Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share
 

 Lustrobójcze harpie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


Rience Hargreaves

Mieszkaniec Londynu
Rok Nauki : X
Wiek : 24
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 2879
Dodatkowo : pół-wil, szukający
  Liczba postów : 763
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9116-rience-hargreaves
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9127-rience-owe-relacje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9130-sowa-rienca
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9128-rience-hargreaves
Lustrobójcze harpie QzgSDG8




Gracz




Lustrobójcze harpie Empty


PisanieTemat: Lustrobójcze harpie   Lustrobójcze harpie EmptyPon Lip 28 2014, 02:15


Retrospekcje

Osoby: Elsa de Rousvelt, Rience Hargreaves
Miejsce rozgrywki: Lustrzana sala, Hogwart
Rok rozgrywki: czerwiec 2014
Okoliczności: Elsa, mocno przeżywając fakt, że Reyes okazał się zdradzieckim gnojkiem, postanawia rozładować emocje na niewinnych lustrach. Przypadkiem (bądź specjalnie) natrafia na nią Rience...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Elsa de Rousvelt

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 530
Dodatkowo : pół-wila
  Liczba postów : 232
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7604-elsa-yvette-de-rousvelt
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7607-zwierciadelka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7609-elsowa-poczta
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7651-elsa-de-rousvelt
Lustrobójcze harpie QzgSDG8




Gracz




Lustrobójcze harpie Empty


PisanieTemat: Re: Lustrobójcze harpie   Lustrobójcze harpie EmptySro Lip 30 2014, 02:25

