Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Pokój Życzeń

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 21 ... 38, 39, 40
AutorWiadomość


Bell Rodwick

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 24
Skąd : Londyn/Hogsmeade
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 4902
  Liczba postów : 4483
http://www.czarodzieje.org/t58-bell-rodwick
http://www.czarodzieje.org/t649-bellcia
http://www.czarodzieje.org/t243-bell-rodwick
http://www.czarodzieje.org/t7785-bell-rodwick#216614




Administrator






PisanieTemat: Pokój Życzeń   Pią Cze 11 2010, 18:28

First topic message reminder :


Pokój Życzeń

Chyba najfajniejsze pomieszczenie w całym Hogwarcie. Wystarczy coś sobie wymarzyć, a już to mamy. Niestety, nie można tam wyczarować jedzenia, ani picia, także jeśli chce się przygotować romantyczną kolację, posiłek trzeba przynieść samemu. Jedną z większych zalet jest, że gdy jesteś w środku osoba która nie wie czymś stał się dla ciebie ten pokój nie może dostać się do środka. Aby pojawiły się drzwi, przez które można wejść, należy przejść trzy razy wzdłuż ściany, myśląc o odpowiedniej rzeczy.

UWAGA: Aby wejść obowiązkowo należy rzucić kostką w pierwszym poście. Nieparzysta – udaje Ci się wejść, parzysta – niestety nie udaje Ci się wejść. Jeśli już raz odkryjesz lokację możesz odwiedzać ją bez ponownego rzucania kością. Zezwala się zdradzić lokalizację tematu dwóm osobom towarzyszącym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość


Vinícius Marlow

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Hrabstwo Somerset, Anglia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 384
Dodatkowo : Prefekt fabularny
  Liczba postów : 222
http://www.czarodzieje.org/t16781-vinicius-oliver-marlow-budowa#466597
http://www.czarodzieje.org/t16785-vini-da-vinci?nid=2#466756
http://www.czarodzieje.org/t16786-vini-da-vinci#466765
http://www.czarodzieje.org/t16784-vinicius-marlow




