Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Herbaciany Raj

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4 ... 10, 11, 12  Next
AutorWiadomość



avatar

Student Hufflepuff
Rok Nauki : III
Wiek : 24
Skąd : Bentham
Czystość Krwi : 10%
Galeony : 266
  Liczba postów : 240
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4899-drake-bennett
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4900-niezla-draka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4902-drastyczna-poczta




Gracz






PisanieTemat: Herbaciany Raj   Wto 2 Kwi - 23:02

First topic message reminder :


Herbaciany Raj


Ten pokój z pewnością ucieszy miłośników herbat. Na wszystkich ścianach są ustawione w rządkach torebeczki ze wszystkimi herbatami świata, które w dodatku same się uzupełniają. Niestety, przygotowanie napoju nie jest już tak magiczne - w kącie stoi stary piecyk z kociołkiem, w którym to trzeba zagrzać wodę. Ta jednak zawsze się w nim znajduje i sama się uzupełnia, więc jeden problem z głowy!
Możesz przysiąść na puchowym dywanie, albo niczym cywilizowany człowiek - przy jednym ze stolików.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Wiek : 25
Skąd : Potters bar
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 236
Dodatkowo : Ćwierć-wil, rezerwowy obrońca
  Liczba postów : 492
http://czarodzieje.my-rpg.com/t3560-merlin-faleroy
http://czarodzieje.my-rpg.com/t3561-abdrakadabry-merlina
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5349-glupia-sowa-merlina
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7199-merlin-faleroy#204423




Moderator






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Nie 9 Cze - 20:58

Boże, po prostu ranisz wciąż biedne serduszko Merlina, który niedługo będzie musiał sobie kupić serio kota, żeby mieć kogoś kto go kocha! Biedny, niedoceniany Faleroy i jak tu nie marudzić, skoro ludzi tak okropnie go traktują, nawet śliczny Janek. I Merlin się na nikogo nie czai! On jest biedny i niewinny i to kobiety ewentualnie atakują go i osaczają. W każdym razie i tak mogliby się sobą nacieszyć chociaż przez chwilę! Nawet można powiedzieć, że Ioannis jest mu to winny, żeby dać mu szansę za to jak paskudnie go zwodził. Kto wie, może Faleroy go bardzo kocha i nigdy nie zdradzi. Wszystko może się zdarzyć. Więc to biedny jest nasz ślizgon. Piękny, biedny i nie ma jeszcze kota, najgorzej. I wcale nie jest niedobry, Janekjeden jest, ze tak chamsko o nim myśli. Gdyby Merlin umiał czarować, na pewno rzuciłby na niego jakąś straszną klątwę. I pewnie Keith go kocha nawet bardziej niż Mia, bo pewnie nie zdradziłby go z żadnym makaroniarzem, ani nawet z siostrą. A będzie żył krócej niż Mia, więc coś mu się należy od życia. Boże ten Gavrilidis jest taki okropny, że powinno się go utopić w studni czy coś. Wtedy wszyscy przestaliby za nim latać, a on przestałby zwodzić, by potem i tak wracać do swojej nudnej dziewczyny! Gdyby chociaż nową sobie znalazł, to można by mu było wybaczyć, ale nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, czy jak to się mówi nie pamiętam. Oczywiście to, że z Merlinem już był może być wyjątkiem od reguły. I faktycznie teraz Janek jest Casanovą większym niż Merl i nie mogę się doczekać, aż biedny, biedny wil dowie się jak został wykorzystany.
Boże te wypicie ich zimnych herbat przez Keitha sprawia, że mam dreszcze! Co prawda w tej całej scenerii najmniej pasuje, że Keith i Mia są razem, bo krukon jest chyba jeszcze większym gejuchem niż Janekjeden. Ale podobno chcieć to móc, więc spoko. I inne byłoby zakończenie! Ioannis znalazłby pracę, mieszkanie i takie tam, zamieszkałby z Merlinkiem, który by z nim był bardzo grzecznie, od czasu do czasu znikając tylko. Ale wracając. Czyż to nie brzmi przeuroczo?
No jasne było bardzo przyjemnie, skupiając się całkowicie na ślicznym Janku i w końcu mając go całego dla siebie. Merlin wciąż lekko zdumiony tym, że jednak jego szalona misja się powiodła usiadł również zmęczony na kanapie, naciągając na siebie z powrotem bokserki. Swoją drogą biedny Janekdwa, który był tego świadkiem! Albo może mu się to podobało, bo jak wiadomo Merl dostał super ocenę za niego.
- Jesteś przesłodki, Janku – oznajmił mu w końcu pochylając się do niego, by pocałować go lekko w usta. Wstał na chwilę, by złapać swoje spodnie, nałożyć je i wyjąć z kieszeni papierosy, by zapalić jednego. Poczęstował nawet Ioannisa, uprzejmie. Wrócił na miejsce i pochylił się nad swoją filiżanką. Odkrył, że herbaty im wystygły, och nie! Skrzywił się lekko, ale i tak wypił parę łyków. Spojrzał z powrotem na Greka, coś by zapytał, ale nie chciał mu psuć humoru, jeszcze Gavrilidis krzyknie co ja zrobiłem i ucieknie, czy coś. Dlatego miło uśmiechnięty Faleory wyciągnął rękę, by objąć jeszcze ramieniem Janka i pić sobie zimną herbatkę wraz z nim.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : III
Wiek : 23
Skąd : Thessaloniki, Grecja
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 536
  Liczba postów : 528
http://czarodzieje.my-rpg.com/t3237-ioannis-gavrilidis
http://czarodzieje.my-rpg.com/t3239-kalimera
http://czarodzieje.my-rpg.com/t3238-ioannisowa-poczta
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7189-ioannis-gavrilidis




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Pon 10 Cze - 22:52

Ojej, taka bidulka, która zalicza połowę Hogwartu, no naprawdę, BIEDNY MERLINEK! Ech, tak naprawdę to chyba byli siebie warci. Janek też marudził, że jest poszkodowany, bo niby musi wybierać wśród osób. A chyba niedługo wśród dwóch, bo Mia z nim zerwie. Ale póki co wciąż miał aż trzy osoby do wyboru! I nie potrafił się zdecydować! TO PRAWDZIWY DRAMAT. A nie, że niby Ioanni go odrzuca. Spokojnie, powędruje pocieszać się w ramiona kogoś innego, jakiejś Cait czy kogoś tam. I kto miał mieć złamane serduszko? No kto? No właśnie ON, Grek, samotny i opuszczony i... dobra, trochę się zagalopował w swym marudzeniu. Bo gadał nieprawdę. A raczej myślał. Albo pomyśli, bo póki co nic nie wie o Faleroy'u. Że zgotuje mu taki okropny los! Ale spokojnie, pewnie z powodu wyrzutów sumienia to właśnie będzie spędzał z nim trochę czasu, pewnie nie tylko w ramach rekompensaty. Lubił bardzo wila, pociągał go, a co z jakimiś uczuciami wyższymi? Ciężko stwierdzić, raczej od dłuższego czasu wahał się między Mią a Keithem i to do nich coś żywił. Ze ślizgonem... chyba to była bardziej kwestia sentymentu. Chociaż nie da się ukryć, że swoim przybyciem do skrzydła szpitalnego namieszał mu trochę w głowie. I sądził, że mógłby dać im szansę, ale zastanawiał się, czy ich "uczucie" nie jest zbyt słabe mimo wszystko, aby rzucać wszystkich innych w cholerę i próbować być z Merlinem. Zresztą, wcale nie wiedział, czego on oczekiwał! Bo wcale nie porozmawiali na poważnie. Zajęli się przyjemnościami. Może jemu naprawdę zależało jedynie na seksie, a Gavrilidis niepotrzebnie to wszystko roztrząsał? Po prostu nie wiedział.
Jeżeli rzeczywiście nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, to wybór byłby prosty - Everett! To mogłoby rozwiązać jego wszystkie wątpliwości... poza tym, może rzeczywiście powinien wyjechać samotnie do Grecji, dając całej trójce od niego odpocząć? Faleroy szybko znalazłby pocieszenie, trochę gorzej z pozostałą dwójką krukonów, ale... teraz by pocierpieli, a potem byłoby już tylko lepiej. Ech, rzeczywiście Ioanni jest okropny, chce uciekać od problemu!
W sumie to nie jest takim znowu gejuchem, skoro oddawał się ciekawym przyjemnością z własną siostrą! Więc równie dobrze mógłby zapałać miłością do Mii! Myślę oczywiście, że w tym ich swataniu ogromną rolę odegrałyby właśnie te zimne herbaty, które z pewnością zmieniły nastawienie Keitha do wszystkiego, jestem przekonana. Może nawet zmieniłyby mu orientację na bardziej pro kobiecą? WHO KNOWS, jednak jak wiadomo, ostygnięte herbaty mają wielką moc!
Grek chwilę jeszcze siedział, próbując złapać oddech i dopiero widząc, że wil się ubiera, sam również postanowił zrobić to samo. Naciągnął swoje bokserki i spodnie, a na słowa towarzysza uśmiechnął się lekko i oddał ten delikatny pocałunek. - Mógłbym powiedzieć, że ty też, ale zrobi się za słodko - odparł spokojnie, znajdując gdzieś tam swoją koszulkę i nakładając ją na siebie, spojrzał w kierunku papierosów. Nie palił zbyt często, ba, prawie wcale, ale w sumie... teraz miał chyba na to ochotę. Dlatego sięgnął po jednego, skinął Merlinowi głową i odpalił fajkę, zaciągając się dymem. Jednocześnie przetwarzał w myślach, czy powinien psuć tę atmosferę próbując poważnie porozmawiać, ale ostatecznie uznał, że może... za chwilę. Albo później. Pojutrze. Za miesiąc. Albo nigdy. HEHEH.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Wiek : 23
Skąd : Fenny Stadford
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 321
  Liczba postów : 548
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4799-violet-lavoisier?highlight=violet
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4806-takie-tam-lukrecjowe-3?highlight=lukrecjowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4805-violet?highlight=violet
http://czarodzieje.my-rpg.com/post?p=211741&mode=editpost