But it happened
That sudden wrecking


Fala pretensji do samej siebie zalewała Elsę od dłuższego czasu, obmywając brzeg i sięgając prosto do jej stóp. Chciała mieć morze na własność. Granatowe, wzburzone fałdy wód, pieniące się i szumiące wyraźnie na podobieństwo gniewu, jaki w niej narastał. Gładkie i powolne fale, przychodzące razem ze wschodem słońca na znak opanowania i cierpliwości, wyczerpujących się w zastraszającym tempie. Chciała wejść do lodowatej wody bez najmniejszego drgnięcia, bez gęsiej skórki, pokrywającej całe ciało. Pragnęła zwyczajnie wyzbyć się strachu i niepewności, być może poznania beztroski i swobody. Woda jednak okazała się potwornie zimna, a Elsa wcale nie miała władzy nad morzem. Wylądowała w samym środku tego całego ogromu, topiąc się. Do brzegu było za daleko, a dno wydawało się zbyt strasznym końcem.
Zbyt długo tłumiła swoją naturę, unikając gniewu. Doświadczenie wyraźnie pokazywało, że to nigdy nie kończy się dobrze, ale brnęła, szukając wyjścia, dopowiadając sobie to, w co chciała wierzyć. Szala goryczy w końcu się przelała. Elsa zbierała swoją historię w całość, analizując każdy szczegół, chcąc w końcu przerwać sieć, w którą wpadła. Nie była już nawet syreną, ale bezradną rybką, wcale nie złotą. Nie spełniała życzeń. Zaufanie wyczerpało się już dawno, jednak nadzieja trzymała się burty, choć sztorm masakrował wszystko wokół. I umarła, ostatnia, gasnąc gdzieś w odmętach, na samym, najgłębszym dnie, pozostawiając po sobie miejsce dla gniewu. Uderzył w nią z całym impetem, na jaki potrafił się zdobyć.
Reyes i jego legilimencja siały spustoszenie w jej życiu. Ucieczka nie zdała egzaminu. Być może gdyby nie naruszył porządku świata listami, byłoby inaczej. Minęliby się w końcu, odwracając spojrzenia w przeciwnych kierunkach, zamykając w ten sposób cały rozdział. Nie żyli w tej samej bajce. Nie chciała, żeby żyli. Szukała przeciwieństw, sprzeczności, rozpaczliwie rozglądając się za azylem, ale wszystkie próby ciągnęły za sobą nagromadzenie coraz większej ilości emocji, zbierających się w burzę. Kolejnym punktem na mapie morza było feralne spotkanie w kawiarni. Nie wspominała go wcale przyjemnie. Uczucie upokorzenia dokładało się do ogólnego rozrachunku, dopełniało burzowe chmury. Jednak cała przeszłość, dobra i zła, uparły się aby działać na jej niekorzyść, najbardziej dręczyło ją ostatnie zajście. Salę baletową opuściła roztrzęsiona i rozbita, ale miała kilka dni na poukładanie wszystkiego. Nie chciała wybuchać przed swoją własną, osobistą spowiedzią. Traktowała ją bardzo poważnie i potrzebowała oczyszczenia. Gładka tafla myślodsiewni była niewystarczająca, nie pomagała uporać się z myślami. Kojarzyła ją też z rodzicami, kalanie srebrzystej wody wspomnieniami związanymi z Reyesem wydawało jej się niemal profanacją. Nie mogła polegać na ucieczkach. Nie mogła powielać swoich błędów.
We wszystkim tkwiło jawne przekleństwo. Firma, lustra, gładkie tafle odbijające rzeczywistość. Z jednej strony były fascynujące - odbijały tylko powierzchowność. Za lustrem zwykle była ściana. Nie było miejsca na napięcie, nerwy i pretensje. Odbicia były zbrakowane. Były iluzją, zwykłym złudzeniem, a iluzją i złudzeniem żyło się prościej. Gdyby jednak wziąć pod uwagę przypadek Elsy, nie prezentowały się już tak majestatycznie. To one były przyczyną jej problemów, one ciągnęły ją na dno. Jack Reyes chciał lustra, aby zdobyć bogactwo. Jej ojciec chciał lustra, aby uwiecznić piękno. Mercer i Amarie chcieli lustra, aby móc pamiętać o zmarłych. A Elsa? Elsa nie chciała luster. Jej gniew piętrzył się, doprowadzając do szału. Nie miała kontroli. Taniec był niewystarczający. Tym razem nie pozwolił się rozładować.
Szybkim krokiem przemierzała korytarze, opustoszałe i ciche - wszyscy zdawali się chować przed burzą. Rozpędzała się, ostatecznie przechodząc do biegu, w którym pęd unosił lekko materiał czarnej sukienki. Trzasnęła drzwiami, jednak lusto znajdujące się na nich ani drgnęło. Ani jeden odłamek nie opuścił tafli. Była tu, była wszędzie, obracając się powoli i obserwując w odbiciach. Widziała jak klatka piersiowa unosi się i opada, próbując ukoić oddech po wysiłku. Uśmiechnęła się kpiąco, drwiąc z luster i swojej głupoty. Pokręciła głową, wyraźnie zniecierpliwiona. Miała ze sobą nieduży sztylet, który obłożyła zaklęciami, mającymi złamać magiczną barierę. Sali lustrzanej na pewno nie dało się zdemolować w zwyczajny sposób. Nie zdążyła się uspokoić. Zrobiła obrót, powoli, oddychając głęboko, po czym runęła na lustro, z całej siły wbijając sztylet w swoje odbicie. Odłamki szkła posypały się z głośnym brzękiem, ale Elsa nie przestawała, dając upust swojej wściekłości. Cięła na oślep, nie zważając na nic, nie czując rozcinanej skóry i nie bacząc na krew, skapującą na posadzkę. Bez opamiętania uderzała w kolejne lustra, nawet nie zauważając, że pomaga sobie dłonią. I choć w tej dzikiej furii w końcu pojawił się ból, który zmusił ją do zaciśnięcia powiek, nie wydała z siebie żadnego dźwięku aż do jęknięcia, gdy osuwała się po szczątkach zwierciadła, zadyszana i wyczerpana. Nie miała okazji zauważyć, że w sali pojawił się ktoś nieproszony. Jedynym, co zarejestrowała, było odbicie po przeciwległej stronie. Własny, dziki wzrok nawet z takiej odległości sprawił, że zaczęła wracać do siebie. Krew spływała strugami po policzkach, ramionach i nogach. Roztrzepane włosy również były przyozdobione drobinkami czerwieni. Dopiero teraz zaczynała odczuwać odłamki szkła, które utknęły w ciele. Piekły i drażniły, a ulga była tylko częściowa. Nie rozbiła całej sali. Zostawało jeszcze zaklęcie rozbijające lustra. Pod jego komendą mogło pęknąć wszystko, zalewając ją, a właściwie ich, lawiną błyszczących drobinek. I choć sztylet wypadł jej z dłoni i leżał w pewnej odległości, różdżkę miała pod ręką.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Rience Hargreaves

Mieszkaniec Londynu
Rok Nauki : X
Wiek : 24
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 2879
Dodatkowo : pół-wil, szukający
  Liczba postów : 763
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9116-rience-hargreaves
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9127-rience-owe-relacje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9130-sowa-rienca
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9128-rience-hargreaves
Lustrobójcze harpie QzgSDG8




