Czarodzieje
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.

Share
 

 Salazar Morales

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


Salazar Morales

Absolwent Slytherinu
Wiek : 37
Czystość Krwi : 50%
Wzrost : 183 cm
C. szczególne : blizny ciągnące się przy lewej nerce i po prawej stronie żeber | niewielkie, krwawe znamię w kształcie krzyża na grzbiecie prawej dłoni | krwawy znak w kształcie obrączki
Galeony : 1345
  Liczba postów : 1240
https://www.czarodzieje.org/t21123-salazar-morales-w-budowie#680537
https://www.czarodzieje.org/t21140-salazar-morales#681116
https://www.czarodzieje.org/t21139-salazar-morales#681115
https://www.czarodzieje.org/t21122-salazar-morales#680529
https://www.czarodzieje.org/t21131-salazar-morales-dziennik#6806
Salazar Morales QzgSDG8




Gracz




Salazar Morales Empty


PisanieSalazar Morales Empty Salazar Morales  Salazar Morales EmptyPon Sty 17 2022, 19:48;


Salazar Morales
DATA URODZENIA17.08.1985
CZYSTOŚĆ KRWI 50%
MIEJSCE URODZENIAGuadalajara, Meksyk
MIEJSCE ZAMIESZKANIA Dolina Godryka, Wielka Brytania
UKOŃCZONA SZKOŁA Tecquala (I), Hogwart, Slytherin (II-X)
UKOŃCZONE STUDIA Tak
WYBRANA POSADA DO OBJĘCIA Biznesmen - właściciel „El Paraíso” / Przemytnik
PRZEPRACOWANY CZAS W POWYŻSZEJ PRACYNa nokturnie działa mniej więcej od 2012 roku; otwarcie hotelu – lipiec 2017.  
WYBRANY WIZERUNEKAlberto Ammann


Wyglad


WZROST 183 cm
BUDOWA CIAŁA szczupły, zadbane ciało
KOLOR OCZU ciemny brąz
KOLOR WŁOSÓW ciemny brąz
ZNAKI SZCZEGÓLNE Blizny ciągnące się przy lewej nerce i po prawej stronie żeber – pozostałości po czarnomagicznych cięciach, które przypominają mu zarazem o tym, że nie jest nieśmiertelny i że żyje naprawdę.
PREFEROWANE UBRANIA Garderoba wypełniona ekstrawagancją, szeroką paletą barw i nieprzyzwoitą wręcz ilością lnu, bawełny egipskiej i jedwabiu. Elegancka, kolorowa papuga trzepocząca skrzydłami nad basenem spragnionych krwi rekinów.    


Charakter


Lew na salonach, skorpion w półświatku, rekin w biznesie.

