Czarodzieje
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.

Share
 

 Główny szlak

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Strona 1 z 2 1, 2  Next
AutorWiadomość


Rasheed Sharker

Nauczyciel
Wiek : 26
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 191cm
C. szczególne : Wysoki wzrost, blizny: trzy linie oplatające jego prawą dłoń
Dodatkowo : Wężoustość, legilimencja i oklumencja
Galeony : 2609
  Liczba postów : 2939
https://www.czarodzieje.org/t7093-rasheed-sharker
https://www.czarodzieje.org/t7096-callisto
https://www.czarodzieje.org/t7094-rekinowe-relacje
https://www.czarodzieje.org/t7190-rasheed-sharker
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Główny szlak   Główny szlak  EmptyPią Maj 20 2016, 01:08;


Główny szlak

Podobno nie da się na nim zgubić. Drzewa nachylające się nad ścieżką na całej jej długości są na tyle charakterystyczne, że faktycznie, może to być ciężkie zadanie, ale w obliczu wszechobecnych niesamowitych roślin czy interesujących stworzeń zamieszkujących rezerwat, naprawdę trudno jest się powstrzymać od zboczenia z niej. Gałęzie drzew i liście nieustannie szeleszczą na nim w hipnotyczny wręcz sposób, przez co pewnie niejednokrotnie wyda Ci się, że główny szlak jest wręcz niepokojący.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Mistrz Gry

Czystość Krwi : 100%
Galeony : 31860
  Liczba postów : 88575
http://czarodzieje.forumpolish.com/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658
Główny szlak  QzgSDG8




Specjalny




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyPią Lut 03 2017, 14:27;

Jedni wolą nie wychodzić na zewnątrz, drugim z kolei nie straszne jest -12 stopni. Ponadto, Dolina Godryka otulona białym puchem jest bardzo czarującym miejscem.
Nic więc dziwnego, że @Chasie/Evelyn Frey postanowiła wybrać się na spacer po rezerwacie. Mawiają, że nie da się tutaj zgubić. Mawiają też, że szlak jest całkiem bezpiecznym miejscem. W pewnym momencie zboczyłaś z drogi, zapuszczając się w krętą dróżkę.
Najwidoczniej nie tylko ty wpadłaś na podobny pomysł - po drodze natknęłaś się na leżącego w śniegu @Max Flint, który musiał potknąć się o wystający spod śniegu korzeń. W wyniku tej sytuacji jego różdżka wypadła i zniknęła gdzieś pod śniegiem.
Kiedy próbowaliście ją odnaleźć zaniepokoił was szmer dobiegający zza krzaków. Wydawałoby się, że to nic takiego, jednak szmer był coraz głośniejszy.
Gdy któreś z was poszło to sprawdzić, odkryło, że pod krzaczkiem leży @Matthias Örn. Wyglądał na zdezorientowanego całą sytuacją... dopiero po chwili wyjaśniło się, dlaczego właściwie się tam znajdował.
Za waszymi plecami pojawiła się wielka akromantula, która nie wyglądała na zbyt zadowoloną.

Miłej gry!  

Gdy napiszecie po poście, poczekajcie na mój post

______________________

Główny szlak  Tumblr_myxyl0JKkN1s94thyo1_500
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Chasie/Evelyn Frey

Student Slytherin
Rok Nauki : VIII
Wiek : 24
Czystość Krwi : 100%
Dodatkowo : metamorfomag
Galeony : 24
  Liczba postów : 20
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14045-chasie-evelyn-frey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14094-figura
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14095-samotniczka-i-panna-niesmiala-czyli-siostry-frey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14093-chasie-evelyn-frey
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptySob Lut 04 2017, 10:59;

W wątku pojawia się Chasie Frey (patrz KP) co oznacza, że w tym samym czasie nie ma nigdzie zarówno jej jak i Evelyn

Dziewczyna spacerowała po rezerwacie już od dłuższego czasu. Dzisiaj nie miała żadnych zajęć w Hogwarcie, a matka nie miała w stosunku do niej żadnych oczekiwań. Rzadka sytuacja, ale jak widać i taki dzień może się przydarzyć w paśmie ciągłych obowiązków czy przemian. Tym razem jednak mogła wyglądać jak Chasie, zachowywać się jak na Chasie przystało i zająć się swoimi sprawami prywatnymi. Może wyjść gdzieś ze znajomymi? Wszyscy byli zajęci. Ostatecznie spacer gdzieś z sala od domu był najlepszą opcją. Padło na rezerwat w Dolinie Godryka. Nie była wielką fanką natury, wręcz przeciwnie, ale coś podkusiło ją by znaleźć się akurat tam. Może właśnie po to, by zobaczyć jak nieznany jej mężczyzna (@Max Flint) potyka się i pada na śnieg jak długi. Kącik jej ust drgnął w prześmiewczym uśmiechu, ale szybko wrócił na swoje miejsce tworząc twarz pozbawioną uczuć. W jej naturze nie leżało pomaganie ludziom. Od tego miała Evelyn... Jednak w tym momencie nie było szans, by zastąpiła ją 'siostra'. Dlatego sama podeszła bliżej i dość obojętnym tonem rzuciła:
- Pomóc Ci? - Od razu przeszła na per "Ty", beż żadnego wstępu. Dość arogancka z niej była osoba, widać było, że ma bardzo silny charakter. Rozglądała się o śniegu za magicznym patykiem, który najwyraźniej spadł mu w którąś z kilku zasp. Nie miała rękawiczek, więc grzebać się w tym nie będzie. No cóż, dużo mu nie pomoże. Chyba, że różdżka jest w krzaku nieopodal nich. Krzaku, który niespokojnie się poruszał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Matthias Örn

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 24
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 75
  Liczba postów : 74
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13187-matthias-orn#352612
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13212-deus-meus-kosmateus#353047
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13215-matthias-bo-orn#353054
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13213-matthias-orn#353048
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptySob Lut 04 2017, 16:47;

Płatki śniegu powoli opadały na czubek nosa chłopaka, gdy ten odzyskiwał świadomość. W jego głowie  kumulowały się pytania, szczególnie te dotyczące miejsca, w którym aktualnie się znajdował. Młody Krukon całkowicie nie kojarzył tego miejsca, a także nie wiedział z jakich powodów miałby tutaj przyjść dobrowolnie. Wracając do teraźniejszości. Kiedy chłopak usłyszał nieznajome głosy jego ciało przeszły dreszcze. Przyjaciele czy wrogowie? Chłopak mimowolnie sięgnął po swoją różdżkę - był to w pewnym sensie jego odruch bezwarunkowy kiedy pojawiało się zagrożenie.
- Kim wy do cholery jesteście. - Powiedział szeptem sam do siebie nadal przytłoczony otaczającym go śniegiem. Czy naprawdę nawet nie można w spokoju sobie umierać na zimnie? Zawsze ktoś musi przeszkadzać. Chłopak stopniowo zaczął otwierać oczy, póki co nie dając żadnych oznak życia. Nie ma co kusić losu, prawda? W razie czego będzie mógł nie dość, że efektownie zaskoczyć potencjalnego przeciwnika to dodatkowo zrobi to w pięknym stylu! Najwyraźniej jego plany legły w gruzach, gdyż jedna z osób była pozbawiona rózdżki. Czyżby los nareszcie się do niego uśmiechnął? Chłopak natychmiastowo podniósł się spod krzaka mierząc swoją jedyną bronią na zmianę w nieznajomych. Jego zmysły nie działały jeszcze do końca poprawnie, dlatego nie zauważył pająka czającego się niedaleko całej trójki. Dopiero fakt, że oczy obojga nie były skierowane na niego uświadomił chłopaka, że dzieje się tu coś o wiele poważniejszego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Mistrz Gry

Czystość Krwi : 100%
Galeony : 31860
  Liczba postów : 88575
http://czarodzieje.forumpolish.com/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658
Główny szlak  QzgSDG8




Specjalny




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptySob Lut 11 2017, 01:31;

Akromantula najwidoczniej trochę zbłądziła i była bardziej zestresowana całą sytuacją, niż wy. Na domiar złego trafiliście na dzikie stworzenie, które nie potrafiło mówić, więc wszelkie próby targowania się nie wchodziły w grę.
Kiedy ośmiookie stworzenie zwróciło się w waszą stronę, mieliście dwa wyjścia - choć w gruncie rzeczy, żadne z nich nie było dobre.
Na domiar złego różdżka Maxa znajdowała się idealnie metr od niej.

Spoiler:

______________________

Główny szlak  Tumblr_myxyl0JKkN1s94thyo1_500
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Chasie/Evelyn Frey

Student Slytherin
Rok Nauki : VIII
Wiek : 24
Czystość Krwi : 100%
Dodatkowo : metamorfomag
Galeony : 24
  Liczba postów : 20
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14045-chasie-evelyn-frey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14094-figura
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14095-samotniczka-i-panna-niesmiala-czyli-siostry-frey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14093-chasie-evelyn-frey
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyPon Lut 13 2017, 14:55;

/Wybaczcie zamułkę. Już wróciłam :)/

Nie do końca ogarniała to, co się wokół dzieje. Jeden facet przegrzebuje śnieg w poszukiwaniu różdżki - i to było jeszcze całkiem logiczne. Chwilę później okazało się, że nieopodal nich leży inny chłopak. W krzakach. Musiał nieźle zabalować, albo nie był szczególnie rozgarnięty - przynajmniej na takiego wyglądał. Widziała go parę razy na korytarzu Hogwartu, ale gówno go obchodziło kim jest. Natomiast lekko ciekawiło to, czemu ten leży świeżo po odzyskaniu świadomości w środku rezerwatu. Nie dane się było jednak zastanowić nad tym dłużej, ani nawet spytać. Zobaczyła bowiem wyraz twarzy poszukiwacza różdżki. Nie do końca potrafiła go zinterpretować, ale zaskoczenie i odrobinę strachu zauważyła od razu. Powodziła więc za jego spojrzeniem i... Skamieniała. Akromatula... O cholera. Pierwszą myślą była ucieczka, ale szybko zrozumiała, że to nie jest dobry pomysł. Zgubi się, a o może mieć jeszcze gorsze konsekwencje. Zostanie i poczeka aż facet znajdzie różdżkę, a potem oboje zareagują zaklęciem na pająki. Powinno wystarczyć, prawda? Różdżka... O matko. Dopiero teraz zauważyła, że znajduje się niemalże pod nogami pająka.
- Kurwa mać... - Mruknęła i wyjęła swoją różdżkę - Ej - Rzuciła w stronę Maxa i pokazała mu różdżkę - Ja ją rozproszę, a ty bierz swojego kija - Dodała i nie czekając na odpowiedź rzuciła w stronę Akromantuli "Arania Exumai". Pająk pisnął, a dziewczyna ruszyła pędem w drugą stronę licząc, że ten się nią zainteresuje. Chyba zadziałało...

4
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Matthias Örn

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 24
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 75
  Liczba postów : 74
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13187-matthias-orn#352612
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13212-deus-meus-kosmateus#353047
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13215-matthias-bo-orn#353054
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13213-matthias-orn#353048
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyPią Lut 17 2017, 17:51;

Chłopak rozejrzał się dookoła, powoli jego zmysły zaczęły odzyskiwać pełną sprawność. Pomimo początkowej irytacji z powodu faktu, że został prawie całkowicie zignorowany, Matt postanowił nie robić kolejnej awantury. Powód musiał być naprawdę poważny, szczególnie że oboje nieznajomi zareagowali dosyć szybko na coś czego z początku nie widział. Dopiero, gdy jego wzrok natrafił na włochate zwierzę, które czaiło się niedaleko, wszystko zrozumiał. Od razu uczucie irytacji mu przeszło i zamieniło się miejscami z adrenaliną i być może... strachem?
Młody Krukon odwrócił się do akromantuli i zaczął ją uważnie obserwując, starał się ograniczyć swoje ruchy, aby jej przypadkiem nie sprowokować. Powoli zaczął się cofać wystawiając dłoń z różdżką przed siebie. Nie mógł być gorszy od innych. Przecież to by poszargało jego opinie wśród innych studenciaków.
- Senitre Defectum. - Rzekł pewny siebie chłopak licząc, że zaklęcie odniesie sukces. Zawsze można liczyć, że akromantula poczuje się oszołomiona, a każda z osób zdoła opuścić to miejsce bez większych szkód. W tym momencie priorytetem był ten przerośnięty pająk, ale chłopak wiedział, że nie uniknie dalszych tłumaczeń - swojego zachowania, a także tego w jaki sposób się tu znalazł. No cóż, wychodzi na to że będzie trzeba troszkę przyaktorzyć. Nie zamierzał zdradzić wszystkich swoich tajemnic, szczególnie przed nieznajomymi ludźmi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Matthew Alexander

Absolwent Gryffindoru
Wiek : 41
Czystość Krwi : 25%
Wzrost : 181
C. szczególne : Blizny na nadgarstkach, pogodne spojrzenie, towarzystwo Euthymiusa oraz zapach wody kolońskiej.
Galeony : 688
  Liczba postów : 1311
https://www.czarodzieje.org/t16392-matthew-alexander#449540
https://www.czarodzieje.org/t16400-matthew-alexander#449655
https://www.czarodzieje.org/t16401-matthew-alexander#449750
https://www.czarodzieje.org/t16387-matthew-alexander
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyPon Lis 26 2018, 21:30;

@Plum Bubblegum

Zboczył (nie)przypadkiem z głównej drogi.
Spacer po Dolinie Godryka zdawał się być czymś kojącym oraz powodującym jednocześnie niezliczoną ilość dreszczy w postaci gęsiej skórki. Spokojne kroki, spokojne uderzenia podeszwy o twardy grunt obsypanej małymi kamyczkami ścieżki, która to zdawała się być głównym czynnikiem zdradzającym jego obecność. Znajdujące się w schłodzonej dłoni (wszak pogoda nie zawsze chciała dopisywać swoją obecnością) wiadro zawierało w sobie spore kawałki mięsa, którymi żywiły się pewne stworzenia. Oczywiście, wcześniej odpowiednio przykryte oraz skryte przed światem zewnętrznym, by nic go złego nie zaczepiło, kiwało się zgodnie z rytmem kolejnych pozostawianych przez siebie drobnych śladów. Doskonale wiedział, że wejście w tę strefę może być w pewien sposób niebezpieczne - choć mieszkał tutaj od dawna, intuicja zazwyczaj nie kpiła sobie z niego i nie wytykała jego osoby palcami, bezmyślnie karcąc za chęć dobroci wobec zwierząt zamieszkujących te tereny. Oczy charakterystycznie obserwowały teren - tym samym błyskiem, a przede wszystkim równowagą pod względem kolejnych podejmowanych przez niego czynności. Był odrobinę zmęczony - fasada jego twarzy zdobiona była przez drobne obrączki znajdujące się pod ślepiami, świadczące o kolejnej zerwanej nocy. Nie oznacza to, że czuł się o wiele gorzej - wręcz przeciwnie. Obecność magicznego stworzenia w domu napawała go jeszcze większym spokojem - choć nadal nie doszło do spalenia się Eurythmiusa, co wiązało się ze stresem, Matthew przygotowywał go do tego procesu. Nie przeszkadzała mu pewien minus w zakresie zdolności feniksa - nie należał do tego typu osób wykreślających poprzez wady i zalety, wyłaniając tego najlepszego. Dla niego od zawsze liczyły się uczucia oraz wiążąca więź, niemożliwa do rozerwania w jego przypadku; wyjątkowo łatwo przyzwyczajał się do zwierząt, tudzież nie mógł za pomocą pstryknięcia palców pozostawić kogoś w potrzebie. To byłoby kompletnie sprzeczne z jego charakterem.
Zauważył - dwa testrale, podróżujące w parze, swobodnie umiejscowione między konarami drzew. Przez większość czarodziejów uznawane za symbol nieszczęścia, zaś przez niego - za tak samo wartościowe i zasługujące na szacunek kopytne z rodziny pegazów. Większość magicznych osób bało się ich obecności - wszak tylko osoby, które wcześniej były świadkami śmierci, mogły zapoznawać się z ich różnorodnie odbieranym pięknem. Zazwyczaj łagodne, nie przepadały jednak za owocami - dlatego uzdrowiciel przytargał ze sobą wiaderko, w którym znajdowało się odpowiednie pożywienie, zgodne z ich upodobaniami. Nie bały się towarzystwa ludzi; ludzi, którzy zazwyczaj nie mogli ich dostrzec. Rzucił serdecznym podniesieniem kącików ust do góry oraz wykonał delikatny pokłon. Dopiero potem przeszedł do odpowiedniej części; odkrył wiaderko, w którym znajdowało się mięso, przybliżając się oraz podając je odpowiednim osobnikom. Były ciekawe. Intrygujące. Piękne na swój własny, odmienny sposób, kiedy to zdawały się być dla większości obskurne. Być może przypominały go aż nazbyt w tejże kwestii - tylko nieliczni akceptowali jego obecność, uważając go za osobę przede wszystkim dziwną. Dłoń następnie, kiedy to testrale zaspokoiły się odrobiną pokarmu, wylądowała ostrożnie oraz zgodnie z własnymi emocjami na grzbiecie pegazów, które odznaczały się przede wszystkim skrzydłami. Spod warg wydobyły się spokojne słowa; towarzystwo zwierząt zawsze powodowało u niego stabilizację rozchwianych części umysłu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Plum Bubblegum

Student Hufflepuff
Rok Nauki : VIII
Wiek : 22
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 152
  Liczba postów : 150
https://www.czarodzieje.org/t16809-plum-bubblegum
https://www.czarodzieje.org/t16812-sliwka-dynia-guma-do-zucia#468050
https://www.czarodzieje.org/t16813-sliwka-guma-do-zucia#468051
https://www.czarodzieje.org/t16810-plum-bubblegum
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyWto Lis 27 2018, 20:18;

Tego dnia tańczyła ze światem.

