Czarodzieje
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.

Share
 

 Nie powinno cię tu być...

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


Prudence Nordman

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Czystość Krwi : 90%
Wzrost : 170
C. szczególne : Blizny, różnej długości, głębokości i szerokości, głównie na plecach i nogach, choć zdarzają się też na ramionach; dołeczki w policzkach
Galeony : 81
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 122
https://www.czarodzieje.org/t19758-prudence-nordman#595083
https://www.czarodzieje.org/t19760-listy-do-prudence#595113
https://www.czarodzieje.org/t19759-prudence#595111
https://www.czarodzieje.org/t19757-prudence-nordman#595026
https://www.czarodzieje.org/t19831-prudence-nordman-dziennik#602
Nie powinno cię tu być... QzgSDG8




Gracz




Nie powinno cię tu być... Empty


PisanieNie powinno cię tu być... Empty Nie powinno cię tu być...  Nie powinno cię tu być... EmptyCzw Lis 05 2020, 18:24;


Retrospekcje

Osoby: @Dickens V. Vardana & Prudence
Miejsce rozgrywki: Wrzeszcząca Chata
Rok rozgrywki: 31/10/2020; właściwie w trakcie balu
Okoliczności: Kiedy przerażona Newman ucieka z balu; Vardana decyduje się pobiec za nią


Pomimo odkrytych ramion, było mi zaskakująco ciepło. Może to przez dudniące w piersi serce, którego bicie odbijało mi się echem w głowie tak mocno, że aż szumiało; może to przez świadomość, że jeśli nie zdążę dobiec na miejsce, to istnieje ryzyko, że rozszarpię po drodze niewinnych ludzi, albo po prostu rzucę się na tłum; "wilkołaki nie mają miejsca pośród czarodziei" obiegnie wszelkie nagłówki. Powoli brakowało mi tchu, ale przecież byłam przyzwyczajona do wysiłku fizycznego. Tylko ten sprint od jeziora do nieco oddalonego, samotnie stojącego domu był, najzwyczajniej w świecie, męczący; nie oglądałam się za siebie też zbyt często, mając świadomość, że przecież mój partner nie pobiegłby ot tak za mną. Zbyt długo stałby osłupiały; kto wie, czy w ogóle zdecydowałby się na ponowny kontakt ze mną po tym, jak go po prostu zostawiłam, samego, gdzie to on zaprosił mnie. Pozostawienie go nie należało do kulturalnych zachowań; co poradzić, skoro miałam na uwadze może i trochę swoje dobro, ale głównie wszystkich imprezujących? Nie chciałam zostać drugą, chodzącą sensacją. Nie chciałam być w centrum uwagi; dostawać anonimowe listy z pogróżkami; zaczepki od ludzi na zasadzie weź, zjeżdżaj stąd.
Zamykając za sobą drzwi do Wrzeszczącej Chaty, dyszałam, próbowałam złapać oddech, ale wciąż nie mogłam pozwolić sobie na marnowanie czasu. Wyciągnęłam różdżkę z buta; szybko pozbyłam się przez machnięcie różdżki obuwia, tracąc kilka centymetrów wzrostu; nie miało to już znaczenia. Postawiłam je pod niewielkim stolikiem, skupiając się już na sukience. Wcale nie była tak prosta do zdjęcia jak mi się wydawało; księżyc na szczęście nie był jeszcze na tyle wysoko, żeby mnie zaskoczyć. Stałam we właściwie samej, czarnej, koronkowej bieliźnie, delikatnie drżąc z zimna i odkładając swoje przebranie na ten stolik; rozpuściłam włosy; dopiero wtedy skierowałam różdżkę na swoją twarz, szepcząc cicho aquamenti, kilka razy. Dopiero gdy miałam świadomość, że całkowicie nie mam makijażu, kolejnym zaklęciem osuszyłam się i, wciąż drżąc, pozbyłam się zarówno swojego stanika jak i majtek, chowając je pod sukienką. Ucałowałam jeszcze własną różdżkę, chowając ją ponownie do swojego buta; otworzyłam starą szafę, której drzwi wciąż skrzypiały i wyciągnęłam z niej ciemnozielony, trochę stary koc - był mój, sama kiedyś go tutaj przyniosłam. Owinęłam się w niego; usiadłam na starym łóżku i nieco się skuliłam, chcąc wytworzyć trochę ciepła dla ciała, choć to niedługo będzie mi względne. W wilczej postaci chłód nie jest aż tak irytujący.
Teraz była to kwestia, może, trzydziestu minut; czułam to w swoich kościach. Kolejna, mniej lub bardziej bolesna przemiana. Kolejna noc spędzona w chacie; teraz wiedziałam, że spędzę tu całą zimę. Nie będę przecież biegała nago po lesie, gdzie temperatura mogłaby spaść poniżej zera. Hipotermia byłaby wtedy na wyciągnięcie ręki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Dickens V. Vardana

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 19
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 192
C. szczególne : ścięte na wojskowo włosy, kilka tatuaży, kolczyk w uchu, jednak najbardziej charakterystyczne jest jego zagryzanie dolnej wargi lub własnych kości u dłoni
Galeony : 141
  Liczba postów : 241
https://www.czarodzieje.org/t17727-dickens-vigen-vardana#499359
https://www.czarodzieje.org/t17743-nie-pisz-do-mnie#499369
https://www.czarodzieje.org/t17728-dickens-v-vardana
Nie powinno cię tu być... QzgSDG8




Gracz




Nie powinno cię tu być... Empty


PisanieNie powinno cię tu być... Empty Re: Nie powinno cię tu być...  Nie powinno cię tu być... EmptyPią Lis 06 2020, 00:26;

Czyli poczuła to tak szybko? Myślał, że dłużej uda mu się utrzymać wokół siebie ten urok. Najwidoczniej wyszedł z wprawy, szczególnie że już dawno nikogo nie musiał oszukiwać. To męczące. Ten uśmiech był rozrywający, jakby nie był wcale prawdziwy, a przecież gdyby nie ten cydr, wyglądałby całkiem podobnie. Wiedział, że ich czas dochodził końca... I przedłużał go, jak tylko potrafił, co na pewno nie umknęło jej uwadze. Nie wiedziała, ale znał powód jej pośpiechu. Tego, że nie spędzi z nim kolejnej godziny, nie zje zaczarowane potrawy, nie przetańczy jeszcze kilkunastu piosenek. Bale nie były dla niego, ale dla niej... Był gotów się poświęcić, powinno być to docenione.
Czy gdyby chciał, zatrzymałby ją? Miał w sobie tyle siły? W ludzkiej postaci oczywiście, że nie stanowiło to problemu. Co, gdy nadejdzie ta wyczekiwana godzina? Nie miał szans, o czym doskonale zdawał sobie sprawę. Był słaby, kruchy... Gdyby powiedział to na głos, na pewno zostałby sceptycznie odebrany. W końcu patrzcie na niego! Tylko ona wiedziałaby, co miałby na myśli.
Kiedy zaczęła się odsuwać, lekko ścisnął jej dłoń, na znak, że wcale nie chciał, aby odchodziła. Był z tym pogodzony, a przynajmniej Dickens, którego dzisiaj poznała. Ten, który przed nią stał, chociaż nie do końca ten sam. Odprowadził ją wzrokiem. Przez chwilę stał w tłumie, pozostawiony z uczuciem palącego policzka. Jakby pocałunek nie był czułym i przepraszającym gestem, a zwykłym śladem po uderzeniu. Poruszał dolną szczęką, jakby faktycznie oberwał. Podszedł do miejsca, gdzie zostawiła swoje odzienie i chwycił płaszcz oraz kapelusz, który założył na czubek głowy. Uśmiechnął się szeroko, do siebie.