Mówi się, że z charyzmą trzeba się urodzić, a akurat Salazarowi nie potrzeba wiele, by skupić na sobie uwagę publiczności. Ma w sobie „to coś”, co przyciąga innych niczym magnes, i mowa tu nie tylko o barwnej, finezyjnie dobranej garderobie. Niski, przyjemny dla ucha tembr głosu, eleganckie usposobienie z odpowiednio wyważoną nutą nonszalancji, i ten intrygujący błysk w spojrzeniu… Potrafi bez wysiłku omamić innych czarującym, zmysłowym uśmiechem, ale niech nikogo ten uśmiech nie zwiedzie, bo z podobnym, przyklejonym naturalnie do twarzy, zdolny jest zamordować wrogów z zimną krwią albo owinąć ciała swoich ofiar drutem kolczastym i wrzucić je jeziora, czyniąc z nich idealną pożywkę dla wygłodniałych trytonów. Hijo de puta.
Powiedzenie, że prowadzi podwójne życie nie byłoby przy tym przesadą. Łasy na uznanie i komplementy prezentuje innym wymuskany, wyidealizowany wizerunek samego siebie, udając przy tym przyjaznego, ciepłego i gościnnego gospodarza na włościach, szykownego biznesmena oraz dżentelmena o nienagannych manierach. Może sprawiać zarazem wrażenie lekceważącego bawidamka, ale tak naprawdę pod płaszczykiem urokliwej osobowości skrywa swą bezkompromisowość, wybujałe ego i niedelikatne, żeby nie powiedzieć brutalne, metody działania. Poza tym uwielbia pławić się w luksusie, żyje pełnią życia, ale to zrozumie ten tylko, kto chociaż raz zatańczył romantyczne tango ze śmiercią. Baile de la muerte.
Zręczny w interesach, pracowity, zdeterminowany. Typ zdobywcy, który nieustannie podejmuje się nowych wyzwań, coraz wyżej stawiając sobie poprzeczkę, a ludzi ocenia zwykle przez pryzmat ich osiągnięć i sukcesów. Nie ma problemu z wyznaczaniem sobie dalekosiężnych celów, a chociaż zwykle lubuje się w dokładnym analizowaniu szczegółów i przygotowywaniu misternych, skomplikowanych planów działania, tak dalece rozwinięta intuicja pozwala mu działać równie wydajnie pod presją czasu czy otoczenia, a także szybko i efektywnie reagować w sytuacjach podbramkowych. Łudzi się, że gdy zrobi się zbyt gorąco, porzuci nielegalny biznes, ale tak naprawdę nie wyobraża sobie zrezygnować z przestępczego stylu życia. Nie musi przyznawać tego otwarcie, ale jest uzależniony od adrenaliny i dopiero gdy balansuje na krawędzi przepaści, czuje że żyje naprawdę.
Lojalny amigo, ale nie zrozummy się źle. Nieraz wbił różdżkę w plecy swym rzekomym czy może lepiej powiedzieć, byłym wspólnikom. W interesach nie ma wiele miejsca na prawdziwe przyjaźnie, prędzej na chłodną kalkulację, przemyślane z obopólną korzyścią układy lub tymczasowe zawieszenie broni. Wyznaje zasadę pacta sunt servanda, ale doskonale wie, że kiedy współpraca dobiega końca, każdy zostaje sam i musi zadbać przede wszystkim o własne dobro i bezpieczeństwo. Trudno powiedzieć, czy to wada czy zaleta, ale z reguły daje ludziom dokładnie to, na co sobie zasłużyli – niekiedy jest to wsparcie i wzajemny szacunek, innym razem Avada Kedavra wystrzelona pomiędzy oczy.  
Pięta achillesowa? Honorowy jak diabli, pamiętliwy do bólu, a do tego arogancki i święcie przekonany o własnej wyższości. Nie potrafi odpuszczać krzywd i zawsze odwdzięcza się pięknym za nadobne. Szczęście w nieszczęściu, że jest jednocześnie cierpliwy i metodyczny, a dla dobra interesów gotów jest odłożyć swą vendettę w czasie, nawet bardzo odległym, zaspokajając do tego momentu swój głód opracowywaniem wyrafinowanego planu zemsty – i to w najdrobniejszych szczegółach – by w przyszłości zrealizować swoją wizję z lubością i chirurgiczną wręcz precyzją. Wydaje się niewzruszony, ale nie ma ludzi o nerwach ze stali; można go sprowokować i zmusić do błędu, jeżeli tylko uderzy się w czuły punkt.  


Historia


Welcome to Mexico, motherfucker.