Odwiedzając swoich ukochanych dziadków jedynie na kilka króciutkich, błyskawicznie przepływających przez palce dni, zauważyła, jak chętnie jej nogi wynosiły ją spoza bezpiecznego, ciepłego domku urządzonego w dość staromodnym stylu. Jak chętnie jej umysł odbiegał od pokasływania dziadka, od bólu kolan babci, od szafki kuchennej, na której piętrzyły się eliksiry uzdrawiające podpisane konkretnymi godzinami. Nie chciała patrzeć na rozwój chorób. Nie chciała być świadkiem tego, jak opadają z sił, jak tracą witalność i uśmiechają się doń smutno, pocieszająco, mówiąc, że to naturalna kolej rzeczy. W pewien sposób Plum była przerażona cyklem życia człowieka. Choć państwo Rey mieli przed sobą, naturalnie, przynajmniej jeszcze kilka długich, szczęśliwych lat, już teraz przestali przypominać to energiczne małżeństwo, które odebrało ją z ramion zafrasowanego ojca. Dlatego właśnie uciekała od nich, jednocześnie niczym magnes lewitując tuż pod ich spracowane dłonie, pragnąc ich ciepła, ich miłości, ich bezgranicznej, ślepej niemalże akceptacji. Bo od tego byli, powtarzała zawsze Susan Anne. Od kochania jej najmocniej na świecie. Co zatem miała zrobić Puchonka, przerażona myślą, że pewnego dnia może zostać sama?

Jesienny wiatr rozwiewał jej włosy gdy goniła niewidzialne pośród drzew. Opuszkami palców wodziła po chropowatej korze mijanej flory dumnie pnącej się ku nieboskłonie, bosymi stopami błądziła po mokrawych liściach, czerwonych, brązowych, pomarańczowych. Niektóre pękały pod naciskiem jej pospiesznych kroków, inne, namoczone poranną mrzawką, po prostu uginały się, by potem powrócić do wcześniejszej pozycji. Podarta sukienka raz po raz zatrzymywała się w swym łagodnym powiewywaniu na pojedynczych gałązkach, by potem jeszcze mocniej nadwyrężyć materiał, próbując za nią nadążyć. Niejako uciekała od problemów, wypełniając płuca zbawiennym, świeżym powietrzem Doliny. Niejako integrowała się z naturą, z tym, co tak piękne, by ukoić zszargane nerwy. Z każdym kolejnym krokiem, kolejnym zwierzęciem mignącym gdzieś na monotonnej linii horyzontu, uśmiech powracał do kącików jej ust. Tylko tam, póki co.

Była niedaleko głównego szlaku, plątała się gdzieś nieopodal, z ubłoconymi butami trzymanymi za sznurówki przez jedną z chudych rąk. Wystawiała twarz do słońca przedzierającego się przez korony liści i gołych konarów, prosząc, by pomogło jej pozbierać myśli. I właśnie w trakcie jednego z tak błagalnych momentów usłyszała dobiegający z niedaleka szmer. Naturalnie zainteresowana, Plum zmarszczyła brwi i cichutko ruszyła w kierunku źródła dźwięku, ostrożnie, by nie spłoszyć potencjalnego magicznego stworzenia, które mogło kryć się między drzewami. Ach, jakże ogromnym było zatem jej zdziwienie, gdy zamiast zwierzęcia wzrok orzechowych tęczówek zatrzymał się na... Znajomym uzdrowicielu dzierżącym jakieś wiaderko, z ręką zastygniętą w geście, którego nie rozumiała. Trzymał dłoń w powietrzu, na niczym konkretnym, mrucząc do nieistniejącego słuchacza. - Zbierasz grzyby? - zapytała zatem, przekrzywiwszy głowę delikatnie na bok, jak gołąb. Sama wyglądała już jak część lasu. Z połamanymi gałązkami wystającymi z włosów, pogryzioną, zaczerwienioną skórą przedramienia, w jesiennej sukience. Zupełnie jakby chłód dotyczył wszystkiego, tylko nie jej samej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Matthew Alexander

Absolwent Gryffindoru
Wiek : 41
Czystość Krwi : 25%
Wzrost : 181
C. szczególne : Blizny na nadgarstkach, pogodne spojrzenie, towarzystwo Euthymiusa oraz zapach wody kolońskiej.
Galeony : 688
  Liczba postów : 1311
https://www.czarodzieje.org/t16392-matthew-alexander#449540
https://www.czarodzieje.org/t16400-matthew-alexander#449655
https://www.czarodzieje.org/t16401-matthew-alexander#449750
https://www.czarodzieje.org/t16387-matthew-alexander
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyWto Lis 27 2018, 21:00;

Nie przeszkadzał mu jesienny wiatr, kiedy to przemierzał Dolinę Godryka, choć na chwilę zapominając o tym, że świat zewnętrzny może domagać się atencji; o której nikt się wówczas nie spodziewał. Na szczęście nie miał żadnych problemów z plączącymi się gałązkami lub liśćmi wśród kędzierzawych, określonych mianem loczków włosów. Na szczęście od czasu do czasu udawało mu się je przeczesać, przywrócić do wcześniejszego stanu należytego porządku, choć nigdy nie wydawało się to być wyjątkowo łatwym zajęciem. Żyły własnym życiem - niezależnie od tego, ile razy próbował je w jakikolwiek sposób okiełznać, wydawały się być wyjątkowo trudnym stworzeniem w przeciwieństwie do innych, na które można było mieć haczyki, a do których można było posiadać odpowiednią, przystosowaną wówczas dłoń. Nie bez powodu lubił zwierzęta, a te lubiły jego osobę - zaczepiały w proste, aczkolwiek wywołujące w pewnym rodzaju fascynację sposoby. Nie inaczej było właśnie z końmi o dość nietypowej strukturze sierści, tudzież włosia, okryte mianem wyjątkowo pechowych pod względem możliwości ich zobaczenia przez osoby, które własnymi tęczówkami świadome były śmierci, zaniknięcia duszy, przedostania się jej do rewirów niedostępnych dla normalnych ludzi. Przepadał bardziej za towarzystwem tych, którzy wydawali się być łatwiejsi w przekazie - gdyby któremuś z pegazów nie spodobał się dotyk, zapewne już dawno straciłby palec pod wpływem potężnych szczęk tychże kopytnych. A tak się nie działo - mógł zatem dziękować własnym umiejętnościom oraz doświadczaniu w zakresie Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami, kiedy to postanowił je nakarmić, podać pomocną dłoń, zaopiekować się - choć na chwilę. Ofiarować własne ciepło, ciepło serca skrytego przed brudnymi dłońmi, przesiąkniętymi złem oraz chęcią wykorzystania.
Usłyszał kroki - kroki wywodzące się z całkowicie odmiennej strony. Testrale jednak na razie nie wykazały żadnej inicjatywy odsunięcia się, kiedy dłoń tkwiła na jednym z nich, zaś w pewnym stopniu "zagrożenie" zdawało się zbliżać. Już miał nawet wyciągnąć różdżkę, wykorzystać drzemiący w niej rdzeń do obrony przede wszystkim pegazów, skupić się na ich losie zamiast na własnym - co jednak nie przydarzyło mu się w żadnym stopniu. Nie został do tego zobligowany, kiedy zobaczył dziewczynę, dziewczynę o charakterystycznych, blond włosach, chudą oraz przede wszystkim znaną. To nie był nikt inny jak jego pacjentka - która przecież tak niedawno znalazła w nim oparcie dla porzuconego i odstawionego na bok feniksa. Ubrana w dość nietypowy strój, miała na sobie sukienkę, dzięki której wydawała się być jeszcze bardziej delikatna; jednak tylko to zdawało się ją zdobić, zdobić sylwetkę, która narażona przecież była na różnorakie zagrożenia, choćby w postaci choroby. Trampki wydawały się być już wystarczająco zużyte, zaś czujnym oczom uzdrowiciela nie przeszło obrażenie umiejscowione na przedramieniu Plum; jakby nie było, na Wizbooku również widniał pod tym względem wpis, świadczący o niefortunnym ugryzieniu psidwaka.
- Hej, hej! - powiedział na początku, kiedy ta zaczęła się zbliżać w jego stronę - oczywiście na przywitanie, a jakże inaczej? Jego słowa były wyważone, wystarczająco głośne, by Bubblegum mogła je usłyszeć oraz wystarczająco ciche, by nie wypłoszyć testrali, nad którymi obecnie sprawował opiekę. Odwrócił się w jej kierunku; nic się nie zmieniła, choć obrażenie oraz brak jakiejkolwiek innej odzieży dość mocno go zaniepokoił. Zawsze był bardziej opiekuńczy w stosunku do innych niż w stosunku do samego siebie; wynikało to z faktu czystej empatii względem pozostałych, chociaż sam nigdy nie miał łatwo w życiu. Nie chciał powielania historii - chciał jej przerwania, chciał, by zaczęła rozkwitać na nowo, by dała nowy plon. - Sama? W sukience? To dość... niecodzienny widok.- dodał, by następnie mógł usłyszeć pytanie z jej strony. Grzyby? Uśmiechnął się szczerzej, albowiem Puchonka, jako jedna z nielicznych osób, miała dostęp do jego małego świata, w którym znajdował się tej prawdziwy Matthew. - Grzyby? Skądże. To są testrale. Przepiękne stworzenia, a przede wszystkim życzliwe - a ich zobaczenie wcale nie zwiastuje nieszczęść. Chcesz się z nimi zapoznać? Nie gryzą. - odpowiedział, klepiąc grzecznie rumaka, choć nie umknęła mu rana zdobiąca skórę dziewczyny - i jak to na niego przystało, rzucił zaklęcie lecznicze, by ta mogła choć na chwilę pożegnać się ze skutkami niefortunnego wypadku w menażerii. Wyciągnął różdżkę, skierował ją na dłoń należącą do nastolatki, nawet nie wypowiedział formuły - ostatnio czuł się doskonale pod względem tych najprostszych zaklęć, choć nie mógł wcale w pełni ufać swoim możliwościom, by następnie ukoić jej ból. - Widziałem na Wizbooku. Psidwaki są łagodne... - zapytał się, choć nie wymagał odpowiedzi. Mógł się mylić - mógł to być spowodowany zrządzeniem losu wypadek wzbogacony rezerwą nieszczęścia, czyż nie? - Nie jest Ci przypadkiem zimno? Zawsze mogę pożyczyć płaszcz... - zaoferował, choć nie wiedział, czy ta go przyjmie - w drodze wyjątku zatem postanowił zrobić wyjątek do swoich reguł i uraczyć ją własnym odzieniem. Jego było wystarczająco odpowiednie, by mógł przetrwać trwający przymrozek oraz niefortunne warunki pogodowe.

Rzuć kostką na reakcję testrali:
1, 6 - choć tego nie widzisz, stworzenia z początku robią krok do tyłu i zachowują odpowiedni dystans, co jesteś w stanie zauważyć po reakcji Matthewa. Dopiero po jakimś czasie zyskują one odrobinę zaufania do Twojej osoby, tym samym pozwalając się pogłaskać - jednak ostrożnie! Ich obraza może skutkować ugryzieniem.
2, 5 - testrale zachowują się całkowicie normalnie - oddychają spokojnie, zdając się być całkowicie obojętnymi z początku do Twojej obecności na tychże terenach. Dopiero potem ich zaintrygowanie w stosunku do Ciebie przeradza się w większą chęć zapoznania - choć ich nie widzisz, jesteś w stanie poczuć ich częściową akceptację - oby tak dalej!
3, 4 - jeden z nich, wyjątkowo śmiały, nie zważa w żaden sposób na to, że kładziesz na nim, pod instrukcjami Matthewa, rękę na grzbiecie - wręcz przeciwnie! Bardziej zaintrygowany jest tym, czy masz w kieszeni jakikolwiek mięsny smakołyk... Jeżeli chcesz, możesz go nakarmić przy pomocy pokarmu znajdującego się w wiaderku!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Plum Bubblegum

Student Hufflepuff
Rok Nauki : VIII
Wiek : 22
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 152
  Liczba postów : 150
https://www.czarodzieje.org/t16809-plum-bubblegum
https://www.czarodzieje.org/t16812-sliwka-dynia-guma-do-zucia#468050
https://www.czarodzieje.org/t16813-sliwka-guma-do-zucia#468051
https://www.czarodzieje.org/t16810-plum-bubblegum
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyWto Lis 27 2018, 21:53;

Uwielbiała go, gdy był sobą. Uwielbiała go, gdy w pobliżu znajdowały się magiczne stworzenia wydobywające z niego ten blask, ten uśmiech, tę specyficzną aurę empatii i dobrego serca, której Plum poszukiwała w ludziach. Uwielbiała przyglądać się, jak uzdrowiciel wchodzi w interakcję ze zwierzętami i przekonuje je do siebie niemalże bez mrugnięcia okiem, bez wzięcia głębszego oddechu; wystarczyło, że pojawiał się w okolicy i już wzbudzał ich zaufanie. Jedynie w tym przypadku... Nie do końca wiedziała, czego właśnie była świadkiem. Jego dłoń definitywnie spoczywała na czymś, zamiast być jedynie zawieszoną w chwili. Mówiło jej o tym ułożenie jego palców, a także namaszczenie, z jakim zdawał się wykonywać ów gest. Niedługo później przywitał ją, zarejestrowawszy jej obecność, i Puchonka odpłaciła się mu delikatnym, ledwo dostrzegalnym uśmiechem. Tym razem był niczym przemykający po jej twarzy cień, trochę smutny, trochę pobladły. Jednakże, będąc chodzącą ekspresją, nie potrafiła świergotać z radości jak przy okazji ich ostatniego spotkania. Wiedziała, że on to zrozumie. Przecież nawet nie musiał zadawać zbędnych pytań, by wydobyć z niej na powierzchnię wszystkiego, czego potrzebował wiedzieć.

- Nie podoba ci się? - spytała, ciekawa, spoglądając tym razem w dół, na nieco leciwy już materiał. Fakt faktem, sukienka miała już za sobą okres własnej świetności i przeżyła na właścicielce niejedną przygodę, ale florystyczny pattern rozciągający się po całej jej długości zawsze wydawał się jej całkiem przyjemny dla oka. W pytaniu nie było też krzty wyrzutu. Raczej samo zainteresowanie, z delikatną nutą zdziwienia. - Ach, no tak, przecież zawsze widzisz mnie albo w szkolnych szatach, albo w uniformie Menażerii... Ale prywatnie preferuję sukienki. Mniej ograniczają ruchy, łatwiej się w nich biega - wyznała z nieznacznym wzruszeniem chudych ramion.

Jej wzrok wyostrzył się w momencie, gdy Matt wyłożył jej szczegóły swojego pobytu w Dolinie. A więc to były testrale? Te niewidoczne dla oka pegazy, których miała szczęście - lub nieszczęście - nie dojrzeć na własne oczy? Swoją drogą, niezwykle mało brakowało, by mogła teraz podziwiać je razem z mężczyzną. Gdyby w trakcie pożaru matka nie wybiegła do innego pokoju, próbując odszukać swoją różdżkę pod stertą zapisanych notatek i dokumentów, a została w pokoju jedynej córeczki, być może ogień pochłonąłby kobietę na oczach Plum. Tak się jednak nie stało. Zamiast tego dziewczyna musiała zadowolić się swoją wyobraźnią, przypominając sobie podręcznikowe opisy i ilustracje w książkach, za pomocą fantazji zarysowując w powietrzu kształt, gdzie mógł stać jeden z tych niezwykłych koni - względem położenia dłoni Matta. Nie odpowiadając na jego pytanie, jedynie postawiła kilka ostrożnych, powolnych kroków do przodu, przy okazji okładając buty na ziemię. Nie były jej teraz potrzebne, a w lesie raczej nie znajdowało się zbyt dużo stworzeń chętnych do porwania jej nieco zniszczonego już obuwia dla okupu.

Plum miała zamiar wyciągnąć własną dłoń i poszukać nią zwierzęcia tam, gdzie robił to czarodziej, jednak ten skutecznie uprzedził ją w zamiarze i zamiast tego zaaplikował kolejny urok na jej opuchniętą, siną ranę. Spojrzała na niego z wdzięcznością, znów wzruszając ramionami. - To tylko niefortunny wypadek. Pan Nanuk na szczęście nie wyciągnął konsekwencji ani wobec mojej nieuwagi, ani, nie daj Merlinie, wobec psidwaka. To nie była przecież jego wina. Tylko klientka... A zresztą. Nie warto do tego wracać. Dziękuję. - W znanym im obojgu geście chwyciła przelotnie jego wolną od gładzenia sierści testrali dłoń i uścisnęła ją na wyraz wdzięczności, jednocześnie splatając ich palce i wcale nie zamierzając puścić zbyt szybko. Przecież cieszyła się spotkaniem, tak bardzo. Los zesłał jej znajomego, zaprzyjaźnionego uzdrowiciela po to, by odgonić z jej głowy złe myśli, a zachłanna na to Puchonka przyjęła propozycję przeznaczenia z radością. Tym bardziej, że Matthew niejako oferował jej dodatkową lekcję Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Jeszcze lepiej!