***
Pewnie, gdyby nie jego długie nogi, nigdy by jej nie dogonił. Mógł być również wdzięczny morderczym treningom w poprzedniej szkole oraz w domu. Nie widział jej postaci w ciemności, która zapadła, jednak nie trudno było przewidzieć, dokąd zmierzała. Szczególnie że już wcześniej ją śledził, wielokrotnie... Powtarzała ten rytuał, znalazła miejsce, w którym czuła się bezpieczenie... Gdzie czuła, że inni byli bezpieczni. Troszkę nierozsądne rozwiązanie... Co, gdyby ktoś się na nią natknął? Co, gdyby ktoś ją obserwował i poznał jej małe więzienie? Schronienie, klatka... Zwał jak zwał. Nie było tak, że nie wiedział, na co się pisze... Znaczy... Przyłapanie kogoś z wywarem tojadowym nie jest proste, szczególnie kiedy ten ktoś skrupulatnie go ukryta. Chyba tylko raz i to jeszcze przez dosłownie sekundy, zaświtał mu znajomo wyglądający eliksir. I trwało to tak krótko, że nie uwierzył tym informacją. Szedł więc za nią nie wiedząc, czy zażyła swojego małego wspomagacza.
Stanął przed Wrzeszczącą Chatą, zaciskając palce na materiale jej płaszcza. Mógłby przysiąc, że czuł na nim ciepło jej ciała. Było to jednak niemożliwe, tak samo, jak to, co zamierzał zrobić za moment. Ruszył w kierunku miejsca, które szczyciło się okropną sławą. Nic dziwnego, że przyciągało tak wiele spragnionych wrażeń dzieciaków. Sam nie był lepszym śmiałkiem, czasem kończąc jak słaby pierwszoroczniak. Wiatr uderzał go w plecy, a on nawet nie zadrżał, jakby chłód dodawał mu sił, a nie pozbawiał energii.
Ile jeszcze zostało? Trudno mu było określić, jednak kiedy spoglądał do góry, wiedział, że to kwestia tylko minut. Często przychodził tu przed i po pełni, szukając charakterystycznych oznak jej obecności. Jeszcze nigdy nie odważył się przekroczyć tej granicy, którą stanowiła przemiana... Zawsze obserwował ją z bezpiecznej odległości i jeszcze nigdy z osobnikiem, który nie był uziemiony. Nie mógł więc rzucić się na niego, nie mógł go zranić... Zora jednak często poluźniał łańcuchy, a kiedy eksperymentował z podawanymi im środkami, nigdy nie wiedzieli, które działały prawidłowo, a które nie. Zawsze było inaczej. Dickens ustawiał się w jednym miejscu, czasem nawet nie wiedział, czy byli poddawani leczeniu. A wtedy podbiegali w szale i rzucali się z pazurami w jego stronę, zatrzymując się tuż przed jego twarzą. Czasem zmniejszał dystans, również nie wiedząc, czy jego opiekun zacisnął więzy. Niewiedza. Strach. Odporność. Nie pamięta, w którym momencie nie odskakiwał z krzykiem, czy uciekał z płaczem. Lata mijały.
Otworzył drzwi i ruszył schodami do góry.

@Prudence Nordman
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Prudence Nordman

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Czystość Krwi : 90%
Wzrost : 170
C. szczególne : Blizny, różnej długości, głębokości i szerokości, głównie na plecach i nogach, choć zdarzają się też na ramionach; dołeczki w policzkach
Galeony : 81
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 122
https://www.czarodzieje.org/t19758-prudence-nordman#595083
https://www.czarodzieje.org/t19760-listy-do-prudence#595113
https://www.czarodzieje.org/t19759-prudence#595111
https://www.czarodzieje.org/t19757-prudence-nordman#595026
https://www.czarodzieje.org/t19831-prudence-nordman-dziennik#602
Nie powinno cię tu być... QzgSDG8




Gracz




Nie powinno cię tu być... Empty


PisanieNie powinno cię tu być... Empty Re: Nie powinno cię tu być...  Nie powinno cię tu być... EmptyPią Lis 06 2020, 01:21;

