Czarodzieje
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.

Share
 

 Perpetua Whitehorn

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


Perpetua Shercliffe

Nauczyciel
Wiek : 42
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 161
C. szczególne : Styl vintage | Aura wesołości | Chroma prawa noga | Laska - Jarzębinowa Ferula
Dodatkowo : Półwila
Galeony : 1040
  Liczba postów : 1057
https://www.czarodzieje.org/t18317-perpetua-whitehorn#521196
https://www.czarodzieje.org/t18325-sowiszcze-pet#521411
https://www.czarodzieje.org/t18326-relacje-pet#521412
https://www.czarodzieje.org/t18316-perpetua-whitehorn#521191
https://www.czarodzieje.org/t18547-perpetua-whitehorn-dziennik#5
Perpetua Whitehorn QzgSDG8




Gracz




Perpetua Whitehorn Empty


PisaniePerpetua Whitehorn Empty Perpetua Whitehorn  Perpetua Whitehorn EmptySro Lut 26 2020, 21:46;


Perpetua Whitehorn

DATA URODZENIA28 marca 1979 rok
CZYSTOŚĆ KRWI 100%
MIEJSCE URODZENIAAnglia, Forest of Dean w Gloucestershire
MIEJSCE ZAMIESZKANIAHogwart/Londyn
UKOŃCZONA SZKOŁA Hogwart/Hufflepuff
WYBRANA POSADA DO OBJĘCIANauczycielka Magii Leczniczej
PRZEPRACOWANY CZAS W POWYŻSZEJ PRACYDopiero zaczyna
WYBRANY WIZERUNEKVictoria Beyer


Wyglad

WZROST 161cm
BUDOWA CIAŁA Filigranowa, delikatna, acz gibka
KOLOR OCZU Niebieskozielone
KOLOR WŁOSÓW Blond, złociste
ZNAKI SZCZEGÓLNE Wiecznie roześmiana, usta niemal zawsze pociągnięte pomadką - tylko je potrafi pomalować, charakterystyczny ubiór, aura wesołości i...
chroma prawa noga, wspierana laską.
PREFEROWANE UBRANIA Nosi się wyjątkowo kobieco, choć bardziej pasowałoby określenie - dziewczęco. Ostatnie co by założyła to wyzywająca, opinająca ciało kiecka. Nie dla niej nowoczesna moda - jej styl można określić jednym słowem "vintage". Szafę ma wielką, kombinacji wiele, ale prym wiodą sukienki, spódnice 7/8 i koszule wszelkich odmian. Drobne dłonie przyodziewa w wymyślne rękawiczki, chcąc ukryć uwalone tuszem palce. Mimo kuśtykania - nie potrafi odmówić sobie delikatnych obcasów, ale o szpilkach może tylko pomarzyć.