Przyszedł na świat w Guadalajarze, lecz wczesne lata swojego życia spędził w rodzinnej posiadłości położonej na obrzeżach Meksyku. Miasta, w którym w blasku prażącego słońca bruk mienił się krwistą czerwienią, a trupy jakby nigdy nic walały się po ulicach. Nieważne czy to mugolskie kartele, czy czarnoksiężnicy poszukujący azteckich artefaktów – każdy toczył tu jakąś wojnę i niekiedy wystarczyła chwila nieuwagi, by oberwać śmiercionośnym zaklęciem w pysk. W mieście magii i rytuałów, gdzie byle mugol „rzuca uroki” lub „uprawia czarną magię”, wyraźnie zaciera się granica pomiędzy dwoma, pozornie tylko różniącymi się od siebie światami, a dekret o tajności chyba nigdy nie funkcjonował tutaj tak jak powinien. Podobnie jak ministerstwo i podległe mu organy ścigania, którym już od dawien dawna nie wróżono żadnych sukcesów.
Niewiele ze swojego dzieciństwa pamiętał poza tym, że okresy świetności nieustannie przeplatały się w domu z biedą. Przytulony do pleców taty woził swój kościsty, chłopięcy tyłeczek na wygodnym siedzisku sprowadzanego ze Stanów Turnova, a już kilka miesięcy później biegał po podwórzu w dziurawych butach, zmartwiony zawodzącym płaczem matki, która obawiała się tego, że kolejnego popołudnia nie będzie miała czego włożyć do garnka. Nielegalny biznes, a takim zajmowali się jego ojciec z wujem, miał to do siebie, że zakwitał w zawrotnym tempie, by wraz ze zmianą koniunktury i panujących w półświatku układów równie szybko upaść z kretesem. Zdarzali się i tacy, co potrafili sobie poradzić w kryzysowych warunkach, ale nie byli to bracia Salvador i Lorenzo Morales, którzy o racjonalnym gospodarowaniu środkami i stabilności finansowej wiedzieli dokładnie tyle co nic. W końcu by się nauczyli. Czarodziejom nie potrzeba wszak doktoratu z ekonomii, czyż nie? Sęk w tym, że w międzyczasie zadarli również z niewłaściwymi osobami, a w konsekwencji, dla bezpieczeństwa swojego i rodziny, zmuszeni byli poszukać innego rynku zbytu.
Paco nigdy nie dowiedział się, dlaczego wybór padł akurat na Wielką Brytanię, ale czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Nikt i tak nie zapytał go nawet o zdanie, kiedy w środku wakacji 1996 roku Moralesowie zapakowali swoje toboły i wyruszyli na podbój Londynu. Daniela odprowadziła go tylko na Peron 9 i ¾ i przydzielony przez tiarę przydziału do domu niejakiego Salazara Slytherina (ironia losu?), od drugiego roku kontynuował naukę w słynnym na cały świat Hogwarcie. Nowa szkoła, nowi znajomi, łamana angielszczyzna - wszak nie miał zbyt wiele czasu, by nadrobić zaległości… powiedzieć, że nie czuł się tutaj zbyt swobodnie to jak eufemizm, choć wtedy nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że to dopiero początek jego wyspiarskiego dramatu… ale do tego jeszcze wrócimy. Wszystko w swoim czasie.
Niekończąca się walka o wpływy mogła wykończyć nawet największego skurwysyna, choć w porównaniu z meksykańskim polem bitwy Śmiertelny Nokturn okazał się dla braci Morales wystarczająco spokojnym i łaskawym miejscem; swoistą mekką dla ich niecnych uczynków. Nekromanckie artefakty, drogocenna biżuteria, magiczne narkotyki… Mężczyźni parali się wszystkim, co tylko przynosiło wymierne korzyści, a nauczeni doświadczeniem szybko uczynili sobie kopalnię galeonów z tej owianej złą sławę alei. Wydawało im się, że złapali rogogona za skrzydła, ale jak się pewnie domyślacie, historia ta nie zakończyła się wcale szczęśliwie, stając się co najwyżej mroczną przestrogą dla potomnych……i koszmarem, który już w dorosłym życiu wybudzał Paquito w nocy, zalewając całe jego ciało zimnym potem.