Zimno powoli przestawało być problemem; koc, który kiedyś był pomocny w przypadku naprawdę mroźnych nocy, naprawdę sprawdzał się w swojej roli, za każdym razem. I pomyśleć, że legendy o wilkołakach, które zbierały się w tym dokładnie miejscu, wcale nie były wyssane z palca. Nie mogłam tego miejsca nazwać swoją własnością, ale biorąc pod uwagę to, że ostatnimi czasy byłam tutaj jedynym rezydentem, chyba oznaczyłam swoje terytorium, albo pozostałe wilkołaki zwyczajnie zniknęły z okolicy; może znalazły inną kryjówkę dla siebie.
To ciepło, które zapewniał mi koc, równie dobrze mogłoby ułożyć mnie do snu, mimo mojej nagości i świadomości, że mogę nie obudzić się w tym samym miejscu, jeśli tylko ktoś zdecyduje się na wizytę w tym miejscu przez noc. Zresztą nie zasnęłabym, nie dzisiaj; czasem naprawdę mam ochotę podziękować ojcu za to, że tej jednej nocy nie zachował swojego umysłu; sobie natomiast za to, że nie potrafiłam po prostu zostać w jednym miejscu; ale co innego mogło zrobić ciekawskie dziecko, pozostawione jeszcze samo sobie w domu? Nie mogliśmy przecież obwiniać siebie wzajemnie, skoro wina stała po obydwu stronach. Ta prawda chyba bolała najbardziej.
Ile to czasu już minęło? Nawet nie zauważyłam, kiedy zaciągnęłam nogi pod brodę, mocno się do nich przytulając; zawsze tak robiłam kiedy się bałam, szczególnie w samotności; przed przemianą zawsze odczuwałam ten sam strach. Bałam się, że ktoś mnie znajdzie. Bałam się tego, że ktoś tutaj wejdzie. Albo, że znajdą moje ubrania i pomyślą, że zabił mnie wilkołak, a widząc mnie, z rana wyruszą na polowanie tak naprawdę na mnie. Właściwie, zaplanują je na następną pełnię, zupełnie nieświadomi tego, co naprawdę robią. Bałam się zrobić komuś krzywdy, chociaż naprawdę pamiętałam o zażywaniu wywaru i do niczego takie nie powinno dojść. Nikogo nie poćwiartuję; nie wyrwę mu jeszcze bijącego serca z klatki piersiowej. Co najwyżej mogłabym zrobić krzywdę samej sobie, ale czy to nie dlatego po każdej pełni przybywa mi ran i blizn?
Było jeszcze ciemno, kiedy otworzyłam oczy i wyprostowałam nogi, pozwalając bosym stopom dotknąć tych starych desek. Zmysły wydawały już się wyczulić; miałam wrażenie, że wyczuwam czyjąś obecność, niedaleko chaty. Może i to po prostu przechodzeń, zaciekawiony, czy i dziś z wnętrza będą wydobywać się nienaturalne, do tego zdecydowanie nieludzkie wycia? Pokręciłam jedynie głową; wstałam z łóżka i puściłam koc wprost na nie; rano i tak będę musiała doprowadzić to miejsce do porządku, więc po co mam bawić się w jakiekolwiek składanie wszystkiego? Księżyc był coraz bliżej; nienawidziłam tego uczucia na moment przed przemianą. Jakbym tylko raz w miesiącu nie mogła być krwiożerczą bestią, a dwa razy, przez płeć i budowę. Ale ten drugi stan zdecydowanie nieporównywalny jest do tego, co przechodziłam każdej pełni; ból nawet zaczęłam ignorować; nie był po prostu porównywalny.
Przeszłam kilka kroków w stronę okna; cicho i na palcach, chociaż przecież wiedziałam, że jestem tu sama; nie muszę się skradać i doskonale wiem, które deski unikać, żeby pod moim ciężarem nie wydały charakterystycznego skrzypnięcia. Widząc księżyc wychylający się spoza chmur, poczułam to samo, co zawsze. Mieszankę strachu i adrenaliny, przez którą czułam dziwną ekscytację.
Zaczęło się, zdołałam sobie jeszcze powiedzieć, zanim poczułam paraliż w kończynach; mimo tego, nie upadłam na podłogę. To było dziwne jedynie na początku, z czasem człowiek się do tego przyzwyczajał. Czułam, jak palce u rąk powoli stają się grubsze, dłuższe; jak zamiast paznokci pojawiają się ostre, czarne pazury; jęk bólu nie był już moim głosem, a przypominał raczej wycie. To było wycie, najprawdziwsze, wilcze wycie. Czułam, jak wydłużają mi się nogi; dla obserwatora trwałoby to może kilka sekund, dla mnie samej - całą wieczność; mimo wywaru, nadal bolało, chociaż nie tak mocno. Ramiona stawały się coraz dłuższe, twarz przestawała przypominać dziewczęcą, niewinną...
Nie byłam tu sama, jednak było za późno, żeby kogoś ostrzec. Jeżeli wycie niewystarczająco odstraszyło tę osobę. Zdążyłam otworzyć oczy na moment, żeby zauważyć, jak otwierają się drzwi. Koniec przemiany; chwilowy zanik kontroli nad ponad o metr wyższym ciałem, ważącym zdecydowanie więcej niż ja sama. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, kto mógł to być. Nie powinno go tutaj być.
Wilcza głowa odwróciła się w stronę okna, gdzie księżyc był już dokładnie widoczny. Spomiędzy warg wydobyło się głośne, przepełnione pewną goryczą wycie, a potem było to, co zwykle. Zgięcie się w pół, ułożenie rąk blisko kolan, choć wcale nie dotykałam swojej skóry; ciche skomlenie, które miałoby pomóc się uspokoić. Przednie łapy uniosły się na wysokość klatki piersiowej po to, żeby pazury mogły zatopić się w skórze i utworzyć nowe przecięcia w miejscu, gdzie wcześniej ich nie było. W ludzkiej postaci byłby to poczwórny iks dosłownie nad piersiami, z czego ten utworzony małymi palcami zniknie dość szybko, podobnie jak ten palcem wskazującym, jednak ten utworzony z palców serdecznych i środkowych będzie dużą blizną.
Potem już miałam nad sobą panowanie, co było zawsze dziwnym uczuciem, z początku. Musiałam zawsze kilka razy mrugnąć; dopiero wtedy otworzyłam się w stronę postaci, która stała w drzwiach. Dickens, dlaczego musiałeś za mną iść? Czy to obsesja, o której wolałeś nie mówić? Och, gdybyś tylko miał świadomość, że właśnie poznałeś jeden z moich największych sekretów...
Warknęłam w jego kierunku, zupełnie jakbym chciała zakomunikować "odejdź"; sama odsuwałam się w kierunku okna; nie chciałam zrobić mu żadnej krzywdy, chyba że tego właśnie chciał. Zmierzyłam go jeszcze wzrokiem, zatrzymując wzrok o chwilę dłużej na jego nakryciu głowy i płaszczu, który miał w rękach. Zaskomlałam cicho; ale kiedy spojrzałam na jego twarz, po raz kolejny warknęłam; tym razem stawiając jeden krok w jego kierunku. Nie miałam pojęcia, jak zareaguje. Wydawało się, że wiedział o mnie wiele, skoro zdecydował się za mną przejść aż tutaj. Ale ja o nim nie wiedziałam nic a nic. To było odrobinę przerażające.

@Dickens V. Vardana
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Dickens V. Vardana

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 19
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 192
C. szczególne : ścięte na wojskowo włosy, kilka tatuaży, kolczyk w uchu, jednak najbardziej charakterystyczne jest jego zagryzanie dolnej wargi lub własnych kości u dłoni
Galeony : 141
  Liczba postów : 241
https://www.czarodzieje.org/t17727-dickens-vigen-vardana#499359
https://www.czarodzieje.org/t17743-nie-pisz-do-mnie#499369
https://www.czarodzieje.org/t17728-dickens-v-vardana
Nie powinno cię tu być... QzgSDG8




Gracz




Nie powinno cię tu być... Empty


PisanieNie powinno cię tu być... Empty Re: Nie powinno cię tu być...  Nie powinno cię tu być... EmptyCzw Lis 12 2020, 19:00;