Charakter


Nosi się dumnie, acz nie zadzierając nosa i z naturalnym wdziękiem. Należała kiedyś do klubu pojedynków (nie osiągnąwszy większych sukcesów jako klubowa katarynka i maskotka) i drużyny Quidditcha (po oberwaniu tłuczkiem sobie darowała), była też mentorką dla młodszych uczennic i pomagała im w nauce. Odkryła tym samym, ku swemu przerażeniu - przynajmniej w tamtych czasach - że o wiele lepiej idzie jej uczenie kogoś, niż dbanie o własną edukację. Być może wszystko to zależne było od jej wrodzonego altruizmu - prędzej zawaliłaby nockę na pisaniu referatu dla kogoś, niż dla samej siebie. W końcu siebie mogła zawieść - z kolei innych, po prostu nie potrafiła. I dalej nie potrafi. Jest naprawdę pracowita i sumienna, wszystko co robi jest zamknięte w jej chaotycznym porządku ale zawsze, zawsze zrobione od A do Z. Uwielbiała - i dalej to robi - zajęcia teoretyczne, praktyka nie przychodziła jej już tak łatwo - musiała sporo ćwiczyć, aby uzyskać zadowalające efekty. Dzięki temu, i swojej ambicji, została tytanem pracy o wiedzy teoretycznej godnej encyklopedii - nie tylko tej magicznej. Lubiła się uczyć od zawsze, zwłaszcza poprzez czytanie czy obserwację. Często zaczepiała starszych uczniów - a potem i współpracowników - by pokazali jej coś, czego chciała się nauczyć, tak też rozwinęła u siebie naśladownictwo. Zakochana w magii leczniczej od pierwszego kontaktu z nią - nawet transmutacja nie zrobiła na niej tak piorunującego wrażenia jak Uzdrowiciel składający jej połamaną nogę. Uważa ten dział magii za najpiękniejszy sposób wykorzystania tej nieokiełznanej siły.
Jej absolutną miłością jest jednak pisanie. Nie w sensie, pisanie powieści, poezji etc. a sam fakt, sama czynność jaką wykonuje. Kompletnie się w tym zatraca, jak malarka pracująca nad obrazem. Traci wtedy też poczucie czasu i daje ponieść się flow. Często-gęsto jej najbliższe otoczenie zostaje pięknie wykaligrafowane przypadkowymi słowami jak "mleko" czy "oralność".
Co do oralności - Perpetua potrafi pięknie mówić. Prawdziwa złotousta, umie dosłownie pieścić słowem, uwielbia prawić komplementy i rozmawiać w ogóle. Choć trzeba zauważyć, że pozwala sobie na zbytnią poufałość, zwłaszcza w stosunku do pracodawcy czy wyższych rangą, albo i nieznajomych mijanych na ulicy. Po bliższym poznaniu jednak wychodzi na jaw, że Pet nie próbuje się podlizywać, ona po prostu taka jest. Szklanka wody jest zawsze do połowy pełna, a wszyscy ludzie są wspaniali. To też czyni ją dość łatwym celem dla manipulatorów, wszystkich idealizuje i dla wszystkich znajduje usprawiedliwienia, przez co sama zakłada sobie klapki na oczy. Mimo to nie jest głupia, owszem, daje dużo szans na rehabilitację, potrafi wybaczać - ale nie zapomina. Postawiona pod ścianą walczy jak lwica - zwłaszcza w obronie innych.
Poza tym, jak już ktoś zawróci jej w głowie, a nie-daj-Merlinie da się pokochać, to może liczyć na relację jak z harlekinów. Prywatnie to nieuleczalna romantyczka, szybko potrafi dać się porwać zauroczeniu, choć nie jest zbyt śmiała w okazywaniu "romantycznych" emocji. Mimo to, trzeba być ślepym, żeby nie widzieć jej wielkich maślanych ślepi i pąsowych polików. Co innego jednak przyjacielskie relacje - jest typową, kochaną przylepą, uwielbia się przytulać i ograniczać ludzką przestrzeń osobistą. Choć jest w tym tak naturalna, że rzadko kiedy budzi tym negatywne emocje. Jest niczym Słońce, które ogrzewa wszystkich wokół, nie oczekując nic w zamian. Ma niezwykle rozwiniętą intuicję i umiejętności interpersonalne. Bądź pewien, że jeżeli staniesz w pobliżu Pet z niemrawym humorem - złotowłosa będzie pierwszą, która znajdzie się u twego boku z gotowym pocieszeniem. Chcianym lub nie - jest na tyle uparta, że i tak je dostaniesz. Lubuje się też w pozostawianiu wszystkim kaligrafowanych notek i liścików z miłym słówkiem czy spisanym na szybko - kiepskim raczej - wierszem.


Historia


Greenwich Park zalany był promieniami słońca, przyciągając na swe zielone połacie traw liczne, londyńskie rodzinki. W tym także i Whitehorne'ów. Tak jak co sobotę, całą gromadą wybierali się na piknik na świeżym powietrzu. Aktualna głowa rodu, rudowłosy i dumny jak paw Daniel Whitehorn prowadził pod rękę swą piękną żonę Lyannę. Zaraz za nimi dreptała trójka rodzeństwa, rude i piegowate, jedenastoletnie bliźniaki, Rose i Douglas, podtrzymujące między sobą za rączki trzyletnią Perpetuę. Maleństwo wybuchało śmiechem co kilka kroków, gdy rodzeństwo wyrzucało ją w powietrze z głośnym okrzykiem "HOPAAAAA!".
Usadowili się na małym skrawku zielonej trawy, rozłożywszy wcześniej, klasyczny, wyjęty jak z reklamy, biało-czerwony kocyk w kratę. Lyanna podparła ręce na biodrach komenderując resztą rodziny. Nawet mała Pet miała za zadanie wypakować z - wiklinowego oczywiście - koszyczka babeczki, starając się nie zlizać od razu całego lukru. Daniel starał się dostroić radio - którego i tak nie było słychać wśród zgiełku, ale tradycja to tradycja, a bliźniaki rozkładały piknikową zastawę i resztę przygotowanego jedzenia. Kiedy wszystko było już na swoim miejscu, nawet matka rodu uśmiechnęła się słodko.
- Otwieram kolejne posiedzenie Whitehorn'ów! - Lya klasnęła w dłonie, a Pet zawtórowała jej swoimi malutkimi rączkami zanosząc się chichotem. Aż zadławiła się śliną.
- Cholera! - Na ratunek od razu rzucił się tata klepiąc po plecach zanoszącą się kaszlem córkę. Ta poczerwieniała z wysiłku, aż kaszel przerodził się w solidny płacz. - Uważaj, aniołku... - Tatusiowie jednak wiedzą jak uspokoić swoje córki. Daniel zakosił swej żonie różdżkę - gdyż własnej było mu jednak szkoda - i wetknął ją szybko w rączki małej blondynki.
- Ooooh! - aż sapnęła z podziwu dziewczynka i... zamachnęła się.
- IDIOTO! - zdążyła jeszcze rzucić mięsem w męża Lyanna, kiedy z końca jej skradzionej różdżki buchnęły płomienie. Ku uciesze całego rodzeństwa i ku przerażeniu małżeństwa - przyjęły one serpentyny ognia i popędziły przez skwer, przypalając wszystkim napotkanym brwi.
Daniel uśmiechnął się przepraszająco do żony.
- Amnezjatorzy będą mieli roboty... - zaśmiał się nerwowo, uciekając wzrokiem przed ciskającymi pioruny oczami ukochanej żony.




