Czarodzieje
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.

Share
 

 Azazel Whitelight

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


Azazel Whitelight

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 193cm
C. szczególne : tatuaże, wiecznie znudzony wzrok, palce w najróżniejszych sygnatach i pierścieniach, łańcuchy na szyi.
Galeony : 13
  Liczba postów : 5
https://www.czarodzieje.org/t20770-azazel-whitelight
https://www.czarodzieje.org/t20771-azazel-whitelight
Azazel Whitelight QzgSDG8




Gracz




Azazel Whitelight Empty


PisanieAzazel Whitelight Empty Azazel Whitelight  Azazel Whitelight EmptySro Wrz 15 2021, 01:35;


Seraphiel Whitelight

DATA URODZENIA14.02.1997
CZYSTOŚĆ KRWI 100%
MIEJSCE URODZENIARezydencja Reziela i Charmeine Whitelightów w Wells
MIEJSCE ZAMIESZKANIAHogsmeade
UKOŃCZONA SZKOŁA Hogwart, Slytherin
UKOŃCZONE STUDIA Tak
WYBRANA POSADA DO OBJĘCIAAmnezjator
PRZEPRACOWANY CZAS W POWYŻSZEJ PRACYOd stycznia 2021r. pracował jako urzędnik departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof, we wrześniu 2021r. szybko awansował na wyższe stanowisko i został Amnezjatorem.
WYBRANY WIZERUNEKTymoteusz Rożynek


Wyglad

WZROST potężne sto siedemdziesiąt centymetrów
BUDOWA CIAŁA szczupła, poprawnie proporcjonalna pomimo średniego wzrostu, wytatuowana, z lekko zarysowanymi mięśniami, lecz bez zbytniej przesady
KOLOR OCZU przenikliwy błękit paryski, którym chętnie odkryję najgłębsze odmęty twojego umysłu
KOLOR WŁOSÓW słomiany blond
ZNAKI SZCZEGÓLNE najbardziej rzuca się w oczy tatuaż "Fatum" na szyi, lecz nie jest jedynym na moim ciele. Ukłucia po igłach na ramionach oraz średnich rozmiarów znamie na dolnej części pleców - pozostałość po czarnomagicznym uroku.
GŁOS dość niski, charakterystyczny
PREFEROWANE UBRANIA wszystko zależy od miejsca, do którego się udaję. Z bólem serca stwierdzam, że jeśli chodzi o szeroko pojętą estetykę odzieżową, mugole zdecydowanie wywyższali się ponad czarodziejów, z czego też korzystam i chodzę głównie po mugolsku. Czy to luźne jeansy, do których dopieram głównie oversize koszulki, bądź nieco bardziej formalnie, zróżnicowane kolorystycznie garnitury. Nie boję się skorzystać z stylisty, który najlepiej dobierze mi jakąś kreację w zależności od sytuacji.