Rozsądek był problemem. Zwykłym eliminatorem własnych potrzeb, dosłownie wchodził im w drogę. Powstrzymywał przed zrobieniem czegoś, co jest zgodne z naszą naturą. Dla Dickensa oznaczało to dosłowne ruszenie w paszczę lwa. W tym przypadku istoty, która przeraża większą część społeczeństwa. I większa ta część to jednostki, które na nie polują. Zabijają, wmawiając sobie, że ratują tę drugą część. Nikt nie stara się ich zrozumieć, poznać, przeanalizować. Czy to właśnie chciał zrobić?
Odgłosy chaty mieszały się z obecnością istot żywych. Nie mógł nawet usłyszeć własnego oddechu, a co dopiero kroków, które wprawiały to miejsce w jeszcze większy ryk. Oczywiście nie był istotą, która ten słuch ma wyczulony. Ledwo czuł własne tętno. Kiedy się skupiał, czuł jak, jego klatka unosi się w rytm bicia, co pomagało mu skupić się na teraźniejszości. Chwila obecna, która raczej wydaje się nierealna... Co jest komiczne, bo przecież wszystko, co dotychczas przeżył, wydawało się nierealne. Jakby przez te wszystkie miesiące chodził jak cień własnej osoby, w jakimś popieprzonym teatrzyku. Chociaż bicie było miarowe, serce co jakiś czas uderzało mocniej. Dając znać, że jednak tutaj był... Ciałem i umysłem. Jego ciało faktycznie musiało go uświadomić, w jakiej dokładnie sytuacji się znajdował. W głowie wyglądało to kompletnie inaczej, to tam powinien zachować zimny spokój. Tego był nauczony, to znał, dlatego pojawienie się w nowej dla siebie sytuacji, powinno zaburzyć to wszystko, co w niego wpojono.
Kiedy ją zobaczył, nie była jeszcze przemieniona całkowicie. Jej skóra nie była już naturalnego koloru, wydawała się wręcz przeźroczysta... Każda żyła, każdy mięsień dosłownie przez nią prześwitywał. Jego wzrok spoczął na pazurach, mocno wbitych w ciało. Nie mógł oderwać wzroku od śladów, od strużki krwi, która zsunęła się po wilkołaczym ciele. Ostatnim, na czym skupił całą swoją uwagę to jej oczy. Oczy, które z ludzkich przeobrażały się w wilkołacze, na moment kompletnie zatracając się w przemianie. W niewyobrażalnych doznaniach, przede wszystkim bolesnych, a przynajmniej tak to sobie wyobrażał... Dosłownie wypruwały z człowieczeństwa, czasem doprowadzając do szaleństwa. To widział w czarnych ślepiach Prudence, która stała już w pełni przemieniona. Szaleństwo, nie jest tym, co widział w czarnych ślepiach, chociaż warknięcia, którymi go obdarzyła, mogły człowieka przestraszyć. Były jednak świadome. Przemawiała do niego w sposób, którym aktualnie potrafiła a Dickens, zamiast odsunąć się lub zadrżeć na ten dźwięk, zrobił krok do przodu. Dokładnie, wtedy kiedy sama podsunęła się pod okno.
Wpatrywał się w nią, nie mogąc przestać. Nie mogąc uwierzyć, że to w końcu nastało. Kurwa. Usiadł na ziemi, krzyżując długie nogi w kostkach. Jakby ta sytuacja była najbardziej normalnym spotkaniem towarzyskim, jakiego w życiu doświadczyli. Akurat w momencie, w którym zrobiła krok w jego stronę, ponownie warcząc. Nie było w tym nic ostrzegawczego. Niemal słyszał błagalne, jakby wyższy ton przy ostatnich dźwiękach mu to zasugerował. Wiedział, że zażyła wywaru? W momencie, w którym przemiana została dokonana, a ona spojrzała w jego kierunku... Już dawno jego falki walałyby się po całym pokoju, krew zaczęłaby wsiąkać w stare drewno, może nawet tworząc plamę piętro niżej w miejscu, w którym by padł. Czy gdyby nie wypiła wywaru, poszłaby do miejsca, które może zostać w każdym momencie przez kogoś odwiedzone? Takie, które wcale nie znajduje się tak blisko ludzi... Musiałaby być kimś, kto pragnie krwi.
Dziwne, pomimo jej obecnej postaci, to on czuł, że bardziej jej bardziej.
Analizował. Prąd w koniuszkach palców oznaczał, że jego ciało domagało się więcej. Chciał znaleźć się bliżej, chciał przebyć tę drogę, niwelując dystans, który stworzyli między sobą. Ona, z wiadomych dla siebie i dla niego powodów, a on... Szacunek wobec czyichś przekonań to nie jego sposób funkcjonowania. Jednak w tym przypadku, grał o coś kompletnie innego.

@Prudence Nordman
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Prudence Nordman

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Czystość Krwi : 90%
Wzrost : 170
C. szczególne : Blizny, różnej długości, głębokości i szerokości, głównie na plecach i nogach, choć zdarzają się też na ramionach; dołeczki w policzkach
Galeony : 81
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 122
https://www.czarodzieje.org/t19758-prudence-nordman#595083
https://www.czarodzieje.org/t19760-listy-do-prudence#595113
https://www.czarodzieje.org/t19759-prudence#595111
https://www.czarodzieje.org/t19757-prudence-nordman#595026
https://www.czarodzieje.org/t19831-prudence-nordman-dziennik#602
Nie powinno cię tu być... QzgSDG8




Gracz




Nie powinno cię tu być... Empty


PisanieNie powinno cię tu być... Empty Re: Nie powinno cię tu być...  Nie powinno cię tu być... EmptyNie Lis 15 2020, 14:32;

W jego zachowaniu było coś, co definitywnie mnie niepokoiło. Już nawet ignorując ten fakt, że po prostu nie wyszedł z pomieszczenia, w mniejszym czy większym popłochu, powinno być wystarczającym powodem do pewnego rodzaju zmartwień. Nie podobało mi się to, co robił; ba, nie podobało mi się to, że tu był i jaką informację właśnie zdobył. Mógł wykorzystać to w dowolny sposób - chcieć mnie zabić, sprzedać to światu, nasłać na mnie każdego. A on... usiadł. I patrzył, jakby był dzieckiem przed witryną w sklepie z zabawkami i zobaczył coś, co bardzo mu się spodobało i przykuło jego uwagę. Zupełnie zbił mnie z tropu; nie miałam właściwie pojęcia, co ma znaczyć takie jego zachowanie. Nic dziwnego, że zdecydowałam się zniżyć do poziomu czterech łap i, powoli się do niego zbliżając, trochę nerwowo węszyć, jakbym mogła przez sam zapach dowiedzieć się, co jest nie tak w związku z nim; jakbym chciała wyczuć podstęp.
Dlaczego tylko nie zdecydowałam się na porzucenie pozorów? Przecież mogłabym się na niego po prostu rzucić, stworzyć mnóstwo ran na jego ciele, ewentualnie doprowadzić do śmierci przez wykrwawienie się, a jednak tego nie zrobiłam. I niby dlaczego? Przez konsekwencje, jakie mogłam ponieść? Właściwie, to dość możliwe. Gdybym to zrobiła, ta głęboko skrywana bestia definitywnie zapragnęłaby więcej; pewnie wybiegłabym z chaty wprost do Hogsmeade; koniec końców znalazłabym się w Azkabianie, grobie czy na innym odludziu, bo to są miejsca dla wilkołaków. Nie wśród innych. Szkoda tylko, że ludzie nie potrafią zrozumieć tego, że potrafimy się kontrolować. I nie trzeba nas zabijać, tylko pozostawić w spokoju. Szkoda, że likantropia nie jest traktowana jak zwykła choroba, chociaż nie do końca jest taka zwykła. Zmienianie się w bestię, którą Ministerstwo sklasyfikowało jako XXXXX, nie jest jedną z objaw normalnej choroby.
Ciężko było ukryć fakt, że mimo wszystko trochę obawiałam się do niego podchodzić; w moim środku pozostawała przecież myśl, że jeszcze może będzie chciał mnie zabić; dlaczego więc zignorowałam to na tyle, że podeszłam do niego na tyle blisko, że mój pysk był od niego na wyciągnięcie ręki? Wpatrywałam się w niego swoimi wilczymi ślepiami, mocno podpierając się łapami o deski; gotowa w każdej chwili na cofnięcie się w bezpieczne miejsce. Nawet ogon, chociaż nie był specjalnie długi, skierowany był w dół; chował się między moimi nogami. Otworzyłam lekko paszczę, warcząc jeszcze raz; głośniej i pewniej, chcąc mu dać do zrozumienia, że to ostateczne ostrzeżenie. Że ma się wynosić; zniknąć stąd, dopóki jeszcze ma jakąkolwiek okazję.
Coś mi podpowiadało, że on tu zostanie. I chociaż chciałam odepchnąć od siebie tę myśl jak najdalej, dudniła mi w głowie. On tu zostanie. Przed tobą. Kto wie, jaki ma w tym cel; czy zrobi ci krzywdę, może faktycznie wykorzysta to do jakiegokolwiek szantażu...
I pomyśleć, że gdybym nie zgodziła się na wspólne pójście na bal, to nigdy by do tego nie doszło. A jednak ta pewnego rodzaju duma mi tego nakazywała. Niech teraz ta sama cecha pomoże mi znaleźć wyjście z tej sytuacji, bo chociaż do świtu było jeszcze daleko, niedługo przecież będę zupełnie naga, ze świeżą raną przed chłopakiem, o którym nie wiedziałam zbyt wiele. Przed kimś, kto zdawał się mnie znać lepiej niż ja sama. Gdybym była pod ludzką postacią, zapewne zadrżałabym na tę myśl. Teraz stałam sztywno, choć na łapach; pazury dość delikatnie wbijałam w deski pod sobą, jakby miałoby to pomóc mi w zachowaniu trzeźwego myślenia. Jak tak to sobie tłumaczyłam, to nawet pomagało.