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Nie Sty 06 2019, 00:19

Na jego protesty jedynie uśmiechnął się półgębkiem i przewrócił oczami, w nosie mając to, że marudził jakby chciał mu tą opaską co najmniej odciąć dopływ tlenu. Ta jego wieczna potrzeba kontroli, tak nad sobą, jak i nad otaczającym go światem aż prosiła się o to, by jakoś ją złamać albo chociaż nadwyrężyć. Każdy kolejny protest jedynie utwierdzał go w przekonaniu, że jest to dobre posunięcie, zwłaszcza, że nie odsunął się od niego, a niechętnie pozwolił mu działać. Poza tym... w istocie była to jego mała zemsta za to jawne lekceważenie w ich wodnych zawodach.
Nie miącz, Finni, to tylko pasek materiału. Twoje protesty nic a nic mnie nie obchodzą. – powiedział, rozbawiony tym z jaką łatwością zamknął mu usta nim ten dokończył swoje zdanie. Poprowadził go w stronę łóżka, cicho prychając kiedy poprosił go o zdjęcie przepaski. Zwariował, czy co? – Następnym razem założę ci też knebel, marudo. A rzucanie gnomami jest niehumanitarne, twój świat jest czasem taki... niepotrzebnie brutalny. – musiał ugryźć się w język by nie pociągnąć rozmowy na temat gnomów, która szybko mogłaby przerodzić się w dyskusję na temat traktowania magicznych zwierząt. Potrafił mówić o tym godzinami, nawet w chwilach kiedy miał przy sobie nagiego Finna przesłoniętego jedynie łatwym do zdjęcia ręcznikiem. O tak, aż za dobrze był świadom jak cienka jest to warstwa, lecz póki to on nad nim górował, nie stanowiło to dla niego problemu. Była to kolejna, wyjątkowo maleńka i niepozorna część zemsty.
Nie tak szybko, Tesoro. Zamiast skupiać się na tym, że opaska cię ogranicza, mógłbyś pomyśleć o tym, że w jakiś sposób otwiera ci oczy. – westchnął, wymownie patrząc w górę i w myślach marudząc na to jak ciężki przypadek mu się trafił; całe szczęście, że lubił tego typu wyzwania. – Nieistotne. – szepnął wprost w jego wargi, z którymi zaraz się połączył. Drgnął pod jego dłońmi, które, mimo że zwiedzały jego plecy już kilkakrotnie, wciąż robiły na nim tak samo piorunujące wrażenie jak za pierwszym razem. Z radością przyjął jego zaangażowanie i z tym większym trudem wycofał się z ich pocałunku; jego cichy protest wcale mu w tym nie pomagał, wręcz przeciwnie, sprawił, że zawahał się przez ułamek sekundy, silnie kuszony wizją bliskości, do której mogliby szybko powrócić. Jedynie wizja niewygodnego długu skłoniła go do wyswobodzenia go spod swojego ciężaru – wolał spłacić go teraz, w wybranym przez siebie czasie i stworzonych przez pokój okolicznościach. Finn również nie wyglądał na przekonanego, choć o dziwo nie jojczył już dłużej, wywołując tym samym uśmieszek na twarzy Vinciego... który spełzł z niej w chwili gdy zdjął opaskę. Westchnął przeciągle, niemalże teatralnie i uszczypnął jego skórę w ramach małej kary za zignorowanie jasnego polecenia. Zacisnął palce na aksamitnej wstążce i pociągnął, tak by delikatnie ucisnęła jego szyję. – Powinienem Cię za to udusić. Knebel i w dodatku związane ręce, to czeka cię w przyszłości. – mruknął, wypuszczając z ręki materiał. – Jesteś okropny i zupełnie nie wiem czemu tak za tobą szaleję. Teraz to już na pewno nie dostaniesz masażu ust. – powrócił do masażu, przy okazji zerkając na ślady paznokci, które niezmiennie znaczyły jego skórę. Trochę już zbladły i stały się płaskie, może przez upływający czas, a może chłód wody, który zmniejszył opuchliznę... ale wciąż nie wyglądały najlepiej i wzbudzały w nim poczucie winy. Gdyby tylko mógł wybrać swoje życzenie... był w stanie oddać wspólną noc w zamian za możliwość wyleczenia tych ranek, a przy tym i swojego sumienia. Sunąc po kolejnych mięśniach, omijał najgęściej zadrapane miejsca by nie podrażniać naruszonej struktury skóry. Z przyjemnością wysłuchiwał pojękiwań, innych od tych, które miał okazję słyszeć wcześniej, a przy tym satysfakcjonujących w zupełnie odmienny sposób. Właściwie kilka razy nacisnął za mocno, celowo doprowadzając do reakcji na ból – był wciąż trochę zagniewany, minimalnie obrażony, choć sam nie wiedział czy przez jezioro, czy może raczej opaskę. Był za to świadom czegoś innego – był to jedyny moment, gdy mógł pozwolić sobie na tego typu negatywne emocje, znajdował się bowiem poza zasięgiem ust i rąk Finna. Kiedy tylko powróci w jego ramiona, znowu zmięknie, rozpłynie się jak czekolada.
Ja? Kuszę? – wysilił się na ton niewiniątka, podczas gdy na viniciusowej twarzy rozlał się iście diabelski uśmieszek. Poruszył się na jego pośladkach, niby to moszcząc się wygodniej, przesunął kciukiem wzdłuż jednego z głębszych zadrapań. Jakby na „potwierdzenie” swoich słów nachylił się nad jego plecami, mokrymi, chłodnymi kosmykami muskając rozgrzaną skórę. Złożył kilka pocałunków między pachnącymi olejkiem łopatkami, wzdłuż linii kręgosłupa. – Siedzę tu sobie i grzecznie spełniam Twoje życzenie, ba, dwa na raz, chociaż zadawanie pytań w istocie idzie ci dość opornie.
Zaśmiał się cicho, słysząc komplement i w myślach z rozbawieniem przyznał mu rację. Interesowało go ludzkie ciało, lubił czytać, dokształcać się, a teraz, jak się okazywało, testować swoją wiedzę na żywym modelu. Uczucie ulegających jego palcom mięśni sprawiało mu radość, niosło ze sobą dużą satysfakcję. Finn miał pod tym względem szczęście, bowiem Marlow z chęcią przetestuje na nim każdą nowo nabytą umiejętność.
Za nic miał sobie znaki, że Gard zaczyna się niecierpliwić, z radością poddawał go torturom bezczynnego leżenia, nie przerywał swoich płynnych ruchów, choć jego własne dłonie zaczynały się męczyć, żądały przerwy. Dostały ją i to szybciej, niż się tego spodziewał. Zsunął się z niego z pomrukiem protestu, bowiem wcale nie miał na to ochoty. Wszystko stało się tak szybko, że kiedy już zdał sobie sprawę z tego, że jakimś cudem znalazł się pod, nie nad Finnem, zamrugał ze zdziwieniem. Wydał z siebie jeszcze jeden pomruk, o wiele mniej niezadowolony i przymknął powieki, rozkoszując się ciepłem, jakie tchnął weń swoim pocałunkiem. Brakowało mu tego, nagle zdał sobie sprawę jak bardzo zmarzł tam na górze, pozbawiony jego dotyku. Uśmiechnął się, pozwalał mu wyczyniać z własnymi wargami co mu się żywnie podobało, bowiem powrócił w jego ramiona i znowu zmiękł, rozpłynął się jak czekolada. Odsunął z jego czoła schnące powoli kosmyki, niechętnie wpadając w zachwyt po raz setny tego popołudnia... wieczora? nocy? Nie wiedział. Nie było czasu ani przestrzeni, był tylko on; byli tylko oni. W ciszy słuchał czułych słów kierowanych w jego stronę. Tym razem łatwiej było mu przyjąć jego komplementy, może rzeczywiście należało jedynie poćwiczyć? Nie dawał im może pełnej wiary, ale potrafił się nimi ucieszyć, miast tylko odwracać z zawstydzeniem