Charakter


Kim jestem? Lub może, czym jestem? Papką atomów we wszechświecie, nie mającą żadnego wpływu na bieg historii, czy może podążałem wyznaczoną mi ścieżką ku własnemu przeznaczeniu? No właśnie, los. Fatum. Czy w obliczu takiej siły, powinno się przed czymkolwiek opierać? Mimo tylu lat na tym świecie, nigdy nie zdołałem znaleźć odpowiedzi, moje wybory i decyzje zawsze można było oprzeć o ten właśnie konstrukt, mimo zdecydowanej różnorodności w ich charakterystyce.
Jaki jestem? Całkiem normalny. Bo, nie biegam z szaleńczymi oczami i nie rzucam klątwami na lewo i prawo, nie zapominam o twoim obliczu po pięciu minutach, jestem w stanie też się przedstawić. Czy to już klasyfikuje mnie do normalności? Bo im głębiej, tym trudniej określić cokolwiek normalnego, nie tylko u mnie, ale i u ciebie, u tej osoby stojącej obok ciebie w kolejce do recepcji św. Munga. Lecz powiedzmy, że chciałbyś zbadać moje wnętrze. Bo chyba po to tu jesteś, prawda? I tu zaczynają się schody, bo moją prozaiczność jestem w stanie opisać tak, że uznasz ją za zjawiskowość.
Na co dzień się nie wyróżniam z tłumu, chyba że stoję na tle swojej rodziny. Wtedy wszelkie antypatyczne spojrzenia padają w końcu na mnie, na moje tatuaże, na moją poniekąd buntowniczość względem rodziny, wpisaną w moje nowe imię, które jakimś cudem udało mi się przepchnąć w rejestrze magicznym, poza wzrokiem innych Whitelightów, a to już graniczyło z niemożliwością. Lecz okej, weźmy zwykłych ludzi. Nie jestem jak inni Whitelightowie, że samą swoją obecnością prezentowałem swą władczość i pochodzenie. Przez swój zawód i usposobienie nauczyłem się, by ludzie nie wyszukiwali mojego spojrzenia, nie odwrotnie. Jak już się jednak zdecydują, w mym wzroku nie zobaczą nic innego niż upojny chłód, często też epitetowany określeniem „martwy”, pozostawający ciarki na plecach.
Masz rację, nieco uciekam od tematu, wybacz. Cóż, jestem namiastką tego, co mój ojciec chciał stworzyć już od dnia mojego urodzenia. Wszelkie talenty, tak skrupulatnie szlifowane, rozwinąłem i posiadłem, zgodnie z Jego wolą. O to mu przecież chodziło, prawda? Czemu więc wciąż nie jestem tym, o czym marzył? Osobą, której mógłby otwarcie powiedzieć, że jest z niej „dumny”? Nie wiem.
Bowiem już od najmłodszych lat przejawiałem najróżniejsze zdolności, zacząwszy już od samego faktu, że pierwsze zderzenie z magią miałem jeszcze nie skończywszy dwunastu miesięcy. Ten fakt, jak i wiele innych, upewnił mojego Tatę w przekonaniu, że jestem kimś wyjątkowym. Wróć, pomyliłem się. Upewnił mojego Tatę w przekonaniu, że stworzy mnie kimś wyjątkowym. Tak, teraz jest dobrze.
Z początku, nie rozumiałem ludzi. Ojciec już o to zadbał swoją nieposkromioną ambicją, bym był najlepszy. Do dziś śnię o codziennych wieczorach, gustownie wystrojonym salonie i krześle z ciosanego hebanowego drewna, do którego byłem magicznie przywiązany. Lecz nie zrozum mnie źle i nie wyciągaj wniosków zawczasu. Mój ojciec miał na myśli dobro i mu wierzyłem. Nikomu tak nie ufałem jak jemu, temu kto nieraz imponował mi swoją potęgą, elokwencją, charyzmą. Te „zajęcia” ukształtowały mnie w przyszłości, nikt wtedy nie spodziewał się, że może mieć to takie konsekwencje. Bowiem, słyszę głosy. Wiesz jak to jest, kiedy wracasz oczami wyobraźni do starych wspomnień prawda? Ja je widziałem. Dalej widzę. Zapewne teraz wchodząc do mojej rodzimej rezydencji ujrzałbym samego siebie za młodu, brykającego po idealnie wystrzyżonym trawniku, samego siebie siedzącego na krześle i wymiotującego z braku siły i zawrotów głowy. Lecz, odkąd sam umiem wkraczać w rejony mózgu innych ludzi i ich wspomnień, zdarza mi się widzieć i obce wspomnienia. Fascynują mnie, wiesz. Dzięki temu, poznaję nieco lepiej perspektywę normalnych ludzi. Bowiem, ile bym sobie sam tłumaczył, to wciąż podświadomie mój mózg tworzył obraz świata, w którym mój ród jest niczym familia herosów, prawdziwych Aniołów, którzy zeszli na śmiertelne pola świata. Nic dziwnego, nie powiedziałbym nic dziwnego mówiąc, że Whitelightowie w małym stopniu przypominają normalnych ludzi, również w swoich procesach myślowych.