Słyszała nieopodal, jak niewidzialne dlań stworzenia oddychają głęboko, ciesząc się świeżością jesiennej bryzy. Słyszała, jak przestępowały z kopyta na kopyto, najwyraźniej wcale nie zamierzając uciekać przez jej obecność. Czyli ich nie spłoszyłam - pomyślała z ulgą. Choć ból w jej ręce minął, niezależnie od tego, czy było to ukojeniem chwilowym, czy permanentnym, zdecydowała się póki co nie próbować samodzielnie pogłaskać pegazów. Zamiast tego przypatrywała się uważnie miejscu, gdzie robił to Matt, gdy momentalnie jej oczy rozbłysły przebłyskiem geniuszu. - Miałeś ze sobą wiaderko, prawda? Karmiłeś je? --- Mogę spróbować? - odparła pytaniem na pytanie, niemalże pomijając wielkoduszną propozycję zaoferowanego odzienia. Rzeczywiście, ten dzień nie należał do najcieplejszych, jakimi delektowała się Dolina, ale dopiero gdy czarodziej zwrócił na to werbalną uwagę, Plum zdała sobie sprawę z istnienia dreszczy przeszywających jej bladej karnacji ciało. Uśmiechnęła się ponownie, palcem wskazującym pukając delikatnie w jego ramię. - Zawsze chciałam ukraść ci ten płaszcz.

______________
Kostki: 5 :C
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Matthew Alexander

Absolwent Gryffindoru
Wiek : 41
Czystość Krwi : 25%
Wzrost : 181
C. szczególne : Blizny na nadgarstkach, pogodne spojrzenie, towarzystwo Euthymiusa oraz zapach wody kolońskiej.
Galeony : 688
  Liczba postów : 1311
https://www.czarodzieje.org/t16392-matthew-alexander#449540
https://www.czarodzieje.org/t16400-matthew-alexander#449655
https://www.czarodzieje.org/t16401-matthew-alexander#449750
https://www.czarodzieje.org/t16387-matthew-alexander
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyWto Lis 27 2018, 23:13;

Rzadko kiedy było mu dane zwyczajnie być sobą - społeczeństwo wymagało kompletnie odmiennych cech, kompletnie odmiennego charakteru - on zaś nie był w stanie spełnić tego, co tak niemiłosiernie było wypisane na kartach zgodności z otoczeniem. Mógł walczyć - aczkolwiek wycofywał się z toksycznego społeczeństwa, a przede wszystkim z toksycznych ludzi, by samemu się nie skazić dżumą, która zdawała się płynąć w żyłach każdego, zaś nieliczni mogli nad nią zapanować. Prawidłowo, w swoim wieku, powinien być szczególnie zapracowanym ojcem dwójki dzieci, który wraca z roboty, by następnie ukoić rutynę codziennego dnia ciepłym obiadem przy boku żony - był jak kompletnie pozbawiony sensu puzzel, który nie mógł odnaleźć swojego miejsca. Wędrował od kolejnej układanki do drugiej, nie mogąc jednak się wpasować w ramy obrazu; zaś nie chciał przechodzić żadnych metamorfoz pod względem reguł, które przyjął już dawien dawno temu. Dla większości wydawały się być irracjonalne, aczkolwiek dla niego były czymś, czym mógł się bez problemów kierować - nie potrzebował od życia zbyt wiele, by mógł normalnie funkcjonować. A jak wiadomo, słowo to jest przede wszystkim unikalne, pozbawione jednego, uogólnionego terminu - gdyż każdy przystosowuje cechy charakteru indywidualnie, jak również wygląd. On - no cóż. Nie zwracał na to uwagi - kiedy poznawał stworzenia magiczne, nie bał się ich nietypowego wyglądu, zamiast tego ostrożnie oraz z widocznym zaintrygowaniem starał się je odkryć - zrozumieć oraz w znacznym stopniu pokochać na swój własny sposób. Przywiązać się, wybudować most zaufania przy obopólnej współpracy. To było znacznie łatwiejsze niż z ludźmi posiadającymi maski, starającymi się zdobyć przede wszystkim jak najwięcej; czy to nie chciwość doprowadzała do rozłamu serc, śmierci wielu ludzi oraz cierpienia pozostałych, którzy byli w stanie wytrwać w niezwykle trudnym boju? Historia lubi się zapętlać - zaś ludzie zdawali się z czasem ignorować doświadczenie wyniesione z przeszłości, by przełożyć własne wymagania ponad skutki. To wzbudzało w nim mieszane uczucia; wtedy również był zmuszony do podniesienia maski, uniknięcia wbijanych z precyzją ostrzy, które pozostawiały po sobie nieodwracalne ślady. Zauważał te drzemiące w dziewczynie - doskonale był zdolny do odpowiedniej interpretacji uczuć. Nawet nie potrzebował słów, by uszanować ten drobny cień, przemijający przez jej lico ze znanym wydźwiękiem.
Jak blizny zdobiące jego nadgarstki - obecnie przykryte materiałem koszuli.
- Skądże.- powiedział łagodnie, spoglądając w jej stronę. Nie sądził, że wygląda brzydko - być może nie był to strój idealny na tę porę, o to mu bardziej chodziło, kiedy charakterystyczny błysk zielonych tęczówek przyozdobił jego lico. Często widział różne kobiety w różnych sukienkach, na szpitalu nieraz miał również z nimi do czynienia, czasami trzeba było jednak je niszczyć, by dostać się do odniesionych przez pacjentki obrażeń; o wiele częściej widział Plum w bardziej domowych, tudzież czarodziejskich rzeczach. Czy o to mu chodziło? Jeszcze nie. Po prostu ta pogoda była trochę zbyt paskudna na noszenie luźniejszych rzeczy - nawet jeżeli nie mógł docenić wygody stroju, to i tak wiedzial doskonale, dlaczego niektóre z dziewcząt wręcz kochają te charakterystyczne, opływające na nogi materiały. - Nie spodziewałem się, że bardziej właśnie przepadasz za sukienkami. Jakby spojrzeć na to z innej strony - o wiele bardziej Ci pasują. - skomplementował, rzucając szczerym uśmiechem, tym samym przechodząc dłonią do zapoznawania się ze strukturą sierści testrali. Rzadkie stworzenia, wyjątkowo rzadkie. A przede wszystkim - tylko nieliczni mogą (nie?) nacieszyć się ich widokiem; za mniejszą lub większą cenę. Taka była jednak jego praca - nie mógł zawsze doprowadzać pacjentów do odzyskania życia, chwycenia go oraz ponownego wtłoczenia do chłodnego już ciała. Śmierć była naturalną rzeczą; czymś, co wzbudza strach, aczkolwiek człowiek chciałby już być na mecie oraz wiele osiągnąć. To się gryzło - i to mocno. Zgrzytało, nie pasowało, powodowało wyskakiwanie błędów w rozumowaniu. Sam bał się śmierci, ale również bał się życia - nie chciał, by ktoś go wykorzystał, a potem zostawił. Dlatego się zamykał na tych, którzy nie wydawali mu się być do końca rzetelni.
- Pan Nanuk jest dobrym człowiekiem. Również dba o zwierzęta, choć wie, że nie zawsze może zapewnić każdemu z nich miłości, którą da tylko i wyłącznie właściciel. - przyznawszy jak najbardziej szczerze, schował różdżkę oraz zgodził się na ten drobny, zacieśniający ich więź gest - pozwolił, by palce Bubblegum oplotły te należące do niego w ucisku; nie puszczał, nie wyrywał się. Trwał w przelotnej chwili braku problemów; problemów spowodowanych chorobą, o której dziewczyna nie wiedziała. Nawet było ich więcej; jakby nie było, schudł, pobladł, aczkolwiek nadal był tym starym dobrym Mattem; posiadającym przede wszystkim ogromne serce dla zwierząt oraz dla tych, który również obchodzili się do nich ze szacunkiem oraz chęcią zawarcia w pewnym stopniu przyjaźni, tudzież oswojenia. Jakby nie było - to właśnie nawiązanie relacji powodowało, że życie nabierało z powrotem barw, zaś problemy znikały pod otoczką chwili. Opowiadał zatem o zwierzętach z pasją, zapominając tym samym o tym, co go wcześniej trapiło, zaś jakie myśli znajdowały się w umyśle pod kopułą wcześniej uszkodzonej czaszki.
Zauważył - pewien strach przed zapoznaniem się z ich manufakturą sierści - a może jednak trwał w niej szacunek do tychże zwierząt? Sam nie był w stanie stwierdzić. Obserwował czujnym okiem - on jedyny je widział i jedyny był w stanie nakierować dziewczynę na dobry trop; obciążony grzechem zrozumienia sensu śmierci.
Powietrze otuliło ich swoim delikatnym powiewem; chłód zdawał się nie być do końca dokuczliwy w towarzystwie magicznych zwierząt. A w szczególności tak wyjątkowych, choć niedocenianych pod względem złego przesądu. Matthew rzadko kiedy w nie był w stanie uwierzyć, chociaż zdołał zauważyć przed wyjazdem do strefy kolumbijskich dżungli pewien zły omen. Być może nie zapytał wprost - wystarczyła reakcja starego dobrego przyjaciela, by zdać sobie sprawę, że coś będzie nie tak - i miał pod tym względem rację. Powoli jednak, wbrew pozorom widocznym w towarzystwie Puchonki, powracał do życia; towarzystwo tak miłej duszy, a przede wszystkim dobrej, zdawało się być w pełni wystarczalne. Zwierzęta reagowały spokojem; czy dziewczyna była w stanie przywłaszczyć sobie ich pełne zaufanie? Miał taką nadzieję, wszak sama postać uczennicy wywoływała w stworzeniach bardzo szybką relację; jakby nie było, Euthymius wychował się właśnie spod jej ręki, a jak wiadomo, feniksy jest bardzo trudno oswoić. - Jasne! Przeczuwam, że się ucieszą. - powiedział, podając jej lżejsze już wiadro, w którym znajdowało się odpowiednio przygotowane mięso - surowe, aczkolwiek przystosowane do podawania bez większych problemów testralom. - Uważaj na palce; całkiem niechcący mogą je ugryźć. Tam, gdzie znajduje się moja dłoń - powiedziawszy, przejechał ostrożnie pierwsze po grzbiecie, by następnie dojść do głowy jednego z rumaków - umiejscowiona jest głowa należąca do testrala. Możesz także rzucić, aczkolwiek bardziej zadowolone będą ewidentnie z tego, że ktoś się ich nie boi. - wcześniej jednak musiał podać jej swój własny płaszcz; przesiąknięty przede wszystkim zapachem, zdawał się być odpowiedni pod względem wielkości w stosunku do podłoża, choć pewne różnice w sylwetce się zachowały; Matthew był, nawet jeżeli wcześniej schudł, bardziej umięśniony. Nie mógł się za to powstrzymać przed komentarzem. - Oho, czyli mam rozumieć, że ten płaszcz nie należy już do mnie? - stwierdził, rzucając drobnym śmiechem w jej stronę.

Rzuć kostką:
1, 4 - postanawiasz postąpić według wskazówek uzdrowiciela, by następnie nakarmić jednego z testrali; drugi zaś okazał się być wyjątkowo zazdrosny, w wyniku czego poczułaś otarcie boku kopytnego o Twoją sylwetkę. Zakończyło się to ostatecznie porwaniem jedzenia przez kompletnie inne zwierzę!
2, 3 - nic nie stoi na przeszkodzie, by delikatnie podejść; co było dobrym krokiem w celu zapoznania się ze zwyczajami tychże stworzeń. Udaje Ci się bez problemu je nakarmić; nie sprawiają przy tym żadnego problemu, zaś śmiało możesz, jeżeli masz na to ochotę, je pogłaskać.
5, 6 - uwaga! Jeden z testrali podszedł za blisko, Ty zaś chwyciłaś wyjątkowo mały kawałek mięsa. Poczułaś uszczypnięcie w opuszek jednego z najdłuższych palców - i na szczęście nic poza tym. Zwierzę w ramach rekompensaty oraz wdzięczności przyłożyło swój spory łeb do Twojej otwartej dłoni; czyżbyś zdobywała nowego przyjaciela?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Plum Bubblegum

Student Hufflepuff
Rok Nauki : VIII
Wiek : 22
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 152
  Liczba postów : 150
https://www.czarodzieje.org/t16809-plum-bubblegum
https://www.czarodzieje.org/t16812-sliwka-dynia-guma-do-zucia#468050
https://www.czarodzieje.org/t16813-sliwka-guma-do-zucia#468051
https://www.czarodzieje.org/t16810-plum-bubblegum
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptySro Lis 28 2018, 17:50;

Jego słowa pogłębiły czerwień zarumienionych chłodną aurą policzków. Chociaż Plum nie należała do osób przesadnie wstydliwych czy choćby zawracających sobie głową zewnętrzną aparycją, komplement od uzdrowiciela był dla niej w pewien sposób bardzo ważny; przecież byli przyjaciółmi, byli kompanami od magicznych stworzeń, a to zobowiązywało do respektowania jego opinii nawet w tak błahej materii. Dlatego właśnie nie powiedziała już nic, absolutnie nic, jedynie pochylajac głowę z wdzięcznością i lekko obracając się na pięcie, niemalże zażenowana niezapowiedzianą dawką uwagi, jaką od niego otrzymała, kompletnie do tego nieprzyzwyczajona. Zazwyczaj ludzie porównywali ją do drzew. Driad lawirujących między konarami, wysokich traw jakimi usłane są pola, kołyszących się na wietrze - nigdy wbrew niemu. Rzadko kiedy mówili, natomiast, cokolwiek o jej sukienkach.

- Och, jest zdecydowanie najlepszym człowiekiem, jakiego znam. Ma ogromne serce. Musiałbyś kiedyś spędzić z nim więcej czasu, bo myślę, że zaprzyjaźniłbyś się z nim tak dobrze, jak z Euthymiusem - zawyrokowała Puchonka z pełnym przekonaniem, rozweselając się nieco na dźwięk jej ulubionego w ostatnim czasie tematu. Praca w Menażerii dawała jej ogrom spełnienia, okazję do poznania twarzą w twarz rzadkich okazów magicznej fauny, a także przede wszystkim do nauki. Bo wiązała z nimi przyszłość, kiedyś, jeśli los pozwoli, pragnąc opiekować się nimi i badać niczym jej rodzice. Jej świętej pamięci matka, która dla nauki poświęciła życie. Tak zawsze powtarzała babka, której dziadek wtórował dość smutnym kiwnięciem siwej głowy; na pewno bardzo tęsknili za swoją jedyną latoroślą. W pewien sposób ta tęsknota była obca samej Plum, która nie zaznała nigdy matczynej miłości. Nie wiedziała też zatem, co straciła.

Radośnie już odebrała od uzdrowiciela płaszcz, zarzucając go na swoje własne ramiona. Pachniał magią. Sterylnością, na swój sposób, i szpitalnym światem, do którego należał Matthew, ale jednocześnie woń miała w sobie specyficzną nutę używanych przez niego perfum, które dziewczyna zarejestrowała już znacznie wcześniej, chyba przy okazji pierwszej wizyty w jego gabinecie. Czarny, z grubego, odpornego na wiatr materiału, otulił ją prawie całkowicie - mimo tego, że sam Matt był stosunkowo chudym mężczyzną, wciąż pozostawał przynajmniej kilka rozmiarów większy niż Puchonka. Ale ona nie przejmowała się wcale tym, że mogła przypominać namiot. Zamiast tego wyszczerzyła białe zęby do mężczyzny, przytrzymując sterczący wysoko kołnież płaszcza tuż poniżej swoich ust, zachwycona faktem, że nawet nie potrzebowała sięgać po bardziej wymyślne machinacje, by dostać od niego upragnione odzienie. Zaproponował sam. Gdyby kiedykolwiek została złodziejem, to wróżyło jej świetlaną karierę. - Nie oddam, choćbyś nasłał na mnie magomilicję. --- Ale nie naślesz, prawda?

Następnie przechwyciła delikatnie podane jej wiadro wypełnione mięsem, sięgnąwszy po jeden z posiekanych kawałków. Uważnie śledziła ruch dłoni Matta, to, jak unosiła się w powietrzu i zastygła nagle, spokojnie, tam gdzie znajdować się miała głowa niewidzialnego pegaza. W myślach nie rozpatrywała nawet możliwości rzucenia posiłku; chciała doświadczyć tego na własnej skórze, karmienia tak unikatowych zwierząt. Ze ściągniętymi w dowodzie koncentracji brwiami pochyliła się zatem nieznacznie, nabrała więcej powietrza i przysunęła dłoń z oferowaną przekąską we wskazanym kierunku. - Nie boję się - wyszeptała cicho, odrobinę zbyt cicho, jakby starając się przekonać samą siebie. A potem... A potem mięso, raz po raz, zaczęło znikać. Coś ciągnęło za jego fakturę, wgryzając się z początku w pożywienie, by potem wziąć je z jej dłoni i połknąć w całości. Niesamowite. Oddech ugrzęzł gdzieś w piersi, głęboko, a palce zadrżały z podniecenia. I już, już zamierzała wydusić z siebie słowa podziwu dla aktu samego w sobie, gdy nagle coś poruszyło liście zalegające na ściółce, coś uderzyło w jej bok, coś wytrąciło rączkę wiadra z jej momentalnie rozluźnionego uchwytu - i jeden z testrali porwał wszystko, co znajdowało się w jego wnętrzu, figlarnie odskakując na pewną odległość by nacieszyć się zdobyczą. Puchonka wydała z siebie stłumione pisknięcie zdumienia na tak niespodziewany obrót spraw, szybko przyciskając dłonie do klatki piersiowej i zastygając w bezruchu, w niepewności. Spojrzała na uzdrowiciela z szeroko otwartymi oczyma. - ...Co właśnie się stało?