Profesor zaklęć i uroków przynudzał. Przynudzał jak zawsze. To była jego broń przeciwko rozbrykanym uczniom Hogwartu. Jeśli byli wystarczająco znużeni odechciewało im się wszystkiego, zwłaszcza w obliczu tak pięknej, niewiarygodnie mało angielskiej, pogody.
Pet się jednak nie nudziło, ba! Zaklęcia i uroki z profesorem Flitwickiem to były jedne z jej ulubionych zajęć w szkole. Była słuchowcem, więc w lot zapamiętywała teorię, także nie musiała zajmować się notatkami. Właściwie pergamin przed jej nosem był całkowicie, idealnie czysty, a ona mazała z zapamiętaniem i finezją po lakierowanej ławce.
- Będę musiała popracować nad S, nie podoba mi się... - stwierdziła pod nosem rozmazując palcem wykaligrafowany NOS. Ostatni czysty palec utracił swój status wraz z wchłonięciem ciemnozielonego atramentu. Perpetua podniosła dłoń do ręki podziwiając z niejaką przyjemnością swą prywatną, atramentową tęczę.
W tej samej chwili kątem oka spostrzegła ruch. Na jej wyciągniętej ręce wylądował papierowy albatros prężąc skrzydła. Mrugnął papierowym okiem po czym rozwinął się, ukazując napisaną - w miarę starannie - wiadomość:

Dzisiaj przy Pomniku Hipogryfa? Tak czy nie? Uśmiechnij się dla mnie
Albin


Podniosła głowę, szukając wzrokiem blond młodzieńca, od którego dostała liścik. Motylki w jej brzuchu zatrzepotały kiedy zetknęła się wzrokiem z wielkimi, czarnymi oczami Albina. Coś aż szurnęło jej pod czaszką.
- Tak! - zerwała się nagle na nogi i błysnęła szerokim uśmiechem do swego adoratora, uskrzydlona, rozanielona i momentalnie trafiona amorkiem.
- Bardzo dobra odpowiedź Panno Whitehorn, ale... nie musi Panienka wstawać, usiądź - wtrącił się profesor Flitwick nieświadomy rozkwitającego uczucia.
- O-oczywiście!
Może to właśnie ten jedyny? pomyślała rozmarzona Perpetua siadając na swoje miejsce. I nie trafiając na krzesło.




Choć wiele w jej szkolnym życiu było zauroczeń, Pet skupiała się na jednym - dążeniu do pracy Uzdrowicielki. Na początku może nie była specjalnie zmotywowana... Wiedziała, że bycie Uzdrowicielem to zawód szczególny - w końcu jako członkini Whitehornów, nie raz, nie dwa widziała jak nawet wybitni zawodowcy łamią się po upadkach z mioteł - to właśnie odziani w żółto-zielone szaty czarodzieje składali wszystkich do kupy. Dzień jak co dzień. Co innego jednak, jak sama została dosłownie pogruchotana w czasie jednego z meczów Quidditcha. Będąc tuż za zniczem, prócz wszystkich oczu, ściągnęła na siebie także tłuczki. I to dwa.
Widząc, jak na jej oczach, dosłownie będąca w strzępach noga wraca do normalności, poczuła się jakby doznała olśnienia. I od tamtej pory zaczął się jej pościg nie za zniczem, a za żółto-zielonymi szatami Uzdrowicielki.
I konsekwentnie do tego dążyła. Krok po kroku. Kurs po kursie. Nawet w czasie rewolty Voldemorta i Bitwy o Hogwart - po której tylko upewniła się w swoim wyborze ścieżki zawodowej.




