Share
 

 Droga do miasteczka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


Riley Fairwyn

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 21
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185cm
C. szczególne : cała górna lewa strona mojego ciała jest poparzona - ukrywam to za pomocą metamorfomagii; liczne blizny na dłoniach; blizna po dziobie bystroducha przebiegająca przez całą szerokość pleców
Galeony : 3707
Dodatkowo : metamorfomagia, prefekt naczelny
  Liczba postów : 1699
https://www.czarodzieje.org/t15093-riley-t-fairwyn
https://www.czarodzieje.org/t15161-maverick
https://www.czarodzieje.org/t15104-poczuj-smoczy-plomien
https://www.czarodzieje.org/t15098-riley-fairwyn
https://www.czarodzieje.org/t18289-riley-fairwyn-dziennik
Droga do miasteczka QzgSDG8




Gracz




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptySro Sty 08 2020, 21:11;


Droga do miasteczka


Ścieżka łącząca ze sobą miasteczko oraz gęsty las iglasty. Uczęszczana stosunkowo często z uwagi na znajdujące się niedaleko łagodne podejście na pobliski górski szczyt. Nocą bywa tutaj zarazem strasznie (odczuwalna jest bliskość dzikich zwierząt, które wyją i szeleszczą wśród drzew), jak i pięknie. W końcu to w tym miejscu, w pewnym oddaleniu od miejskich świateł, można obserwować najpiękniej wschodzące gwiazdy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Caesar T. Fairwyn

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 23
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 192 cm
C. szczególne : Brak dwóch palców, wysoki wzrost, skupiona twarz, zimne spojrzenie, wyraźna nieśmiałość wobec młodych dam.
Galeony : 562
  Liczba postów : 309
https://www.czarodzieje.org/t14590-caesar-t-fairwyn
https://www.czarodzieje.org/t14621-cezarowe-sowki
https://www.czarodzieje.org/t14620-syn-edgara-szuka-przyjaciol
https://www.czarodzieje.org/t14619-caesar-t-fairwyn#390077
Droga do miasteczka QzgSDG8




Gracz




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptyNie Lut 09 2020, 20:18;

Strach, przeogromny strach wręcz go paraliżował. W ostatniej chwili chciał stamtąd uciec, zniknąć już na zawsze i więcej w życiu swych starych przyjaciół nie pojawiać. Czuł jednak, że musi coś wyjaśnić, że niektóre sprawy należało dopiąć na ostatni guzik, załatwić i w trochę bardziej ludzkich warunkach, rozstać z osobami dla których znaczył bardzo wiele, bardzo dawno temu.
Nie pamiętał kiedy ostatnio widział Nesse, pół roku, dziewięć miesięcy, rok, możliwe, że i dłużej. Już w Hogwartcie zdarzało mu się stracić rachubę czasu, teraz, gdy ciągle z nim igrał, całkowicie zatracał się w czasoprzestrzeni. Zabawne, powiadali, że to szczęśliwi czasu nie liczą, niestety w jego przypadku nigdy tak nie było.
Wbrew pozorom łatwo było ją wyśledzić. Najpierw zawitał w Anglii, poszukiwał Nessy w miejscach, w których najczęściej bywała kilka lat temu, gdy jeszcze się znali. Niczym cień śledził jej poczynania, ostatecznie docierając do informacji o szkolnym wyjeździe na ferie. Na opiekuna się nie nadawał, nie na stałe, w końcu chciał ją tylko zobaczyć, porozmawiać, być może już na zawsze pożegnać.
Uprzednio wysłał jej anonim, licząc, że się pojawi. Wyjątkowo przyłożył się do zmiany swego pisma, naleciałości, jakie mogła wyłapać czytając notkę wysłaną przez wypożyczoną sówkę. Na miejscu pojawił się pół godziny wcześniej, ukryty w ciemności, pomiędzy drzewami, czyhał na swą ofiarę, mając nadzieje, że ta się pojawi, że naturalna ciekawość, którą cechowała się dawno temu, poprowadzi ją w to miejsce, na spotkanie z nieznajomym, znajomym.
Jej włosy wyróżniały się na tle białego śniegu, przypominała siebie, ale nie do końca. Cezar musiał wytężyć wzrok żeby zauważyć te wszystkie naleciałości, którymi wyróżniała się jeszcze będąc niewinną nastolatką. Teraz była całkowicie innym człowiekiem, kobietą, w jego głowie pojawiła się jedna, tylko jedna myśl; "Mam nadzieje, że to wszystko mi wybaczy".
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Nessa M. Lanceley

Student Slytherin
Rok Nauki : IX
Wiek : 21
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 157
C. szczególne : drobna budowa ciała, burza rudych włosów, chuda
Galeony : 783
Dodatkowo : Prefekt Naczelny, animag
  Liczba postów : 2182
https://www.czarodzieje.org/t15974-nessa-m-lanceley
https://www.czarodzieje.org/t15976-freya-i-korespondencja-dla-panny-lanceley#434018
https://www.czarodzieje.org/t15977-czerwone-nici-nessy#434024
https://www.czarodzieje.org/t15975-nessa-m-lanceley#433995
Droga do miasteczka QzgSDG8




Moderator




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptyNie Lut 09 2020, 22:19;

Życie płynęło dość szybko. Dni zmieniały się w tygodnie, te z kolei w miesiące. Im dłużej kontakt tkwił zawieszony w przestrzeni, martwy, tym gorzej było go odtworzyć, odzyskać. Fairwryn — ten młody — zawsze miał i będzie miał miejsce w jej sercu, niezależnie czy rozmawiali, czy nie. Nie mogłaby go porzucić, zbyt wiele mu zawdzięczała. Szanowała więc jego decyzję o milczeniu, skoro tego potrzebował. Był mądry. Wiedział, że to nie oznaczało końca. Nigdy jednak o nim nie zapomniała.
Anonimowa wiadomość nijak skojarzyła się jej z Caesarem — znał ją jednak na tyle, aby wiedzieć, że przyjdzie. Zgarnęła więc swój kubek z irlandzką kawą dopełnioną ekstra bitą śmietaną i whiskey, delektując się popołudniowym spacerem. Krajobraz był przepiękny. Szczyty gór górowały nad świerkowym lasem otaczającym ścieżkę do miasteczka. Pokryte śniegiem, wysokie i rozłożyste drzewa kształtem przypominały balowe suknie obsypane brokatem. Zerknęła w niebo. Zza białych chmur leniwie wyglądało słońce, załamania pogody nie było śladu. Cóż, Nessa spędzała i tak całe dnie na górskich zboczach, główne w postaci zwierzęcej, poznając okolice Mont Blanc z innej strony. Poszerzając perspektywy i ciesząc się spokojem, ciszą, brakiem gratulacji. Każde wywoływały u niej dreszcz, a sama wzmianka o obserwatorze chęć mordu. Wciąż jednak grała, była idealną w oczach nauczycieli i większości uczniów prefekt, cierpliwym i uśmiechniętym dziewczęciem, które nieśmiało przytakuje na pytanie o pierścionek. Bo co innego miała zrobić? Przynieść wstyd? Westchnęła, dostrzegając na jednym z drzew wiewiórkę i uśmiechając się krótko, wyciszyła natrętne myśli.
Dotarła na miejsce, rozglądając się dookoła z ciekawością. Czyżby głupi żart? Postanowiła jednak dać temu chwilę, opierając się o jedno z drzew i patrząc na trzymany w dłoniach kubek, z którego upiła łyk gorącego napoju. Rude włosy opadały na plecy i ramiona, wyjątkowo dziś proste, a nie układające się w niesforne loki. Zielona kurtka była odrobinę jaśniejsza od barwy Slytherinu, chociaż wystawiał spod niej ciemnozielony golf. Wsunęła jedną dłoń w kieszeń, chwilę wcześniej zerkając na zegarek.

______________________

.




___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Riley Fairwyn

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 21
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185cm
C. szczególne : cała górna lewa strona mojego ciała jest poparzona - ukrywam to za pomocą metamorfomagii; liczne blizny na dłoniach; blizna po dziobie bystroducha przebiegająca przez całą szerokość pleców
Galeony : 3707
Dodatkowo : metamorfomagia, prefekt naczelny
  Liczba postów : 1699
https://www.czarodzieje.org/t15093-riley-t-fairwyn
https://www.czarodzieje.org/t15161-maverick
https://www.czarodzieje.org/t15104-poczuj-smoczy-plomien
https://www.czarodzieje.org/t15098-riley-fairwyn
https://www.czarodzieje.org/t18289-riley-fairwyn-dziennik
Droga do miasteczka QzgSDG8




Gracz




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptyPon Lut 17 2020, 23:53;

Nie potrzebowałem zbyt wiele czasu, aby zaaklimatyzować się na feriach. Co prawda, nigdy nie byłem miłośnikiem gór (wolałem te płaskie, otwarte tereny), ale i tak potrafiłem docenić majestatyczne piękno ośnieżonych skał. Wędrując po okolicy, chłonąłem całym sobą ten spokój i potęgę, które sobą reprezentowały. Przemieszczałem się wzdłuż bezpiecznej części lasów, zapoznawszy się wcześniej z lokalnym przewodnikiem. Nie chciałem nikogo ciągnąć ze sobą na siłę, dlatego zadecydowałem świadomie o swojej samotności. Prowadziłem się śladem leśnych stworzeń. Odciski łap były tak wyraźne, gdy miało się do dyspozycji śnieg, ale to działało w obie strony. Nawet, jeżeli nie ścigałby mnie żaden mieszkaniec tutejszego lasu, z pewnością mógł zrobić to człowiek. Nie lękałem się jednak, bo jak zawsze starałem się być ostrożnym nawet wówczas, gdy nie spodziewałem się ataku. Zresztą, co mogłoby mi się stać, gdy wybierałem się na zwyczajny spacer w samym środku dnia? Podobno nocą tutejsze niebo bywało hipnotyzująco wspaniałe, ale nie chciałem tego sprawdzać, nie sam. Póki co potrzebowałem wyłącznie zaspokojenia własnej ciekawości i potrzeby zapoznawania się z materiałem z różnych zakątków świata. Mianowicie szukałem drzewa. Nie byle jakiego, bo przecież wokół mnie miałem ich naprawdę pod dostatkiem. Jako twórca różdżek, chciałem znaleźć w okolicy jakiś kawałek porządnego drewna różdżkowego, jakie mógłbym zakonserwować zaklęciami i przesłać przed sobą do domu. Chciałem sprawdzić czy miejsce naprawdę ma takie znaczenie czy może to tylko bujdy i drewno pochodzące z Doliny jest tak samo wartościowe jak to, wyrwane z objęć dzikiej natury. Nie poszło mi wcale tak źle. Nieśmiałki opiekujące się drzewami znalazły się nawet tutaj. Poukrywane starannie pośród śnieżnych kapturków, niechcący zwróciły moją uwagę umykając przede mną do swych leśnych domostw. O wiele ciężej było przekonać je o szczerości moich zamiarów, bo chociaż nie wyglądałem na mordercę niewinnych stworzeń, nieśmiałki były bardzo przywiązane do drzewa, na którym żyły. Uciekłem się nawet do pewnego fotelu w postaci zaklęcia. Wyczarowałem iluzję, w której opuszczałem ich dom bez jakiejkolwiek ingerencji, podczas gdy w rzeczywistości wycinałem zaklęciem duży blok jednego z iglastych gatunków drzew. Wybrałem taki, który wydał mi się najsolidniejszy, więc niestety musiałem trochę się z tym posiłować. Była to jednak sama przyjemność, bo jak się okazało później, drzewo to miało stać się częścią wspaniałej, solidnie wykonanej różdżki związanej na stałe z krwią wili. Zataiłem ślady swojej obecności kolejną iluzją. Miałem w tym już pewną wprawę. Wolałem, aby rodzina mojego wuja nie zdawała sobie (jeszcze wyraźniej) sprawy z tego, że buszuję im po rezerwacie, dlatego nauczyłem się kilku sztuczek, jakie mogłem teraz do woli wykorzystywać. Kolejną z nich było mozolne zacieranie śladów stóp, jakie odbiłem w śniegu. Czy warto było aż tak się męczyć? Trudno powiedzieć, ale przezornego Merlin strzeże. W pokoju zawinąłem drewno w nowy, płócienny woreczek, który przygotowałem właśnie w tym celu i natychmiast wysłałem go do domu. Miałem świadomość, że dzięki temu najprawdopodobniej pozbawię się sowy na dłuższy czas (Maverick z pewnością będzie długo odpoczywał), ale uznałem, iż jakoś sobie z tym poradzę. Od czasu sprzeczki z Finnem i tak nie korespondowałem częściej, niż to absolutnie konieczne.

| zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Alise L. Argent

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Czystość Krwi : 90%
Wzrost : 171 cm
C. szczególne : długie i proste włosy, dołeczki w policzkach przy uśmiechu, zawsze nosi łańcuszek z zawieszką z Irlandzką Koniczynką
Galeony : 663
  Liczba postów : 545
https://www.czarodzieje.org/t16073-alise-lauren-argent#440125
https://www.czarodzieje.org/t16093-shea#440127
https://www.czarodzieje.org/t16092-smoki-niesmialki-i-gumochlony#440126
https://www.czarodzieje.org/t16089-alise-l-argent#440019
https://www.czarodzieje.org/t18311-alise-argent-dziennik#521059
Droga do miasteczka QzgSDG8