_________
Kostki: 4, a chciałam 5/6 :C
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Matthew Alexander

Absolwent Gryffindoru
Wiek : 41
Czystość Krwi : 25%
Wzrost : 181
C. szczególne : Blizny na nadgarstkach, pogodne spojrzenie, towarzystwo Euthymiusa oraz zapach wody kolońskiej.
Galeony : 688
  Liczba postów : 1311
https://www.czarodzieje.org/t16392-matthew-alexander#449540
https://www.czarodzieje.org/t16400-matthew-alexander#449655
https://www.czarodzieje.org/t16401-matthew-alexander#449750
https://www.czarodzieje.org/t16387-matthew-alexander
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptySro Lis 28 2018, 18:41;

Czym były zepsute marzenia?
Rzucone w ramach emocji drzemiących w tak prostym człowieku, uderzające z hukiem fali uderzeniowej docierającej do uszu z niezmierną siłą; kawałki porcelany uderzały o ziemię, pozostawiając po sobie ślady. Białe okruchy wcześniejszego szczęścia, białe okruchy, cienie wcześniejszych myśli, zdające się pozostawiać tylko i wyłącznie słabe, pozbawione większego sensu rany, kiedy próbował je poskładać w jedną całość, gdy Reparo nie poczęło działać w żaden szczególny sposób. Z czasem zdawać by się mogło, że wystarczająco wiele przedobrzył w związku z chęcią uratowania filiżanki przed kolejnymi uszkodzeniami; co było oczywiście najrzetelniejszą z prawd. Wiele blizn pozostało po chęci odzyskania tego, co wcześniej zostało odebrane; nadziei, a przede wszystkim jakichkolwiek chęci do zmian. Zdawać by się mogło, że sam znajduje się na tym dole pełnym łez, bezsilności oraz pozbawionej sensu egzystencji wśród ludzi jako zwyczajna dziura wśród całości układanki. Nie mógł dostosowywać się - tak samo, jak uważali Plum za dziwną w pewnym stopniu oraz tego słowa znaczeniu, spotykał się z podobnym oznaczeniem - ale życie nigdy nie było dla niego zbyt łatwe. Zbyt łaskawe. Czy ktoś wierzył w jego postanowienie o samobójstwie w świadomym celu? Czy ktoś zauważał, jak zbyt wiele jego dusza wycierpiała? Czy ktoś chciał to zauważyć? Owszem. Powoli przestał czuć się sam w tłumie obcych ludzi; widząc barwy w tych, którzy onieśmielili się odkryć prawdziwą naturę, jego prawdziwą naturę, a tym samym odkrył zarówno dobro bijące z ich strony. Musiał być jednak zaskakująco ostrożny - stawiać kroki z należytą rozwagą oraz bezpieczeństwem, by ponownie, jak to wcześniej się stało, choć najwidoczniej zupełnie nieświadomie - nie zostać dźgniętym, przynajmniej w przód. Jakimi kolorami odznaczała się Bubblegum? Przede wszystkim ciepłymi, pozbawionymi chłodu panującego dookoła; odróżniała się od wszechobecnego klimatu, pogody oraz pozostałych, znajdujących się z czystej racji oraz obowiązkowości - ludzi.
- W to nie wątpię. Euthymius jeszcze nie odrodził się na nowo z popiołu, aczkolwiek powoli zbliża się ten dzień. - był w stanie przyznać, nie. Musiał przyznać - innego wyjścia nie miał. Pan Nanuk odznaczał się właśnie pozytywnymi cechami, pozbawionych negatywnego wydźwięku w stronę klientów. Co prawda wyjątkowo rzadko bywał w menażerii, gdzie pracowała jego pacjentka; co nie zmienia faktu, że empatia stanowiła wyjątkowo zaskakujące narzędzie - jednocześnie wielce bolesne. Był w stanie, posiadając odpowiednie ku temu predyspozycje, odkryć to, co tak naprawdę znajduje się pod maską drugiego człowieka; w przeciwnym przypadku, jeżeli serce było wyjątkowo zatrute, sam zakładał jedną z nich. Nie był jednak człowiekiem wysoce strategicznym; prędzej zabezpieczał się przed potencjalnym zranieniem w dłoń, zanim kąśliwa dusza pochłonie nie tylko tę część ciała. Nie zawsze udawało mu się uniknąć zepsucia, tudzież zgnicia - tracił nieraz poczucie rzeczywistości, kiedy to zadawał się z mniej dobrymi ludźmi. Sam nie potrafił poprawnie samego siebie określić; prędzej był zagubioną duszą. Duszą, która mimo wszystko starała się jakoś wytrwać w tymże świecie - duszą, którą tylko nieliczni mogli poczuć, zobaczyć, tudzież doświadczyć. - Jestem w stanie w pewien sposób wyczuć... dobroć bijącą od człowieka. Tak samo jadowitość. Jest to w pewnym stopniu męczące, ale przede wszystkim - przydatne. - opowiedział co nieco o swojej drobnej umiejętności, aczkolwiek ostatecznie zbytnio się o tym nie rozgadał - i to nie wcale dlatego, że nie chciał. Nawet się nie wstydził - bo wbrew pozorom mężczyzna powinien przecież mieć jaja i zachowywać się jak prawilny chłop. Niestety - Matthew taki nie był. Nie wpisywał się w schemat rozwiązłości, która jest przecież tak praktykowana; zaś bycie pozbawionym drugiej połówki nie oznaczało, że również prowadził taki tryb życia. Nie zależało mu na tym - jednocześnie nie potrafił. Nie potrafił zachowywać się inaczej.
Pozbawiony płaszcza, jakoś zbytnio nie narzekał na chłód panujący w otoczeniu; prędzej mógł narzekać na to, że swojego odzienia już nie odzyska, biorąc pod uwagę słowa ze strony pacjentki. Jedyne, co mógł zrobić, to wzruszyć ramionami, choć w rzeczywistości zaśmiał się - naturalnie, po ludzku, odkrywając swoje prawdziwe emocje. Nie bał się - widział doskonale, że Plum nie wykorzysta tego przeciw niemu. Był w stanie to stwierdzić; miłośnicy zwierząt zazwyczaj byli w stanie dostrzec kątem oka więcej niż jest to możliwe dla tych pozbawionych chęci koegzystencji ze stworzeniami. Matthew zrobił z początku naburmuszoną minę, tym samym ostatecznie przechodząc do tego łagodnego wyrazu twarzy. - Jesteś pewna? - zapytał się szczerze, a następnie machnął na to ręką. A niech się cieszy, niech go nosi, w domu ma jakieś inne, co prawda mniej eleganckie, aczkolwiek nadal ciepłe oraz pozwalające przede wszystkim na ochronę przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi. Spojrzenie tęczówek zwróciło się na początku na płaszczu, ostatecznie pogodził się w myślach z pożegnaniem z tak niezwykłym odzieniem. - Nie no, nie nasłałbym. Niektórzy to praktykują, ale sam nie chciałbym, żeby ktoś mi odprawił takie świństwo. - przyznawszy jak najbardziej szczerze, przecież sam jej zaproponował okrycie przed złą i niedobrą pogodą panującą na zewnątrz, w tychże terenach. Nawet jeżeli drzewa osłaniały w jakimś stopniu przed wiatrem, to i tak istniało ryzyko, że dziewczyna o blond włosach zwyczajnie się rozchoruje i trafi na oddział Świętego Munga. Jak to mówi slogan reklamowy drzwi szpitalnych: "Nie do zobaczenia"; przynajmniej w zakresie ponownych nieszczęśliwych zdarzeń podkreślających powagę sytuacji.
Obserwował stworzenia; stworzenia uznawane przede wszystkim za zły omen. W dość późnym wieku dostrzegł pierwszą śmierć; śmierć mrożącą krew w żyłach, aczkolwiek dająca pewność, że prędzej czy później nastąpi nasz koniec. Czy jednak był on wypisany gdzieś na kartach u samej postaci ze słynną kosą? Tego nikt nie wiedział; nie posiadał wglądu, aczkolwiek ingerować w te strefy nie mógł, kiedy ostatni oddech ustawał, zaś serce przestawało bić, zaś zaklęcia nie działały. Zrozumiał, dzięki swojej pracy zrozumiał o przelotności życia, wielu chorobach, przez które wiele osób zostało pozbawionych w większości normalnego życia; o chorobach zbierających żniwo w najmniej winnych ludziach, najbardziej uczynnych. Na nic zdawało się dbanie o siebie oraz o swoich bliskich, kiedy to nagle, niepostrzeżenie, niezapowiedzianie jedna dysfunkcja potrafiła obrócić życie o sto osiemdziesiąt stopni, przykuwając łańcuchami jednego człowieka do pełnej zależności od drugiego. Miłość bywała piękna; aczkolwiek znajdowała się także na granicy nienawiści. Większość rodzin przechodziło wówczas największe rozpady, a przede wszystkim - pożegnania. Nie mógł jednak rozmyślać; zamiast tego obserwował ruchy Puchonki, której to jeden z testrali postanowił zjeść pierwsze kawałek odpowiednio przygotowanego mięsa; jak się okazało, drugi stał się wyjątkowo zazdrosny, pierwsze ocierając się grzbietem o jej bok, by następnie porwać beznamiętnie pozostałą ilość jedzenia. Specjalne zacmokanie również nie zadziałało; wyglądało to bardzo komicznie, przede wszystkim fakt tego, że część pegazów przejawia inne zachowania w stosunku do ludzi; nie tylko to podręcznikowe. - Hej! Trzeba było poczekać na swoją kolej, a nie. - powiedział w stosunku do zwierzęcia, które najwidoczniej nie zdawało się być zainteresowane faktem popełnienia zbrodni, zamiast tego swobodnie jadło wcześniej podkradzione kawałki jedzenia. Pierwsze z magicznych stworzeń zdawało się być zaintrygowane samą postacią Plum; przybliżył się na tak wystarczającą odległość, uderzając kopytami o wilgotne podłoże, iż ta mogła poczuć powietrze wydostające się z jego nozdrzy. Matthew ostrożnie go pogłaskał, przybliżając się do Bubblegum i chwytając jej dłoń, zaplatając początkowo palce, by następnie skierować je w stronę rumaka. - Spokojnie - nie gryzie, możesz śmiało pogłaskać. Również, jak zapytasz o drogę, te będą w stanie Ci ją wskazać; nawet jeżeli są sklasyfikowane jako Groźne, nie powodują żadnej krzywdy. - powiedział, kładąc jej dłoń na skórze pokrytej niewielką ilości sierści zaintrygowanego stworzenia. - Wielu czarodziejów się ich jednak boi.

Rzuć kostką:
1, 5 - stworzenie zachowuje należyty spokój oraz nie boi się Twojego dotyku; nie odsuwa się, pozwalając tym samym na drobne pieszczoty. Możesz być z siebie dumna!
2, 6 - na początku testral, mimo wcześniejszego zainteresowania, porusza się zupełnie gwałtownie, jakby uważając Twój dotyk za wyjątkowo śmiały; dopiero po uspokojeniu jego myśli przez Matthewa mogłaś bliżej zapoznać się ze zwierzęciem.
3, 4 - nie spodziewałaś się tego na żaden sposób! Wystarczyło drobne pogłaskanie, by ten potrącił Cię delikatnie fasadą czaszki o ramię, jakby jeszcze bardziej lgnął do dotyku. Czyżby Cię w pełni zaakceptował? Najwidoczniej tak!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Plum Bubblegum

Student Hufflepuff
Rok Nauki : VIII
Wiek : 22
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 152
  Liczba postów : 150
https://www.czarodzieje.org/t16809-plum-bubblegum
https://www.czarodzieje.org/t16812-sliwka-dynia-guma-do-zucia#468050
https://www.czarodzieje.org/t16813-sliwka-guma-do-zucia#468051
https://www.czarodzieje.org/t16810-plum-bubblegum
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptySro Lis 28 2018, 21:05;

- Jeszcze nie? W sumie nie jestem zdziwiona... Trafił do nowego miejsca. Pewnie musi najpierw poczuć się zupełnie bezpiecznie, żeby pozwolić sobie na spalenie - zastanawiała się głośno, przykładając długi, chudy palec do podbródka, tym samym dodatkowo akcentując swoje filozoficzne rozważania. Nawyk sprzedawcy, ktoś mógłby orzec, chociaż w jej przypadku ciało poruszało się mimowolnie, bezwiednie, gdy zatapiała się w odmęcie kreowanym przez chaotyczny mózg. - Ale pokarm przyjmuje normalnie, prawda? Nie zauważyłeś, żeby był zbyt osowiały, nieobecny? Byłoby niedobrze, gdyby coś mu dolegało bezpośrednio przed spaleniem. - Diagnoza w jej wypadku być może nie była zbyt specyficzna, ale po samym tonie jej głosu ewidentnym był fakt, jak bardzo troszczyła się o dobro zwierzęcia. Nie miała wątpliwości, że Matthew zajmował się nim w prawidłowy sposób. Przecież nie dość, że wyrobił odpowiednią licencję i jego egzaminator ręczył za to swoim nazwiskiem, to na dodatek odznaczał się wyjątkową wręcz wrażliwością względem niewinnych istot żywych. Jej troska wynikała zatem tylko i wyłącznie z faktu, że, jak u każdego zwierzęcia, organizm feniksów był skomplikowanym mechanizmem, w którym do głosu dochodziło aż zbyt wiele zębatek - nawet mimo tego, że same ich łzy miały możliwość uzdrowienia najgorszej choroby i najgłębszej rany.

Jestem w stanie w pewien sposób wyczuć... dobroć bijącą od człowieka. Tak samo jadowitość. Że zaintrygowały ją słowa czarodzieja, to byłoby niedopowiedzeniem. Wręcz wzbudziły jej zazdrość. Sama chciałaby wiedzieć, co kryło się w sercach i umysłach fauny, z którą stykała się w Menażerii i na łonie przyrody, w dziczy, absolutnej i nieposkromionej. W głowach ludzi, z którymi miała do czynienia... To już niekoniecznie. Nie przepadała za złożonością osobowości ludzkiej; przerażały ją piętrzące się warstwy, wykluczające się zachowania, niepewne grunty, które tak łatwo mogły osunąć się w każdej chwili, odsłaniając przepaść. - Co czujesz ode mnie? - zapytała niepewnie, ewidentnie zaciekawiona i po raz kolejny przekrzywiła głowę do boku, przyglądając się uważnie uzdrowicielowi. Być może odrobinę bała się prawdy. Być może nie chciała wiedzieć, jeżeli w niej też dostrzegał ową jadowitość. Ale słowo się rzekło, a Plum nie miała zamiaru wyrywać echa jej głosu z objęć wiatru.

Pominąwszy już kwestię eleganckiego, czarnego płaszcza, który tak bezczelnie sobie przywłaszczyła na następne lata, Puchonka w całości oddała się spotkaniu z testralami. Wciąż niejako przestraszona niespodziewaną, gwałtowną reakcją jednego ze stworzeń, stała niczym słup soli, zaklęta w bezruchu, obserwując jedynie jak kolejne kawałki mięsa opuszczały wnętrze wiadra. Unosiły się najpierw w górę, ciągnięte za niewidzialne zęby, a potem ubywało ich kawałek po kawałku, jakby ktoś ciął je niewidocznym dla oka nożem i chował pod Pelerynę Niewidkę. W międzyczasie Matthew zbeształ stworzenie, prawidłowo zresztą, i studentka już miała się poddać, powiedzieć, że być może to interakcja nie dla niej, kiedy ten chwycił jej dłoń i pokierował ją w stronę spokojniejszego z kopytnych. Po pierwszym spojrzeniu odbijającym absolutne, emocjonalne przerażenie, pozwoliła mu na to i westchnęła głęboko, gdy w końcu wyczuła zwierzę pod palcami. Przypominało to bardziej gołą skórę, gdzieniegdzie pokrytą niewielkimi kępkami krótkich, ostrych włosków; czuła pod opuszkami wyraźnie zarysowane mięśnie, wystające kostki, i eksplorowała to wszystko niezwykle delikatnie, pragnąc poznać to, co wcześniej widziała jedynie w książkach. Z każdą chwilą jej twarz promieniała coraz to większą ekscytacją - dopóki stworzenie nie zerwało się gwałtownie, niczym oparzone odskakując od jej dotyku.

- Skrzywdziłam je? - spytała od razu wystraszona Puchonka i patrzyła jak uzdrowiciel w mgnieniu oka przystąpił do łagodzenia reakcji testrala. Z należytą cierpliwością poczekała, aż skończy, by podjąć kolejną próbę. Tym razem zdecydowanie bardziej udaną. Pegaz zaakceptował jej pełną, położoną na jego szyi dłoń i pozwolił gładzić ją letargicznie, w górę, w dół, w górę, w dół... I choć przed swoimi oczami Plum nie widziała nic oprócz zamrożonej w nieokreślonym ruchu ręki, czuła jednocześnie, że nieopodal stoi żywe zwierzę. Oddychające, mrugające, przepompowujące krew do serca. Czy to nie było fascynujące? - Może dlatego są tak nieśmiałe. Bo ludzie się ich boją. Nie rozumieją. Przecież to, że jesteś w stanie widzieć je dopiero po byciu przy czyjejś śmierci, wcale nie czyni ich szkaradnymi, ani złymi. - Brwi zmarszczyły się teraz w grymasie smutku, czemu niebawem towarzyszył cichy szept, - Chociaż ich nie widzę, to myślę, że są piękne.