Stukot jej laski niósł się echem po korytarzu kamienicy. Utykała delikatnie, lecz nie zwalniała. Po wczorajszym pojedynku dwóch czarodziejów pod London Eye miała w cholerę roboty jako praktykantka w Mungu. A była bardzo dobra w swojej robocie. Skrupulatna, rzetelna, ale i współczująca. Nigdy nie zostawiała pacjentów bez odpowiednich porad, zapasów eliksirów i fasolek wszystkich smaków Bertiego Botta. Terenowi podopieczni nie mogli doczekać się jej wizyt.
Prawa noga dawała o sobie znać, wysyłając impulsy bólu do galopującego mózgu blondynki. Przypomniała sobie opowieść swojego rodzeństwa jak to będąc brzdącem puściła płomienny pocisk w Greenwich Park. Wcześniej to było śmieszne, teraz współczuła tamtym amnezjatorom. Widocznie karma wraca. Cholera.
Wypadła jak strzała z kamienicy i ruszyła pod kolejny adres na długiej liście. Trzewiki z podbitymi w podeszwach żabkami stukały wdzięcznie o brukowany chodnik. Myśli Whitehorn płynęły wartkim strumieniem, co tym razem będzie potrzebowała Pani Moose...?
Skręciła w prawo i z impetem odbiła się od mężczyzny stojącego tuż za rogiem. Zaplątała się o własne nogi, ale dzięki lasce udało jej się utrzymać równowagę.
- Najmocniej przepraszam, sir... - zaczęła, odgarniając niesforne złote pukle z oczu i podniosła wzrok.
Puk. Puk.
Przed nią stał model. Model z krwi i kości i to jeszcze w mundurze policjanta! Serce Pet zaczęło tańczyć w rytmie Cza-Cza, a Amor puścił kolejną serię pocisków w jej serducho. Przypominało już bardziej jeża, niż mięsień, ale miejsca na kilka(naście) strzał jeszcze było. Mężczyzna wyglądał na śmiertelnie poważnego.
- Ktoś Panią goni? - spytał wyraźnie zaniepokojony wyglądając zza rogu kamienicy.
Kobieta spąsowiała i zaśmiała się nerwowo, wachlując się dłonią.
- Ależ skąd, po prostu szybko chodzę - palnęła na szybko i widząc zdziwione spojrzenie policjanta, uśmiechnęła się promiennie. Szatyn mimowolnie odwzajemnił ten podarowany mu promień słońca i Amor przygotował kolejną salwę. - Piękny uśmiech - dodała Whitehorn, niewiele myśląc.
- Przepraszam? - zakłopotał się mundurowy, cofając się o krok od kobiety.
- Nie trzeba, nie gniewam się! - oświadczyła szybko, nadrabiając odebrany krok - Może kawa Panie Władzo? - wóz albo przewóz.
Na kark mężczyzny wypłynął rumieniec. Trafiony.
- Kawa - chrząknął i uśmiechnął się nieśmiało nadstawiając ramię kobiecie - Właśnie kończę służbę, a Pani...
- Perpetua Whitehorn, ale mów mi Pet.
- Thomas Quill, ale wystarczy Tom.
Tak, to ten pomyślała, cała w skowronkach.