Moderator




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptyPią Lut 21 2020, 00:07;

@Elijah J. Swansea

Wciąż robisz zdjęcia?
To było pierwsze, co przyszło jej do głowy w czwartkowe przedpołudnie, gdy dostrzegła wyraz twarzy krukona, snującego się po pokoju niczym cień. Wciąż wyglądał mizernie, miał podkrążone oczy, brakowało mu uśmiechu. Rozumiała, że rozstanie trzeba przeżyć — bo to wywnioskowała, jednak dlaczego mu, chociaż odrobinę nie pomóc zapomnieć o przykrych wydarzeniach na godzinę lub dwie? Pamiętała, że uwielbiał to robić. Aparat go nakręcał pozytywną energią. Godzinami mógł czaić się na idealne ujęcie, a jej wcale nie przeszkadzało siedzenie obok z książką na kolanach i okazjonalne przeszkadzanie. Był całkiem inny, gdy był skupiony na tym, co lubił robić — bo podobnie było z lataniem na miotle. Już nie chodziło o to, czy Alise nadawała się na modelkę, czy raczej na błazna, zwyczajnie chciała poprawić mu humor i może odrobinę skłonić do rozmowy, bo krótka konwersacja z balkonu nie wychodziła jej z głowy. Nie mogła znieść myśli, że mógł się czuć w sposób, w który sugerowały jego słowa. Zawsze porzucony, nie dość dobry, zawsze sam, wybierający wyjeżdżające dziewczęta na obiekt swoich westchnień. Ignorując więc sprzeciwy i korzystając z całego swojego uroku osobistego, wyciągnęła go na spacer, szukając podświadomie bardziej ustronnego miejsca, gdzie będą mogli porozmawiać. Resort był cudowny, jednak ilość przebywających w nim turystów, zajmujących najciekawsze atrakcje od samego rana aż po wieczór, bywał męczący.
Droga wiodła przez las u podnóża gór. Wysokie świerki oraz sosny okryte białym puchem wyglądały bajecznie w akompaniamencie błękitnego niebo. Nic nie zapowiadało burzy, co zdążyła sprawdzić kilkakrotnie przed wyjściem. Dziecinny lęk był jednym z jej największych sekretów oraz słabości, a sesja miała pomóc krukonowi, a nie skupiać się na nim. Stawiając krok za krokiem, zerkała na niego z uśmiechem, lustrując wzrokiem zmiany, które przez ten cały czas, co go nie widziała, zaszły na jego twarzy. Student wciąż posiadał ten niewinny, chłopięcy urok, chociaż buzia sama w sobie mu wydoroślała. Podobnie jak sylwetka nabrała kształtów, rozrósł się trochę w ramionach i z pewnością nabrał mięśni. Gdy się poznali, był znacznie szczuplejszy.
- A więc — jaki mamy pomysł? Masz jakieś specjalne życzenia? - zapytała pogodnie, wybiegając przed niego i idąc kawałek tak, aby mieć go przed sobą. Uniosła dłonie, składając z palców prowizoryczny obiektyw i łapiąc w kadr jego buzie, udając skupienie — godne niemalże samego Elijah. Nie miała wciąż pojęcia, co nazywał tym swoim ujęciem idealnym, jednak zanim opuściła dłonie, roześmiała się pod nosem. - Jednak Ty się tym zajmij, ja zostanę ze smokami. Pomyśl, jak fajnie byłoby spotkać lodowego smoka gdzieś w jaskiniach pod górami, miałbyś piękne zdjęcie, a ja może znalazłabym łuskę.
Oparła dłonie na biodrach, schodząc mu nieco z drogi i zatrzymując się przodem do górskich szczytów pnących się do samego nieba, o błyszczących zboczach — zupełnie, jakby ktoś obsypał je brokatem. Właściwie nawet nie musiała się starać na utrzymywanie z nim rozmowy, czego na początku się bała — bo niby jak przejść z łatwych tematów na te skomplikowane? Ostatecznie jednak zrezygnowała ze swoich misternych planów, zdając się na intuicję i czerpanie radości z aktualnej chwili. Przesunęła dłonią włosy na plecy, zsuwając z głowy nauszniki i zawieszając je na szyi. Wcale nie było tak zimno.
- Wolisz latać czy robić zdjęcia?
Obróciła się przodem do niego z ciekawością wymalowaną na buzi, bo po ostatnim meczu - była pod wrażeniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Elijah J. Swansea

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185 cm
C. szczególne : znamię na karku, na które nie działa metamorfomagia; okulary do czytania
Galeony : 598
Dodatkowo : metamorfomagia, kapitan drużyny Krukonów
  Liczba postów : 2045
https://www.czarodzieje.org/t16927-elijah-julian-swansea#471679
https://www.czarodzieje.org/t16932-jeczybula#471794
https://www.czarodzieje.org/t16933-elijah-j-swansea#471795
https://www.czarodzieje.org/t16919-elijah-j-swansea
https://www.czarodzieje.org/t18741-elijah-j-swansea-dziennik#537
Droga do miasteczka QzgSDG8




Moderator




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptyWto Lut 25 2020, 03:52;

Nigdy nie przestałem. Nigdy nie przestanę.
Bywały momenty, gdy ciężar aparatu był jedynym co było dla niego ważne. Nieskończone ilości kliszy, kilka obiektywów i wsparcie bliźniaczej siostry – to był jego przepis na życie, wszystko co tak naprawdę kiedykolwiek się w nim liczyło. Składało się na nie znacznie więcej elementów, które miały dla niego niemałe znaczenie, ale tylko bez tych trzech nie wyobrażał sobie życia. Do niedawna na tej liście znajdowała się jeszcze jedna pozycja, ale uleciała z niej przed feriami, nagle i bezpowrotnie umknęła mu do Pragi. Może nigdy nie była prawdziwa? Żył wszak, i choć nie było to łatwe, czuł, że jest na dobrej drodze do tego, by jakoś sobie z tym poradzić.
Czy wobec tego istnieli ludzie i przedmioty, bez których naprawdę nie dało się żyć? Może tak tylko się mówiło – tak tylko się wierzyło; może ludzie byli znacznie wytrzymalsi, niż na to wyglądali.
Ucieszyła go jej propozycja – to wyciągnięcie ku niemu pomocnej dłoni w chwili, kiedy była mu potrzebna. Nie potrafił poprosić o nią wprost, ba, może nie do końca zdawał sobie sprawę z tej potrzeby, ale w momencie kiedy przystał na wspólny spacer w towarzystwie aparatu, poczuł się nieznacznie lepiej. Radził sobie – w porównaniu do tego co przeżywał przed ostatnimi wakacjami, było z nim naprawdę dobrze. To ironiczne, bowiem w relację z Pandorą zaangażował się naprawdę mocno i pokładał w niej ogromne nadzieje. Wszystko wskazywało na to, że bez względu na dość banalne brzmienie tego stwierdzenia, uodparniał się na ten konkretny rodzaj cierpienia. Nie znaczyło to jednak, że groźba odcięcia się od świata już nad nim nie wisiała; kto wie, może punkt kulminacyjny jego związkowej żałoby miał dopiero nastąpić? Dobrze było wiedzieć, że są ludzie, którzy nie pozwolą mu pogrążyć się w zgubnej, choć tak lubianej przez niego samotności.
Przewiesił pasek aparatu przez szyję i zatrzymał na niej błękitne spojrzenie, do tej pory utkwione w ośnieżonych wierzchołkach otaczających go drzew. Kąciki ust drgnęły w krótkim, łatwym do przeoczenia uśmiechu.
Nie mamy pomysłu – idziemy przed siebie, choćby na koniec świata. W takich miejscach nie da się zaplanować kadru, on sam zaplanuje, że ktoś będzie chciał go uwiecznić. — Kiedy mówił o fotografii, zawsze brzmiał znacznie cieplej i używał większej ilości słów niż miał w zwyczaju, a w oku czaił się charakterystyczny błysk. Po odejściu Pandory stał się jeszcze bardziej małomówny niż do tej pory, ale ze względu na Alise nie chciał milczeć... chciał się przemóc, może nawet zmusić, byle tylko spędzić czas w jakiś miły sposób. Uśmiechnął się szerzej na jej gest, i nim zdążyła opuścić ręce, uniósł aparat i nacisnął spust migawki, uwieczniając ją na kliszy. Nie musiał się nad tym zastanawiać – kiedy widział coś, co chciał zachować na zdjęciu, przemawiało przez niego przyzwyczajenie i wypracowane przez lata nawyki; wyrobił sobie tym też całkiem niezły refleks, no i stabilną rękę, by szybko cykane fotki nie wychodziły zupełnie rozmazane.
Wciąż chcesz gonić za smokami? — zapytał, opuszczając aparat. Taką właśnie ją zapamiętał – opowiadającą mu o smokach, energiczną dziewczynę, która miała w sobie więcej empatii, niż zdawałoby się, że ktokolwiek jest w stanie sobie pomieścić. Zawsze się o niego troszczyła, a umiała robić to o tyle dobrze, że nie czuł się, jakby stała nad nim matka, albo któraś z sióstr. Była tak... normalna. Nie zwyczajna czy banalna, a prosta w swoim patrzeniu na świat. Kiedy on snuł swoje zawiłe przemyślenia, które prowadziły najczęściej do ponurych wniosków, ona po prostu znajdowała rozwiązanie.
Zdjęcia to całe moje życie — odpowiedział bez chwili wahania. Odpowiedź była dla niego oczywista. — Ale latać też lubię. Nawet nie wiem kiedy tak się w to wciągnąłem. Może po prostu brakowało mi wrażeń. — Może? Och, z całą pewnością wiedział, że powinien był powiedzieć „na pewno”, by być z nią całkowicie szczery. Zainteresował się quidditchem bo po tragicznych przygodach na Islandii wciąż i wciąż mało mu było adrenaliny. Brutalny sport naprawdę dobrym źródłem, z którego mógł czerpać garściami. Zawahał się czy powinien jej o tym powiedzieć i zmarszczył nieco czoło, zastanawiając się, czy wciąż znała go na tyle dobrze, by wyczuć niepełną prawdę.

______________________

If love is a losing game

Then why do we play it again?
and again?
and again?
and again?

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online


Alise L. Argent

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Czystość Krwi : 90%
Wzrost : 171 cm
C. szczególne : długie i proste włosy, dołeczki w policzkach przy uśmiechu, zawsze nosi łańcuszek z zawieszką z Irlandzką Koniczynką
Galeony : 663
  Liczba postów : 545
https://www.czarodzieje.org/t16073-alise-lauren-argent#440125
https://www.czarodzieje.org/t16093-shea#440127
https://www.czarodzieje.org/t16092-smoki-niesmialki-i-gumochlony#440126
https://www.czarodzieje.org/t16089-alise-l-argent#440019
https://www.czarodzieje.org/t18311-alise-argent-dziennik#521059
Droga do miasteczka QzgSDG8




Moderator




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptyCzw Lut 27 2020, 00:51;

