Czarodzieje
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.

Share
 

 Jasnowidzenie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


Valeria Albescu

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 32
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 175 cm
C. szczególne : przenikliwe spojrzenie, bladość, silna obecność pomimo milkliwości, ciężki akcent, blizna po poparzeniu na lewym ramieniu powyżej łokcia
Dodatkowo : jasnowidzenie
Galeony : 1216
  Liczba postów : 385
https://www.czarodzieje.org/t18210-valeria-albescu
https://www.czarodzieje.org/t18238-valerii#518607
https://www.czarodzieje.org/t18237-i-m-tickling-the-stars-to-try-and-make-them-tell-the-truth#518604
https://www.czarodzieje.org/t18231-valeria-albescu
https://www.czarodzieje.org/t18382-valeria-albescu-dziennik#5232
Jasnowidzenie QzgSDG8




Gracz




Jasnowidzenie Empty


PisanieJasnowidzenie Empty Jasnowidzenie  Jasnowidzenie EmptySro Lut 12 2020, 19:48;

jasnowidzenie

Gdyby miała wskazać dokładny moment, w którym jej dar się objawił, musiałaby kłamać. Zawsze z nią był – cichy obserwator tu i tam włożył jej słowo w usta, ale wtedy jeszcze Valeria nie znała ich mocy. Nie potrafiła rozszyfrować sylwetek widzianych kątem oka, które wprawiały w ruch zapadnie w jej głowie, znaki migające pod powiekami wydawały się przypadkową marą, hipnagogami. Valeria widziała to tak: nie było momentu, w którym jej dar się objawił, był tylko moment, w którym nauczyła się rozróżniać ten głos od swojego własnego.


Głos przemawiał do niej obrazami. Na początku to były tylko szepty.
Miała sześć lat, kiedy Andrei zrozumiał – Valeria miała w sobie coś dziwnego. Siadali do obiadu przy stole w kuchni, majowe światło wpadało przez okno na zastawiony stół. Na jego środku – waza z zupą.
– Gołąbek – powiedziała oszczędnie Valeria, uśmiechając się do ojca. W pierwszym odruchu ojciec zmarszczył czoło, lekko rozbawiony.
– To z kaczki – poprawił, myśląc, że córka ma na myśli danie główne. Nie minęła sekunda, zanim poruszenie nie odwróciło jego uwagi do okna, w które z głośnym hukiem uderzył ptak.
Zerwał się z miejsca i ruszył do okna, żeby zobaczyć, czy żyje.
Nie żył. Andrei wychylił się, popchnąwszy skrzydła okiennicy. Ptak ze skręconym karkiem leżał metr od jego domu, z wypiętą piersią i podkurczonymi nóżkami zastygłymi w gorączce jakiejś ucieczki.
Gołąb.
Faktura spojrzenia ojca była tamtego dnia dla Valerii zagadkowa.
Musiała, więc się do niej przyzwyczaiła.


– Papa. – Szept zbudził Andreia z głębokiego snu. Musiał zdusić w sobie krzyk irytacji, sięgnąć po okulary i zmusić zmęczone oczy do skupienia się na jasnej i drobnej twarzy córki. To nie jest twoja córka, szepnął ten sam głos, który wcześniej desperacko krzyczał. Andrei go zignorował, zdusił w sobie. Lojalność wobec Valerii i Vasylii była silniejsza, niż biologia i kaprysy.
Zapomniał, o czym myślał natychmiast, kiedy zobaczył twarz córki. Valeria wyglądała, jakby zobaczyła ducha. Stała z zaciśniętymi oczami, dusząc w pięściach lnianą koszulę nocną.
– Valeria, spójrz na mnie. – Odrobina niepewności zadrżała w ostatnim tonie tej prośby, ale Andrei wyciągnął rękę i chwycił dziewczynkę za ramię. Ta przylgnęła do jego przedramienia, zanim otworzyła oczy. Lewe uciekało, tylko prawa źrenica w rozpaczy śledziła jego twarz.
– Papa, śnił mi się ciemny pan – powiedziała szeptem. Andrei odetchnął. Tylko sen. Nic poważnego. Nic się nie działo. Przytulił ją z ulgą.
– Co jeszcze ci się śniło? – zachęcił.
Milczała o sekundę za długo, żeby nie zdążył się zaniepokoić.
– Ciemny pan krzyczał. I mówił, że nie jestem twoją córką.