wzrok. Wargi drgnęły pod dotykiem ciepłych palców, kąciki ust uniosły się jeszcze wyżej w błogim uśmiechu. Brązowe oczy wpatrywały się weń intensywnie, zdradzając każdą pojedynczą emocję – radość, rozczulenie, troszkę rozbawienia, pożądanie, które nieśmiało zaczynało na nowo w nim rozkwitać. To co mówił przyjemnie łechtało jego ego, ale przede wszystkim cieszyło go dlatego, że rozumiał jak szczere i niecodzienne jest to wyznanie. Dziś otworzył przed nim swoje serce i pozwolił mu zajrzeć w najgłębsze jego zakamarki, nie istniało większe od tego wyróżnienie. Otworzył usta, by coś powiedzieć, lecz Finn dał mu stanowczy znak, że jeszcze na to nie pora, a on... cóż, usłuchał się, nie chcąc psuć tej magicznej chwili. Policzki pokryły się ledwo widocznym rumieńcem, choć nieprzerwanie, śmiało wpatrywał się w jego oczy, tonąc w ich głębi. Poczuł się taki lekki, wolny, taki... kochany. Jego brzuch zaatakowało stado roztrzepotanych motyli, serce zabiło odrobinę mocniej. Musiał przełknąć odpowiedź, która cisnęła mu się na usta. Dwa słowa o ogromnej mocy, dziewięć niebezpiecznych liter; powstrzymał się, wiedząc, że jest na to za wcześnie, że mógłby wszystko zepsuć.
Żyj w moim świecie, Tesoro, to nie takie trudne. To co tutaj mamy to nie jest świat, z którego wyjdziemy, on jest ze mną cały czas, w mojej głowie. – również ułożył się na boku, sięgnął po jedną z poduszek i podłożył ją pod głowę. – Nie zastanawiaj się, po prostu śmiej się kiedy jesteś szczęśliwy i tańcz kiedy masz na to ochotę. Bądź blisko, dotykaj, pozwól być dotykany. Tylko tyle... i aż tyle. – nie przejmował się tym, że mógł zabrzmieć nieco tandetnie, bowiem to o czym mówił płynęło prosto z serca. Wyciągnął ku niemu dłoń i przesunął palcami po kształtnych wargach, które po chwili musnął własnymi. Powrócił na swoją poduszkę. – O rany, Finn, o samej rodzinie mógłbym opowiadać Ci do rana, to przecież banda takich samych oszołomów jak ja. Albo i gorszych. – roześmiał się, choć w oczach miał coś na kształt tęsknoty. Był przywiązany do swojej rodziny, a nie miał okazji zobaczyć się z nimi od wakacji. To była jedna z niewielu wad, jakie potrafił znaleźć w uczęszczaniu do Hogwartu. – Mam dwóch braci i siostrę. Naevius, najstarszy, naprawia mugolskie pojazdy. Jest taki... duży i silny, w życiu byś nie powiedział, że to mój brat. Nauczył mnie grać na gitarze i jeździć na łyżwach... to taki mrukliwy niedźwiadek, na początku można się go wystraszyć, a potem okazuje się, że jest strasznie miękki. Rufus to kompletny wariat, nie umie usiedzieć w miejscu nawet pięć minut, wiecznie tylko gania za tą swoją piłką i świata poza nią nie widzi. Nie zliczę ile razy laliśmy się dopóki Naev nie rozdzielił nas siłą, zobaczysz, z nim zupełnie nie da się wytrzymać. I za to go kocham. – przewrócił się na plecy, wpatrując się w rozświetlony blaskiem latarenek baldachim. Na ślepo odszukał jego dłoń i splótł ze sobą ich palce. – Tata jest odrobinę oderwany od rzeczywistości – maluje obrazy, odnawia stare meble, trochę śpiewa, ale tylko przy ognisku. Czasem włóczymy się po okolicznych łąkach przez całe dni. Generalnie straaaszny z niego pantofel, ale zrozumiesz czemu tak jest kiedy poznasz moją mamę. Robi najlepsze: szarlotkę, spaghetti pomidorowe i awantury. Jak już się ją zdenerwuje, nie da się jej zatrzymać, chociaż na co dzień jest przekochana. A Sini... Sini trochę już znasz. Musisz do nas w końcu przyjechać, chociaż nie wiem jak twój poukładany umysł zniesie marlowowy bałagan. – zrobił krótką pauzę, ewidentnie się nad czymś zastanawiając. Oblizał wargi. – Nie mogę się doczekać kiedy będę mógł im przedstawić swojego chłopaka. Mama oszaleje ze szczęścia, wyznaje zasadę „przez żołądek do serca” i była szczerze zmartwiona kiedy zobaczyła co wyczyniam w kuchni. Podejrzewam, że w temacie miłości spisała mnie na straty. – zaśmiał się szczerze, głośno, a potem westchnął z rozmarzeniem. Miło było opowiedzieć mu o tym wszystkim, rodzina Marlowów stanowiła ogromny, niemożliwy do pominięcia element w jego życiu. Wszystkich ich członków łączyły bardzo silne więzi, nawet jeśli nie wszystko w ich domu był idealne. – Lubię... kiedy uśmiechasz się szeroko. I czekoladę. I te momenty kiedy latem stoję na rozgrzanej łące, słońce świeci mi na twarz, świerszcze cykają, a trawa pachnie tak, że kręci mi się w głowie. I kiedy zimą płatki śniegu osiadają mi na płaszczu, a ja mogę patrzeć na ich kształt. I kiedy skupiasz się na grze i marszczysz zabawnie czoło, nie wiedząc, że na ciebie patrzę. Uwielbiam moment, kiedy po kilku godzinach gry jestem zupełnie wykończony, ale taki... spokojny. Och, mogę wymieniać w nieskończoność. – podniósł się, pchnął delikatnie jego ramię i położył się na nim, łaknąc większej ilości jego ciepła. Skrzyżował ręce na jego torsie, oparł brodę na nadgarstku i wpatrzył się w niego z zachwytem. – Nie wstydzę się prawie niczego... no, może tego jak beznadziejny jestem w eliksiry, mimo że marzę o tym żeby być uzdrowicielem. No i tego, że zdarza mi się stracić nad sobą panowanie. – zmarszczył brwi, wpierw delikatnie, potem coraz mocniej, pogłębiając zmarszczkę jaka między nimi powstała. Uświadomił sobie, że nadszedł moment, w którym powinien powiedzieć Finnowi całą prawdę o jego mamie. To było... trudne. Nawet jeśli nie bał się jego reakcji, wciąż miał przed tym pewne opory. – Hmm, chyba jednak jest jeszcze jedna rzecz, której się wstydzę. Czasem... chciałbym pojechać do Włoch, na Sycylię, poznać rodzinę mojej matki. To podobno ogromny, czystokrwisty ród. Ale potem myślę sobie, że przecież wydziedziczyli moją mamę, więc muszą być paskudnymi ludźmi. Ona... wiesz, jest charłaczką. Nie lubi mówić o swojej rodzinie, ale przyznała się, że wypędzili ją z Palermo kiedy stała się pełnoletnia... a mnie mimo wszystko non stop tam ciągnie. – zagryzł wargę, na moment wpatrując się w punkt gdzieś obok głowy Finna. Zamarł na kilka sekund, pogrążony we własnych myślach, a potem potrząsnął głową, jakby odrzucał je od siebie i uśmiechnął się do niego – niewymuszenie, szczerze, choć niezbyt szeroko. Podniósł głowę i przesunął się wyżej, by znaleźć się na wysokości jego warg. – Wróćmy do przyjemniejszych rzeczy. Od jakiegoś czasu uwielbiam kolor niebieski. I jeszcze jedna, cholernie ważna rzecz – jakiś czas temu zakochałem się w moim przyjacielu. To straszliwie seksowny, utalentowany, złotowłosy muzyk. – nachylił się nad jego wargami, musnął je, nie składając na nich pocałunku. – I chyba w końcu udało mi się go w sobie rozkochać. – potarł jego nos końcówką swojego i uśmiechnął się szeroko, z nieopisanym ciepłem patrząc prosto w jego oczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Finn Gard