Nie miała pojęcia, co chodziło mu po głowie. Nigdy nie należał do osób specjalnie wylewnych i prawiących monologi, jednak kiedyś potrafiła z łatwością wywołać u niego uśmiech nie tylko na ustach, ale również i w spojrzeniu. Miała nadzieję, że nadal posiadała odrobinę tych umiejętności. Zdjęcia wydawały się jej najbezpieczniejszym środkiem do celu, drogą uwieńczoną pstryknięciami i męczeniem go pytaniami na temat jego pasji, tak, aby zapomniał o tym, co złe. Wiedziała, jak ważne jest dać umysłowi, chociaż na krótką chwilę odetchnąć, pozwolić dostrzec kolorowe światełka w pełnym szarości świecie. Nie miała pojęcia, jaka była i przede wszystkim kim była dziewczyna, za którą tęsknił. Która złamała mu serce. Alise nie była w tym lepsza. Między innymi dlatego, nie mogłaby go zostawić. I może nie była najlepszą osobą do pomocy fotografowi, ale z pewnością jedną z niewielu, której by na to pozwolił. Sentyment, nostalgia? Nie miała pojęcia. Wspomnienia pierwszej miłości rządziły się własnymi zasadami.
Ucieczka w samotność i tworzenie sobie więzienia z emocji nigdy nie były dobrą metodą na poradzenie sobie z cierpieniem czy tęsknotą. Nie mogła mu na to pozwolić. Pomijając, że była mu to winna to był przecież jedynym chłopcem, którego do tej pory mogła powiedzieć, że kochała. Poprawiła czapkę, czując na sobie jego spojrzenie, które wyrwało ją z gdybania i rozmyślań, przejmowania się. Przyglądając się dorosłej sylwetce człowieka obok, dostrzegała w nim wiele nowych rzeczy. Mężczyznę, a nie chłopca, którym był jeszcze dwa lata temu. Zaśmiała się, a w polikach pojawiły się dołeczki, gdy kiwnęła głową i łapiąc go pod rękę, przyśpieszyła nieco, mijając zakręt prowadzący gdzieś w świerkowy zagajnik, zerkając w kierunku subtelnie wydeptanego śniegu. Ciekawe, co by znaleźli, idąc w lewo?
- Mogłam wziąć coś do jedzenia, skoro idziemy na koniec świata, ale poza tym, brzmi świetnie. Znajdziemy Ci idealne ujęcie. - odparła z entuzjazmem i faktyczną radością ze wspólnie spędzanego czasu. Lubiła zawsze ten czas, który mieli dla siebie — nawet w chwilach, gdy spotykali się jeszcze tylko na płaszczyźnie koleżeńskiej. W jakiś sposób ich charaktery się uzupełniały. Przełknęła bezgłośnie ślinę, cały czas pilnując sytuacji i szukając odpowiedniego momentu. Nie była dobrą dziewczyną, to będzie dobrą przyjaciółką. Nie było szansy, że Elijah uniknie wyrzucenia z siebie całego bólu i złości. Dzielenie się tym nie było proste, a jednak to najlepsza ze znanych jej metod. Nie musiał gadać, wiedział o tym. Ona mogła mówić, pytać go, pleść głupoty. Na widok śnieżnej zaspy przez myśl przebiegł lodowy smok i zaraz znalazła się przed chłopakiem, udając, że robi mu zdjęcie. Nieco zaskoczona, przekręciła głowę w bok, gdy została uwieńczona na prawdziwej fotografii. Cwaniak.
- W ramach zapłaty za robienie mi zdjęć w kompromitującej sytuacji, oczekuję, że później zrobimy sobie zdjęcie razem. - oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu, krzyżując ręce na piersiach. Nie miała nic przeciwko uwieńczaniu nawet największych głupot, jednak też chciała coś dla siebie. A przez niego miała olbrzymi sentyment i sympatię do chwil złapanych na kliszy, do których mogła wracać w gorszych momentach. Zdjęcia zdecydowanie były wehikułem czasu. Wzruszyła ramionami na jego pytanie. - Oczywiście, że tak. Ku niezadowoleniu ojca, ale wiesz, będzie musiał z tym żyć. Podobno mam talent do zwierząt, to może Rogogon mnie nie zje. Będziesz mnie czasem odwiedzał w rezerwacie? Załatwię Ci sesje ze smokami!
Posłała mu uśmiech, przesuwając spojrzenie z jego twarzy ku błękitnemu niebu. Od wypadu w góry z Boydem, strasznie pilnowała się pogody. Nawet Elijah nie wiedział o jej małej, dziecinnej paranoi i strachu na zwykłe grzmoty, bo doskonale zgrywała bohatera i potrafiła przez dłuższy czas udawać, że jest w porządku, nawet gdy trzęsła się ze strachu wewnętrznie. Była też opcja, że wiedział, tylko udawał, że nie wie. Nie była pewna, bo Swansea nigdy nie zdradzał do końca swoich sekretów.
- Dobrze, że pewne rzeczy się nie zmieniają. Życie bez pasji byłoby okropne, nie? - westchnęła, podchodząc do niego i znów łapiąc go pod rękę, ruszyła żwawo do przodu, jeśli mieli na ten koniec świata dojść przed zachodem słońca. Z drugiej strony po nim mogła pojawić się zorza, która na zdjęciach też mogła być niesamowita! Krok za krokiem, śnieg trzeszczał pod stopami.- Możesz to połączyć. Grać zawodowo i robić zdjęcia, podróżować, mieć wymiany, fanklub i być na okładce sportowego magazynu, jako najprzystojniejszy zawodnik drużyny. Odrobina adrenaliny nikomu jeszcze nie zaszkodziła, o ile będziesz uważał na tłuczki. Chociaż są chyba gorsze rzeczy, niż te nieszczęsne tłuczki.
Przekręciła głowę w jego stronę z rozbawieniem, ruchem głowy zgarniając kosmyki włosów na plecy. Szli chwilę w milczeniu. Jasnowłosa przesuwała spojrzeniem po okrytej śnieżnobiałym puchem scenerii, nie znajdując jednak jeszcze żadnego wyjątkowego miejsca czy punktu zaczepienia, aby zrobić wyjątkowe zdjęcie. Uniosła brew, gdy jakiś szelest, trzask, dobiegł ich uszu. Zatrzymała się, rozglądając dookoła z odrobiną ekscytacji, bo może jej przewidywania się spełnią i spotkają legendarnego smoka. Przesuwała spojrzeniem wśród drzew otaczających drogę, gdy dostrzegła brązowy zarys jelenia z łanią, pasących się gdzieś pomiędzy świerkiem, a jodłą i nie robiących sobie nic z ich obecności. Uśmiechnęła się pod nosem, puszczając jego ramię i kucając, wlepiając w zwierzęta wzrok. Potem będzie mogła je narysować. Na szczęście, miała dobra pamięć fotograficzną. Przymknęła na chwilę oczy, zwilżając usta.
- Elijah? - odchyliła głowę do tyłu, cicho wymawiając jego imię i patrząc z dołu z zatroskaną miną. Jak długo zamierzał udawać, że czuje się dobrze i chce się dobrze bawić, żeby jej sprawić przyjemność i w głupi sposób odwdzięczyć się za spacer. Czasem bywał kretyński, co mu otwarcie mówiła. Aż z trudem przyszło jej powstrzymanie rozbawienia na wspomnienie tej krótkiej konwersacji z balkonu. - Możemy porozmawiać? Mam Ci coś do powiedzenia, a właściwie to bardziej chcę zapytać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Elijah J. Swansea

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185 cm
C. szczególne : znamię na karku, na które nie działa metamorfomagia; okulary do czytania
Galeony : 598
Dodatkowo : metamorfomagia, kapitan drużyny Krukonów
  Liczba postów : 2045
https://www.czarodzieje.org/t16927-elijah-julian-swansea#471679
https://www.czarodzieje.org/t16932-jeczybula#471794
https://www.czarodzieje.org/t16933-elijah-j-swansea#471795
https://www.czarodzieje.org/t16919-elijah-j-swansea
https://www.czarodzieje.org/t18741-elijah-j-swansea-dziennik#537
Droga do miasteczka QzgSDG8




Moderator




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptySob Lut 29 2020, 00:29;

W myślach przyznał jej rację – mogli zabrać ze sobą jakiś prowiant, najlepiej w ilości, która pozwoliłaby im pozostanie na zawsze pośród zakłócanego delikatnym wiatrem spokoju wypływającego spomiędzy wiekowych świerków. Chętnie zaszyłby się w miłym, nienachalnym towarzystwie Alise, mając pod ręką wystarczająco dużo jedzenia i, co ważniejsze, zapas grzanego miodu z korzeniami, na który miał obecnie ochotę. Mogliby tak siedzieć i nawet milczeć całymi dniami – byle w odcięciu od reszty świata i problemów, które wiązały się z codziennością. Nie chciał do niej wracać, tu, pośród gór, śniegu, mrozu i wiecznego chłodu było mu dobrze; byłoby mu dobrze.
Nie była kompromitująca — zaprotestował wesoło choć dosadnie, kręcąc przy tym delikatnie głową. Na moment przeniósł wzrok na dzierżony w rękach aparat, jakby samym tym mógł dostrzec wyryty na kliszy obraz. Wyglądała pięknie, a więc ją uwiecznił; ugryzł się jednak w język, bo jego myśli nie nadawały się do ubrania w słowa. Podobne komplementy nie były czymś, co wypadało powiedzieć byłej dziewczynie. Uśmiechnął się dość wymownie, lecz nie powiedział na ten temat nic więcej. — Ale w porządku, chętnie dołożę nowe zdjęcie do kolekcji.
Nie był jedną z tych osób, które po zakończeniu związku paliły, niszczyły i wyrzucały wszystkie związane z byłymi partnerami przedmioty, zacierając ślady. Miał słabą pamięć, a na domiar złego sentymentalną duszę. Kolekcjonował drobiazgi w swojej skrzynce, której wnętrze już kilkukrotnie musiał powiększać zaklęciem i wracał do nich od czasu do czasu, odświeżając wspomnienia – te dobre i te złe; te jego.
„Może” to wystarczająco? — nie zdołał powstrzymać się przed zadaniem tego pytania, patrząc na nią uważnie, choć przelotnie. Dla niego nie było wystarczające, ani nawet bliskie zadowalającego. Życzył jej spełniania swojej pasji, a jednocześnie nie potrafił nie wyobrażać jej sobie w paszczy smoka. Zwłaszcza teraz, kiedy Riley pokazał im blizny po, jak wywnioskował z opóźnieniem, smoczym ogniu.
Pozwalał jej na tę mieszczącą się w ramach przyjaźni bliskość, nie umykając ani wprost, ani pod wymyślnymi pretekstami. Zresztą... nie przeszkadzała mu ona; pozornie naruszająca jego – znacznie powiększoną ostatnio – przestrzeń, niosła za sobą ciepło i wsparcie, którego podświadomie pragnął.
Niee — zaprotestował rozbawionym tonem — nie jestem aż tak dobry. Właściwie mam więcej zapału niż umiejętności. Czasem to wystarcza, a czasem nie, ale nie traktuję tego tak poważnie. I tak, są gorsze rzeczy niż tłuczki. Na przykład Puchoni. — Zrobił absolutnie poważną minę, ale zaraz potem zdradziły go rozedrgane kąciki ust. Wciąż miał przed oczyma Fabiena zepchniętego z miotły przez Niamh, a kiedy zastanawiał się nad tym dłużej, znów odzywał się w nim strach, że go nie złapie, choć przecież dawno obaj byli już bezpieczni. Choć dziewczyna została ukarana, nie potrafił nie mieć do niej żalu.
Przystanął, by na zdjęciu uwiecznić kilka ośnieżonych wierzchołków drzew, które wydały mu się bardziej atrakcyjne niż setki innych, pozornie podobnych. Może to przelatujący nad nimi ptak, a może kąt odbicia światła sprawił, że tak spodobał mu się ten kadr? Zapytany, nie potrafiłby udzielić odpowiedzi.
Poza tym nie czuję się dobrze po drugiej stronie obiektywu. Wiem co robić, bo rozumiem co ułatwia pracę fotografowi, ale wolę obserwować niż być obserwowanym. Wczesną jesienią w ramach pracy domowej musiałem zrobić z Cassiusem kilka zdjęć, sobie nawzajem. — Odwrócił w jej stronę głowę i zaśmiał się pod nosem pierwszy raz od kilku dni — Możesz sobie wyobrazić jak to się skończyło. — To, że nie dogadywał się ze starszym Swansea nie było żadną tajemnicą. Był w tym dość osamotniony, o zgrozo, ale bardzo konsekwentny. Kiedy jakiekolwiek dłuższe spotkanie tych dwóch panów nie kończyło się sprzeczką, można było śmiało wpisać je do kalendarza jako zupełnie nowe święto.
Zatrzymał się w tym samym momencie co ona, rozglądając się czujnie dookoła. Pochylił się nad aparatem, naprędce zmieniając w nim kilka ustawień i z przygryzioną delikatnie wargą – w zamyśleniu, ale i dzielonej z Alise ekscytacji – podniósł wzrok na zwierzę. Zrobił kilka zdjęć, ale nie było... idealnie. Wiedział, że czegoś mu jednak brakuje i że jest w stanie to zmienić... kiedy jednak odezwała się cichutko, wyrwany nagle ze swojego małego transu, poruszył się nieco zbyt gwałtownie, płosząc zwierzęta.
Cholera — zaklął całkiem głośno, łapiąc jelenie w biegu, czmychające do lasu. Nie był pewien czy cokolwiek z tego wyjdzie, miał przekonać się o tym dopiero w zaciszu swojej ciemni. Westchnął cicho i opuścił na nią wzrok, nie potrafiąc pozbyć się zmarszczki, która pojawiła się pomiędzy jego brwiami. Zatroskana mina miała w sobie ogromne pokłady uroku, ale i niosła za sobą niepokój, bo widząc ją, zdawał sobie sprawę co nastąpi. Miał ochotę zaprotestować i właśnie dlatego w pierwszej chwili milczał wpatrując się w nią jasnymi oczyma; dopiero po upływie kilku sekund skinął delikatnie głową.
Pytaj. — Wyciągnął do niej rękę, oferując wsparcie w podniesieniu się z ziemi. Zastanawiał się czy gdyby poszli śladem zwierzyny, napotkaliby ją w głębi lasu. Z drugiej strony były tam u siebie, a oni nie potrafili poruszać się bezszelestnie.

______________________

If love is a losing game

Then why do we play it again?
and again?
and again?
and again?

