Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Magiczne szachy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość


avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : I
Wiek : 22
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -2
Dodatkowo : metamorfomagia
  Liczba postów : 524
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5106-dahlia-e-slater
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5109-czesc-jestem-dahlia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5108-sowka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7187-dahlia-e-slater




Gracz






PisanieTemat: Magiczne szachy   Wto Maj 21 2013, 20:11


Magiczne szachy

W parkowym zaciszu możesz odbyć najbardziej emocjonująca partię szachów w swoim życiu. Te magiczne figurki będą słuchały każdej Twojej komendy i przesuwały się po planszy zgodnie z Twoim życzeniem. Brak Ci partnera do gry? Po prostu zajmij miejsce przy białych figurkach i wykonaj ruch, a czarne figurki same zaczną się przemieszczać i bynajmniej, nie będzie łatwo Ci ich pokonać!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Nathaniel Briggs

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Skąd : Londyn, Wielka Brytania
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 56
Dodatkowo : wilkołak
  Liczba postów : 56




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Wto Lut 04 2014, 01:37

Nathaniel nie spodziewał się zupełnie listu od swojego przyjaciela. Nie to, żeby ten o nim zapominał i w ogóle do niego nie pisał, chociaż fakt, że ostatnimi czasy się nie odzywał i najwyraźniej zajęty był swoimi sprawami. Problem tkwił jednak w treści wiadomości, które Ślizgom otrzymał. Raczej niezbyt często dostawał bowiem prośby o przyrządzenie jakiegoś trującego eliksiru. Może i jak na swój wiek, wykazywał pewną smykałkę do mieszania różnego rodzaju składników, jednak jego umiejętności nie obejmowały jednak jeszcze zbyt wielu niebezpiecznych cieczy. Poza tym, chłopak nie do końca był przekonany do tego całego planu Villiersa. Szczerze mówiąc, wolał nie mieszać się w sprawy pomiędzy jego rodziną, znajomymi czy kimkolwiek innym. Wiedział, że Casper, gdyby miał możliwość, sam przygotowałby odpowiedni roztwór. A skoro prosił o to jego, chciał go wciągnąć w jakieś brudy, których Briggs wolałby uniknąć. Nie był może specjalnie wrażliwy na krzywdę innych, ale pakowanie się przez niego w kłopoty musiało mieć jakiś sens. Mógł działać w ten sposób w szeregach lunarnych, ale nie szykować każdemu, kto go o to poprosi, truciznę. I gdyby to nie był Casper, Nate z pewnością by odmówił, a tak… musiał świecić oczami i chociaż udawać, że chce mu pomóc.
Po przemyśleniu całej sprawy wziął się zatem za przygotowanie eliksiru. Przypomniał sobie znajomą recepturę, a następnie zamienił kilka składników tak, aby w rzeczywistości mikstura nie wywołała żadnego skutku, a przynajmniej nie takiego, jakiego spodziewał się jego przyjaciel. Prawdę mówiąc, Nathaniel był przekonany o tym, że ostatecznie Villiers i tak mu podziękuje za to wymianę – chyba nie do końca bowiem zdawał sobie sprawę z tego, co chce uczynić. Po kilku godzinach żmudnej pracy dziewiętnastolatek był gotowy do wyjścia. Udał się zatem z karafką w kurtce do Hogsmeade, by później skierować się w stronę miejsca, gdzie umówił się ze swoim przyjacielem na spotkanie. Usiadł sobie na większym kamieniu leżącym niedaleko szachownicy i czekał, przeklinając w duchu Ślizgona za jego spóźnienie. Nie zamierzał jednak ruszać stąd tyłka, dopóki nie zobaczy kumpla na horyzoncie. Mimo wszystko, był ciekawy jak rozwinie się sytuacja. Liczył także na nieco szersze wyjaśnienie problemu, bo w liście, niestety, Casper niewiele mu przekazał. W międzyczasie, z nudów, wyciągnął z kurtki karafkę i zaczął stukać palcami o szkło, upajając się tym dźwiękiem i wystukując znajome chyba tylko sobie melodie. No dobra, tak naprawdę próbował wystukać rytm jednej z piosenek Fatalnych Jędz, ale że jego uzdolnienia w dziedzinie artystycznej wołały o pomstę do nieba, do niestety nijak nie przypominał on jakiekolwiek utworu tego ponadczasowego zespołu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Casper Villiers

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 25
Skąd : Anglia, Cambridge
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1292
  Liczba postów : 1621
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5219-casper-villiers
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9145-nowy-poczatek-jest-koncem-czy-jeszcze-nie#256103
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9144-nowa-sowa#256102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7167-casper-villiers#204308




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Wto Lut 04 2014, 12:19

Jego matka zginęła w wypadku, katowana wcześniej przez ojca żyła w domu pełnym agresji i pierdolonego zapewniania, że miłość istnieje. Jak dobrze, że Casper nie wierzył w kłamstwa. Zginęła jego była żona... Zginęło dziecko, syn... Roczny ktoś, kto po tym jak nauczył się chodzić był zmuszony położyć się na wieczny sen, o ile to będzie sen. Bo przecież nikt z nas wie co jest po drugiej stronie. Casper zajrzał w nie jeden kieliszek, opróżnił nie jedną butelkę. Od chwili otrzymania tej informacji nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Nie wiedział. Wszystko było abstrakcją. Stracił część siebie. Po raz kolejny. Już teraz została z niego garstka czegoś, czego nikt nie chciał oglądać. Już nikt nie powinien chcieć go znać i zatrzymywanie kogokolwiek wydawała mu się niewłaściwa. Każdy go zdążył wychujać. Każdy zdążył udowodnić, że bycie Villiersem wcale nie oznacza zwycięstwa, choć jak sam twierdził do zwycięstw był stworzony. Nie wyszedł mu związek. Sprawa dość prosta. Nawalił podwójnie, bo ją zostawił choć na chwilę. Jego kumpel tak dobry, po prostu zadbał o nią dość czule i oto teraz dziewczę miało przed sobą brzuch... Brzuch, który katował całą trójkę, choć ktoś z tej trójki powinien poczuwać się do szczęśliwej roli rodzica, ale nie Casper. Casper nienawidził tego dziecka, nienawidził Kaia, nienawidził cząstki siebie, która zaprosiła CoCo do tańca, która zaprowadziła ją do łóżka. Nienawidził tej cząstki w sobie, która nie pozwalała mu jej strącić w przepaść i ochrzcić dziwką. Nadzieja umierała mu na rękach. Chyba ją kochał, chyba nie potrafił z nią być, ale kazał, pozwolił... Jej odejść. Tak było zdecydowanie lepiej. Wszystkie karty poszły na stół. Wrócił do mieszkania. Jeden, głupi, list. Jego syn nie żył, matka dziecka nie żyła. Jak mógł z tym konkurować? To już konkretnie zniszczyło go po całości. Upadł na kolana, zalał się krwią przebijając się tłuczącą się butelką ognistej whiskey. Zalał się potem, bólem, strachem... Wszystkim czym może zalać się "twardy facet" przed ludźmi. Gorzej już z odbiciem w lustrze. To było kilka słów, które puścił pod skórę... Potem spotkanie z siostrą i szybka decyzja... Chcę umrzeć za niego. - choć ktoś by powiedział, że to niemożliwe. Casper zdecydował się zrobić jedną rzecz... Wybrać sobie śmierć. Nie chciał być zaskoczony... Nie chciał paść ofiarą czegoś niespodziewanego. Niespodzianek miał bardzo dużo w życiu. Romans z Puchonką, dziecko z Puchonką, małżeństwo, bo tak. Rozwód bo tak. Ona anorektyczka, on wyrzucający plik marzeń do kosza, bo zrezygnował ze stypendium, z wyjazdu. Zdecydował się brać siłę z ostatniej studni, która mu została. Potem konflikt z siostrą, potem strata kumpla... Potem kolejna śmierć. Już matki. Straty. Same straty. A on nadal musiał stać, trzymać się tych pierdolonych barierek, choć Bóg mu świadkiem, że wyskoczyłby za nie, gdyby tylko mógł. Brakowało mu odwagi, czuł niezrozumienie, czuł strach, że nie ma do kogo mówić. A teraz wpadł na tak genialny pomysł. Nadszedł czas, zatrzymał się w jego głowie zegar. Nie chciał dalej iść. Chciał umrzeć za niego. Za rocznego ktosia... Za roczne dziecko. I wybrał truciznę... Wybrał coś, co wyżre go od środka. Bo chciał, aby najpierw zmarła ta ostatnia garstka, którą zostawili mu do przetrwania. Najpierw ona... Potem bezwładne ciało. Wybrał... Ale nie potrafił bawić się tym sam, jeszcze by coś spierdolił. Tą ostatnią rzecz zamierzał rozegrać idealnie. Kilka listów, że niby luz. Kilka sytuacji, że niby ok. Krótki list do Nathaniela i decyzja... On mu załatwi. Kilka kłamstw o tym, że właściwie to dobrze się składa, że zemsta... Prawda jest taka, że nie miałby teraz siły by unieść na kogoś rękę.
Ale wyznaczono mu termin. Być może to jego ostatnia trzecia w nocy. Nie patrzył na Hogsmeade jak na wspaniałą krainę, którą opuszcza, widzi ostatni raz. Nie zostawił listów... Głównie dlatego, że nie miał się z kim żegnać. Wszyscy zdążyli odejść czy to do trumn, czy to w objęcia kogoś, kto jest lepszy. Kurewski smutek? Nie. Kurewski ból... Rozrywało to nerwy, serce, wszystko, co można było rozerwać było właśnie rozpierdalane.
Szedł szybko. Mróz szastał jego ciałem... Pokaleczone dłonie, na których gościły strupy zostały wciśnięte w kieszenie kurtki. Zasługiwał na ból, nie dbał już o nic.
Pojawił się spóźniony, bo jeszcze gdzieś w środku czekał na nawrót. Ale nic nie wróciło. Decyzja wciąż była ta sama. Zobaczył Natha. Nie trudno go rozpoznać.
- Siema. - Wychrypiał pochylając się nad przyjacielem, by podać mu dłoń. Bo przywitanie, w postaci pożegnania było dobre. - Masz to o co Cię prosilem? - Wyrzucił z siebie. Nie był naturalny, był sztuczny, jakby połknął kij, albo całe milion kijów. Jakby ktoś zniszczył wszystko... I tak.
On chciał tylko umrzeć za niego. Skoro i tak żył już tylko na niby.
No daj mu to. Niech się już skończy to przedstawienie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Nathaniel Briggs

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Skąd : Londyn, Wielka Brytania
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 56
Dodatkowo : wilkołak
  Liczba postów : 56




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Wto Lut 04 2014, 18:12

Gdyby tylko Nathaniel wiedział, co dzieje się w życiu jego przyjaciela. Ten jednak ostatnio niewiele mu mówił, być może nawet nie dlatego, że nie miał do niego zaufania. Pewnie sam sobie z tym wszystkim nie radził i nie sądził, by zwykła rozmowa mogła pomóc w rozwiązaniu jego problemów. Młodego Briggsa także dopadało takie uczucie, choć musiałby przyznać, że nigdy nie zetknąć się z tak przykrymi sytuacjami. Każdy miał kłopoty, jednak te, z którymi borykał się Casper były wyjątkowo paskudne. Dlatego nie należało chyba mu się dziwić, że był w rozsypce. Obwiniał siebie o wszystko, co stało się w jego życiu. Wydawało mu się, że to on zasługuje na ból i powinien odkupić winy. Zapomniał jednak, że tylko niektóre z problemów były wynikiem jego niefortunnych decyzji, inne były sprawką losu lub osób trzecich. Nate wyczuwał, że dzieje się coś niedobrego. Chociażby z tego względu, że widział parę razy Coco na korytarzu. Nie było w jej towarzystwie Villiersa, natomiast kręcił się jakiś inny gach. On jednak nie doceniał w tym momencie powagi sprawy. Patrzył przez pryzmat swojego związku z Holly, który może nie był idealny, ale jednak jakoś zawsze do siebie wracali. Nawet, jeśli któreś pocieszyło się w ramionach innego. To było dziwne, ale kto wie, może zarówno panna Lynd, jak Briggs, wychodzili z założenia, że jakiego grzechu nie popełniliby w szkole czy na studiach, i tak kiedyś spędzą razem całą resztę życia. Mimo iż teraz nie byli wobec siebie w porządku, zdawali sobie sprawę z tego, że są sobie potrzebni, choć Nathaniel nigdy nie chciał się do tego przyznać. Udawał, że swój związek traktuje po prostu jak miraż, zachowywał się jak szczeniak, starał się, by wszystko wyglądało tak, jakby niewiele go obchodziło. W rzeczywistości był jednak o wiele bardziej wrażliwym mężczyzną, niż mogłoby się wydawać postronnym obserwatorom. Nie przeżyłby, gdyby Holly stała się jakaś krzywda. Tak samo troszczył się o swoich przyjaciół. Może i nie miał ich wielu, ale ci, których miał, naprawdę mogli na niego liczyć zawsze. Tak jak teraz Casper. On chyba jednak jeszcze nie do końca rozumiał, na czym miała polegać rola Briggs w tym całym przedstawieniu. Nate zgodził się przecież podać mu rękę, ale nie w taki sposób, jaki ułożył sobie w głowie młodszy Ślizgon. Nathaniel nie zamierzał pozwolić mu nikogo zabić, a już tym bardziej, gdyby był pewien, że chodzi tu o niego, popełnić samobójstwa. Był pewien, że Casper będzie na niego wściekły z powodu spreparowania eliksiru, ale wierzył też, że po czasie zrozumie, iż to było dla jego dobra.
-Siema. – mruknął w odpowiedzi na to ponure przywitanie i podał chłopakowi rękę. Błagam, każdy, kto zobaczyłby go w tej chwili zwietrzyłby tę nieszczęsną aurę, która rozpościerała się dokoła niego. Pewnie w tej chwili wypadałoby go przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale niestety, to nie było w stylu naszego wilkołaka lunarnego. Ten obserwował tylko uważnie każdy najmniejszy, z pozoru nic nieznaczący gest Villiersa, zupełnie tak, jakby z jego ruchów chciał wyczytać, co go martwi. Nie był jednak legilimentą, a ta sierść, kły i pazury, które mógł przyodziać, akurat w tej sytuacji zdawały się w ogóle nie mieć znaczenia. Westchnął więc tylko ciężko, słysząc pytanie przyjaciela.
-Tylko tyle masz mi do powiedzenia? Męczyłem się z tym gównem przez kilka godzin. Liczyłem na jakieś bardziej zrozumiałe wyjaśnienie, niż to, co napisałeś mi w liście. – pozwolił sobie skomentować zachowanie osiemnastolatka, który faktycznie nie był wiarygodny w tym, co mówił i czynił. Cholera, po co on w ogóle ciągał go po nocy z jakimś trującym eliksirem? No, w założeniu, bo ten tutaj nie zrobiłby krzywdy nawet chomikowi. Nathaniel był, na szczęście, przygotowany na jeszcze głupsze decyzja Caspra, a wykorzystanie przeciwko komukolwiek trucizny z pewnością nie należało do najlepszych rozwiązań. No chyba, że jakiejś szuji naprawdę by się należało, ale wtedy to Briggs musiałby tę szuję poznać. W ciemno nie przykładał rąk do morderstwa. Nie chciał się później budzić z rękoma splamionymi krwią. To nie szekspirowski dramat.
-Przemyśl to jeszcze. – dodał po chwili już spokojniejszym głosem, podając Villiersowi karafkę. Nie spuszczał jednak z oczu jego dłoni. Zerkał także na jego mimikę twarzy. Wytężał słuch, by usłyszeć jakąś wskazówkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Casper Villiers