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Wto 27 Sie - 19:12

Nie cierpię zaczynać, nigdy nie wiem co napisać, a szukanie miejsca to jeszcze większa katorga, ale miejmy to już za sobą.
Violet usiadła przy jednym ze stolików i nalała do filiżanki gorącej wody. Później włożyła tam torebkę z herbatą, czekając cierpliwie, aż ta się zaparzy. Jeszcze chwila i będzie mogła delektować się smakiem swojego ulubionego napoju. Kiedy była młodsza, przychodziła tu bardzo często, jak przystało na urodzoną herbatoholiczkę. Później jednak przestała odwiedzać to miejsce, jako że znalazła ciekawsze zajęcia.
Pogoda nie dopisywała, było szaro i ponuro. Właśnie w takie dni, nudne jak flaki z olejem, najlepiej było zadowalać się złocistym napojem. Później czeka ją pisanie esejów, na co kompletnie nie miała ochoty. Ale nie mogła przecież pozwolić sobie na złą ocenę! Musiała być dobra, jeśli nie najlepsza, taka już z niej perfekcjonistka. Tymczasem miała chwilę dla siebie, chwilę spokoju, spokoju niezmąconego i nieprzerywalnego. Czas tak szybko płynął, a w jej życiu nie działo się niemal nic, z czego po części była zadowolona. Trochę tęskniła za zamieszaniem, które wprowadzały zwykle niektóre osoby, lecz jednocześnie taki obrót spraw w niczym jej nie przeszkadzał. Wakacje były wręcz szalone, wyjazd do Japonii i inne takie, zatem nastał czas, aby przestawić się na tryb szkolny. I najlepiej to zrobić, kiedy nikt w tym nie przeszkadza.
Nie mogła doczekać się jutrzejszego popołudnia. Mathilde, dziewczyna z Kanady, poprosiła ją o pozowanie. Dacie wiarę? Violet będzie m o d e l k ą. Pojęcia nie miała, na co się pisze i czy będzie jej się to podobało, ale zgodziła się bez najmniejszego nawet wahania. Zobaczymy, co przyniesie jej to doświadczenie, czy jest stworzona do modelingu, czy może jeszcze musi popracować nad pewnymi swoimi cechami. Tymczasem objęła dłońmi gorącą filiżankę, podsuwając ją do ust. Para z napoju uderzyła w jej nozdrza, sama ślizgonka zaś upiła łyk, a przyjemne ciepło rozeszło się po jej ciele. Tak, eseje mogą poczekać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 21
Skąd : Mexico City
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 284
  Liczba postów : 279
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6246-karin-cortez
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6247-kto-kochanek-a-kto-wrog
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6248-poczta-karin
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13558-karin-cortez?highlight=Karin+Cortez




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Sob 31 Sie - 11:42

Pierwszy raz od przyjazdu do Hogwartu nie poszła biegać. Ta wizyta u Ambroga jej pomogła, nawet jeśli stanęło tylko na obiedzie. Dziewczyna ubrana w krótką, wściekle różową tiulową spódniczkę, czarną koszulkę, czarne podkolanówki i również wściekle różowe glany weszła do Herbacianego Raju. Przyszła pomyśleć? A może pomyślała, że znajdzie jakiś nowy smak, warty wyprubowania? Nie... ona po prostu chciała sie napić. Ciepłej, rozkosznie rozgrzewającej herbaty z dziwkiej róży.
-Accio herbat z dzikiej róży- mrukęła na wstępie celując różdżką w regały.
Od razu do jej rąk podleciała odpowidnia torebka. Z półki obok piecyka wzięła filiżankę i zapaliła w piecyku. Do małgo koszyczka wasypała ktochę ususzoych liści i zalała je wrządkiem.
Z filiżanką w ręku usiadła na dywanie przed kominkiem i napawała się ciszą i spokojem panujacym w pomieszczeniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 32
Skąd : Londyn/Dolina Godryka
Galeony : 58
Dodatkowo : teleportacja
  Liczba postów : 74
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5982-jack-hastings#170596
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5983-straszny-jacek#170605
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5984-sowa-jacka#170606




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Sob 31 Sie - 13:48

Tak długo był nieobecny, tak długo musiał pracować, tak długo musiał ścigać Lunarnych, że zapomniał o świecie który go otacza. Nie miał czasu dla nikogo, nawet dla samego siebie. Przez ten czas już trzy razy otarł się o śmierć. O mało nie spadł z klifu, dostał crucio i jedynie przez nieuwagę swojego przeciwnika udało mu się go spetryfikować, oraz poprzez zasadzkę o mały włos nie zostali zjedzeni przez wilkołaka. Od tak nic nie znaczące sposoby uśmiercenia go. Jack po raz kolejny udowodnił że potrafi się zaśmiać śmierci w twarz. Ale wrócił, znów dostał polecenie z Ministerstwa, aby nauczać w Hogwarcie. Nie wiedział czy ktoś będzie szczęśliwy z tego powodu, lecz Lunarni na pewno będą przeklinać ten dzień. Bowiem tylu aurorów w Hogwarcie jeszcze nie było.
Zastanawiał się jednak czy to w czymś pomoże, nawet on z tyloma nauczycielami nie zdołał zapobiec śmierci nauczycielki w tamtym roku na balu. Więc jak mają to zrobić w tym? Już słyszał że był kolejny atak na pociąg, że zginęła również nauczycielka...jego druga matka...od której nauczył się wiele, która była dla niego opoką. Teraz był wściekły, ale również nieszczęśliwy, nie miał nikogo, został sam jak palec. Nie wiedział nawet co dzieje się z jego narzeczoną, przez tyle czasu nie dostał nawet od niej listu, nie widział się z nią. Może ma dość tego, że Jack znika na tak długo? Nie miał bladego pojęcia, a droga do załamania w tej chwili była niedaleka.
Dlatego po przyjeździe do Hogwartu, Jack spotkał się z dyrektorem, przekazał mu informacje które się dowiedział. Musiał się z nim zobaczyć, druga zastępcza matka zginęła, nie chciał aby kolejny człowiek którego traktuje jak ojca również odszedł.
Musiał się przejść, Hogwart był tak duży, że przyprawił go o lęki, których nie powinien mieć, może to tylko tymczasowe, możliwe że przejdzie jak się znowu zaaklimatyzuje, ale teraz musiał wyjść. Błąkał się długo po błoniach, siadając i rozmyślając o tym co się wydarzyło. Wtem na dworze zastał go deszcz, widocznie nie mógł pobyć sam, poza szkołą, musiał wrócić. Tak też się stało, wbiegł lekko przemoczony do szkoły, chłód jaki ogarnął jego ciało zaprosił go do jedynego znanego i lubianego przez Jacka pokoju. Wszedł po schodach do Herbaciarni. Otworzył drzwi z impetem i wmaszerował nie rozglądając się. Dopiero gdy zdejmował jedną z puszek z herbatą malinową poczuł inny zapach. Odwrócił się i dostrzegł Karin.
-Och wybacz, nie zauważyłem cię. Pogoda pod zbitym psem nieprawdaż? Zagadnął i dopiero po chwili doszło coś do niego. -Ciekawe dlaczego tak się mówi... Mruknął w kierunku dziewczyny i zaczął robić Herbatę również dla siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 21
Skąd : Mexico City
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 284
  Liczba postów : 279
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6246-karin-cortez
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6247-kto-kochanek-a-kto-wrog
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6248-poczta-karin
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13558-karin-cortez?highlight=Karin+Cortez




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Sob 31 Sie - 17:01

Długo jej samotność nie potrwała, ponieważ ktoś wszedł go pokoju trzaskająd drzwiani. Odwróciła się i zobaczyła dorosłego mężczyznę w przemoczonym ubraniu. Pewnie Profesor. Pomyślała i odwróciła się znów w stronę kominka. Po chwili usłyszała, że mężczyzna do niej zagaduje.
-Bo w mugolskich bajkach pieski płaczą, jak się je zbije.- odpowiedziała nie zerkając w jego stronę.
Upiła łyk herbaty. No cóż... Jak już tutaj jest, to można by z nim trochę porozmawiać.
-Jest pan profesorem?- spytała odwracajac głowę w jego strone. Teraz stał przy piecyku.
Karin zmierzyła go wzrokiem. Wysoki, przystojny, dobrze zbudowany. Jasne oczy... Szkoda. Gryfonka zdecydowanie wolala oczy w ciemnych barwach, ale to taki szczegół. Jeśli to faktycznie Profesor, to chyba zapisze się na nowe zajęcia Pomyślała i uśmiechneła sie w duchu. No co? Gdzie przystojni faceci tam musi być też Karin, bo jakżeby inaczej?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 23
Skąd : Nowa Zelandia
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 163
  Liczba postów : 227
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5792-marcel-yacobe-lyons
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5793-no-marcelove
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5794-zolwki




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Wto 1 Paź - 20:44

Uhg, nowy rok szkolny. I tak szybko zrobiło się zimno. Baterie które naładował Marcel w wakacje i w Nowej Zelandii jechały już na rezerwie. Deszcz, zimno. Nawet słońce nie było tu ciepłe. Marcelowi w zeszłym roku wydawało się że nie jest tu tak źle. Może dlatego że wiedział że w każdej chwili może wrócić do Nowej Zeladnii, wywalić się na słońcu i grzać ile będzie chciał. Teraz jednak nie miał takiej możliwości, na własne życzenie. Nie sądził że kiedykolwiek aż tak zaangażuje się w związek z jakąś dziewczyną. Żeby zostawić Nową Zelandie! Naprawdę ją kochał. Co prawda był w Hogwarcie jeszcze na prawach Przyjezdnego, jednak wynajął już mieszkanie, przywiózł większość rzeczy ze swojego starego mieszkania. Próbował się zadomowić. Szło mu topornie. Sam nie chciał się przed sobą do tego przyznać, ale jedną z rzeczy która go dołowała- to stan jego związku Isoldą. Po wydarzeniach u niego w mieszkaniu, coś się popsuło. Nie wiedział nawet co. Starał się nadal być kochany i czuły. Na pewno mu wychodziło. Ona też zdawała się być szczęśliwa. Jednak coś… coś było nie tak! I nasz kochany romantyczny Lyons nie wiedział co. No bo nie miało się co sypać. Ona zapewniała że kocha, on też. Kupował jej kwiaty. Chodzili na spacery. Ostatnio może faktycznie rzadziej się widywali, bo zaczęły się treninig Quddicha, mecze. Nie mógł przestać grać. To wszystko się tak skomplikowało. Rzadko kiedy przychodziła do niego na noc. On do niej z resztą też. Gdzie jest błąd? No gdzie?
Marcelowi marzyła się herbata. Gorąca herbata. A jego mieszkanie go przygnębiało. Włóczył się więc bez celu po Hogwarcie, w poszukiwaniu Herbacianego Raju. Tak nazywała się sala gdzie było ciepło, i było mnóóóóostwo herbaty. Przynajmniej tak powiedziała mu koleżanka z Zielarstwa. Dlatego tak gorączkowo szukał tego miejsca. Gdy już w końcu znalazł się na trzecim piętrze, nacisnął ochoczo na klamkę. Oh jak ładnie pachnie, tak ciepło. Zdjął szalik z szyi, i od razu zabrał się za szukanie jakiejś pysznej herbatki. To chyba będzie jego ulubione miejsce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Sro 2 Paź - 21:39