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online


Alise L. Argent

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Czystość Krwi : 90%
Wzrost : 171 cm
C. szczególne : długie i proste włosy, dołeczki w policzkach przy uśmiechu, zawsze nosi łańcuszek z zawieszką z Irlandzką Koniczynką
Galeony : 663
  Liczba postów : 545
https://www.czarodzieje.org/t16073-alise-lauren-argent#440125
https://www.czarodzieje.org/t16093-shea#440127
https://www.czarodzieje.org/t16092-smoki-niesmialki-i-gumochlony#440126
https://www.czarodzieje.org/t16089-alise-l-argent#440019
https://www.czarodzieje.org/t18311-alise-argent-dziennik#521059
Droga do miasteczka QzgSDG8




Moderator




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptyNie Mar 01 2020, 00:50;

Zawsze miała w plecaku jakiegoś batona, jednak niewiele zdziała tak niewielka ilość cukru w tak długiej podróży, zwłaszcza dzielona na dwoje. Wierzyła jednak, że wybrną i z tego, bo Elijah zawsze był dobry z transmutacji i może uda mu się powielić tę zbawienną przekąskę. Było jednak na to zbyt wcześnie i tkwil bezpiecznie w bocznej kieszonce. Ona za to, dość energicznie szła obok chłopaka, zerkając co rusz w jego stronę. Na dobrą sprawę to poza krótką pogawędką na balkonie, byli sami pierwszy raz od prawie dwóch lat i nie mogła wyjść z podziwu, jak się zmienił — może nie mogła oceniać jego wewnętrznego rozwoju i ewolucji, jednak fizycznie z pewnością zostawił daleko w tyle tego chłopaka, którym był. Uśmiechnęła się pod nosem, wracając spojrzeniem błękitnych oczu na szczyty gór.
- Odrobinę była, ale jak jest dla Ciebie, to nie szkodzi. Ty zawsze robiłeś ładne zdjęcia. - odparła równie pogodnie i dość dosadnie, żeby przypadkiem nie przyszedł mu kretyński pomysł zaprzeczania. Czasem tak robił, sam nazywał się kretynem. Zawsze wydawało się jej problemem u niego niewystarczające docenianie siebie. A przecież był niesamowitym i dobrym człowiekiem! Obeszła go, stając obok i zerkając na zdjęcie, uśmiechnęła się pod nosem. Miał rację, nie było kompromitujące i wyszła nawet całkiem przyzwoicie, chociaż jej dłonie mimowolnie pognały ku górze, aby poprawić potargane od wiatru włosy. - Mówisz, jakbyś miał wyjście. To było pewne w momencie, w którym dałeś mi się porwać na spacer.
Odparła przebiegle, zdradzając mu tym samym swój ukryty motyw i plan na wspólną fotografię, bo ostatnia, którą miała i która tkwiła bezpiecznie w jej sypialni, przypięta spinkami do sznurka, była odrobinę nieaktualna. Bez względu na przeszłość, niezależnie od teraźniejszości i ignorując przyszłość — to wciąż był jej Elijah. Nie tylko jako pierwsza miłość, ale również jako przyjaciel, który przy nieobecności Carson, znał ją teraz najlepiej. Nie mogła jednak go niczym obarczać czy zapędzać w dziwne sytuacje, więc cieszyła się samą obecnością krukona i tym, że potrafili ze sobą rozmawiać. Pomimo jej kłamstwa. Zaśmiała się na jego słowa, kiwając głową z zadziwiającym optymizmem, jakby ewentualne poparzenia lub perspektywę zostania śniadaniem miała naprawdę gdzieś.
- Tak, tego się trzymam. Musi wystarczyć, bo przecież w życiu nie ma praktycznie nic pewnego. Jednak hej, to Rogogon, warto.
Zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale życie było zbyt krótkie, aby chować się pod kloszem i odpuszczać ze strachu przed porażką czy bólem. Nawet gdy przed oczyma tańczył jej obraz Riley'owych blizn, nawet przez ułamek sekundy nie chciała zrezygnować. Była niesamowicie upartą dziewczyną, która na nadmiar złego przeczytała chyba wszystkie istniejące tomiska o ziejących ogniem, przerośniętych jaszczurkach. Była impulsywna, lubiła bliskość drugiego człowieka, niezależnie od płaszczyzny, na której tkwiła relacja. W ten sposób było jej ze wszystkim łatwiej, a zwłaszcza z tym całym udawaniem bohatera, który niczego się nie boi. Chwycenie więc chłopaka pod rękę było dla niej całkowicie naturalne, niczym oddychanie i kompletnie nie zwróciła na to uwagi. Zaciskając przez sekundę palce na jego przedramieniu, odwróciła głowę w jego stronę i słuchała z uwagą wypowiadanych słów, ciesząc się, że tak wiele i tak otwarcie mówił, nawet nieszczególnie ciągnięty za język.
- Jak będziesz trenował i się przykładał, to będziesz świetny. Jesteśmy ludźmi Eli, nie ma dla nas rzeczy niemożliwych, jeśli czegoś bardzo chcemy, bo wtedy nawet wszechświat i magia chcą nam pomóc. To jednak dość ciężkie postrzeganie świata i drogi, która bywa usłana wieloma porażkami. Puchoni? To nie takie ciepłe, słodkie kluski? Zwłaszcza te niskie i słodkie. - zmarszczyła nos i brwi, oczywiście naiwnie łapiąc się na jego psikusa, którego zdradziła mimika twarzy. Prychnęła z udawanym oburzeniem, delikatnie trącając go z łokcia w bok i śmiejąc się pod nosem, przeniosła spojrzenie na swoje ocieplane, jasnoróżowe, zimowe buty. Zatrzymała się grzecznie, dając mu swobodę i w milczeniu obserwując, jak robi zdjęcia. Zawsze znajdował w zwyczajnym krajobrazie coś wspaniałego, a oddanie i radość w momencie naciskania guzika aparatu malowała się w jego oczach niemalże iskierkami. Zrobiło się jej cieplej na sercu, wiedząc, że tego nie stracił — pomimo wszystkiego złego, co go spotkało lub mogło spotkać, powodując tak łatwe wpadanie w zniecierpliwienie czy nerwy. Mieli dużo czasu, wcale go nie poganiała. Zamiast tego, sama odchyliła głowę do tyłu i spojrzała na bezchmurne, błękitne niebo. Wciąż modliła się o taką pogodę aż do powrotu do bezpiecznego pokoju w resorcie.
Cassiusa kojarzyła. Był jego kuzynem i typem ślizgona, do którego lepiej nie podchodzić i nie prowokować. Wydawał się jej w jakiś sposób niebezpieczny oraz nieprzewidywalny, chociaż poza tymi dwoma karteczkami, nie przylepiała mu już żadnych, mając nadzieję, że podobnie, jak Elaine i Elijah, jest dobrym człowiekiem. Na znajomy dźwięk śmiechu, uśmiechnęła się łagodnie, przez chwilę zapominając o tym, co chciała powiedzieć, bo wybił ją z kontekstu i zresztą widać to było na jej twarzy. Zamiast tego, musiała dość szybko znaleźć odpowiedź pełną improwizacji, bo przecież słuchała, co mówił. - Myślę, że chciałabym te zdjęcia zobaczyć! Masz je gdzieś w zamku? Bo tu pewnie nie. Musiało być bardzo intensywnie, Cassius wydaje się wymagający w dziedzinie sztuki. Tak samo, jak Ty, Łabądku.
Moment idealny, niepozorne zwierzęta wśród obsypanych śniegiem gałęzi świerków mogły dać mu to idealne ujęcie. W milczeniu wędrowała spojrzeniem pomiędzy nim a pasącym się jeleniem, trzymając dłonie na swoich kolanach. Gdy ustawił swój sprzęt i wpadł w trans, obserwowała już tylko jego. Zawsze fascynowały ją oblicza oddanych czemuś ludzi, niezależnie czy było to latanie, rysowanie czy robienie zdjęć. Było w nich tyle szczerości, tyle zgody ze sobą.. Westchnęła cicho, wbijając paznokcie w jeansy. Przypomniały się jej słowa Moe o tym, że świat cierpi na brak szczerości.
Zamrugała zaskoczona nagłą serią dźwięków, obserwując znikające, brązowe plamy pomiędzy drzewami. No tak, nie powinna była go pytać, dopóki nie skończy. Zrobiła przepraszającą minę, nawet trochę podkuwkę.
- Przepraszam, nie sądziłam, że Cię spłoszę, jak taką sarenkę. Nie, czekaj. Jelenia. - zasłoniła usta dłonią, mrugając i przekręcając głowę w bok, pozwoliła, aby jasne kosmyki zakołysały się na tle jasnoniebieskiej kurtki. Widziała zmarszczkę, praktycznie słyszała w głowie wypowiadane jego głosem słowa, składające się na myśl, która aktualnie mogła przebiegać mu przez głowę. I właśnie dlatego, westchnęła i pokręciła głową, sugerując tym samym, że to nie miało już żadnego znaczenia. Sam musiał dojść do momentu, w którym będzie chciał wyrzucić z siebie te wszystkie przykrości i nie mogła go poganiać, co nie znaczyło jednak, że nie mogła spróbować pomóc mu w inny sposób. Uśmiechnęła się więc przebiegle, łapiąc jego dłoń i wstając gwałtownie, aby puścić się biegiem między drzewa, w głąb lasu. Musieli znaleźć te sarny lub inne. Na szczęście krukon miał lepszą orientację w terenie niż ona, jakoś wrócą. Zresztą, gdy w grę wchodziła przygoda, zdrowy rozsądek mógł na trochę zniknąć. Zacisnęła palce mocniej, odwracając głowę i patrząc na niego przez ramię, uśmiechnęła się z błyskiem w oczach.
- Więc pytam! Muszą być te same sarny na tym zdjęciu? Bo nie wiem, czy biegniemy dość szybko! - łapiąc oddech, puściła mu oczko i wyprostowała głowę, nie chcąc wpaść na jakieś drzewo i wybić sobie oka gałęzią jodły. To byłoby problematyczne, nawet z różdżką w kieszeni plecaka. W przeciągu minut znaleźli się pośrodku zagajnika, stojąc na niewielkiej polanie. Nachyliła się, opierając rękoma o uda i oddychała, śmiejąc się pomimo wysiłku. Przesunęła spojrzeniem po wydeptanym przez zwierzęta śniegu. - Patrz, rozchodzą się! Te są tam na lewo, a te idą dalej prosto. Jak myślisz, którędy pobiegły? - podniosła na niego spojrzenie, cofając dłoń, którą go trzymała i przesunęła nią po czapce, bo od nachylenia spadła jej na oczy. Odpowiedzialność za znalezienie jakiegoś dzika, a nie jelenia chciała bezczelnie zrzucić na niego. - Uciekną dalej, jak nie ruszymy. Ty złapiesz moment, ja trochę schudnę, a i może ten smok żyje w jakieś jaskini, do której przypadkiem dotrzemy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Elijah J. Swansea

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185 cm
C. szczególne : znamię na karku, na które nie działa metamorfomagia; okulary do czytania
Galeony : 598
Dodatkowo : metamorfomagia, kapitan drużyny Krukonów
  Liczba postów : 2045
https://www.czarodzieje.org/t16927-elijah-julian-swansea#471679
https://www.czarodzieje.org/t16932-jeczybula#471794
https://www.czarodzieje.org/t16933-elijah-j-swansea#471795
https://www.czarodzieje.org/t16919-elijah-j-swansea
https://www.czarodzieje.org/t18741-elijah-j-swansea-dziennik#537
Droga do miasteczka QzgSDG8




Moderator




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptyNie Mar 01 2020, 03:20;