W zamian za wzrok sięgający ponad horyzont, w gardłach nam krzepnie każde niewypowiedziane. – Ręka głaszcząca Valerię po głowie zamarła w pół gestu, a dziewczynka spojrzała na matkę, znów wyglądającą, jakby była obecna tylko w połowie.
– Mama, co to znaczy? – zapytała, prostując się w jej kolanach. Słyszała to zdanie wiele razy, ale nigdy nie usłyszała odpowiedzi satysfakcjonującą ciekawość czterolatka. Vasylia uśmiechnęła się tylko, dłoń podjęła wcześniej przerwaną wędrówkę.
– Sama będziesz musiała się dowiedzieć, co to dla ciebie znaczy. Choćbyś próbowała zapomnieć. – Valeria wykrzywiła twarz i westchnęła.
– Mama, ale o co chodzi? – próbowała znowu, ale Vasylia zachowywała się, jakby nie słyszała dalszych pytań na ten temat. Zamiast mówić, zaczęła uplatać włosy córki w warkocz. Nic sobie nie robiła z głodu wiedzy, a Val już zdążyła się do tej pory nauczyć, że w tej sprawie nie działały nawet podłe prowokacje. Jedyne, co jej pozostawało, to grać według zasad matki. – A pokażesz mi karty?
Tyle zawsze zdołała wywalczyć. Tasowała talię tarota matki w nieskończoność, przyglądając się ikonografii, ważąc każdą z nich w palcach. Jak myślisz, co to znaczy?, zachęcała ją Vasylia, kiedy jakakolwiek karta wypadła. Przemilczała swoje własne wróżby, utrzymując, że nie ma do tego talentu. Tamtego wieczora Papieżyca kleiła się Valerii do palców.
– Jak myślisz, co to znaczy? – zapytała Vasylia, fatygując misterne upięcie na czubku głowy Val, która niemal jeździła nosem po powierzchni karty. Długo gładziła palcem wskazującym misternie malowany granat i jasną twarz postaci z karty.
– Że w odpowiednim czasie się dowiem. – Nie wiedziała, skąd wzięła się ta myśl. Spojrzała na matkę, szukając w jej twarzy aprobaty. Dziwnym trafem, tym razem ją znalazła. Vasylia uśmiechała się z dumą.
– Pięknie – szepnęła, zaczesując jej kosmyk włosów za ucho. Wtedy Valeria nie zrozumiała: chodziło jej o wróżbę, czy o warkocz?


Vasylia już dawno nie żyła, kiedy Valeria zaczęła sobie stopniowo uświadamiać: ona dobrze wiedziała. Zawsze oczekiwała, że Val sama znajdzie odpowiedzi, nie pomogła jej odnaleźć znaczenia choćby jednej karty, a znała je świetnie. Valeria nie potrafiła o tym nie myśleć, siedząc na zajęciach wróżbiarstwa, teraz już wiedząc: Vasylia Negrescu pochodziła z rodu czarodziejów znanego ze swoich jasnowidzących wiedźm, a powtarzane przez nią wiecznie hasło było rodowym mottem. Zanim nie uciekła z mugolem, była znaną tarocistką.
– Mierną – mówiła babcia Vladyslava. W takich momentach Valeria miała ochotę włożyć jej różdżkę do nosa. – Nie wszystkiego da się nauczyć, a koło fortuny ominęło jej pokolenie – kontynuowała, bo Val udawało się opanować te nagłe rządze. Ale nie słuchała wystarczająco uważnie, żeby zdać sobie sprawę, dlaczego babcia (używanie tego słowa nawet w myślach wciąż wydawało się nienaturalne) patrzyła na nią wtedy jak na worek złota. Albo jakby wiedziała coś, co dopiero w odpowiednim kontekście miało nabrać sensu.