Choć jej kwitnący związek pochłaniał ją niemal całkowicie - głównie za sprawą chorobliwie zazdrosnej, drugiej połówki, którą coraz trudniej było wodzić za nos - Perpetua sukcesywnie wspinała się po szczeblach kariery w Szpitalu św. Munga. Głównie za namową rodziny, ale i dlatego, że większość jej znajomych obracała się w środowisku Quidditcha - przeszła z Urazów Pozaklęciowych na Wypadki Przedmiotowe. Wszystko zaczęło się od złamanej nogi, a teraz sama Whitehorn takie nogi składała. Choć koniec końców, pełniła dyżury na jednym i drugim oddziale...
Złotowłosa, sprężystym, acz nieco koślawym, krokiem, odziana w żółto-zielone szaty, przeszła właśnie na Urazy Pozaklęciowe, żeby odwiedzić swoich "dawnych" podopiecznych. Już w czasie studiów zaczęła pracę właśnie tutaj i większość przewlekle chorych pacjentów traktowała jak członków rodziny. I nie tylko ona - wszyscy ją znali, i najzwyczajniej w świecie kochali.
A zwłaszcza wiekowy Archibald, który nie wiadomo jak i czemu - oślepł od zaklęcia Lumos Maxima. Pet podejrzewała ingerencję w różdżkę Archibalda, ale tego już nigdy nie zdążyła zbadać...
- Dobry wieczór Archie! - zaszczebiotała, wchodząc do jednoosobowej salki niepełnosprawnego czarodzieja. Zasuszony niczym stara węgierka stary Łamacz Klątw, uśmiechnął się bezzębną szczęką na sam dźwięk głosu młodej Whitehorn.
- G-Gdybym t-tylko był o dwadzieścia lat młodszy... - zaczął, ale Pet weszła mu w słowo:
- To mógłbyś być moim pradziadkiem, Archibaldzie - dokończyła za niego, chichocząc i poprawiając starcowi poduszki. Niczym wnuczka właśnie, pogładziła go po zupełnie białych, acz zadziwiająco bujnych włosach.
- Dałabyś czasem pomarzyć, dziecinko...
- Właśnie dlatego... Przemyciłam dla Ciebie trochę Eliksiru Słodkiego Snu... Tylko shhhhh! - Naznaczona zmarszczkami i bliznami, twarz starca zdawała się nagle wygładzić a jego zasnute bielmem oczy zaczęły emanować wdzięcznością. Archibald Prewett cierpiał na bezsenność od lat.
- Ja... - głos zdławił mu się ze wzruszenia i odnalazł zasuszoną dłonią, drobną rączkę Pet. - Zostań ze mną póki nie zasnę.
- Oczywiście Archie, jak zawsze.
Starzec nie spał od 4 dni, odkąd Pet przeszła na inny oddział. Zapomniało o nim cała rodzina, ale nie młoda Whitehorn.