_________________
Kostki: 2 NOSZ JEZU
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Matthew Alexander

Absolwent Gryffindoru
Wiek : 41
Czystość Krwi : 25%
Wzrost : 181
C. szczególne : Blizny na nadgarstkach, pogodne spojrzenie, towarzystwo Euthymiusa oraz zapach wody kolońskiej.
Galeony : 688
  Liczba postów : 1311
https://www.czarodzieje.org/t16392-matthew-alexander#449540
https://www.czarodzieje.org/t16400-matthew-alexander#449655
https://www.czarodzieje.org/t16401-matthew-alexander#449750
https://www.czarodzieje.org/t16387-matthew-alexander
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyCzw Lis 29 2018, 09:39;

Świat starał się podyktować zasady oraz je bezmyślnie wpoić.
Całe szczęście, potrafił wstrzymać się przed byciem tylko i wyłącznie czymś, co tak naprawdę pozostaje pod wpływem chciwości tych znajdujących się powyżej niego. Nie pozwalał sobie wniknąć do umysłu niepowołanym osobom, nie zamierzał na to pozwolić bez wyrażenia własnej, unikalnej za każdym razem zgody. Starał się trzymać na uboczu, co w rzeczywistości mu się naprawdę udawało - zaś tylko nielicznych dopuszczał do własnego świata, który zdawał się być niezrozumiały. Dopiero chęć empatii z nim powodowała, że wszystko stawało się zaskakująco czytelne oraz możliwe do zrozumienia; lecz tylko nieliczni poświęcali swój czas, czas ograniczony, a przede wszystkim niezwykle cenny. Szkoda, że ludzie znaleźli sobie doskonały sposób na jego zabicie - zaś nikt nie pomyślał o dwa kroki do przodu, by zwyczajnie go wskrzesić. Kiedy jeden dzień zniknie, noc się pojawi. Nieustanna walka obydwóch dusz, nieustanna wędrówka między jedną prawdą a drugą, miliony strat, jeszcze więcej cierpień, a przede wszystkim - niewidocznych urazów, które mógł dostrzec tylko człowiek sam ich doświadczający. Kim on był w stosunku do całokształtu działalności? Dlaczego; dlaczego leczy, sam potrzebując pomocy? Kiedy wyczerpie swój zapas dobroci, kiedy zniknie ten drobny płomień drzemiący w jego sercu, by następnie nigdy więcej się nie zapalić? Niedawno ogień był wyjątkowo słaby, aczkolwiek ostatnimi czasy zdawał się poprawiać - Matthew doskonale wiedział, że jest to pozytywny skutek powrotu do pasji, pasji, o której zdołał zapomnieć, choć nie miał do tego żadnego szczególnego prawa.
- Pewnie jak poczuje się wystarczająco bezpiecznie, to wtedy przejdzie do tego procesu. - mruknąwszy szczerze, zastanowił się przez chwilę. No tak; dni dokładnie mijały, dni potrafiły odbić się na całokształcie magicznego stworzenia; nawet jeżeli utworzyli razem w bardzo szybkim tempie więź, to również mogła ona zostać w jednej chwili przerwana. Na razie nic takiego się nie wydarzyło, zaś spalenie wydawało się być dla nich obydwóch próbą. Dla Euthymiusa próbą zaufania, próbą wiary, zaś dla Matthewa - pozostawieniem wszystkiego z tyłu oraz rozpoczęciem czegoś nowego od postawienia kolejnych kroków oraz rytmicznych uderzeń obuwia zgodnie z rytmem własnego serca; serca wrażliwego na emocje oraz na pozostałe odczucia. Serca niezwykle walczącego z okrutną rzeczywistością, broniącego umysł przed skażeniem, a przede wszystkim dalszym rozsianiem dżumy, którą jednak w jakimś tam stopniu w sobie nosił. Obydwoje przechodzili próbę - w pewnym stopniu Plum także; wybierając Matthewa do przygarnięcia pod swoje skrzydła feniksa wymagającego cierpliwości, trafić lepiej nie mogła - chyba że się myliła, choć również jej decyzja była ewidentnie jednym z najlepszych wyborów. - Tak, przyjmuje i nie ma z tym problemów. Też wydaje się być żywszy, ale dam mu czas; żadnemu z nas się nie spieszy. - potwierdził jej słowa dotyczące prawidłowego przyjmowania pożywienia, składającego się głównie z ziół. Uzdrowiciel doskonale zdawał sobie sprawę z tego, czym dokładnie żywią się ogniste ptaki, niezwykle łagodne oraz honorowe; nie korzystając ze swoich pazurków do bycia drapieżcą, preferowały przede wszystkim spokojny tryb życia, pozbawiony niepotrzebnego wylewu krwi; i słusznie. Ludzie zapominali, szczególnie Ci z góry prowadzący własne, prywatne sprawy przeciw innym, że tak naprawdę stawka jest większa niż życie - winna kilka milionów, nawet więcej. Manipulowani, idący w szeregu na śmierć - przeciwności losu kumulujące się w niebywałej ekspresji dekretów, za które płaci się tym, co jest najcenniejsze.
- Radość, miłość do zwierząt, dobroć, bezinteresowność, która jest w dzisiejszych czasach niezwykle rzadko spotykana; chociaż teraz... moja intuicja bije na alarm. - przyznał jak najbardziej szczerze w stosunku do Plum; nie wydawała się być tak samo radosna jak podczas spotkania w Menażerii u Nanuka. Coś przyćmiewało jej uczucia, cień smutku przeszywał lico, zaś aura miała całkowicie inny wydźwięk. Starająca się uśmiechnąć, mimo przeciwności losu, Matthew zdołał to wyczuć. Zdołał - odczytać zawarte między wierszami krzty przedzierającej się, chwilowej melancholii; co ukrywała? Co znajdowało się na jej głowie, jakie rzeczy? - Coś Cię trapi, coś Cię gryzie; nieznany cień przeszywa Twoją duszę. - powiedziawszy ostatecznie, spojrzał na nią, oczywiście pytająco. Było to po niej widać, mimo faktu częściowego zanikania daru podczas niestabilności psychicznej; im bliżej poznawał niektóre osoby, tym odczytywanie z nich prawdy lub kłamstwa stawało się o wiele bardziej łatwe oraz przede wszystkim charakterystyczne. Pozostawiały ślady, ślady względem poprzedniego zachowania, odmienne schematy, a przede wszystkim - odmienną atmosferę wokół siebie. Rozpylały nieznaną mgiełkę, mgiełkę kompletnie obcą, choć po skosztowaniu niezwykle znaną wśród pozostałych.
Spotkanie z testralami zapewne było (inaczej stwierdzić nie mógł) czymś zaskakującym dla dziewczyny. Coś, co nie jest widoczne, a można po nie sięgnąć otwartą dłonią, skierowaną do przodu z elegancją oraz pewnym wydźwiękiem dobroci bijącej z jej duszy. Nie zastanawiała się naprędce, czy jest to słuszna decyzja względem tego, co opowiadają liczne osoby na temat tego gatunku pegazów; nawet jeżeli były one jednymi z najbrzydszych, to posiadały jednak jedno z najpiękniejszych wnętrz - oczywiście na swój unikalny sposób. Każde stworzenie magiczne potrafiło przekonać do siebie uzdrowiciela błądzącego po labiryncie zwanym potocznie "życiem"; on zaś okazywał te cechy, które były dla nich najważniejsze i dzięki którym mógł sobie zaskrobać ich znaczne zaufanie. Jedno mógł stwierdzić jednak prawidłowo - tworzenie z nimi jakichkolwiek relacji należało do znacznie prostszego procesu niż z pozostałymi ludźmi; nawet człowiek w tłumie może czuć się samotny. Zwierzęta te wzbudzały w nim zachwyt oraz ciekawość, wydobywając z serca to, co skrywał przed skażeniem; nie inaczej było właśnie z kopytnymi - posiadającymi głowę smoka, widoczne kości, czarne jak śmierć oczy. Nie bał się ich, przecież nie były straszne. Ludzie powinni przestać widzieć potwory za pomocą oczu, za to wyczuć je przy pomocy własnego doświadczenia wśród swoich.
Zbyt długo radość nie trwała - dłoń dla zaciekawionego testrala wydawała się być jednocześnie czymś wyjątkowo podejrzanym. - Nie, spokojnie. - zapewnił ją w kwestii bezpieczeństwa należącego do kopytnego. Nie skrzywdziła go - nie skierowała bezmyślnie palców tam, gdzie nie było to potrzebne. Nie każde stworzenie jest do końca przewidywalne; niektóre z nich wykazują cechy kompletnie niewspomniane w książkach oraz notatkach. Nie zostało ono skrzywdzone, choć posiadało mieszane uczucia. Matthew chwycił delikatnie dłonią głowę rumaka oraz przybliżył się, szepcząc nieznane bliżej słowa do jego ucha; które najwidoczniej uspokoiły stworzenie na tyle, iż Plum mogła na nowo rozpocząć zapoznawanie się z budową pegaza - gdzieniegdzie pokrytego ostrym włosiem, z widocznym pod opuszkami palców zarysowaniem mięśni oraz kości. Testral przyzwyczaił się do dotyku, kiedy Plum postanowiła przejeżdżać dłonią po jego grzbiecie. W pewnym stopniu prychnął nawet, przybliżając się bardziej do Puchonki, jakby wymagając tego dotyku jeszcze bardziej. To poniekąd zaciekawiło Alexandra - testrale zazwyczaj nie nawiązywały żadnej więzi. - To prawda. Nie zostały skazane przecież na taki los; nawet jeżeli kojarzą się bezpośrednio z przemijaniem, są naprawdę pięknymi stworzeniami. A przede wszystkim - rozumieją. - odpowiedział na jej słowa dotyczące nieśmiałości. Na początku rzeczywiście rumak zachował się w pewnym stopniu tak, jakby dotknął poparzonej wody; chociaż nie wykazywał żadnych objawów agresji. - Z ich włosów tworzone są rdzenie do różdżek. Posiadają one potężną moc, ale tylko nieliczni decydują się na ich posiadanie. - dodał pewną ciekawostkę, obserwując to, jak obydwoje powoli nawiązywali nić porozumienia; krokami ostrożnymi, krokami rozważnymi.

Rzuć kostką! (za każde 10 pkt z ONMS obowiązuje przerzut)
1, 2 - testral zachowuje się całkowicie normalnie; możesz poczuć powietrze wydobywające się z jego nozdrzy. Już nie ucieka przed dotykiem, wręcz przeciwnie - lgnie do niego oraz stara się zachować jakikolwiek kontakt!
3, 4 - kto by się spodziewał? Stworzenie zanurzyło swój smoczy pysk prosto w odmętach Twoich ubrań - domagając się oczywiście czegoś do jedzenia, ale także śmielszego dotyku.
5, 6 - Twoja dłoń natrafia na delikatne skrzydła, które ten powoli rozwija, pozwalając Ci na lepszą eksplorację jego sylwetki. Jednocześnie uderza charakterystycznie kopytami o twarde podłoże - czyżby się czegoś szczególnego domagał?[/b]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Plum Bubblegum

Student Hufflepuff
Rok Nauki : VIII
Wiek : 22
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 152
  Liczba postów : 150
https://www.czarodzieje.org/t16809-plum-bubblegum
https://www.czarodzieje.org/t16812-sliwka-dynia-guma-do-zucia#468050
https://www.czarodzieje.org/t16813-sliwka-guma-do-zucia#468051
https://www.czarodzieje.org/t16810-plum-bubblegum
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyNie Gru 02 2018, 20:05;

Moja intuicja bije na alarm. Czuła, jak emocje niczym utkany z jedwabiu szal przemykają pomiędzy jej długimi, pajęczymi wręcz palcami, bawiąc się z wiatrem. Jak lgnęły do umysłu uzdrowiciela i pragnęły się w nim zagnieździć, zostać zrozumianymi; bo skoro ona nie potrafiła ich zaakceptować, uciekała od nich, desperacko poszukiwały akceptacji u kogoś innego. Kogoś, kto władał rzadkim darem ludzkiej empatii i był w stanie zagwarantować im rozszyfrowanie. Rozdarcie tkaniny i eksplorację nitek, które po niej pozostały. Nieznany cień, powiedział. A dla niej znany tak bardzo, tak koszmarnie, powracający z każdą wizytą w rodzinnym domu Rey'ów. Jego siła rosła wraz z każdą nową buteleczką niewidzianych przez nią wcześniej eliksirów piętrzacą się na przeznaczonej do tego półeczce w kuchni, wraz z każdym opakowaniem nowych ziół czy medyczną rośliną w ogródku babci. Puchonka westchnęła cicho, pod nosem, na chwilę skupiając uwagę na malującej się na horyzoncie linii lasu, przywołującej ją do siebie łagodnym drżeniem liści. Łatwiej byłoby uciec, niż wyjaśnić. Łatwiej byłoby zapomnieć, że cokolwiek zauważył, zapytał. Ale jednocześnie ufała mu tak bardzo, że jej dusza niemalże wyrywała się z gardła, ochoczo formując odpowiednie słowa, jakich mogłaby użyć. Niemniej - potrzebowała do tego momentu skupienia i ciszy, utkwiwszy wzrok gdzieś daleko, w niezbadanej jeszcze części boru Doliny Godryka.

- Nie lubię starości -
wyznała w końcu, gdy siła ku temu wypełniła żyły wraz z krwią. Głos miała odrobinę nieobecny, jakby mówiąc do niego z oddali, zza kurtyny. - Przeraża mnie jej postępująca definitywność i... Słabość, tak myślę. Słabość przychodząca z wiekiem. Nie mogę patrzeć, jak kiedyś silni, pełni życia ludzie nagle stają się wiotcy, przestają wiedzieć, jaki mamy dzień czy jak czytać zegar. I nie zrozum mnie źle---- szanuję życie i to, że się kończy. Wszystkich nas to kiedyś czeka, ale... Gdy widzę cykl czasu w swojej własnej rodzinie, zaczynam rozumieć, że nie mogę w żaden sposób temu zapobiec. I niemiłosiernie mnie to wkurwia. - Ostatnie słowo, choć tak do niej niepasujące, nadeszło wraz z głębokim, pełnym smutku wydechem. W końcu pozwoliła ujść temu, co kryło się pomiędzy jej wnętrznościami już od dawna, tej tajemnicy, której nie powierzyła nawet najbliższym ze szkolnych kompanów. Zamiast tego robiła to teraz, wyznając jedną ze swych największych słabości uzdrowicielowi, który okazał się być prawdziwym przyjacielem. Być może dlatego, że wiedziała, że zrozumie. Być może dlatego, że nie miała siły dłużej dusić tego w płucach, w umyśle. Powód mógł być każdy; zamknęła oczy, gdy powieki nagle zrobiły się ciężkie, przygniecione rzeczywistością. W pewien magiczny sposób wypowiedzenie tych słów sprawiło, że całość problemu stała się jeszcze bardziej realna. Jestem już półsierotą, czy to nie dość?

Dopiero gdy przywiódł jej uwagę z powrotem do testrali, Plum mogła pozwolić sobie na oczyszczenie myśli. Nawet niewidzialne zwierzęta działały na jej serce kojąco, niczym najlepszy plaster na rozdrapaną ranę, i była przez to niesamowicie wdzięczna przeznaczeniu za ich obecność. Chociaż z początku ich relacje były dość niepewne i napięte, Puchonka cieszyła się z najdrobniejszej ich poprawy - a te następowały z każdym kolejnym gestem. Skinęła zatem głową, słuchając wyjaśnień bardziej doświadczonego czarodzieja. Wiedza, jaką jej przekazywał, była po prostu radością. - Fairwynowie. To oni mordują te zwierzęta dla rdzeni różdżek - wycedziła przez zaciśnięte zęby, gładząc szyję jednego z testrali, tego stosunkowo grzeczniejszego w porównaniu do złodzieja wiader i skrywanego w nich mięsa. Gdy kolejny raz otworzyła usta, skora do wyrażenia swojego obrzydzenia praktykowanym przez czystokrwisty ród bestialstwem, tym razem ten niegrzeczniejszy z dwójki magicznych zwierząt doskoczył do niej i figlarnie wepchnął głowę pomiędzy poły ukradzionego od Matta płaszcza, węsząc dookoła wewnętrznych kieszeni w poszukiwaniu większej ilości smakołyków... I to było zapalnikiem do fali niekontrolowanego śmiechu, jakim nagle wybuchła dziewczyna. Próbując odsunąć od siebie łaskoczące doznania, trochę wierciła się w miejscu, jednocześnie rezystując nacisk głowy testrala, podczas gdy jej dłonie wylądowały nieopodal jego uszu, bawiąc się zeń z równym entuzjazmem. - Hej, hej, nie mam nic... Matt, mamy coś w kieszeniach dla tego dżentelmena? Znasz ten płaszcz trochę lepiej ode mnie.