Dopiero wyjazd dał mi niemałe spojrzenie z perspektywy mniejszych ludzi ode mnie, w ten sam sposób poniekąd „zdradzając” swoją błękitną krew. Zanim zapytasz, nie, w moich żyłach posoka jest równie szkarłatna co twoja. Ale wracając.
„Karmię” się więc wspomnieniami ludzi, szukając w nich najróżniejszych wzorców, sposobów działania i wtłaczam je do własnego życia. Jednak, nie jest to temat, którym tak chętnie się dzielę. Cofając się wstecz, obawiam się, że jesteś pierwszą osobą, której to mówię, poprosiłbym Cię więc o zachowanie tego dla siebie. Nie każdy na to patrzy w tak zrozumiały sposób co ty.
Przejdźmy więc do kolejnego tematu. Tak, zawsze byłem utalentowanym dzieciakiem, głównie jednak w manipulowaniu magią, czyli mówiąc powszechniej, czarowaniu. Wpojone mi w domu zasady przekładały się również na to, w jaki sposób czarowałem. Nie moją intencją jest rzucenie jak największego i najpotężniszego zaklęcia. Ja rzucałem uroki z klasą, z własnym wykreowanym stylem i pięknem, bardzo mi na tym zależało, by wyróżniać się nie tylko samymi zdolnościami, ale też sposobem, w jaki je wykorzystuję. Zaklęcia i Obrona przed Czarną Magią zawsze były moim konikiem, czemu też pomagały wcześniejsze lekcje z moim Ojcem, które kontynuowałem za każdym razem, kiedy się z nim widziałem, cały czas zataczając to samo koło – byłem jeszcze za młody, żeby wspiąć się na wyżyny tego typu magii, a więc po wielu bolesnych próbach zaniechano na ten okres czasu dalszych prób i uprzejmie mnie proszono, bym dalej szkolił się w tajnikach magicznych. Dopiero po osiemnastce wykazałem się odpowiednimi zdolnościami i wtedy się wszystko zaczęło na nowo, ale może o tym potem? Skończę jeszcze ten rozdział.
Jak zaś odnoszę się do doskonale znanej świecie polityki, z którą w harmonii żyła moja rodzina? Jak już mówiłem, jestem Whitelightem z krwi i kości, pomimo paru etapów buntu i niesnasek rodzinnych. Co więc uważam o rozpowszechnianiu się coraz przychylniejszego dla opinii publicznej poglądu o tym, że nie ma nic złego w dzieleniu się darem z mugolami, mieszaniu z nimi czystokrwistej krwi? Negatywnie do tego podchodzę, lecz daleko mi do bycia jakimś aktywistą politycznym. Mam też nieco inne obawy wobec tego tematu niż inni, typowi konserwatywni czarodzieje. Bardziej boję się tego, co może chcieć zrobić druga strona polityczna, ta właśnie bardziej „otwarta”, aniżeli chwalę działania tej bliższej mojego serca. Jestem absolutnym przeciwnikiem ujawnienia magii mugolom, uważam, że doprowadzi to do upadku świata jaki znamy i wcale nie zastąpi go tylko lepszy. Zastąpią go gruzy wszystkiego, co zdołaliśmy osiągnąć przez ostatnie lata, na ich miejsce wskoczy wojna. Innym zagrożeniem jest też poszerzające się grono czarodziejów – jest nas coraz więcej, co nie jest wcale pozytywnym czynnikiem. Zawsze byliśmy mniejszością na świecie, w ten sposób byliśmy w stanie z łatwością utrzymać nasze istnienie w tajemnicy. Z dalszą „ekspansją” będzie to tylko coraz cięższe, aż finalnie stanie się niemożliwością i dojdzie do tego, o czym wspominałem chwilę temu – do końca znanego nam świata.  
Okej, mówisz, że przebrnęliśmy czynniki światopoglądowe, rodzinne i trapiące moją duszę, lecz nie powiedziałem nic o takim życiu codziennym, z innymi? Nie ma tu dużo do powiedzenia. Wbrew obrazowi, który pewnie się utrwalił w twojej głowie o mnie, nie jestem odludkiem. Mam swoich znajomych, przyjaciół nawet. Potrafię się śmiać, cieszyć życiem. Jak każdy, nie jest to immunitetem tych gatunkowo niżej niż moja rodzina. Może nie jestem za łatwy do szybkiego złapania kontaktu, lecz to wszystko zależy od tysięcy czynników, o których istnieniu z pewnością wiesz.