Gracz




Lustrobójcze harpie Empty


PisanieTemat: Re: Lustrobójcze harpie   Lustrobójcze harpie EmptySro Lip 30 2014, 11:08

Był w swoim świecie. Maleńka kraina, przepełniona słońcem i dojrzewającymi na drzewie ich ogrodu wiśniami, kusiła swą niedostępnością i urokiem, jakiego nie dane mu było zaznać od wielu miesięcy. Był już czerwiec, czas egzaminów i trudnych decyzji. Dla Hargreavesa to było coś więcej niż: „Może tym razem pojadę do Miami?”, albo dylematy związane z tym czy jeziora są fajniejsze niż pobyt nad morzem. Nie, on w ogóle nie myślał o wakacjach, wraz z każdym dniem pogrążając się w coraz głębszej, czarnej toni, chwytającej się go rozpaczliwie, ilekroć tylko zostawał sam, a bywało tak często. Wszyscy uczyli się do testów, powtarzając materiały na ostatnią chwilę i nikt nie życzył sobie jego rozpraszającego towarzystwa. Smutne, ale prawdziwe - znowu był nieproszonym gościem. Kiedy jednak siedział samotnie na łóżku w dormitorium, wiedział, że nie wytrzyma tak długo. Dni wlekły się niemiłosiernie długo, a on z całą pewnością znał już wszystkie podręczniki na pamięć. Przytaczał je sobie pod nosem, gorączkowo próbując zająć czymś umysł, lecz gdyby to było takie proste, na pewno nie zajrzałby do lustrzanej sali. Podciągał wtedy nogi do piersi i obejmował je ramionami, kołysząc się rytmicznie i pogrążając w coraz większej rozpaczy.
Nigdy by nie pomyślał, że decyzja o opuszczeniu Trausnitz na rzecz innej szkoły, będzie swego rodzaju klockiem domina, który pociągnie za sobą falę niszczącej mocy. Z początku była to jedynie zmiana otoczenia, która miała przynieść zaspokojenie ciekawości i dać wreszcie swobodę od rodzeństwa, którego powoli nie mógł już znieść. Szczególnie młodszy brat zaczynał go ostatnimi czasy wyjątkowo drażnić, a Rience wcale nie miał ochoty na ukazywanie przy nim swojej drugiej twarzy. To było dla niego więcej niż obrzydliwe… Stawanie się harpią uważał za coś co najmniej uwłaszczającego jego godności, co wcale nie oznacza, że nigdy do tego nie doszło. Ostatnimi czasy jednak panował nad sobą na tyle, aby odwracać się na pięcie i odchodzić, uciekać od emocji i nienawiści. Jego serce rozdzierał straszliwy ból, gdy zamiast pakować szkolny kufer, zaczynał wrzucać ubrania do całych walizek. Wrócił do rodzinnego domu i zamiast rzucić się chorej matce w ramiona, jak burza wpadł do swojego pokoju, wywracając wszystkie szuflady do góry nogami, aby móc odnaleźć wszelkie drobiazgi, których straty by nie przebolał. Także wtedy, gdy już trzaskał dębowymi drzwiami ich domu z taką siłą, że z całą pewnością uszkodził futrynę, nie czuł nic więcej poza pustką i smutkiem tak dojmującym, że miał wrażenie, jakby serce rozpadało mu się na miliardy małych, ostrych kawałeczków. Trudno sobie wyobrazić coś, czego by bardziej nie chciał, ale mimo wszystko właśnie to zrobił. Opuszczał jedyną osobę, która znała go na wylot. Dobrowolnie i z powodu zwykłej niechęci do rodzeństwa. Chociaż w sumie ciężko było nazwać niechęcią stan, w którym niemalże siny z wściekłości, miał ochotę zostać zbiegiem, byleby tylko nie znaleźć się w Azkabanie. Zamordowałby go z zimną krwią, a był pewien, że dałby sobie z tym radę. Gdyby zaklęcie nie zadziałało, zawsze miał mugolskie metody, jakie zresztą ukochał sobie ten mały, śmierdzący tchórz. Lepiej było, gdy schodził im z drogi. Wtedy chociaż nie mógł wpędzić