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : Szwed, zamieszkuje od lat Glasgow.
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 132
  Liczba postów : 154
http://www.czarodzieje.org/t16780-finan-gard-konczy-sie-tworzyc#466593
http://www.czarodzieje.org/t16788-panicz-gard#466769
http://www.czarodzieje.org/t16790-listy-do-finnu#466907
http://www.czarodzieje.org/t16783-finan-gard#466737




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Nie Sty 06 2019, 00:20

Aż przystanął po drodze. - Panie Marlow, czy ja dobrze słyszę? Pan mi grozi? Gdybym nie miał związanych oczu, potarłbym je ze zdumienia. - potrząsnął głową i zacisnął usta, aby powstrzymać ten cholerny bananowy uśmiech, którego nijak nie mógł się dzisiaj pozbyć. Zdecydowanie podobał mu się taki obrót dnia. Ze złego początku na cudowną teraźniejszość, z której nie wyjdzie do samego rana. I nie wypuści rzecz jasna Vinciego. - Z tym otwieraniem oczu polemizowałbym. Zabrałeś mi możliwość podziwiania widoków. - bąknął tonem dotkniętego do żywego, choć nie był jakoś szczególnie zły, skoro wiedział, że sobie odbije tę przymusową ciemność. Popatrzył na niego kątem oka i potrząsnął znów głową. Knebel, związane oczy, pewnie i ręce, podduszanie... czyżby z ciepłego Vinciego wychodził mały diabełek? Finnu przymrużył oczy, choć nie mógł w pełni widzieć wyrazy twarzy Marlowa. Poznawał co rusz jego kolejną odsłonę i każda go intrygowała. Czy to się kiedyś skończy? Chyba nigdy.
- Z chęcią ci przypomnę czemu za mną szalejesz, ale najpierw spróbujmy skupić się na moich pytaniach i twoich odpowiedziach. - użył głosu rozsądku, który dzisiaj i tak niewiele miał do powiedzenia. Ucieszył się wewnętrznie z wyznania. Vinci za nim szaleje. Takich słów nie słyszy się codziennie, zwłaszcza jeśli jest się Finnem Gardem, ex odludkiem. Dla Marlowa warto być bardziej otwartym. Wydobywa z człowieka to, co najlepsze... choć przypadkiem nakarmiło mu się zło, ale o tym przecież nie musi się dowiadywać.
Nie odczuwał jakoś mocno złości Vinciego, za bardzo był zaaferowany ciepłem jego dłoni naciskających na poszczególne mięśnie ciała. Może gdyby się nad tym zastanowił, pokajałby się, jakoś go udobruchał nieświadom całkowicie, że pocałunkiem go roztapia. Wady mają to do siebie, że nie zawsze są zauważane przez osoby właściwe i choć podejrzewał, że podpadł Vinciemu, nie potraktował tego tak poważnie jak powinien. Szczęście przesłaniało mu logiczne myślenie i łączenie faktów.
Musiał zasłonić usta wierzchem dłoni, by stłumić jęk gdy Vinci niby to przypadkiem zaczął się wiercić mu na pośladkach. Czy on już kompletnie zdurniał? Rozpalał go na nowo, wywoływał w jego ciele palące iskry w ilości liczonej już w tysiącach ryzykując, że znów obaj będą płonąć żywym ogniem. Zrozumiał, że to zemsta za jego arogancję. By nie popaść w błędne koło, postanowił przyjąć te pokaranie, które miało słodko-niecierpliwy posmak. Skoro on nazywa to grzecznością, kusiło by zapytać o niegrzeczność. Powściągnął się jednak, bo inaczej nigdy nie wyjdą z Pokoju Życzeń i zaczną ich w końcu szukać. Nie miał ochoty być znajdowany. Był w niebie i nie planował się z niego ewakuować tak długo jak będzie to możliwe.
Słowa padały z jego ust z łatwością. Bezproblemowo wpatrywał się w oczy Vinciego przyjmując wzmian również jego czułe spojrzenie. Czuł jakby żyli w symbiozie. Jeden dawał drugiemu coś niezbędnego do życia, a drugi odpłacał się tym samym. Może przesadzał, ale w początkowej fazie związku emocje sięgały zenitu. Czuł się mu tak bliski i szczery, że ledwo mógł w sobie pomieścić falę nowych uczuć. Wylewał je więc z siebie, by nie pęknąć, a Vinci przyjmował to wszystko. Nie zaprzeczał, otwierał się na słowa, które płynęły z serca. Doceniał to, jak i również delikatny rumieniec na jego polikach. Znał je dobrze, a więc zauważał tę zmianę odcienia. Cieszył się z niej, bo dużo on mówił, wszak mimika Vinciego była odzwierciedleniem jego myśli. Jakże silnym uczuciem go darzył... czy to przeminie, gdy się sobą nacieszą? Czy zelżeje? Póki co nie zapowiadało się.
Przymknął powieki pod wpływem dotyku na ustach, które mimowolnie zadrżały nie tylko od muśnięcia ogniem ale i od emocji. Mimo wszystko czuł spokój, ten właściwy, charakterystyczny dla osób będących blisko kogoś ważnego. Podpatrywał na niego z czającym się w kącikach ust uśmiechem i słuchał o rodzinie Marlowów. Im więcej dowiadywał się tym mocniej odczuwał w sercu zazdrość. Nie spodziewał się jej obecności, a więc na szybko musiał ją stłumić, by nie musieć o niej teraz opowiadać. Skupiał się na głosie Vinciego, który swym brzmieniem goił wszelkie zmartwienia. - Czyli są kochani, skoro są tacy jak ty. - śmiech pełen tęsknoty przeszył go na wskroś. Vinci był rodzinny, przywiązany do osób, z którymi się wychował. To również sobie zanotował w myślach. Pamiętać. Rozumieć. Szanować. Respektować. Uśmiechnął się na opis dwóch braci. Zazdrość jeszcze mocniej przedzierała się do jego świadomości chcąc nieść szkody i domagać się pierwszej uwagi. Powstrzymał ją. Nadał swemu głosowi łagodności. Do tego potrzebował swojej kontroli i właśnie ją stosował. - Brat niedźwiedź i brat wariat. Jesteś ich mieszanką? - zagaił, próbując sobie wyobrazić misiowatego, groźnego i wrażliwego mężczyznę oraz narwanego chłoptasia z nadmiarem energii. - Jak wy funkcjonujecie przy takich odmiennych charakterach? Często się kłócicie? - zamrugał i zaciekawiony przyjrzał się leżącemu Vinciemu. Im bardziej mu się przyglądał i umieszczał go w obrazie tuż obok wielkiego Naeviusa i chuderlawego (bo tak sobie go wyobrażał) Rufusa, tym odnosił wrażenie, że Vinci dopełniał ich i tworzyli całość. Tylko Sini była jakby... najspokojniejsza, ale to chyba urok dziewcząt. - Mój Vinci bije się ze swoim bratem? Hm... to ta włoska krew. Czy dobrze myślę, że jest u was dosyć głośno? - zapytał w tym samym momencie, kiedy splótł ich palce. Nie miał nic przeciwko temu, w sumie właśnie też o tym samym pomyślał. Finn naprawdę interesował się tym, co Vinci do niego mówi. Słuchał, słyszał, rozumiał, wyobrażał sobie, uśmiechał się. Wizja głowy rodziny Marlowów u boku energicznej temperamentnej kobieciny... to wszystko budziło w Finnie dziwne uczucia. To jak żywy, spontaniczny świat, gdzie każdy mówił co myślał. Miał szansę ich wszystkich poznać i niestety obawiał się, że będzie bardzo, ale to bardzo od nich odstawał i mógłby nie złapać z nimi dobrego kontaktu, a wszak będzie mu na tym zależeć. Skoro to rodzina Vinciego... Zmarszczył brwi na wieści o tym, że zostanie przedstawiony matce jako jego chłopak. Wyjawienie. Stanięcie z prawdą twarzą w twarz. Prawda, która nie zostałaby przyjęta dobrze przez rodzinę Finna, ale mowa tu o ciepłokrwistych Marlowach... Zignorował swój chwilowy niepokój. Śmiech Vinciego zasługiwał na prawo do brzmienia. Później będzie się tym stresować i martwić, nie dzisiaj, nie teraz. Musnął kciukiem jego dłoń, przysunął do swoich ust, ucałował czule i delikatnie kłykcie. - Przecież ty kipisz miłością. - zauważył odważnie czując, że musi w jakiś sposób zaprotestować na "spisanie na straty".