Faktycznie, coś nie grało. Isolde nie potrafiła powiedzieć, co się zepsuło, ale... coś zaczęło między nimi zgrzytać, jakby cała tamta sytuacja z Dany nadwątliła ich wzajemne zaufanie. Oczywiście, nadal go kochała, nadal uwielbiała się w niego wtulać, kochać się z nim niespiesznie i wsłuchiwać w przyspieszony rytm jego serca, kiedy było już po wszystkim. Ale pojawiło się jakieś skrępowanie, którego do tej pory nie było. Jakby tamta scena zazdrości wbiła się głęboko w ich relację, jakby nie dało się tego wszystkiego naprawić.
Is bała się własnych myśli i własnych wątpliwości, ale najbardziej ze wszystkiego bała się odpowiedzialności i konsekwencji. Fakt, że Marcel został wydziedziczony, bo wybrał ją i był to wybór w pełni świadomy, odbierała jej resztki odwagi. Nigdy nie sądziła, że do tego dojdzie, ale miała nieprzyjemne uczucie schwytania w klatkę własnej przyzwoitości. To nie tak, że rozważała rozstanie, bo przecież kochała Lyonsa, a nawet jeśli coś nie grało, to przecież wszystkim się zdarzają kryzysy, ale miała wrażenie, że teraz nie ma już odwrotu, czuła się osaczona przez jego poświęcenie i miłość. A przecież już tyle mu zawdzięczała- związał się z nią, nie mając żadnej gwarancji, że zapomni o Czarku, potem, kiedy już miał pewność, że nie zagraża mu żaden rywal, rzucił wszystko i przeprowadził się na stałe do Anglii, mimo że tym samym skazał się na wydziedziczenie i odrzucenie przez rodzinę. Co prawda nigdy nie miał z nimi zbyt dobrych stosunków, ale mimo wszystko...
Weszła do herbaciarni i od razu dostrzegła potężną sylwetkę Marcela. Podeszła do niego cicho i objęła mocno w pasie, wdychając zachłannie jego zapach. Wtuliła nos w jego kark, po czym pocałowała go lekko w szyję. Nagle poczuła ochotę, by pójść z nim tej nocy do łóżka, zapomnieć o tym wszystkim, o wszystkich niedomówieniach, niepewności... ale czy tak się dało?
- Cześć, kochany...- zamruczała cicho, przymykając oczy i nie odrywając się od jego pleców. Zmarzła. Jesień w tym roku nie miała zamiaru się z kimkolwiek cackać i bawić się w łagodne przejścia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 23
Skąd : Nowa Zelandia
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 163
  Liczba postów : 227
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5792-marcel-yacobe-lyons
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5793-no-marcelove
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5794-zolwki




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Czw 3 Paź - 20:31

Nasz słoneczny Marcel najmniej przejmował się tą rodziną. Serio. Nigdy ich wszystkich nie lubił. Ani oni jego. Naprawdę nie rozumiał o co to całe Isoldowe zamieszanie. Sam do tego doprowadził.
Faktycznie, ten wieczór był specyficzny. Marcel bardzo rzadko płakał. Nie potrafił powiedzieć dlaczego tym razem się rozpłakał. Jak małe dziecko. Wiedział że zburzył u Isoldy jakiś wzór siebie. Może dlatego im się przestało układać? Może miała o nim inne wyobrażenie, a on je zburzył? Przestał być jej kochanym mężczyzną, silnym, męskim? Oh, to byłaby dla niego katastrofa! Przecież jakby go przestała kochać to on mógł pakować walizki i wracać do Nowej Zelandii żeby skoczyć z jakiegoś malowniczego klifu czy coś. Ale to jak bardzo nasz pałkarz kocha Gryfonkę, to historia na książkę, a nie na posta.
Herbatka z trway cytrynowej. Ulubiony trunek Marcela, mógłby żyć tylko na herbacie z trawy cytrynowej. Parzyła mu ją zawsze babcia (już świętej pamięci) na zmartwienia, smutki. Ale również gdy był wesoły, dostał dobra ocenę, czy dobrze poszedł mu mecz. A dziś potrzebował tej herbatki. Pewnie zastanawiacie się czemu nie napił się jej w domu. Już śpieszę z wyjaśnieniami! Nigdzie nie mógł jej kupić, a jego zapasy z Nowej Zelandii sie skończyły. Stąd ta wyprawa do tego całego herbacianego raju.
Nagle poczuł że ktoś go obejmuje. Wzdrygnął się lekko, ale zaraz poczuł miłą woń perfum jego dziewczyny. Kurczę, jakby czytała mu w myślach! Prosił i się pojawiała. Odwrócił się do niej, objął w pasie i posłał jej z góry uśmiech:
-Cześć moja piękna- pocałował ją w czoło. Czuł że zmarzła. Nie wiele więcej myśląc zdjął swój gruby, szary sweter, zeby mogła go założyć. Różdżką już załatwił drugą herbatę. Ostatnio prawie w ogóle jej nie widywał. Oboje mieli dużo zajęć, a nie było kiedy tego nadrobić, bo teraz u Isoldy mieszkała Juno. Przyjaciółka gryfonki, która ostatnio miała "problemy" jak powiedziała mu Isolda. Nie wnikał, jednak nie do końca mu się to uśmiechało.:
- Jak mnie tu znalazłaś? -Zapytał gdy już założyła jego sweter. Usiadł na wygodnym krześle przy stoliku stawiając herbaty i wskazując krzesło naprzeciwko siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Pią 4 Paź - 22:31

Nie chodziło o sam fakt, że Marcel się rozkleił w jej ramionach, bo w końcu był pijany i nie do końca nad sobą panował, zresztą Isolde nie należała do dziewczyn, które żyją w przeświadczeniu, że prawdziwy facet musi być jak skała i nie dawać po sobie poznać, że coś go poruszyło, chociaż typów użalających się nad sobą szczerze nie znosiła. Problem tkwił raczej w tym, że tamta sytuacja zachwiała jej wiarą we własną ufność, poza tym... no cóż, naprawdę była zazdrosna i zła na Marcela, że w ogóle doprowadził do takiej sytuacji. Upijanie się w ogóle nie było czymś, co Isolde się podobało, ale nie byłoby takie okropne, gdyby Lyons wybrał sobie na kompana drugiego faceta. Być może nawet by się uśmiechnęła pobłażliwie i następnego dnia leczyła Marcelowego kaca. Ale upijanie się z koleżanką, w dodatku ładną i bliską było zupełnie nieakceptowalne, budziło w Isolde poczucie zagrożenia, a przecież dotychczas Marcel kojarzył się jej wyłącznie z bezpieczeństwem. Poza tym... z jednej strony dobrze do siebie pasowali, ale z drugiej Is często miała wrażenie, że Marcel jej nie rozumie. On był taki po męsku prostolinijny, nie rozumiał różnych subtelności i Bloodworth czasem miała wrażenie, że ich światy po prostu stykają się w punkcie opatrzonym znakiem "miłość". I że jest to jedyny punkt wspólny dla ich dwojga.
Wiedziała, że fakt, że teraz mieszka z Juno, nie polepszał ich sytuacji, ale jak mogła przedkładać swoje życie intymne nad zdrowie psychiczne przyjaciółki, która była w kompletnej rozsypce? Jej też brakowało wspólnych nocy i długich wieczorów, do Marcela wpadała rzadko, starając się spędzać jak najwięcej czasu z Kavanaugh. Uśmiechnęła się z wdzięcznością i założyła jego sweter, wdychając miłą woń swojego mężczyzny.
- Intuicja. Wiesz... przepraszam cię, że to wszystko tak się teraz pokomplikowało... że spędzam z tobą mniej czasu, ale Juno... ona ledwo się pozbierała, ma depresję i nikogo oprócz mnie... rozumiesz to, prawda?- spojrzała na niego z nadzieją i zakłopotaniem.- Bardzo mi brakuje naszych nocy...- dodała szeptem, ściskając jego dłoń i rumieniąc się przy tym lekko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 23
Skąd : Nowa Zelandia
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 163
  Liczba postów : 227
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5792-marcel-yacobe-lyons
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5793-no-marcelove
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5794-zolwki




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Sob 5 Paź - 17:35

Fakt faktem zachował sie totalny debil. Skończony debil. Nie miał chyba żadnego usprawiedliwienia na swoją głupotę. No może pomijając te najbardziej banalne- nie miał nigdy dziewczyny z którą byłby w aż tak poważnym związku. I kompletnie się nie zastanowił że może to być coś niestosownego. No ale było minęło. Chociaż jeżeli to naprawdę przez to im się rozjeżdża to chyba by naprawdę skoczył z tego klifu. No ale nie ważne.
Tak Marcel był męski, aż do bólu. No dobrze, pomijając ów wieczór i jeszcze może z dwa wyjątki? Myślał jak facet, robił jak facet. Nie rozumiał kobiet jako takich. Potrafił przewidzieć czego im trzeba, jak je uszczęśliwić. No ale to też była gra w rosyjską ruletkę. Nigdy nie wiedział czy trafi. Balansował na granicy. Mógł albo stanąć na szczycie wniesiony na rękach uszczęśliwionej, albo wylądować na ostrym dyżurze w Mungu z krwotokiem wewnętrznym.  Kobiety to nieodgadnione stworzenia. Z nimi ciężko bez nich jak bez serca. Z resztą gdyby Marcel tak świetnie rozumiał Isoldę, trzeba by się zastanowić czy na pewno jest jej facetem czy aby nie przyjaciółką. Tak było dobrze. Może i nie rozumiał wielu rzeczy, mimo to pasowali do siebie. Nie można było zaprzeczyć no. I miłość nie była jedyną rzeczą która ich łączyła. A przynajmniej on tak to widział.
Jedną z kobiecych zagadek była dla niego przyjaźń między kobietami. Kurde no obchodził się z sobą jak z jajkami. Albo się obgadywały. Albo wyznawały sobie miłość. Co za patologia. Wcześniej miał to głęboko ,głęboko w nosie. Ale teraz gdy zaczęło go to dotyczyć zrobiło sie to nagle milion razy bardziej niedorzeczne, i delikatnie mówiąc irytujące. Dobrze pamiętał dzień kiedy nauczycielka od Zielarstwa się rozchorowała i miał cztery godziny więcej do zmarnowania z Isolde. Wparował zadowolony do jej mieszkania. Od dawna nosił sie z zamiarem zaproszenia jej do siebie, może nawet na stałe. Bardzo chciał ją mieć dla siebie. Tylko dla siebie. Gdy stanął w drzwiach jego ukochana się krzątała,a  gdy zapytał, odpowiedziała rozradowana- że Juno się do niej przeprowadza. Że zaraz tu będzie. I ze bardzo sie o nią martwi, bo jej najlepsza przyjaciółka ma ostatnio problemy. Nie zdradziła jakie. Zabolało. Nie chciał jej ograniczać, chociaż w tym momencie miał ochotę powiedzieć że nie interesuje jej ta mała gryfonka, i chciał żeby to Isolda PRZEPROWADZIŁA się do niego. Krzyczeć. Nie powiedział nic. Rzucił tylko że nie przeszkadza. Ona go nawet nie zatrzymała. To było naprawdę przykre. Ujma na męskiej dumie. No ale co poradzisz. Dziwnadamskaprzyjaźń rules.
Spojrzał na nią życzliwie. Wyglądała zjawiskowo. Jak zwykle. Mimo to gdzieś w głębi jego serca, znów coś się posypało gdy zaczęła mówić o Juno. Czuł że zszedł na drugi plan. Nie tak to sobie wyobrażał, naprawdę nie tak to sobie wyobrażał. Powiedział jednak uśmiechając się naturalnie:
-Kochanie, oczywiście że rozumiem. Znasz ją tak długo, to Twoja przyjaciółka, nie mogę stawać między tobą a nią. Musisz się nią zaopiekować, bo ma problemy. Rozumiem.- "Przynajmniej się staram" przemknęło mu przez myśl. Nie rozumiał. Gdy ścisnęła jego dużą ciepłą dłoń po karku przeszedł mu dreszcz. Jemu też brakowało. Oczywiście że brakowało. Brakowało mu Isoldy w jego ramionach, jej zapachu, zaspanych oczu o poranku. Jej ciepłych dłoni na jego torsie. Nie zamierzał jej tego mówić. Po co? Żeby wzbudzić w niej poczucie winy. Nie chciał tego. Chciał jej szczęścia. Nawet kosztem własnego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Nie 6 Paź - 13:46