Sam również ukochał sobie niebezpieczeństwo. Chyba o tym nie wiedziała – o jego drobnej, zakazanej miłostce, która zostawiała na karku nie ciepło dłoni, a chłód skraplającego się na nim potu. Odkrył ją w sobie zaledwie rok temu, a więc już po jej wyjeździe i nie dzielił się chętnie ze światem. Mimo umiłowania do adrenaliny, pozostawał jednak, przynajmniej pod tym względem, sporym hipokrytą, bo o ile sam uwielbiał pakować się w niebezpieczne sytuacje, tak na wszystkich swoich bliskich dmuchał i chuchał tak długo i mocno, aż zyskiwał absolutną pewność, że nie spadnie im z głowy choćby pojedynczy włos. Sam mógł narażać swoje życie, lecz ci, którzy byli dla niego ważni, nie mieli podobnego prawa. To było niesprawiedliwe, ale dla niego jedyne słuszne rozwiązanie i właśnie z jego powodu na jego twarzy wymalował się absolutny brak zgody z jej słowami. Nie wiedział co sobie wyobrażał – bo chyba nie to, że jednym sarkastycznym pytaniem zmieni patrzenie na świat, które pielęgnowała w sobie od lat, ale nawet jeśli przeczyło to wszelkiej logice: miał ochotę zaprotestować. Nie powiedział tego na głos, zachował tę myśl dla siebie, tak jak wiele wcześniej i wiele (zapewne) później.
Mam inny plan, chociaż nie wiem czy jest aktualny. Może na odległą przyszłość? Wszystko tak szybko się zmienia... — zaczął zastanawiać się nad tym, że mniej-więcej rok temu rozmawiał o swoich planach z Esther i szybko doszedł do wniosku, że w tamtej konkretnej chwili był zupełnie innym człowiekiem. Wszyscy wokół się zmieniali, dorastali, dojrzewali... lecz nie chodziło tylko o to; przeszedł przez ciąg wydarzeń, które wywołały w nim ogromne zmiany, takie, że można było się zastanawiać czy kiedy lubiło się tamtego Eliego, wciąż pała się do niego sympatią w tymże momencie. Wtedy zdawało mu się, że dobrze wie czego pragnie, teraz... nie wiedział nic.
Kluski. Do momentu kiedy się zdenerwują i zrzucają ludzi z mioteł. — Jeśli nie oglądała ostatniego meczu z Hufflepuffem i nie słuchała plotek, wciąż mogła nie wiedzieć o czym mówi, ale nie chciał niczego prostować, uznawszy, że nie ma ochoty brnąć we wspomnienia o tamtej paskudnej sytuacji. Stało się i, chwała Merlinowi, dobiegło już końca. Można było wyciągnąć wnioski i przede wszystkim o tym zapomnieć.
Mam je w Dolinie, jak mnie odwiedzisz to Ci pokażę — wypalił, nim porządnie się zastanowił. Kiedy tak beztrosko sobie rozmawiali, prowadząc leniwy spacer, łatwo było poczuć się tak, jakby nigdy nie pożegnali się na tak długo. Nie zastanawiał się czy to dobrze, by przychodziła do jego domu i co powiedzą na jego siostry – wziął to za oczywistość, zwłaszcza teraz, kiedy oboje mogli opuszczać teren Hogwartu kiedy im się żywnie podobało. Odchrząknął, trochę zmieszany — Chociaż zastanawiam się nad wynajmem mieszkania w Londynie, miałbym własne studio.
Nie były to rozważania nowe, ale wciąż nie potrafił się zdecydować czy chce wydawać pieniądze na mieszkanie, w którym nie będzie w pełni mieszkał. Wiedział, że tak się to skończy, bo nie czuł się gotowy na opuszczenie rezydencji Swansea w zakresie większym niż do tej pory – na rzecz szkoły. Kiedy mieszkało się w tak pełnym życia i sztuki domu, samotność i pustka była wyjątkowo przytłaczająca. No i miałby jeszcze mniej czasu dla rodziny, bo musiałby go specjalnie wyznaczać. Gdy był jeszcze z Pandorą, decyzja wydawała mu się łatwiejsza; chciał poczekać do czerwca i zaproponować jej, by spróbowali wynająć coś wspólnie, a tym samym sprawdzili jak mieszka im się razem. Plany legły jednak w gruzach.
Jej mina go rozbrajała; zresztą ani myślał być na nią złym za to, że zwierzęta uciekły, zwłaszcza, że stało się tak z jego winy. Jeśli był rozdrażniony, to tak ogólnie, na cały świat. Ostatnimi czasy miał ku temu wszelkie skłonności.
Co? — zdążył tylko zapytać, w ogóle nie pojmując o co jej chodzi, a nim cokolwiek do niego dotarło, nogi same poniosły go jej śladem, prosto w ośnieżony las, nie bacząc na to jak głupie by to nie było — Czekaj — zawołał, choć nie krzyczał, bo nie chciał do reszty spłoszyć wszystkich mieszkających tutaj zwierząt. Prychnął, co zaraz przerodziło się w cichy śmiech i nabrał prędkości, biegiem dając upust nagromadzonej w nim ostatnio, rzadko pozytywnej energii. Rozchylał dłońmi gałęzie świerków i sosen, nie przejmując się tym, że igiełki kłują w palce, a strzepywany z gałązek śnieg wpada mu za kołnierz; kilka razy nie zdążył w porę się uchylić i oberwał końcówką gałęzi przez policzki i czoło. I wszystko to nie miało żadnego znaczenia. Kiedy stanęli, uśmiechnął się szeroko – tak szczerze i radośnie, jak nie zdarzyło mu się od wyjazdu Pandory. Miał przyspieszony oddech, lecz od niemal roku stale pracował nad swoją kondycją, wobec czego bieg na taką odległość nie był dla niego wielkim wysiłkiem.
Musimy iść ostrożnie, bo zwieją — popatrzył na odbite w śniegu tropy i w końcu wskazał lewą stronę, robiąc to zupełnie na chybił trafił. Nie znał się ani na zwierzętach, ani na ich tropieniu – ni w ząb. Sięgnął po jej dłoń, chwycił ją w pewnym uścisku i pociągnął za sobą, teraz już wolniej, ostrożniej, kalkulując swoje kroki. Przesuwał się pomiędzy gałęziami tak, by poruszyć jak najmniej z nich i starał się nie deptać po gałęziach, choć to zadanie było wybitnie trudne, gdyż nie było ich widać pod warstwą śniegu.
Chciałaś pytać — zagaił znienacka, najciszej jak mógł, ale tak, by mimo wszystko go zrozumiała — więc pytaj. Zasługujesz na to żeby wiedzieć, zwłaszcza po tym jaki byłem dla Ciebie pierwszego dnia. — rozglądał się czujnie, kontrolując ślady za którymi podążali. To było wygodne, prowadzić rozmowę, pozostając jednocześnie w stałym ruchu, kiedy nie musiało się na siebie patrzeć. Miał twarz zwróconą przed siebie, a więc bezpiecznie schronioną przed jej czujnym wzrokiem. Tak było bezpiecznie.

______________________

If love is a losing game

Then why do we play it again?
and again?
and again?
and again?

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online


Alise L. Argent

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Czystość Krwi : 90%
Wzrost : 171 cm
C. szczególne : długie i proste włosy, dołeczki w policzkach przy uśmiechu, zawsze nosi łańcuszek z zawieszką z Irlandzką Koniczynką
Galeony : 663
  Liczba postów : 545
https://www.czarodzieje.org/t16073-alise-lauren-argent#440125
https://www.czarodzieje.org/t16093-shea#440127
https://www.czarodzieje.org/t16092-smoki-niesmialki-i-gumochlony#440126
https://www.czarodzieje.org/t16089-alise-l-argent#440019
https://www.czarodzieje.org/t18311-alise-argent-dziennik#521059
Droga do miasteczka QzgSDG8




Moderator




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptyPon Mar 02 2020, 02:31;

Każdy lubił dreszcz niepewności, gęsią skórkę na ciele, gdy stawało się oko w oko z zagrożeniem. Zwłaszcza takim, które spotykało się pierwszy raz, a do głowy wpadały najgłupsze, a zarazem najbardziej ryzykowne z pomysłów. Alise była tchórzem, gdy przychodziło jej zostawać samej ze sobą. Bała się tak wielu rzeczy! Burzy, strasznych historii, nie potrafiła pływać. Dla innych była jednak w stanie odnaleźć w sobie olbrzymie pokłady odwagi, ignorując własne odczucia. Jej nawyk działania, a dopiero później myślenia sprawiał, że pewnym był scenariusz, że wzięłaby na siebie niebezpieczeństwo, byle druga osoba, jak najmniej narażona. Byli pod tym względem podobni, mieli swoje małe sekrety i przesadnie dbali o innych, zapominając czasem o sobie.
Widząc jego minę, nie mogła się łagodnie nie uśmiechnąć. Przed laty spoglądał na nią w ten sam sposób, gdy wspomniała mu o swoich ryzykownych planach na karierę. Miło, że żywił do niej na tyle pozytywne uczucia, że był w stanie się martwić. Z drugiej strony, zrobiło się jej trochę głupio i poczuła ciężar własnego kłamstwa, o którym nigdy nie zapomniała. Codziennie musiała sobie powtarzać, że było to najlepsze z rozwiązań.
- Nie patrz tak, przecież nie dam się zjeść aż tak łatwo. Chociaż może i dam?- podrapała się po policzku w zamyśleniu, uświadamiając sobie, że byłaby w stanie zagapić się na smoka i podziwiać go z takim oddaniem, że nie zareagowałaby w porę. Jasnowłosa wzruszyła ostatecznie ramionami, pozwalając uciec tym niedorzecznym myślom ze swojej głowy i skupiła błękitne ślepia na twarzy krukona, odszukując jego oczu. Przypominały błękitne niebo z ciemniejszą linią horyzontu. - Zdradzisz mi? Eli, gdyby się nie zmieniało, nie bylibyśmy w stanie się rozwijać. To mogą być okropne rzeczy, ale ostatecznie — zawsze coś z nich wyciągamy.
Westchnęła, odchylając głowę do tyłu i patrząc na niebo, które chwilę wcześniej dostrzegła w jego oczach. Chłodny podmuch wiatru uderzył w jej policzki, wprawiając w ruch złote kosmyki włosów i sprawił, że przebiegł ją dreszcz. Nie była fanką planów. Najpiękniejsze rzeczy przytrafiały się niespodziewanie. Gdy nastawialiśmy się na konkretny scenariusz, umykały całe rozwidlenia na obranej przez niej ścieżce, które mogły wieść do czegoś wyjątkowego. Jak wiele było na świecie takich utraconych szans? Elijah miał zawsze wewnątrz siebie jasny kolor i dziewczyna wierzyła, że nic nie było w stanie tej barwy zmienić, wypaczyć. Pchany przeznaczeniem mógł mieć więcej słabszych niż lepszych chwil do tej pory, ale na sam koniec wszystko miało się wyrównać, bo podobnie jak wydech ze wdechem, życie dzieliło sprawiedliwie. Kluczem było odnalezienie siły w perfekcyjnych momentach, a nie pogrążanie się w tęsknocie za nimi. Na każdego był plan, tylko pytanie, czy znając cenę, gotowym było się go spełnić.
Nie skomentowała słów o puchonach i kluskach. Na meczu nie była, nie miała więc pojęcia, o czym krukon mógł mówić, a jego mina sugerowała, aby nie grzebać w tym. Kiwnęła więc głową, którą wcześniej wyprostowała, przesyłając mu nieme "aha". Jego słowa sprawiły, że wytrzeszczyła nieco oczy, czując, jak oblewa się rumieńcem, bo nie spodziewałaby się po nim takiej bezpośredniości. Była w ich posiadłości raz jeden i to z rodzicami, podczas jednego z magicznych przyjęć związanych z działalnością charytatywną. Zamrugała kilkakrotnie, parskając śmiechem i nie mogąc pozbyć się z głowy myśli, że wciąż był tak samo uroczy i niewinny. - To oficjalne zaproszenie? Jak tak, to koniecznie przyniosę babeczki. Hmmm? Naprawdę? Poważna decyzja, chociaż w przypadku studia praktyczna.
Byli w takim wieku, że myśli o uwolnieniu się z gniazda pojawiały się w głowie coraz częściej. Ona też zastanawiała się nad małą kawalerką, gdyby ojciec miał znów zostać przeniesiony. Nie chciała zostać sama w olbrzymim domu, popadłaby w szaleństwo. Student miał jednak gorzej, bo miał siostrę bliźniaczkę i łącząca ich więź była ponad wszystko. Wiedziała, ile dla niego Elaine znaczyła i zrezygnowanie z niej wydawało się jej czymś nierealnym dla niego. Zacisnęła usta, zdając sobie sprawę, że kontempluje nad tym, bazując na wiedzy sprzed dwóch lat, chociaż po sytuacji w pokoju miała wrażenie, że się nie myliła. Niestety, więzi rodzeństwa nigdy nie będzie w stanie do końca zrozumieć.
A potem wszystko wydarzyło się szybko, dała się porwać szaleństwu i chwili, porywając go w głąb lasu u podnóża sięgających chmur gór. Pełnego zwierzyny i niebezpieczeństw, biegnąc z rosnącą ekscytacją na myśl o przygodzie. O nieznanym. - Na co mamy czekać? Życie nam ucieknie, jak tylko będziemy czekać!
Odparła z uśmiechem, posyłając mu krótkie spojrzenie w oczy i już wróciła uwagą na drogę przed sobą. Wysokie drzewa pięły się dumnie do góry, zielone suknie z igieł uginały się pod ciężarem białego puchu. Do nosa wpadał orzeźwiający, przepiękny zapach igliwia, kory, rosnących u podnóży pni krzaków z dziwnymi, białymi oraz ciemnymi kulkami, przypominającymi jagody. Nie myślała o zwierzętach innych, niż o tych sarnach, które gonili. Uśmiechnęła się pod nosem na dźwięk prychnięcia poprzedzającego śmiech, co tylko zachęcało ją do dalszych głupot. Częściowo biegła na ślepo, przymykając oczy i kryjąc policzki przed gałęziami, reagując stłumionym piskiem na śnieg wpadający za ubranie. Rozgrzana skóra potraktowana lodowatymi kroplami pokrywała się gęsią skórką. Dotarli do niewielkiej polanki, gdzie było więcej miejsca. Łapiąc oddech, rozglądała się dookoła. Wszystko wyglądało tak samo i absolutnie nie miała pojęcia, jak wrócić do cywilizacji. Podniosła na niego wzrok, cała zadowolona. Bała się, że będzie zły, że nie da się porwać i zaczął być poważnym, młodym mężczyzną, który stracił resztki niewinności i dziecięcej ciekawości. Dorosłość skutecznie je wypierała.
- Mianuję Cię kapitanem wyprawy w takim razie, Elijah. - oznajmiła, całkiem oficjalnie, podchodząc do niego, przyglądając się śladom. Miała wrażenie, że przeszło tędy kilka zwierzaków i odciski wymieszały się ze sobą, tworząc pokrętne kształty. Najłatwiej byłoby jej poznać te smocze lub należące do zwierząt kopytnych, jednak takowych brakowało. Nie przeszkadzało jej jednak to w zaufaniu jego decyzji. Zadrżała pod wpływem jego dłoni, która nagle zamknęła w uścisku jej własną, znacznie chłodniejszą od jego. Nie cofnęła jednak palców, łapiąc go równie pewnie i grzecznie ruszyła za nim, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu ślady zaginionych modeli do sesji zdjęciowej. Trudno było się jej skupić na przeczesywaniu wzrokiem okolicy, skoro na pobliskich drzewach ciągle dostrzec można było szarą lub rudą wiewiórkę, jakieś ptaki. Patrzyła też pod nogi, przeskakując przeszkody i znajdując sobie zabawę w podążanie za odciskami jego butów, bo szła odrobinę za nim.
- Hmm? - w zaskoczeniu podniosła wzrok, wbijając go w jego plecy. Szersze, niż pamiętała. Uniosła brew, kompletnie nie wiedząc, o co mu chodziło z traktowaniem jej pierwszego dnia, gdy wróciła do zamku i mieli okazję się spotkać, bo nie zauważyła absolutnie czego nieprawidłowego. Zrobił coś? Powiedzieć? Zamrugała kilkakrotnie, wracając wspomnieniami do tamtych chwil i próbowała znaleźć wskazówkę, jednak nie mając niczego, wzruszyła ramionami. - Znów kretyńsko gadasz. Wiesz co..
Przepraszała, bo ich uszu dobiegł głośny trzask. Pociągnęła go, zmuszając do zatrzymania. Przesuwała błękitnymi ślepiami, dostrzegając zmierzający w ich stronę brązowy kształt, niknący pomiędzy gałęziami drzew. Mógł być to niedźwiedź, wilk, renifer, dzik, a nawet i łoś. Załączył się jej instynkt bohatera. Niewiele już myśląc i wykorzystując siłę efektu zaskoczenia, drgnęła nerwowo i pociągnęła go z całą siwą w lewo, zasłaniając mu usta wolną dłonią i przypierając go plecami do drzewa. Stanęła dość blisko, aby skorzystać z naturalnej kryjówki i dziękując lasu, że akurat tutaj rósł pokaźny okaz o grubym pniu. Wychyliła się delikatnie zza zielonej gałęzi, wciąż jednak niczego nie widząc. Westchnęła, cofając dłoń z jego twarzy i posłała mu przepraszające spojrzenie, bo zrobiło się jej jakoś głupio. Impulsywność bywała paskudną wadą, pewnie zrażała do siebe ludzi. Reagowała jednak w niekontrolowany dla siebie sposób, bez logiki. Zupełnie, jakby jej ciało samo wybierało najlepsze wyjście.
- Wybacz. Nadal nad tym w pełni nie panuję. - szepnęła w jego stronę ze skruchą. Z odrobiną żalu spojrzała mu w oczy, przekręcając głowę na bok. - Kurcze, nasze znalezisko jest brązowe. To nie może być lodowy smok. Szkoda, nie?
Westchnęła bezgłośnie, zsuwając z ramion plecak, aby poszukać różdżki. Zwierzę na pewno ich czuło, chociaż w rzeczywistości mogło się bać mocniej, niż ona zaczynała wewnątrz panikować. Na szczęście jej porwany bliźniak był w bezpiecznej pozycji. Najgorzej, że miała w głowie kompletną pustkę, nie mając pojęcia, jakie zaklęcie byłoby najskuteczniejsze. Jakby ekscytacja przyćmiła wiedzę, sprawiając, że biedna Rowena przewracała się w grobie. - Eli.. Nie chcę zabijać czy krzywdzić misia. A poza tym, chciałam zapytać, jak się czujesz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Elijah J. Swansea