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 25
Skąd : Anglia, Cambridge
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1292
  Liczba postów : 1621
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5219-casper-villiers
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9145-nowy-poczatek-jest-koncem-czy-jeszcze-nie#256103
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9144-nowa-sowa#256102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7167-casper-villiers#204308




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Wto Lut 04 2014, 23:02

Casper nie lubił opowiadać o sobie nikomu. To było niepotrzebne. W porządku, mógł mieć bliskich, ale nie najbliższych i nie urągał tutaj Nathanielowi. Pewne rzeczy trzeba było zostawiać dla siebie, co z niego byłby za facet gdyby otwarcie wszystkim sprzedawał swoje historie, za którymś razem ktoś po prostu stwierdziłby, że on rzeczywiście nie nadaje się do życia, ktoś poleciłby psychiatrę, ktoś poleciłby avadę... Tylko na tyle stać ludzi. Czasem... Czasem to wszystko wydaje się zbyt namacalne. Tak jak teraz, Casper potrafił po prostu wstać, pójść kilka kroków do przodu i znów upaść, za którymś jednak razem potrafił już przejść większy kawałek, aż w końcu uginać się tylko pod własnym ciężarem. Szkoła życia, szkoła picia uścisku Merlina i innych alkoholi w szerokim towarzystwie. Tworzył tych ludzi, a Ci ludzie tworzyli go. Nigdy nie szukał takiej miłości, jaka towarzyszyła Nathanielowi. Nie potrzebował wciąż wracać i wracać, nie szukał ostoi. Ale gdy poznał bliżej CoCo, pewne rzeczy się zmieniły. W jego głowie nastąpiła zmiana wartości, bo chciał tylko sprawić, by czuła się bezpieczna. Tylko tyle, tylko przez jakiś czas, gdzie on by mógł coś zdziałać. I im bardziej się starał, tym bardziej wszystko wypadało mu z rąk, aż w końcu doszedł do momentu, w którym nie panował nad tym w ogóle. Chciał ciskać gromami we wszystkich i wszystko... Śmierć dziecka przesądziła o wszystkim, nikt nie pytał go oto czy chce z nim spędzać więcej czasu. Został osądzony jako były mąż Cassandry, nie jako ojciec, bo ona zadbała oto, by nikt za ojca go nie uważał. Dopiero kilka dni temu, dopiero kilkanaście dób temu... Właściwie. Pozwoliła mu na bycie bliżej syna. Miała obsesję, pragnęła go blisko siebie, targowała dzieckiem. Casper nie akceptował takiego targu, więc oddalał się, choć jednocześnie dryfował gdzieś obok, teraz już nie miał wobec czego dryfować i gdyby ktoś go zapytał czy wróciłby do niej, żeby uchronić to życie... Odpokutowałby. Gdyby tylko ktoś postawił mu cennik... Ale nikt tego nie zrobił. Po prostu wszystko się stało. Kilka listów i już wiedział wszystko. Bo ludzie ostatnio byli fanami mówienia o uczuciach przez listy, bo nie muszą wtedy patrzeć na drugą osobę, a przykre wiadomości przebijają się przez papier jak każda normalna wiadomość. I nikt... Nie musi tego przeżywać z Tobą. W końcu jesteś sam, przecież koperta jest zaadresowana do Ciebie i bierzesz tą treść do serca, bo nigdzie indziej nie ma dla niej miejsca. Casper zrobił to samo. Wziął to wszystko do siebie, mocno ścisnął. Zadecydował bowiem, że czas umrzeć za syna... I dla syna. Nie był dobrym człowiekiem, zniszczył temu małemu życie. Gdyby tylko przez chwilę był dorosły... Ale cały czas był poniżej siedemnastego roku życia. Tak mentalnie mały, że uciekł, bo tak wygodniej, bo nie kochał nigdy Cassandry, bo wszystko się rozpieprzyło i samotność wydawała się bardziej nęcąca. Gdyby tylko wiedział, gdyby tylko na chwilę ktoś pozwolił mu zajrzeć w przyszłość walczyłby. Do samego końca.
Zatem komu miał mówić o tym co czuje? "Cześć jestem Casper. Mam syna, którego nie mogę mieć. Mam dziewczynę, z którą nie mogę być. Cześć jestem Casper i nie chcę sobą być..." Czy tego od niego oczekiwali? Zatem dlaczego to wszystko było takie trudne? Westchnął, zaprawdę nie wiedział jak ma dojść do kłamstw, w które uwierzyłby Nathaniel, bowiem jak kolejny raz miałby to zrobić... Złapał się na tym, że zaczyna się denerwować, więc tylko uśmiechnął się krzywo do przyjaciela.
- Serio nie chcę Ci robić przejebu, więc ustalmy, że nie było dzisiejszego spotkania. - rzucił luźno wyciągając ręce po karafkę. - Już przemyślałem stary. To ta rzecz, którą powinienem zrobić już dawno. - Rzucił zgodnie z prawdą. Ten jeden raz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Nathaniel Briggs

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Skąd : Londyn, Wielka Brytania
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 56
Dodatkowo : wilkołak
  Liczba postów : 56




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Sro Lut 05 2014, 01:41

Akurat pod tym względem Nathaniel rozumiał Villiersa jak nikt inny. On także nie lubił mówić o sobie. Prawdę powiedziawszy, trudno było mu znaleźć prawdziwych przyjaciół, a już tym bardziej takie relacje utrzymać. Nie potrafił bowiem nikomu w pełni zaufać. I pewnie, gdyby nie Holly tkwiłby w tej próżni do końca życia. Nawet Casprowi nie mówił o wszystkim, dlatego też nie miał mu za złe tego, że on nie wyjawił mu swoich problemów. Traktował go jednak jak przyjaciela, tak mu się wydawało, i gotowy był mu pomóc, jeżeli tylko pozna prawdę. Nie sądził, że to wszystko, co działo się ostatnimi czasy w jego życiu było takie popieprzone. Nie mógł także zagwarantować, że znajdzie rozwiązanie. Ale mógł zapewnić swoje ramię jako wsparcie, kiedy młodszy Ślizgon będzie upadał. Mógł upić się z nim do nieprzytomności, mógł zbierać jego zwłoki każdego dnia, dopóki ten nie zacznie widzieć sensu swojego istnienia i dopóki nie weźmie się w garść. Nie miał pojęcia czy to na tym polega przyjaźń. Wiedział jednak, że za nic w świecie nie pozwoliłby podjąć Villiersowi takiej decyzji, jaka przyświecała mu w ty momencie. Umrzeć za kogoś? To nie miało żadnego sensu. Jego ofiara i tak niczego by nie zmieniła. Nie uratowałaby jego syna, nie pozwoliła powrócić do przeszłości. Samobójstwo, wbrew pozorom, było rozwiązaniem najprostszym i najgorszym. Tak, właśnie, pójściem na łatwiznę. I Casper także na pewno myślał teraz, że najlepiej będzie jak umrze, bo nie będzie musiał męczyć się z błędami z przeszłości, ze wspomnieniami. Powinien jednak, jak mężczyzna, podnieść głowę do góry i zmierzyć się z tym, co przygotował dla niego los. Powinien iść przez życie i zamiast beznadziejnie ginąć, uszczęśliwić jeszcze w przyszłości kogoś innego. Miał w sobie potencjał, jak każdy człowiek. Mógł dokonać wspaniałych rzeczy, a to, że był aktualnie w rozsypce i wcale nie planował tego typu pozytywnych scenariuszy, to już inna sprawa.
Jeżeli zaś chodzi o szukanie miłości, i w tej kwestii Briggs i Villiers niewiele się różnili. Nathaniel także nie myślał nigdy o tym, że będzie w stanie do kogoś tak bardzo się przywiązać. Wyrastał w przekonaniu, iż jest jedynie naśladowcą swojego ojca, że przyjdzie mu wszelkimi metodami walczyć o cele przodków i że tak naprawdę jego sprawy nie mają żadnego znaczenia. Wydawało mu się, że jest kimś, kto nie może i nie potrafi nikogo obdarzyć głębszym uczuciem, a jednak przy Holly stawał się lepszym człowiekiem. Może i nadal nie zaszczepiła w jego sercu takiej wrażliwości, jakiej oczekiwałaby od niego większa część społeczeństwa, jednak pozwalała mu zapomnieć o tej jego ciemnej jak smoła połowie duszy. Była dla niego ostoją nadziei, iskierką, która potrafiła rozbudzić w nim ludzkie odruchy i empatię. To był dowód na to, że każdy, nawet największy nieudacznik czy złoczyńca miał szansę na lepszą przyszłość. Nawet Casper, mimo że póki co nie wierzył, by życie szykowało dla niego jeszcze cokolwiek dobrego. Nie musiał nic mówić. Nate, kiedy patrzył na niego w tej chwili, miał wrażenie, jakby spotkał się z dementorem. Jakby z jego przyjaciela uleciała cała radość z życia, wszystkie przyjemne chwile, które kiedykolwiek spędził, stąpając po tym niewdzięcznym świecie. Nie mógł go tak zostawić, obawiał się, że zrobi coś, czego później będzie żałował.
-Tym bardziej. Kazałeś mi szykować eliksir i fatygować się na spotkanie, które Twoim zdaniem, nie miało w ogóle miejsca. Nie żartuj sobie ze mnie. – mruknął zgryźliwie, mając dosyć już tej gadaniny swojego towarzysza. Nie, nie chodziło o to, że ma gdzieś jego problemy i że nie chce być dla niego oparciem. Wręcz przeciwnie, po prostu nie wiedział, co zrobić, żeby czegokolwiek się dowiedzieć lub żeby odwieść Caspra od planów, które z pewnością przyniosą nieubłagalne skutki. Wreszcie jednak wpadł na pewien pomysł. Nie pozwoli Villiersowi, żeby go od niego odwiódł.
-Nie wiem, po co Ci była ta trucizna, ale to są poważne rzeczy, kolego. Dlatego, przykro mi. Już mnie w to wciągnąłeś. Idę z Tobą. Co musiało się stać, żebyś tak bardzo pragnął odebrać komuś życie… – po tych słowach Nathaniel nie wytrzymał. On sam przez to całe zamieszanie robił się strasznie nerwowy. Każdy przecież wiedział, że dość łatwo można było podnieść mu ciśnienie, a temu Ślizgonowi tutaj wyszło to doskonale. Briggs wyciągnął więc z kieszeni paczkę papierosów i zapalił jednak, po czym poczęstował Caspra. Powinien pewnie zrobić to w pierwszej kolejności, ale w takich okolicznościach miał akurat w głębokim poważaniu maniery i etykietę. Chciał wiedzieć, co jest grane, proste. Chyba niewiele wymagał, biorąc pod uwagę powagę prośby swojego kumpla i fakt, że w ogóle na nią przystał. Villiers wydawał się być jednak w takim stanie, że nie sądził, by cokolwiek mu sprzedał. Mały sukinsyn.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Casper Villiers

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 25
Skąd : Anglia, Cambridge
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1292
  Liczba postów : 1621
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5219-casper-villiers
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9145-nowy-poczatek-jest-koncem-czy-jeszcze-nie#256103
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9144-nowa-sowa#256102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7167-casper-villiers#204308