@Dickens V. Vardana
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Dickens V. Vardana

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 19
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 192
C. szczególne : ścięte na wojskowo włosy, kilka tatuaży, kolczyk w uchu, jednak najbardziej charakterystyczne jest jego zagryzanie dolnej wargi lub własnych kości u dłoni
Galeony : 141
  Liczba postów : 241
https://www.czarodzieje.org/t17727-dickens-vigen-vardana#499359
https://www.czarodzieje.org/t17743-nie-pisz-do-mnie#499369
https://www.czarodzieje.org/t17728-dickens-v-vardana
Nie powinno cię tu być... QzgSDG8




Gracz




Nie powinno cię tu być... Empty


PisanieNie powinno cię tu być... Empty Re: Nie powinno cię tu być...  Nie powinno cię tu być... EmptyWto Lis 17 2020, 21:46;

Owszem. Mógł zabawić się z tą informację na każdy możliwy sposób, który mógłby przyjść mu do głowy. Mogła jedynie podejrzewać, jak wybujałą wyobraźnię miał i w jakim stopniu ją wykorzystywał w rzeczywistości. Tak. Rzeczywistość, podobno wiemy, kiedy się w takowej znajdujemy. Czujemy przynależność do świata, nieważne jak odmienni od reszty potrafimy być. Dickens nigdy nie czuł przynależności do rzeczywistości, oglądając wszystko z boku. Pomimo uczestnictwa, cały czas nie mógł pozbyć się uczucia, że dzieje się to poza jego obecnością. Dziwne, niekoniecznie proste do wytłumaczenia. Obecny, chociaż nie nazwałby tego obecnością. Był niezwykle aktywy towarzysko, chociaż to wrażenie na pewno nie ominęło jego własnych towarzyszy.
Zawsze chodziło o coś innego, zawsze coś innego było istotniejsze.
Tutaj. W tym, zapomnianym przez rzeczywistość miejscu, czuł się bardziej realny niż w szkolnej ławce, czy wśród przyjaciół w najlepsze opróżniając kolejną butelkę whisky. Uśmiechnął się do własnych myśli, do obezwładniającego uczucia, które rozchodziło się po ciele... Jakby uderzała w niego ta oczywista prawda, którą przecież znał doskonale. Rzeczywistość była tutaj. A dokładnie znajdowała się przed nim. Byłby głupcem, pozbywając się całego strachu, który czuł wobec tych stworzeń... Wobec niej samej, w końcu była, kim była. Siedział przed nią, a pomimo tego niebezpiecznego pół uśmiechu, pewnego spojrzenia i nonszalancji widocznej w gestach, które wykonywał... Wiedział, że w każdym momencie mogła wbić kły w jego gardło. Co więc jeszcze mówiło jego spojrzenie o ciemnych tęczówkach? Był gotowy na rozszarpanie. Był gotowy na śmierć, która nadejść może w tym momencie, czy w każdym innym. To było najgorsze. Ta dzika pewność w każdym mięśniu, każdym ruchu, uśmiechu, niekontrolowanym tiku. Wszystko w jego ciele i umyśle mówiło, że był gotowy.
A im bardziej chciała się go stąd pozbyć, tym bardziej pragnął tutaj zostać. Bawił się wyśmienicie. Od dawna, nie czując tego uzależniającego zastrzyku adrenaliny. Tego, dla którego zachowywał się jak dziwka wypuszczona w tłum. Szukał klienta, może nawet potencjalnego dilera, który urozmaici doznania tego wieczoru. Chciał wbić się na wyższy poziom, poziom, który rzucał kompletnie inną perspektywę. Zmiany, ciągły ruch... To właśnie kwintesencja życia. Nie mógł powstrzymać szerokiego u paskudnego uśmiechu, który pojawił się na jego wargach. Sam pokazał wszystkie swoje piękne zęby i uderzył górnym rzędem o dolny, wywołując charakterystyczny dźwięk. Wyglądał trochę, jakby dostał szczękościsku, kiedy mocno zacisnął szczęki.
-Jeżeli martwisz się, że zobaczę Cię po przemianie, to nie masz czym. Widziałem to już wszystko.-Widział wszystko, w rozumowaniu, że nie byłaby pierwszą nagą dziewczyną? Czy wszystko dotyczyło jej osoby, której wilkołacze oblicze było czymś bardziej intymnym niż miękka i różowa skóra.
Pewnie wiele rzeczy by się nie wydarzyło, gdyby się nie zgodziła. Nie poszłaby na bal, nie wcisnęła się w ten strój rodem z dziewiętnastego wieku. Nie zatańczyłaby z nim tych kilku jakże znaczących utworów, które wybijały rytm w ich ciałach. Jedno jednak jest pewne. Poznaliby się. A to, w jakich okolicznościach już nie ma najmniejszego znaczenia. Przypadkowo mógł ją potrącić na szkolnym korytarzu, a przez nieznajomość jego osoby, nie wydawałoby jej się to podejrzane. Mógł być zabiegany, rozkojarzony... Wiele historii stworzyłby na poczekaniu, bo nic się tak dobrze nie sprzedaje, jak niewielkie kłamstwo. Proste, bez szczegółów, które mogłyby nas pochłonąć.
Wzrok, który cały czas uktwiony był w górnej części jej ciała, postanowił ruszyć za dźwiękiem, który rozlegał się w przestrzeni... Jak na miejsce, które aż krzyczy różnymi dziwnymi odgłosami, ten, mógł zdecydowanie nazwać i zlokalizować. Nie był wydany bowiem przez chatę. Pazury wbite w deski mogły mieć różny powód, którego jeszcze nie znał. Próbowała się powstrzymać? Oznaka frustracji? Bezradności? Co siedziało jej w głowie? To bardzo ogólne i niemal filozoficzne pytanie, Dick.
-Pozwolisz, że posiedzimy sobie tutaj, bez konieczności odzywania się do siebie...-Kącik jego ust drgnął, jakby go to rozbawiło. No w końcu ona nie mogła powiedzieć nic. Mogła za to odejść, wyjść z bezpiecznej chaty i udać się do lasu, który mógł być dla niej nawet bezpieczniejszy. Głęboko w lesie nie znajdzie uczniów... Tutaj? Był żywym przykładem, że to było możliwe. I jakby to wszystko zawarł w spojrzeniu, którym ją obdarzył... Plus, przecież i tak by za nią ruszył, to chyba zbyt oczywiste.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Prudence Nordman