Historia


Urodziłem się stosunkowo niedawno, bo całe dwadzieścia cztery lata temu, w walentynki roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt siódmym. Najpierw wygrałem morderczy wyścig z innymi plemnikami, potem udało mi się zwyciężyć w loterii genetycznej, rodząc się w rodzinie świecącej jasnym blaskiem, w przenośni i dosłownie. Whitelightowie to bardzo stary i dumny ród i to właśnie z łona jednej z kobiet noszących te nazwisko wyszedłem na świat. Podobno byłem niesamowicie krzyczący zaraz po urodzeniu, tak bardzo, że aż użyto na mnie zaklęcia uspokajającego, po którym spokojnie sobie usnąłem. Był to jednak bardzo ważny dzień dla historii. Mojej historii oczywiście, nie bawmy się tutaj w „fairwynowanie”, żebym stwierdzał, że moje przyjście na świat jest jakkolwiek ważne dla historii ogółem.
Rodu Whitelight raczej nie muszę wam przedstawiać. Są z nas całkiem spore szychy w Ministerstwie, ba, ostatnio nawet jeden z naszych aspirował na stanowisko ministra magii. Całkiem spore osiągnięcie, co nie? Ale może nie o nim dzisiaj, bo skoro już tak bardzo chcieliście, to ja będę gwiazdą wieczoru.
W moim życiu szybko zaczęło się dziać, niektóre z tych rzeczy miały aspekt pozytywny, inne nieco nie – mówiąc dokładniej, te „inne” zniszczyły mi trochę psychikę w przyszłości, lecz o tym za chwilę. Zacznijmy od tych dobrych. Z autopsji raczej znacie taki schemat, że ten pierwszy kontakt z magią ma się gdzieś w wieku ośmiu, dziesięciu, czy tam jedenastu lat, prawda? No, ja pierwszy raz rezonowałem z magią ukończywszy dopiero dwa latka. Pamiętam to tylko dzięki Razielowi, mojemu ojcu. Pewnego poranka, kichnąwszy, grawitacja przestała na mnie oddziaływać i zacząłem wzbijać się w powietrze – tyle dobrze, że byłem w pomieszczeniu, bo normalnie bym odleciał i tyle mnie widzieli. Nikt się bowiem nie spodziewał takiego obrotu spraw, nie zdarzało się, żeby ktoś tak szybko ujawniał w sobie pokłady magiczne. Szybko uznano mnie za niesamowicie utalentowanego, błysk w oku mojego ojca był zwiastunem tego, co miało wydarzyć się w przyszłości i już nigdy nie opuścić mojego życia.
No właśnie. Do szóstego roku moje życie wyglądało totalnie normalnie, jak na dzieciaka z magicznej, arystokratycznej rodziny, któremu magia towarzyszyła na każdym kroku. Na czwarte urodziny dostałem miotłę-zabawkę, na której mogłem sobie latać po swoim pokoju, dawało mi to niebywale dużo frajdy. Przyszły jednak moje szóste urodziny, które dla większości nie zwiastowałyby niczego szczególnego i sama ta data w moim przypadku również nie była jakaś wyjątkowa – oprócz tego, że moi rodzice umówili się, że dopiero wtedy Raziel będzie mógł zacząć szkolić mnie w umiejętności legilimencji. Nigdy nie pytałem go po co, czemu?, z czasem sobie to jednak uświadomiłem – miał on fascynację na punkcie mocy, póki co byłem tym nieoszlifowanym diamentem, który należało poprowadzić w taki sposób, by w przyszłości zostać synonimem magicznej Potęgi przez duże „P”. Ale do rzeczy. Od tamtego momentu, niemalże dzień w dzień ćwiczył mój mózg i przyzwyczajał go do legilimencji w sposób nieco drastyczny, ponieważ zwyczajnie samodzielnie używał jej na mojej osobie, co właśnie w przyszłości nieco poryło mi głowę i teraz widzę najróżniejsze wspomnienia w czasie rzeczywistym, osoby, których w rzeczywistości nie ma.