Wysoko na niebie wisiał już księżyc, kiedy Perpetua wracała do swojego domu na przedmieściach Londynu. Była owinięta w gruby płaszcz, do pary z wełnianym szalem i rękawiczkami, niestety beret zgubiła na akcji, a jak wiadomo najwięcej ciepła ucieka przez czubek głowy i stopy. Trochę już dygotała, nie tyle z zimna co z emocji. Rzadko kiedy zdarza się, że podczas rutynowych badań na izbę przyjęć wpada czarodziej i to co najmniej, negatywnie nastawiony. Była dumna z siebie, że nie dała się rozbroić - szczęśliwie pamięć mięśniowa z klubu pojedynków gdzieś tam pod skórą się tliła. Interwencja aurorów była jednak nieunikniona, jeszcze trochę i zostałaby podpalona - w najlepszym wypadku.
- Na pewno wszystko dobrze? - spytał Karl. Jeden z aurorów departamentu, jej dobry kolega ze studiów, uparł się, że odprowadzi ją pod sam dom. Próbowała odmówić, ale jego obecność okazała się jednak pokrzepiająca.
Skinęła głową, próbując opanować tańczące szczęki.
- Dzięki, że mnie odprowadziłeś, złotko. - Kobieta zatrzymała się przed bramą jednopiętrowego domku. W salonie paliło się światło - a więc Thomas jeszcze nie spał i na nią czekał. Powinna była się ucieszyć, ale miała co do tego złe przeczucia, aż coś ścisnęło ją w dołku. Zasłony poruszyły się delikatnie, kiedy odwracała od nich wzrok.
Wysoki auror machnął ręką i uśmiechnął się szeroko.
- Nie ma za co Pet, zawsze do usług - wykonał teatralny ukłon, na co kobieta roześmiała się wesoło.
- Słodki jesteś, czasem zazdroszczę twojej żonie - stwierdziła złotowłosa składając szybkiego buziaka na szorstkim policzku kolegi - Uważaj na siebie w drodze powrotnej i pozdrów ode mnie dziewczynki.
- Ciepłe słowa od cioci Pet zawsze mile widziane - skinął jej głową na pożegnanie i rozejrzawszy się po pustej ulicy, deportował się.
Nie czekając na nic więcej, Perpetua ruszyła prosto do domu. Kiedy tylko otworzyła drzwi, poczuła jak otacza ją gęsta aura, aż nie mogła złapać głębszego oddechu. Puls jej przyspieszył.
- Tom, skarbie? - przeszła do salonu i aż ją wmurowało. Jej mąż stał na środku dywanu, potężny, wielki, przystojny i niesamowicie spięty. Dopiero po sekundzie do niej doszło, że jest na granicy furii, aż skuliła się w sobie. Mimowolnie przycisnęła laskę do swojej wątłej piersi.
- Kto to był? - głos pozornie spokojny, niczym gliniarz na przesłuchaniu, zdradzał napięcie.
- To tylko... - aż podskoczyła kiedy doskoczył do niej w jednej sekundzie i uderzył pięścią we framugę, tuż obok jej głowy. A więc to było pytanie retoryczne.
- KOLEJNY ZAWSZONY MAG! - wydarł się, a Pet skurczyła się jeszcze bardziej. Odkąd z drogówki przenieśli go do kryminału, zamknął się w sobie, bywał agresywny wobec innych, ale przede wszystkim - zaczął dosłownie nienawidzić świata magii, do którego należała jego własna żona. Próbował nawet wymusić na niej zmianę pracy - na niemagiczną, co jednak Perpetua zanegowała. Kochała swoją pracę! Uwielbiała pacjentów, a ich domowy budżet był głównie zasilany jej zarobkami, co dodatkowo mężczyznę mierziło. "Utrzymuje nas krzywda moich ludzi" mawiał wtedy, co bardzo jego żonę bolało. Nie rozumiała w ogóle, o jakiej krzywdzie mówił. Ona krzywdziła? Była Uzdrowicielką, do cholery, ona wszystkie krzywdy l e c z y ł a!
Pogroził jej palcem.
- Jeszcze raz... jeszcze raz pójdziesz do tej... pracy - ostatnie słowo niemal wypluł - A osobiście dopilnuję, żeby cała ta twoja cyrkowa zgraja została zdemaskowana.
Przestała oddychać. Zimny pot wystąpił na jej czoło i zadygotała potężnie. Czy jej własny mąż, ten, którego kochała, z którym żyła w jednym domu i spała w jednym łóżku właśnie jej groził?
I nagle to do niej doszło. To dlatego Thomas "nie przepadał" za jej znajomymi, których mu przedstawiała i powoli odcinał jej kontakt z resztą rodziny. Dlatego matka była wściekła za każdym razem, kiedy wspominała o mężu. "Ten facet to żmija, nie jest dla Ciebie, Pet" mawiała zawsze Roseanne, kiedy Tom tylko znikał za drzwiami. Przecież ona nawet nie mogła korzystać z magii w domu! Chciał ją od tego odciąć. O naiwności...
- Oddaj różdżkę - usłyszała jego głos jak przez ścianę. Cedził wszystko przez zaciśnięte zęby. Uniosła wzrok na twarz męża. To już nie był ten sam mężczyzna, z którym pijała białą kawę porankami. Patrzył na nią despota, który nienawidził tego kim była.
Cofnęła się o dwa kroki.
- Nie, Tom - odparła, czym momentalnie wywołała jego furię. Tylko dzięki temu, że była drobna - a on dodatkowo pijany, co dopiero teraz poczuła - zdołała uniknąć miażdżącego uchwytu. Przebiegła mu pod ramionami, wbiegając do salonu i odwracając się do niego.
- Sama tego chciałaś! Wywłoka! - warknął i, Perpetua nie mogła w to uwierzyć, sięgnął po Glocka wetkniętego za pasek spodni. Znów, tego samego dnia, ocalił ją jedynie refleks.
- Drętwota! - krzyknęła, wydobywając różdżkę ze swojej laski. Nie chybiła, mężczyzna padł na kafelki z wyrazem furii na twarzy i bezbrzeżnego zdziwienia w oczach. Pet podeszła do niego, oddychając spazmatycznie. Jej mąż chciał do niej strzelić.
Łzy ciekły jej po policzkach, wiedziała, co to oznaczało.
Jej małżeńskie dni właśnie dobiegły końca. Ale... poczuła się lżejsza.




Po bardzo szybkim rozwodzie i jeszcze szybszej wyprowadzce z domu Quilla - z asystującą jej starszą siostrą, Perpetua wróciła do domu rodzinnego Whitehornów. Mimo raczej ograniczonych kontaktów przez ostatnie lata... Przyjęli ją z otwartymi ramionami, szczęśliwi i wyposażeni w jej ulubione, słodkie wino. Pet już dawno nie czuła się tak maleńka, jak w chwili, kiedy objęła ją, już siwiejąca nieco, Lyanna. Gładziła swoją przyszywaną córkę po złotych puklach, mrucząc uspokajająco melodię, którą nuciła Pet w dzieciństwie.
- Moje słoneczko... wróciłaś...
Perpetua już dawno, naprawdę dawno, tak bardzo nie płakała. Ale ze szczęścia.
Jeszcze tego samego popołudnia, jedząc rodzinny obiad ze wszystkimi Whitehornami - nawet z Douglasem, obecnie wielkim byznesmenem, Pet powróciła do świata żywych. Zatraciła się w odnawianiu zerwanych znajomości - ale i w pracy, bardziej niż kiedykolwiek. Dopóki stary, dobry Devlin nie podsunął jej możliwości połączenia przyjemnego z pożytecznym...