_______________
Kostki: 3 <3
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Matthew Alexander

Absolwent Gryffindoru
Wiek : 41
Czystość Krwi : 25%
Wzrost : 181
C. szczególne : Blizny na nadgarstkach, pogodne spojrzenie, towarzystwo Euthymiusa oraz zapach wody kolońskiej.
Galeony : 688
  Liczba postów : 1311
https://www.czarodzieje.org/t16392-matthew-alexander#449540
https://www.czarodzieje.org/t16400-matthew-alexander#449655
https://www.czarodzieje.org/t16401-matthew-alexander#449750
https://www.czarodzieje.org/t16387-matthew-alexander
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyNie Gru 02 2018, 22:06;

Życie nigdy nie bywało dla nich litościwe.
Zawsze znajdowało coś w rękawie, dzięki czemu ich świat jeszcze raz był poddawany kolejnym zniszczeniom - zniszczeniom zwiastującym tak naprawdę koniec. Ludzie bywali wyjątkowo trudni do zrozumienia, aczkolwiek Matthew dawał sobie z tym znakomicie radę. Niestety - kosztem znacznie ważniejszych wartości. Przede wszystkim nie potrafił być człowiekiem stabilnym; nie mógł w żaden sposób określić siebie mianem zdrowego. Gubił się. Tracił poczucie rzeczywistości. Tęsknił za starymi czasami, kiedy to jeszcze miał jakiś kontakt z rodzicami; kiedy to pętla sznura owijała się bezlitośnie wokół jego szyi. Nie chciał w żaden sposób jeszcze kończyć spotkania z czymś, co zwie się zwyczajnie światem. Czyżby, według pewnych ideologii, musiał odpokutować to, kim wcześniej był? Najwidoczniej. Bolało go to, czuł drobne kolce zaciskające się wokół kończyn, nieustannie wstrzykujące swój jad bez konkretnych zdolności, aczkolwiek siejąc znaczne spustoszenie; tracił samego siebie w tym wszystkim. Mógł próbować się wyszarpać, aczkolwiek bez pomocy innych osób, osob z zewnątrz, pozostawał zupełnie bezbronny; pozbawiony jakiegokolwiek oparcia, wbrew wszelkim pozorom wynikającym ze znajomości - nie mógł liczyć na nikogo więcej niż na siebie samego. Starał się tylko i wyłącznie wywołać u innych poczucie wsparcia; nawet wśród młodzieży. Nikt nie mógł przechodzić tego, co on. Nikt. Za żadne grzechy, po prostu; gdyby tylko wiedział, jak to się skończy, wcześniej podjąłby się radykalnej czynności, jeszcze stał, jeszcze tkwił, jeszcze funkcjonował, mimo iż wcześniej samodzielnie odpiął własne kabelki. Chciał być zatem wsparciem dla Plum, dla Plum, którą również krzywdziły demony; demony spowodowane bezsilnością.
- Już, w porządku. - powiedział, skracając tym samym dystans i zwyczajnie ją obejmując; w pozbawionym wstydu uścisku, mającym na celu pokazać, że nie jej wrogiem i zawsze może na niego liczyć. Spokojne ruchy klatki piersiowej były wówczas wyczuwalne; ledwo co bijące serce, znajdujące się pod sklepieniem żeber, w wyjątkowo żałosnym wydaniu uderzeń dawało o sobie znać; praktycznie niewidoczne, niezauważalne. Nie myślał o jakichkolwiek innych uczuciach niż te, którymi obdarowywał po prostu bliskie mu osoby; nie był kimś dbającym tylko o własne korzyści. Chciał ją zapewnić w tym wszystkim, że wiele rzeczy będzie w porządku, a przede wszystkim - nawet jeżeli czas nie pozostaje litościwy, to oni mają go wystarczająco dużo. Na razie. Ciche westchnięcie wydobyło się spod jego warg, kiedy to na chwilę zamknął oczy, zamykając dostęp promieni słonecznych do źrenicy. Nie wiedział, co powiedzieć, choć rzeczywiście cisza wydawała się mówić więcej; atmosfera emocji, tudzież zrozumienia, objęła ich sylwetki niczym jakaś enigmatyczna mgiełka. Na te słowa nie działało po prostu nic; obserwacja tego, jak życie przemija, od zawsze wydawało się być czymś naturalnym, aczkolwiek kompletnie trudnym do zrozumienia; w szczególności wtedy, kiedy to dotyczy najbliższych osób. Rozumiał Plum, aczkolwiek nie był nigdy w takiej sytuacji; nie miał rodziny. Został jej pozbawiony.
Dopiero potem wypuścił ją z tego prostego, aczkolwiek wyjątkowo wspierającego uścisku; nie miał zamiaru wywoływać w niej skrępowania, choć tego w ogóle nie odczuwał. Wiedział, że mogłoby to zostać źle przyjęte ze strony potencjalnych obserwatorów, choć w tym przypadku byliby to szpiedzy; nie przejmował się tym jednak w jakiś nadzwyczajny sposób. Chciał ją zwyczajnie wesprzeć, usunąć uczucie osamotnienia, a przede wszystkim zapewnić wsparcie. Drobny gest mógł zawsze być czymś o wiele większym - większym niż ludzkie oczy są w stanie dostrzec. Do tego typu rzeczy potrzebne było właśnie serce; serce czyste, serce pozbawione większych grzechów, a przede wszystkim przepełnione dobrocią. Obserwował zatem spokojnym ruchem zielonych tęczówek dalsze poczynania stworzeń; jeden z nich wyjątkowo polubił znajdującą się tuż obok nich dziewczynę. Czyżby to była dobra oznaka? Najwidoczniej. - Większość rdzeni można zdobyć bez zabijania, aczkolwiek owszem. Fairwynowie korzystają z własnych rozwiązań, które wymagają właśnie zabicia.- przyznał jak najbardziej szczerze; o ile starał się rozumieć zachowania ludzi, o tyle nie mógł pojąć czystego zabijania dla zysku. Niby coś normalnego, albowiem człowiek nie zastanawia się nad tym, jak musiała cierpieć krowa, jedząc wołowinę, co nie zmienia faktu, iż nadal wiele stworzeń było zwyczajnie wyjątkowo rzadkich - oni zaś, z myślą zazwyczaj o pieniądzach, porywali się na kolejne zlecenia, byleby móc wsypać parę galeonów do kieszeni. Irytowało go to? Rzadko kiedy można to stwierdzić, aczkolwiek owszem. Nie miał zamiaru korzystać z ich wynalazków - posiadał wystarczająco dopasowaną różdżkę, a przede wszystkim taką, za którą ktoś nie musiał przypłacić życiem. Obserwował zatem kolejne ruchy testrala, zauważając w nim śmiałość; oswojone wydawały się być doskonałymi kompanami, aczkolwiek przez wielu czarodziei - kompletnie przerażających. Zły omen, złe myśli, złe nieszczęście, złe cokolwiek, co ze sobą nosiły one - ze smoczymi łbami, pozbawione krzty emocji w oczach, chudymi kośćmi, szorstką skóra. Dla niego nie były one odtrącające - w praktyce nic go nie odtrącało na tyle, by się bał. Figlarne wybryki zwierzęcia zaowocowały chęcią zjedzenia jeszcze większej ilości pokarmu - co wydawało się być niemożliwym w zakresie tego, co zostało wcześniej pochłonięte z wiadra. Matthew natomiast, podczas próby wydobycia pokarmu z fałdów płaszcza, chwycił za rączkę przedmiotu, rzucając spokojnym spojrzeniem w stronę Plum. - Niestety nie mam, ale możemy iść po kolejny pokarm. Co Ty na to? - zaproponował, stawiając kolejne kroki w odpowiednią stronę.
Chcesz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Plum Bubblegum

Student Hufflepuff
Rok Nauki : VIII
Wiek : 22
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 152
  Liczba postów : 150
https://www.czarodzieje.org/t16809-plum-bubblegum
https://www.czarodzieje.org/t16812-sliwka-dynia-guma-do-zucia#468050
https://www.czarodzieje.org/t16813-sliwka-guma-do-zucia#468051
https://www.czarodzieje.org/t16810-plum-bubblegum
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyNie Gru 02 2018, 22:32;

Ciepło rąk znanych dotychczas wyłącznie z podawania leków. Objęcie odpędzające zbierające się nad głową demony, wypraszające niepożądane myśli. Zamknięte wcześniej oczy rozchyliły się trochę zbyt szybko, trochę zbyt gwałtownie, gdy chłód panującej wokół nich aury nagle zamienił się na bijącą od niego dobroć, świst wiatru na wątłe bicie serca skrytego w bezpiecznej klatce żeber. Powiedzieć, że Plum nie spodziewała się takiego właśnie aktu pocieszenia byłoby niedomówieniem - choć często otrzymywała podobne gesty od hogwarckich przyjaciół, nie spodziewała się tego tu i teraz, od niego. Niemniej przyjęła to z ochotą, niczym błogosławieństwo samego Merlina, i wtuliła się w czarodzieja, oplatając go w pasie chudymi rękoma. Głowę ułożyła zaś na jego ramieniu, pozwoliła sobie zastygnąć w takiej właśnie pozycji na zdecydowanie dłuższą chwilę, jedynie wypełniając płuca jego zapachem. Wciąż pachniał jak szpital. Nie jak perfumy, którymi przesiąknięty był płaszcz zarzucony wcześniej na jej ramiona. Nie. Pachniał jak szpital, jak pomoc, jak ktoś, komu rzeczywiście zależy. I miała wrażenie, że skądś zna tę szczególną woń, że miała okazję wdychać ją do nozdrzy już wcześniej; wiele lat temu, być może, w miejscu, do którego wspomnienia już nie docierały. Kim jesteś, człowieku z przeszłości?

- Dziękuję - westchnęła, wyraźnie ukontentowana. Bo pomógł. Samym sobą, samą obecnością i samym gestem, który tak skutecznie pozwolił jej zapomnieć chociaż na moment o tym, że nieopodal, w dzielnicy mieszkalnej, czekali na nią zmęczeni wieloletnim życiem dziadkowie, którzy zawsze już będą uśmiechać się przez łzy. Ale teraz mogła wrócić do nich z uśmiechem na ustach, z ciepłym słowem. Patrzeć, jak Caomh bawi się różowego koloru włóczką, z której Susan Anne tkała jej kolejny zimowy sweter. Słuchać, jak Howard opowiada żonie po raz kolejny tę samą historię z poranka, kiedy wydobywał miód z pasiek bzyczków i jedno ze stworzeń prawie wpadło mu do ucha, bo nie dopiął przeznaczonego do tego kombinezonu. Usiąść przy kominku i po prostu cieszyć się ich obecnością. Tym, że są z nią tu i teraz.

Gdy testral, mimo zapewnień, nie zaprzestał swoich poszukiwań, Plum z ulgą przyjęła propozycję czarodzieja. Jej dłoń spoczęła na szyi zwierzęcia gdy stawiała kilka ostrożnych kroków w tył, w kierunku, który wskazywał Matthew, i z radością zauważyła, że właśnie w ten sposób magiczne stworzenie pozwoliło jej prowadzić się we wspólną stronę. Drugi z kopytnych podążył za nimi nie dalej niż kilka sekund później, odrobinę bardziej letargicznie, lecz również z zainteresowaniem - w końcu nie zjadł jeszcze tak dużo, jak jego pobratymiec. Najwyraźniej Puchonka i były Puchon zyskali sobie kompanów na długi, długi czas.

zt x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Elaine J. Swansea

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 22
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 168 cm
C. szczególne : pomalowane usta, wyprostowane plecy, rażąco stonowana mimika
Dodatkowo : metamorfomag
Galeony : 523
  Liczba postów : 1395
https://www.czarodzieje.org/t16910-praca-wre
https://www.czarodzieje.org/t16935-syczek-jeczybula#471819
https://www.czarodzieje.org/t16911-elaine-swansea#471382
https://www.czarodzieje.org/t18301-elaine-j-swansea-dziennik
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyNie Paź 06 2019, 15:50;

Kilka sekund, kilka słów, a zrobiło się jeszcze gorzej. Zaczęła od pogodnego skomplementowania go ot tak, by odrobinę się na nim odegrać, zaś jego reakcja przeszła jej najśmielsze oczekiwania. Strach, cierpienie, niedowierzanie… zamknął się na nią. Sama sobie na to zasłużyła, choć nie była pewna co złego zrobiła. Zbyt mocno w niego wierzyła? Za łatwo zaakceptowała jego wady? A może znów się narzuciła mu się w jakiś sposób i to wywołało jego zamknięcie się przed nią? Odnosiła wrażenie, że dziwnym sposobem straciła właśnie jego zaufanie. Chciała dobrze, ale cóż jej po intencjach? Wyznał jej, że skrywa w sobie niezbyt akceptowalne zamiłowanie do polowania na zwierzęta po to, aby zdobyć rdzenie. Śmierć za coś potężnego. Być może nie pojęła mroku tego wyznania, bo jeszcze nie widziała go w chwili, gdy oddawał się swojej pracy? Albo przymykała na to oko, bo za bardzo go lubiła? Niełatwo było jej okiełznać myśli. Z szeroko otwartymi oczami patrzyła jak odchodzi. Odsuwa się jeszcze bardziej, oddala, zamyka, chowa w skorupie nie będąc w stanie zrozumieć i przyjąć jej aprobaty. Patrzyła na zamykające się drzwi i czuła, że zaczyna drżeć. Serce głucho tłukło się w jej sercu, gdy po cichu zabierała ze sobą płaszcz i wykradała się z domu. Nikt, żaden ze Swansea nigdy w życiu by jej nie wypuścił z domu w tym stanie. Tego była świadoma, jak i własnego nieodpowiedzialnego zachowania. Niestety nie mogła pozwolić, by Riley wyszedł od niej z takimi myślami. Postanowiła to, kiedy spostrzegła na jego rzęsach zalążki łez. Wyszła tylnym wyjściem świadoma, że jej nieobecność może zostać szybko zauważona. Wystarczy, że ktoś zapyta obraz wujka Ernesta czy ją widział. A ona po prostu ruszyła, ściskając mocno dłonie na suwaku kurtki, której nie zdołała zapiąć przez trzęsące się ręce. Spieszyła się, a na szczęście dostrzegła w oddali odchodzącego Rileya. Nie potrafiła go zawołać, gardło miała ściśnięte. Był tak daleko, ale na szczęście nie szedł szybko. Dogoniła go po kilku minutach szybkiego marszu. - Riley! - zawołała niegłośno zdyszana, schrypnięta, byle tylko się zatrzymał i na nią poczekał. - Nie idź, proszę. - musiała złapać oddech, tak szybko się zmęczyła. Zimne powietrze osuszyło jej oczy, zmywając z nich jakikolwiek ślad łez płynących podczas całej trasy doganiania go.
- Chodzi ci o zwierzęta, tak? Że na nie polujesz? Przepraszam, że z tobą o tym nie porozmawiałam i nie powiedziałam co o tym myślę. - nie mówiła głośno, między jednym zdaniem a drugim łapała oddech. Zaciskała kurczowo palce na kurtce i stała niedaleko, ale pewna tego, że jej słucha. Szukała jego wzroku, a własne spojrzenie raziło przejęciem. Nie mogła znieść myśli, że on się zamknie w sobie i odejdzie. - Lubię zwierzęta, ale nie na tyle aby skreślać cię przez pryzmat tego, że je zabijasz dla rdzeni. Spójrz na mnie, proszę. - odchrząknęła i podeszła do niego, zmniejszając między nimi odległość. Miała go na wyciągnięcie ręki. - Riley. Jestem przeraźliwie emocjonalna i czasami reaguje zbyt intensywnie. To nie znaczy, że mam jakąś traumę. W pracowni widziałam kły i skojarzyły mi się z tamtym wężowym potworem. To ich się wystraszyłam. - czuła przeraźliwą potrzebę wyjaśnienia mu wszystkich swoich reakcji. Byleby nie zamknął się przed nią już na zawsze. Zrobiła kolejny krok, musnęła dłonią jego palce, by zwrócić na siebie więcej uwagi. Stanęła tuż obok, blisko ramienia. - Ja… może to nie miejsce na to, ale ja… ja będę potrzebować nowej różdżki i chciałam o tym z tobą porozmawiać. - chwytała się wszystkiego, byleby mu pokazać, że akceptuje go takim, jaki jest. Działała intuicyjnie i za wszelką cenę chciała go przy sobie zatrzymać. Zakochała się w nim i wiedziała, że jeśli złamią sobie serce to długo do siebie nie dojdzie. Martwiła się. Marzła, ale nie tylko zewnętrznie. - Chciałam żebyś dobrał mi różdżkę. - szepnęła, jakby te słowa miały cokolwiek naprawić. Wiedziała, że wpadła w słowotok, ale to przez zdenerwowanie. Znów musnęła jego dłoń, zahaczając własnymi palcami o jego kłykcie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Riley Fairwyn

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 24
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185cm
C. szczególne : cała górna lewa strona mojego ciała jest poparzona - ukrywam to za pomocą metamorfomagii; liczne blizny na dłoniach; blizna po dziobie bystroducha przebiegająca przez całą szerokość pleców
Dodatkowo : metamorfomagia, prefekt naczelny
Galeony : 4204
  Liczba postów : 1697
https://www.czarodzieje.org/t15093-riley-t-fairwyn
https://www.czarodzieje.org/t15161-maverick
https://www.czarodzieje.org/t15104-poczuj-smoczy-plomien
https://www.czarodzieje.org/t15098-riley-fairwyn
https://www.czarodzieje.org/t18289-riley-fairwyn-dziennik
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyNie Paź 06 2019, 16:42;

