Niesamowicie malownicza część lasu, po której absolutnie nie da rady chodzić normalnie. Jedyną opcją na przejście dalej jest wspinanie się po fikuśnie powyginanych gałęziach gęsto rosnących drzew. Podobno jak już raz wejdzie się w ten gąszcz, to potem nie można się wycofać... a przynajmniej nie jest to takie proste, ponieważ drzewne tunele bywają bardzo wąskie, a gałęzie lubią zmieniać swoje położenie i prowadzić gości okrężną trasą. Warto jednak nadmienić, że tutejsza roślinność jest zwyczajnie stęskniona towarzystwa i nie zamierza nikogo krzywdzić - to doskonałe miejsce na zabawę! Trzeba tylko uważać na wielkiórki, ponieważ uwielbiają te okolice i chętnie płatają psikusy zabłąkanym w labiryncie stworzeniom.
Wakacje wydają się być idealną metodą na odpoczynek zmęczonego ciała (i zapewne duszy też) od patrolowania korytarzy, obowiązków pilnowania każdego na swojej drodze i w zasięgu wizji, a do tego możliwością zapoznania z kompletnie odmiennymi fragmentami świata magicznego. Nie bał się - w końcu nie zamierzał nikomu szkodzić. Nie taka była jego rola w tym odwiecznym problemie, skoro i tak czy siak się nieustannie regenerował. Minął ponad miesiąc od powrotu księżyca, który zakończył wszelkie problemy ze szalejącą, czarną magią. To, w jakim stanie Felinus się wtedy znajdował, zahaczało o brak możliwości ruszenia się jakkolwiek z domu. Znajomość czarnej magii w jego przypadku nie popłacała - kolejne, poważne wycieńczenie organizmu wiązało się z koniecznością ponownej regeneracji. Było lepiej, ale nadal brakowało paru kroków od stanu idealnego i pozbawionego skaz, których się wówczas narobił. Jak się okazuje - nauczanie samego siebie wcześniej sztuk zakazanych zamierzało pozostawić piętno. I zapewne nie tylko w tym przypadku, bo i inne postanowią wyjść na wierzch, prędzej czy później. - Zaczekaj... - mruknąwszy, naprawdę czasami się zastanawiał, co mu po głowie chodzi. Cztery łapki, pocieszny pysk, merdający ogon lgnęły w pewnym momencie niespodziewanie do przodu poprzez gęstwinę najróżniejszych korzeni. A że i piesek może puchaty, o tyle mały i zgrabny, mógł z łatwością poplątać smycz - co de facto robił, a i właściciel nie mógł za nim nadążyć. Poniekąd za tym zatęsknił. Dlatego zapewne wycieczka do Avalonu była jedną z możliwości na realną, ponowną intergrację z uczniami. Mimo to pewnych obowiązków nie mógł pozostawić - a tym bardziej pociesznego towarzysza, dzięki któremu każdy dzień niósł ze sobą miano ciepła. I tego, że, hej - w końcu chodził z nim na spacery, a to mogło rozruszać nie tylko nogi zasiedziane przed klasówkami, ale też i podczas powrotu do zdrowia połączonego z chęcią odzyskania w tamtym okresie świętego spokoju od kary z przeszłości narzuconej na czasy obecne. A pies, już zdecydowanie dalej od właściciela, wydał z siebie, napotykając swoim nosem na nogawkę, szczęknięcie. W końcu rozpoznał pewną osobę poprzez funkcjonowanie zmysłu - nie było w tym ani cienia wątpliwości, że dziewczyna znajdująca się tuż przed nim jest zdecydowanie znajoma. I to nie tylko spotkana raz, bo zdecydowanie częściej było im dane siebie wzajemnie spotykać, co zasygnalizował merdaniem ogona. Pozostawiając Lowella, zdecydowanie, gdzieś w tyle.
C. szczególne : Jest drobna i wygląda zdecydowanie młodo. || Na lewym barku ma blizny po Sectumsemprze, a pomiędzy łopatkami ma tatuaż. || Posiada kolczyk w nosie. || Końcówki włosów pofarbowane są na żółto.