chorowitej i wciąż słabej matki w większy smutek, niż w ten, który przeżywała teraz. Wiedziała, że chce odejść, zawsze potrafiła przejrzeć go na wylot, ale nie zatrzymywała go. Kiedy przyszedł do niej późnym wieczorem, siedziała w wysłużonym fotelu, przy ładnej, mugolskiej lampce nocnej, starając się czytać kolejne z dzieł Williama Yeatsa. Nie mógł się wtedy powstrzymać i chociaż przed sekundą się spieszył, będąc gotowym do ucieczki po cmoknięciu jej w policzek, przykucnął tuż obok, recytując jej swoje ulubione fragmenty, gdy tylko przewracała kartkę z lekkim uśmiechem błąkającym się na sinych wargach. Poezja to wypowiedź pragnień, które możemy zaspokoić tylko w snach i gdyby wszystkie nasze sny były zaspokojone, nie byłoby już poezji.
Była tak straszliwie chora, a on mimo wszystko godził się na porzucenie jej tutaj… Czuł do siebie odrazę.
Nie mógł sobie znaleźć miejsca. Od kilku godzin rozpaczliwie starał się znaleźć zajęcie dla swych bladych dłoni o długich, szczupłych palcach, bądź chociaż dla poskręcanych fałd miękkiej tkanki składających się na jego krukoński mózg. Cokolwiek, co byłoby w stanie zająć jego uwagę na dłużej niż kilka sekund uważałby za coś wyjątkowo interesującego. Nie zdążył jeszcze poznać całego Hogwartu… ba, sądził raczej, że poznał jedynie niewielki fragment, utkany przez szlaki pozostawione przez wcześniejszych Krukonów, to znaczy bilioteka - dormitorium - klasy - Wielka Sala. Jego życie obracało się teraz wyłącznie wokół nauki, a nagle miał problem właśnie z tego powodu. Zabrał się więc za przechadzanie się po korytarzach, a gdy natrafił na pewne drzwi, nie zdążył ich otworzyć, gdy tuż za nimi usłyszał dźwięczne wystrzały, swoisty odgłos tłuczenia szkła. To go zaintrygowało, więc bez zastanowienie otworzył je i wsunął się do środka, zamykając za sobą przejście. To co ujrzał, sprawiło, że na moment znieruchomiał. Miliardy odłamków, składających się niegdyś na lustra, leżały rozproszone po całej komnacie. Szkarłatna posoka barwiła podłogę oraz jasne włosy ciężko oddychającej dziewczyny.
- Elsa? - rzucił w przestrzeń, stawiając powolne, wystudiowane kroki na posadzce. Szkło chrupało pod jego butami, ale Rience się tym nie przejmował. Zbliżył się do półwili i ostrożnie chwycił ją za nadgarstki, aby zajrzeć zarówno w jej rany, jak i w jej twarz. Nieco go zamurowało.
- Co Ty odpierdalasz? - zapytał spokojnie, chociaż w duchu już zaczynał się gotować. Brak poszanowania dla własnego ciała był dla niego czymś niezwykle nieodpowiedzialnym. Nagle zapragnął ją uderzyć, ocucić wierzchem dłoni, ale czyż wtedy nie byłby takim jak ona? Kolejnym rozbijaczem luster? Starając się nie zwracać uwagi na setki wykrzywionych przez rozbicie odbić, uważnie śledzących każde jego posunięcie, wyciągnął różdżkę i skierował jej koniec na lewą dłoń dziewczyny.
- Asinta mulaf - szepnął, ale i tak jego głos zabrzmiał nienaturalnie głośno we wszechogarniającej ich ciszy, po czym machnął krótko przekaźnikiem mocy, a setki ostrych kawałków szkła zaczęło umykać z ran na jej ciele. Starał się jej pomóc i jakoś oczyścić skaleczenia, chociaż wiedział, że nie uda mu się jej pomóc na tyle dobrze, aby nie była konieczna wizyta u pielęgniarki. Że też nie miał przy sobie jednego ze swoich eliksirów! No, ale z drugiej strony kto by pomyślał, że de Rousvelt postanowi być dzisiaj tak nieodpowiedzialna?