Wyrzucony na świeże powietrze odzyskałem zdolność oddychania. Robiło się już coraz chłodniej. Lato bezpowrotnie odeszło wraz z nadejściem października. Chłód szczypał mnie więc w odsłonięte ramiona, przywołując na nie gęsią skórkę. Mogłem wyczarować sobie płaszcz, a jednak ręka nawet nie drgnęła mi w stronę różdżki. Na początku biegłem przed siebie, ale teraz ledwie byłem w stanie powłóczyć nogami. Połykałem własne łzy, nieomal dławiąc się dziwnym smutkiem, który ogarnął mnie po wyjściu z rezydencji. Mimo tego uparcie brnąłem naprzód, lgnąc do miejsca, w którym to wszystko się zaczęło. Rezerwat był jedynym fragmentem na tym świecie, który potrafił koić moje nerwy, jednocześnie podsycając we mnie nienawiść względem samego siebie. Dziwne połączenie, a schemat działania jeszcze dziwniejszy, a jednak jakkolwiek by to nie brzmiało to właśnie tutaj czułem się jak w domu. Otoczony naturą i wszystkim tym co kiedykolwiek było mi znajome, zrozumiałe i proste. Mój umysł nie pojmował tak wielu kwestii, a jeszcze więcej z nich po prostu odrzucał. Tylko wśród milczących szeptów lasu potrafiłem się uspokoić i spojrzeć bardziej trzeźwo na własne zachowanie i sytuację w jakiej się znalazłem. Tylko tutaj powstrzymywałem się od dalszego brnięcia w wieczną ucieczkę. Chciałem znaleźć swoje ulubione miejsce przy głównej drodze i wspiąć się na drzewo. Zaszyć się tam na długie godziny i zasłuchać się w cudzych krokach, prozaicznych rozmowach, a także leniwym świergocie ptaków czy odbiciu miękkich łap w przyjemnie zielonym mchu. Wyłączyć wiecznie analizujący umysł, spojrzeć na to nieco prymitywniej, instynktownie. Już na samą myśl o takiej terapii robiło mi się lżej. W głębi duszy byłem po prostu zbyt dziki i nieoswojony. Przyzwyczajony do wszystkiego tego co znałem, ciężko znosząc każdą, nawet najdrobniejszą zmianę w harmonogramie własnej pracy. Elaine wdarła się do tego uporządkowanego życia prawdziwym szturmem i dopiero teraz uświadamiałem sobie jak bardzo nie byłem na to gotowy. Ironicznie, zważywszy na to jak bardzo jej tam potrzebowałem i jak tęskniłem za nią za każdym razem ilekroć tylko zostawałem absolutnie sam. Dokładnie tak jak teraz. Myślałem tak, zupełnie nie zdając sobie sprawy ze śledzących mnie kroków. Pozwoliłem się podejść, drgnąwszy z przestrachem, kiedy przez kłębowisko pesymistycznych myśli przedarł się jej głos. Sądziłem, że go sobie wyobraziłem, więc przeżyłem niemałe zdziwienie, gdy dostrzegłem ją za sobą, gdy zatrzymałem się kilka kroków dalej. Nie poszedłem dalej. Wrosłem w ziemię zgodnie z jej wolą i obserwowałem w milczeniu jak jej pierś faluje, a policzki nakrywają się purpurowym płaszczem ze zmęczenia tempem podróży. Zawstydziłem się, że musiała to robić. Ścigać mnie po całej Dolinie Godryka wyłącznie dlatego, że byłem zbyt dysfunkcyjny i niedojrzały do życia w społeczeństwie. Zbyt przerażony tym, co przeze mnie mogło ją dotykać. Słuchałem jej, ale nie rozumiałem. Nie słów, a swoich własnych reakcji i tego strachu jaki czułem ilekroć tylko uświadamiałem sobie jak perfekcyjnie nieidealny jestem. Była dla mnie tak dobra, tak pozytywna. Nie zasługiwałem na żadną z jej łez, ani nawet na jeden samotny lęk, który mógłby nią targnąć, gdy byłem w pobliżu. Uciekałem wzrokiem, widziała to doskonale. Poprosiła mnie, abym na nią spojrzał i dopiero wówczas moje niebieskie, zaskakująco dzikie oczy odnalazły jej własne. Nawet nie drgnąłem, chociaż była tak blisko. Wyciągnąłem ku niej palce dopiero kilka sekund później, kiedy i ona postawiła krok w moją stronę. Złączyliśmy się nienachalnym dotyku, a ja w głębi duszy odetchnąłem. Widziała mnie już w różnych stanach emocjonalnych, ale coś podobnego do tego jeszcze nam się chyba nie przydarzyło. Nie wiedziałem czy to była już panika czy jeszcze brakowało ku temu kilku minut nakręcania się we własnym stanie.
- Elaine, nie. Nie wiem. Jak możesz się tego nie bać? - Podjąłem, chwilowo zapominając o kwestii różdżki. Póki co bardziej naglące wydawało mi się wyjaśnienie tej niepojętej dla mnie odwagi. - Tego, że na moich rękach jest krew, że godzę się z zabijaniem nie z głodu, a z czystej potrzeby? Że jestem w stanie przysparzać zwierzęciu cierpienia tylko dlatego, że żywy rdzeń ma o wiele większą moc, niż ten pobrany po śmierci? - Mówiłem, a chociaż ona jedynie muskała moje palce, ja zacisnąłem swoje na jej dłoni mocno, pewnie. - Boję się tego co kryje się we mnie. Fal nienawiści, które czasami się przeze mnie przetaczają i słabości własnej woli. Gdybyś nie powiedziała mi, że twój oprawca został schwytany poszedłbym go szukać. Znalazłbym go i zesłał na niego sprawiedliwość. Tak się boję, że znowu kogoś stracę… - Mówiłem coraz szybciej, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przelewając na nią wszystkie swoje obawy, zmartwienia, przemyślenia. Niezależnie od tego jak bardzo byłem zraniony czy zaszczuty własnymi problemami, Elaine Swansea z łatwości wydobywała ze mnie wszystkie prawdziwe przemyślenia, zwykle chwytane w złotą bańkę mojego milczenia.
- Straciłaś różdżkę? - Zapytałem wreszcie, uświadamiając sobie, że mówiła mi o czymś ważnym o czym w ferworze samolubstwa mogłem zapomnieć. Popatrzyłem jej w oczy, szukając dalszych odpowiedzi. - Chcesz mieć naszą różdżkę? - Spytałem, nawet nie starając się ukryć zdziwienia jakie odczułem na samą myśl. - Z czym? - Nasze rdzenie to przecież nie włókna lub włosy…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Elaine J. Swansea

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 22
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 168 cm
C. szczególne : pomalowane usta, wyprostowane plecy, rażąco stonowana mimika
Dodatkowo : metamorfomag
Galeony : 523
  Liczba postów : 1395
https://www.czarodzieje.org/t16910-praca-wre
https://www.czarodzieje.org/t16935-syczek-jeczybula#471819
https://www.czarodzieje.org/t16911-elaine-swansea#471382
https://www.czarodzieje.org/t18301-elaine-j-swansea-dziennik
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyNie Paź 06 2019, 19:38;

Ciężko było jej teraz określić czy zimne dreszcze, które targały jej ciałem brały się z temperatury powietrza czy od gęstej atmosfery jaka między nimi zapanowała... przez zwyczajną uprzejmość, która była zapalnikiem wprowadzającym oby chwilowy kryzys. Słyszała swój własny oddech, jednak był niczym w porównaniu z dziko bijącym sercem gdy podniósł wzrok. Coś zmieniło się w jego twarzy, pojawiła się jakaś część, której nie znała, a przed którą została postawiona. To nie był dla niej dobry czas na emocjonalne rozważania, a jednak postawiła wszystko na głowie, byleby go dogonić i uniemożliwić mu powrót do domu w takim stanie. Czuła, że wówczas straciłaby coś ważnego, co właśnie próbuje się wymknąć jej z rąk. Kiełkujące uczucie Rileya. Bała się tego jak diabli, a ze strachu człowiek robi różne szalone rzeczy. Jak przykładowo wybiega z domu w dresie, w kurtce, z rozczochranymi włosami, ze zmęczonym organizmem i próbuje wyjaśnić komuś ważnemu w życiu, że nie da się tak łatwo spłoszyć. Miała tylko nadzieję, że w końcu dojdą na tej płaszczyźnie do porozumienia... Zdawała sobie sprawę, że to trudne i czasochłonne lecz podjęła się tej ciężkiej pracy. Nie spodziewała się jednak, że to będzie tak wyczerpujące emocjonalne. Co nie znaczy, że zamierza rezygnować.
Odczuła ulgę, gdy jednak chwycił jej dłoń. To nic, że bardzo mocno. Fakt, że nie odtrącił, a potwierdził, że faktycznie potrzebuje fizycznej bliskości. A w ich przypadku splecenie palców jest bardzo ważnym gestem. Od tego wszystko się zaczęło...
Zacisnęła mocno powieki, gdy opowiadał tak przerażające rzeczy. Nie chciała sobie nawet tego wyobrażać i znów musiała przywołać się do porządku.
- Magiczna bestia prawie zabiła mi brata. Wierz mi, Riley, nie mam ochoty bronić zwierząt, na które polujesz. - rzuciła, a jej głos nieco zadrżał. Czuła ból w klatce piersiowej, narastający, pulsujący. Niezbyt dobrze czuła się, gdy przedstawiał się w takim świetle. Zupełnie jakby znowu ją testował i sprawdzał... jakby upewniał się, że ona naprawdę go chce... a to była bardzo bolesna myśl, boleśniejsza niż siła jego palców, kiedy ściskał jej dłoń. Po raz kolejny zadrżała i uniosła nieco barki, aby schować szyję smaganą chłodnym wiatrem. Jęknęła w duchu. Nie potrafiła mu pomóc ze słabą wolą - której u niego nie podejrzewała - ani z falą nienawiści. Nie wiedziała jak miała się do tego zabrać, a dotychczas intuicja płatała jej figle i tylko przysparzała Rileyowi smutków. Podeszła do niego o kolejny krok, by z bliska zajrzeć mu do oczu. Musnęła palcami jego ciepłą brodę, wsunęła je chłodne na jego policzek, tylko przelotnie go głaszcząc. - Nie tylko ty, Riley. Nie tylko ty byś poszedł go szukać. Elijah w liście pytał mnie czy został schwytany. Potrafię doskonale przewidzieć furię Cassiusa i wyobrazić sobie zaciśnięte zęby Gabriela, gdy się dowiedzą. - wyjaśniła, aby chociaż w tym dać mu do zrozumienia, że jego reakcja jest poniekąd naturalna... bowiem wiąże się z kimś, na kim mu zależy. Otworzyła usta, aby coś jeszcze powiedzieć... ale zamknęła je, wątpiąc we własne możliwości. Nie miała już żadnej pewności, że jej posłucha w tej kwestii, więc wybrała tylko zatroskane spojrzenie, jakim go obdarzyła. Opuściła dłoń wzdłuż ciała, by zwinąć palce do wnętrza dłoni, aby chociaż odrobinę je ogrzać.
- Tak i tak. - przyznała, wypuszczając powietrze z płuc. - Chcę ją zamówić i kupić, a również poprosić, byś to ty - nikt inny, mi ją dobrał. Nie wiem z czego, zdaję się na ciebie. Myślę, że już mnie znasz. - trzymała uniesioną głowę mimo, że kosztowało ją to sporo wysiłku. Nie wytrzyma tak długo, ale nie zdradzała się niczym. Wyjątkowo dobrze panowała teraz nad metamorfomagią, co się zdarzało jej rzadko w tak stresujących sytuacjach - poza różowymi policzkami, ciemnymi włosami żadna barwa nie zdradziła tego, co się w niej dzieje. Trzęsła się od środka jak osika. Próbowała wytrzymać jak najdłużej, byleby tylko mówił dalej, aby się otwierał i dzielił problemami. Wolała słuchać o tym niż widzieć jak zamyka się w sobie i ucieka. Ukryła wolną dłoń w kieszeni kurtki, spięła ramiona, ale trzymała się lepiej niż przypuszczała. Tak jak przy potrzebującym niegdyś Elijahu, odnajdywała sobie ukryte pokłady siły, aby wytrzymać jak najdłużej, bowiem jest komuś potrzebna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Riley Fairwyn

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 24
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185cm
C. szczególne : cała górna lewa strona mojego ciała jest poparzona - ukrywam to za pomocą metamorfomagii; liczne blizny na dłoniach; blizna po dziobie bystroducha przebiegająca przez całą szerokość pleców
Dodatkowo : metamorfomagia, prefekt naczelny
Galeony : 4204
  Liczba postów : 1697
https://www.czarodzieje.org/t15093-riley-t-fairwyn
https://www.czarodzieje.org/t15161-maverick
https://www.czarodzieje.org/t15104-poczuj-smoczy-plomien
https://www.czarodzieje.org/t15098-riley-fairwyn
https://www.czarodzieje.org/t18289-riley-fairwyn-dziennik
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyNie Paź 06 2019, 20:47;

Zrobiło mi się głupio, że ją do tego zmuszam. Nieustannie wystawiałem ją na coraz to nowsze próby, najwidoczniej nie mogąc znieść i zaakceptować myśli o tym, że faktycznie mogę być komuś nie tylko miłym dla oka, ale i dla duszy. Tak bardzo nienawidziłem sam siebie, że gdy tylko ktoś objawiał wobec mnie jakieś bliższe uczucia, instynktownie potrzebowałem zdmuchnąć ten tlący się płomyk, bądź jak w tym przypadku, oblać go całym wiadrem lodowatej wody. I za każdym razem, gdy wydawało mi się to właściwe bezlitośnie dążyłem do realizacji planu tylko po to, aby za kolejnym podejściem pluć sobie w brodę i cierpieć na widok jej silnie zaciśniętych oczu, warg, łamiącego się głosu. Nie byłem świadom tego jak bardzo mi na niej zależy. Byłem przyzwyczajony do krojenia się od wewnątrz i nieustannego sprawiania sobie przykrości. Względem Elaine nie potrafiłem być chociażby w połowie aż tak bezwzględny jakbym był względem kogokolwiek innego. Widząc w niej dobroć, instynktownie tłumaczyłem się z tego wszystkiego, a przynajmniej próbowałem. Teraz całkiem zamilkłem, mnąc w myślach jej odpowiedź jakby była wysłużonym listem od najdroższej mi osoby. Wiele mi tłumaczyła, dawała oparcie, a przede wszystkim nadzieję. Trzymałem kciuki o to, że nie chwilową i iż moja chora głowa nie podsunie mi zaraz kolejnego argumentu, którym mógłbym przysporzyć jej zmartwień. Westchnąłem miękko, kiedy musnęła mój policzek dotykiem. Przymrużyłem oczy. Jej bliskość była przyjemna, dawała nadzieję. Pomimo emocji kotłujących się wewnątrz nas, byliśmy w stanie stać naprzeciwko siebie i mówić spokojnie. Wyjaśniać sobie coś, co już dawno temu powinno być dla mnie jasne. Nie pozbędę się Elaine Swansea, nawet gdybym bardzo tego chciał. Tymczasem wcale tego nie pragnąłem. Prawdę mówiąc, gdybym mógł wybrać tę jedną, jedyną osobę, która mogłaby zostać przy moim boku, nie mógłbym trafić lepiej. To wszystko tylko dokładało mi poczucie wstydu, jakie ogarnęło mnie potężną falą. Zaczerwieniłem się lekko, tym razem nie od chłodu. Uświadamiała mi to, co moje ciało wiedziało już dawno. Nie była mi po prostu bliska. To było coś znacznie więcej od zwykłego pociągu fizycznego i stabilności, jaką dawała mi jej wyrozumiałość, a także zaskakująca tolerancja na moje wady i mroczne sekrety.
- Elaine… - szepnąłem jej imię, gdyż mój głos nagle stał się niezdolny do przełamania chrypy. Ścisnęło mnie w gardle, więc nie dodałem nic więcej. Słuchałem jej odpowiedzi, a kiedy skończyła pozwoliłem ciszy na otulenie nas niewidzialnym woalem. Kilka sekund później pociągnąłem ją za rękę, aby przygarnąć ją we własne objęcia. Poczułem jaka jest lodowata i opieprzyłem się w myślach za głupotę. Nie miałem płaszcza, którym mogłem ją okryć, więc chętnie podzieliłem się własnym ciepłem, rozcierając miarowym ruchem jej plecy.
- Przepraszam - szepnąłem ponownie, znów kierując te słowa do czubka jej głowy. Chwilę później zreflektowałem się i odsunąłem się na kilka centymetrów, aby móc zajrzeć jej w twarz. Moje oczy były teraz wyłącznie smutne. - Przepraszam, że wciąż ci to robię. To już silniejsze ode mnie. - Nie miałem pojęcia czy mnie teraz rozumie, ale warto było próbować jej to wyjaśniać. Warto było także o to wszystko walczyć i budować, aby rosło silniejsze i gorętsze. - Znam… tak sądzę. Ty też mnie znasz. Lepiej, niż ktokolwiek. - Patologicznie mówiłem, zagłuszając w ten sposób własne wyrzuty sumienia. Pocałowałem jej skroń, delikatnie głaszcząc jej dziwnie ciemne włosy. Nie pytałem ją o nie, nie potrafiłem. Nie w tym momencie, chociaż ciekawiło mnie co one oznaczają. U niej metamorfomagia była odbiciem emocji. Czyżbym zranił ją aż tak bardzo, że zaczynała w ten sposób manifestować smutek?
- Zrobię ją dla ciebie. Zrobię ci najpiękniejszą, najwierniejszą różdżkę jaką tylko będę potrafił. Wyszeptałem do jej czoła i tylko siłą woli powstrzymywałem się od objęcia jej. Miałem jej do powiedzenia coś, co wymagało skrzyżowania z nią spojrzeń. Pochyliłem się, uginając kolana, aby nasze oczy znalazły się na tym samym poziomie.  
- Kocham cię, Elaine Swansea. - Szepnąłem, bo skurcz w gardle zupełnie uniemożliwił mi wypowiedzenie tego głośniej. Serce tłukło mi się dziko w piersi, a zdenerwowanie jakie czułem na myśl o podobnych wyznaniach zdradziecko ujawniało, że jest ono szczere. Nie chciałem dzielić się tą myślą w tak dziwnych, przykrych okolicznościach. Jednakże w obliczu ostatnich wydarzeń, bolesnych zranień, bliskich śmierci to wszystko wydawało mi się tak właściwe jak jeszcze nigdy wcześniej. Chciałem, aby wiedziała, że jest droga mojemu sercu, a zarazem tak straszliwie bałem się jej odpowiedzi. Szukałem w jej oczach jakiegoś potwierdzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Elaine J. Swansea

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 22
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 168 cm
C. szczególne : pomalowane usta, wyprostowane plecy, rażąco stonowana mimika
Dodatkowo : metamorfomag
Galeony : 523
  Liczba postów : 1395
https://www.czarodzieje.org/t16910-praca-wre
https://www.czarodzieje.org/t16935-syczek-jeczybula#471819
https://www.czarodzieje.org/t16911-elaine-swansea#471382
https://www.czarodzieje.org/t18301-elaine-j-swansea-dziennik
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyNie Paź 06 2019, 21:54;