Byłem jeszcze dzieckiem, niesamowicie onieśmielonym miejscem, w jakim się znajdowałem, duma i przynależność do rodu rozpierała mnie do takiego stopnia, że nie miałem nic do zarzucenia mojemu ojcu na tamten moment, nawet jeśli potrafiłem zasypiać na całe dnie z wykończenia i mieć zawroty i bóle głowy po każdej próbie wejścia w głębiny mojego umysłu. Bo o ile potrafił on zrobić to bezboleśnie i niezauważalnie, tak nie na tym polegały te ćwiczenia.
Zapomniałem wspomnieć o całkiem ważnej kwestii! Posiadałem rodzeństwo, a jakże! Zresztą, jak każdy duży ród, starano się zapewnić jak najwięcej jego „członków”, żeby czystokrwiste rody nie straciły znaczenia na tle tysięcy innych czarodziejów o brudnej krwi. Ja byłem pierworodnym, stąd też tak duże skupienie starego na mojej personie, pomijając właśnie talent i predyspozycje do legilimencji. Miałem jeszcze siostrę i brata, bliźniaków, w wieku młodszym ode mnie o całe siedem lat. Przez różnicę wieku nigdy jakoś mocno z nimi nie rezonowałem, dlatego nie będzie o nich zbyt wiele w mojej historii.
Nic więc dziwnego, że w odpowiednim momencie dostałem list z uprzejmym (bardzo uprzejmym) zaproszeniem do Hogwartu, które łaskawie przyjąłem i już we wrześniu dwa tysiące ósmego roku zjawiłem się w Wielkiej Sali, gdzie przydzielono mnie do srebrno-szmaragdowych barw. Nieco nie podobał mi się fakt, że moje dormitorium znajdowało się w ciemnych lochach, lecz jego wystrój i wygoda była na tyle dobrze zapewniona, że z czasem się przyzwyczaiłem. Przynajmniej nie musiałem robić cardio na schodach.
Pokochałem szkołę za całą otoczkę magiczną i już wtedy podświadomie mój umysł radował się na wieść, że przez większość dni w roku nie będę musiał spotykać się z ojcem w pokoju pod klapą w podłodze. Wtedy jeszcze nie znałem przyczyny, lecz jak już ją sobie uświadomiłem, w wieku lat czternastu, to był dość ważny moment dla mnie, kiedy to zaczynałem coraz mocniej buntować się rodzinie, co samo w sobie było absurdalne w założeniu – byłem tak bardzo do nich przywiązany, że często polegało to na walce z samym sobą, z własnymi nawykami. Wiecie, jakby się próbowało rzucić jakiś nałóg, który przyległ do was do takiego stopnia, że nie wyobrażacie sobie bez niego życia. Tak się wtedy zacząłem czuć i trwało to naprawdę długo, zanim naprawdę się sprzeciwiłem (siedem lat jakby co). Wracając do szkoły, w niej również uczyłem się dość sporo o legilimencji, zarówno z własnej alternatywy, jak i tej narzuconej przez Raziela, więc się to nieco pokrywało. Tak jak już wspominałem, naprawdę byłem utalentowanym dzieciakiem w sferach magicznych. Zaklęcia przychodziły mi z łatwością, do takiego stopnia, że zacząłem zagłębiać się w nieco mroczniejsze sfery, ale to już dopiero na studiach. Do końca „podstawowego” formatu nauki w Hogwarcie, czyli tych początkowych siedmiu lat po prostu się uczyłem, zdobywałem znajomości, miałem swoją grupkę przyjaciół i ludzi, z którymi trzymałem i raczej średnio można było znaleźć tam kogoś o zerowych wzmiankach o czarodziejach w ich historii, lecz aspekt swojego podejścia do czystości krwi już omówiłem dużo wyżej, więc nie będę się powtarzać.