Po latach Salazar zrozumiał jednak, że Salvador i Lorenzo sami sobie zawinili. Zabawa w politykę nigdy nie niosła za sobą niczego dobrego, a w czasach wojny i kryzysu tym bardziej należało się nie wychylać, doglądając baczniej swoich interesów. Wreszcie pojął, jak ważne jest postawienie sobie pewnych granic, bo we władzy i pieniądzach niezwykle łatwo było się zatracić. Tak… właśnie tak skończyli bracia, którzy zachłyśnięci wielkimi marzeniami i nieposkromioną ambicją zapragnęli sięgnąć jeszcze wyżej i wyżej… i podjęli najgłupszą decyzję z możliwych, włączając się do walki w nieswojej, Sami-Wiecie-Jakiej wojnie. Przyozdabiając przedramiona mało gustownym tatuażem i ciskając w powietrze świetlistymi, szmaragdowymi fajerwerkami w kształcie wysuwającego się ze szczęk ludzkiej czaszki węża, wydali na siebie wyrok i zaprzepaścili wszystko to, co do tej pory udało im się osiągnąć.
Chcecie wiedzieć, co takiego wydarzyło się dokładnie? Zamknijcie oczy, tak jak Salazar, który już wiele razy przeżywał w snach to samo grudniowe popołudniowe. Słyszał ten sam ogłuszający, rozbijający się po bębenkach usznych huk i z żywą nienawiścią patrzył w paskudne twarze aurorów, którzy tuż przed świętami bożego narodzenia postanowili sobie urządzić polowanie na czarnoksiężników. Salvador i Lorenzo dzielnie stawiali opór, jednak uwolnione z wrogiej różdżki Confringo rozerwało na strzępy nie tylko ciała walecznych braci, ale i siedmioletniej siostry Salazara – Valerii – która nieoczekiwanie znalazła się u progu przestronnego salonu, wołając rozpaczliwie „tato! tato!” tuż przed tym jak zamknięto jej usta na wieki. Nie istniały słowa, którymi można by opisać strach młodziutkiego jeszcze przecież chłopca, a już tym bardziej żadna, nawet najbogatsza metafora, nie oddałyby choćby drobiny rozpaczy, która na zawsze zagościła w sercu Danieli. Rozpaczy, która nabierała na sile, kiedy czarodziejskie media przeprowadzoną przez biuro operację nazywały spektakularnym sukcesem, a nadgorliwy pan z odznaką nie musiał obawiać się nawet cienia konsekwencji. Czemu się dziwić… koniec 1997 roku, wojna z Voldemortem wisiała w powietrzu. Likwidacja jego popleczników stała się dla londyńskiego społeczeństwa priorytetem. A Valeria? Przypadkowa ofiara. Nieme przyzwolenie.
Jak widać życie doświadczyło go boleśnie i to w bardzo wczesnym wieku, uzmysławiając mu zarazem, że dobro i zło to pojęcia względne. Miał dwanaście lat na karku, kiedy los odebrał mu dzieciństwo, nie pozwalając pozostać tym samym, radosnym chłopcem. Zupełnie nagle musiał stać się mężczyzną i opoką dla rozgoryczonej matki, nawet jeśli jedyne co na tę chwilę mógł dla niej uczynić, to chwycić za szkolne podręczniki. Kolejne lata dorastał pod jej skrzydłami i uczył się pilnie, przynosząc chlubę nie tylko Slytherinowi, którego emblemat dumnie nosił na piersi, ale przede wszystkim Danieli, która szukała ukojenia w jego uśmiechu i osiągnięciach. Wspierał ją, harował jak wół i… pozwalał jej wierzyć, że przełamie rodzinną passę, odżegnując się od konfliktów z prawem i niebezpiecznego balansowania na krawędzi. Dla niej ukończył studia, odbył pełnoprawny staż w jednym ze sklepów na Pokątnej, a potem podejmował się całkowicie legalnej pracy w różnych lokalach w Hogsmeade. Przyrządzanie magicznych drinków okazało się naprawdę fascynującym zajęciem, ale powiedzmy sobie uczciwie, już wtedy wiedział, że nie jest mu pisane życie zwykłego śmiertelnika. Kiedy zbyt długo patrzysz w otchłań, otchłań spoziera również na ciebie, a on… widział zdecydowanie zbyt wiele trupów w swoim krótkim życiorysie, by poprzestać na serwowaniu Mojito pijanym jak bela klientom.