Zazdrość schodziła na dalszy plan, już go tak nie zżerała. Skupił się na słowach, uśmiechał przy każdej informacji. Rozejrzał się po łące i zrozumiał już skąd się wzięła. Zapragnął, by mogli usłyszeć cykanie świerszczy, bowiem Vinci lubił ten dźwięk. I oczywiście Pokój go nie zawiódł. Nieśmiało, stopniowo narastał śpiew owadów, choć nie utrudniał w żaden sposób prowadzenie rozmowy. Finn nie oczekiwał, że Vinci od razu je usłyszy. Niech się zaskoczy, gdy umilkną, a póki co potrzebował słuchać jego głosu. - Podglądasz mnie jak gram? - zapytał z zaciekawieniem i posłał mu cieplutki, kojący uśmiech. Lubił czekoladę. Pasowało to do niego. Zabierze zatem ojcu z szafeczki tę ze Szwecji i wręczy Vinciemu. Niech spróbuje, jest dobra, z orzechami. Podobno - bowiem Finn jej nie próbował, ale mógłby się na to zdobyć, jeśli zostanie o to przez niego poproszony. Zrozumiał, że Vinci zwraca uwagę na szczegóły. To nieczęste w dwudziestym pierwszym wieku koncentrować się na detalach, na które większość ludzi nie zwraca uwagi. Wyprostował rękę o którą się opierał, opadł na miękki materac po drodze zabierając poduszkę, na której leżał dotychczas Vinci. Umiejscowił ją sobie pod potylicą. Miał co prawda do wyboru jakieś trzydzieści innych lecz jakoś do tej jednej nabrał sentymentu. Gdy usadowił się na nim, co przyjął z szerszym uśmiechem, sięgnął znów po rąbek koca i zakrył Vinciego do pasa. Ogrzewał go z jednej strony, ale wolałby i z drugiej było mu miło i ciepło. Ciężar jego ciała był cudowny, wyjątkowy, intymny. Rozgrzewał się nim, resztki kropelek wody rozpuściły się pod wpływem temperatury ich złączonych ciał. Zaczerpnął głęboko powietrza, by wtłoczyć do płuc tlen, zabarwiony zapachem poziomek, potu, wody, trawy i miękkiej pościeli. Czuł się spokojny i szczęśliwy. Cieszył oczy jego widokiem, oplótł go w pasie całymi ramionami tym samym go do siebie przytulając. Zgiął nogę w kolanie, by było mu wygodniej, by nie musiał się już w ogóle ruszać, tylko trzymać go na sobie i tak patrzeć w brązową toń bez końca. Uśmiechnął się szerzej, bo obaj patrzyli na siebie z takim samym zachwytem. Co prawda Finn nie miał bladego pojęcia co Vinciego mogłoby w nim zachwycać - wszak jeden z nich musiał trochę w siebie wątpić i niezaprzeczalnie tą dziedziną zajmował się pan Gard - ale nie zamierzał się teraz dowiadywać. Chciał wiedzieć więcej o Vincim. Zapisał sobie w pamięci częstsze wkuwanie na eliksiry w jego towarzystwie. Niby nic, ale może go tym wesprze? Nie rozmyślał więcej nad tym, bowiem dostrzegł niefajną, nieładną zmarszczkę między jego brwiami. Chciał ją wygładzić palcami i zniszczyć. Czemu się pojawiła? Momentalnie, odruchowo i naturalnie położył dłoń na jego policzku, pogładził go z pewną siłą. Nie ponaglał. Cokolwiek chciał powiedzieć, Finn to przyjmie. Skoro Vinci zaakceptował zło, to Finn był pewien, że jest w stanie zrewanżować się zaakceptowaniem wszystkiego, co zostanie mu podane. Mimo zachowanego spokoju, jego blade brwi powędrowały ku górze. Czystokrwisty ród? Ten najbardziej z czystych, nieruszonych związkami z mugolakami i mugolami? Aż mowę mu odjęło i dobrze, że nie musiał się od razu odzywać. To mu się nie zgadzało, chciał pytać, dociekać, ale ugryzł się w język pozwalając mu skończyć. Jego matka jest charłaczką. Zna magiczny świat... tego się nie spodziewał, po jego twarzy przemknął szok lecz szybko minął zastąpiony cichym zrozumieniem. Przesunął kciuk na jego usta, zbadał ich fakturę, jakby już jej wystarczająco nie poznał.
- To część twojej rodziny, nic dziwnego, że chcesz ich poznać. Mamy już dwudziesty pierwszy wiek, mentalność się zmienia. Myślę, że powinni móc chcieć cię poznać. - zamyślił się na chwilę. - Nigdy nie lubiłem tej surowości czystokrwistych czarodziejów. Jak można wydziedziczyć członka rodziny? Czy to będzie na miejscu, jeśli powiem, że przykro mi z powodu tego, co zrobili twojej matce i pośrednio tobie i twojej rodzinie? - zapytał cicho i szczerze, bowiem nie był pewien jak powinien zareagować. Wyobrażenie matki Vinciego nabrało innego kształtu, wyraźniejszego, pełniejszego. Energiczna kobieta wyrzucona przez własną rodzinę jeszcze w okresie nastoletnim... w głowie mu się nie mieściło jak można sobie poradzić bez wsparcia rodziny. Przesunął drugą dłoń z jego tułowia, zakrył palcami jego nadgarstek i go ścisnął. - Nie ma czego się wstydzić, Vinci. Chcesz poznać drugą część rodziny. Sposób w jaki mówisz o rodzicach podpowiada mi jak bardzo cię kochają, a więc zrozumieją cię i myślę, że przyznają ci rację. - przesunął dłoń z jego nadgarstka ku palcom, ogrzał je uściskiem. Zbyt dobrze go rozumiał. Aż zabolało go coś w piersiach, gdy zdał sobie sprawę jak bardzo i jak mocno rozumie co Vinci musi czuć. Niezidentyfikowana tęsknota, ciekawość, potrzeba poznania swoich korzeni... Przełknął ślinę, aby zapanować nad niepożądaną emocją - cichą rozpaczą.
- Ach tak, to pewnie przez tego memortka lubisz niebieski. - z przyjemnością wrócił do rzeczywistości. Uśmiechnął się półgębkiem a po chwili zaśmiał. Niepożądana emocja poszła precz. - Musisz mnie z nim poznać. - nie mógł się oprzeć. Oplótł jego skronie swoimi dłońmi, uwięził jego głowę między nimi. - Ja się mu wcale nie dziwię, że ci uległ. Jesteś uparty, sięgasz po to, co sobie zażyczysz no i najprościej mówiąc, jesteś cudowny. Sam bym się w tobie zakochał, jakbym był tym muzykiem. - jego ciało zatrzęsło się od głębokiego cichego śmiechu, który wydostał się z jego płuc. Przysunął go do siebie, by sięgnąć do ust, którymi się nie znudził do tej pory. Smakowały za każdym razem orzeźwiająco, nęciły go, szczególnie, gdy wychodziły chętnie naprzeciw tysiąca pocałunków. Scałował je szczodrze i nieśpiesznie. - Mów więcej. Jaki byłeś zanim pojawiłeś się w Hogwarcie? Od kiedy grasz na perkusji? W jaki sposób otrzymałeś Tosta? O czym marzysz w kwestii materialnej i całkowicie próżnej? Czemu akurat uzdrowicielstwo? - obrzucił go pytaniami i wpatrywał się w jego twarz między swoimi bladymi dłońmi. Odcienie ich skór ze sobą kontrastowały i mu się to podobało, choć jednocześnie zapragnął zlać się z nim w jedną i spójną całość. Pogładził go obiema dłońmi od skroni aż po linię żuchwy i uczył się go na pamięć dotykiem.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Vinícius Marlow