. Avalon, zgodnie z własną nazwą, budził wiele rzeczy na literę A; przepełniony wszędobylską magią przyprawiał o niezwykle częste wyrzuty adrealiny, kiedy bez przerwy triggerowany mechanizm "walki i ucieczki" nakazywał spierdalać za to wysokie drzewo bardzo szybko, jednocześnie mając w sobie pewną utęsknioną utopijność. Anielskość. Był piękny, zielony i wydawał się być całkiem na miejscu ze swoimi wróżkami, centaurami i cydrami, których obecność sprawiała, że co niektóre stworzenia zasługiwały na miano rasowych aalkoholików. Avalon był więc... ambiwalentny. Doireann lubiła go i jednocześnie darzyła niechęcią, czuła się dobrze, w tym samym czasie walcząc z przepełniającym ją lękiem. I w tym całym zamieszaniu mogła powiedzieć jedno: dzięki bogom za las. Ubrana w - o dziwo, wcale nie koronkową - ciemną spódnicę i zielony, przewiewny sweter (bo owszem, marzła), przedzierała się przez wysokie po pas paprocie, przyglądała się mchom porastającym drzewa, a przede wszystkim stąpała bardzo ostrożnie i miękko, uważając, by nie zadeptać żadnego żywego stworzenia. W żadnym stopniu nie przeszkadzała jej samotność. Zwłaszcza, że nie była ona w żaden sposób ostateczne; wystarczyło bowiem zawrócić się, wpaść do pokoju i pokazać Hawkowi jakiś bardzo fajny liść, który znalazła. Życie było tutaj łatwe, a ona sama czuła się, jakby miała zaledwie dziesięć lat. - Hm? - wyprostowała się znad jakiegoś ciekawie wyglądającego krzaka, zerkając w stronę dźwięku. Z zamyślenia wyrwał ją krzyk, na tyle oddalony, by być trudnym do zidentyfikowania. Dopiero potem jej mózg już bardzo świadomie zarejestrował, że coś szybko mknęło w jej kierunku. Szelest uginających się traw wskazywał jednoznacznie, że dzisiaj umrze. Zabije ją coś małego, mniejszego od niej, czy gryfonki-Krysi i będzie jej przez to okrutnie wstyd. Zamknęła więc oczy, uznając, że trudno, chociaż ona nie będzie wiedziała, jak niewielkie było to coś - i nic. Jedno oko zostało otwarte. Spojrzało w dół. Na stopach miała psa. - Hinto! - pisnęła, momentalnie porywając w ramiona psiaka dobrze sobie znanego. - Kochany, znowu uciekłeś? Zgubiłeś się tak? Ojojoj, moje mała zaguuu- - przerwała. W ciszy, z lizanym przez psa policzkiem, nasłuchiwała uważnie dźwięków lasu, uznając ostatecznie, że to, co usłyszała nie brzmiało dobrze. Kuśtykający Felinus nie brzmiał ani trochę felinusowo - i tak oto w głowie Puchonki pojawiła się myśl, że może tym razem lepiej będzie spierdzielać. - Trzymaj się, piesku. - szepnęła, chwyciła go mocniej i ruszyła swoim niesamowicie wolnym biegiem gdzieś, gdzie świat wydawał się być bezpieczny.
Szedł do przodu, przed siebie, jakoby próbując sięgnąć tym samym nie dna, a właśnie dnia, który to przed nim za każdym razem stawał. Sankcje, jakich to nabawił się w ciągu ostatnich lat życia, nadal istniały i je nieustannie wręcz odczuwał. Jedną z nich było po części zepsute ciało. Nie do końca zniszczone, nie w procesie gnijącym, jakoby to miało nieść ze sobą ostatnie możliwe pomruki człowieka - a po prostu przepełnione niewidocznymi na obecną chwilę bliznami czarnomagicznymi. Drugą z nich - umysł przepełniony niewątpliwie istniejącym w każdym z nas strachem, który wymaga nieustannej kontroli - czy to ze strony samego Lowella, czy też i osób postronnych. Szedł obecnie w dobrym kierunku, którego nie miał się prawa bać, nie zamierzając narażać ani siebie, ani bliskich, ani nikogo - w każdym przypadku. Mimo to ciężar wcześniejszych czynów spoczywał na jego barkach - tak jak chociażby wspomnienie o pierwszym użyciu zaklęć zakazanych. I pomyśleć, że kiedyś był właśnie takim człowiekiem. Nie, nadal jest - i w każdym drzemie maska, której nie chce odkrywać. Naginana do granic możliwości poprzez przeszłość, stanowiła cyniczne podejście i możliwość obrony. Kiedy asertywność stała się jednak swoistym lasem bezpieczeństwa, w którym to może uciec i nie musi się martwić o ściganie, wszak zna go jak własną kieszeń, z każdą istotą w nim żyjącą, poprzez serce uderzające pod sklepieniem żeber, dalsza egzystencja definitywnie jest spokojniejsza. Pies jednak nie wrócił. Wybiegł z tego lasu na rzecz plątaniny między korzeniami i zabieraniu właściciela ku niezwykłej przygodzie. Zadowolony Hinto, wszak miał do czynienia z osobą, którą to znał, bez problemu oddał się dłoniom dziewczyny, porwany - jak to zostało wspomniane - zapewne, domniemawszy, w akcie rozczulającej miłości wobec tego zwierzaka. Jeden fakt skrywał się jednak pod kopułą czaszki - Felinus wróci. Prędzej czy później, o czym świadczył wcześniej zdecydowanie bardziej wybijający się głos, a następnie szelest. Tak, szlajał się poprzez gałęzie, konary i inne ustrojstwa, byleby nie te o innym znaczeniu, choć niektóre dzieła popkultury o to zahaczają nieustannie - nie zamierzając dopuścić do tego, by coś stało się jego pupilowi. A więc i ruszył w pościg, choć na razie wolny, polegający przede wszystkim na poruszeniu się w stronę dźwięku wydanego przez kogoś.