Nie potrafił odnaleźć miejsca dla siebie. Żałował również matki, która przesiadywała w samotni czterech ścian, gdy tylko udawał się do pracy. Wierzcie, niełatwo było opiekować się kobietą, która na własne oczy widziała egzekucję ukochanej córeczki, a odpowiedzialność za jej los ciążyła mu coraz bardziej, niczym kamień zawieszony u szyi. Pewnego dnia zadecydował więc o powrocie do Meksyku, mając nadzieję że Danieli będzie lżej w towarzystwie licznych członków latynoskiej rodziny. Sam nie miał jeszcze żadnych planów, ale hej… w mieście magii i rytuałów nie trzeba było długo za nimi szukać. Ani daleko… bo zrządzeniem losu, swój pierwszy biznes założył z nikim innym jak kuzynami ze strony matki, Javierem i Manuelem Marcano. Pierwszy z nich mógł poszczycić się niebywałą wręcz wiedzą o magicznych stworzeniach, a że parał się kłusownictwem… cóż, nikt przecież nie wymagał od niego nieskazitelnego charakteru. Manu z kolei warzył chyba najlepsze eliksiry w mieście. Idealne połączenie, jeśli rozumiecie co mam na myśli.
Salazar przy tych dwóch ekspertach zdawał się nie mieć niczego do zaoferowania… może poza tym, że biegle posługiwał się różdżką, operując przy tym nieprzebranym wachlarzem zaklęć, znał się na finansach, a ze swoją ostrożnością mógłby uchodzić za paranoika, gdyby nie to że jego przesadna podejrzliwość wielokrotnie uratowała im wszystkim tyłki. Długo by opowiadać, a i nie starczyłoby pergaminu, by opisać co ciekawsze przygody tych trzech muszkieterów. Co jednak najistotniejsze, kilka lat spędzonych przez Moralesa na ojczystych ziemiach zaowocowało wytworzeniem przez to nieprzypadkowe trio nowego magicznego narkotyku – Reememorii. Niemała, wręcz zaporowa cena początkowo odstraszała potencjalnych nabywców, ale z czasem mikstura zyskała uznanie wybrednych, a przy tym obrzydliwie bogatych konsumentów. Roboty było co nie miara, ale znalazło się też wielu chętnych, zaangażowanych pracowników. W telegraficznym skrócie: Javier organizował polowania na Reemy, Manuel zajmował się produkcją, do perfekcji dopracowując tajemną recepturę, z kolei Salazar odpowiadał za ich bezpieczeństwo oraz prężną dystrybucję środka odurzającego.  
Niekończąca się walka o wpływy wcale mu nie przeszkadzała, nawet do niej przywykł, ale za to to palące słońce… ono mogło wykończyć nawet największego skurwysyna. Zatęsknił z czasem za ponurą, deszczową aurą i chłodnym, londyńskim powietrzem… Bzdura, ale lubił to wytłumaczenie. W rzeczywistości po prostu zapragnął stworzyć coś swojego. Najlepiej w mieście, które niegdyś zgotowało mu piekło na ziemi, aby móc z pełnym przekonaniem powiedzieć, że zatańczył salsę na grobach swoich wrogów. Tym razem jednak nie zaczynał od zera, bazując na nabytych w gorącym kraju doświadczeniu i wiedzy, które to wyspiarze prawdopodobnie określiliby prostym mianem narkotykowego „know-how”. Mimo to nie śpieszył się. Chciał najpierw dokładnie poznać reguły gry na nokturnie i potencjalnych rywali stających na drodze do sukcesu, a jaki jest najlepszy sposób na zyskanie podobnych informacji? To oczywiste - podawanie typom spod ciemnej gwiazdy drinków zza drugiej strony barowej lady. Kilka miesięcy przepracował więc w różnych pubach o wątpliwej reputacji, by wreszcie wcielić w życie kolejny etap swojego skrzętnie układanego planu. Nawiązał kontakt z braćmi Marcano, a w końcu wkroczył na czarny rynek, kusząc klientów zupełnie nowym towarem z zagranicy. Nie tylko reememorią, ale i rozmaitymi nekromanckimi artefaktami, w tym rytualnymi laleczkami voodoo, niezwykle popularnymi w meksykańskiej stolicy.