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Hrabstwo Somerset, Anglia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 384
Dodatkowo : Prefekt fabularny
  Liczba postów : 222
http://www.czarodzieje.org/t16781-vinicius-oliver-marlow-budowa#466597
http://www.czarodzieje.org/t16785-vini-da-vinci?nid=2#466756
http://www.czarodzieje.org/t16786-vini-da-vinci#466765
http://www.czarodzieje.org/t16784-vinicius-marlow




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Nie Sty 06 2019, 00:20

Spojrzał na niego z rozbawieniem. Czy był mieszanką Naeva i Rufiego? Zagryzł wargę, zastanawiając się nad tym przez moment. Było to śmieszne, ale przede wszystkim wyjątkowo trafne porównanie. Delikatnie wzruszył ramionami.
Może trochę tak jest... chyba jestem każdym po trochu. – uśmiechnął się do własnych myśli. Rzeczywiście tak było. Miał w sobie wrażliwość najstarszego brata, energię drugiego, ciepło, ale i włoską krew po mamie. Niepoprawną swobodę bycia oraz wieczny luz odziedziczył po ojcu, z Sini zaś łączyła go magia, coś niezwykle ważnego w życiu obojga. – A może wszyscy składamy się z tych samych cech wymieszanych w różnych proporcjach? Wszyscy jesteśmy inni, ale z drugiej strony dokładnie tacy sami... i tak, kłócimy się non stop. To chyba właśnie dlatego. – wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Nie pamiętał ani jednego posiłku zjedzonego w spokoju, ani jednego letniego biwaku bez bójki, ani jednego poranka bez wzajemnego oskarżania się o podkradanie bielizny. I choć można by pomyśleć, że to strasznie niezdrowe, było zupełnie odwrotnie – taki był właśnie ich sposób bycia, a wieczne sprzeczki wynikały z miłości i bliskiej więzi. Bawiła go zaskoczona mina Finna, który najwyraźniej próbował poukładać sobie w głowie natłok chaotycznych informacji. Roześmiał się, po raz kolejny tego wieczora i pokiwał energicznie głową.
Czasem aż boli głowa. Może i mamy w sobie tylko pół włoskiej krwi, ale nie myśl sobie, że wydzieramy się o połowę ciszej niż prawdziwi Włosi. Jest też dość ciasno bo nasz dom nie jest zbyt duży, no i zdarza się, że tata zagraca go płótnami. Może i nie jestem za przemocą, ale moi bracia to... no wiesz, moi bracia. Od zawsze szarpaliśmy się o każdą głupotę, a teraz to już chyba czysta rozrywka i okazywanie sobie uczuć. Tylko nie mów im tego kiedy już ich poznasz, nie mogą się o tym dowiedzieć! – „pogroził” mu palcem wolnej ręki i odgarnął z twarzy wilgotnawy kosmyk. Grube, długie pukle potrzebowały dużo czasu by wyschnąć w pełni. Wpatrzył się w niego, próbując wyczytać z jego twarzy co też pomyślał sobie o jego rodzinie. Czy wystraszył go tym bałaganem? Może powinien go na to przygotowywać? Wszak jego opowieści były zaledwie namiastką, maleńką częścią rzeczywistości. Bez problemu odnajdywał się w tym świecie, ale Finn... może będzie czuł się niekomfortowo? Jak otoczony przez bandę dzikusów? Szybko odgonił od siebie tę myśl nim stała się dręcząca i niewygodna. Nie, nie byli dzikusami, byli po prostu ekspresyjni... a Finn przez większość czasu się uśmiechał. Wyciągnął w jego stronę dłoń i przesunął palcem po zmarszczce jaka powstała między jasnymi brwiami. Ciemne również nieco zbliżyły się do siebie. Pozwolił mu ucałować swoją dłoń.
Co jest, Tesoro? Mogę Cię nazywać swoim chłopakiem? Partnerem? ...Kochankiem? Wybierz, dostosuję się do tego. Chyba że... – obrzucił go badawczym spojrzeniem, jakby do końca nie dowierzał. – Chyba że nie chcesz żebym mówił swojej rodzinie o... nas? Bo chyba nie martwisz się, że tego nie zaakceptują, prawda? – ułożył kilka jasnych kosmyków, które pozostawały w niecodziennym dla niego nieładzie i pogładził jego policzek. – Rodzice od małego powtarzali mi, że miłość nie patrzy na nic... na wiek, na wygląd, na... płeć. I zawsze jest tak samo piękna. Pokochają Cię, bo kochają mnie. A poza tym jesteś wspaniały. – nachylił się nad nim i ucałował go w czoło, na dłuższy moment przylegając wargami do ciepłej skóry i chłonąc jej zapach. Już on mu wybije z głowy głupie wątpliwości, przemówi mu do rozsądku. Gdyby wszyscy patrzyli na miłość tak jak jego rodzina, życie byłoby łatwiejsze. Viní nie potrafił pojąć tego, że ktoś mógłby przykładać wagę do cudzych uczuć skierowanych do innej osoby. Był świadom, że świat pełen był nietolerancji, a jednocześnie nie mieściło mu się to w głowie. To dlatego gdyby nie podejście Finna, nie wahałby się przed publicznym okazywaniem mu uczuć. Być może nieświadomie prosił się o porządną lekcję życia? Może potrzebował porządnego kopniaka by zrozumieć, że rzeczywistość nie jest tak piękna, barwna i prosta, jak zwykł ją widzieć? A może uda mu bez żadnych konsekwencji postrzegać ją dokładnie w taki sposób i przejść przez życie, nie zdejmując różowych okularów?
Zachichotał. Powinno zrobić mu się wstyd, ale ten jakoś nie chciał się w nim pojawić.
Oczywiście, że Cię podglądam. Ty chyba nie jesteś świadomy jak często Cię obserwowałem kiedy nie widziałeś. Zawsze miałeś w sobie coś interesującego, ale kiedy grasz... nie potrafię ująć tego słowami. Może powinienem zrobić Ci kiedyś zdjęcie żebyś przekonał się na własne oczy? – uśmiechnął się do niego z rozmarzeniem. Przyznanie się, że od lat skrycie mu się przygląda nie było może najprzyjemniejsze, lecz wydało mu się sprawiedliwe – skoro od dawna był jego małym „stalkerem”, Finn miał prawo o tym wiedzieć. Kiedy przykrył go kocem, odsupłał mokry ręcznik, który stanowił niepotrzebną, zbyt grubą i niekomfortową warstwę, i wyrzucił go poza obszar łóżka. Miał ochotę zrobić to samo z ręcznikiem Finna, lecz powstrzymał się, nie chcąc egoistycznie odzierać go z resztek intymności. Pozwolił się objąć i na moment przymknął powieki, ciesząc się tym momentem, chłonąc go wszystkimi zmysłami. Był mu wdzięczny za to, że po prostu pozwolił mu mówić i jedynie wspierał czułymi gestami, które w istocie były mu bardzo pomocne. Łatwiej było mu opowiadać o nieprzyjemnych sprawach kiedy miał go u swojego boku... ba, pod sobą. Jego ciepło dodawało mu odwagi i szybko rozganiało ponure myśli. Widział zdumienie na jego twarzy i gdyby temat, który poruszył nie był dla niego tak ważny, pewnie roześmiałby się w głos, rozbawiony jego reakcją. Trudno było mu się dziwić – przez tyle lat wiedział o tym, że wychował się wśród mugoli, a on nagle oznajmiał mu, że w jego żyłach płynie pięćdziesiąt procent nie tylko włoskiej, ale i magicznej krwi. Skinął głową, potwierdzając, że jak najbardziej jest to na miejscu. Cieszył się na te słowa... w ogóle cieszył się, że zdradził komuś tę tajemnicę. W domu nie poruszano zbyt często tego tematu, a w Hogwarcie nie przyznał się nikomu do swojego magicznego pochodzenia. Aż do teraz.