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Czystość Krwi : 90%
Wzrost : 170
C. szczególne : Blizny, różnej długości, głębokości i szerokości, głównie na plecach i nogach, choć zdarzają się też na ramionach; dołeczki w policzkach
Galeony : 81
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 122
https://www.czarodzieje.org/t19758-prudence-nordman#595083
https://www.czarodzieje.org/t19760-listy-do-prudence#595113
https://www.czarodzieje.org/t19759-prudence#595111
https://www.czarodzieje.org/t19757-prudence-nordman#595026
https://www.czarodzieje.org/t19831-prudence-nordman-dziennik#602
Nie powinno cię tu być... QzgSDG8




Gracz




Nie powinno cię tu być... Empty


PisanieNie powinno cię tu być... Empty Re: Nie powinno cię tu być...  Nie powinno cię tu być... EmptySro Lis 18 2020, 14:51;

Irytował mnie. Właściwie, to wywoływał u mnie całą masę uczuć, z którymi w kumulacji zwyczajnie nie mogłam sobie tak po prostu poradzić. Złość, irytacja - w tej sytuacji było to chyba zrozumiałe, prawda? Naruszył moją prywatność, zdobył informacje, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego, do tego jeszcze zachowywał się jak pewny siebie dupek, ale czy taki właśnie nie był? Z drugiej strony, ogarniała mnie dziwna bezsilność i smutek, a źródło tych uczuć było mi zdecydowanie trudniej wskazać. Czy to świadomość, że znalazłam się w beznadziejnej sytuacji? W potrzasku; martwym punkcie? Cokolwiek nie zrobię, będzie teraz wiązało się z nim. Nie ważne, jak dziwnie, może nawet głupio, to brzmi. Skoro zaszedł tak daleko, to nawet jak ucieknę, to będę mogła się spodziewać, że pobiegnie zaraz za mną. Że mnie znajdzie. Może dlatego czułam ten dziwny niepokój, który dodatkowo sprawiał, że miałam ochotę krzyczeć i płakać jednocześnie? Szkoda, że wilcza forma mnie zdecydowanie ograniczała. Albo i dobrze? Nie wiem, zdecydowanie mam już taki mętlik w głowie, że utrzymanie się trzeźwego myślenia było czymś, na co mniej zwracałam uwagę. Przez to wydobywały się z mojego gardła kolejne pomruki, ciche skomlenia; zupełnie, jakby bestia powoli dobierała się do kontroli, a ja zapominałam o tym, że przecież muszę utrzymywać ją na smyczy. Nie ważne, ile by mnie to kosztowało, to powinno być moim priorytetem.
Dlaczego czułam w środku pewną ekscytację? To kłóciło się z tym, co odczuwałam. Nie pasowało do całości, a jednak było tam; przyspieszało mi bicie serca, jak adrenalina. Może to nie ekscytacja? Ale jeśli nie ona, to co takiego? Myśl, że ktoś odkrył tak starannie ukrywany sekret? Czy to naprawdę wywołałoby u mnie szybsze bicie serca z powodu innego niż strach? Czym była spowodowana ta dziwna mieszanka uczuć? Jestem przecież pewna, że nie miłością, czy innym miłym uczuciem wobec Dickensa, którego przecież nie kojarzyłam jakoś dobrze. Może tylko z lekcji, z twarzy; do balu nie zamieniliśmy przecież z sobą nawet słowa. Wymieniliśmy spojrzenia? Albo i dotknęliśmy się przypadkiem, przechodząc zbyt zatłoczonym korytarzem? Tyle pytań, żadnych odpowiedzi; musiałabym go po prostu o to zapytać, ale jak to uczynić bez zdolności do mowy? Jak sprawić, żeby mówił, kiedy tak naprawdę nie ma się nad sobą kontroli?
Zaraz, co?
Zbyt długo myślałam. Albo to jego słowa wywołały we mnie tyle emocji? Fakt, że i tak widział mnie nagą? To, że zaproponował milczenie w sytuacji, gdzie tylko on mógłby złożyć zdanie składające się z faktycznych słów, a nie sylab? To nie istotne; w momencie, gdy odzyskałam świadomość, ten już leżał przyciśnięty do podłogi, z rozerwaną koszulą, a moja szczęka była zdecydowanie za blisko skóry jego ramienia. Właściwie, to zęby prawie zaciskały się już na nim; całe szczęście nie zdążyłam go jeszcze ugryźć. Wszystko pod kontrolą; jakby całość była zaplanowana przez bestię. I chociaż bez ruchu zostałam przez może pełną minutę, w pełnym szoku; w końcu, bardzo powoli, oddaliłam najpierw szczękę i odsunęłam się od chłopaka, stając przez moment na dwóch tylnych łapach, żeby znowu głośno warknąć; obniżyć się do poziomu czterech łap i odejść od niego, znów do okna, gdzie usidłam.
Nie myśl o niczym, Prudence. Wyczyść umysł, postaraj się skupić nad czymś innym. Zapanuj nad sobą.
Pouczenia ojca dudniły mi w głowie; zapewne musiał być to śmieszny widok, jak wilkołak siedzi pod oknem, potulny jak pies z podkulonym ogonem, do tego cicho skomle. Nie to było w tym momencie kluczowe. Dopiero zauważyłam, że na pazurach jest trochę krwi; ten zapach działał zbyt pobudzająco. Nigdy nikogo nie zabiłam, czy też zraniłam, może poza sobą. Ten charakterystyczny zapach równocześnie budził wszelkie dzikie instynkty, ale i uspokajał, a teraz... Teraz wywoływał mieszane uczucia.
Uniosłam łapę do lewego ramienia, mocno docisnęłam i pociągnęłam w dół. Głośne zawycie, spowodowane bólem i nagły spokój na świadomość, że to tylko moja krew. Nikogo innego. Moja własna. Bo przecież nikogo innego nie ranię.