Przez studia korzystałem jak najmocniej z życia, czując, że jest to bardzo ważny etap przechodzenia z życia „nastolatka” do dorosłości, jakoś ten okres przejściowy miał w sobie trochę z tego, trochę z tamtego i znalazł w sobie idealny balans. Po drodze zafiksowałem się jeszcze mocniej na punkcie legilimencji, gdyż skończywszy pierwsze siedem lat nauki w Hogwarcie, zacząłem też nowy etap w zdobywaniu legilimencji – zamiast być poddawanym działaniu tego zaklęcia, zacząłem się uczyć go rzucać i samemu wdzierać się w umysły innych, więc ten temat też ruszył i naprawdę go polubiłem, pomijając wszelkie trudności na mojej drodze, które pojawiały się nazbyt często.
Skończywszy studia w wieku dwudziestu lat, zostałem jeszcze rok bez pracy w domu, żeby dopracować swoją wiedzę z powyższego tematu razem z ojcem, samemu też psychicznie przygotowywać się do tematu mojej przyszłej pracy. Coraz mocniej czułem się zdystansowany do rodziny pod kątem pracowania w Ministerstwie, lecz nie potrafiłem jednocześnie podjąć decyzji odcięcia się od niej, co skutkowałoby wydziedziczeniem. Sam ten temat pozostawiał mi gulę w gardle, nie potrafiłem tego zaakceptować, musiałem więc znaleźć takie rozwiązanie, które zadowoli mnie i ich. Po tym roku stanęło na tym, że w lekkiej kłótni, która wybuchła między mną, a Razielem, zdecydowałem, że póki co wyjeżdżam z Anglii, szukając czegoś „innego” w jakże kreatywnie, innym miejscu na świecie. Byłem pod takim natłokiem emocji (postawienie się rodzicom kosztowało mnie tyle) sprawiło, że na początku nawet nie przejmowałem się zbytnio faktem, że mogłem być wydziedziczony, dopiero po czasie się tym przejąłem i zacząłem raz na jakiś czas wysyłać listy do rodziców, że u mnie wszystko dobrze. Głównie do mamy, ona była raczej tym moim łącznikiem z całą resztą Whitelightów. Ojciec nigdy się przede mną nie otworzył, wszystko co o nim wiedziałem, dowiedziałem się od mamy, która miała w sobie nieco więcej ciepła.
Wracając, wyruszyłem z Anglii, pozostając finalnie w Rosji, gdzie dość dynamicznie wpadłem w złe towarzystwo, lecz ciężko o inne w tych rejonach. Początkowo mi to pasowało, to był już ten moment, kiedy przez te lata wdzierania mi się do umysłu przez ojca zacząłem widzieć coś, co niekoniecznie było prawdziwe i rzeczywistością, no po krótce mi odbijało, przez co nawet moralnie nie miałem jakiś większych rozterek co do tego, co się tam działo. I nie zrozumcie mnie źle, nie była to organizacja przestępcza typu ekstremalnego, którą można by przyrównać do jakiejś szajki co by najchętniej odrodziła Voldemorta i jego poprzeczników. Tu raczej chodziło o wpływy na dzielnicach i pieniądze, na dużo mniejszą skalę, lokalną wręcz. Tak więc nie było w niej zbyt wielu ludzi, ale roboty było całkiem sporo, ja zaś wykorzystywałem ją do dalszego rozwijania mojego daru legilimencji. Tutaj też dostałem pierwsze rozwiązanie na trapiące mnie wizje czegoś, czego nie ma – jad bazyliszka. Narkotyk, po zażyciu którym się odlatuje, mój mózg natomiast jakby się „naprawiał” i na okres mniej więcej miesiąca, może krócej nie miałem żadnych wizji, nie widziałem już wspomnień na żywo. W tym też miejscu nie przedstawiałem się swoim imieniem, tam też powstało pierwsze użycie mojego „nowego” imienia, Azazel. Bo ogólnie w papierach to ja jestem Seraphielem. Azazel był całkiem śmiesznym dla mnie żartem, przy nim więc zostałem, nawet jak wróciłem do domu, gdzie tylko rodzina się posługuje na obecny moment moim starym imieniem, w pracy i wszędzie indziej mówi się już do mnie „Azazel”.