Rzuć kostką na skuteczność zaklęcia przeciwbólowego:
Parzysta - nie zadziałało. Zaczynasz wychodzić z szoku i gdy adrenalina opuszcza Twoje ciało, zaczynasz czuć rozdzierający ból w całym ciele, a przede wszystkim w miejscu, z którego aktualnie umykają ostro zakończone szklane odłamki.
Nieparzysta - zaklęcie zadziałało, cudownie uśmierzając ból, który niechybnie nastąpiłby przy wykonywaniu takiej operacji „na żywca”.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Elsa de Rousvelt

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 530
Dodatkowo : pół-wila
  Liczba postów : 232
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7604-elsa-yvette-de-rousvelt
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7607-zwierciadelka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7609-elsowa-poczta
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7651-elsa-de-rousvelt
Lustrobójcze harpie QzgSDG8




Gracz




Lustrobójcze harpie Empty


PisanieTemat: Re: Lustrobójcze harpie   Lustrobójcze harpie EmptySob Sie 30 2014, 00:28

Gniew harpii nie był niczym przyjemnym - ani dla otoczenia, ani dla wili. Nieludzkie odczucia kłóciły się z ludzką naturą i z łatwością prowadziły do wyrzutów sumienia i wahań, które ściągały przebieg spraw na destrukcyjny tor. Utrata kontroli prowadziła do momentalnego zaprzepaszczenia szans, roztrzaskiwała w drobny mak resztki sił i chęci dążenia do celu. Rousvelt także nie akceptowała tej strony swojego istnienia. Odgradzała się od niej grubym murem. Pytanie jednak, czy dało się postawić wystarczająco wytrzymałą barierę? Im bardziej próbowała odciąć się od swojej natury, tym gorzej kończyła. Półśrodki były skuteczne tylko na początku, potem ich efektywność spadała. Działanie ustępowało, dając harpii pole do popisu. W miarę możliwości uciekała, odcinała dopływ bodźców, bez względu na okoliczności starając się zachować pozycję wygranej, gnała jak najdalej, aby tylko wyładować się na przypadkowym przedmiocie, jaki wpadał jej w ręce. Na swoje nieszczęście często trafiała na lustra. Owładnięta sprzecznymi emocjami poruszała się instynktownie, nie dostrzegając transu, w jaki wpadała. Nienaturalnie szybko, choć stopniowo, traciła piękno i oddawała się absurdalnej złości, która żywiła się zbyt jasnym i gorącym płomieniem, przeradzając się w prawdziwą furię.

Eksplozja, gdy tańczyła dziko, nie zauważając braku sztyletu w dłoni, orając gładkie powierzchnie luster swoimi szponami, burząc ich przejrzystość i pozbywając się odbicia. Czy było prawdziwe? Jego wspomnienie wzdychało teraz wśród błyszczących odłamków, układających się w stosy. Elsa konsekwentnie dorzucała do nich swoje obawy i cierpienia, dorzucała Reyesa i lunarnych, którzy zabrali jej Lesley. Nawet wspomnienie przyjaciółki nie zatrzymało harpii, nie dało chwili wahania ani wytchnienia, skalane brudnymi emocjami. Zginęło, rozbite przez twór, który nie powinien oglądać światła dziennego.

Implozja, gdy harpia usypiała, wyczerpana i wypalona do cna, pozostawiając po sobie wszystko, co kryło się pod powłoką złości. Dopiero od tego momentu zaczynało się prawdziwe cierpienie. Oddech nie spowalniał. Przyspieszała go panika, rosnąca razem z rozpaczą, nieuniknioną i całkowicie uzasadnioną. W najgorszych momentach nie pamiętało się tylko o jednej czy dwóch doznanych krzywdach, które rozpoczęły cały proces, wyzwalając furię. Wtedy droga była tylko jedna - w sam środek lawiny, która każde najmniejsze draśnięcie przeistaczała w bliznę.

Podaj mi cenę piękna. Pomóż pozbyć się drzazg. Powiedz, jak daleko mamy do dna.

Nie potrafiła określić, czego żałowała i co zwiększało wyrzuty sumienia. Miała pretensje do siebie, za uleganie słabościom, za zaufanie, którego miała się wystrzegać, za pomylenie spisku z upragnionym szaleństwem. Wypaliła nienawiść. Teraz była jedynie marnym dymem z kadzidła, rozproszonym w powietrzu, wśród mocniejszych woni. A mimo tego wiedziała, że wróci, gdy tylko na horyzoncie pojawi się Reyes. To ta świadomość była w tym momencie, w połączeniu z rozpaczą, najbardziej raniąca.

Naucz mnie chodzić po rozżarzonych węglach.
Idę po krzywiznach, ześlizgując się ze stromych stoków. Ile warte są moje obietnice?