@Dickens V. Vardana
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Dickens V. Vardana

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 19
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 192
C. szczególne : ścięte na wojskowo włosy, kilka tatuaży, kolczyk w uchu, jednak najbardziej charakterystyczne jest jego zagryzanie dolnej wargi lub własnych kości u dłoni
Galeony : 141
  Liczba postów : 241
https://www.czarodzieje.org/t17727-dickens-vigen-vardana#499359
https://www.czarodzieje.org/t17743-nie-pisz-do-mnie#499369
https://www.czarodzieje.org/t17728-dickens-v-vardana
Nie powinno cię tu być... QzgSDG8




Gracz




Nie powinno cię tu być... Empty


PisanieNie powinno cię tu być... Empty Re: Nie powinno cię tu być...  Nie powinno cię tu być... EmptyPon Lis 23 2020, 12:02;

Emocje. Tak łatwo można było nimi manipulować, bawić się... Skosztować wszystkich po kolei, bo jedna nie dorównywała drugiej. Wzbudzał wiele emocji, a przynajmniej tak podpowiadała mu intuicja. Jeszcze nie spotykając kogoś, kto przeszedłby wokół niego obojętnie. Jeżeli tego chciał, jeżeli sam był zainteresowany... Każdy był dla niego nowym doznaniem, każdy reagował inaczej, a w momentach, w których go zaskakiwali, cieszył się bardziej. Nowe, czasem nawet nudne wyzwania... Zwykłe dziecinne zabawy, które urozmaicały jego dzień. Nic poważnego, nic stałego. Tracił na to czas, czy pożywiał się przed wielkim dniem?
Nie mógł jej ot, tak odpuścić. Czy mogła obwiniać samą siebie za to, że stała się obiektem jego małej obsesji? Gdyby przypadkowo nie dostrzegł wywaru w jej posiadaniu, jego oczy nie zatrzymałyby się na dłużej. Jedna sytuacja, prozaiczna, zwyczajna... Sprawiła, że w jego głowie powstał istny chaos. Jeszcze nic nie siedziało tam tak długo, zwykle odrzucane przez inne, ważniejsze w danym momencie rzeczy. Tak. Wszystko działo się na moment, jak mrugnięcie, które przecież każdy z nas wykonuje milion razy dziennie... Bez świadomości robienia tego.
Gdyby jej nie zaprosił, gdyby nie wykonał tego szczególnego ruchu... Zapewne i tak dzisiaj by tu był. Był wręcz w szoku, jak długo wytrzymał przed wparowaniem do tej chaty przez te wszystkie pełnie, w których był świadomy jej istnienia. Bal był idealny, o odpowiedniej porze, dobry pretekst dlatego, aby wyciągnąć pergamin i napisać tych kilka zdań. Zaczepienie jej na szkolnym korytarzu wydawało się zbyt banalne. Dickens działał z rozmachem, przepych, odpowiednia prezencja, stworzenie obrazka, w który można uwierzyć... Aby po chwili nastąpiło uderzenie, którego nikt się nie spodziewał. Ani widz, ani aktor.
Nie wiedział, co ją rozjuszyło. Mogło to być dosłownie wszystko, bo przecież się jej nie oszczędzał. Jego działania były wykonywane z ostrą premedytacją, chłodną jak na okoliczności. Był temperamentnym dzieckiem, a podczas lat spędzonych w rodzinnym domu, próbowano wyszarpać to, co czyniło z niego tego wyjątkowego członka. Miał być odbiciem kogoś, kogo krew nigdy nie płynęła w jego żyłach. Dickens schował wszystko, co było niepożądane w ojczymowych oczach i słuchał, chcąc wyczerpać z niego wszystko, co tylko mógł. I tak oto otworzył te niewielkie drzwiczki... Drzwiczki które wybuchły, nie pozostawiając po sobie nawet śladu istnienia. Korzystał, tak jak wcześniej, ze wszystkiego, co było podsunięte pod jego nos. Nie miał kontroli nad słowami, ale przecież musiała wiedzieć, że to nieprawda. Nie widział nigdy jej nagiego ciała, a to, co mówił, mogło oznaczać wszystko... I to wystarczyło, myśl. Sprawiła ona zachwianie stanu, w którym aktualnie się znajdowała. Pomimo wywaru, wciąż był delikatny... Szczególnie że naruszył go mocno w momencie pojawienia się tutaj.
Nie zarejestrował jej ruchu, chociaż przez cały ten czas się w nią wpatrywał. Kiedy przycisnęła go do ziemi, jego głowa odbiła się od desek. Ból rozszedł się po jego czaszce, chociaż nie był na tyle mocny, aby zamroczyć mu wzrok. Szeroko otwarte oczy, tak ciemne, jak noc za oknem, wpatrywały się w postać nad nim. Czuł jej oddech na skórze ramienia, czuł jak mocno, trzymała jego ciało. Jej przewaga była zatrważająca, ale przecież o tym wiedział. Wiedział o jej przewadze, o tym, że szczucie jej może okazać się dla niego śmiertelne. Mógł zostać ugryziony, mogła spokojnie pociągnąć go do światka, w którym sama żyła. Nie zrobiła tego. Śmiech to on wydostał się przez płuca, które pracowały tak ociężale.
Kiedy się odsunęła, ponownie wycofując pod okno, przekręcił się na bok, dotykając miejsca na klatce piersiowej. Poczuł skórę, jej delikatną fakturę. W którym dokładnie momencie rozerwała jego kamizelkę i koszulę? Przejechał palcami od pępka do piersi, jednak nie w poszukiwaniu potencjalnej rany. Nie był przerażony perspektywą otrzymania blizny, w kończy czy każdy jakieś nie posiadał? Mniej czy bardziej widocznej. Kiedy podniósł palce na wysokości oczu, dostrzegł najbardziej żywy kolor, jaki udało mu się dotychczas zobaczyć. Mienił się w słabym świetle księżyca, który wkradł się przez okna. Chociaż było ciemno i nie mógł w normalnych warunkach dostrzec prawdziwej jej barwy, jego wyobraźnia mu ją podsunęła. Przecież wielokrotnie ją widział, wielokrotnie bawił się z nią na swój własny użytek. Element każdego posunięcia pędzla, element każdej pracy, którą włożył. Zaschło mu w ustach, co nie było wynikiem szoku. Ekscytacja.
Odwrócił szybko głowę, krzywiąc się przy tym lekko, wyczuwając na tyłach głowy tworzącego się guza. Jednak to jej wycie przyciągnęło jego uwagę. Nie widział, co zrobiła, pochłonięty przez własne fantazje... Mógł jedynie pospiesznie przeanalizować jej postawę, przyciśnięte łapy do ramion. To, co zamierzał zrobić, chociaż nie zdawał sobie z tego jeszcze sprawy, mogło jedynie pogorszyć całą sytuację. I tak to zrobił. Jak zawsze. Kierował się swoimi pragnieniami, swoim ego, zachciankami, czasem tak trywialnymi, że nawet go to już nie poruszało. Na lekkim przykucu, przysunął się do niej, ostrożnie i bez gwałtownych ruchów. Kiedy znalazł się naprzeciwko w niej, w odpowiedniej odległości, która wynikała jedynie z jego dobroci serca... Wyciągnął swoje dłonie. Krew na palcach zastygała, rana była płytka i na pewno nie pozostawi trwałego śladu na jego ciele. Jego twarz wykrzywiał subtelny uśmiech, chociaż szczęka wydawać się mogła zaraz pęknąć od nacisku, jaki na nią nakładał. Co robił? Co oznaczał ten gest? Czy faktycznie chciał powstrzymać ją przed ranieniem siebie? Co mogła wyczytać z jego postawy, z jego oczu... Sama będąc w tej, a nie innej formie?
-Trzeba było powiedzieć, że chcesz, abym się rozebrał. Bylibyśmy kwita.-Mruknął cicho, wiedząc, że słowa dojdą do jej wyczulonych uszu ze zdwojoną mocą. Ryzykował. Jak zawsze. Wszystko albo nic.