- Dobrze, Pani Whitehorn, teraz ostatnie pytanie - powiedział zastępca dyrektora, prostując się na krześle - Wiem, że jest dość osobiste, ale ważne jest dla nas, aby wszyscy pracujący w Hogwarcie byli na czysto. Nie ma nic w Pani papierach na ten temat, ale obiło mi się nieco o uszy - pochylił się nagle do Pet przez biurko i zniżył głos - Co to za sprawa z Pani byłym mężem?
Już myślała, że chodzi o nielegalne wykorzystywanie świstoklika, by spędzić urlop "pomałżeński" we Francji. Aż jej ulżyło i zaśmiała się serdecznie na pytanie swego interlokutora. To akurat wbrew pozorom żadna tajemnica nie była, wszyscy jej bliscy znali prawdę. Była potem też przesłuchiwana w Ministerstwie Magii w związku z "atakiem" na własnego męża.
- Szanowny Panie, nie mam nic do ukrycia - rozłożyła ręce odziane w śliczne koronkowe rękawiczki - Mojego byłego małżonka przerósł związek z czarownicą. Najpierw próbował wymusić na mnie rezygnację z magii, potem zagroził złamaniem Międzynarodowego Kodeksu Tajności. Jako wysoko postawiony człowiek w mugolskich służbach kryminalnych mógł narobić sporych szkód, poza tym chciał mnie zastrzelić, kiedy nie zgodziłam się oddać mu różdżki - widząc przerażenie mieszające się z podziwem na twarzy szpakowatego urzędnika, wzruszyła ramionami - Udało mi się obezwładnić go zaklęciem, to tyle - zakończyła, choć były to raczej gorzkie wspomnienia.
Dyrektor zadumał się na chwilę, odchyliwszy się w fotelu. Perpetua zlustrowała go wzrokiem: pomimo siedzącej pracy, trzymał się prosto i był szczupły, srebrne skronie tylko dodawały mu charakteru. Tworzył przyjemny dla oka obraz. Poza tym miał p r z e p i ę k n y brytyjski akcent, od którego kobiecie miękły nogi. Rzadko kiedy słyszy się tak doskonały british english. No i czytelnie pisał, niecodzienna cecha męskich urzędników.
Na ziemię sprowadziła ją dłoń mężczyzny spoczywająca na jej ramieniu. Nawet nie zauważyła kiedy wstał, więc szybko zerwała się na nogi, nie chcąc okazać braku szacunku.
- Nie pozostaje mi nic innego jak powitanie Pani w naszych szeregach, Pani Whitehorn - powiedział, uśmiechając się ciepło i ściskając delikatnie jej ramię. - Niewątpliwie Pani doświadczenie w Mungu czyni Panią jedną z lepszych kandydatek na nauczycielkę Magii Leczniczej.
Mężczyzna absolutnie nie spodziewał się tego, co nastąpi po jego słowach. Z umalowanych na bordowo ust kobiety wydobył się wysoki, radosny pisk. Whitehorn zdawała się nagle migotać ze szczęścia, zarzuciła mu ramiona na szyję i obdarowała trzema soczystymi pocałunkami w policzki, aż szminka odbiła się na skórze.
- Dziękuję! Bardzo, bardzo dziękuję!
Po czym wyleciała z jego gabinetu jak na skrzydłach. Jeszcze nie widział, żeby ktoś się tak cieszył z posady nauczyciela w Hogwarcie. Nie miał też pojęcia, że ten chodzący promień słońca właśnie rozpoczynał swoje nowe życie.