Obiecywała sobie wiele, jednak gubiła swoje przysięgi po drodze, tracąc kolejne priorytety na rzecz złudnego szczęścia. Powinna się spodziewać, przewidzieć, że nie zdobędzie go tak łatwo. Dała się złapać, nie widząc sznurka przynęty. Nawet gdy był szarpany mocno i energicznie nie mogła wybudzić się z pogoni za chwilą ciepła. Pragnienie było zbyt wielkie, aby mogła je powstrzymać i być może to właśnie ono zagłuszało rozsądek, kiedy najbardziej go potrzebowała. Tym razem składała sobie kolejną obietnicę. Odciąć się od Reyesa. Odciąć myśli od Reyesa. Musiała znaleźć na to sposób.

Jak wiele słabości może pomieścić harpia? Jak wielką słabością jest sama harpia?

Kolejny raz wpadła w błędne koło. Nie chciała zmieniać się w harpię i unikała tego, walcząc z własną naturą, aby w końcu wybuchnąć i zrobić nowe wyrzuty sumienia. Ulegała słabościom, ale nie potrafiła zrozumieć, że odkładając nieuniknione, ściągała na siebie więcej nieszczęścia. Szamotała się, choć nie miała na to siły. Wypierała myśl, że może być słaba. Być może to wszystko nie byłoby takie złe, może nie stawałoby się bagnem, gdyby nie pojawiło się zwątpienie. Gubiła się w zeznaniach i nie wiedziała, w co wierzyć.
Rience'a zauważyła dopiero, gdy chwycił jej nadgarstki. Westchnęła mimowolnie, czując pod naciskiem jego dłoni szkło, wwiercające się boleśnie w ręce. Nawet jego ostrożność na niewiele się zdała - sposób, w jaki obeszła się z lustrami pozostawił po sobie mnóstwo odłamków luster. Opuściła głowę, nie chcąc czuć więcej słabości. Dopiero gdy uporała się z pierwszą falą bólu, uniosła brodę do góry, wpatrując się w Krukona przytomniejącym wzrokiem. Nie potrafiła skupić myśli wystarczająco skutecznie, aby odpowiedzieć, lecz wciąż trzymała różdżkę, ostatkiem sił trzymając się chorobliwej myśli - rozbić lustra. Chciała pozbyć się wszystkich, usunąć odbicia, które jej piękno zbezcześciły wizerunkiem harpii. Utkwiła spojrzenie w przeciwległej tafli, nie rejestrując nawet zaklęcia znieczulającego. Uniosła delikatnie dłoń z różdżką, układając usta do szeptu, który miał wyinkantować Bombarda, lecz zamiast tego przerodził się w jęk bólu, gdy odłamki szkła zaczęły opuszczać jej ciało, uwalniając jeszcze więcej krwi. Załkała cicho, opadając w ramiona wila, niezdolna do niczego innego. Nie zauważyła, kiedy różdżka wypadła jej z dłoni. Nie miała też pojęcia ile tak przeleżała - czy było to kilka sekund, czy kilka godzin. Czuła swoje ciało. Ludzkie ciało. Bez szponów. Nieprzyzwoicie piękne. Bezcenne?
Podniosła się, odpychając z wysiłkiem od ramion Rience'a, jednak nie odsunęła się. Przenikliwym wzrokiem badała jego tęczówki, z rosnącym przerażeniem i zafascynowaniem stwierdzając, że widzi w nich ojca. Nie potrafiła dokładnie sprecyzować tego uczucia. Pewnie mieściło się w ramach uroku wil, z którym Elsa miała do czynienia tylko w swoim przypadku, nie licząc wspomnień z myślodsiewni. Ile razy przypatrywała się rodzicom, których projekcje nie mogły zareagować na jej potrzebę porozumienia? Kolejne wieki wpatrywała się w oczy Hargreavesa, nieskrępowanie i uważnie.

Wiedz, że szaleństwo może być dobre. Szukaj duszy w spojrzeniach.