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Sro Lut 05 2014, 13:15

To takie... Trudne. Prawie jak wszystko, ale czasem już pewnych rzeczy nie przeskoczysz. Casper po prostu nie ogarniał, już nie. Nagromadziło się tu sporo rzeczy, które były niezrozumiałe. Tych kilka osób po prostu wtrąciło go do celi, w której nie było miejsca nawet na to, by swobodnie zaczerpnąć powietrza. Wszyscy wiedzieli czego mają oczekiwać od Villiersa, nie wiedzieli jednak, że on też może mieć jakieś oczekiwania, jakiś powód by odmówić, jakiś powód żeby uciec. Był po prostu nic nie znaczącym facetem, którym można było pomiatać, bo jedyne co robił to imprezował. Jednak Casper nie pamiętał kiedy ostatni raz był spokojnie w klubie, gdy po prostu chciał to wszystko blisko siebie mieć, razem z muzyką, dziewczynami i całym tym straganem. Nie powiodło mu się, nic się nie udało. Żadne studia, żadne znajomości, tylko śmierć powoli rozdzielała go od bliskich. Rozrywała każdą nić z diabelską precyzją. Przecinała ją w najbardziej czułym momencie uśmiechając się przy tym z dozą zwycięstwa. Kochasz matkę? Świetnie, umrze. Chcesz pokochać CoCo? Świetnie, zajdzie w ciąże z Twoim kumplem. Chcesz zająć się dzieckiem? Świetnie, zabijemy je. Świetnie... Tak kurewsko świetnie. Opowiedz Casper o innych swoich marzeniach, a ja Ci pozwolę patrzeć jak one znikają. Żałośnie proste... Żałośnie. Casper nie był dobrym widzem. Siedząc na kanapie nie potrafił nic zrobić. Ta perspektywa była dość dołująca i do tego jeszcze to wszystko... Nie wiedział, co się dzieje. Otrzymywał ten ciężar na barki i już zapadał się na tej cierniowej kanapie czując co raz większą bezradność. Zatem z czym miał przyjść... Wybrał śmierć. Dopiero teraz zrozumiał, że popełnił błąd prosząc Nathaniela oto. Jeśli dowie się, że Casper to wypił być może do końca życia będzie czuł się jak zabójca. A zabójca? zabójca - ten kto dokonał zabójstwa; zabójstwo - pozbawienie kogoś życia. Idąc tym rozumowaniem, idąc dalej... Nath nie powinien tak się czuć, przecież nie przyłożył mu rąk do szyi karmiąc się furią i bólem wymalowanym na twarzy Villiersa, przekazywał tylko karafkę, którą Casper ściskał teraz w dłoni jakby była przekleństwem i wybawieniem jednocześnie. To takie... Okropne. Nie mógł już tu oddychać, to obciążało za bardzo.
- Nie możesz ze mną iść. - Wycedził wprost. Po co miałby ciągnąć go ze sobą? Patrz jak zdycham, patrz jak zdycham, bo to ostatnie wspomnienie ze mną w roli głównej. Stój i patrz. - nie był takim sadystą. Znał lepsze sposoby na torturowanie ludzi jednak nie miał odwagi już z nich korzystać. Chciał odpokutować. Umierania za syna nie uważał za głupotę. Uważał, że jeśli jego syn nie żyje to i on nie ma do tego prawa, a jedyne miejsce, w którym będzie mógł zapłacić za swoje czyny będzie ta druga strona po której zajmie się tym dzieckiem... Bo trzeba, bo obowiązek przebijał się przez jego ciało, które było skołowane do reszty. Te wszystkie tatuaże... Jako znaki przeżyć... Co miałby sobie teraz wytatuować, by uczcić pamięć dziecka? Dokąd... Dokąd kurwa... I jak.
- Stary serio. Dzięki za wszystko. Ale nie tym razem. - Kolejne lakonicznie zdania i odwrócił się na pięcie. Odszedł, a gdy już zobaczył, że może ma święty spokój, że może Nathaniela już zanim nie ma uniósł karafkę trzęsącymi się dłońmi i otworzył ją... Nie wiedział czy ma pić łyku po łyki, czy na raz będzie lepiej. Przecież nigdy się nie zabijał, przecież nigdy nie wychodził z tego świata. Ale wybrał... Nie zwykł się wycofywać.
Przyłożył karafkę do ust... Pierwsze krople, kolejne... Aż wreszcie ostatnie. Usiadł na jednej z ławek przesiąkniętych mrozem czekając na pewien koniec, który miał właśnie teraz go stąd zabrać. Zacisnął pięści... Na ten ostatni raz, żeby nie wyjść na tego bezsilnego, którym niewątpliwie już był.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Nathaniel Briggs

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Skąd : Londyn, Wielka Brytania
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 56
Dodatkowo : wilkołak
  Liczba postów : 56




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Czw Lut 06 2014, 22:16

Życie płatało różne figle, których czasami nawet nie można było nazwać figlami, a ciosami otrzymanymi od losu. Nic jednak, podkreślam, nic, nie mogło być wystarczającym usprawiedliwieniem dla samobójcy. Nathaniel, gdyby wiedział o problemach swojego przyjaciela, na pewno nie powiedziałby, że są one błahe, nie starałby się nikogo bronić, nie mówiłby mu też, że wszystko się ułoży i że ma podnieść głowę do góry. No, może to ostatnie akurat pasowało. Zdawałby sobie sprawę z tego, że Casper czuje się teraz jak ostatni śmieć. On pewnie także miałby podobne odczucia. Być może nawet wpadłby na podobnie głupi pomysł, co on, i tak samo chciałby odebrać sobie życie. Ale od tego właśnie byli przecież przyjaciele. Mieli odwieść kumpli od złych decyzji i młody Briggs postanowił, że w tym momencie taką właśnie drogę obierze. Nie miał tylko pojęcia jak dotrzeć do Villiersa i jak przekazać mu to, by dał sobie pomóc. Przez chwilę nawet myślał o wyrwaniu mu karafki z ręki i szantażowaniu go, że nie da mu eliksiru, jeżeli ten nie będzie chciał go zabrać ze sobą. Stwierdził jednak, że byłoby to bezsensowne i dziecinne. Dlatego też postanowił poczekać parę minut, by Casper myślał, że odpuścił. A później zacznie go śledzić, o, niczym szpieg z filmów z lat wojennych. Albo hogwarcki James Bond.
-Dobra, idź, rób, co chcesz. Byleby to nie było coś głupiego. – powiedział na potwierdzenie tego, że daje mu wolną rękę, po czym zaczął iść w przeciwnym kierunku, spoglądając jednak co jakiś czas w stronę Villiersa. Kiedy chłopak zaczął mu znikać z horyzontu, zawrócił i przyśpieszył kroku, aby nie stracić go z pola widzenia. Szedł za nim, starając się być niezauważonym. Obrał boczną drogę, w cieniu drzew, dzięki czemu nie powinien był być widocznym dla swojego przyjaciela. Wreszcie zobaczył jak Casper otwiera karafkę.
„Co on w ogóle odwala?” – przeszło mu przez myśl, ale szedł dalej za nim, obserwując jego kolejne poczynania. Widział, jak ten upija kolejne łyki eliksiru, który miał być śmiertelną trucizną. Nie no, Casper. Świetnie. Medal za odwagę. Idiota. Nathaniel nie wiedział, co ma o tym myśleć. Przez chwilę stał jak oniemiały pod drzewem, nie reagował. Czas go nie gonił, bo przecież wiedział, że sfingował ten roztwór i że tak czy siak, nie zrobi on Villiersowi żadnej krzywdy. Ah, jaki teraz był z siebie dumny, że nie słuchał swojego kumpla tak w ciemno, że nie pozwolił sobie na całkowite zaufanie do jego osoby. Wreszcie wyszedł ze swojej kryjówki i stanął tuż przed postacią młodszego Ślizgona. Zamachnął się i uderzył go pięścią w twarz, nie szczędząc przy tym siły. Teraz nie liczyło się to, że się przyjaźnili. Tfu, a może właśnie liczyło się najbardziej, tylko Nate’owi po prostu brakło słów?
-Jesteś idiotą. Myślałeś, że pozwolę Ci na jakiś głupi ruch? – wydarł się wręcz na niego, nie myśląc trzeźwo o tym, że chłopak musiał mieć naprawdę straszne problemy, skoro targnął się na własne życie. Briggs zaczął chodzić z nerwów, a po chwili wyciągnął z kurtki kolejnego papierosa i zapalił, zaciągając się mocno tytoniowym dymem.
-Masz mi sprzedać o co chodzi. Później będziesz mi dziękował, że nie jestem na tyle głupi, by dać Ci do rąk, coś co mogłoby Cię zabić. I nie, nie mów mi, że nie, że nie będziesz wdzięczny. Cokolwiek się stało, to co zrobiłeś, było… idiotyczne. Myślałeś w ogóle o tym, co może czuć bliska Ci osoba? Pomyślałeś, że krzywdzisz innych? Jeszcze w taki sposób! Wykorzystując swojego przyjaciela. Idiota. – był zły, dlatego też cały czas nazywał swojego kumpla w ten sposób. Tak naprawdę nie uważał Caspra za idiotę. Może i popełniał błędy, ale był w porządku chłopakiem, który mógł zrobić jeszcze wiele dobrego. Mógł iść na studia, mógł spełniać swoje marzenia. Pozostawić to, co było za sobą. Nie zapominać, ale też nie rozpamiętywać. Potrzebował tylko czasu. Czasu, nie śmiercionośnego eliksiru.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Casper Villiers

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 25
Skąd : Anglia, Cambridge
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1292
  Liczba postów : 1621
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5219-casper-villiers
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9145-nowy-poczatek-jest-koncem-czy-jeszcze-nie#256103
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9144-nowa-sowa#256102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7167-casper-villiers#204308




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Pią Lut 07 2014, 00:18

Pewnie o zdrowych zmysłach, nie przytłoczony milionem spraw po prostu odpuściłby to wszystko sobie, ale nie tym razem. Tym razem nie mógł się ugiąć pod ciężarem... Po prostu pod nim padł. Od tak, jak mucha... Nie potrafił, nie potrafił tego przełknąć. Ktoś kiedyś powiedział, żeby Casper przestał udawać, przecież jego życie nie kręci się wokół dziecka, przecież jego życie to głównie panienki i seks, muzyka plus zabawa. Głupcy. Banda głupców, którzy go nie znają. Jeszcze nie wiedzą, że żeby być takim człowiekiem trzeba być po prostu pustym pudełkiem, w którym tkwi tylko powietrze. Zatem głupcy. Banda nie do końca rozwiniętych dusz, które jeszcze nie dorosły do biegu... Jeszcze nie. Zatem Casper znienawidził wszelkie uczucia, wszelkie miłostki. Cenił bliskość, cenił to, że może po prostu znów biec... A teraz. Teraz wszystko było poza nim. To nie było wcale takie prościutkie. To był pieprzony labirynt, w którym ktoś niby rozciągnął nitkę, która miała wyprowadzić Caspra z samego serca piekła, ale jak się okazywało jedyny drogowskaz poplątał wszelkie ścieżki, zatem stał teraz w tym bagnie i nie wiedział po co, a przede wszystkim dla kogo. Villiers nie rozdrapywał zazwyczaj ran, ale teraz to było dla niego za dużo. Miał żal do każdego człowieka, który wszedł mu w drogę. Jego były przyjaciel śmiał powiadać, że on po prostu ucieka, że wszyscy są źli, a on sam? Kim on sam jest. Już spieszę z odpowiedzią. Casper to chłopak, który miał po prostu się bawić, smakować życia, mieszkać go z czymś, co dla Ciebie nie jest na wyciągnięcie ręki, bo brzydzisz się tego dotknąć. Był na swój sposób podobny do Nathaniela, jednak nie pokładał swojego życia w ramiona ideałów. Z jednego... Prostego... Powodu... Casper nie wierzył w nic. Boga nie było, uczuć nie było. Ludzie to kurwy. Prędzej czy później się o tym przekonasz... A gdy już masz coś, co chcesz wyrzeźbić do diamentu okazuje się, że brakuje Ci sił, energii... Ktoś umiera, ktoś przestaje oddychać, zatrzymuje się serce. Czy małe dzieci mają jakieś marzenia? Casper słabo pamiętał swoje dzieciństwo z tym młodszych lat i zapewne nie był wyjątkiem w tej kategorii, to po prostu taki zestaw... Nie wszystko jest Ci dane skojarzyć. Jednak od zawsze w jego życiu był sport i rywalizacji. Zawsze... To ostatnie szczególnie. Był przyzwyczajony do tego, że sport to priorytet, a jeśli nie sport... Trzeba się chronić, trzeba się chować. Pod wachlarzem czegokolwiek. Casper swój wachlarz złożył po prostu z pewnych emocji, których nic nie mogło przebić. Jednak teraz... Teraz kiedy ten mur runął, nie mógł nic już zrobić.
Był pusty, chciał dołączyć do zimnych ciał obecnych gdzieś tam pod ziemią... Już tyle milionów tam było. Tam z pewnością nie byłby samotny, a może trafiłby do jakiejś krainy takich ludzi jak on i byłby w stanie po prostu zaakceptować wszystko? Nie. Nie zaakceptowałby. Prosty powód... Gdy już odłączysz serce... Tam nic nie ma. Zwykł pisk. Ktoś wstaje. Ktoś mówi, że mu przykro. A tak często pierdolił Cię w plecy. Fałszywość... Jedna z najpopularniejszych chorób. To takie smutne, ze zaraz po tym jak umierasz ktoś czyści Twoje konto po to, by Twoje imię wypowiadać z lubością i troską. Tak bardzo.. Tak bardzo wiedział, że gdyby poprosił ojca oto, by go zabił... Zrobiłby to bez zawahania. Jednak zdecydował się na coś lepszego, na coś co wyżre jego środek, a potem zostawi to puste pudełko na ziemi w związku z tym, że tym był w oczach innych... Chociaż raz mieliby rację.
Jednak ciemność nie nadchodziła. Poczuł się źle, nadeszła fala bólu, które przebiło go na wskroś... Następnie jakby zza szyby usłyszał czyjś głos, nie wiedział czy to już koniec, czy to wielka ocena tego co zrobił, jednak doszła nowa dawka bólu... Wymierzonego w twarz. Och witaj przeurocza kochanko, Bólu mój jedyny, ale prawdziwy... Tylko Ty jesteś szczery i choć można Cię zamaskować to wracasz... Jedyny szczery, niepowtarzalny... Twój... Oddany... Ból.
Casper otworzył powoli oczy. Obraz był rozmazany, tracił właśnie siebie. Po raz kolejny tego dnia.
- Co kurwa... - Wymamrotał. Jeszcze kilka sekund, dwadzieścia mrugnięć. Przyłożenie ręki do śniegu, który objął uściskiem, by poczuć jak zimno przebija się przez skórę... Idealnie. Może chociaż tu zamarznie? Jeszcze nie kontaktując wgapiał się teraz bezsensu w sylwetkę, której nie rozpoznawał.
Bajka o bliskich osobach? A jeśli nie ma się bliskich? Cholera.. To pojebane być samotnym. Ale jakie dobre. Nikt nie płacze, nikt nie puka. Sam... Trzy litery zwalniające obce serca z odpowiedzialności i obwiniania się...
- Wszystko, co miałem jest pod tą pierdoloną ziemią... - Rzucił docierając do pustki, która pękała... To tam zaczęła tańczyć furia rozkładając casprowe wspomnienia w otchłani... Otchłani, w której połączyły się inne rzeczy... Tak bardzo... Wariactwo.
- Nie! - Krzyknął z żałością. Puchła mu twarz, przez dłoń przebiegało zimno, przez oczy przechodziła pustka i furia, przez usta wychodziły przekleństwa i klątwy... - Nie rozumiesz! Zabij mnie do kurwy. Dobij mnie. Dobij mnie, bo tak trzeba. Dobij. Nie denerwuj mnie. Jebnij mnie. Zrób to, co wszyscy chcą zrobić. Nath... - Błagał. To nie była prowokacja. Czekał na kolejny ból. Przegrywał z sobą. Chciał odejść, ale był teraz jeszcze bardziej bezsilny. Pękła ostatnia bariera.
- Wszystko co mam... jest pod ziemią. Daj mi tam iść. Zakop mnie żywcem. - Zaproponował skomląc o tą torturę.
Zabij... On to weźmie. Teraz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Nathaniel Briggs