Isolde nie zdawała sobie sprawy z tego wszystkiego, co działo się w głowie Marcela, kiedy wpadł do niej do mieszkania, a ona akurat szykowała je na przyjęcie Juno. Rzeczywiście, była wtedy rozradowana- wiedziała, że nareszcie będzie spokojnie spała, nie zamartwiając się, jak radzi sobie jej przyjaciółka. Nawet Lyons widział, że była przybita i niespokojna od czasu, gdy Kavanaugh trafiła do szpitala, więc sądziła, że zrozumie. A fakt, że się wycofał, stwierdzając, że nie przeszkadza, odebrała jako coś raczej naturalnego. Nie próbowała doszukać się drugiego dna, ukrytej pretensji, zwłaszcza że miała na głowie inne rzeczy niż zastanawianie się, czy Marcel nie będzie miał jej za złe, że przyjmuje pod swój dach przyjaciółkę, która poroniła i przeszła załamanie nerwowe. Oczywiście, wiedziała, że ich słodkie sam na sam będzie dość boleśnie ograniczone, ale przecież tylko przez pewien czas. Zresztą, sytuacja była zupełnie wyjątkowa, trudna dla Juno i dla niej samej. Może źle zrobiła, nie wtajemniczając go w szczegóły, ale uznała, że to sprawa między Kavanaugh i Oliverem, w którą ona sama wplątała się ze względu na przyjaciółkę.
Isolde nie traktowała Juno, jak przyjaciółkę. Ona była jak członek rodziny, siostra, której nigdy nie miała. Różniło je absolutnie wszystko- podejście do życia, historia, temperament, a jednak trzymały się razem od początku szkoły, mogły na siebie liczyć na każdym życiowym zakręcie i nic nie wskazywało na to, by ich relacje miały kiedykolwiek ulec zmianie. Do głowy jej nie przyszło, że Marcel może być zazdrosny, zraniony i obrażony, bo przecież to była BARDZO POWAŻNA ŻYCIOWA SYTUACJA. A jednak... jednak czuła delikatne wyrzuty sumienia, chociaż może nie były to wyrzuty sumienia, a pewien niepokój, że nie może się rozdwoić i poświęcić obojgu tyle czasu, ile by chciała. Denerwował ją fakt, że usiedli po dwóch stronach stolika, więc podniosła się i umościła na kolanach Lyonsa, obejmując go czule za szyję. Chciała mu jakoś wynagrodzić fakt, że tak go zaniedbuje. Miała wielką ochotę spędzić z nim noc, kochać się, dopóki nie zasną zmęczeni i spokojni, obudzić się w jego objęciach, z policzkiem przytulonym do jego szerokiej piersi i znów się kochać. Ale noce były najtrudniejsze i nie chciała zostawiać Juno samej. Spały w jednym łóżku, wtulone w siebie, jak za starych, dobrych czasów, kiedy dzieliły dormitorium. Isolde nuciła coś cicho albo mówiła o czymś nieistotnym i miłym, dopóki jej przyjaciółka nie usnęła, wczepiona w nią rozpaczliwie, jak w ostatnią deskę ratunku. Jak mogła ją zostawić?
Pogłaskała delikatnie kark Marcela i pocałowała go krótko w usta. Tak bardzo tęskniła za jego bliskością, a jednocześnie czuła, że coś jest nie tak, jak być powinno. Jakby między nimi wisiała niewidzialna zasłona, przez którą nie potrafili się przebić i dlatego się pogubili. W tonie jego głosu było coś niepokojącego, chociaż Is nie była przekonana, czy to nie jej przewrażliwienie. Już niczego nie była pewna.
- Jesteś kochany- szepnęła mu do ucha, pamiętając, że nic nie nastraja mężczyzny tak dobrze, jak odpowiednie pochlebstwo.- Obiecuję, że ci to jakoś wynagrodzę... Juno jest dla mnie jak siostra... a teraz znalazła się w sytuacji, która ją przerasta, mnie zresztą momentami też- zamilkła na chwilę, wahając się, czy powiedzieć Marcelowi prawdę, czy zachować wszystko w sekrecie. Ech, w Hogwarcie coś takiego jak sekret nie istnieje, więc może lepiej zdobyć się na szczerość? Kavanaugh jej wybaczy.- Juno zatruła się lekami tego... Watsona, kiedy poszła mu powiedzieć, że... że jest w ciąży...- z trudem opanowała chęć zwyzywania Olivera od ostatnich. - Ledwie ją odratowali w Mungu. Ale straciła dziecko, a Watson po prostu wyparował, zostawił ją samą ze świadomością, że... że ich dziecko nie żyje i że on jej nie kocha. Juno bardzo cierpi. Nie znam nikogo, kto miałby tak trudne życie, jak ona i... i nie mogę jej teraz zostawić. Nie miej do mnie żalu...- spojrzała mu w oczy i westchnęła ciężko, opierając głowę na jego ramieniu.- Masz jakieś plany na najbliższe godziny?- spytała cicho, owiewając oddechem szyję Marcela i delikatnie przesuwając palcami po jego szerokiej piersi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 23
Skąd : Nowa Zelandia
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 163
  Liczba postów : 227
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5792-marcel-yacobe-lyons
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5793-no-marcelove
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5794-zolwki




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Nie 6 Paź - 16:18

Zasłona. Piękne słowo. Kurde no jak Marcel miał się zachowywać normalnie? Dobra, pal licho z Juno. To był w stanie przeboleć. Wiedział, a przynajmniej miał nadzieję, że ta dziewczyna w końcu się pozbiera, i wyprowadzi od Isoldy. Przecież to Gryfonka i raczej nie wyobrażał sobie żeby dziewczyna z czerwonych rozczulała się nad sobą całą wieczność. A przynajmniej tak sobie wmawiał. Jednak wracając do tematu, tą barierę można było łatwo przeskoczyć. Gorzej było z swego rodzaju wściekłością Marcela. No ale zacznę od początku!
Nasz zmarznięty Marcel siedział sobie w dormitorium i pomagał jednemu ze swoich przyjaciół napisać wypracowanie z eliksirów. Szło im to topornie, więc Marcel wspaniałomyślny postanowił zejść do salonu wspólnego po ciastka, i herbatę które skrzaty domowe często uzupełniały. Hogwart to takie super miejsce. Marcel stanął na schodach i już, już miał wejść do pokoju wspólnego... Gdy usłyszał głosik swojej słodkiej ukochanej. Stanął jak wryty i nasłuchiwał. Co ona robiła w pokoju wspólnym? Przecież miała się opiekować pokrzywdzoną Juno, i dlatego nie miała dla niego czasu! A tu proszę... I to jeszcze w dodatku z znanymnacałymhogwarcieruchaczempopolitympanemprefektem DexteremVanbergiem! Chyba nie muszę tłumaczyć jak bardzo ciśnienie w skoczyło naszemu Nowo Zelandczykowi. W sumie to nawet nie wiedział co ma myśleć. Ona z nim. Ugh. No i potem poszli do kuchni, gdzie Marcel nie mógł już podsłuchiwać. No dobra. Gdyby to był każdy inny facet, pewnie by po nim spłynęło, i pomyślałby sobie "Co tam, przecież to tylko jej przyjaciel, nie mam o co być taki zazdrosny". Ale to był Vanberg. Marcel do dziś dzień jeżył się jak wściekły kot gdy przypominał sobie wpis Obserwatora sprzed paru miesięcy. A ten wczorajszy też dodał oliwy do ognia. Musiał to z nią wyjaśnić. Boże jak ona fo nie daj boże zdradziła. Może faktycznie nei spełnia jej oczekiwań?! O rajusiu... Nie zdążył jednak już dłużej nad tym główkować bo z jej pięknych ust zaczęły się wylewać słowa. Gdy skończyła, Marcel westchnął i spojrzał na nią nie określonym wzrokiem.:
-Ugh, to słabo. Rozumiem że jesteś do niej przywiązana. Znaczy staram się zrozumieć, i nie zamierzam Ci z tego powodu robić wyrzutów... Ciężka sytuacja strata dziecka, potrzebuje przyjaciółki. Pewnie jakbym był na twoim miejscu zachowałabym się podobnie. Ale... Mam do Ciebie żal. Nie o Juno, czy o to że nie możesz się przez nią do mnie przeprowadzić, że mi nie ufasz- nagle zaczął wyrzucać z siebie słowa jak pociski z karabinu maszynowego.- Mam do Ciebie żal o to że od dwóch tygodni mimo moich otwartych, czekających ramion nie znalazłaś dla mnie czasu a dla Dextera Vanberga owszem- ostatnie słowa niemal wykrzyczał. Groźny. Dopiero teraz zadał sobie sprawę jak bardzo jest zazdrosny i wściekły.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Nie 6 Paź - 16:56