- Dlaczego? - zapytała tylko, zawierając w tym pytaniu wszelkie kwestie, które ją nurtowały. Nieważne, że nie mógł ich zrozumieć. Musiał znaleźć swoją odpowiedź na to pytanie. Tak, jak fascynowała ją historia rodziców, której nigdy nie opuszczała, tak nic nie można było poradzić na to, że stał się nowym obiektem jej zainteresowania. Chciała poznać jego historię i mierzyć miarą szaleństwa, które zakiełkowało w niej już dawno, jednak potrzebowało światła, aby się rozwinąć.

nie pamiętam jaka, ale była parzysta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Rience Hargreaves

Mieszkaniec Londynu
Rok Nauki : X
Wiek : 24
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 2879
Dodatkowo : pół-wil, szukający
  Liczba postów : 763
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9116-rience-hargreaves
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9127-rience-owe-relacje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9130-sowa-rienca
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9128-rience-hargreaves
Lustrobójcze harpie QzgSDG8




Gracz




Lustrobójcze harpie Empty


PisanieTemat: Re: Lustrobójcze harpie   Lustrobójcze harpie EmptyNie Sie 31 2014, 12:01

Był całkowicie pogrążony w tym co robił. Nigdy wcześniej nie odczuwał tak wyraźnie niechęci ku zatrzymaniu się, do schwycenia okazji w dłonie i napawaniu się jej ostrymi brzegami, którymi rytmicznie obijała się o jego palce, mając jeszcze nadzieję na znalezienie drogi ucieczki. Nagle znowu czuł, że to jest ten moment, w którym pakuje walizki, nawet mimo tego, że przecież dopiero co je rozpakował. Był gotowy na to, aby po raz kolejny wyciągnąć je spod łóżka i zapełnić, nie powoli i gnuśnie, a nagle, łapczywie, gwałtownie. Byle szybciej, byle teraz, aby móc zaraz zniknąć. Nie czekać na to co może się przydarzyć w trakcie pakowania. Czy ktoś by może spróbował go zatrzymać? Nie zastanawiać się nad tym czy to właściwa decyzja. Żyje się tylko raz. Odejść stąd, byle dalej, byle prędzej, wprost w miejsce, w którym nie musiałby osiągać kolejnego etapu szaleństwa. Zagubiony stał się naznaczonym, mieszkańcem splugawionego miasta, potępionym przez swych braci i siostry, znanych umysłowi jedynie w tym konkretnym wydaniu, postrzeganych już wręcz jako oprawców. Niekiedy jedynym sposobem, aby pójść o krok dalej jest śmierć, a on przecież nie chciał umierać. Chciał umieć się dostosować i poczuć akceptację, której potrzeba była w nim potężnie zakorzeniona, a jak miał to zrobić, gdy ciągle to robił? Pakował walizki i umykał przed innymi. Uciekał przed światem, łudząc się, że w ten sposób zapewni sobie lepszą egzystencję, jeśli nie na poziomie materialnym to mentalnym. W końcu komfort duszy jest jednym z tych, które najtrudniej osiągnąć, ale kiedy już uda się go uzyskać, następuje całkowite pogodzenie się. Ze sobą, ze światem, z ludźmi.

Take my hand and let's end it all,
Broke her little bones.
On the boulders below,
And while she fell I delightfully said...


Czy potrafiłby to zrobić? Po raz kolejny spakować te pierdolone walizki i opuścić kobietę na fotelu stojącym w zasięgu światła nocnej lampki? Po raz któryś już z rzędu być tak obrzydliwym i obmierzłym w swoim egoizmie? Wzbić się na wyższy poziom autofilii, dogłębnie zatracić się w sobkostwie. Delikatne struny na harfie jego przyjemności zadrgały nieznacznie. Czemu by nie? Po raz kolejny spakować walizki. Dobrze, niechże i tak będzie. Nie potrzebował innych ludzi do tego, aby odczuwać w życiu szczęście. Miał siebie, a to wystarczało każdemu egocentrykowi. Szkaradny w swojej wyrafinowanej ambrozyjności. Niebiańsko ujmujący, perfekcyjnie upiorny. Czy był czymś więcej niż jedynie kolejnym pyłkiem na drodze Merlinowego planu? Jednym ruchem różdżki można było strącić jego anielskie oblicze, odsunąć je w głąb świadomości, aby móc podziwiać ohydę jego prawdziwej natury. Szponiastą harpię, gotującą się ze wściekłości, gotową do tego aby krzywdzić i dogłębnie oszpecać wszystkich znajdujących się w zasięgu zakrzywionych palców.
Wstręt. Do siebie, do niej. Do ojca. Do rodzeństwa, do wszystkich ludzi, których mijał na ulicy. Do swojego oblicza.
Chciałby umieć zatrzymać jej ręce na długo.
Chciałby umieć powstrzymać ruchy różdżki.
Chciałby umieć zaniechać duchowego wspierania jej postępowania.
Ale nie potrafił.
Chciał rzucić się w stronę bladej tafli.
Chciał zatopić w niej dłonie.
Chciał, aby i z niego zaczęła uchodzić krew.
Ale nie mógł na to pozwolić.
Powstrzymując jej nadgarstki czuł się tak, jakby popełniał zbrodnie. Nie tylko w stosunku do Elsy, a raczej w stosunku do siebie. Nie rozumiał czemu to robiła. Czemu rozbijała dziesiątki zabytkowych luster? Czy tak samo jak on nienawidziła tego oblicza, jakie właśnie jej ukazały? Może gdyby kiedykolwiek zaakceptował to kim się urodził, potrafiłby w tym momencie przycisnąć jej jasną głowę do posadzki i nie zważając na to, że orze jej pięknym policzkiem po szkle, wrzeszczeć na nią. Skrzyczeć ją za zachowywanie się tak nieodpowiedzialnie w stosunku do swojej świątyni. Niewyobrażalnie uroczej i pięknej, której pożądali nawet najbardziej wstrzemięźliwi. Nawet on.