Kontekst pojawił się na trzecim roku nauki w Ardeal.
– Nie mogę zapomnieć o tym, co mi powiedziałaś, Val. – Rose nachylała się do niej podczas zajęć, nie pozwalając jej się skupić na kryształowej kuli. Val burknęła cicho na przyjaciółkę, próbując dać jej do zrozumienia, że stara się skoncentrować na lekcji. – Vaaaaaaal. – Niemal przeklęła, gdy Rose włożyła jej palec między żebra.
– Co ci powiedziałam? – kapitulowała. Rose miała talent do sprawiania, że wszystko układało się według jej myśli. Potrafiła zmiękczyć każde serce. Nawet upartość Val była przy tej zdolności zaledwie drobną niedogodnością.
– Że nawet smoka dałabym radę oswoić. – Rose uśmiechnęła się przy tych słowach tak szeroko, że nawet Valeria zaraziła się tym uśmiechem. Według jej przypuszczeń, smok zrobiłby to samo, ale może nie była najlepszym autorytetem w tej sprawie – chociaż widziała smoki nie raz i nie dwa razy, nie wiedziała zbyt wiele o opiece nad magicznymi stworzeniami.
– A czy ten smok nazywa się Miedwiediew? – zapytała Val, zezując na nauczyciela przechadzającego się pomiędzy uczniami, znanego z rozrzutności szlabanami i złowrogiego spojrzenia. Valeria spodziewała się usłyszeć śmiech, ale Rose uśmiechnęła się tylko tajemniczo, lekki rumieniec oblał jej policzki. Valeria nie zapytała, o co chodziło – zamiast tego wykorzystała moment, żeby zgłosić się do odpowiedzi, a po zajęciach Rose zaczęła opowiadać o swoich problemach z transmutacją, nie wróciła już do tamtego wątku.
Tamtej nocy ciemna postać pojawiła się w jej śnie, pierwszy raz od roku. Obłok bez twarzy, ale jakimś cudem z pełnym zestawem zębów śliniących się w złośliwym uśmiechu, gdy ręko-podobny kształt zrywał różę spod stóp Albescu.
– Kim jesteś? – zarządała odpowiedzi Valeria we śnie, ale kształt tylko śmiał się echem w jej głowie. Gdy obudziła się z krzykiem, śmiech wciąż brzmiał, odbijając się od pulsujących bólem skroni. To tylko sen, taka była jej pierwsza racjonalna myśl, ale nie mogła skupić na niczym spojrzenia. Zamiast dormitorium, wciąż miała przed oczami różę ze snu, która rozrastała się, a potem kurczyła, aż w końcu znikała w ciemnej dłoni.
– Rose? – krzyknęła z płaczem Valeria. Nie doczekała się odpowiedzi. A przynajmniej dochodzącej stamtąd, dormitorium.
Sięga wyżej, niż można sięgnąć, coś się w niej odezwało. Ostatnim, co zapamiętała, było dziwne, nieuchwytne wrażenie: to nie był jej głos.
– Rose? – krzyknęła znowu i tym razem usłyszała poruszenie.
– Val? Czemu nie śpisz? – zaspany głos Rose pomógł jej odzyskać kontrolę nad oddechem. – Czy ty masz zeza?!
Valeria była zbyt zajęta powolnymi wdechami i wydechami, żeby odpowiedzieć. Nie potrafiła też zdobyć się, żeby opowiedzieć przyjaciółce swój sen (tylko sen, wciąż próbował przekonać ją głos logiki). Dlatego kiwnęła głową, gdy Rose zapytała, czy wszystko w porządku.
– To tylko sen – szepnęła.
Następnego ranka w sąsiednim łóżku zastała jedynie skołtunioną pościel. W ten sposób Valeria dwa razy została pierwszą osoba, która odkryła zniknięcie Loreen Rose Fowley.