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Skąd : Londyn, Wielka Brytania
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 56
Dodatkowo : wilkołak
  Liczba postów : 56




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Pią Lut 07 2014, 00:46

Casper uginał się pod naporem problem, które zgniatały go niczym muchę. To dlatego chciał zakopać się pod ziemię, a na co nie miał zamiaru pozwolić mu Nathaniel. Poroniona sytuacja, nie oszukujmy się. I to nieważne czy z tego względu, że Villiers planował zrobić z siebie ludzką ofiarę złożoną za śmierć swojego syna czy może po prostu nie chciał już więcej znosić przeciwności losu, które dotknęły go ostatnimi czasy nawet nie z podwojoną, a z potrojoną siłą. Kto wie, dlaczego był gotowy do tak radykalnych środków. Być może z powodu braku bliskich mu osób. Skoro większość miała go za pustego chłopaka, któremu w głowie były tylko imprezki i panienki, to raczej ta większość miała problem ze sobą, nie Ślizgon. Młody Briggs coś o tym wiedział. On też często przez swoje podboje miłosne i częste melanżowanie uznawany był za kogoś gorszej kategorii, który pozbawiony jest wszelkich uczuć, a przecież to całkowicie mijało się z prawdą. On także potrafił kochać, przywiązywał się do niektórych ludzi. Nie było ich wielu, jednak to oni byli najważniejsi w jego życie. Gdyby cokolwiek złego przytrafiło się Holly z jego powodu, pewnie byłby teraz w stanie podobnym do Caspra. Stąd też nie musiał nawet dokładnie poznać jego sytuacji. Mniej więcej rozumiał o co chodzi i to mu wystarczało do tego, by z jednej strony nie obwiniać go za to, że zachowuje się, jak się zachowuje, a z drugiej strony, zebrać go do kupy i jakoś poskładać ten jego cały bałagan, choć to z pewnością nie będzie łatwe.
W jednym Villiers miał rację. Ludzie rzeczywiście byli kurwami, w większości. Pewnie nawet kurwami byli Casper i Nathaniel. Każdy jednak spotykał się w życiu z kimś wyjątkowym, z kimś, kto jednak tę wiarę w ludzi ratował. Każdy potrzebował tej iskierki nadziei, ostoi szczęścia. Briggs, któremu brakowało miłości i pozytywnych uczuć znalazł taką opokę w Holly. Dziewczyna dbała o niego w każdym calu i była gotowa poświęcić dla niego naprawdę wiele więcej, niż Nate byłby w stanie sobie wyobrazić. Może Casper także potrzebował takiej osoby? Chociaż pewnie teraz twierdziłby, że nie, skoro rozczarowany był swym nieudanym związkiem z Coco. Powinien jednak myśleć pozytywnie, zdawać sobie sprawę z tego, że znajdzie się jeszcze w jego życiu ktoś, dla kogo to on będzie najważniejszy i wszystko inne poza nim nie będzie się liczyło. Poza tym, Villiers, mimo tego, co teraz sobie mógł myśleć, miał jednak na pewno parę bliskich sobie osób, które były mu przychylne. Może zbyt rzadko mówił o swoich problemach innym? Może gdyby częściej angażował swoich bliskich, to wszystko byłoby nieco prostsze, nie doszłoby do takiej tragedii. Na razie jednak musiał jakoś ochłonąć, zrzucić ciężar ostatnich wydarzeń z ramion, a później pomyśleć o tym, jak zacząć budować coś, co otoczy go pozytywnymi emocjami. On zamiast tego myślał jednak o śmierci i o tym, że trafi do lepszego świata. Czy nie wierzył w to, że ten lepszy świat może zacząć tworzyć już tutaj? Nate wsłuchiwał się w każde jego słowo, które rzecz jasna, nadal niewiele mówiło mu o tym, dlaczego Casper ucieka. Nie, nie uważał go za tchórza. Po prostu musiał sprowadzić go na dobre tory.
-Nic, kurwa. Oprzytomniej. – wysyczał przez zęby tonem ociekającym jadem. Nie należało mu się dziwić, że był zły. Nie chciał widzieć przyjaciela w takim stanie, a jednak niewiele mógł zrobić, aby go jakoś uratować. Przecież ten tutaj miał głęboką depresję, a z tego nie wychodzić się, ot tak, za pstryknięciem palca. Chłopak powinien poszukać pomocy, nie tylko u bliskich mu osób, ale może też w gabinecie szkolnej pielęgniarki. Wcale nie żartował. Coś na uspokojenie by mu się teraz przydało.
-Może i nie rozumiem, ale to tylko dlatego, że gadasz głupoty. Ocknij się, chłopie. – mruknął zaraz, bo nadal nie wiedział, co odpowiedzieć na jego słowa pełne rozżalenia, a właściwie będące tylko potwierdzeniem jego rozpaczliwego nastroju. Uderzył go jeszcze raz pięścią w twarz. Potrzebował bólu? Proszę, taka dawka powinna mu wystarczyć do tego, by jakoś się zebrać. Wstać. Właśnie, wstać. Zaraz po wyprowadzonym ciosie, Nathaniel złapał go za fraki i postawił przed sobą.
-Nie zabiję Cię. I Ty też tego nie zrobisz. Zacznij wreszcie myśleć. Zabijając siebie, zabijesz wiele innych osób. Zabijesz mnie. Stary, co ja bez Ciebie będę robił? Kurwa. Jak tak bardzo tego potrzebujesz. Uderz mnie. Proszę. Ja walnę Ciebie. Cios za ciosem, ale pójdziemy razem. Jeżeli Ty dotkniesz dna, pociągniesz mnie za sobą. – odpowiedział mu, starając się jakoś uspokoić swój głos. Serce waliło mu jednak szybciej, a oddech miał nierównomierny. Miał ochotę go zabić za ten, ale tylko w przenośni. Po prostu dawno nie czuł się taki bezradny. Chciał mu tylko przekazać, że jego śmierć przyniesie więcej szkód, niż to sobie wyobraża. Chciał mu powiedzieć, że w porządku – jeżeli chce to zrobić, droga wolna, ale wtedy Briggs będzie mu towarzyszył. Był jednak pewien, że tego nie zrobi. Casper nie był typem, który ciągnąłby jeszcze kogoś za sobą. Przecież nawet nie chciał, by Nathaniel za nim poszedł.
-Uwierz, że są ludzie, dla których jesteś więcej wart, niż myślisz, więc bądź mężczyzną i pokaż im, że można na Ciebie liczyć. Mówisz, że wszystko, co miałeś jest pod ziemią? To stąpaj po niej dumnie, a wszystko, co dla Ciebie najważniejsze wynoś na piedestał, a nie próbuj zakopywać jeszcze głębiej. – dodał na sam koniec, właściwie ujmując w ostatnim zdaniu to, co chciał uświadomić Villiersowi od samego początku. Nie potrafił mu powiedzieć już nic więcej. Właściwie to zastanawiał się czy nie odstawić go na jakiś czas do szpitala, dla jego dobra. Może to pomogłoby mu się pozbierać? Cholera, nigdy nie był w takiej sytuacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Casper Villiers

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 25
Skąd : Anglia, Cambridge
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1292
  Liczba postów : 1621
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5219-casper-villiers
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9145-nowy-poczatek-jest-koncem-czy-jeszcze-nie#256103
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9144-nowa-sowa#256102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7167-casper-villiers#204308




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Pią Lut 07 2014, 01:48

Szpital by tu nie pomógł. To wszystko już się stało, a on po prostu po dłuższym penetrowaniu swoich myśli doszedł do takiego, a nie innego wniosku i po prostu... Taka wynikła z tego decyzja. Bo łatwiej jest gdzieś dołączyć, gdzie wiesz, że musisz być zaakceptowany... A zatem próbował, ale nie szło mu zbyt dobrze. Teraz leżał, by po chwili zostać podniesionym, ale nie za pomocą własnej siły, woli, bowiem podniósł go Nathaniel. Nie wiedział jak, ani po co. Mógł nim rzucić, nie chciał mu oddawać. Uderzył w swoim życiu już zbyt wiele osób, zbyt wiele z nich po prostu spuścił mentalnie ze schodów. Każdego jego słowo, tak dobrze dobrane, by przebić czyjeś serce. Był idealnym strzelcem, potrafił... Potrafił, bo prostu to stanowiło swego rodzaju ochronę, broń... Rażącą, promieniującą. A teraz to wszystko było użyte przeciwko niemu, tak wiele się wydarzyło. Ciężko oddychał, wszystko wydawało się wisieć w powietrzu jak coś, co za chwilę pęknie i spadnie na ziemię, by przez nią przebrnąć do jądra tej pieprzonej planety. Gdyby tylko Casper mógł przehandlować swój czas za czyjeś życie wytargowałby powrót na ziemię dla swojego syna. Podobno nie potrafił czuć, ale tego dzieciaka chciał ochronić. Czuł, że to była jego część, której nie poznał jeszcze zbyt dobrze. Kolejny atak furii obijający się o ściany. Cassandra nie pozwoliła mu... Nienawidził jej. Niech tam padnie, niech pożre ją ziemia, ale niech zwróci dziecko... Nie zwróci. Tylko jeden z insygniów śmierci mógłby to zrobić, ale byłoby to dość puste życie... Życie bez życia. Dziwne, nie? Tak by było. Zatem Casper chciał po prostu wyrównać poziom. Nie udało się, nikt mu na to nie chciał pozwolić. Westchnąwszy przebił dłonią powietrze docierając do czoła, a z niego zjechał na oczy... Bo chciał zobaczyć ciemność, do której docierał wypijając truciznę.
Słuchał już Nathaniela, nie mógł uciec od tych słów. On jeden wydawał się patrzeć na niego inaczej. Nie chodziło o podkreślenie wyjątkowości, ale jeden Nathaniel nie krzyczał o ogarnięciu się, miał swoją Holly... Nie zaliczył CoCo. Nie wchodził do jego życia, by je przemeblować, wchodził tam, żeby po prostu to wszystko scalić... Marne jego czyny, a jednak kosztowne.
- Nathaniel. Nie rozumiesz. Ona mnie zostawiła. Pierdoliła się z nim. Zaszła z nim w ciążę. Urodzi mu dziecko. Chcę jej nienawidzić, a nie umiem. Potem wracam do domu, otwieram list. A ta pieprzona suka, matka mojego dziecka, co robi? Rzuca się pod samochód niby przypadkiem. Nie umiała się nim zająć. Nie umiała się zająć moim synem. A gdy chciałem go wziąć, to zaczęła się rzucać, że mi nie ufa. Nie miałem pieniędzy, żeby walczyć z nią w sądzie. Jestem marny. Zrozum to. Zakop mnie, nie będę po niczym stąpał... BO NIE MA PO CZYM. - Wykrzyczał mu w twarz czując, ze wzbiera się w nim teraz irytacja. Znów go nikt nie słuchał. Nie chciał go zabić. Nie chciał brudzić rąk, więc niech zamknie oczy, a Casper sobie już poradzi sam.
- Moja matka też nie żyje, mój ojciec to porąbaniec. Co mam robić? Dziękować? Co mam nosić? Mam dość. Chciałem się starać dla tego dziecka, bo chciałem coś w swoim życiu zrobić dobrze... I zobacz kurwa, dziecko umarło. No niespodzianka. Rzygam, rzygam, nie chcę tu być. Chcę być z tym dzieckiem tam! Bo wiem kurwa, że gdziekolwiek nie jest z tą wariatką, to ona się nim nie zajmie, tylko rzuci się pod następny samochód. - Wydarł się jak wariat, jakby pod ziemią był drugi świat, jakby Cassandra się znów tam rzucała pod koła. I mogła to zrobić... W oczach Caspra... Była mała... Chora. Nijaka... Już nie żywa. Ale syn... Syna mogła nie zabierać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Nathaniel Briggs