Ale wracając do odpowiedniej chronologii, po dwóch latach, w wieku dwudziestu trzech lat postanowiłem wrócić do Anglii, w nieco już odmienionej formie, ponieważ wszelkie tatuaże, które obecnie miałem już na skórze, pojawiły się dopiero w Rosji, może jakieś małe, niewidoczne były już wcześniej, lecz o nich rodzina nie wiedziała. Te zaś, z którymi wróciłem, ciężko było ukryć, nie starałem się nawet. Byłem święcie przekonany, że zostałem wydziedziczony, lecz tak się nie stało – ku mojemu zdziwieniu, mój ojciec cały czas bronił mnie przed oskarżeniami innych ważnych person pod naszym nazwiskiem, obiecując, że wrócę. No i wróciłem, lecz z pewnością nie tak, jakby każdy chciał, więc temat ponownie powrócił i stanąłem przed ultimatum – miałem nie istnieć w życiu rodzinnym Whitelightów, czyli nie mogłem pojawiać się na wszelkich imprezach rodzinnych, zaś dodatkowo miałem zatrudnić się w Ministerstwie, żeby „odpokutować” swoje błędy i grzechy. Nie pozostawiając mi nic innego, zgodziłem się, ponownie odczuwając w sobie te wszystkie emocje, które do tej pory leżały gdzieś w moim sercu, zamrożone i uśpione, czekające na odpowiedni moment. Wtedy też szybko ogarnąłem sobie pracę w Ministerstwie Magii, nie idąc jak większość by się spodziewała, do Biura Aurorów, tylko do Departamentu Magicznych Katastrof i Wypadków. To był styczeń bieżącego roku, czyli dwa tysiące dwudziestego pierwszego i zacząłem pracę od typowej papierkowej roboty, wykonując przy okazji staże, by móc w przyszłości awansować. Moja dość zaawansowana już umiejętność legilimencji bardzo mi w tej pracy pomagała, mało kto nawet wiedział, że ją posiadałem – jedynie ci, którzy byli blisko z Whitelightami, sami nimi byli, bądź osobiście im powiedziałem.
Stosunkowo szybko, bo trochę ponad pół roku później awansowałem – we wrześniu zostałem Amnezjatorem, co już było czymś i moje „winy” pozostawały pod znakiem zapytania. Ja nie chciałem poruszać tematu, wciąż uznając, że jest za wcześnie, by zmieniać postanowienia innych Whitelightów. Zresztą, obecnie tego nie potrzebowałem – spełniałem się w pracy, karmiąc się wspomnieniami innych, tych, których często miałem pozbawić tego ciężaru z ich umysłu, najczęściej mugoli, którzy zobaczyli zbyt wiele. Tym bardziej w obecnym czasie, kiedy to wybuchł jakiś ewenement związany z odkryciem zamku Camelot i uwolnieniem klątw na całym świecie, zaś samo to przysłowiowe otworzenie puszki Pandory nie było ukryte przed mugolami i to nasz departament musiał zająć się wieloma czystkami pamięci. Więc nie próżnowałem, pracowałem, przy okazji odnawiając najróżniejsze kontakty sprzed lat, które zaniedbałem, wyjeżdżając do Rosji. Postanowiłem również wyprowadzić się z naszej rodzinnej rezydencji, która normalnie jest w Wells na rzecz Hogsmeade, które było dla mnie mocno sentymentalne i zdecydowanie wygodniejsze w kontekście pracy w Ministerstwie, bycia też powiedzmy w środowisku czarodziejów - byłem wciąż młody, nie zamierzałem spędzać swojego życia w izolacji od świata, które nie miało na nazwisko Whitelight.