Nie wiedziała, że Marcel był świadkiem jej rozmowy z Vanbergiem, której zresztą nie planowała, podobnie jak wypadu do kuchni i wspólnego zajmowania się małym gryfem. Do głowy jej nie przyszło, że Lyons nie śpi spokojnie we własnym mieszkaniu, ale siedzi w dormitorium i w dodatku wpadnie na pomysł zejścia do Salonu Wspólnego. Z Dexterem nic jej nie łączyło- rozmawiali może trzy razy w życiu i byli w parze na zajęciach, a teraz jeszcze przydzielono im wspólne, dodatkowe zadanie, jakim była opieka nad gryfiątkiem. Nie znali się za dobrze, Isolde nie nazwałaby go nawet kolegą, już prędzej znajomym, ale trzymała go na rozsądny dystans, nie chcąc żadnych dwuznaczności i starając się unikać niezręcznych sytuacji. Nie miała poczucia winy, bo przecież nie zrobiła nic nagannego- trudno oczekiwać, że nie będzie się do kogoś odzywać tylko dlatego, że ma opinię największego casanovy i hedonisty Hogwartu! Niedorzeczność. Zresztą co za hipokryzja ze strony Marcela, który najpierw sam daje się przyłapać w dwuznacznej sytuacji, znacznie bardziej dwuznacznej niż ta, w której znaleźli się Isolde i Dexter, a potem na podstawie samej rozmowy i jakichś bzdur wypisywanych przez Obserwatora, wysnuwa wniosek, że Bloodworth może go zdradzać!
Słowa Lyonsa zupełnie ją zaskoczyły. Wpatrywała się w niego w milczeniu, jakby nie rozumiała, o czym on mówi. Chyba pierwszy raz w życiu widziała go tak rozzłoszczonego i miała wrażenie, że grunt usuwa się jej spod nóg. Zacisnęła zęby, miotając się gdzieś między wściekłością a smutkiem i zsunęła się z jego kolan. Stanęła naprzeciwko niego, splatając ramiona na piersi, jakby chciała się w ten sposób obronić przed jego raniącymi słowami i niedopowiedzeniami, które były jeszcze bardziej niesprawiedliwe. Musiała wyglądać jak mała dziewczynka w obszernym swetrze Marcela, ale nie czuła się wcale zagubiona czy przestraszona. Była wściekła.
- Jakie przeprowadzić? Ty w ogóle mi coś takiego proponowałeś?!- spytała ze złością. Nigdy nie poruszali tego tematu, a on miał teraz do niej pretensje o coś, czego w ogóle nie była świadoma.- Co ty mi zarzucasz? Ja i Dexter dostaliśmy zadanie z ONMS, spotkałam go przypadkiem... zresztą nie będę ci się tłumaczyć! - warknęła, cofając się o krok.- Nie daję rady! Juno, nauka, ty... nie nadążam! Poświęcam ci tyle czasu, ile mogę! Śpię po kilka godzin na dobę i... i...- w jej oczach pojawiły się łzy. Była zła, zraniona i zmęczona. To nie tak miało wyglądać. Mieli spędzić te kilka godzin w najmilszy z możliwych sposobów, wyciszyć się, spróbować naprawić to, co się zepsuło... a teraz było jeszcze gorzej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 23
Skąd : Nowa Zelandia
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 163
  Liczba postów : 227
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5792-marcel-yacobe-lyons
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5793-no-marcelove
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5794-zolwki




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Nie 6 Paź - 18:40

Faceci to hipokryci. Ogromni. Nawet taki złoty chłopak jak Marcel był tego świetnym przykładem. No ale musiał jej pilnować. Może Vanberg był tylko pretekstem do tego żeby wykrzyczeć to wszystko. Że nie chce jego pomocy. Że stara się być dla niej jak najlepszy a ona swoją nie pewnością mu na to nie pozwalała. Nie miał zamiaru jej obwinia. Może to nie była jej wina. Marcel też nie miał zbyt łatwej przeszłości. Miranda, i ta cała historia.  Jego związek z Iss był naprawdę krokiem milowym w tym całym zamieszaniu w jego życiu. A co jeżeli wisi nad nim jakiś fatum i wybiera albo dziewczyny które go zdradzają, albo takie które nie chcą mu zaufać? O losie.
Nowo Zelandczycy słyną z swojego wewnętrznego spokoju. Marcel też mógł się tym poszczycić. W większości sytuacji. Jednak podobnie jak z łzami taką sytuacją nie była miłość. Jak już kochał do do grobu. I nie potrafił do tego podejść na spokojnie. Bardzo mu zależało, zawsze i wszędzie. I jeszcze ten głupi Obserwator. Gdyby nie on pewnie nie było by tej całej sytuacji!
Isolde... Lyons mógł sie domyślić że tak zareaguje. Jednak w teraz tylko bardziej go to rozeźliło. Gdy zobaczył jej błyszczące oczy od łez, nie mógł się już zdobyć na krzyk. Nadal był poruszony. To teraz była jego wina? Naprawdę? Oh...Nie, jak już zaczął nie mógł tego tak zostawić. Potarł twarz dłonią. Nie miał czasu się nawet ogolić. Cholera czemu się to wszystko tak skomplikowało? Podszedł do niej Mimo wszystko nadal patrzył na nią z góry (ah to 20 cm róznicy):
-Przecież mógłbym Ci w tym wszystkim pomóc! Kiedy Ci miałem powiedzieć o moim głupim pomyśle? Powiedz mi kiedy? Uważam że po nieporozumieniu z Dany to nie był najmądrzejszy pomysł. A o do Vanberga. Widziałem że bawiliście się świetnie...- schylił się żeby spojrzeć jej w oczy.- Dziewczyno zrozum że cię kocham. Kurwa kocham tak bardzo że jestem gotów dla Ciebie zabić. A Vanberg jest ogromnym zagrożeniem... Ufam Ci, ale jak Cię z nim zobaczyłem to ugh...- przytulił ją. Jezu on to jest czasem zmienny jak kobieta w ciąży! Co ta miłość robi z ludźmi:
-Nie powinienem był na Ciebie krzyczeć... Ale czuje że mi się wymykasz, że Cię tracę. Nie przeżyłbym tego... Chcę o ciebie walczyć, bo jesteś tego warta....- wyszeptał jej właściwie do ucha... nie był pewien czy go nie odepchnie...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Nie 6 Paź - 20:03

Isolde nerwowo otarła łzy cieknące jej po policzkach. Sama nie wiedziała, co je wywołało- złość, smutek, a może po prostu przemęczenie? Była wściekła na Marcela, chciała, żeby sobie poszedł, dał jej święty spokój, a jednocześnie jak nigdy potrzebowała jego bliskości, silnych ramion i pewności, że nadal ją kocha. Denerwowało ją teraz wszystko, dosłownie wszystko! Fakt, że był od niej znacznie wyższy, wzbudzał dotychczas zachwyt panny Bloodworth, ale w tym konkretnym momencie doprowadzał do szału, bo nie miała wrażenie, że Marcel ma nad nią przewagę. Gdyby nie była dorosłą panną Bloodworth, samodzielną, silną i taką dojrzałą, zatkałaby uszy, śpiewając coś w stylu "nie słucham cię, nie słucham". Męczyło ją to wszystko, te oskarżenia, wyrzuty, tłumaczenia. Spojrzała na niego ze złością, wydymając usta i splatając ramiona na piersi.
- Niby jak miałbyś mi pomóc? Nauczysz się za mnie? Będziesz siedział godzinami, trzymając Juno za rękę albo gotując dla niej tuczące potrawy, bo wygląda jak szkielet? Lubię moje mieszkanie i nie mam zamiaru się nigdzie wyprowadzać- oświadczyła zimno, trzęsącym się głosem. Kiedy ją przytulił, szarpnęła się, ale niezbyt mocno. Nie miała siły, więc poddała się biernie jego uściskowi.- Nie traktuj mnie jak bezwolnej idiotki! Jeśli mnie uważasz za taką, która tak po prostu da się uwieść pierwszemu lepszemu, to w ogóle nie mamy o czym rozmawiać- prychnęła. Och, tym razem nie ułagodzi jej tak łatwo. Była wściekła i z każdą chwilą było coraz gorzej.- Jeśli JA będę tego chciała, pójdę do łóżka z kim będę miała ochotę, ale nikt mnie do niego nie zaciągnie podstępem. Nieporozumienie z Dany? To była TWOJA wina, nie moja! Nie bądź hipokrytą!- wysunęła się z jego objęć. Czuła, że przegina, ale nabrała rozpędu i nie mogła się już zatrzymać. Traktował ją jak bezwolną lalkę, którą ktoś może mu po prostu wyrwać i zabrać. Jakby nie brał pod uwagę, że ona może zrobić co zechce i z kim zechce, a jeśli tego nie robi, to znaczy, że chce tylko jego. Naprawdę tego nie rozumiał?- Nic mnie z Dexterem nie łączy, oprócz wspólnego podopiecznego, małego gryfa. To tylko praca na ONMS. Kocham ciebie, kretynie, ale jeśli nie zaczniesz myśleć, jeśli nie zaczniesz mnie traktować jak kogoś, kto ma własną, wolną wolę, to... to wszystko nie ma sensu!- dokończyła już ciszej, zmęczona i smutna. Czy on naprawdę nie dostrzegał tej prostej zależności? - Walcz o mnie, o nas, ale nie ze mną... I nigdy, nigdy nie podnoś na mnie głosu- poprosiła cichutko, obejmując go w pasie i opierając mu głowę na piersi. Jej ciałem wstrząsnął szloch. Powiedzieli sobie tyle przykrych rzeczy, ale teraz potrzebowała potwierdzenia, że nadal ją kocha, że nadal będzie ją wspierał, że po prostu trochę się oboje pogubili... Rozpłakała się na dobre, mocząc łzami jego koszulkę i trzęsąc się jak w febrze. Czuła ciepło bijące od jego silnego ciała, oddychała jego zapachem i nie mogła sobie wyobrazić, że miałaby go stracić przez jeden głupi wieczór, jednego głupiego (pardon) Vanberga i jedno głupie gryfiątko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 23
Skąd : Nowa Zelandia
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 163
  Liczba postów : 227
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5792-marcel-yacobe-lyons
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5793-no-marcelove
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5794-zolwki




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Nie 6 Paź - 20:34

Miał ochotę stąd wyjść. Uciec jak najdalej. Zachować się jak mały chłopiec. Każde kolejne słowo Isoldy było jak pchnięcie w brzuch. Ostrym nożem z ząbkami. Wiedział że zostaną głębokie rany. Zamiast rzucić się do drzwi, trzasnąć nimi tak mocno żeby wyleciały z zawiasów on stał jak wryty. Skąd to uniesienie, nie rozumiał. Był tylko małym, głupim facetem. "Nie zamierzam się nigdzie wyprowadzać". Jak cios w skroń. Zaczęła go boleć głowa. Właściwie tylko trzymał ją w tali. Gdy się wyszarpnęła jego ramiona bezwładnie opadły w wzdłuż ciała. Patrzył na nią zielonymi oczyma, jakby nie do końca rozumiał o czym ona od niego mówi. Cios, za ciosem. Mocniej, głębiej, szybciej. Im szybciej tym większe rany. "Pójdę do łóżka z kim chcę". Wiedziałby że za taki tekst dostałby po twarzy. Co za nie sprawiedliwość. "Twoja wina, twoja wina..." Głowa mu pękała. Jego? Może faktycznie. Może matka miała rację że jest tylko jednym wielkim chodzącym gównem z loczkami. Których w dodatku po nikim nie mógł odziedziczyć. Nie był nic wart. Po co w ogóle cokolwiek mówił. Ojciec powtarzał. Nie zabieraj głosu jak nie musisz, i tak nikogo w tym domu nie obchodzi twoje pieprzone zdanie. Miał stop klatkę. Patrzył na Isoldę, a za chwilę widział swoją matkę. W jego oczach gromadził się ból. A ból to świetny budowniczy który buduje mury. Często nie do obalenia. Oczy wyschły mu na wiór. Usta też. Czuł się jak po długim treningu Qudditcha. Właśnie polatałby na miotle. Czuł jakby dostał tłuczkiem w głowę, ramię, nogę. Chciał położyć sie na tej błotnistej murawie od deszczu i oddychać prawie wypluwając płuca. Sufit zamienił się z podłogą?
Nic mnie z Dexterem nie łączy, śmiać mu się chciało. Jakby słyszał Mirandę. "Nic mnie z Filipem nie łączy, uspokój się!". Chyba znów musi zacząć nosić okulary, bo się biedakowi przed oczami obraz zaciemnia. Czuł smak krwi w ustach. Może faktycznie oberwał tym tłuczkiem za mocno? I nigdy, nigdy nie podnoś na mnie głosu wystarczyło wykrzyknąć smarkaczu. Matka. Oh ta ruda kurwa której tak nienawidził. Tak bardzo surowa. Nigdy go nie zauważała. Nigdy nie doceniała I nigdy, nigdy nie podnoś na mnie głosu.... Zawsze tak mówiła. Tak bardzo zły dobór słów. Ale zaczęła płakać. Isolda zaczęła przez niego płakać. Znów. Przez to wielkie chodzące gówno z loczkami, których po nikim nie odziedziczył. Przytulił ją. Co miał innego zrobić. Nadal czuł smak krwi w ustach. Patrzył w ścianę nieobecnym wzrokiem, kompletnie przeszła mu ochota na herbatę:
- Przestań, nie płacz, proszę... Isolde, proszę...- powiedział stłumionym głosem przez wyschnięte gardło. Przycisnął ja mocniej do siebie, i oparł czoło o czubek jej blond głowy. Czuł się jak wtedy kiedy dostał drewnianą łyżką po głowie od matki, gdy ten jeden jedyny raz ugotowała zupę z ostryg...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Nie 6 Paź - 21:12