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Skąd : Londyn, Wielka Brytania
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 56
Dodatkowo : wilkołak
  Liczba postów : 56




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Nie Lut 09 2014, 23:00

Może i szpital sam w sobie nie okazałby się pomocnym, bo Casprowi najbardziej trzeba było teraz czasu. Musiał odpocząć od wszystkiego, starać się jakoś oderwać od tragicznych wydarzeń z przeszłości. Mówiło się przecież, że czas leczy rany i w jego przypadku nie było żadnego innego wyjścia z sytuacji. Problem Briggsa i zapewne jeszcze kilku osób, którym Villiers był bliski, polegał na tym, by przez ten okres pilnować chłopaka, żeby nie zrobił czegoś głupiego. Chociażby tego, do czego próbował wykorzystać tej nocy Nathaniela. Na szczęście, Ślizgon nie był na tyle głupi, by dać swojemu młodszemu kumplowi eliksir o śmiertelnym skutku. Gdyby był bardziej naiwny, to pewnie przyszedłby mu z pomocą w podskokach. Oj, jak dobrze, że nie mieliśmy do czynienia z taką osobę. W końcu wtedy nie oglądalibyśmy już w murach Hogwartu tej uroczej mordki Villiersa. Nawet, jeżeli przez jakiś czas miała ona przybierać grobowy wyraz. Lepiej grobowy wyraz twarzy, niżeli sam Casperek w grobie, czyż nie? W każdym razie, Nate nigdy by nie pomyślał, że będzie miał tę niefortunną okazję ratowania niedoszłego samobójcy. Właściwie, nie był także na takie okoliczności zupełnie przygotowany. Zresztą, on nigdy nikogo nie umiał pocieszyć. W drugą stronę działało to o wiele lepiej. Jakoś z kopaniem leżącego nie miał żadnego kłopotu, a niestety, pomoc przyjaciołom wydawała się o wiele trudniejsza w praktyce, niż w teorii. Dlatego też Briggs żałował, że nie ma przy nim jeszcze kogoś bliskiego Villiersowi albo chociaż Holly. Ona na pewno wymyśliłaby coś, co pozwoliłoby chociaż na chwilę ponieść tego chłopaka na duchu. I uściślijmy, Casper miał rację, Nathaniel nie zamierzał włazić buciorami do jego życia, po prostu nie mógł pozwolić na to, by jego kumpel zrobił krzywdę sobie i innym, bo wbrew pozorom, na pewno nie tylko Nate patrzył na niego jak na w porządku gościa. To tylko Villers miał taki paskudny nastrój, że we wszystkich widział swoich wrogów.
-Nikt nie każe Ci jej nienawidzić, mimo że po tym co zrobiła, zapewne powinieneś. Po prostu staraj się jej unikać. Nie utrzymuj kontaktu. Pierdol to, że jest w ciąży z kimś innym. Teraz to już nie jest Twoja sprawa. – odpowiedział a propos pierwszego wydarzenia z życia jego rozmówcy, który mówił o zdradzie swojej dziewczyny. Nie sądził jednak, że to tylko kropla w morzu jego problemów i w zasadzie ten był najmniej ważnym i dotkliwym z nich, choć nie można było także powiedzieć, że nie bolał wcale. Milczał przez dłuższy czas, wysłuchując tylko kolejnych opowieści Caspra i kolejnych przekleństw. Rozumiał jego stan, nie wiedział, jak mu pomóc. Nie chciał jednak, by ten stracił wiarę w to, że jego życie jeszcze się nie skończyło i że niekoniecznie musi być w ostatecznym rozrachunku jedynie pasmem kolejnych porażek.
-Nie. Nie masz dziękować. Przeciwnie. Masz iść z uniesioną dumnie głową. Udawać, że jesteś szczęśliwy, poczekać, aż czas wyleczy rany, a później być szczęśliwym naprawdę. Twoja śmierć ani Tobie, ani nikomu innemu nie przyniosłaby nic dobrego. Co z tego, że umrzesz? Gdybyś wypił prawdziwy eliksir, nie spotkałbyś nawet swojego dziecka. Wiesz dlaczego? Niewinne dusze po śmierci nie trafiają do tego samego miejsca, co zbrodniarze. Jeszcze przyjdzie czas, byś się nim zajął. – próbował znaleźć jakieś inne wytłumaczenie, które uzasadniałoby, iż wybór podjęty początkowo przez młodszego Ślizgona jest po prostu nie do zaakceptowania. Nate nie mógł jednak wiedzieć tego, czy w ogóle zdoła Caspra do swoich słów przekonać. Miał nadzieję, bo jednak to nie było możliwe, aby pilnował go dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Casper Villiers

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 25
Skąd : Anglia, Cambridge
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1292
  Liczba postów : 1621
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5219-casper-villiers
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9145-nowy-poczatek-jest-koncem-czy-jeszcze-nie#256103
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9144-nowa-sowa#256102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7167-casper-villiers#204308




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Sro Lut 12 2014, 23:05

To wszystko nie wyszło. - zauważył błyskotliwie przebijając się przez wielki ból rozsadzający mu głowę, już czuł jak łzy wybiegały z jego oczu. Nie był to był jednak szloch spokojny pobudzony do życia bezradnością. Był to po prostu wyraz złości, gdy nie umiał już nic zrobić. Po prostu "zanosił się" jak dziecko, gdy już nie mogło się ruszyć wobec czegoś, co spowodowało spory upadek. Męcząc się dwa razy bardziej niż zwykle po prostu brnął w słowa Nathaniela wyciągając z nich to co najlepsze, a i jednocześnie najgorsze, bo trafiające w miejsca, które zakurzone od lat służyły mu jako strych... Zmierzch tego kim mógłby być, ale nigdy się nie stał, bo nie miał na to szansy. Po prostu z gracza quidditcha powstał ktoś, kto najzwyczajniej w świecie nie umiał już nic zrobić. Ot co, rozbity jak butelka po wódce jeśli nią trzaśniesz o podłogę. Casper po prostu padał, bo już po raz kolejny życie go rżnęło jednocześnie przystawiając lufę do skroni, gdyby tylko spróbował się wyrwać. To masowy gwałt zdarzeń, gdzie pomiędzy tym co się działo nie miał czasu na to, by po prostu wstać i wyjść, wsiąść w pociąg i pojechać gdzieś, gdzie powietrze miesza się z wolnością, siadasz na ławce i nikt znajomy Cię nie widzi, nikt nie pyta. Nikt nie każe niczego obiecywać. Kacper potrzebował swego rodzaju miejsca na rozłożenie wszystkiego... Choć gdyby zobaczył to z góry byłoby to wielkie czarne morze, w które skoczyłby znów łapiąc się w locie na tym, że nie jest zbyt dobrym pływakiem i znów to samo... Jakieś koło ratunkowe? Na co liczysz, od kogo chciałbyś je dostać wiedząc, że nawet jeśli ktoś poda Ci dłoń, to już nie będzie ten sam dotyk, bo przesiąknięty współczuciem, ale nie pożądaniem, ani tym co mogło uświadamiać ciebie w tym, że możesz coś z sobą zrobić. W tym szaleństwie tracił człowieczeństwo, rzucał się jak zwierze krzycząc, wyjąc, przez chwilę miał uczucie, że gdyby sam przysypał się ziemią byłoby szybciej, efektywniej. Nikt by nie wskazywał na to, żeby dosypać ziemi, a może je odsunąć... Żeby zgnił, jak w starożytności zwłoki potępionych. Pewnie chcieliby patrzeć na jego ostateczny upadek. Może powinien wszystkich zaprosić na przyjęcie i najzwyczajniej w świecie stanąć na środku wypowiadając ostateczne zaklęcie? Pewnie unieśliby w górę butelki, kieliszki czy cokolwiek co mieliby w rękach i wesoło kołysaliby się w taktach dźwięku strzału, aż w końcu wybuchliby śmiechem smakując gorzkiej krwi, która udekorowałaby całe mieszkanie... I to byłaby prawda. Nie szukaj przyjaciół, bowiem bezowocnie poświęcony na to czas może okazać się tym, czego będziesz żałować najbardziej, a muszę Ci powiedzieć, że czas... To najcenniejsza rzecz, którą możesz komuś dać, bo tracisz ją bezpowrotnie. Więc gdyby przyszło Ci do głowy mówić Kacprowi o miłości, przyjaźni, koleżeństwie, które ma dać coś więcej... Pewnie przypomniałby sobie ile czasu wyrzucił z portfela na podłogę, a przecież nie mógł tego pozbierać.
Najgorsze w tych radach było to, że kazali mu przestać o niej myśleć. Przestać... Samobójstwo byłoby dobrym rozwiązaniem, nie wracałby do niej myślami jak wierny pies, który został porzucony na rzecz innego pudla, ale jednak nadal wierny... Świadomość tego, że coś do niej czuje, ale nie chce tego nazwać grzebała w jego głowie. A co jeśli ją kochał? Co jeśli chciał znów ją przytulić, co jeśli tylko ona mogła nim się teraz zaopiekować, ale gdyby tu przyszła odrzuciłby ją bez zająknięcia? Co jeśli ten honor jest wszystkim, co ma i po prostu obawia się, że stracił już za wiele... Jednak pierdol to było ostatnią filozofią, która wchodziła w grę mimo tego, że tak często odnajdywała swoje miejsce na jego ustach.
Casper teraz patrzył pusto na Nathaniela wyciszając się, opierając się o zimne drzewo otwierając umysł, przybierając postać zastanawiającego się nad sobą dwulatka... Śmierć nie przyniosłaby mu spotkania z synem? Nie oddałaby mu tego? Zakaszlał.
- Nie chcę wracać do Hogwartu, ani Londynu. Ani nigdzie, ale nie chcę tu kurwa być. Zatem... - przerwał zdając sobie sprawę, że nie ma dokąd iść. Popatrzył na Briggsa wnikliwiej.
- Okej, daj mi wódki. - Wyjęczał czując, że furia wraca do wulkanu jaka zimna lawa, która zamierzała zastygnąć na moment. Na jedną noc? Na dwie? A może na zawsze? Choć to może być tylko pięć minut. Cokolwiek, ktokolwiek, daj mu to.