– Zawsze wiedziałam, że masz dar. – Valeria próbowała nie słuchać, ale Vladyslava miała głęboki i donośny, ciężki do zignorowania głos. – Nigdy nie rozumiałam, co robi moja córka ze swoim życiem, ale chyba zaczynam rozumieć.
Dopiero ostatnim zdaniem zdołała skłonić Valerię do obrzucenia jej spojrzeniem. Babcia kwitła dumą, kipiało z niej. I Val wiedziała, że to z niej jest dumna. Nie potrafiła się zdobyć na te same emocje. Czekała, aż babcia podejmie temat Vasylii, ale kiedy do tego nie doszło, postanowiła sama przerwać milczenie.
– Dar? – rzuciła lekceważąco. – Jaki to dar, skoro nawet nie mogę znaleźć swojej najlepszej przyjaciółki?
Vladyslava prawie wywróciła oczami, powstrzymana resztkami przyzwoitości.
– Kochanie, wbrew pozorom, dar to nie jest nieograniczona magiczna moc. Dostałaś narzędzie, musisz nauczyć się nim posługiwać, zanim zacznie ci przynosić korzyści. Musisz nauczyć się, jakimi rządzi się zasadami.
– Czyli kiedyś będę wiedziała, co znaczy to, co mówię? Czy to zawsze będą tylko głupie, rymowane zagadki? – Zdawała się nawet nie usłyszeć, że babcia pierwszy raz, odkąd się poznały, zwróciła się do niej "kochanie". Zobaczyła natomiast, jak na hasło "głupie, rymowane zagadki" twarz Vladyslavy tężeje. Może właśnie o to chodziło. Może przynajmniej to przyniesie ulgę? Bunt? Sabotaż? Prowokacja? – Czy to kiedykolwiek będzie chociaż trochę warte?
Babcia wyprostowała się w fotelu, a ten brak rekacji sprawił tylko, że złość Valerii płonęła coraz intensywniej.
– Zamieniłabym zeza i bajkowe alter ego na Rose w każdej chwili – ciągnęła, ble tylko doprowadzić do wrzenia, do kipienia. Niech coś wybuchnie, na litość boską!
Ale Vladyslava spojrzała na nią, jakby coś wiedziała, ale nie chciała powiedzieć. Może był to ostateczny test na cierpliwość, bo Val już wyciągała ręce, żeby wywrócić stolik i odejść, ale zanim zdążyła dosiągnąć blatu, babcina laska uderzyła ją w nadgarstki.
– Możesz odrzucać swój dar ile chcesz, ale to w żaden sposób nie pomoże twojej sprawie. W zamian za wzrok sięgający ponad horyzont... – Vladyslava urwała teatralnie, czekając, aż wnuczka dokończy za nią rodzinne motto. Valeria milczała z dwóch powodów.
Nic dla mnie nie znaczą te słowa, taka była pierwsza myśl. Ale chwilę później tak jakby, odrobinę, zrozumiała. Albo poczuła – krzepnące w gardle niewypowiedziane. Gdy spojrzała w oczy Vladyslavy, znalazła tam potwierdzenie: właśnie taki smak miał rodzinny dar i przekleństwo – w jednym.