Mechanika:
Doireann, oboje rzucamy sobie oboje kostkami k100 - minimalnie jedną, maksymalnie trzema - aby dowiedzieć się, co nas spotyka. Albo wybieramy sobie pasujące nam scenariusze - pełna dowolność!
1 - 10 - niektórzy mówią, że to szczęście, inni - że pech. Może to czas kupić sobie totolotka? Wyłożyć parę knutów na los w Proroku Codziennym? Memrotek, który akurat wzbił się w powietrze, nie bez powodu postanawia uraczyć Cię swoistym ładunkiem wybuchowym. No cóż, akurat tak trafiło! Dorzuć sobie kostką k6 na to, gdzie stworzenie postanowiło Cię ufajdać. Parzysta - tylko ramię - i całe szczęście. Nieparzysta - niefortunnie to właśnie głowa będzie wymagała szorowania. Efektu można się pozbyć poprzez rzucenie jednego z zaklęć czyszczących.
11 - 30 - nawet i wolny bieg przy odrobinie niezdarności wydaje się nieść ze sobą możliwość zrobienia krzywdy. Źle postawiona noga? Skądże. Nie zauważasz nieco bardziej śliskiego błota, w związku z czym przy skoku przez korzenie stopa zwyczajnie ulega poślizgnięciu, a to właśnie jedno z ramion ulega uszkodzeniu - poprzez uderzenie prosto w bark ze strony upadku na korzeń drzewa. Parzysta - ramię ręki niedominującej. Nieparzysta - ramię ręki dominującej. Kość nie jest złamana, ale wymaga za to nastawienia.
31 - 50 - wielkiórki pozostają na swój sposób niesamowicie... przepełnione chęcią psoty i wprowadzenia nadmiernego chaosu. Widząc zaaferowanie nad psiakiem, nic dziwnego, że postanawiają zareagować i dołożyć własne dwa orzechy do tego całego przedstawienia - a jako iż uwielbiają kraść, nic dziwnego, że postanawiają skorzystać z okazji. Jedna skupia na sobie uwagę, wchodząc w drogę, a druga... no cóż, jest partnerem w zbrodni. Parzysta - w odpowiednim momencie udaje Ci się odkryć, że to jest jeden wielki narodowy spisek. Wielkiórka nie kradnie żadnego z Twoich przedmiotów. Nieparzysta - niestety, najwidoczniej coś nie poszło wedle Twojej myśli. Wielkiórka kradnie dowolny posiadany przez Ciebie w danym momencie przedmiot, a jeżeli chcesz go wytargować... musisz użyć mowy jedzenia!
51 - 60 - gałęzie, spragnione towarzystwa, nieco niebezpiecznie się przysuwają do Twojej sylwetki, by na krótki moment ją okrążyć. Ich ruchy nie są jednak gwałtowne, a prędzej nieśmiałe - zwyczajnie wymagają trochę czułości, coś na kształt jednej z ławek w Hogsmeade. Jeżeli tylko sięgniesz wspomnieniami do tamtej sytuacji, doskonale zdasz sobie sprawę, że wystarczy je... po prostu pogłaskać! Może i później nie będą chciały Cię tak łatwo wyprowadzić z labiryntu, ale uznanie magicznej rośliny jest tego warte, prawda?