Nigdy się do nas nie odezwali, tak przynajmniej twierdzi moja mama. Może nie wiedzą, że mają wnuki, które mają magiczną moc? Sam nie wiem czy skrzywdzili moją rodzinę, Finni. Zrobili niewybaczalną rzecz mojej mamie, ale gdyby nie zaczęła pracy w Neapolu, nigdy nie spotkałaby taty... A poza tym... – oblizał wargę, marszcząc dalej brwi, choć teraz był to efekt intensywnego myślenia. – Gdyby jakimś cudem się poznali, gdybym się urodził, ale wychował w Palermo.... nie byłbym tym samym człowiekiem gdyby wychowali mnie tacy ludzie. I mama też byłaby inna. To nie byłaby ta sama rodzina, którą znam. Powinniśmy cieszyć się z tego, że stało się tak, a nie inaczej. – odwzajemnił uścisk palców, skwitował go lekko uniesionym kącikiem ust. Nie chciał mówić mu, że gdyby powiedział mamie o swoim małym marzeniu, złamałby jej serce. Kochała go, lecz nie bez powodu nie lubiła wspominać o swojej rodzinie. Viní podświadomie czuł, że chciała uchronić i jego, i Sini przed tymi ludźmi, a wszak nie była kobietą nieufną i bojaźliwą. Z chęcią zarzucił ten temat, uciął go i przeszedł do następnego, zgoła przyjemniejszego.
Memortki to moje ulubione ptaki. – przyznał z czającym się na twarzy uśmiechem, po czym spoważniał na tyle, na ile potrafił. Wysilił się nawet na wyniosły ton – Bardzo mi przykro, lecz nie mogę tego zrobić. – wbił wzrok w jego czoło, świadom, że nie zdoła utrzymać powagi jeśli spojrzy w jego oczy. – Jest tak wyjątkowy, że gdybyś tylko go poznał, zakochałbyś się bez pamięci. A ja nie zamierzam z nikim się nim dzielić, chcę go mieć tylko dla siebie. – i on się zaśmiał, pierwszy raz od dłuższej chwili. Za długiej. Miło było móc się śmiać, jednocześnie chłonąc ciepło płynące z jego torsu i rąk, którymi objął jego twarz. Miło było móc smakować jego warg ilekroć ich smak zacierał się w jego pamięci choć odrobinę. Całował i pozwalał się całować, ciesząc się tym, że mogli robić to niespiesznie, tak długo jak tylko mieli na to ochotę. Wciąż łaknął dzikich, namiętnych pocałunków, lecz chwila rozmowy i pełnego spokoju dotyku była interesującą odskocznią od ognia, który wypełniał ich jakiś czas temu. Wciąż czuł go w sobie i wiedział, że wystarczy moment zapomnienia by rozgorzał na nowo, z pełną mocą. Roześmiał się, słysząc ten grad pytań. Zapomniał je liczyć, a miało być ich przecież równo czterdzieści siedem. Pogłaskał jedną z bladych dłoni obejmujących jego policzki, zastanawiając się nad odpowiedzią. Chwila ciszy uświadomiła mu, że wokół rozbrzmiały świerszcze, rozejrzał się z zachwytem. Słowa były zbędne, radość jaką mu tym sprawił była widoczna w każdej pojedynczej zmarszczce jaką uśmiech wydobył z jego twarzy.
Hmm, nie wiem. Chyba nie zmieniłem się za bardzo. Może byłem bardziej... włoski? Nie mamy wielu sąsiadów, a ci nieliczni chyba uznają nas za świrów. – tu zaśmiał się cicho. Opinię tamtych mugoli miał w głębokim poważaniu, jak każdy z Marlowów. – Mama uczyła nas swojego języka i kultury kiedy byliśmy mali i wszyscy zachowywaliśmy się jak rozbrykani makaroniarze. Nawet Naev. Potem poszedłem do mugolskiej szkoły i uczyłem się tam raczej średnio, większość przedmiotów to okropna nuda, szczególnie w porównaniu do Hogwartu. Ach, no i chciałem być weterynarzem, myślałem, że tak będzie aż do drugiej klasy. – wysunął się spomiędzy jego dłoni, nagle pragnąc złożyć na jego twarzy kilka pocałunków – na policzku, na czole, na czubku nosa, potem na brodzie i w kąciku ust. Muskał jego skórę, jakby musiał nasycić wargi jego ciepłem, aby móc dalej mówić. Dopiero wówczas podjął opowieść. – Znosiłem do domu ptaki ze złamanymi skrzydłami, jeże ze zwichniętymi łapkami. Tata raz znalazł sarnę zaplątaną w siatkę, nią też się zajęliśmy bo zraniła się o ostre druty. A potem dowiedziałem się o istnieniu magii leczniczej, poznałem ją trochę i doszedłem do wniosku, że w połączeniu z mugolską medycyną można pomóc nie tylko zwierzętom, ale i ludziom. Marzyłem o tym żeby magią leczyć mugoli... w sumie dalej o tym myślę, choć wiem, że Ministerstwo nie wyraziłoby na to zgody. Wiesz, że kiedy niemagiczna osoba złamie sobie rękę, musi mieć ją unieruchomioną przez co najmniej miesiąc? Dla nas to zaledwie kilka dni... Właśnie dlatego uzdrowicielstwo, Finni. Kiedyś wymyślę jak im pomóc. – minę miał zdecydowaną, pewną słów, które wypowiadał. Coś w jego oczach się zmieniło, błysnęły w zupełnie inny sposób, jakby wola walki o lepszy świat rozświetliła je od wewnątrz. Zawsze ekscytowało go snucie planów pomocy mugolom, nawet jeśli wiedział, że w dużej mierze są one nierealne. – Na perkusji gram... hmm, od trzeciej klasy. Czasem mam wrażenie, że zamek sam chciał żebym na nią wpadł. Pokłóciłem się kiedyś z Sini i, zdenerwowany, szukałem miejsca żeby posiedzieć w spokoju. Wszedłem do pierwszej lepszej sali i okazało się, że to pokój muzyczny. Chciałem się wyżyć, więc usiadłem do perkusji i, zupełnie nie wiedząc co robię, po prostu waliłem w bębny. – zaśmiał się na to wspomnienie. Choć raz niemożność zapanowania nad nerwami doprowadziła do czegoś dobrego. – I byłem zupełnie beznadziejny, ale przyniosło mi to ogromną ulgę, więc po prostu zacząłem to robić. – ucałował linię jego żuchwy, złożył dwa pocałunki na szyi, a przy trzecim przylgnął dłużej do jego skóry, zacisnął ją, tworząc malinkę – wyraźną, choć mniejszą od tej, którą sam mu zostawił. Oparł policzek o ciepły bark i przytulił się do niego z uśmiechem błąkającym się na wargach. – Tost to był przypadek, chciałem kupić szynszylę, ale on tak się na mnie spojrzał, opierając się łapkami o pręty klatki, że nie mogłem go nie wziąć. Jeśli zaś chodzi o materialne zachcianki... to zabrzmi okropnie nudno, ale chyba nie ma nic takiego. Mam wszystko czego mi potrzeba, cały mój świat trzymam w ramionach. – opuszkiem palca pogładził wystający obojczyk i wgłębienie tuż przy nim, przesunął dłoń niżej, na niewielką bliznę biegnącą wzdłuż żeber, której do tej pory jeszcze nie zbadał. Z zaciekawieniem gładził jej kształt, badał fakturę.
Uważam, że są piękne. Twoje blizny. Są wyjątkowe i piękne, zdobią twoją skórę w niezwykły sposób. – przymknął powieki, wyczulając się na zmysł dotyku. Nieprzerwanie gładził małą bliznę, ucząc się jej na pamięć. – Opowiedz mi o swojej rodzinie, Finni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Finn Gard