[zt x2]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sylvester Jamie Björkson

Nauczyciel
Rok Nauki : I
Wiek : 22
Skąd : czarodziejska wioska Frihet, Szwecja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 0
Dodatkowo : zestaw płyt dziwkarskiego rapu
  Liczba postów : 298
http://www.czarodzieje.org/t8074-sylvester-jamie-bjorkson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8075-chodz-poczytam-ci-z-gwiazd#225050
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8076-gwiezdne-ptaszyko#225055
http://www.czarodzieje.org/t8077-sylvester-jamie-bjorkson#225059




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Sob Sie 30 2014, 15:13

Życie bywa przewrotne, a wszystko co się w nim dzieje przytłacza nas, coraz bardziej i bardziej i bardziej… A finalnie i tak kończymy w grobie. Z takiego założenia wychodził Sylvek, który jedynie na co miał ochotę, to piwo kremowe dwie słomki, ciepły koc i mnóstwo czekolady. Potem zamknąłby się szczelnie w czterech ścianach i już nawet nie myślałby o swoich kłopotach, które przecież go nieco przerastają, a może to kwestia tego, że wakacje nie minęły najlepiej? Wymazał z pamięci wspomnienie o Astrid. Nawet nie wracał do niej myślami, była z dala od miejsca, w którym on się znajdował, a to było najważniejsze. Gdyby się nagle pojawiła, to ten uroczy chłoptaś zniknął by gdzieś pod maską wrednego dupka, którym stawał się coraz bardziej w ostatnim czasie. Nawet w stosunku do brata był Iny, a co za tym szło… Kompletnie nie miał pojęcia co zrobić. Nie chciał taki być, a mimo wszystko to było silniejsze i wypalało go od środka. Gdzieś zginął ten uśmiechnięty puchon, który rozsyła do ludzi głupie listy i informuje ich o imprezie, która nawet nie jest zaplanowana. To było rozsądne? Nie, to było spontaniczne i takie jego, a odkąd dowiedział się, że najważniejsze osoby w jego życiu traktują go jak idiotę i szczeniaka, przestał zawracać sobie myśli tymi, którzy nie byli tego warci.
W ten o to sposób, z wieloma rozważaniami, które chował pod czupryną, dziś wyjątkowo nieogarniętą – dotarł do magicznych szachów w Hogsmeade. Słyszał o tym miejscu bardzo dużo, ale nigdy nie spodziewał się, że samotność będzie miała aż taki wymiar, by grać samemu ze sobą. Wspominał w międzyczasie jeszcze ten cały obóz, który odbywał się tuż przed przyjazdem do Hogwartu. Nagle jego myśli ukierunkowały się na tory, które były dla niego niezrozumiałe. Wrócił myślami do Gemmy, która była jedną najbardziej irytujących istot, podobnie jak Ingrid, tylko że w przypadku tej drugiej była to prosta kwestia. Ona miała niesamowitą siostrę, a co za tym szło… Westerberg, która została w Hogwarcie nie mogła nawet połowicznie być kimś super, a Zaharov? Miała tendencje do irytowania Bjorksona dla zasady, a może wcale nie? Z pewnością zbieżność charakterów, tylko gdyby byli aż tak różni to potrafiliby się odnaleźć w Hogwarcie? Z pewnością nie. Byli do siebie podobni bardziej niż komukolwiek mogłoby się wydawać, a co za tym idzie Jamie kiedyś to rozszyfruję, teraz jednak?
Partyjka szachów, w zupełnej samotności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Gemma Zaharov

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Kiszyniów, Mołdawia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 685
Dodatkowo : pałkarz
  Liczba postów : 287
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9456-gemma-zaharov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9459-farao
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9457-da-vinci
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9458-gemma-zaharov




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Nie Sie 31 2014, 00:31

Raz, dwa, trzy, baba jaga patrzy.
Życie bywa przewrotne. Chcesz pobyć w samotności, a los podsuwa ci pod nos kogoś, kogo nie znosisz. Kogo nie lubisz, bo ten ktoś cię denerwuje. Zastanawiasz się wtedy ile jeszcze. Ile jeszcze musisz znieść tych złośliwości Opatrzności, czy jakkolwiek to nazwiesz. Czy nie może zostawić się w spokoju? Czy musisz się z nią znów użerać? Oczywiście. Przecież nie zostawiła ci żadnego wyjścia awaryjnego. Zwabiła w pułapkę, wpuściła buldoga i patrzyła, jak się miotasz. Gemma była dziś buldogiem, ale tak zupełnie nieświadomie. Przecież ona po prostu wybrała się na spacer. Zwiedzała Londyn. Ogromne miasto, pełne wielkich budynków i dziwnych mugoli. Przypatrywała im się z zaciekawieniem, mijając kolejną uliczkę pełną handlu. Mieli tam doprawdy zaskakujące rzeczy. Nieruchome pocztówki, figurki, zabawki... oglądała je chyba dobrą godzinę, zastanawiając się, do czego w ogóle służą. Kiedy jednak o to pytała, sprzedawcy patrzyli na nią jak na wariatkę. Wzruszała ramionami i szła dalej. Kiedyś sobie kupi. Rozbierze na części pierwsze i znajdzie ich zastosowanie. Wiedziała to. A raczej bardzo chciała w to wierzyć.
Dotarła aż do Hyde Parku. Przechodziła spokojnie uliczkami, podziwiając ludzi okupujących leżaki na trawnikach. Widziała też osoby z dziwnym puchem na patyku. Szybko zrozumiała, że to jakiś niemagiczny przysmak, który jest wytwarzany przez pana z wózkiem, ubranego w kolorowe paski. Problem zaś polegał na tym, że nie miała mugolskich pieniędzy. Musiała więc się trochę poprzechadzać pomiędzy ludźmi i powiedzieć, że zbiera na powrót do Mołdawii, skąd pochodzi i kasa się posypała. Wschodni akcent czasem się przydaje, tak jak w tym przypadku. I po chwili mogła sobie kupić ten słodki, tajemniczy i różowiutki smakołyk, co spotkało się z dezaprobatą osób, które przed chwilą prosiła o pomoc. Nieważne. Uśmiechnęła się do nich szeroko i poszła dalej. Stwierdziła, że będzie powoli wracać. Dlatego skręciła w którąś opuszczoną uliczkę, a potem teleportowała się do Hogsmeade.
Nie chciała jednak wracać jeszcze do zamku. Dlatego postanowiła przejść się po parku. Który notabene był naprawdę pięknym. Przechodziła właśnie obok ściany wody, przy której się na moment zatrzymała, co zaowocowało mokrymi butami i włosami, ale to nic. Pobiegła dalej, aż dotarła do magicznych szachów, gdzie to spotkała Sylvka. Usiadła więc naprzeciwko niego.
- Goniec na c5 - powiedziała, patrząc na planszę. Cóż, chciała mu tylko pomóc! Zupełnie nieświadoma tego, że zapewne tylko bardziej go irytuje swoim zachowaniem. - Chyba słabo ci idzie - dodała jeszcze, biorąc kolejny kęs waty do buzi i patrząc na chłopaka niewinnym wzrokiem. Przecież nic złego nie robiła. Przecież była miła i pomocna. Czemu tylko nie wszyscy tak to odbierają?
Cztery, pięć, sześć... no to cześć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sylvester Jamie Björkson

Nauczyciel
Rok Nauki : I
Wiek : 22
Skąd : czarodziejska wioska Frihet, Szwecja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 0
Dodatkowo : zestaw płyt dziwkarskiego rapu
  Liczba postów : 298
http://www.czarodzieje.org/t8074-sylvester-jamie-bjorkson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8075-chodz-poczytam-ci-z-gwiazd#225050
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8076-gwiezdne-ptaszyko#225055
http://www.czarodzieje.org/t8077-sylvester-jamie-bjorkson#225059




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Sro Wrz 03 2014, 15:47

Cześć Baba Jago. Chętnie Cię przelecę.
Chodź. Zagrajmy w grę. Ja pokażę Ci pewne ruchy, a Ty finalnie będziesz grzeczna i przestaniesz pyskować. Bardzo mnie to denerwuje. W każdym razie… Sylvester nigdy nie zdobyłby się na takie słowa, bo jak każdy dobrze wie, był skończoną ciapą, która nie ogarnia swojego życia, a co za tym idzie – prędzej padły trupem, niż w taki sposób zaproponowałby jakiejkolwiek dziewczynie randkę. Dla niego to musiało wynikać spontanicznie, więc pewnie to był jeden z powodów, dla których zmarszczył brwi, gdy tylko ujrzał Gemmę. Nie miał do dziewczęcia nic, oprócz tego, że była zajebiście irytująca. Sprawiała wrażenie jakby nie rozumiała, że on nie chce z nią mieć nic wspólnego, ale takie już są kobiety – one wszystko wiedzą i robią lepiej.
Nie wracał myślami do tego durnego obozu, bo to się wiązało ze wspomnieniami, które były bardzo mocno połączone z Astrid. On nie chciał ryzykować w żaden sposób, a co za tym szło – wolał odpuścić, niż po prostu brać pod uwagę ewentualność rozważania pewnych spraw, które były martwe. Tak samo jak wiele znajomości kończy się tak nagle, bo ludzie się zmieniają. A skoro się zmieniają, to może jest nawet szansa dla tej wrednej i złośliwej krukonki, która ciągle wsadza nos tam, gdzie nie powinna? Zastanawiające.
Dam Ci palec, a Ty weźmiesz całą rękę.
-Goniec na h4. – Powiedział mniej pewnie, bo nie miał zamiaru grać z dziewczyną w szachy, zwłaszcza, że tak naprawdę nie potrafił, ale po głębszym zastanowieniu się, on naprawdę – niczego nie umiał dobrze, po za zaklęciami. Czy to trochę nie smutne? Nie mógł do tego ciągle wracać, bo wydawało mu się to zupełnie dziwnym, a skoro on dostrzegał żałość swojego żywota, to już było źle. Jedyne co w ostatnim czasie mu wyszło, to prawdopodobnie zakup mieszkania, a przecież jak niektórzy dobrze wiedzą..
-Po co tu przyszłaś? Będziesz mnie denerwować, czy chcesz zagrać, bo właściwie i tak miałem już iść. Nie umiem grać w szachy, chciałem tylko udowodnić sobie jaką łajzą jestem. – Jego ton wypowiedzi był dość opryskliwy, można by rzec ze spokojem, że wręcz oziębły. A dystans, który tworzył się z każdą sekundą między nimi był wręcz nie do pokonania. Z czego to właściwie wynikało? Już chyba sam nie wiedział, ale nie miał zamiaru analizować po raz kolejny swojego zachowania, które nadzwyczajnie często wydawał się wręcz idiotyczne, ale… To Sylvester Jamie Bjorkson, który nie ma o niczym pojęcia. Który non stop wychodzi na jakiegoś idiotę, a finalnie okazuje się, że i tak w większości spraw miał pieprzoną rację. Smutne.
Siedem. Osiem. Dziewięć. Wsadź sobie tę rękę w kieszeń.


Ostatnio zmieniony przez Sylvester Jamie Björkson dnia Pon Wrz 08 2014, 17:32, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Gemma Zaharov

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Kiszyniów, Mołdawia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 685
Dodatkowo : pałkarz
  Liczba postów : 287
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9456-gemma-zaharov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9459-farao
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9457-da-vinci
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9458-gemma-zaharov




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Pią Wrz 05 2014, 19:14

Gemma nie ogarniała złego humoru Sylvka. Na początku pamiętała go jako wesołego żartownisia, a potem nagle stał się zgorzkniałym chamem, a ona nie dokońca rozumiała o co w tym wszystkim chodzi. Nie lubiła jednak analizować historii innych ludzi, bo zawsze niechcący porównywała ją do swojej, a to ją niesamowicie irytowało. W końcu po co wracać do przeszłości? A niemal każde, niewłaściwe zachowanie drugiej osoby ma jakąś głębszą przyczynę, jakieś wytłumaczenie. Miała dość tłumaczeń. Z drugiej jednak strony uwielbiała rozkładanie wszystkiego na czynniki pierwsze, dlatego prowadziła zawsze swoistą walkę ze sobą odnośnie tego, co powinna zrobić. Teraz jednak nie miała najmniejszej ochoty bawić się w psychologa czy też psychiatrę. Dlatego siedziała po prostu zadowolona przed Bjorksonem, jedząc swoją watę cukrową i intensywnie się w niego wpatrując. Od razu odeszła jej jakakolwiek ochota na kontunuowanie gry w szachy. Wolała grać z kimś, kto ma o tym jakiekolwiek pojęcie. Albo chociaż ma lepszy nastrój. A on? On był sfochowaną panienką. Zaharov skądś znała ten mechanizm. Chapman. Aż na samą myśl się zdrygnęła, co mogło sprawiać wrażenie, jakoby było jej zimno. Ale to nieważne, teraz chciała po prostu... sama nie wiedziała czego chciała, taka jest smutna prawda.
- Nie chcę cię denerwować. Zawsze jak chcesz z kimś rozmawiać lub spędzać czas to chcesz go zezłościć? - spytała rzeczowo, unosząc brwi do góry w geście oczekiwania na odpowiedź. Oparła się wygodniej o krzesło, dalej przeżuwając różowe, słodkie kłęby z patyka. Ci mugole to mają jednak zmysł do łakoci... to jej przeszło przez myśl i już się zastanawiała, czy mogłaby sama wyprodukować coś takiego, dlatego na kilka chwil zaległa cisza i być może zniecierpliwiony Szwed zaczął tracić cierpliwość - whatever, jakby to odparła z marszu krukonka, jednakże wreszcie wróciła do świata żywych, tym samym mrugając intensywnie oczami.
- Jamie, powiedz mi, po co chcesz udowadniać sobie tak bzdurne rzeczy? Nie lepiej po prostu być sobą? - zaczęła z grubej rury, a w jej głosie było słychać zdziwienie. Nie rozumiała. Nie rozumiała pobudek chłopaka. Tak samo jak nie ogarniała jego dziwnego zachowania i tego dziwnego udowadniania sobie czegoś. Nie uważała go za łajzę, choć w zasadzie nie znała go zbyt dobrze. Nie chciała też wygłaszać żadnych mądrości - po prostu zadawała pytania, licząc na jakąś bardziej sensowną odpowiedź niż "spierdalaj".
- Gdzie się podziałeś, Sylvku? - spytała już bardzo cicho, tak jakby siebie, przypominając sobie jego uśmiechniętą twarz i entuzjazm. Nie wiedziała co go tak zmieniło, ale nie chciała też naciskać. W końcu miała się nie bawić w psychologa. Może wolała być detektywem? Albo po prostu kimś życzliwym? Już wszystko jej się mieszało.
A w dodatku skończyła się wata cukrowa.
Smutek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sylvester Jamie Björkson

Nauczyciel
Rok Nauki : I
Wiek : 22
Skąd : czarodziejska wioska Frihet, Szwecja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 0
Dodatkowo : zestaw płyt dziwkarskiego rapu
  Liczba postów : 298
http://www.czarodzieje.org/t8074-sylvester-jamie-bjorkson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8075-chodz-poczytam-ci-z-gwiazd#225050
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8076-gwiezdne-ptaszyko#225055
http://www.czarodzieje.org/t8077-sylvester-jamie-bjorkson#225059