To wszystko miało inaczej wyglądać. Isolde nie chciała tak bardzo go ranić, w ogóle nie chciała go ranić, ale poczuła się osaczona i zraniona przez jego słowa, jego brak zaufania i pretensje. Dlaczego on nic nie rozumiał? Widziała, jak blednie, jak... jak każde jej słowo trafia celniej, niżby sobie tego życzyła. To nie miało być tak. Mieli spędzić te kilka godzin tylko we dwoje, mieli krok po kroku odbudowywać tę relację, która w którymś miejscu zaczęła się pruć. Powinni złapać tę nitkę, a zamiast tego zaczęli wyszarpywać kolejne, głupio i bezsensownie, raniąc siebie nawzajem. Isolde miała przykre wrażenie, że po raz pierwszy widzi siebie oczami Marcela... i nie spodobał się jej ten widok.
Wiedziała, że powiedziała o kilka słów za dużo, ale nie potrafiła się zatrzymać, dopóki nie wyrzuci z siebie całej tej goryczy, bólu i zmęczenia. Bała się. Bała się, że najważniejszy związek w jej życiu rozpada się w rękach, a ona nie wie, co z tym zrobić. Ale nie mogli tak funkcjonować, w ciągłej niepewności. Nie mogli sobie patrzeć na ręce, sporządzać rejestr osób, z którymi się przyjaźni to drugie. Nie mogli kontrolować każdego spotkania, spojrzenia, uśmiechu. To było chore. Przymknęła oczy, tuląc się do Marcela i nie mogąc zapanować nad łzami, cieknącymi jej po twarzy. Jej delikatny makijaż całkiem się rozmazał, zostawiając na koszulce Marcela czarne plamy, ale Is nie zwracała na to uwagi, wczepiona w niego kurczowo, zapłakana i nieszczęśliwa. Wyrzuciła z siebie tyle krzywdzących słów, wiedziała przecież, że go rani, ale nie mogła się powstrzymać, nie mogła przestać, dopóki ostatnia szpila nie wbiła się boleśnie w ego Lyonsa. A przecież go kochała, nie chciała, żeby cierpiał. Czasem takie oczyszczenie jest potrzebne, ale czy tym razem nie posunęła się za daleko?
- Marcel... Marcel, ja cię kocham, rozumiesz? Ja nie chciałam... żeby to tak zabrzmiało... ja po prostu...- nie wiedziała, co powiedzieć. Wyglądała żałośnie- zapłakana, z rozmazanym makijażem i drżącymi ustami.- Powiedz coś. Proszę cię- szepnęła, zaciskając powieki i wieszając się mu na szyi. Proszę, proszę, nie zostawiaj mnie, nie odpychaj, nie rób mi tego, wiem, że byłam okrutna, ale sam mnie do tego sprowokowałeś, Marcel, proszę cię, zrób coś, zrób coś, bo nasz związek rozsypuje się nam w palcach, nie widzisz tego...?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 23
Skąd : Nowa Zelandia
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 163
  Liczba postów : 227
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5792-marcel-yacobe-lyons
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5793-no-marcelove
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5794-zolwki




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Nie 6 Paź - 21:43

Całe życie Marcela powoli stawało się jedną wielką paranoją. Myślał że jak uwolni się od jednej, ucieknie z Nowej Zelandii wszystko się ułoży. A bezwładnie wpadł w ramiona kolejnej paranoi. I to w dodatku swojej własnej. Był jak swój własny zakładnik. Obwiązywał sobie linę wokół kostek, wkładał knebel do ust. A potem dziwił się że jest w takim fatalnym położeniu. Może powinien jej nie wyznawać miłości? Ona przecież nie kochała go na początku on tą miłość wywołał. Rozkochał ją w sobie. Jego bezpieczne ramiona były czymś czego ona potrzebowała. A on potrzebował jej. Ale ona teraz płakała. Po raz kolejny. Każda jej łza była dla niego jak gwóźdź wbity w stopę. Znów zawiódł, znów w jego głowie odzywał się cichy głosik jego rodziców "Ale po co? Wstyd i hańba tylko" Co miało oznaczać- jesteś do dupy. Czuł się jak gówno. Jej łzy jednak nie zabolało to tak jak jej słowa. Do tej pory była jego spokojną przystanią. Jego miłością, kobietą na którą zawsze mógł liczyć. Nie oceniała go zawsze wspierała a dziś... Dziś się to wszystko posypało. Miał wrażenie że jego matka przyjechała do Hogwartu, wypiła eliksir wielosokowy z włosami jego lubej żeby go jeszcze bardziej upodlić. To jego wina. On do tego wszystkiego doprowadził. Jego pieprzona wina. Jaka szkoda że w Hogwarcie nie można sie teleportować. Tak bardzo nie chciał się przy niej znów rozpłakać. Mimo że oczy i usta miał wyschnięte na wiór czuł że wewnątrz pęka. Jak to? Jak jego kochana Iss mogła sie tak zmienić? Jak nie mógł zauważyć? To nie jej wina. On wybierał złe kobiety. Jak jego matka i Miranda. Jak mu się potwornie kręciło w głowie. Jakby wypił szklankę krwi. Nie miał już siły o tym myśleć. Naprawdę. Chciał osiąść i napić się herbaty. Nagle naszła go ochota na herbatę! Nawet nie pamiętał jaki mamy dzień tygodnia. Mimo to ja przytulał. Mocno. Nie chciał żeby płakała, nie przez niego do cholery:
-Wiem że kochasz, Iss. Ja Ciebie też kocham. Co? Nic źle nie zabrzmiało, wszystko jest okey, kochanie. Nic złego nie powiedziałaś- pochylił się i ją pocałował. Przecież zapomni. Brzmiał naturalnie, na pewno uwierzyła. Na pewno zapomni, przestanie sie martwić. I tak już miała mnóstwo zmartwień. Jego paranoja nie powinna być jednym z nich. On powinien... Nawet nie wiedział co. Już nic nie wiedział. Rany krwawiły, a on nie potrafił ich zaszyć. A nie chciał też isć z nimi do lekarza. Zagoją się, zagoją się przecież. Będzie historia do opowiadania. Już nie raz tak robił. Z matką, Mirandą, Dany, Ojcem. Teraz z Isoldą. Zadziała. Będziesz szczęśliwa. On przecież też. Stara sprawdzona metoda. Najważniejsze żeby przestała płakać. A on może przestanie mieć czuć ta cholerna krew w ustach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Pon 7 Paź - 20:56

Nie chciała go ranić. Nie chciała, żeby to wszystko tak wyglądało, żeby zaczęli zarzucać się oskarżeniami. Wiedziała, że powiedziała o kilka słów za dużo, że dotknęła go bardziej niżby chciała, że trafiła w najczulsze punkty psychiki Marcela i była przerażona własnym okrucieństwem. Przecież nigdy taka nie była! Co się z nimi działo, dlaczego ich związek zaczynał się zamieniać w coś, nad czym tracili kontrolę? Może ona po prostu nie potrafiła być z kimś, może nie było jej to pisane, a może miała pecha? Może wszystko, w co się zaangażowała, musiało się prędzej czy później zepsuć, zostawiając Isolde ze złamanym sercem i zburzoną wiarą w miłość?
Marcel popełnił zasadniczy błąd taktyczny, nie wyrażając swoich wątpliwości na spokojnie, ale atakując ją pełnymi pretensji słowami. To nie mogło się dobrze skończyć, bo Isolde była chora ze złości, kiedy ktoś traktował ją w taki sposób, zwłaszcza że w najmniejszym stopniu nie poczuwała się do winy i planowała jakoś wynagrodzić mu fakt, że poświęca mu mniej czasu, niżby oboje tego chcieli. Zamiast słów czułości i entuzjazmu, usłyszała gorzkie wyrzuty, słowa pełne zazdrości, złości i pretensji. Nie spodziewała się takiego obrotu sytuacji i zareagowała w typowy dla siebie sposób- uniosła się zranioną dumą i zaczęła wściekle odpierać ataki Marcela, z każdą chwilą coraz bardziej zapędzając się w swojej złości i urazie w ślepy zaułek. Nie potrafiła się zatrzymać, więc wyrzucała z siebie coraz więcej słów, nad którymi nie miała żadnej kontroli.
A teraz zalewała się łzami, bezradna wobec tego wszystkiego, wobec własnego niezamierzonego okrucieństwa, jego braku zaufania i zazdrości, zmęczenia i niepokoju. Bała się, że powiedziała o tych kilka słów za dużo, że przez własną głupotę go straci, bo przecież i tak balansowali na krawędzi, przechylając się to na jedną, to na drugą stronę. Jej usta były słone od łez, twarz rozpalona, a dłonie lodowate. Przyjęła pocałunek z ulgą, wplatając palce w jego włosy i marszcząc brwi. Rozchyliła językiem jego wargi i pogłębiła pocałunek, dając upust swojemu strachowi i tęsknocie, nad którymi nie mogła zapanować. Jej tętno przyspieszyło gwałtownie- przygryzła jego dolną wargę i spojrzała mu w oczy. Tak bardzo chciała kontynuować te pieszczoty, dać się ponieść emocjom, ale wiedziała, że powinni dokończyć tę rozmowę. Oderwała się od jego ust i spojrzała mu w oczy łagodnie, ale zdecydowanie.
- Nie, nie jest okey. Marcel, nie możemy tak robić... udawać, że jest wszystko dobrze, kiedy nie jest... bo to się tak zbiera, gromadzi i wybucha, tak jak dzisiaj. Nie chciałam tego wszystkiego powiedzieć... Co do mieszkania... dopieszczam je od dwóch lat i jeśli już, chciałabym, żebyś to ty się do mnie przeprowadził. Może jeszcze nie teraz, ale niedługo. I... i to że jestem z tobą, a nie kimś innym oznacza ni mniej, ni więcej, że tylko ciebie kocham i tylko z tobą sypiam... byłeś moim pierwszym i jedynym, przecież wiesz- powiedziała cicho. Każde z tych słów przychodziło jej z trudem, ale chciała zamknąć tę sprawę, powiedzieć wszystko, co miała do powiedzenia. Koniec z niedomówieniami, koniec z udawaniem, że wszystko gra, że jest idealnie.- Musisz mi mówić, kiedy coś cię niepokoi... nie widzę siebie i naszego związku z takiej perspektywy, jak ty, więc pewnych rzeczy mogę nie dostrzegać. Nie chcę, żeby wszystko się popsuło przez takie głupstwa. Rozumiesz?- spytała ciepło, wodząc opuszkami palców po jego wargach i walcząc z pokusą pocałowania go po raz kolejny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 23
Skąd : Nowa Zelandia
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 163
  Liczba postów : 227
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5792-marcel-yacobe-lyons
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5793-no-marcelove
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5794-zolwki