Lalalalalalalala lie lie lie

Poczuł ukłucie w okolicach serca, gdy i do jego uszu, ukrytych pod falami jasnych włosów dotarł jej jęk. Po raz kolejny dostrzegł w sobie oprawcę, ale tym razem nie mógł się powstrzymać. Powoli oczyszczał jej dłonie i przedramiona. Warstwy jasnej, pokrytej krwią skóry. Może ją też tak zabił? Brutalnie pragnąc wyjścia na świat skalał jej łono? Pamiętał, że jeszcze wiele lat po jego narodzinach była słaba. Okupowała okoliczne fotele w taki sposób, jakby była sępem przysiadającym na pierwszym z brzegu obiekcie nadającym się do tego i obserwującym czy to już ten moment kiedy zatapia dziób w padlinie. On był mordercą czy to jego brat ją zabijał?
Wpatrzył się w jej jasne oczy i ich spojrzenia się skrzyżowały. Wiedział kogo widział w tych oczach, ale za żadne skarby nie chciał tego do siebie dopuścić. Nie zniósłby tego, gdyby to w sobie zaakceptował. Coś w jego spojrzeniu zgasło, zupełnie tak jakby tlące się w nim życie nagle się ulotniło, pozostawiając jedynie martwy kamień, znów okrutnie urokliwy, naznaczony diabelskim nasieniem jego ojca i genów, których posiadania nigdy nie chciał zaakceptować.
- By diabeł mógł się uśmiechnąć... - odpowiedział, interpretując wszystko we własny sposób, gdy kolejnym ruchem różdżki odsunął od nich ostre fragmenty szkła, aby jakimś nieopatrznym ruchem nie doprowadzili do kolejnego rozlewu krwi. W tej sali doszło już do tego zbyt wiele razy, niekoniecznie dosłownie.
Nie potrafił nad sobą zapanować. Jakże mógłby umieć to zrobić, gdy kolejne zaklęcie, tym razem leczące wydobywało się spomiędzy jego warg, a spojrzenie znów zostało przyciągnięte do jej pięknych oczu? Mamo… chciałby móc rzec.
Opuścił różdżkę, kierując jej koniec do swojej kieszeni i jakby zahipnotyzowany, skierował dłoń ku miejscu, które dopiero co krwawiło. Przesunął opuszkami szczupłych palców wzdłuż zaschniętej stróżki posoki, a potem, nie zastanawiając się nad tym co robi, powtórzył ruch, którym wielokrotnie raczył swoją matkę nim jeszcze uciekł, łamiąc jej serce z taką łatwością, jakby to była krucha, wyschnięta gałązka. Uniósł dłoń Elsy i musnął wargami jej wnętrze, bardzo dobrze świadom tego, że może nią teraz machnąć i zrobić mu krzywdę. Był jednak na to gotowy, bo cena za tę chwilę była zbyt nieoceniona, aby przejmować się jednym uderzeniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content

Lustrobójcze harpie QzgSDG8








Lustrobójcze harpie Empty


PisanieTemat: Re: Lustrobójcze harpie   Lustrobójcze harpie Empty

Powrót do góry Go down
 

Lustrobójcze harpie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: Lustrobójcze harpie QCuY7ok :: 
retrospekcje
-