Nie wiedziała jak długo będzie znajdywała odpowiedzi na coraz trudniejsze pytania, które jej zadawał. Próbowała przedstawić mu swój punkt widzenia w odniesieniu do jego osoby. Raz na jakiś czas natrafiała na mur - jak dzisiejszego dnia - od którego boleśnie się odbijała. Napędzana narastającym uczuciem, które w niej rozbudzał starała się dorównać mu kroku, zapewniać, że nie gra mu na uczuciach ani nie zamierza uciekać przed jego prawdziwym obliczem. Tak łatwo było go zranić... a Elaine była osobą, ktora nade wszystko cierpiała, gdy kogoś nieumyślnie krzywdziła. Przykładem chociażby jest Gabriel, którego musiała ukarać szlabanem (Wymyślonym przed Rileya na szczęście), a następnie przepraszała go za to listownie. Pandorę, która jej wybaczyła, a Elaine wciąż wynagradzała jej burzliwy początek znajomości... Postawiona wobec wrażliwości Rileya odczuwała ciągły lęk, że go skrzywdzi nieświadomie. Tak, jak dzisiaj. Nic więc dziwnego, że trzęsła się jak osika, a w jej wnętrzności związywały się w bolesny supeł. Tajemnice Rileya są wstrząsające. Przyznawała to sama przed sobą, że są. Przeżywała je, zmuszona do robienia tego w ciszy, by nie zdradzić jego sekretów, a gdy mogła o nich porozmawiać, czasem trafiała na opór, który uniemożliwiał nawet poruszenie tego tematu. Mogła długo wytrzymać, gdyby nie dolegliwości cielesne. Nieprzyzwyczajona do niskich temperatur i niedogodności fizycznych... odczuwała to dwakroć intensywniej niż taki Riley, który często otaczał się dziką naturą. Nie rozumiała dlaczego zrobił się czerwony. Złość, zawstydzenie, zażenowanie? Czuła, że zaraz oszaleje, jeśli się nie dowie. Zacisnęła zziębnięte usta w bladą linię, aby nie ponaglić go z odpowiedzią i jakąkolwiek reakcją na jej liczne wyjaśnienia, odpowiedzi i zapewnienia. Jeśli znów go uraziła i po raz kolejny nieświadomie... ucieknie i wybuchnie płaczem z bezsilności. Zbyt wiele porażek i jego przygnębionej bądź o zgrozo, kamiennej miny jak na ostatnie miesiące...
Nie zdawał sobie sprawy jak wiele uczynił przyciągając ją do siebie. Przyniósł ulgę nie tylko dla jej zziębniętego ciała, ale i dla duszy, kiedy odegnał widmo poddania się z powodu braku pewności swojego zachowania. Przytuliła się do niego, zginając obie ręce między ich tułowiami, by je rozgrzać. Zadrżała pod jego dłońmi rozcierającymi jej plecy. Nie miała innego wyjścia jak zawstydzona przyznać się, że jest jej przeraźliwie zimno. Jesienna aura nie sprzyjała przebywaniu na zewnątrz zwłaszcza, że wczorajszy wieczór miała paskudnie ciężki. Nie oddałaby jednak tych chwil za nic w świecie. Odeśpi później...
Widząc kłębiący się w nim smutek, miała ochotę krzyknąć z rozpaczy. Czuła się temu paskudnie winna, a to on ją przepraszał. Miała przeczucie, że jeszcze nieraz na wpół świadomie będzie potrzebował ją "sprawdzić", co mogło nanieść wiele zniszczeń mimo, że służyło umocnieniu ich relacji. Zacisnęła lekko palce na jego ubraniu, zauważając, że zostawił płaszcz w jej domu. Niech to szlag, brakowałoby, aby się przeziębił. Nie będzie mogła mu wówczas pomóc, bo sama ledwo stoi na nogach. Powinna pogonić go, by szedł grzać się w swoim łóżku, a zamiast tego wzmocniła chwyt palców, by nie odsunął się dalej niż już to katastrofalnie zrobił nawet, jeśli chciał po prostu popatrzeć jej w oczy.
- Dziękuję. - szepnęła i korzystając z tego, że są tak blisko, zatopiła się w jego spojrzeniu. Popatrzyła mu głęboko w oczy, co sprawiło, że na moment zapomniała gdzie są. Czas się zatrzymał, przez moment przestała się trząść z zimna. Wpatrywała się w niego niemalże na bezdechu, nawet nie mrugnęła, by nie zakłócić kontaktu. Bardzo wyraźnie dostrzegała rozszerzające się źrenice, które mogły zdradzić, że chce powiedzieć coś jeszcze, czym się naprawdę przejmuje. Nie musiała już zadzierać tak głowy, gdy się pochylił, a ona nadal zakotwiczyła w nim swój wzrok, w który wlewała tyle ciepła, ile dziś zdołała. Wiedziała, że zrobi jej najlepszą różdżkę. Ufała mu i wiedziała, że to wiele dla niego znaczy. Może w ten sposób w końcu uwierzy jej, że jest w stanie zaakceptować jego dziwne zamiłowania do odbierania zwierzęcych żyć? Mówiła prawdę, że aż tak za nimi nie przepada... bardziej martwił ją fakt, że Riley ryzykuje wówczas zdrowiem i życiem, ale będąc zbyt zapatrzoną w jego oblicze zapomniała o tym powiedzieć. Zwłaszcza, gdy wypowiedział słowa, które wydawały się snem. Odniosła wrażenie, że to wytwór jej wyobraźni i powiedział co innego, a jej mózg podstawia wymarzone słowa. Wstrzymała nieświadomie oddech, a teraz to jej źrenice rozszerzyły się a oczy pokryły zdradziecką wilgocią. Ciemne włosy zamigotały wieloma barwami naraz, a jej usta wygięły się w tym czasie w rozczulającym uśmiechu. Objęła jego twarz lodowatymi palcami, wierząc mu bezapelacyjnie. Za każdym razem, gdy ktoś mówił jej, że ją kocha, wewnętrzne słońce Elaine promieniało. Dał jej tymi słowami do zrozumienia, że się przed nią nie zamyka. A to był największy komplement, jaki mogła od niego dostać. Rozbudził w niej falę ogromnego ciepła, które rozgrzało jej zmarznięte ciało, jak i zarumieniło bardziej policzki. Supeł w jej wnętrzu znacznie się poluzował, ledwie się już trzymał, gdy zaatakowała ją fala czułości tak silnej, że nie dawała rady jej w sobie utrzymać. Widziała, że potrzebował odpowiedzi, którą zamierzała mu dać. Sama nie miała wątpliwości wobec ciepła, jakie do niego żywiła. Nie tylko ona zauważyła, że nie jest jej zauroczeniem ani zadurzeniem tylko czymś więcej...
- Jeśli będziesz mi mówić częściej takie cudowne słowa, to będę cię kochać coraz bardziej, bardziej i bardziej, a wtedy za siebie nie odpowiadam. - szepnęła, a jej oczy pojaśniały z nagłego przypływu energii, który postanowiła w bardzo dobitny sposób spożytkować - pocałowała go, a nie było w tym ani odrobiny niewinnego niczym dotknięcie motyla całusa, poprzez który niegdyś wyznał, że ją lubi. Nie, pocałowała go z trudną do wytrzymania czułością, zaangażowaniem i namiastką namiętności wywołanej tak cudownymi słowami. Zsunęła dłonie z jego twarzy, by ulokować je na jego karku i mieć jego usta bliżej swoich. Szybko straciła dech w piersiach, zbyt szybko przez co zmuszona została do oderwania się od jego miękkich warg, by wtłoczyć w siebie zapas powietrza. Nie była z tego powodu zachwycona lecz nie mogła tego zignorować. Chciała go całować bez tchu, jednak dzisiaj jej możliwości pozostawiały wiele do życzenia. - Nie wychodź tak więcej. - posłała ten szept do skóry jego policzka, do którego przytulała swoje usta, by czerpać z niego więcej ciepła i zminimalizować własne drżenie. Zamknęła oczy i nie puszczała go nawet na moment.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Riley Fairwyn

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 24
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185cm
C. szczególne : cała górna lewa strona mojego ciała jest poparzona - ukrywam to za pomocą metamorfomagii; liczne blizny na dłoniach; blizna po dziobie bystroducha przebiegająca przez całą szerokość pleców
Dodatkowo : metamorfomagia, prefekt naczelny
Galeony : 4204
  Liczba postów : 1697
https://www.czarodzieje.org/t15093-riley-t-fairwyn
https://www.czarodzieje.org/t15161-maverick
https://www.czarodzieje.org/t15104-poczuj-smoczy-plomien
https://www.czarodzieje.org/t15098-riley-fairwyn
https://www.czarodzieje.org/t18289-riley-fairwyn-dziennik
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyNie Paź 06 2019, 22:46;

Czekałem na jej reakcję jak na ścięcie. Minęła sekunda. Jedna, chociaż przerażająco długa, bo mnie wydawało się czas złośliwie zwolnił, a to po prostu mój umysł zwariował, ogarnięty tą dziwną, nerwową gorączką. Przyznając się przed nią do noszonych pod sercem emocji odsłoniłem się bardziej, niż kiedykolwiek do tej pory. Wydawało mi się, że przez tę sekundę moje słowa po prostu do niej nie dotarły… bądź może były na tyle szokujące i niewłaściwe, że po prostu nie była w stanie inaczej zareagować? Jak zawsze zakładając najczarniejszy scenariusz wstrzymałem oddech, zwłaszcza, gdy dostrzegłem w jej oczach łzy. Moje serce stanęło na krótką chwilę. Przeraziłem się, że ją spłoszyłem, bądź zraniłem, zupełnie mylnie interpretując kumulujące się w niej emocje. Dopiero wówczas, gdy spostrzegłem feerię barw szalejącą na jej głowie zacząłem nieśmiało dopuszczać do siebie myśl, że może to wszystko nie było wcale tak negatywne jak sądziłem? Dostrzegłem jej uśmiech i pozwoliłem się nim zarazić. Uśmiechnąłem się sam, ale tym razem nieśmiało. Trudno było mi ukryć, że faktycznie potrzebowałem jej odpowiedzi. Wtem spłynęły na mnie jej palce, a rumieniec jeszcze silniej zaznaczył jej policzki, co mimowolnie wpłynęło także na mnie. Złączyłem się z nią w tym różu, gdy i mnie zawstydziło moje własne wyznanie. Nie mogłem się jednak z niego wycofać, nie chciałem. Jej słowa odbiły mi się pod czaszką prawdziwym echem. „Będę cię kochać coraz bardziej”. Natychmiast zrobiło mi się cieplej, chociaż moje ramiona za kilka chwil miały zadrżeć od porannego chłodu. Tymczasem teraz miałem wrażenie jakbym powoli unosił się nad ziemią. Pocałowała mnie, pieczętując tym samym nasze wyznania i wdmuchując tym samym we mnie tę odrobinę pewności siebie, którą potrzebowałem, aby odpowiedzieć na jej pocałunek. Natychmiast zmrużyłem oczy, dłonią odnajdując drogę na jej szyję i wplatając palce w jej włosy, łącząc je z jej skórą tuż za uchem. Przytrzymałem kciukiem bok jej twarzy, uświadamiając sobie z milczącą przyjemnością, że to ona grała pierwsze skrzypce w tym pocałunku. Pozwoliłem jej na to, topniejąc pod ładunkiem emocjonalnym jaki między nami wibrował i zanim zdążyłem się powstrzymać, wreszcie rozchyliłem nie tylko własne usta, ale i jej. Przejąwszy inicjatywę nie nacieszyłem się tym długo. Zanim zdążyło zrobić się między nami zbyt gorąco, Elaine odsunęła się, aby złapać oddech, a ja zastygłem jak posąg z oczami wypełnionymi bliżej nieokreślonym uczuciem. Czy tak wyglądało pożądanie? Trudno było mi stwierdzić, bo nie widziałem samego siebie, a jednak bolesna świadomość, że nie powinienem na nią dzisiaj naciskać zupełnie ostudziła w tym momencie moje zapędy. Chociaż Merlin mi świadkiem, że bardzo chciałem po prostu stać tutaj z nią i rozkoszować się dotykiem jej ust na swoich własnych. Szepnęła coś do mnie, owiewając moją skórę ciepłem własnego oddechu, a ja machinalnie przytrzymałem ją w tej pozycji. Nie chciałem, aby się oddalała, nie bardziej niż teraz.
- Nie będę - odpowiedziałem, odwdzięczając jej się i łaskocząc jej policzek swoim oddechem. - Chyba, że następnym razem też za mną pobiegniesz. Wiesz, kiepsko mi idzie zbieranie się do takich wyznań. - Odpowiedziałem nieco zaczepnie, aby trochę ją rozbawić, ale zamiast się śmiać, pocałowałem ją w zmarznięty nos. - Kiedy wyzdrowiejesz… - zacząłem, ponownie zamykając oczy i ściślej otulając ją ramieniem, aby ją ogrzać. -…udowodnię ci to wszystko. - Obiecałem i na szczęście nie byłem w stanie już mocniej się zaczerwienić. Nietrudno było się domyślić do czego piłem. Tym razem między nami nie było już sekretów, jakie mogły zburzyć porywy namiętności, a w mojej pamięci wciąż żywe były chwile, gdy poddaliśmy się jej po raz pierwszy. Ucałowałem jej górną wargę, delikatnie ją podgryzając. Przypieczętowałem obietnicę. - Powinnaś wrócić do domu. - Zauważyłem jeszcze, ale nawet nie drgnąłem. Pomimo przebijającego się do głosu rozsądku, zanadto ceniłem sobie nasze obecne położenie. Nie chciałem zostawiać jej samej, nawet jeżeli ledwo trzymałem się na nogach ze zmęczenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Elaine J. Swansea

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 22
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 168 cm
C. szczególne : pomalowane usta, wyprostowane plecy, rażąco stonowana mimika
Dodatkowo : metamorfomag
Galeony : 523
  Liczba postów : 1395
https://www.czarodzieje.org/t16910-praca-wre
https://www.czarodzieje.org/t16935-syczek-jeczybula#471819
https://www.czarodzieje.org/t16911-elaine-swansea#471382
https://www.czarodzieje.org/t18301-elaine-j-swansea-dziennik
Główny szlak  QzgSDG8




Gracz




Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  EmptyNie Paź 06 2019, 23:16;

Stwierdziła, że musi ją poznać bardziej. Przyjdzie kiedyś ten moment, kiedy to ona będzie wszystko z siebie wyrzucać i opowiadać, a on będzie wstrząśnięty słuchać kogo to mu się niechcący pokochało. Wówczas zrozumie, że łzy w jej oczach nie zawsze są oznaką smutku czy strachu, ale często też wzruszenia i radości, jak to było w tym przypadku. Nie była zbyt pocieszona ograniczeniem własnych możliwości tlenowych. Nie sądziła, że może czuć złość wobec trudności z oddychaniem, kiedy potrzebowała wycałować Rileya tak, jak przystało. Z drugiej strony była wykończona, on też i tak nie nacieszyliby się sobą zbyt długo. Tym razem nie rozsądek wygrał, a potrzeba fizjologiczna jaką było oddychanie. Gdy zastygł jak posąg zanim zdołali się rozkręcić, zsunęła dłonie na jego ramiona, by je delikatnie rozmasować. Czy dobrze odnosiła wrażenie, że poczuł trwogę wobec nieplanowanej przerwy? Musi go poduczyć, że czasami małe "nie" nie oznacza dużego, groźnego i stanowczego "nie ma mowy", co może się raz na jakiś czas zdarzyć. Nie mógł dawać sobie łamać tym serca, a już zwłaszcza nie zgadzała się, by się wówczas z tego powodu gryzł. Cóż, mieli na to teraz dużo czasu. Ogrzewała się i hiperwentylowała na wszelki wypadek. Dzielnie ignorowała zimne dreszcze, które zaczęły się pojawiać coraz częściej. Zły strój, zła pogoda, zły dzień na spacery. Nieodpowiedzialność przypłaci zapewne gorączką, ale uznała, że warto pocierpieć.
- Poćwiczymy je. - obiecała, uśmiechając się szeroko, bowiem zamierzała zająć się tą obietnicą pieczołowicie. Zaczerpnęła głębokiego wdechu, gdy ją przygarnął. Skorzystała chętnie z jego objęcia, przytulając ciepłe czoło do jego gorącej szyi. Nie spodziewała się, że odpowie pięknym za nadobne. Wstrzymała oddech i popatrzyła na jego czerwone policzki, uśmiechając się pod nosem z ciężko skrywanym zadowoleniem. Miał naprawdę sporo szczęścia, że była wykończona, inaczej nie puściłaby mu płazem takiego pocałunku. Objęła go mocniej, by nie ulegnąć wyobraźni.
- Nie musisz mi niczego udowadniać, bo ci wierzę. Ale możemy to po prostu... uczcić. - podsunęła lepszy zamiennik słowa, odchyliła nieznacznie głowę, by złożyć krótki, leciutki pocałunek na jego szyi. Wykazał się rozsądkiem i niestety musiała przyznać mu rację. - Ty też. W tamtą stronę jest do ciebie, a tę do mnie. Jeśli ktoś się dowie, że wyszłam i połączy z tobą, to się wściekną. - mruknęła z przekąsem. - Muszę wrócić i namówić portret wuja, by mnie krył. - przez dobre kilka minut próbowała zmusić się do wyplątania z jego objęć, co szło jej katastrofalnie ciężko. Udało się, ale kosztem kolejnych zimnych dreszczy.
- Zmykaj też i widzimy się... niedługo. - nie była pewna kiedy. Objęła swoje ramiona i gdy ją pospieszył, po prostu teleportowała się blisko domu, a resztę drogi pokonała po cichutku na palcach.

zt x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content

Główny szlak  QzgSDG8








Główny szlak  Empty


PisanieGłówny szlak  Empty Re: Główny szlak   Główny szlak  Empty;

Powrót do góry Go down
 

Główny szlak

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Strona 1 z 2 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: Główny szlak  JHTDsR7 :: 
Dolina Godryka
 :: 
Rezerwat
-