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Pon Wrz 08 2014, 17:58

Sylvek sam nie rozumiał skąd w nim tyle nie chęci do ludzi i świata. Czy chodziło o sprawy, które już dawno powinny być zakończone, czy dopiero w tym momencie próbował odnaleźć własne, wewnętrzne ja. Bawił się z nią, ale z drugiej strony próbował być jedną z najbardziej szczerych osób – nie uzewnętrzniając się. To było tak bardzo słabe, ale im dalej w to brnął, tym czuł, że musi wyrzucić z siebie cały bul i rzal. Ile tylko jeszcze wytrzyma? Długo, ostatnio trwało to całe wakacje, a teraz raptem kilka minut. Nie musiał upadać, ani się podnosić. Tkwił na bezdrożu, próbując odgadnąć najbardziej zawiły sekret z jakim przyszło mu się zmierzyć, a mianowicie… Co z nim, kurwa, jest nie tak?
-Och, jasne. Chcesz ze mną spędzić czas? Spoko. Nie masz bliższych przyjaciół? – Był opryskliwy. Nie umiał z tym walczyć, ale z drugiej strony Zaharov nic mu nie zrobiła, a jedyne czego żądał od życia w tym momencie to ta cholernie upragniona cisza. -Dobra, przepraszam. Nie powinienem się na Tobie wyżywać. Jesteś Bogu ducha winna… – Dodał z mniejszym grymasem na twarzy, próbując zdobyć się na uśmiech, który mógłby dać mu spełnienie, ale i nie tylko. Chodziło raczej o to, by przełamać te lody, które zaczynały coraz bardziej go osaczać sprawiając, że zarówno dusza jak i serce powoli stawały się trwałymi bryłami z pod, których już nikt nie odnajdzie drogi do światełka jakim przecież jeszcze kilka tygodni temu Bjorkson był. Taki paradoks, z którym trzeba sobie poradzić, albo całkowicie go zwalczyć.
-Kiedy jestem sobą, Gemmo, to ludzie patrzą na mnie przez pryzmat brata. Porównują do niego. Mówią w czym jestem gorszy, a on niesamowity. Sam fakt, że jest prefektem, a ja nie – przyprawia mnie o zawrót głowy. We wszystkim lepszy. Wszystko robi lepiej. Mocniej kochany. Wielbiony. Czczony i wynoszony na piedestał zajebistości. – Rozpoczął nawet nie do końca będąc świadomym tego monologu, ale może to po chwili otwartości pozwoli mu na spojrzenie na całą sytuację z zupełnie innej perspektywy? Cóż, kto wie… -A ja? Nie będę wyrywaczem dup. Nie będę ruchał lasek dla sportu. Nie będę chodził na randki z każdą gryffonką, tylko po to by mój fiut był spełniony. Nie mam zamiaru wbijać na imprezy i udawać, że jestem niesamowity w piciu. To nie dla mnie. Nie oceniam go, bo uwielbiam go ponad wszystko, ale… Gemma, wiesz jak to jest mieć bliźniaka? Zawsze jest jedno doskonalsze, a drugie się rozpada. Nie umiem tego tak wytłumaczyć żebyś zrozumiała, ale chodzi mi o to, że nie chce być taki jak on, a tym porównywaniem do niego – staję się coraz bardziej zamknięty i zdystansowany. Jeszcze Astrid wyjechała jakiś czas temu i już po prostu… Sam nie wiem. – Wydukał w końcu na jednym wydechu, wstając na moment od stolika, by spojrzeć na otaczający go krajobraz. Składał wszystko w głowie, jakby chciał od tego uciec, a mimo to zamykał się w jeszcze większej klatce. Miało mu to pomóc? Możliwe, ale już sam nie potrafił jasno określić w czym. Jedynie marzył o tym, by jego życie wyglądało inaczej, no bo czy jak nie zacznie być jak brat, to nie stanie się jego marną kopią? Z pewnością tak, ale ileż można walczyć z czymś co pielęgnuje otoczenie.
-Nie wiem co się ze mną stało…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Gemma Zaharov

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Kiszyniów, Mołdawia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 685
Dodatkowo : pałkarz
  Liczba postów : 287
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9456-gemma-zaharov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9459-farao
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9457-da-vinci
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9458-gemma-zaharov




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Pon Wrz 08 2014, 23:12

Może gdyby wiedziała, że Sylvek sam nie zna genezy swego postępowania, to zaproponowałaby wizytę u jakiegoś specjalisty. Sama nigdy nie miała problemów z mentalnością (do teraz - sic!), ale słyszała, że to podobno pomaga i człowiek dostaje swoistego katharsis. Kiedyś tam. W jakichś pewnych okolicznościach. A przecież Gemma chciałaby dla tego chłopaka jak najlepiej, pomimo tego, że znali się raczej niewiele, a przez większość czasu on był do niej wrogo nastawiony. Krukonka zdawała sobie sprawę, że nie wszyscy są w stanie ją lubić, ale przecież na początku szło im całkiem nieźle. Obwiniała siebie, że może go czymś uraziła, ale żeby aż tak? Nie chciała się w to zagłębiać, dając mu nieco swobody w życiu, ale jak widać na niewiele się to zdało. Dlatego siedząc tutaj zastanawiała się co mogłaby dalej zrobić. Może rzeczywiście powinna go zostawić samego? Ale to nie było w jej stylu. Przecież była zdeterminowana. I chciała go zarazić swoim pozytywnym myśleniem. Jaka szkoda, że to chyba właśnie to go tak bardzo denerwowało - jak wtedy myślała.
- Widocznie nie mam. Masz z tym jakiś problem? - spytała spokojnie, unosząc jedną brew w geście dezaprobaty. Skończyła się wata, skończyła się słodycz życia, nadeszła gorzka fala słów. W zasadzie to chciała już poważnie zrezygnować i wstać, ale wtedy stało się coś dziwnego. Mianowicie Bjorkson zaczął przepraszać, a potem nawet opowiadać. Zaharov zagięło to do tego stopnia, że przestała się w ogóle ruszać. Po prostu słuchała, uprzejmie kiwała głową i uśmiechała się ledwo widocznie w niektórych momentach. To, co mówił, było zaiste ciekawe, nie chciała mu jednak przerywać. Widocznie poczuł potrzebę wygadania się, a ona przecież chciała mu pomóc. Skoro od tego miał się poczuć lepiej, to czemu nie? Swoją drogą... to wszystko było fascynujące.
- Sylvek... powinieneś być sobą. Taki jesteś najlepszy. Niewarto dostosowywać się do innych, bo ci inni potem cię wydymają i będziesz mieć sobie za złe to, że się w tym zatraciłeś - zaczęła spokojnie, nachylając się do niego bardziej i opierając ciężar głowy na łokciu. - Ja... ja też mam siostrę bliźniaczkę, wiesz? Wiedziałam o niej od dawna, ale dopiero teraz ją spotkałam. Tu, w Hogwarcie. I wiesz co? Nie wiem co o tym myśleć. Byłyśmy w domu dziecka, rozdzielili nas. Nie widziałam jej dziesięć lat. Pisałam do niej listy, ale na żaden nie odpisała. Chyba nie chce, abym uczestniczyła w jej życiu - uchyliła rąbek swojej tajemnicy. O domu dziecka nie rozpowiadała w zasadzie nikomu. Nie było się czym chwalić, no nie? - I też mam wrażenie, że jestem tą gorszą. Ona jest tu od dłuższego czasu, ja jestem intruzem, który wkroczył do tej szkoły kilka miesięcy temu. Ona jest lepsza, kochańsza, fajniejsza. Ja... ja to ja - zakończyła, wzruszywszy ramionami. W zasadzie nie chciała tego rozkopywać, jakoś tak samo wyszło. - Także się nie przejmuj. Po prostu żyj swoim życiem, bądź sobą i miej gdzieś innych. Jak ja! Polecam - dodała już optymistyczniej, uśmiechając się delikatnie.
Fajnie tak sobie czasem pogadać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sylvester Jamie Björkson

Nauczyciel
Rok Nauki : I
Wiek : 22
Skąd : czarodziejska wioska Frihet, Szwecja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 0
Dodatkowo : zestaw płyt dziwkarskiego rapu
  Liczba postów : 298
http://www.czarodzieje.org/t8074-sylvester-jamie-bjorkson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8075-chodz-poczytam-ci-z-gwiazd#225050
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8076-gwiezdne-ptaszyko#225055
http://www.czarodzieje.org/t8077-sylvester-jamie-bjorkson#225059




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Pią Wrz 12 2014, 20:24

Chodź. Chodź. Dam Ci lizaczka.
Ludzie nie lubią o sobie mówić, bo to w jakiś sposób ich ograniczenia w działaniu. Obawiają się bycia pośmiewiskiem, stąd lepiej im wychodzi udawanie, że wszystko jest w porządku. Może właśnie to miał na celu Sylvek, kiedy zamykał się po raz kolejny w sobie i udawał, że jest ok, kiedy tak naprawdę nie jest ok. Nieważne, bo przecież jest facetem, nie przystoi mu płakać. No dobra, gdyby był pizdeczką, którą przecież WCALE NIE JEST, to jeszcze można byłoby zrozumieć, ale teraz? Musiał być bardzo silnym mężczyzną, który ma jaja i dużego fiuta, a że jedno i drugie to ściema, to przynajmniej mogę go dowartościować w narracji. Boże, hihi, jaka ja dziś dowcipnisia jestem!
Niemniej jednak wróćmy do rzeczywistości, bo ten Sylvuś to się jeszcze bardziej biedny załamię, a tu taką piękną kobietę ma na wprost siebie. Niewdzięczny ten chłopak jest losowi, że on mu cycki inteligencję pod nos podsyła, a ten jakieś modły odprawia i psioczy na złośliwość swojej egzystencji. Czy to nie jest głupie? No jasne, że jest.
-Nie mam, bo jadę na tym samym wózku... - Zdążył jeszcze uciąć krótko, nim dziewczyna zaczęła słuchać jego jakże interesującego monologu. Potrzebował z siebie to wyrzucić, bo nie rozmawiał o tym z bratem. Nawet Felice nie widział już za długo, a przecież była takim promyczkiem, który dał mu ostatnio sporo sił, a teraz? Nie było nikogo i serce mu pękało mimo, że był twardy. Nawet bardzo, hehs.
Wyznanie, które złożyła Mołdawiana zupełnie zbiło z tropu puchona. Zmarszczył lekko brwi i wlepiał w nią spojrzenie, bo przecież była w dokładnie takim samym położeniu, co on. No z tym wyjątkiem, że on i Leonardo przebywali ze sobą niemal non stop.
-Skąd wiesz, że nie chce Cię w swoim życiu? Powiedziała Ci to? Nie rozumiem, to znaczy staram się zrozumieć, ale jak mogła nie chcieć do Ciebie pisać, przecież... Jest Twoją siostrą, nosz kurde lebele. - Powiedział z nieukrywaną irytacją, by po chwili pogładzić policzek dziewczęcia, ot taki uroczy gest ze strony chłopaka, któremu nigdy nie stał fiut na widok cycków. Może jak będzie miły to mu się poszczęści, ale znając życie to nie. Smutek, chlipchlip.
-Ja pierdolę, co za ludzie... - Dodał po chwili bardzo rzeczowo, zwięźle i na temat.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Gemma Zaharov

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Kiszyniów, Mołdawia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 685
Dodatkowo : pałkarz
  Liczba postów : 287
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9456-gemma-zaharov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9459-farao
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9457-da-vinci
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9458-gemma-zaharov




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Nie Wrz 14 2014, 00:48

Zjadłabym lizaczka.
Gemma nie obawiała się pośmiewiska. Gdyby chciała wykrzyczeć światu co o nim myśli - zrobiłaby to. Gdyby chciała opowiedzieć każdemu o swych bolączkach - zrobiłaby to. Ale nie chciała. Nie widziała w tym żadnego sensu. Narzekać może każdy, zadowolenie z tego, co się ma, jest wyzwaniem. Zaharov lubiła wyzwania. I lubiła mieć czyste sumienie. No i przede wszystkim - kiepsko było u niej z uczuciami. Przynajmniej smutkiem. W zasadzie odkryła je dopiero niedawno podczas tej całej akcji z odkrywaniem bliźniaczek i myleniem jej z Eiv. Sama była w sumie w ciężkim szoku, że takie rzeczy potrafią od niej wyjść. Hejterskie odzywki, chamskie docinki, księżniczkowate zachowanie. Życie potrafi zaskakiwać.
Tymczasem jednak czuła się całkowicie odprężona, nawet nie kłopotała się odczuwaniem emocji podczas swojej opowieści. Która bądź co bądź nie była przyjemna, ale taki los, co zrobić.
- Najpierw tak... potem niby sobie miała wszystko przemyśleć. Nie wiem, co z tego będzie. Ale jak zwykle jestem dobrej myśli - odparła lekko, wpatrując się w Sylvka z zaciekawieniem. Widocznie jeszcze potrafił być czuły i miły. Nawet empatyczny. Gdy poczuła muśnięcie po policzku trochę się zdziwiła, ale ostatecznie uznała to za bardzo przyjazny gest, więc nawet się uśmiechnęła. A policzki się lekko zarumieniły, hehe.
- Ludzie niestety są dziwni. I dobrzy i źli. Nie mamy na to wpływu, choć oczywiście możemy próbować ich zmienić - odparła na jego ostatnie zdania. Nie miała pojęcia, że ten niedobry Szwed chce ją tylko przeruchać! To smutne.
- Skoro nie chcesz grać w szachy, to co chcesz robić? - spytała, NIEWINNIE oczywiście.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sylvester Jamie Björkson

