział w misji, nie zamierzając ryzykować obecnością niedoświadczonego w walce Aurora. By ratować własną skórę Andrew przypisał Ci nawet więcej zasług, niż właściwie powinien, nie tylko podkreślając wagę zdobytych przez Ciebie informacji, ale też wyolbrzymiając hipotetyczne korzyści ze zdobytej przez Ciebie próbki Trzminorkowego raptuśnika.
Decyzją szefowej Twój raport został przypięty do oficjalnych akt, za co zostałaś nagrodzona jednorazowym bonusem do wypłaty w wysokości 50g za wykroczenie poza swój zakres obowiązków. Odgórnie zostałaś jednak odsunięta od sprawy Trzminorka.
Nie zamierzała odpalać tego przeklętego papierosa. Wystarczająco źle czuła się, trzymając go w ustach. Wargami, niegdyś kobiecymi i pomalowanymi różową szminką, musiała teksturę używki, a tytoń przebijał się swoim obrzydliwym smakiem. A może tylko tak się Ariadne wydawało. Mogła przesadzać przez swoje wyczulenie i niechęć do papierosów. Dziewczyna przyłapała się na tym, że bardzo niecierpliwie poszukuje w wygrzebanej przy rurze paczce jakiekolwiek karteczki. Ale nie natrafiła palcami na nic. To tylko popędziło już i tak rozkołatane serce jasnowłosej do jeszcze szybszego bicia. Paranoicznie pomyślała, że to wszystko może przecież być pułapką. Chłopak pewnie znał jakiś kod zachowań używanych w razie wpadnięcia w kłopoty. Mało brakowało, aby Ariadne poddała się panice, ale przypomniała sobie o konieczności zachowania spokoju. Potrafiła czekać. Umiała opanować zdenerwowanie. Ta zdolność pozwoliła Ariadne być teraz właśnie tutaj - na autorskiej misji. Jakkolwiek wiele stresu zżerałoby umysł Amerykanki, zawsze do tej pory udawało się go przezwyciężyć. Stała przygarbiona w alejce i najpierw usłyszała, a dopiero potem zobaczyła nieznajomego mężczyznę. Ariadne starała się zachować dyskrecję, gdy mierzyła go czujnym wzrokiem. Wyglądał jak przeciętny koneser napojów wyskokowych. - Pr... - zaczęła coś tam mówić, ale nie dokończyła, bo zwykle "proszę" przestawało być takie zwykłe, gdy udawało się nieletniego wyrzutka. Wyciągnęła rękę i poczęstowała typa papierosem. Skrzywiła się z odrazą, kiedy mężczyzna postanowił zbliżyć się i to z różdżką. Facet cuchnął, a odór nie był jedynym powodem spięcia aurorki. Nie chciała go blisko. Nie chciała też palić papierosa, dlatego odsunęła odpalonego peta jak najdalej od swojej twarzy. Merlinie, może stanie tutaj jednak nie ma sensu. Z westchnieniem wzięła pudełko zapałek, które nie wiedzieć czemu otrzymała, tak jakby naturalnym dla czarodziejów nie było odpalanie rzeczy za pomocą Incendio. Przypadkiem zerknęła na logo lokalu widniejące na przedmiocie. Jakimś szokującym cudem go znała. Jeden z dwóch pubów na Nokturnie, w którym młoda aurorka miała nieprzyjemność być. Bynajmniej nie żeby rozluźniać się przy kuflu taniego piwa. To było chyba "Pod czarnym kotem". Napis napełnił Ariadne nadzieją, że to nie jest zmarnowany czas oraz energia. Wyrzuciła do kosza nietkniętego, ale zgaszonego papierosa, po czym udała się w drogę na Nokturn. Po krótkim spacerze mogła wejść do pubu i rozejrzeć się w środku. Niby znajome otoczenie, a jednak dalej obce. Pokręciła się przy barze, bo musiała zapytać gdzie jest część z pokojami na wynajem. Dopiero wtedy ruszyła do pokoju o numerze 6.
Stalowe nerwy, które zdołała zachować aurorka dobrze się jej przysłużyły. Zamiast zdemaskowania trafiła do pewnej parszywej speluny na Nokturnie, która nieobca była mniejszym lub większym mętom. Przedstawiciele władzy nie zapuszczali się tu zbyt często, właściwie to wcale, bo łatwo było przypłacić taką wyprawę życiem. W końcu co drugi klient tego lokalu albo miał coś za udzami, albo znał kogoś, kto miał. A co za tym idzie, władzę szanowano tu tym mocniej, im bardziej martwa była.
No Nokturn daleko nie miała, tak więc już wkrótce blondynka zamieniła wąską uliczkę na czarnego kota. Po pewnym wahaniu zapytała o część z pokojami. Barman zmierzył ją podejrzliwie, ale nic nie powiedział. Zamiast tego ruchem głowy wskazał wąskie schody prowadzące na górę i szybko wrócił do czyszczenia szklanek. Te akurat zawsze lśniły czystością, co stanowiło niemałą dumę dla barmana. Stoliki mogły się kleić do rękawów, ale pinta zawsze świeciła jak lumos!
Ariadne chwilę rozglądała się po piętrze, które teraz wydawało się znacznie większe, niż mogłaby się spodziewać po rozmiarach budynku. Kroczyła od drzwi do drzwi szukających tych właściwych, ale w końcy znalazła.
- Wejść! – Padło w odpowiedzi na pukanie. Dziewczyna posłuchała. Drewno skrzypnęło. W środku przy stoliku siedziało dwóch mężczyzn. Wyglądali na młodych, niewiele starszej od niej. Jeden siedział w fotelu, drugi na odwróconym wiaderku. Grali w karty na wytartym stoliku, a między nimi leżała… miska pełna truskawek. Najwyraźniej nie wszyscy zakazani rabusie czy kombinatorzy gustują tylko w tanim alkoholu i papierosach. Byli i tacy, którzy lubili owoce. - Masz ognia? – Zapytał ten, który siedział w fotelu, a gdy Wickens wyciągnęła przed siebie paczkę, ten wyrwał ją szybki ruchem i dokładnie obejrzał. A potem odłożył je na stolik. – No więc to ty. – Stwierdził, oddając szlugi zamaskowanej aurorce. – Na Merlina, profesor rekrutuje coraz młodszych i młodszych. Ktoś cię śledził?