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185 cm
C. szczególne : znamię na karku, na które nie działa metamorfomagia; okulary do czytania
Galeony : 598
Dodatkowo : metamorfomagia, kapitan drużyny Krukonów
  Liczba postów : 2045
https://www.czarodzieje.org/t16927-elijah-julian-swansea#471679
https://www.czarodzieje.org/t16932-jeczybula#471794
https://www.czarodzieje.org/t16933-elijah-j-swansea#471795
https://www.czarodzieje.org/t16919-elijah-j-swansea
https://www.czarodzieje.org/t18741-elijah-j-swansea-dziennik#537
Droga do miasteczka QzgSDG8




Moderator




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptyPią Mar 06 2020, 13:07;

Kiedyś Ci powiem — odpowiedział na pytanie o przyszłość, bo niechętnie dzielił się swoim pomysłem, zwłaszcza w tych chwilach, w których nie był pewien czy kiedykolwiek uda mu się wcielić plany w życie. To zaś zdecydowanie była jedna z tych chwil.
Nie za dobrze radził sobie ze zmianami i Alise na pewno dobrze o tym wiedziała. Nawet jeśli miał świadomość, że są nieuniknione, konieczne i potrzebne, to i tak na samą myśl, że coś ulegnie w jego życiu zmianom, czuł podenerwowanie. I bez tego trudno było mu nadążyć za codziennością. Ciągnął wiele srok za ogon i tylko dzięki odpowiedniej organizacji był w stanie wszystko to jakoś – choćby pobieżnie – ogarnąć. Skinął głową i uśmiechnął się nieco na wspomnienie o babeczkach, tym samy najwyraźniej przypieczętowując zaproszenie. Co mu szkodziło? Jeśli wszystko pójdzie według planu, będzie mógł ugościć ją w swoim własnym mieszkaniu. Nie powiedział nic, bo i chwilę potem pędzili jak na złamanie karku.
Zwariuję od tych wszystkich kapitanów — uśmiechnął się, teatralnie przewracając oczyma. Prawda była taka, że bycie takim kapitanem – nieważne czy drużyny, czy wyprawy, czy czegokolwiek innego, okazywało się bardziej przyjemne niż można by się tego spodziewać. Czyżby Elijah Swansea lubił się trochę rządzić? Cóż, nie przyznałby się do tego na głos, ale wszystko wskazywało na to, że tak właśnie było. Jak na kapitana przystało, poprowadził ich w las... a jak przystało na siebie, podjął złą decyzję. To takie paradoksalne – ostatnio było ich w jego życiu zdecydowanie zbyt wiele i kiedy dotarł do punktu, w którym teoretycznie znów stał się nieco ostrożniejszy, znów robił jakąś głupotę. Nieważne czy to dzik, czy cokolwiek innego; liczyła się porażka.
Pokręcił głową, tym razem wyjątkowo nie zgadzając się z tym, jakoby miał mówić cokolwiek kretyńskiego. Chodziło mu o pierwszy dzień ferii, o ich niedorzeczną mini-sprzeczkę i jeszcze bardziej niedorzeczne zachowanie rozpieszczonego chłopca z depresją. Choć od razu wyjaśnili sytuację, wciąż czuł ogromny wstyd... a to, że spał z nią w jednym łóżku w ogóle nie pomagało mu w oczyszczeniu sumienia. Co prawda każdej nocy odsuwał się na najdalszy możliwy jego kraniec, ale i tak czuł się niezręcznie.
Chciał coś powiedzieć, ale zanim zdążył, poczuł na twarzy chłodną dłoń, która na domiar złego pchnęła go na tyle mocno, że oparł się plecami o chropowatą powierzchnię drzewa. Wydał z siebie stłumiony przez nią, niewyraźny odgłos pełen wyrzutu i zmarszczył brwi, przyglądając się jej badawczo. Zaprzestał protestów, widział jak zmienia się jej mina, a oczy czujnie lustrują teren. Miał ochotę uchwycić to skupienie na fotografii, ale miał zbyt mocno ograniczone ruchy, by móc sięgnąć po zwisający na szyi aparat.
Trzy czwarte lasu jest brązowe — mruknął kiedy już mu na to pozwoliła. Odchrząknął i wyjrzał zza pnia, rzeczywiście widząc brązowy zwierzęcy zadek. Był jednak znacznie szerszy i niżej usytuowany niż się spodziewał. To nie mogła być sarna, ani niedźwiedź. Gdzieś w głębi duszy od razu wiedział z czym mają do czynienia, ale jeszcze przez moment skutecznie to z siebie wypierał. Oparł głowę o pień i spojrzał na Alise, milcząc przez krótką chwilą.
Ja... — zająknął się, bo w gruncie rzeczy nie miał zielonego pojęcia jak określić to co czuje — jakbym był w połowie martwy. — Powiedział w końcu, bo choć były to poważne słowa i mogły nieco ją wystraszyć, to były też boleśnie prawdziwe. Nie spuszczając jej z oczu, uniósł kąciki ust w nieporadnym, trochę wymuszonym uśmiechu — ale teraz jest lepiej. Lisku? — patrzył na nią jeszcze przez moment, ale potem odwrócił wzrok, nagle czując, że podziękowanie, które miał na końcu języka nie chce spłynąć z niego na wargi i choć nie rozumiał dlaczego tak się stało, stchórzył. — To jest dzik. Chcę zrobić mu zdjęcie, ale... — zaśmiał się cicho, chyba z bezradności. „Ale to cholerny dzik”, chciało się powiedzieć; nie powiedział jednak nic, skinieniem głowy wskazał na ziemię, bo chciał by na kuckach podeszli nieco bliżej.
Osłonisz mnie? Nie musimy go krzywdzić — kucnął, czując bijący od pokrytego śniegiem gruntu chłód i złapał za aparat. Przybliżył się w stronę zwierzęcia, cicho i powoli, wykazując się cierpliwością. Wolał stracić czas, nie ujęcie; mógłby poświęcić na to i pół dnia. Kiedy znaleźli się już dość blisko, wychylił się zza pnia drzewa i z cichym trzaskiem migawki raz po raz przerywającym niezmąconą ciszę, zaczął robić zdjęcia. Dzikowi chyba się to nie spodobało. Zastrzygł uszami, rozejrzał się, a kiedy dostrzegł intruzów, zamarł w bezruchu, wyglądając jakby w każdym momencie mógł zaatakować. Podchodzenie tak blisko zdecydowanie nie było mądrą decyzją.
Ale czego nie robi się dla zdjęcia.

______________________

If love is a losing game

Then why do we play it again?
and again?
and again?
and again?

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online


Alise L. Argent

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Czystość Krwi : 90%
Wzrost : 171 cm
C. szczególne : długie i proste włosy, dołeczki w policzkach przy uśmiechu, zawsze nosi łańcuszek z zawieszką z Irlandzką Koniczynką
Galeony : 663
  Liczba postów : 545
https://www.czarodzieje.org/t16073-alise-lauren-argent#440125
https://www.czarodzieje.org/t16093-shea#440127
https://www.czarodzieje.org/t16092-smoki-niesmialki-i-gumochlony#440126
https://www.czarodzieje.org/t16089-alise-l-argent#440019
https://www.czarodzieje.org/t18311-alise-argent-dziennik#521059
Droga do miasteczka QzgSDG8




Moderator




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptyNie Mar 08 2020, 03:01;