Cegiełka po cegiełce, galeon za galeonem, kreował swoje własne imperium; a o ile wiele złego można by o nim powiedzieć, tak pracowitości i determinacji z pewnością nie można było mu odmówić. Cierpliwość zaprocentowała. W lipcu 2017 roku dopiął swego, stając się właścicielem w pełni legalnego, luksusowego hotelu o przekornej nazwie „El Paraíso”, wewnątrz którego zbudował między innymi kasyno, basen, klub taneczny i… niewielką galerię sztuki. Poza wynajmowaniem pokoi krezusom zaczął organizować różnego rodzaju bankiety, wystawy i turnieje, a dzięki mnogości oferowanych usług, utrudniającej oszacowanie faktycznych obrotów, posiadłość stała się nie tylko urzeczywistnieniem jego snobistycznych marzeń, ale przede wszystkim skutecznie prosperującą pralnią pieniędzy pochodzących z nielegalnych źródeł.
A propos… pamiętacie, co takiego mówił o władzy i pieniądzach? Niektórym rzeczywiście odbijała od nich szajba, ale akurat jemu do twarzy było z galeonami w portfelu i charyzmatycznym, przywódczym uśmiechem przywdzianym na usta. Działał rozmyślnie, miał swoje zasady i hamulce, które pozwalały mu panować nad sytuacją i w kontrolowany sposób kontynuować swoją drogę na szczyt. Najważniejsze z nich? Powściągliwość i racjonalne podejście w kwestii prowadzeniu biznesu. Nie babrał się polityką. Brudne interesy załatwiał wyłącznie w granicach nokturnu. Nie wciągał do półświatka przypadkowych osób i nie pozostawiał za sobą niewinnych ofiar. Nie toczył też otwartych wojen, uciekając się do przemocy jedynie wtedy, gdy było to konieczne. Nie wychylał się, a wszelkie konflikty załatwiał po cichu, w półmroku nokturnowych alejek, które inni – słusznie - woleli omijać szerokim łukiem. Po prostu nie popełniał błędów… ale czy na pewno?
Prawda wybrzmi dość brutalnie, ale nie ma na tym świecie ludzi nieomylnych. Każdy miał jakiś słaby punkt, a jego piętą achillesową okazały się arogancja i niezałatwione, osobiste porachunki z przeszłości - ujma na honorze, o której nigdy nie zapomniał. Pewnego grudniowego popołudnia spotkał na swej drodze mężczyznę, którego twarz prześladowała go w snach przez całe lata. Pierdolony Christopher Stantler. Niefortunny zbieg okoliczności, ale to wystarczyło, by kompletnie wyprowadzić go z równowagi. Żądza krwi zapłonęła w nim niczym ogień szatańskiej pożogi, a jak wiadomo tej nijak nie dało się powstrzymać… Nie zależało mu jedynie na śmierci tego człowieka; chciał by ten poczuł, że w obliczu jego furii Cruciatus zdaje się niczym więcej jak przyjemną łaskotką. Pastwił się nad nim przez kilka długich godzin, zanim łaskawie odebrał mu to co najcenniejsze, a chociaż z lubością napawał się jego cierpieniem, już wtedy wiedział, że to był pieprzony błąd… mimo racjonalnych, w pewnym sensie nawet uzasadnionych moralnie pobudek, największy błąd w całej jego dotychczasowej karierze. Śmierć urzędnikom to tylko pusty slogan, piękne hasło, w rzeczywistości przysparzające tylko dodatkowych problemów. O ile bowiem nikogo nie obchodzą kolejne zwłoki na nokturnie, tak napaść na aurora – nawet tego emerytowanego – odbija się echem, przyciągając uwagę całej czarodziejskiej społeczności.
Po raz pierwszy w życiu nie był pewien, czy zdoła się wywinąć. Nie mydlmy sobie oczu; każdy pozostawia za sobą ślady, nawet jeśli on zostawiał ich naprawdę niewiele. Czasami potrzeba mniej niż kropli krwi, jeżeli tylko śledztwem zajmie się ktoś wystarczająco zdeterminowany, o niekwestionowanych kompetencjach. Ktoś, kto potrafi węszyć do skutku, wyglądając przy tym poza utarte schematy… Tak oto rozpoczęła się jego jakże intrygująca znajomość z Deanem Cassidy, który wytropił go niczym myśliwski ogar. Od śmierci Valerii Salazar nienawidził aurorów jak psów, ale