Niektóre z jej snów zaczęły mieć inną, dziwną fakturę. Najdziwniejsze były te, w których na samym wstępie uświadamiała sobie, że śni.
W jednym z nich siedzi przed kominkiem, karty tarota rozsypane u stóp. Giętkie palce Vasylii przy głowie Valerii zaplatają ciemne pasma w wymyślne upięcia, zupełnie jak w dzieciństwie – tyle tylko, że Valeria nie jest już dzieckiem.
To sen, myśli Valeria, odwracając się, by móc dobrze przyjrzeć się matce. Ta zdaje się zupełnie nie przejmować faktem, że ruch głowy zniweczył parę ładnych kwadransów jej pracy. Napotkawszy wzrok córki, natychmiast się uśmiecha.
– Jak myślisz, co to znaczy? – pyta ze wzrokiem równie nieobecnym, co uśmiech.
Valeria wstaje i odwraca się w jej stronę.
– Chciałabym wiedzieć, mamo. Dlaczego uciekłaś od swojej rodziny?
Pytanie wisi przez chwilę w powietrzu. Po chwili Vasylia sięga do podłogi, żeby wznieść Koło Fortuny wyciągnięte w palcach.
– Żebyś mogła sięgnąć za horyzont. Żebyś poznała Akaszę.
Czy nawet w sennych marach ta rodzina musi wyrażać się tylko i wyłącznie za pomocą zagadek?, myśli Valeria, a matka wygląda, jakby słyszała każdą jej myśl.
– Ale ty przecież nie miałaś daru. Skąd mogłaś wiedzieć?
– Wszyscy mamy jakiś dar. – Vasylia z uśmiechem zakłada jej kosmyk włosów za ucho.
– Mamo. – Valeria musi włożyć całe swoją wolę w powstrzymanie łez. – Mamo, ja nic z tego nie rozumiem. Nie wiem, co to znaczy.
Obudził ją nagle podmuch wiatru szarpiący niedomkniętą okiennicą. Nie ruszyła się, żeby zapalić światło – i tak nic nie zobaczy z oczami skierowanymi, z braku lepszego określenia – gdzieś wysoko.
Zrozumiesz w swoim czasie, szepnęło echu snu. Na oślep odszukała paczkę papierosów i różdżkę na stoliku nocnym. Dopiero gdy leżała w kłębach dymu, powoli odzyskując kontrolę nad swoimi gałkami ocznymi, zdołała zebrać myśli.
Była już na drugim roku stażu jako nauczycielka wróżbiarstwa. Wiedziała o swoim darze dużo więcej, niż w wieku trzynastu lat, gdy się objawił, ale wciąż czuła się, jakby nie wiedziała właściwie nic. Powoli uczyła się zasad. Wiedziała już, jakim tonem wypowiada się głos intuicji (Akaszy, usłyszała głosem swojej matki, chociaż uczyła się o Akaszy w Taktshang, nie od niej) i że ignorowanie go nie wchodzi w rachubę. Wiedziała, że tak jak i dar był dla niej jedynie narzędziem, tak i ona była tylko narzędziem w rękach czegoś większego, a ta rozszerzona świadomość miała swoje koszta gdzieś indziej.
Nie zawsze wiedziała, jak odróżnić przepowiednie od wizualizacji swojego własnego strachu. Czasami miała wrażenie, że granica nie tylko jest cienka – zdawało jej się, że jest nieistniejąca.
Nie bardzo wiedziała, w co ma wierzyć. I tu leży pies pogrzebany, szepnęło coś wewnątrz niej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Vivien O. I. Dear

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : X
Wiek : 22
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 171
C. szczególne : Bardzo chuda sylwetka
Dodatkowo : ścigająca Slytherinu
Galeony : 3533
  Liczba postów : 2669
http://czarodzieje.forumpolish.com/t14309-vivien-o-i-dear
http://czarodzieje.forumpolish.com/t14330-poczta-void
http://czarodzieje.forumpolish.com/t14332-w-odchlani#378419
http://czarodzieje.forumpolish.com/t14333-vivien-o-i-dear#378429
Jasnowidzenie QzgSDG8




Gracz




Jasnowidzenie Empty


PisanieJasnowidzenie Empty Re: Jasnowidzenie  Jasnowidzenie EmptyCzw Lut 13 2020, 08:58;

Akceptuję genetykę heart
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Dorien E. A. Dear

Nieokreślony
Wiek : 28
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 183
C. szczególne : Złota obrączka
Galeony : 2586
  Liczba postów : 1285
https://www.czarodzieje.org/t14237-d-e-a-dear
https://www.czarodzieje.org/t14509-lumiere
https://www.czarodzieje.org/t14351-dead#379532
https://www.czarodzieje.org/t14386-skrzynia-umarlaka#380806
Jasnowidzenie QzgSDG8




Gracz




Jasnowidzenie Empty


PisanieJasnowidzenie Empty Re: Jasnowidzenie  Jasnowidzenie EmptyCzw Lut 13 2020, 15:13;

Akcept, cyk
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content

Jasnowidzenie QzgSDG8








Jasnowidzenie Empty


PisanieJasnowidzenie Empty Re: Jasnowidzenie  Jasnowidzenie Empty;

Powrót do góry Go down
 

Jasnowidzenie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: Jasnowidzenie QCuY7ok :: 
rozwoj postaci
 :: 
Genetyki
-