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Wto 8 Paź - 9:36

Marcel był kompletnie zrezygnowany. Pogodził się że jego życie zawsze już będzie tak wyglądało. Sponiewierany. I znów robiła to z nim kobieta. Może on po prostu nie był stworzony do tego żeby żyć z kimś. Może musiał zostać sam, razem z tłuczkami i jego aparatem. Oh Marcel, co ty teraz zrobisz. Była to dla niego bariera nie do przeskoczenia. Ten zaradny chłopak, był jak sierotka Marysia. Nie zawalczył, mimo że potrafił. Nie sprzeciwił się mimo że potrafił. O raju co się z nim działo. To naprawdę jest trudno zrozumieć. On sam siebie do końca nie potrafił.
Jego pocałunek miał być pieczęcią. Zgodził się na kolejną paranoje. Chciał ją podpisać pocałunkiem. Jednak Isolda... Ona nie pocałowała go tak jak zwykle. Ten pocałunek był pełen miłości, poczucia winy. Marcel czuł się potrzebny. Jak nigdy w życiu. Jego początkowo delikatny i niepewny pocałunek, zamienił się w pełen namiętności, i bólu. Nie potrafił powiedzieć Isoldzie o tym jak bardzo go zabolały jej słowa. Jak bardzo go zraniła. Nawet nie chciał jej tego mówić. Pocałunek jednak zrobił to za niego. Sama Bloodworth całowała go jak nigdy dotąd. Mimo że mieli za sobą już naprawdę wiele pocałunków. I to wróciło mu wiarę. Krew z ust ustąpiła, a w głowie przestało się tak cholernie kręcić. Jej naprawdę na nim zależało. Marcel przycisnął ją do siebie tak mocno że nie dzielił ich nawet centymetr. Teraz ona musiała mu coś podpisać. Właśnie pocałunkiem. Jak on mógł w ogóle zwątpić? No ja się pytam jak. Nadal jego rany krwawiły... Ale teraz nie bał się ich jej pokazać:
-Iss... Nawet sobie nie wyobrażasz jak ja cię bardzo potrzebuje- wyszeptał przez nadal wyschnięte gardło. Krótko ją pocałował. Nie wyobrażał sobie życia bez niej. Bez jej oczu, włosów ust. Drobnych palców, i uroczego rumieńca gdy się całowali. Kiedyś jej o wszystkim opowie. O matce i Mirandzie. O tym jak złych słów użyła. Ale to nie dzisiaj. Dzisiaj wszystko naprawi. Gdy będą już mogli, razem mieszkać, wtedy jej opowie. Teraz ma za dużo zmartwień:
- Ja... jestem skończonym idiotą- skwitował spuszczając wzrok- A z tym przeprowadzaniem się... Przepraszam. Nie za bardzo umiem rozmawiać... Bardzo się staram, ale nadal nie umiem. Czasem bardzo bym chciał żebyś czytała mi w myślach... Przepraszam Cię za dzisiaj...- schował głowę w jej ramieniu. Narobił tyle hałasu o byle co. Przecież jej ufał. Jak nikomu na świecie. Sam prawie to wszystko zaprzepaścił... Idiota. Nagle ją podniósł tak, żeby oplotła jego biodra nogami. Teraz mógł jej spojrzeć prosto w oczy. Wyglądali jakby Isolda była misiem koalą a Marcel drzewem eukaliptusowym. Tonąc właściwie w jej niebieskich tęczówkach wyszeptał, uśmiechając się nie znacznie:
-Kocham Cię. Dziś, jutro, zawsze...- i pocałował ją. Podtrzymywał jej uda, żeby się za bardzo nie zmęczyła wiszeniem na nim. Po chwili jednak usiadł na krześle i nadal ją całował. Chciał żeby wszystko już było dobrze. Musiało być. Teraz liczyła się tylko ona i jej pełne ciepłe usta. Chyba dziś mijało pięć miesięcy. Kompletnie o tym zapomniał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Wto 8 Paź - 14:53

Objęła go mocno ramionami, czując coś na kształt rozbawienia. To było takie dziwne, że to ona pocieszała jego, po raz kolejny. Czasem miała wrażenie, że Marcel mimo swojej potężnej postury, mimo bycia pałkarzem, która to pozycja była zdecydowanie najbardziej brutalna, mimo siły i tego, że to on przecież poskładał jej serce na nowo, jest bardzo delikatny, znacznie bardziej delikatny niż ona. Raz ją to rozczulało, kiedy indziej przerażało, bo musiała uważać na każde słowo, wypowiedziane w złości. Czy to kwestia fatalnych układów w rodzinie, czy zdrady, której dopuściła się Miranda, a może po prostu taki już był z natury? Isolde nie była pewna i tak naprawdę nie miało to większego znaczenia. Ona sama z jednej strony była nadwrażliwa, ale z drugiej miała w sobie dość siły, żeby się podnieść i po prostu iść przed siebie, niejednokrotnie wlokąc za sobą kogoś słabszego, kto upadł i nie był w stanie się podźwignąć na nowo. Ona walczyła ze światem, walczyła z tym, co próbowało ją zniszczyć. Pierwszy raz upadła, kiedy Czarek nie mógł czy też nie chciał odwzajemnić jej uczuć. Tak naprawdę nie załamał ją sam fakt nieodwzajemnionej miłości, tylko ogrom upokorzenia, jakiego doznała, przyznając się do swoich uczuć, wręcz manifestując je, nie mogąc się opanować, nie mogąc zachować resztek godności. I wtedy zjawił się Marcel i podniósł ją, i dał wiarę, że nie jest wcale beznadziejna, że fakt, że jeden człowiek nie mógł jej pokochać, nie znaczy, że tak będzie z każdym.
Czasami widziała w nim małego chłopca, którym należało się zająć- przytulić, pocieszyć, nakarmić... inna rzecz, że właśnie z tym chłopcem straciła dziewictwo i spędzała noce- ostatnio jakby rzadziej, ale jednak...! A teraz czuła ciepło rozlewające się po jej ciele i odbierające jej zwykłą klarowność myślenia. Słuchała słów Marcela, ale nie miały większego znaczenia, ważniejszy był język ciała, który odczytywała bezbłędnie i podświadomie. Miała dosyć tej rozmowy, powiedzieli sobie wszystko, co potrzeba i powinni na tym skończyć.
- Już cicho...- poprosiła, przeczesując palcami jego włosy i wdychając głęboko zapach jego skóry. Kiedy ją podniósł, krzyknęła cicho, zaskoczona jego zachowaniem, po czym roześmiała się i zajrzała mu w oczy.- Ja ciebie też...- zamruczała czule. Ujęła twarz Marcela w dłonie i przywarła zachłannie do jego ust, ignorując wszystko wokoło. Mało ją obchodziło, czy na nim wisi, czy siedzi, chociaż to zetknięcie ich ciał przyprawiło ją o kolejny miły dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Wplotła palce w jego włosy i pogłębiła pocałunek, przymykając oczy. Czuła jakąś niesłychaną lekkość, ulgę, że nie musi się już bać. Że teraz nie liczą się już nieposłuszne, raniące słowa, tylko gesty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 22
Skąd : Galihan, Francja
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 344
Dodatkowo : ćwierć-wila
  Liczba postów : 414
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6097-sophie-beatrice-lorrain#172870
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6109-sophie-gdzie-jestes#173009
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6110-no-chodz-tu-niesmialku#173011
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7875-sophie-beatrice-lorrain#220230