Nie naciskała. Nigdy nie była typem dziewczyny wścibskiej, ciągnącej za język i obrażającej się, gdy nie uzyskiwała odpowiedzi. Każdy miał prawo do odrobiny prywatności. Niemniej jednak Elijah na pewno wiedział, że nikt nie życzył mu tak dobrze, jak Alise. Jej zdaniem — mógł sobie poradzić absolutnie ze wszystkim, począwszy od katastrof aż po wybuchy szczęścia, a jedyne co go powstrzymywało to brak pewności siebie. Całkiem tego nie rozumiała, bo był przecież zajebistym chłopakiem. Nikt nie lubił zmian, ciężko było odnaleźć się w nowej sytuacji i dostosować od nowa, zmieniając znane sobie reguły. Monotonia — tak niechciana w teorii przez ludzi, była jednocześnie elementem dość pożądanym w ich życiu, zwanym również stabilnością. Wbrew temu, co sobą pokazywała, ona też miewała słabsze chwile, tylko mając syndrom bohatera, wiedziała, że nie może ich nikomu pokazać. Zbyt wiele miała do stracenia w oczach najbliższych jej ludzi. Na skinięcie głową uśmiechnęła się, uznając, że tym samym są na te babeczki umówieni, a do tego wybierze mu najładniejszego kwiatka w smoczej doniczce do mieszkania.
Przekręciła głowę w bok, patrząc na niego z niedowierzaniem i rozbawieniem jednocześnie. Był skromnym chłopakiem, a jednak dałaby sobie włosy ściąć, że na nazwanie go "kapitanem", coś rozbłysło w błękitnych tęczówkach. A ona wiedziała, aby kuć żelazo, póki gorące i wcale nie zamierzała kłamać, a jedynie uświadomić mu, jak wiele dobrych rzeczy w sobie nie dostrzegał. - Odrobina szaleństwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła, zwłaszcza, jak pasuję się do roli.
Odparła ze wzruszeniem ramion, puszczając mu oczko. Zdecydowanie oberwałby śnieżką w tył głowy tak, aby biały puch wleciał za kołnierz, gdyby była w stanie usłyszeć te depresyjne stwierdzenia. Dla niej w żadnym wypadku nie była to porażka, a raczej najprawdziwsza przygoda, a takowe uwielbiała. Odrobina niebezpieczeństwa wzbudzająca na skórze przyjemny dreszcz, zawsze była czymś dobrym, potrzebnym, aby docenić spokój i ciepło wypływające z poczucia bezpieczeństwa. Niestety, życie było pełne kontrastów i po każdy z nich trzeba było sięgać, aby było kompletne. Nic więc dziwnego, że nie mogła przestać się uśmiechać, a równie błękitne co Elijah tęczówki, lśniły podekscytowaniem. Zapomniała nawet, że czasem mówił kretyńsko. Nie była na niego zła, nawet nie odczuła tego w tak negatywny sposób, w jaki on to wyolbrzymiał. Każdy miał prawo do gorszego momentu, a widocznie jego życie zapewniło mu ich w ostatnim czasie sporo, a do tego kwestia tych dwóch łóżek, gdzie dzielili ze sobą jedno. Nigdy nie przeszło jej przez głowę, że mógłby to w jakiś sposób wykorzystać i zrobić coś głupiego, dlatego bez zawahania się zaoferowała rozwiązanie umożliwiające Elaine spanie z Rileyem. Musiał pewnie tylko znosić, że trochę zbierała mu kołdrę albo obejmowała ręką. Pojawiło się zagrożenie, a że Alise bardzo często obserwowała zwierzęta (trenując przed pracą ze smokami pozostawanie w ukryciu), zareagowała instynktownie.
Przyparła go do drzewa, chwilę jeszcze trzymając dłoń na jego ustach, zanim posłała mu przepraszające spojrzenie. Wychyliła się nieco raz jeszcze, próbując dostrzec zarys pomiędzy drzewami, opierając się o krukona i trzymając dłoń na jego ramieniu, westchnęła ze szczerym rozczarowaniem. Dlaczego nie mogli spotkać smoka? Już nie musiałby być lodowy, byłaby szczęśliwa z każdego, nawet walijskiego. Uniosła brew na jego komentarz, przygryzając dolną wargę, aby nie parsknąć śmiechem. - Właściwie to mniej, bo przecież pełnie tu śniegu i zieleni też, Eli.
Zauważyła tylko dlatego, żeby chwilę się z nim podroczyć, bo zadała jedno z tych niebezpiecznych pytań, na które bała się usłyszeć odpowiedzi. I słusznie, bo gdy poczuła na sobie jego wzrok, a uszu dobiegły słowa, przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Niewiele myśląc, przytuliła się do niego i przymknęła oczy, zastanawiając się, co mogła zrobić lub powiedzieć. Nie znała sytuacji, a nie chciała głupio mądrować. Przysłuchała się więc w bicie jego serca, trzymając ucho przy torsie. - Nie kłam. Jest całkiem żywe. Może po prostu wyrwano Ci kawałek, ale jestem pewna, że szybko się zregeneruje.
Szepnęła cicho, idąc za intuicją oraz chwilą, nie mogła znaleźć żadnych lepszych słów. Pamiętała, jak to było, gdy wyjechała, a on został w Wielkiej Brytanii. Jak pusta się czuła, nie potrafiąc się odnaleźć. Nie chodziło o to, że ją wystraszył, ale zaniepokoił. Zerknęła na niego z dołu z odrobiną pretensji. - Nie rób tak, nie udawaj uśmiechu, gdy nie masz na niego ochoty. Słucham?
Uniosła brew na nagłe użycie pieszczotliwego zwrotu, którego nie słyszała już od dawna. Kiedyś często tak na nią mówił, bo w gruncie rzeczy była całkiem przebiegłym stworzeniem. Zawsze potrafiła w niewinny i najmniej ordynarny sposób dopiąć swego. Jęknęła bezgłośnie, nawet trochę tupiąc nogą w akcie sekundowej obrazy na cały świat, że dzik był tylko dzikiem. - W porządku, załatwimy Ci zdjęcie. Będę obrońcą niczym na meczu!
Podążała za jego instrukcją i śladem, wcześniej wsuwając plecak i zaciskając różdżkę w kieszeni kurtki. Brzydziła się jakąkolwiek formą przemocy, niezależnie czy wobec ludzi, czy zwierząt, jednak nigdy nie pozwoliłaby, aby cokolwiek się mu stało. I wiedziała, że byłby to tak silny impuls do działa, że nie powstrzymałaby cisnącego się na usta czaru. Ruchem głowy zgarnęła włosy na plecy, przenosząc czujne spojrzenie na zwierzę. Kroczek za kroczkiem — śnieg zagłuszał ich kroki, a jego skrzypienie z kolei niknęło w podmuchach wiatru, wprawiających w ruch zielone gałęzie. Ich cichy szelest był przyjemny dla ucha, a do tego sprawiał, że dookoła unosił się intensywny zapach igliwia. Uśmiechnęła się pod nosem, biorąc głębszy oddech. Z odrobiną fascynacji obserwowała, jak pogrążył się w fotograficznym transie, zapisując na aparacie niczego nieświadome zwierze. I o ile pierwsze pstryknięcia były ignorowane, tak każde kolejne zdawały się głośniej roznosić echem dookoła, zwracając na nich uwagę dzikiej świnki. Zamrugała zdezorientowana, gdy zastrzygł uszami i uderzył racicą o ziemie, unosząc w powietrze jasne płatki śniegu. Nie wyglądał na zachwyconego, chociaż z pewnością malowało się na zwierzęcym pysku jakieś zaskoczenie. Przełknęła ślinę, zaciskając już palce na różdżce — gotowa spełnić funkcję rycerza i osłonić go przed dzikiem, jak sobie zażyczył — jakkolwiek miało to wyglądać.
- Mam nadzieję, że masz doskonałe zdjęcie Kapitanie, bo on lub ona wygląda, jakby za chwilę miało nas przerobić na kolację.
Szepnęła, wysuwając się przed niego i już unosząc dłoń, gotowa do czarowania — gdy zwierze nagle ruszyło w ich stronę, a Elijah złapał ją i pociągnął za sobą w szaleńczym biegu. - Hej! To przecież ja miałam Cię bronić!
Kompletnie nie zrozumiała, co się stało i zaciskała oczy, biegnąc na oślep — czując, jak śnieg i gałęzie rozbijają się o jej ciało. Słyszała parsknięcia, więc świnia była uparta. Nagły przypływ adrenaliny sprawił, że coraz ciężej było jej swobodnie oddychać, a w boku pojawiło się kłucie. Miał lepszą kondycję od niej. Zamiast jednak marudzić, blondynka uśmiechała się niczym szaleniec wypuszczony z oddziału w mungu.
Nagle droga drzewa się przerzedziły, a oni dobiegli na skraj niewielkiego zbocza i widocznie nie mogąc wyhamować — polecieli jak długa, tracąc równowagę i wpadając w śnieg. Zacisnęła oczy z cichym piskiem poprzedzanym salwami śmiechu, zaczęła turlać się w dół, nawet nie wiedząc, czy trzymała wciąż studenta za rękę, czy już gdzieś jej uciekł i utonął w nietkniętym wcześniej puchu? Chłód i wilgoć na ubraniach sprawiły, że przeszedł ją dreszcz, jednak w żaden sposób nie mogło popsuć jej to humoru. Tylko dzik mógł, ale chyba stchórzył i został na górze, podczas gdy oni zniknęli w zaspie, gdzieś na dole wzgórza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Elijah J. Swansea

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185 cm
C. szczególne : znamię na karku, na które nie działa metamorfomagia; okulary do czytania
Galeony : 598
Dodatkowo : metamorfomagia, kapitan drużyny Krukonów
  Liczba postów : 2045
https://www.czarodzieje.org/t16927-elijah-julian-swansea#471679
https://www.czarodzieje.org/t16932-jeczybula#471794
https://www.czarodzieje.org/t16933-elijah-j-swansea#471795
https://www.czarodzieje.org/t16919-elijah-j-swansea
https://www.czarodzieje.org/t18741-elijah-j-swansea-dziennik#537
Droga do miasteczka QzgSDG8




Moderator




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptyWto Mar 17 2020, 02:28;

Jeden gest działał często większe cuda niż całe szeregi najpiękniej dobranych słów. Tak było i w tym przypadku. W pierwszej chwili zdziwiła go swoim przytuleniem – pozytywnie go nim zaskoczyła, w drugiej dotarło zaś do niego jak bardzo tego potrzebował i jak ogromną przyniosła mu tym ulgę. Pozwolił sobie na bezgłośne westchnięcie, wypuszczenie z płuc ciężaru nagromadzonych w nim negatywnych uczuć. Przygarnął ją bliżej siebie, odruchowo otoczył ramionami; miał ochotę zostać w tej pozycji i w tym towarzystwie na dłużej, bo tak było po prostu dobrze... a przynajmniej lepiej niż wtedy, gdy był zupełnie sam. Wplótł palce w złote, zimne bo i wyczesane mroźnym powietrzem włosy i przesunął po ich długości gdy przycisnęła policzek do jego piersi. To była chyba chwilowa ulga, bo zaraz tknęła go myśl, że tak mogło być bez przerwy – od zawsze i na zawsze, gdyby tylko nie wypuścił ją kiedy oznajmiła mu, że wyjeżdża. Utracił ją, tak jak utracił każdą kolejną. Nie potrafił spojrzeć optymistycznie na tę sytuację.
Nie chcę żebyś się martwiła — powiedział w ramach obrony i usprawiedliwienia swojego niecnego czynu. Gdyby miał uśmiechać się wyłącznie szczerze, świat od jakiegoś czasu i jeszcze na jakiś czas nie zobaczyłby u niego tej miny. A ona przecież na to zasługiwała – na to, by otaczały ją same uśmiechnięte twarze. Nie chciał wyglądać ponuro, nawet jeśli z melancholią bywało mu do twarzy.
Jej drobna frustracja nieco go rozbawiła, niekoniecznie dlatego, że przysporzyła jej chwilowej złości, a dlatego, jak uroczo wówczas wyglądała. Goniła za majestatycznym zwierzem, a znajdywała pospolitego zwierza.
Pałkarzem — poprawił ją z nutę rozbawienia w głosie, bo uznał, że choć obrońca miał obronę w nazwie, to właśnie pałkarz osłaniał resztę drużyny przez latającym po boisku niebezpieczeństwem.
Obserwował zwierzę przez obiektyw aparatu; podchodził coraz bliżej, szukając odpowiedniego kąta, idealnego ujęcia, które być może istniał tylko w jego głowie. Szukałby i wiatru w polu, gdyby to miało mu pozwolić spełnić swoją artystyczną wizję. Widział jak dzik się denerwuje, jak niezadowolony jest z powodu intruzów. Cyknął ostatnie, najbardziej ryzykowne zdjęcie, wypuścił z rąk aparat, który zadyndał na jego szyi i odwrócił się, z całej siły zaciskając palce na jej wąskim przedramieniu, by pociągnąć ją za sobą. Nie było czasu na słowa, liczył, że sama zorientuje się, że to czas by wziąć nogi za pas. Nie oglądał się za siebie, pędził gdziekolwiek się dało, nie puszczając jej nawet przez chwilę – choćby i sam mógł pobiec sprawniej i szybciej. Był gotów biec z nią na rękach gdyby nie dała rady uciekać, nawet jeśli nie miał nawet pomysłu jak zatrzymać się żeby ją złapać. Kiedy nie wyhamowali i zaczęli spadać, rzucił chyba jakąś nieplanowaną „kurwą”. Zapomniał puścić jej ręki, złapał ją w ramiona, przytulił ciasno do siebie na tyle, na ile pozwalał mu zawieszony na szyi aparat, który chronił za wszelką cenę – prawie z równą zaciętością co jej. Zaczął się śmiać, sam nie wiedział kiedy i czemu. Kiedy w końcu zatrzymali się na dole, cali obleczeni w śnieg, wylądował na niej, przygniatając ją swoim niemałym ciężarem. Nim dotarło do niego, że ją zgniata, przymknął na moment powieki, próbując odzyskać oddech. Dawna przyjaciółka adrenalina rozgościła się w jego żyłach, racząc je przyjemnym, wzmagającym chęć do życia ciepłem.
W końcu podniósł się, znów pozwalając jej oddychać, ale nie wstał, a zamiast tego położył się obok niej, na plecach, mrużąc oczy pod wpływem leniwie spadających z nieba płatków śniegu.
Jesteś cała? — zapytał w przerwie między oddechami. Śnieg był mokry i zimny, lecz ucieczka rozgrzała go na tyle, że nie miał ochoty się podnosić. Tutaj było mu dobrze.

______________________

If love is a losing game

Then why do we play it again?
and again?
and again?
and again?