temu jednemu akurat musiał oddać szacunek, zwłaszcza kiedy okazało się, że mężczyzna nigdy nie darzył sympatią starego Stantlera, a jego metody działania niekoniecznie pokrywają się z polityką biura. Cassidy nie wparował po niego z koleżkami z ministerstwa, wyważając przy okazji drzwi i świecąc mu przed nosem odznaką. Nie wręczył mu również biletu pierwszej klasy wprost do Azkabanu. Wręcz przeciwnie, przyszedł sam, postawił mu szklaneczkę whisky, składając propozycję nie do odrzucenia, bo najwyraźniej wcale nie chciał swego polowania kończyć, a dopiero je rozpoczynał. Zdumiewające? Nie dla kogoś takiego jak Dean, który doskonale znał bilans zysków i strat, a i rozumiał że w imię wyższego dobra niekiedy warto zbratać się z diabłem. Zwłaszcza, gdy po Londynie panoszyło się kilku innych, o znacznie mniej dyskretnych środkach wyrazu, którzy pozostawiali za sobą o wiele więcej śmiertelnych ofiar, w tym pośród czarodziejów niemających niczego wspólnego ze śmierdzącym nokturnem.
Życie lubiło zaskakiwać, czasami zmuszając także do zrewidowania własnych poglądów. Nie zrozummy się źle – nienawiść do przedstawicieli czarodziejskich organów ścigania mu nie minęła, ale biznes to biznes, a w biznesie zawierało się różne, nietypowe przyjaźnie. Uściśnięcie dłoni Cassidy’emu i zatuszowanie dowodów jego zbrodni zdawało się ofertą przychylniejszą niżeli ciasna cela w więzieniu strzeżonym niegdyś przez dementorów. Kto by jednak pomyślał, że ten ujęty w barwnych słowach szantaż przerodzi się w długoletnią, efektywną współpracę z korzyścią dla obu dżentelmenów… Nawet nie spostrzegli, kiedy stali się niezwyciężonym duetem, siejącym postrach na ulicach Śmiertelnego Nokturnu. Dean miał po swojej stronie ministerialne środki, wykwalifikowaną kadrę oraz dostęp do niemal każdej instytucji w tym mieście. Salazara za to nie ograniczały wyrzuty sumienia, restrykcyjne normy prawne i potencjalna reprymenda od rozindyczonego Pana Ministra. Wymieniali się więc informacjami przy butelce dobrego alkoholu i razem decydowali, którego z czarnoksiężników należy wykurzyć z Londynu sposobem, którego wsadzić za kraty, a którego zakopać kilka metrów pod ziemią. Nie przeszkadzało mu wcale to, że Cassidy zbiera laury, a czarodziejska prasa wypisuje peany na jego cześć. Wszak jemu samemu nie zależało na rozgłosie, za to nigdy w tak prosty sposób – i to za protekcją reprezentanta litery prawa - nie pozbywał się konkurencji. Co najlepsze, darzył Deana zaufaniem. Nie musiał się obawiać, że ten go zdradzi – obaj mieli krew na rękach, a w konsekwencji żaden z nich nie mógł się z tej iście romantycznej relacji wycofać. Gdyby tylko spróbował, drugi z pewnością pociągnąłby go za sobą na samo dno. Nie mieli zresztą powodów, by rezygnować z przypadkowo zawiązanego układu, ale że ostatnio na nokturnie panował względny spokój, po prostu nie wchodzili sobie w paradę, zajmując się swoimi własnymi sprawami. Ot, Cassidy doceniony za swoje zasługi przejął szefostwo w biurze aurorskim, a Salazar…?
Ah, tak. Zapewne zapytacie, co u niego słychać? Está bien, co znaczy tyle, że ma się dobrze. Po wielu latach mozolnej pracy może wreszcie zbierać jej owoce i cieszyć się życiem, a biznes kręci się jak nigdy dotąd. Nie zagubił jednak swej czujności; wie że nadal musi mieć oczy dookoła głowy. Nieważne bowiem ilu przeciwników pośle się do piachu, z czasem zawsze pojawiają się nowi gracze, którzy z miłą chęcią zapukają do twoich drzwi. Twierdzi, że gdy zrobi się zbyt gorąco, porzuci szemrane interesy i odejdzie na zasłużoną emeryturę, ale póki co czeka na nich z utęsknieniem i otwartymi szeroko ramionami.  