61 - 80 - może to zwyczajna złośliwość, a może brak uwagi i organizacji pod względem patrzenia pod własne nogi. Jeden z korzeni jest tak niefortunnie wysoko - zdradliwie, bo z Twojej pozycji wydaje się być zwykłym korzeniem - że się potykasz i upadasz prosto na twarz. Randka z ziemią nie jest tym, o czym zapewne marzyłeś, prawda? I chociaż bliskość Matki Natury nie jest zła, tak jednak jej nadmiar może być szkodliwy - jak wszystko, zresztą. Parzysta - wychodzisz z tego bez ogólnego szwanku, poza ubiorem, który staje się zabrudzony zarówno ziemią, jak i mchem. Najwidoczniej miałeś szczęście. Nieparzysta - nie udaje Ci się zamortyzować w żaden sposób upadku, a więc i... łamiesz sobie nos. Stróżka krwi nie wygląda najlepiej, łzy pojawiające się w oczach z naturalnej reakcji organizmu także, ale na szczęście jest to uraz prosty do zaleczenia.
81 - 90 - gubisz się. Patrzysz dookoła i nagle Twój zmysł orientacji w terenie zaczyna szwankować. Jak się stąd wydostać? Czy w ogóle się stąd wydostaniesz? I chociaż wydaje się to nie być wcale takie trudne, tak jednak gdzieś w środku zaczyna narastać - zależnie od charakteru i nastawienia - mniejsza lub większa panika. W końcu nikt nie chce spędzić w jednym miejscu wieczności, a skoro nie wiesz, z której strony przyszedłeś... Może to wydawać się być rzeczywistością, która prędzej czy później nadejdzie.
91 - 100 - przez chwilę masz spokój w zakresie nieszczęśliwych sytuacji... i w sumie nic ciekawego, poza możliwością swobodnej podróży, się nie dzieje. Może to dobrze, może to i źle, ale jedno jest pewne - spokój w magicznym świecie nie jest czymś zbyt częstym. Nawet jeżeli prowadzisz "pościg", opanowuje Cię na krótki moment chwila nie tyle błogiego, co prędzej specyficznego, wysublimowanego spokoju. Wystarczy skupić się na zieleni - człowiek od zawsze związany był z naturą, od której to zaczął odchodzić. Czy nie byłoby piękniej, gdyby się tak położyć? Robisz to - być może magia tego miejsca na Ciebie wyjątkowo mocno działa - ewentualnie zatrzymujesz się w miejscu i rozglądasz dookoła. Chcesz tutaj pozostać na ten krótki moment - bez trosk, bez zmartwień, bez niczego, co wpływałoby źle na Twoje poczucie rzeczywistości.
Nie miała pojęcia dlaczego w ogóle zgodziła się na towarzystwo Ślizgona, ale jakaś jej część nie pozwoliła na odmowę. Nie świętowała też zbyt hucznie urodzin, bo jej ręka po spotkaniu ze smokiem wcale nie pomagała w jakichkolwiek aktywnościach. Wciąż wracała wspomnieniem do tamtej chwili, żeby tylko zorientować się, że wcale jej nie pamięta, za to pamięta, że była pełna bólu, przerażenia, krzyku i adrenaliny. Wiedziała, że miała szczęście, mogła przecież dołączyć do tego dziwnego klubu Gryfonów bez rąk, a tego naprawdę nie chciała. Długo panikowała, teraz jednak była zwyczajnie po ludzku zmęczona. Dopiero co przestała odczuwać skutki rąbnięcia o ziemię i połamania żeber, to przyglądała się – pomiędzy utratą przytomności i wymiotowaniem – jak przyszywają jej z powrotem rękę. Czy ona chociaż przez chwilę nie mogła mieć spokoju? Westchnęła, poprawiła temblak, z całych sił starając się nie skrzywić, i zerknęła na Archiego. — Zamierzasz mnie uprowadzić do lasu? Gdybym wiedziała, to bym się nie zgodziła na tę wycieczkę — powiedziała hardo spoglądając mu w oczy, a jednak za ścianą źrenic kryło się coś jeszcze – nuta strachu przed wejściem do nieznanego lasu, która kazała jej się zatrzymać tuż przed linią oddzielającą gęściej rosnące drzewa od bardziej otwartej przestrzeni. — Jak ostatnio byłam głęboko w lesie, to nie skończyło się za dobrze — mruknęła, wpatrując