Rodzina


★ Devlin Whitehorn - przyszywany dziadek, kochany, zapracowany, stary biznesmen. Wielki pragmatyk, ale i showman jakich mało. Założyciel spółki Mioteł Sportowych. Tytan pracy i wielki wzór dla Pet, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie zawodowe - kobieta nie omieszka zasięgnąć u niego rady.
★ Leopoldina Whitehorn z domu McCoffee - przyszywana babcia, wielka miłość Devlina i... mugolaczka. Dzięki jej nieczarodziejskiemu podejściu do biznesu, Racing Broom Company wybiło się na zmonopolizowanym rynku mioteł. Z uporem maniaka swata wszystkie swoje wnuki.
★ Daniel Whitehorn - ojciec adopcyjny, kropka w kropkę skóra zdjęta z Devlina, facet ma rozmach. Taki rozmach, że niemal puścił z torbami Spółkę. Widocznie odziedziczył po ojcu wszystko, prócz smykałki do biznesu. Swoje dzieci kocha nad życie - nawet jeśli nie jest to krew z jego krwi.
★ Lyanna Whitehorn z domu Dodderidge - matka adopcyjna, kolejna mugolaczka w rodzinie i najlepsza matka na świecie. Wbiła się głęboko w świat czarodziejski, pomimo swojego pochodzenia i choć nigdy nie podjęła pracy zawodowej, rozwinęła całkiem sporą sieć znajomości w magicznym światku. Znana ze swoich przyjęć - i wielka fanka Quidditcha.
★ Douglas Whitehorn - przyrodni, starszy brat Pet i bliźniak Roseanne. Biznesmen na miarę swojego dziadka Devlina, choć sodówka i władza uderzają mu do głowy. Obecnie należy do zarządu Spółki Racing Broom. Szowinista jakich mało - i stary kawaler, więc nic dziwnego. Ma uczulenie na altruizm Perpetuy, i choć się nie przyznaje, jest jego oczkiem w głowie.
★ Roseanne Whitehorn - przyrodnia, starsza siostra Pet, bliźniaczka Doglasa. Wdała się w babkę Leopoldinę, jest twarda i pragmatyczna - co też udowadnia w swojej pracy aurora. Feministka z krwi i kości, trzyma "za mordę" wyszczekanego Douglasa, który uwielbia sypać docinkami w stronę kobiet. Swoją młodszą siostrzyczkę wspiera we wszystkim - nawet w burleskowym epizodzie...
★ Rodzice biologiczni: Brandon Macmillan i kobieta o nieznanym imieniu. Jeśli wierzyć dyrektorowi sierocińca w Kornwalii rzecz jasna... Pet nigdy ich nie szukała, ani nie chciała potwierdzać ich tożsamości.



Ciekawostki


★ Jej różdżka jest obudowana w elegancką laskę z masy perłowej. Gałka na szczycie jest w kształcie głowy jednorożca;
★ Jest uczulona na złoto i srebro - jako biżuterię nosi tylko staromodne klipsy i broszki, których ma sporą kolekcję;
★ Utyka na prawą nogę po nieprzyjemnym spotkaniu z tłuczkami w Hogwarcie. Strzaskana kość piszczelowa, zgruchotane kolano i pęknięta kość udowa skutecznie ostudziły jej zapał do śmigania na miotle. Pozostała jednak wielką fanką Quidditcha - a zwłaszcza Zjednoczonych z Puddlemere;
★ Nigdy, ale to nigdy, nie korzysta z samonotującego pióra;
★ Rozwódka - była w licznych związkach, acz tylko jeden zakończył się ślubem. Mimo wszystko, dalej wierzy, że ktoś się jej nawinie na stare lata;
★ Na studiach, mając problemy natury... osobowościowej, miast uczestniczyć w imprezach, zaczęła występować w teatrze, w pokazach burleski. Zyskując całkiem sporą popularność!



Ostatnio zmieniony przez Perpetua Whitehorn dnia Nie Lip 12 2020, 07:03, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Elijah J. Swansea

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 21
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185 cm
C. szczególne : znamię na karku, na które nie działa metamorfomagia; okulary do czytania, na szyi drewniana zawieszka w kształcie aparatu fotograficznego
Dodatkowo : metamorfomagia, kapitan drużyny Krukonów
Galeony : 1675
  Liczba postów : 2745
https://www.czarodzieje.org/t16927-elijah-julian-swansea#471679
https://www.czarodzieje.org/t16932-jeczybula#471794
https://www.czarodzieje.org/t16933-elijah-j-swansea#471795
https://www.czarodzieje.org/t16919-elijah-j-swansea
https://www.czarodzieje.org/t18741-elijah-j-swansea-dziennik#537
Perpetua Whitehorn QzgSDG8




Moderator




Perpetua Whitehorn Empty


PisaniePerpetua Whitehorn Empty Re: Perpetua Whitehorn  Perpetua Whitehorn EmptyCzw Lut 27 2020, 17:18;



DOROSŁY!

Witamy Cię na Czarodziejach! Twoja karta zostaje zaakceptowana, dostajesz więc uprawnienia do gry. Poniżej znajdziesz przydatne w dalszych krokach na forum linki, z którymi warto abyś się zapoznał!



______________________

Może nie perfekcja życia, a jego chaos
sprawia, że rzeczy nabierają znaczenia?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Perpetua Whitehorn

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: Perpetua Whitehorn QCuY7ok :: 
karty postaci
 :: 
karty doroslych
-