Rodzina


♰ Salvador Morales [1950 - 1997 / ojciec / 90%]
♰ Daniela Morales, z domu: Marcano [1952 - ? / matka / osoba niemagiczna]
♰ Lorenzo Morales [1952 – 1997 / brat Salvadora / 90%]
♰ Valeria Morales [1990 – 1997 / siostra]
♰ liczne kuzynostwo, w tym bracia Javier [1986 - ? / 0%] i Manuel Marcano [1984 - ? / 0%] – fanatyk magicznych stworzeń i kłusownik oraz doświadczony zielarz i eliksirowar – którzy zajmują się produkcją czarodziejskich narkotyków.



Ciekawostki


♰ Salazar Morales, a właściwie – zgodnie z dokumentem tożsamości – Salazar Francisco Morales. Nieznajomym przedstawia się zwykle tylko pierwszym imieniem i nazwiskiem. Większość bliskich, jak i zaufanych, nokturnowych kontrahentów, zwraca się z kolei do niego per Paco lub Paquito, które to w języku hiszpańskim funkcjonują jako formy zdrobnieniowe jego drugiego imienia.
♰ Poza angielszczyzną, biegle posługuje się również swym rodzimym językiem – hiszpańskim.
♰ Podróżuje po całym świecie, z rozkoszą zgłębiając kulturę i tradycje innych narodowości. Przede wszystkim jednak krąży pomiędzy Wielką Brytanią a Meksykiem w celu szmuglowania towaru i doglądania interesów. Mówi wówczas, że wyjeżdża „na polowanie”. Upodobał sobie to określenie, choć tak naprawdę w kłusowniczej ekspedycji wziął udział tylko jeden jedyny raz. Niemal staranowany przez rozwścieczonego Reema, w ostatniej chwili wyciągnięty za fraki przez Javiera… mile wspomina tę wycieczkę, ale w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem postanowił, że pogoń za czarodziejskimi wołami pozostawi profesjonalistom.
♰ Barmańskie sztuczki nie są mu obce. Lubuje się w tworzeniu kolorowych, alkoholowych kompozycji, chociaż jego popisowym drinkiem prawdopodobnie na zawsze pozostanie pikantna, ogórkowa margarita z jalapeno. Mimo że stać go na najdroższe restauracje, dobrze odnajduje się również w kuchni. Wierzcie lub nie, ale przyrządza doskonałą paellę.  
♰ Nałogowy palacz. Nie wyobraża sobie dnia bez papierosa, i o ile niezwykle trudno wytrącić go z równowagi, tak akurat brak nikotyny skutecznie nadszarpuje jego nerwy. Od święta zdarza mu się także popalać fajkę lub cygara.
♰ Może sprawiać mylne wrażenie kogoś, kto brzydzi się rozlewem krwi. Przez wzgląd na dobro interesów, rzeczywiście traktuje go zresztą jako ostateczność. Tak naprawdę czeka jednak z niecierpliwością, aż tylko nadarzy się okazja, by to „zło konieczne” wcielić w życie. Czerpie bowiem z przemocy sadomasochistyczną przyjemność. Nie przepada przy tym za zaklęciami niewybaczalnymi; uważa że ich błyskawiczne efekty odbierają śmierci i torturom swoistej namiętności.
♰ Człowiek o otwartym umyśle i szerokich horyzontach; interesuje się sztuką, prawem, ekonomią, a właściwie wszystkim tym, co może okazać się przydatne przy okazji rozwoju strategii biznesowej.
♰ Biegły w zaklęciach, poznał tajniki czarnej magii, jednak w innych dziedzinach czarodziejskiej wiedzy nie czuje się wcale tak pewnie, nawet jeśli w wolnym czasie stara się nadrabiać zaległości. Przede wszystkim ubolewa na braki w zakresie magii uzdrowicielskiej; na szczęście zna takich, którzy poskładają jego flaki jak puzzle bez zadawania zbędnych pytań. Nie potrafi również latać na miotle.
♰ Obeznany z prawidłami rządzącymi mugolskim światem; porusza się po nim względnie swobodnie. Potrafi docenić kreatywność osób niemagicznych, a i odnajduje przyjemność w wielu, niemających nic wspólnego z czarowaniem, rozrywkach. Strzelnica, jazda konna… za namową Cassidy’ego próbował również swoich sił na ringu bokserskim. Ograniczone możliwości czasowe nie pozwalają mu jednak na bieżąco śledzić wszelkich nowinek technologicznych.  
♰ Wydawać by się mogło, że nie ma takiej rzeczy na świecie, która wzbudziłaby w nim poczucie trwogi – wszak niejednokrotnie poczuł już oddech śmierci na swoim karku. Nie ma jednak ludzi nieustraszonych, pozbawionych jakichkolwiek lęków, a Morales najbardziej obawia się tego, że ktoś niepowołany pozna kształt jego bogina i postanowi zwrócić jego strach przeciwko niemu.
♰ Możecie mówić, że zakłamuje rzeczywistość, ale nie uważa siebie za złoczyńcę czy czarnoksiężnika; prędzej za zręcznego biznesmena.


Ostatnio zmieniony przez Salazar Morales dnia Wto Sty 18 2022, 02:04, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Veronica Blais

Absolwent Gryffindoru
Wiek : 27
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 1.77m
C. szczególne : Wyraźne, ciemne blizny na lewej ręce, biegnące wzdłuż żył po całej dłoni i przedramieniu - przeważnie zakryte czarnymi rękawiczkami. Mówi z amerykańskim akcentem.
Dodatkowo : Legilimencja
Galeony : 186
  Liczba postów : 83
https://www.czarodzieje.org/t20671-veronica-emerie-blais#656021
https://www.czarodzieje.org/t21061-poczta-blais#677045
https://www.czarodzieje.org/t20672-veronica-emerie-blais#656023
Salazar Morales QzgSDG8




Gracz




Salazar Morales Empty


PisanieSalazar Morales Empty Re: Salazar Morales  Salazar Morales EmptyWto Sty 18 2022, 18:26;



DOROSŁY!

Witamy Cię na Czarodziejach! Twoja karta zostaje zaakceptowana, dostajesz więc uprawnienia do gry. Poniżej znajdziesz przydatne w dalszych krokach na forum linki, z którymi warto abyś się zapoznał!

Następne kroki:
stworzenie poczty
założenie relacji
zaczęcie gry
rozwój postaci
galeony na początek




Życzymy

miłej gry!

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Salazar Morales

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: Salazar Morales QCuY7ok :: 
karty postaci
 :: 
karty doroslych
-