Nauczyciel
Rok Nauki : I
Wiek : 22
Skąd : czarodziejska wioska Frihet, Szwecja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 0
Dodatkowo : zestaw płyt dziwkarskiego rapu
  Liczba postów : 298
http://www.czarodzieje.org/t8074-sylvester-jamie-bjorkson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8075-chodz-poczytam-ci-z-gwiazd#225050
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8076-gwiezdne-ptaszyko#225055
http://www.czarodzieje.org/t8077-sylvester-jamie-bjorkson#225059




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Pon Wrz 15 2014, 13:24

Dam Ci lizaczka.
Sylvester wiedział o tym, że życie to ogólnie rucha i to dość konkretnie. Czasem mocniej niż powinno, ale co za tym idzie… On miał przynajmniej twardą dupę. Musiał w ten sposób funkcjonować. Nie obchodziło go zupełnie nic, co mogło przynieść ból. Oczywiście, pierdolenie. Bjorkson to przeżywał jak mrówka okres. Czasem nawet gorzej. Nie ma jednak co o tym gadać, bo nie ten czas, nie ta pora, a dobrze wiemy co się między nimi kręci, zatem... Do rzeczy.
Spojrzał na Gemmę, która gadała o swojej siostrze. Nawet przez moment zastanawiał się, jak to jest możliwe, że dziewczyny, a raczej jedna z nich nie miała pojęcia o drugiej. Przynajmniej tak wnioskował puchon. Podrapał się jeszcze po głowie, bo przecież jak można nie chcieć uczestniczyć w życiu swojego rodzeństwa? Trzeba być chyba naprawdę bardzo bezduszną osobą, a chłopak tego po prostu nie rozumiał. To trochę nawet głupie, skoro były w domu dziecka, zostały rozdzielone. Jedyne co przyszło mu do głowy, to mimowolnie chwycić ją za dłoń i dodać jej tak jakby otuchy. W końcu jakby nie patrzeć w tym momencie, to było jej chyba naprawdę potrzebne.
-Posłuchaj, bo ona nie wiedziała o Tobie, tak? Znaczy, czy wiedziała, a nie pisała i miała w dupie? Nie rozumiem trochę. Jak to w ogóle możliwe? Tak bardzo pochłonęło ją życie u nowej rodzinki? To bez sensu, bo z tego co wnioskuję, to… Byłyście zżyte w domu dziecka. – Powiedział ze spokojem, gładząc jej dłoń i nieprzerwanie wgapiając się w jej oczy. Zaraz potem przełknął ślinę i dodał coś totalnie od czapy, co wydawało mu się jeszcze bardziej idiotyczne, niż to, że siostra Gemmy nie chciała jej znać. -Wiesz, może ktoś wyczyścił jej pamięć i zrobił panie mózgu, ale to trochę głupie. Nie ma chyba aż tak podłych ludzi, nie? – Wydukał lekko kręcąc przy tym głową, jakby z dezaprobatą dla własnych myśli. Musiał jakoś pozbyć się tego cholernie wisielczego nastroju i rozweselić tą jakże rozkoszną krukonkę. -Słuchaj. Zabieram Cię do siebie. Przygotuje moje mistrzowskie danie. Lody wszystko co znajdziesz w kuchni, oprócz zlewu. Co Ty na to? – Wyszczerzył się szeroko w uśmiechu, a zaraz potem poderwał się do góry, by chwycić ją za rękę i pociągnąć za sobą. Nie myślał o konsekwencjach. One nie były istotne. Przynajmniej nie teraz.

/zt x2 hychyc
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Ambroge Friday

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Limerick, obecnie Londyn.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 166
  Liczba postów : 1394
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6204-ambroge-friday
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6230-krewni-znajomi-i-wrogowie-ambroge-a
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6383-ambroge-friday
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7523-a-friday




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Czw Sty 08 2015, 00:57

Musieli się spotkać. Zdeydowanie musieli się spotkać i obgadać kilka spraw. Pytanie tylko gdzie? Cholera jasna, to mógł być problem. Hogsmaede? Londyn? Nie. Nie chciał jej tam ciągać, szczególnie pamiętając zeszłoroczne jazdy z Lunarnymi.. Nie, żeby teraz ktoś znowu czyhał na życie uczniów, czy nauczycieli, po prostu.. nigdy nie wiadomo nic do końca. No, ale Hogwart? Cóż, chyba nie było innego wyjścia. Pytanie tylko gdzie mogliby się spotkać? Długo się nad tym zastanawiał. Błonia? Za zimno. Pokój Wspólny? Zbyt duże prawdopodobieństwo, że ktoś mógłby im przeszkodzić. Jego mieszkanie? Dobry pomysł, ale po pierwsze Londyn, po drugie współlokatorka. Cholera. No nic. Koniec końców wybór padł na Hogsmaede. Może dlatego, że akurat tam przebywał, pisząc do niej list? Prawdopodobnie tak. Ostatecznie miejsce spotkania zostało umówione. Padło na to miejsce w parku, w którym można zagrać w szachy. No, po prostu cudowne miejsce. Tak bardzo je lubił. Spędził tam pół dnia. Grając, a także rysując. I w sumie śmiesznie, bo spotkał tam takiego starszego pana, z którym nawet zagrał jedną partię. Niesamowicie życzliwy i pogodny człowiek, który – jak się okazało – przychodził tam codziennie od jakiegoś czasu i zawsze grywał w szachy. To takie cudowne uczucie, kiedy Piątek ledwo, ledwo, ale z nim wygrał. Cóż, będzie musiał poćwiczyć końcówki i grę skoczkiem. No, a potem ten człowiek zgodził się mu pozować. Toteż Friday bez żadnych oporów wyjął swój szkicownik i uwiecznił go tak jak go widział. Ogromnego, siedzącego za planszą, w koronie króla, mającego przed sobą armię figur, którym wkazywał jeden wyłącznie kierunek – naprzód! Cudowne dzieło. Z resztą facet też był zadowolony. Po wszystkim jeszcze chwilę pograli, po czym pożegnali. Piątek znowu został sam, a Pani Pięknej, jak nie było tak nie było.. Postanowił więc nieco oddalić się od tamtego miejsca, toteż usiadł na jednej z ławeczek nieopodal. Nudziło mu się, nie miał z kim grać, czego rysować, ale na szczęście postanowił się jakoś ostatnio – pewnie po spotkanie z Vivi – pogodzić z harmonijką. W związku z tym, tak cudownie się bawił, coś tam pogrywając jakieś melodie. Aż zapomniał o tym mroźnym wietrze, który czasem smagał jego policzki. Zatracił się chłopak. A Ainslee nadal nie było..
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Ainslee Gordon

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VI
Wiek : 20
Skąd : Bristol
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 40
  Liczba postów : 34
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10031-ainslee-gordon
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10044-ainslee
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10045-kleofas-sowa-ainslee#279888
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10046-ainslee-gordon




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Czw Sty 08 2015, 01:44

Miała rację - po czymś takim nie mógł tak po prostu zniknąć, więc zaproponował jej spotkanie. Tylko... nie miała zielonego pojęcia, co Piątek chciałby jej powiedzieć. Z jednej strony nie mogła się doczekać spotkania z Piątkiem, z drugiej - gdzieś w głębi niej pojawiał się strach. Co będzie, jeśli ją odtrąci? Doskonale znała to uczucie i nie chciała próbować go raz jeszcze, ale powinna znać konsekwencje swojego czynu, prawda? Jednak na razie nie chciała zaprzątać sobie tym głowy. Chciała przytulić się do Piątka choć na chwilę, a reszta była jej obojętna. Wyszła z zamku po zajęciach, ubrana w granatowy płaszczyk i białą czapkę, biały szalik i białe rękawiczki. Pod płaszczykiem miała mundurek - nie zdążyła się przebrać. O zmianie ubrań pomyślała przy drzwiach wejściowych Hogwartu, ale nie miała ochoty wracać na jedną z wież zamku. Trzymając w ręku książkę, szła przed siebie, co jakiś czas zerkając na drogę. Czytała o bitwach trolli, ponieważ pojutrze miała sprawdzian z historii magii. Jednak nie mogła skupić się na trollach. Po pierwsze, trolle są okropne. Po drugie, Piątek był o wiele lepszym tematem do rozmyślań. W drodze do Hogsmeade trzy razy potknęła się o krawężnik, ale tylko raz wylądowała na kolanach. Robiła postępy! Poprawiła spódniczkę i spostrzegła Krukona na ławce - dokładnie tam, gdzie się umówili. Grał na harmonijce. Poprawiła swoje jasne włosy, przywołała uśmiech na zaróżowioną twarzyczkę i podbiegła do niego, obejmując go od tyłu.
- Hej - szepnęła mu do ucha, kładąc głowę na jego ramieniu. Położyła podręcznik od historii magii na ławce obok niego. - Wszystko w porządku? - NIE MOGŁA SIĘ POWSTRZYMAĆ przed tym pytaniem, a w jej głosie można było wyczuć pewien niepokój. Tak, nadal miała leciutkie wrażenie, że Ambroge zwieje gdzie pieprz rośnie i znowu ją zostawi. Nie obchodziła jej reszta jego znajomych - zostawi ją. JĄ. Ostatnio powiedział jej, że może tak mówić, prawda? Że jest ważna. W pewnym sensie.
Był taki uroczy, grając tą melancholijną melodyjkę na harmonijce. Zmierzwiła mu włosy dłonią, prostując się i ciągle stojąc za nim, jakby bała się, że cały urok pryśnie, gdy podejdzie bliżej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Ambroge Friday

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Limerick, obecnie Londyn.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 166
  Liczba postów : 1394
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6204-ambroge-friday
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6230-krewni-znajomi-i-wrogowie-ambroge-a
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6383-ambroge-friday
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7523-a-friday




Gracz






PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   Pon Sty 12 2015, 00:32

Ona sobie szła na spotkanie z nim. On grał. Ona martwiła się co takiego mógłby jej powiedzieć. On nadal grał. Jakoś nie przejmował się tym za bardzo. Grunt, że wiedział, o czym musieli pogadać. A co jej powie..? Przypuszczalnie wszystko wyjdzie w trakcie rozmowy. To znaczy, była pewna wersja, albo raczej prawda, którą chciał jej powiedzieć. Tylko prawdę. No, ale na to musiał być przygotowany. On? Nie. Wróć. Przepraszam, mówiłem o niej. W każdym razie, nieważne. Nie teraz. Dawno nie grał. Zbyt dawno nie grał na harmonijce. Ej. Chyba wróci do tego przedmiotu. Instrumentu. Do Grażynki. Wiem, to dziwne nazwać tak harmonijkę, no ale wyobraź sobie Irlandczyka próbującego wypowiedzieć to słowo. Więc właśnie. Stąd właśnie imię. Żeby nie było żadnych nieścisłości. Tak trudne jak trudne jest powiedzieć Grażynka, były jego początki na harmonijce.
Grał sobie tak spokojnie, próbując sobie przypomnieć jeden motyw, kiedy nagle coś go objęło. To Ainslee. Nie mógł to być nikt inny. Z resztą, kątem oka to przyuważył. Więc przyszła. Jednak. Miło, nie można powiedzieć. Naprawdę, miło. Cóż, ale wszystko w swoim czasie. Wpierw się ogarnie z tym. Z Harmonijką. W międzyczasie drugą, wolną, ręką odtrącił od siebie dziewczę na krótką chwilę, pogłaskał po głowie, nakazał usiąść obok, po czym wstał i zaczął zacinać ciągle jeden fragment jakiegoś utworu, którego tytułu nie mógł sobie przypomnieć. No, ale nie o to szło, bowiem chłopak parodiował właśnie wszystkich harmonijkarzy, za bardzo.. wczuwających się w rolę. Cóż, można i tak, prawda? Jak widać, można. W końcu zbyt natchnionych artystów jest było i będzie na tym świecie wielu. – Cześć! – powiedział głośno, całując dziewczynę na dzień dobry. W usta, tak. Nie, nie tak jak ostatnio. Nie namiętnie. Raczej przelotnie, ale mimo wszystko. To zawsze był jakiś progres w relacjach. Po tym odsunął się, przegrał jakiś tam fragment, po czym przytulił. – Cieszę się, że Cię widzę, skarbie – wyszeptał do ucha, po tym, jak przytulił dziewczę do siebie. Tak bardzo długo jej nie dawała mu spokoju. Musiał się z nią zobaczyć. W koncu od tamtego wydarzenia w wieży minęło.. coś około dwóch tygodni. Masakra. Czyżby on za nią tęsknił? Chyba tak. Tak. Tak. Na pewno.
- Jak się trzymasz? Jak życie? Wszystko w porządku? Nie przenieśli Cię? Nikt się nie skapnął, że się akurat wyniosłaś? Jak oceny? Jak.. – spojrzał na książkę. – Wielka wojna Trolli? – zasypał ją pytaniami. W sumie, tylko dwa pierwsze go interesowały, no ale to Ainslee, tak? Ją trzeba było wypytać jeszcze o szkołę, taką była kujonką. Jego kujonką, co piękne. Piękne i wspaniałe. No, bo.. jego? Prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content











PisanieTemat: Re: Magiczne szachy   

Powrót do góry Go down
 

Magiczne szachy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
hogsmeade
 :: 
Park
-