@Prudence Nordman
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Prudence Nordman

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Czystość Krwi : 90%
Wzrost : 170
C. szczególne : Blizny, różnej długości, głębokości i szerokości, głównie na plecach i nogach, choć zdarzają się też na ramionach; dołeczki w policzkach
Galeony : 81
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 122
https://www.czarodzieje.org/t19758-prudence-nordman#595083
https://www.czarodzieje.org/t19760-listy-do-prudence#595113
https://www.czarodzieje.org/t19759-prudence#595111
https://www.czarodzieje.org/t19757-prudence-nordman#595026
https://www.czarodzieje.org/t19831-prudence-nordman-dziennik#602
Nie powinno cię tu być... QzgSDG8




Gracz




Nie powinno cię tu być... Empty


PisanieNie powinno cię tu być... Empty Re: Nie powinno cię tu być...  Nie powinno cię tu być... EmptyPią Lis 27 2020, 13:23;

To miała być pełnia jak każda inna, tak? Zaszyłabym się w samotności, wyjąc przeraźliwie i wbijając pazury w skórę czy drewnianą podłogę; tworząc kolejne ślady, zadrapania i blizny, z których kiedyś będę musiała wytłumaczyć się szkolnej pielęgniarce; niesamowicie cieszy mnie to, że przecież zdawała sobie sprawę z mojej przypadłości, choć nie do końca popierała to, jak sobie radziłam ze złością, ze swoimi problemami; jak próbowałam się uspokoić. Bo, trzeba było przyznać, to co robiłam, nie należało do najnormalniejszych. Autoagresja nigdy nie należała do najlepszych rozwiązań; chociaż doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, to nadal w to brnęłam, jakbym po prostu uparła się na to; jakbym twierdziła, ze to było jedyne odpowiednie wyjście. Bo w sumie tak uważałam; wiedziałam, jak skutecznie działa na mnie zapach własnej krwi i świadomość, że krwawię. Nie doświadczałam potrzeby zrobienia tego samego w człowieczej formie, na całe szczęście. Gdybym wylądowała u psychologa, to jeszcze bardziej nie potrafiłabym odnaleźć czasu.
To miała być normalna pełnia. Taka, jak zawsze. Gdyby nie obecność Ślizgona, dosłownie taka by była. Zwykła; zdecydowanie mniej skomplikowana. Nie musiałabym aż tak siebie pilnować; mieć świadomości, że muszę utrzymywać bestię na wodzy, nie dać jej wygrać. Nie ważne, jak bardzo byłaby chętna do wyrwania się ze smyczy; nie mogę pozwolić sobie na to, żeby zaatakowała po raz drugi. Nawet jakbym miała poświęcić na to więcej energii niż dotychczas; nawet jakby psychika doprowadziła pod koniec do płaczu przez najzwyklejszą w świecie bezsilność. Byłabym już w ludzkiej formie, wbijałabym już swoje paznokcie w skórę i, najprawdopodobniej, zaczęłabym po prostu płakać. Nigdy tego nie robiłam po przemianie. Po prostu siedziałam do momentu, gdy nie odzyskałam czucia w nogach; w momencie, gdy pierwszy dreszcz przeszedłby moją nagą skórę, powinnam wstać, owinąć się w koc, powoli ubrać i, pod osłoną wczesnego poranka, uciec do zamku, gdzie mogłabym przez dosłowną chwilę się przespać. Byłam nieprzytomna na zajęciach; jak dobrze, że noc przeradzała się w niedzielę i mogłam spać do woli. Chociaż nigdy nie narzekałam na niedobór akurat tego czynnika.
Zignorowałam go. Znaczy, może nie dosłownie; miałam przecież świadomość, że jest obok, a na jego słowa moje uszy jedynie nieznacznie się poruszyły. Warknęłam tylko w odpowiedzi, skulając się nieco ciaśniej i zmieniając położenie przednich łap. Teraz były na deskach, w które wbijały się pazury. Mocno, na może dwa centymetry głębokości.
Nie wiem, jak mogę nazwać ten stan, w którym jestem całkowicie skupiona, a czas przez to wydaje się mnie nie dotyczyć, podobnie z całym otoczeniem. Poza warknięciami i ewentualnymi skomleniami, z mojego pyska nie wydobywał się żaden inny dźwięk. A nawet nie wiem, czy Dick cokolwiek do mnie mówił; jakby to bestia na to reagowała, gdzie ja tylko dopilnowywałam, żeby nie przejęła kontroli. I gdyby nie pierwsze promienie słońca, które przedzierały się przez korony drzew, nawet nie zdałabym sobie sprawy, że cała noc już minęła. Że nadeszło rano, a moja wilcza forma już znikała. Wracałam do swoich rozmiarów, swojego, znacznie drobniejszego wyglądu. Wielkiego wilka nie było, jedynie skrzypaczka o smukłych palcach i sylwetce, całkiem naga, siedząca pod oknem. Powoli otworzyłam oczy, od razu mrużąc je z powodu niewielkiego światłowstrętu i, zakrywając jednym ramieniem swoje piersi, a drugą dłonią części intymne, powoli wstałam na chwiejnych nogach, odchrząkując cicho.
- Nigdy nie powinno cię tu być - powiedziałam dość cicho, patrząc na chłopaka. Ale nie było w tym żadnej złości, czy nawet irytacji. Jedynie trochę żalu i szczerej goryczy, ale nawet nie miałam formującej się kulki w gardle. Tylko w oczach zabłysnęły przez chwilę zły, ale duma nie pozwalała na uniesienie rąk - jak to, miałam pokazać się w stanie nagości prawie nieznajomemu? Dopiero gdy od niego odeszłam, a drzwi szafy mnie zasłoniły przed jego spojrzeniem, wierzchem kciuka prawej dłoni przetarłam miejsce pod oczami i, drżąc z ogólnego odczucia zimna, otuliłam się swoim, zielonym kocem. Tym samym, który miałam na sobie gdy rozebrałam się przed przemianą. Zamknęłam szafę i, właściwie przez odruch, usiadłam na łóżku, zakrywając swoje ciało jeszcze bardziej; dłońmi wycierając pojedyncze łezki, które spływały po moich policzkach. Nie miałam zamiaru nic więcej mu powiedzieć. Nawet jeżeli szkołę obiegnie informacja o moim przypadku - niech robi, co chce. Przecież ledwo zaczęłam studia, nic tak naprawdę nie stracę jeżeli wrócę do domu. Przyjmą mnie do pracy; mogłabym nawet u ojca pracować...
Tylko dlaczego w mojej głowie zaczęły pojawiać się najczarniejsze ze scenariuszów?

@Dickens V. Vardana
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content

Nie powinno cię tu być... QzgSDG8








Nie powinno cię tu być... Empty


PisanieNie powinno cię tu być... Empty Re: Nie powinno cię tu być...  Nie powinno cię tu być... Empty;

Powrót do góry Go down
 

Nie powinno cię tu być...

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: Nie powinno cię tu być... QCuY7ok :: 
retrospekcje
-