Rodzina


Ród Whitelight od pokoleń jest wierny Ministerstwu Magii, w którym to większość jego członków piastuje najróżniejsze stanowiska. Stosunek do Mugoli był i jest różny, choć konserwatyzmu odmówić im nie można, ród znany jest bowiem ze snobistycznej i pogardliwej postawy, niemniej jednak młode pokolenia stają się coraz bardziej przychylne innym rasom. Wielu poparło Voldemorta w trakcie II Wojny Czarodziejów, kierując się rodzinnym mottem „mamy na myśli dobro”. Każdy urodzony z nazwiskiem Whitelight nosi imię pochodzące od aniołów.

Rodzice:
★ Raziel Whitelight (ur. 1969) - żyjący, pracujący w Biurze Aurorów. To on jest przyczyną wszelkich moich problemów z głową, lecz to on przyczynił się również do tego, że potrafię tak dużo i w pełni wykorzystał mój potencjał magiczny, który objawiałem w młodości. Zimny, surowy i nigdy nie dopuszczający do siebie jakichkolwiek uczuć, a przynajmniej w żaden sposób ich nie ukazuje. Nie różni się swoimi poglądami od innych Whitelight'ów, jest równie konserwatywny i jawnie wspiera działalność polityczną KC.
★ Charmeine Whitelight (ur. 1972) - żyjąca, zajmująca się rezydencją. Mam z nią bardzo dobry kontakt, zawsze miałem, to ona dawała mi bliskość i ciepło w życiu, którego brakowało mojemu ojcu. Nie wypowiada się politycznie, bliżej jej moim poglądom, które wciąż zaliczane są do konserwatywnych, lecz można je nazwać tymi "lżejszymi", nie są tak radykalne jak przykładowo mój ojciec.
Rodzeństwo:
★ Sariel Whitelight (2004) - mój brat, nigdy nie mieliśmy jakiegoś wspaniałego kontaktu, dopiero teraz jesteśmy w stanie ze sobą rozmawiąc, w przeszłości zbyt skupiony byłem na sobie.
★ Puriel Whitelight (2004) - moja siostra, z którą sytuacja wygląda identycznie jak z Sarielem, co nie jest wcale dziwne, zważywszy, że są to bliźniacy - zadziałały tu dosłownie te same mechanizmy, przez które nie mieliśmy kontaktu i dopiero teraz, jak wróciłem z Rosji, tworzyliśmy dopiero jakąkolwiek relację.
Dalsza rodzina:
Oprócz takich najbardziej znanych osobistości, to raczej się nie przywiązywałem, mogłem spotkać ich tylko na spotkaniach rodzinnych, dopóki na takich się w ogóle mogłem pojawiać. Potem kontakt totalnie został ucięty i oprócz tego, że wiem, że istnieją, to niewiele więcej się dzieje. Chyba, że są to osoby w Ministerstwie Magii, z którymi mam bezpośredni kontakt, no to wtedy nieco inaczej, ale to raczej oczywiste.



Ciekawostki


★ Może kiedyś nauczę się śpiewać, póki co robię to tylko pod prysznicem;
★ Gustuję w wykwintnych alkoholach i niszowych, a zarazem prestiżowych markach papierosów;
★ Uzależniony jestem od jadu bazyliszka, który pozwala mi utrzymać stabilność psychiczną przez około miesiąc, podczas którego nie widzę zwidów postaci, których w rzeczywistości nie ma, a normalnie bym je widział, gdyby właśnie nie wpływ tej substancji na mój organizm.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Azazel Whitelight

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: Azazel Whitelight QCuY7ok :: 
karty postaci
 :: 
nowe karty
-