się gęstwinę przed sobą i nawet nie patrząc na reakcję chłopaka. Od wypadku nie postawiła nogi w zbyt gęstych częściach lasu, które nie dawały jej możliwości ucieczki. I może miała paranoję, ale kto by nie miał po tym co przeszła, nie na co dzień smok upierdala ręce i wypluwa je w bagno jak śmiecia. W końcu jednak przeniosła spojrzenie na Darlinga i uśmiechnęła się do niego przepraszająco i niezbyt szeroko. Nie była sobą i nie wiedziała co z tym zrobić. Ostatnie pół roku było dosyć trudne dla jej zdrowia. Nie potrafiła teraz przekomarzać się z chłopakiem jak kilka tygodni wcześniej, choć starała się zachować wszelkie pozory. Nie chciała wprowadzać depresyjnej atmosfery, a jednak w jej spojrzeniu dało się wiele wyczytać. Sęk w tym, że nadal było Ruby Maguire i wcale nie chciała o niczym z nikim rozmawiać i była wściekła na Thomasa, że postanowił opowiedzieć o wszystkim ojcu. Ona rzecz jasna nie widziała takiej potrzeby. — Sorki, zaraz się ogarnę, tylko… — tylko co? Bo przecież wcale nie wiedziała, dlaczego ma aż taką blokadę. Miała w swoim życiu wiele wypadków i jakoś nigdy wcześniej nie miała takiego problemu. Co więc sprawiało, że ta sytuacja była inna, przecież wszystko skończyło się dobrze. Była na siebie wściekła, że właśnie pokazywała się z tej słabej strony akurat Archibaldowi. Na miłość Merlinowską!
Śpiew hełmu nieboszczyka była ostatnim, co pamiętała. Następnie zapadła ciemność, a gdy szmaragdowe tęczówki ponownie spojrzały na świat, Irvette nie miała bladego pojęcia, gdzie jest ani jak się tu znalazła. Wszędzie otaczały ją drzewa, a wokół nie było żywej, ani martwej duszy. Dziewczyna podniosła się z ziemi, otrzepując ubranie i poprawiając fryzurę. Trzeba było się jakoś stąd wydostać, a leżąc na ziemi nie miała na to największej szansy. Na początku spróbowała oczywiście teleportacji, ale magia tego miejsca skutecznie jej to uniemożliwiała. Zrozumiała więc, że musi po prostu znaleźć wyjście z tego naturalnego labiryntu, czy jej się to podoba, czy nie. Uniosła różdżkę i posłała patronusa do Larkina, by upewnić się, że i on tu nigdzie nie wylądował, choć towarzystwo znajomej twarzy zdecydowanie byłoby teraz pomocne. Nie miała jednak zamiaru stać tu i czekać na odpowiedź. Wiedziała, że patronus i tak ją znajdzie, więc zaczęła wędrówkę między konarami. Nie mając zamiaru błądzić tu godzinami, po raz kolejny skorzystała ze swojej różdżki, tym razem rzucając zaklęcie czterech stron świata. Jeśli nawet nie wiedziała, gdzie iść, to przynajmniej nie miała się zgubić w tym pokręconym labiryncie drzew i innej roślinności. Początkowa złość przeszła dziewczynie jednak w fascynację, gdy zdała sobie sprawę, że ma szansę na trochę czasu sam na sam z avalońską florą. Zwolniła więc kroku, wspinając się po kolejnych konarach, by móc lepiej przyjrzeć się temu, co naprawdę ją otacza. Co prawda nie było tu niczego aż tak fascynującego jak zagadkowe Mors Lilium, do którego nie miała nawet szansy podejść na dłużej, ale i tak była zadowolona z tego, co tutaj widziała. Wędrówka dziewczyny trwała naprawdę długo. Irv raz czy dwa, mimo zaklęcia czterech stron świata, zawędrowała w to samo miejsce, ale wiedziała, że nie ma innej opcji, jak po prostu się stąd wydostać. Zapadł zmrok, gdy ślizgońska prefetkta w końcu zobaczyła, że konary rzedną, a ona wychodzi na otwartą przestrzeń Gór Onchu. Całe szczęście z tego miejsca mogła już się teleportować, więc wykorzystała okazję i przeniosła się prosto do swojego łóżka w wiosce.
//zt
______________________
When writing the story of your life, don’t let anyone else hold the pen