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Czw 10 Paź - 22:08

Jeszcze nigdy nie dała poznać po sobie strachu. Nigdy na jej twarzy też nikt nie zobaczył łez, ani uśmiechu sardonicznego... To nigdy nie miało miejsca. Nigdy. Zbyt silna, aby okazywać swoje słabości. Chyba, że chciała abyś coś zobaczył. Abyś dostrzegł to i jej współczuł... Ale czego? Sam nie wiesz. Po prostu egzystujesz obok niej i w pewnym momencie chcesz ją wziąć na ręce. Włożyć do kołyski wyściełanej jedwabiem. Nakryć ją najdroższą tkaniną i otulić kaszmirem... By poczuła się bezpieczna, by poczuła ciepło. By uśmiechnęła się właśnie do Ciebie. To za to większość ludzi płaci ogromną cenę. Poświęcają się, aby poczuć ten jeden moment uwagi... Dla nich. To jedno słowo od Sophie. Tej Sophie, która tak pięknie tańczy, deklamuje, chodzi z gracją, której zazdrości jej niejedna osoba w zamku. Tak... Sophie daje i odbiera. Podobno straciła kiedyś ogromny skarb, którego wciąż szuka. Niektórzy mówią, że to jej serce, zdrowy rozsądek, prawdziwa empatia... Lorrain nic nie mówi. Milczy... Jakby to była prawda, przed którą ona się lęka wystąpić. A przecież tak ubóstwia publiczność... Ona stoi na pograniczu piekła i nieba. Zatraca się jednocześnie w ich wspólnej przepaści, jakby wszystko się właśnie kończyło, a jednocześnie rozpoczynało na nowo.
A kiedy wysyłała list do Mads... Nie myślała o niczym konkretnym. W jej głowie tańczyły zupełnie inne obrazy i wbrew pozorom nie ukazywała jej zazdrosnej o Lucasa... Nie. Ona chciała poznać Madison. Zaintrygowała ją dziewczyna, której wszędzie było pełno, ale tylko pozornie. Kim była? Czy oddychała powietrzem łapczywie, a może wielbiła powolne chwile? Cokolwiek... Taka tajemnica. Dziś Sophie nie analizowała tego... Stojąc w bielutkiej sukience wpatrywała się w baletki na swoich stopach... Wyglądała jak nimfa... Była ulotna. To ta chwila, kiedy mogła kogoś zahipnotyzować. Unieść swoim drobnym ciałem wyżej niż nie jeden napakowany bohater z ringu... Mogła... Ale nie było tu nikogo, kto mógłby zorganizować jej akompaniament złożony z oklasków i okrzyków uwielbienia.
Dziś przygrywała jej cisza... Stanęła na środku sali i uniosła się na palce wykonując pierwszy piruet... Arabesque - i już przykładała stopę do kolana delikatnie kręcąc się na jednej stopie... Tak powoli. Jakby czuła to wszystko w swoich żyłach. Ta jedna chwila... Jeden moment, którzy przerodził się w chassé, a potem nastąpił failli... Potem było jeszcze jeté, którzy przebiegł jak kot w tour lent... A zatem wciąż umiała tańczyć. To w niej jeszcze oddychało.
Odnalazła swoje odbicie w lustrze by westchnąć i drobnym ruchem odrzucić kilka pasm włosów do tyłu. Skłoniła się sama przed sobą zerkając na zegarek.. A zatem koniec pokazu. Trzeba było iść.
Uniosła nieznacznie wzrok na pusty stolik, aby zauważyć, ze koperty nadal tam leżą. Nie była pewna czy chciała zagrać w tej sztuce... Ale to ona rozdała karty. Nie można było się wycofać. Nie teraz... Jeszcze nie.
Umknęło jej parę drobnych szczegółów... Nie spakowała się... Wrzuciła zatem wszystkie swoje rzeczy do torby, a potem włożyła na stopy nieco inne obuwie. Wszak nie każdy musi wiedzieć, że tańczy...
Opuściła salę, uprzednio gasząc wszystkie świece... Nadchodził wieczór. A spotkanie nie mogło czekać.
Kiedy przeszła przez próg herbacianego raju zaciągnęła się zapachem wszystkich torebeczek z kolejnymi ziółkami... Nie przepadała być może za herbatą, ale zakochana była w zapachach. Dla niej węch był wzrokiem... Jakby najważniejszy.
Uśmiechnęła się. Było tu pusto. Pozostawiła swoje rzeczy na pierwszym fotelu i znów stanęła na palcach zastanawiając się czy gdyby... Naprawdę kochała Lucasa to by wydrapała Madison oczy czy zaczęła od wydziergania jelit. A potem po sali rozniósł się jej chichot... Nie zrobiłaby tego. To nie w jej stylu... Ona po prostu chciała ją poznać. Poza tym... Sophie niczego nie miała na własność. Niczego. To dzielenie się dawało nutkę adrenaliny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 23
Skąd : Kanada, Trois-Rivières
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 1827
Dodatkowo : metamorfomagia, rezerwowy pałkarz
  Liczba postów : 707
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5525-madison-chloe-richelieu#160262
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5529-pancake-karma-is-coming-after-you#160278
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5528-madisonowa-sowa#160270
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7198-madison-richelieu




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Sob 12 Paź - 18:39

Nie miała pojęcia, czego się spodziewać. Po spotkaniu, po dziwnych kopertach, po tajemniczej dziewczynie. Sophie, Sophie, Sophie. Powtarzała to imię w myślach z milion razy, wierząc w to, że w ten sposób pobudzi swoją pamięć i odnajdzie sens w tym, że nieznana jej osoba postanowiła jej pomóc, dostarczając nie wiadomo jakie rzeczy, które przypadkiem do niej trafiły. Bezskutecznie. Imię nic jej nie mówiło, nie łączyła się z nim żadna twarz. Kanadyjka nie wierzyła w przypadki. Może powinna?
Szła korytarzem, postukując w kamienną posadzkę obcasami swoich butów i nie mogąc się oprzeć wrażeniu, że mijający ją ludzie wpatrują się w nią wrogo. Pewnie tak właśnie było, bo po ostatnim wpisie szkolnego plotkarza co najmniej połowa Hogwartu musiała być przekonana o tym, że ta podła dziewczyna zamiast zdobywać awanse w rozgrywkach Quidditcha, jedyne co zdobywa, to serca coraz to następnych nauczycieli. Albo nie serca, ale tak brzmi ładniej. Anglia dawała i odbierała, w sposób niesprawiedliwy i niejasny. Mniej dawała od siebie, a odbierała nieporównywalnie dużo. Madison nie była gotowa na coś takiego. Przygotowywano ją do wzlotów i upadków miotlarskich, a nie psychicznych i sercowych. W niecałe dwa miesiące straciła niemalże wszystko, co dawało jej szczęście. U podstaw wszystkich jej problemów leżały plotki. Przynajmniej w to wierzyła. Nie dostrzegała ewentualnych błędów, popełnionych przez nią czy przez Indianina, zresztą wszystko z pewnością dałoby się jakoś rozwiązać. To właśnie przez plotki rozpętało się piekło i nic nie zwiastowało tego, żeby ten stan rzeczy miał się chylić ku końcowi. Ta dziewczyna, Sophie, w jakiś sposób mogła to zmienić. Mogła być jej wybawieniem. Lub jej zgubą. Albo czymś kompletnie niepowiązanym z jej głównym problemem, wtedy byłaby chwilowym oderwaniem myśli od utrapień. Szła korytarzem, nie uciekając na boki, a wręcz spoglądając na innych z dumą i pewnością siebie. Tak została nauczona, wysoko uniesiona głowa, nawet gdy zmierza się do przepaści w linii prostej. Nie da się złamać, nie w taki sposób, nie teraz.
Gdy dotarła na miejsce, dzierżąc pergamin i książki, była przekonana, że będzie siedzieć na jednym z foteli i pisać esej w oczekiwaniu na nieznaną jej korespondentkę, jednak najwidoczniej się spóźniła. Odłożyła swoje rzeczy na pobliski stolik, w jakiś sposób wyczuwając, że owa dziewczyna w butelkowej sukience jest właśnie tą, z którą miała się spotkać w herbacianym pokoju.
- Jesteś Sophie, prawda? Najwidoczniej wbrew moim zapewnieniom nie dotarłam tu pierwsza. Przepraszam, że musiałaś czekać. – odezwała się, przypatrując się blondynce i po raz milionowy zastanawiając się, o co może chodzić w tej całej sytuacji z kopertami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 22
Skąd : Galihan, Francja
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 344
Dodatkowo : ćwierć-wila
  Liczba postów : 414
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6097-sophie-beatrice-lorrain#172870
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6109-sophie-gdzie-jestes#173009
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6110-no-chodz-tu-niesmialku#173011
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7875-sophie-beatrice-lorrain#220230




Gracz






PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   Nie 13 Paź - 14:11

Sophie nie należała do ludzi, których ktokolwiek kiedyś zrozumiał. Ciągłe niedopowiedzenia, niejasności... To mogło dobić. Acz niewarte przecież było to tego, aby mogła to zauważyć. Prawda? Było w niej wiele sprzeczności, jakby już cała narodziła się poplątana... Niezrozumiana, a do tego ten gen.
Gen, który niósł zniszczenie dla wielu.
Kiedy Madison przekroczyła próg pomieszczenia, Beatrice przyglądała się milionom woreczków z herbatą porozwieszanych na ścianie. Dotykała dosłownie każdej, a później wdychała ich zapach, który nie raz doprowadzał ją do kichnięcia. Była czuła na takie rzeczy i w głowę zachodziła czy gdyby to nie miało jakiś walorów zdrowotnych, to ktokolwiek by to w siebie wlewał.
Spojrzała z żalem na kolejne torebeczki, a dopiero potem zarejestrowała czyjąś obecność. Obejrzała się spokojnie do tyłu, kiedy Richelieu zaczęła do niej mówić. Uśmiechnęła się delikatnie i zrobiła kilka kroków w jej stronę by wyciągnąć dłoń do dziewczyny.
- Tak. Jestem Sophie. Ty jesteś pewnie Madison. Miło mi Cię poznać. - Powiedziała dokładnie taką formułkę, jaką nauczyła ją matka. Najważniejsze bowiem są drobnostki. Diabeł tkwi w szczegółach. Podanie rąk, uśmiech, kilka słów. Odpowiednie złożenie ust na zakończenie wypowiedzi. Dygnięcie... Zajęcie miejsca obok i poprowadzenie neutralnego tematu, który pozwoli na więcej. To z pewnością opanowała do perfekcji. Nie umiała natomiast bez powodu wpadać w szał i wiszczeć jak jedna z tych dziewczynek, którym odebrano ulubioną zabawkę. Między Sophie, a zabawkami istniała inna zależność. To one chciały, aby je posiadała i to one do niej wracały. Łaknęły jej towarzystwa. Dziś jednak nie czarowała Richelieu. Nie starała się jej przypodobać, ani odwrotnie. Przecież miały dzisiaj sporo do załatwienia. A to dziwne rozmawiać z kimś, kogo się prawie nie zna.
Sophie nie posiadała czegoś takiego jak wizbook. Niedokładnie wiedziała czego tam szukać, czego się spodziewać. Nie potrzebowała tego 'żyjątka', aby wiedzieć, że ludzie żywią się plotkami i czyimiś porażkami. Widziała obłudę i fałsz, bez pomocnika w postaci rozjuszonego trzynastolatka, którego świat nie kochał, a zajmowali się nim ludzie, którzy powinni być odpowiedzialni za coś swojego, a nie za zabicie dziecka. Lorrain podeszła powoli do swojej torby gdzieś po drodze kołysząc biodrami, a lewą dłonią odrzucając część złotych włosów do tyłu.
Szukała w końcu kopert, które zawierały kilka dziwnych treści o dziewczynie i kilka fotomontaży, na których ewidentnie było widać na tym, że komuś zależało na ujęciu zbliżeń Gryffonki z resztą grona pedagogicznego. Sophie uniosła powolnie brwi do góry zastanawiając się czy rzeczywiście powinna to przekazywać. Niedokładnie wiedziała po co to wszystko robi, jeśli ktoś rzeczywiście chciał zniszczyć dziewczynę to była to kwestia czasu, a ona to niby co? Wzór cnót wszelakich? Ale nie mogła się już wycofać. Wyciągnęła zatem pakunek w jej stronę i uśmiechnęła się nieznaczenie.
- Myślę, że powinnaś to mieć. Cokolwiek to jest. - Bo przecież jej nie powie, że znalazła to w pokoju wspólnym. A inicjały w listu? Nie. Sophie nie wiedziała któż to. Ale była na dobrej drodze, żeby rozwikłać zagadkę, a potem gnębić... Napawać się informacją, że wie... To wiedza była największą bronią człowieka.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Herbaciany Raj   

Powrót do góry Go down
 

Herbaciany Raj

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 12Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4 ... 10, 11, 12  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
hogwart
 :: 
Wielkie schody
 :: 
trzecie pietro
-