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online


Alise L. Argent

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Czystość Krwi : 90%
Wzrost : 171 cm
C. szczególne : długie i proste włosy, dołeczki w policzkach przy uśmiechu, zawsze nosi łańcuszek z zawieszką z Irlandzką Koniczynką
Galeony : 663
  Liczba postów : 545
https://www.czarodzieje.org/t16073-alise-lauren-argent#440125
https://www.czarodzieje.org/t16093-shea#440127
https://www.czarodzieje.org/t16092-smoki-niesmialki-i-gumochlony#440126
https://www.czarodzieje.org/t16089-alise-l-argent#440019
https://www.czarodzieje.org/t18311-alise-argent-dziennik#521059
Droga do miasteczka QzgSDG8




Moderator




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptyPią Mar 20 2020, 01:14;

Westchnęła cicho, przytulając go mocno i chcąc chociaż trochę bólu czy samotności od niego zabrać. Miała dziwne wrażenie, że to ona była początkiem jego serii niefortunnych i niezbyt przyjemnych zdarzeń. Palce zacisnęły się na jego kurtce i już chciała coś powiedzieć, jednak zamiast tego zacisnęła usta, przygryzając wewnętrzną stronę policzka. Nie mogła mu teraz powiedzieć o swoim największym kłamstwie. Poczuła w nozdrzach jego zapach — tak znajomy, a tak inny od tego, co pamiętała. Wciąż dawał to poczucie bezpieczeństwa, zupełnie jakby nieśmiałość, którą kiedyś w sobie miał wyparowała i teraz byłby w stanie ochronić kogoś przed całym złem tego świata. Zawsze lubiła w nim tę stabilność, wytrwałość. Gdy przesunął dłonią po jej włosach, fala wspomnień rozlała się w głowie i wywołała na jej ustach nieśmiały nieco uśmiech. Wróciła do tych odległych, ciepłych dni, czując na ciele przyjemną falę dreszczy. Nie da się wymazać przeszłości, tak samo, jak chyba nie da się całkiem uciąć łączącej ich więzi, która kiedyś była tak silna — teraz tkwiła zakurzona, ledwo się trzymając, a przynajmniej tak Ali myślała.
- Chce się martwić. Wiesz przecież, obiecałam Ci — zawsze możesz na mnie liczyć, niezależnie od przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Więc przestań nie chcieć, żebym się martwiła.
Odpowiedziała mu z upartością w głosie, odchylając głowę do tyłu, aby na niego spojrzeć. Nie wygra z nią w tej kwestii, powinien o tym wiedzieć, znał ją przecież na tyle. Nie porzucała ludzi, zawsze w nich wierzyła i dawała drugie czy piąte szanse, mając nadzieję, że sobą pomoże im znaleźć to, co mieli w sobie najlepsze. Naiwne myślenie głupiej gęsi. Wolała prawdziwego Swansea niż tego zakrytego fasadą uśmiechów, które nie miały żadnego znaczenia. Szczerość była w życiu jedną z najważniejszych rzeczy. Dobrodziejstwem, na które tak niewielu było stać.
Wywróciła teatralnie oczyma i prychnęła na tego "pałkarza", uznając, że w obliczu majestatycznej bestii nie miałoby to najmniejszego znaczenia. Nie znała się na Quidditchu tak, jak on i chociaż chciała się poprawić, nie miała serca prosić go o indywidualne treningi. W milczeniu obserwowała, jak robił zdjęcia. Twarz mu złagodniała, być bardziej sobą niż z tą próbą przekonania jej, że jego życie w obecnej chwili jest cudowne i niczego nie brakuje. Przekręciła głowę w bok, sunąc po nim spojrzeniem niebieskich tęczówek, nie mogąc powstrzymać nostalgicznego uśmiechu. Zawsze lubiła, gdy robił zdjęcia. Był to moment ważny, a jednak przerwany nagłym chaosem i ze zniecierpliwieniem dzikiej świni, której nikt nie mógł za to winić. Może nie chciała być modelką.
Wszystko działo się tak szybko! Pociągnął ją za sobą, pewnie łapiąc jej dłoń — nawet jeśli biegał szybciej, wiedziała, że by jej nigdy nie zostawił. Takim był człowiekiem. Gonił ich być może wściekły, chory dzik, gałęzie i śnieg sypały jej po twarzy, a ona nie mogła przestać się śmiać, znajdując w tym cień jakieś przygody. Przypływ adrenaliny rozgrzewającej zmarznięte ciało, rzucające róż na jej policzki. Łapała oddech coraz ciężej i głośniej, odzwyczajona od długich dystansów i pewna zakwasów, gdy tylko rano się obudzi. Odwróciła głowę, spoglądając przez ramię na zwierzę odcinające się głębokim brązem na tle śnieżnobiałego puchu. A potem wydała z siebie stłumiony pisk, tracąc równowagę i lecąc, co z początku było wrażeniem dość przerażającym. Mimowolnie zacisnęła powieki, zastanawiając się, dokąd los ich poturla, a ten widocznie był dość łaskawy, bo zamiast uderzyć plecami czy głową o kamień, krukon w jakiś sposób znalazł w sobie tyle siły, że przyciągnął ją do siebie, zamykając szczelnie w ramionach, chroniąc jednocześnie pomiędzy nimi aparat. Śmieli się niczym szaleńcy, co echem niosło się pomiędzy drzewami.
Nastała jakaś cisza, przerywana szybkimi oddechami. Gdy uniosła powieki, zobaczyła nad sobą znajomą twarz, przesuwając po niej błyszczącymi oczyma i uśmiechając się wciąż z rozbawieniem, nie wierząc, że ich spacer mógł przerodzić się w takie szaleństwo. Zamknął oczy, oddychał głęboko — na policzkach miał rumieńce, coś zmieniło się w jego wyrazie twarzy. Jasny kosmyk włosów spłynął mu czoło, więc bezceremonialnie dmuchnęła, odgarniając go w ten sposób na bok, bo nie mogła ruszyć rękoma. Przekręciła głowę w jego stronę, przyglądając mu się w zamyśleniu, gdy położył się obok niej.
- Tak. A Ty i aparat? - odparła, przesuwając palcami po śniegu, odchylając głowę do tyłu, patrząc w niebo. Podobnie jak on, była rozgrzana i nie czuła zimna, przemakających ubrań. Walczyła ze sobą chwilę w milczeniu, ale ostatecznie uległa impulsowi, który towarzyszył jej od początku spaceru. Musiała go ogarnąć. Podniosła się więc i przesunęła, siadając na nim bezceremonialnie i kładąc dłonie na jego policzkach, zmusiła wręcz, aby na nią spojrzał.
- Eli, posłuchaj mnie, bo czasem mam przypływy mądrości i to taka chwila. - oznajmiła ze wzruszeniem ramion, nie pozostawiając mu wyboru swoją kontrolującą sytuację pozycją. Nie musiała się wstydzić, mieli przecież wspólną historię. Złapała oddech, patrząc mu w oczy, przesuwając palcami po rozgrzanej skórze. - To nie była Twoja wina, że się rozstaliśmy. To nie z Tobą jest coś nie tak, że nie wyszło Ci z pozostałymi dziewczynami. Takie jest życie, czasem los rzuca nam podłogi kłody i sprawia, że tracimy coś dla siebie najważniejszego, aby nas wzmocnić i dać nam lekcję, wnioski. To nie znaczy, że zawsze będziesz sam i zawsze będzie się tak kończyło. Widzę, jak w siebie wątpisz i jak snujesz się jak cień. Znam Cię na tyle, żeby wiedzieć, jaki kociołek masz w głowie. I jak nie wierzysz odbiciu w lustrze ani Elaine, uwierz mi, dobrze? Jesteś zajebistym facetem, masz cudowny charakter, piękne oczy. Nie znam wszystkich szczegółów, ale jestem pewna, że nigdy nie zrobiłeś niczego źle w związku z kobietą. Zawsze dajesz z siebie wszystko, gdy Ci zależy.
Zamilkła, łapiąc oddech po swoim monologu. Uśmiechnęła się i nachyliła, dając mu całusa w czoło i następnie jedną z dłoni przesunęła na włosy, mierzwiąc je pieszczotliwie.
- Koniec świata jest tragiczny, ale koniec zawsze oznacza początek czegoś nowego. Podobno zakochamy się zawsze o raz więcej, niż będziemy mieli złamane serce. - dodała jeszcze cicho, prostując się i ruchem głowy zgarniając włosy do tyłu, bo wszystkie poleciały do przodu. Musiał zrozumieć. Powinien wiedzieć, że nie kłamała i pękało jej serce na to, jak bardzo jest swoim własnym cieniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Elijah J. Swansea

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185 cm
C. szczególne : znamię na karku, na które nie działa metamorfomagia; okulary do czytania
Galeony : 598
Dodatkowo : metamorfomagia, kapitan drużyny Krukonów
  Liczba postów : 2045
https://www.czarodzieje.org/t16927-elijah-julian-swansea#471679
https://www.czarodzieje.org/t16932-jeczybula#471794
https://www.czarodzieje.org/t16933-elijah-j-swansea#471795
https://www.czarodzieje.org/t16919-elijah-j-swansea
https://www.czarodzieje.org/t18741-elijah-j-swansea-dziennik#537
Droga do miasteczka QzgSDG8




Moderator




Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka EmptyPią Mar 20 2020, 02:24;

Zapomniał o całym bożym świecie, o wszystkich jego negatywnych aspektach. Choć ciało miał napięte i pulsowała w nim adrenalina, umysł zrelaksował się do stopnia, którego nie osiągnął od całych miesięcy. Ta chwila beztroski z perspektywy czasu miała mu zapewne pokazać jak bardzo przytłaczała go codzienność – nadmiar obowiązków, ciągnięcie zbyt wielu wron za ogon, próba pogodzenia licznych elementów jego życia; teraz jednak nie myślał o tym w taki sposób i nic nie przyćmiewało tej chwili beztroski. Uśmiechnął się, gdy zdmuchnęła z twarzy kosmyk jego włosów – zupełnie tak jak kiedyś i otworzył oczy, które pierwszy raz od dawna śmiały się razem z nim.
Zaskoczyło go to, że zupełnie zapomniał o sprawdzeniu stanu aparatu, choć była to przecież pierwszorzędna kwestia, która nigdy mu nie umykała. Z przerażeniem sięgnął dłonią do sprzętu i zbadał go na szybko, a kiedy dotykiem nie odnotował większych strat, na wszelki wypadek podniósł go na wysokość oczu. Wyglądało na to, że wszystko było w porządku, miał więc więcej szczęścia niż rozumu. Odetchnął z widoczną ulgą.
Calusieńki — odpowiedział, zapominając w tym wszystkim sprawdzić swój własny stan zdrowia. Skoro i Ala, i aparat byli w jednym kawałku, nic więcej nie było już ważne, prawda? Przekręcił głowę w bok, z bliska przyglądając się jej twarzy. Wyglądała pięknie i miał ochotę po raz drugi uwiecznić ją na zdjęciu... bał się jednak, że zaburzy ten moment i przez to straci możliwość obserwowania tego obrazu własnymi oczyma. Przez moment chłonął więc gładką linię wyeksponowanej szyi, złoto rozlanych kosmyków, które w słońcu mieniło się nie gorzej niż otaczający je śnieg i kontrast rumianych policzków z resztą jasnej skóry. Patrzył jak płatek śniegu ląduje na czubku zaczerwienione nosa i topnieje w ułamku sekundy. Sięgnął dłonią do aparatu, ale zanim go dosięgnął, poruszyła się i nie tylko zaburzyła jego wizję, ale i zrobiła coś zupełnie nieoczekiwanego. No bo kto spodziewałby się, że poczuje chłodny od śniegu ciężar na własnych biodrach, a na twarzy dotyk delikatnych palców? Że długie kosmyki połaskoczą go po nosie, zostawiając w nim zapach mroźnego górskiego powietrza? Nawet nie krył zaskoczenia, ale nie protestował, bo i nie miał na to ochoty – musiał tylko wczepić palce w orzeźwiający chłód śniegu, by nie przyszło mu do głowy, by usytuować je gdzieś na jej ciele. A była to wszak jedna z pierwszych myśli jakie uderzyły go kiedy się na nim rozsiadła.
Jej słowa sprawiły, że poczuł się nieco niekomfortowo, zwłaszcza, że tym razem nie mógł w żaden sposób uciec. I być może było to słuszne; być może mu potrzebne. Zaserwowała mu terapię szokową, która – choć nie potrafił zgodzić się z nią w tym konkretnym momencie – w przyszłości miała zaowocować znacznie szybszą poprawą jego nastroju. Nie lubił myśleć o sobie w superlatywach, był wszak perfekcjonistą i wymagał od siebie równej perfekcji co od wszystkiego innego – jeśli nie większej. Przypuszczał, że moment, w którym miałby być z siebie w pełni zadowolonym miał nigdy nie nadejść, choć z reguły uczucie to nie było aż tak przytłaczające.
To chyba będę kiedyś bardzo mądry — zażartował co prawda szczerze, ale nie do końca bezinteresownie. Czuł, że powinien coś odpowiedzieć, a nie potrafiłby w tym momencie powiedzieć czegoś zupełnie poważnie.
Kiedy się wyprostowała, podniósł się na łokciach na tyle, na ile umożliwiał mu to jej niewielki ciężar. Przekrzywił głowę, po raz kolejny doszukując się w niej wartego uwiecznienia kadru.
To pozostaje mi czekać, hm? — głos miał łagodny i wcale nie ironizował. Przyznał jej właśnie rację i to bez większej niechęci. Był dobry w czekaniu, zawsze był, więc czuł, że może się na to zdobyć – jeszcze raz albo kilka razy. Może całe dziesiątki. Choć teraz wiele spraw wydawało mu się nie mieć większego sensu, wiedział, że prędzej czy później i tak będzie szukał na nowo. Zbyt mocno pożądał wielkiej miłości, by tak po prostu ją sobie odpuścić. Objął ją ręką w pasie i zgrabnym ruchem odwrócił się, sprawiając, że wylądowała w śniegu. Popatrzył na nią z góry, ale uznał, że sytuacja jest nazbyt dwuznaczna i nazbyt kusząca, by mógł w niej tak po prostu wytrwać, dlatego zamiast kontynuować tę grę, po prostu wstał i podał jej rękę, by mogła skorzystać z jego pomocy.
Chodź, postawię Ci kakao. Należy Ci się, byłaś świetnym pałkarzem... a może i trenerem. — uśmiechnął się do niej, już nie sztucznie, po czym otrzepał swoje ubranie ze śniegu i rozejrzał się, by rozeznać się w sytuacji. W końcu obrał konkretny kierunek i poprowadził ich w stronę miasteczka.

| z/t x2

______________________

If love is a losing game

Then why do we play it again?
and again?
and again?
and again?

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online


Sponsored content

Droga do miasteczka QzgSDG8








Droga do miasteczka Empty


PisanieDroga do miasteczka Empty Re: Droga do miasteczka  Droga do miasteczka Empty;

Powrót do góry Go down
 

Droga do miasteczka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: Droga do miasteczka JHTDsR7 :: 
reszta świata
 :: 
Masyw Mont Blanc
 :: 
Okolice
-