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : Szwed, zamieszkuje od lat Glasgow.
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 132
  Liczba postów : 154
http://www.czarodzieje.org/t16780-finan-gard-konczy-sie-tworzyc#466593
http://www.czarodzieje.org/t16788-panicz-gard#466769
http://www.czarodzieje.org/t16790-listy-do-finnu#466907
http://www.czarodzieje.org/t16783-finan-gard#466737




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Nie Sty 06 2019, 00:21

Wyobraził sobie szóstkę osób, dwoje dorosłych, troje dorastających dzieci, małe mieszkanie, stół obiadowy i każdy przemawiający podniesionym tonem, gwałtownie gestykulujący, z czerwonymi wypiekami na twarzy i rozwianą fryzurą. To było niełatwe do zwizualizowania, a więc po paru nieudanych próbach zrezygnował. Dopóki nie zobaczy tego na własne oczy, w pełni nie uwierzy, że w jednym miejscu może znajdować się tak wiele osób o temperamentnych charakterach. Przecież to natłok intensywnych emocji w jednym pomieszczeniu. Jak sobie porównał to do jego cichego domu, gdzie w skrajności ktokolwiek podnosił głos i była to oznaka najwyższego braku szacunku... musiał się przestawić, jeśli miał pojąć niezwykłość rodziny Marlowów.
Odwzajemnił krótki śmiech. - Okej, nie powiem im, że ich kochasz. Jakby co, jestem zielony i absolutnie nic nie wiem. - mimo, że zazdrość przestawała go od środka konsumować, tak znowu odczuł ją, taką szczypiącą, drażniącą. Vinci miał rodzeństwo, było u nich głośno, wesoło, energicznie. Nigdy nie był sam. Finn uznał w duchu, że poznanie rodziny Marlowów będzie zapewne nieco wstrząsające, ale zrobi wszystko, aby go polubili. Gdy Vinci rozmasował zmarszczkę, którą nieświadomie stworzył między swoimi brwiami, pojął, że został przyłapany. To, co mu chodziło po głowie zostało wychwycone przez czujność chłopaka, a następujące słowa były ku temu niezbyt komfortowym potwierdzeniem. Nie chciał o tym rozmawiać, ale skoro Vinci wyhaczył, nie miał odwrotu. Podrapał się po skroni i na chwilę spojrzał gdzieś na bok, by zebrać myśli poza zasięgiem czekoladowych oczu. Wrócił do nich po paru krótkich chwilach. - Jasne, nazwij mnie jak chcesz, choć wolałbym, by tesoro było dla nas, nie dla innych. - próbował się wyluzować, ale wystarczyło zerknąć na badawcze spojrzenie Vinciego, by zrozumieć, że to się mija z celem. - To trochę trudne, Vinci. Ufam ci, a skoro ich kochasz to w tej kwestii zaufam i im. - ostatecznie zgodził się, choć nie przyszło mu to z taką łatwością jaką by sobie wymarzył. Miał w sobie pewną blokadę i opory, choć głównie tyczy się to rodziny Gardów... mowa była jednak o Marlowach, których rodzice Finna uznaliby pewnie za wariactwo. Różnili się bardzo, zwłaszcza w pewnych poglądach dotyczących kierowania miłości w stosunku do osób tej samej płci. Wywrócił oczami, bo epitet "wspaniały" pasował tutaj do Vinciego, ale czuł, że to walka z wiatrakami. Uśmiechnął się więc delikatnie, przelotnie. Zamknął oczy, uwrażliwił się na jego usta znaczące różne miejsca swojej twarzy. Owionęło go słodkie ciepło i rozkoszny zapach, który skutecznie przegnał niepokój. Westchnął i się rozluźnił pod jego ciałem.
- Ale po co mi takie zdjęcie? - potrząsnął głową. - Ja wiem, że przez gitarę mam krzywy kręgosłup i wyglądam czasami obłąkańczo jak rozłożę w powietrzu i na podłodze trzydzieści kartek i pięć zeszytów. - dosyć brutalnie zrównał wizję siebie samego podczas gry do poziomu skrajnej surowej rzeczywistości. - Pewnie tylko ty widzisz w tym coś fajnego. Musiałbym patrzeć twoimi oczami. - stwierdził po chwili namysłu. Sama myśl, że był już wcześniej ukradkiem obserwowany wzbudzała w nim dziwne poczucie satysfakcji. Uniósł wyżej policzek mile połechtany uznawszy to za komplement. Miał cichego obserwatora, innego niż panna Fairwyn, tajemniczego i jakże niezwykłego. Mimowolnie wstrzymał oddech rejestrując ruch Vinciego, który postanowił pozbyć się zbędnego ręcznika. Ba, Finn oczekiwał, że zrobi to samo z jego własnym i się tego nie doczekał, co go zadziwiło, choć z drugiej strony wiedział, że byłoby to ciut niebezpieczne i mogliby zbyt szybko zboczyć z tematu rozmowy. Musiał zatem przypilnować swoje ciekawskie dłonie, aby nie zawędrowały w odkryte niedawno rejony, co było trochę trudne zważywszy, że miał pełną świadomość ich nagości.
- Och, mam dość tej zmarszczki. - zainstalował dłonie na jego karku, naparł na niego i sam też uniósł nieznacznie głowę, aby móc sięgnąć ustami do jego gęstych brwi. Wycałował maleńki obszar skóry, trzymał przy nich usta dopóki nie poczuł, że zmarszczka grzecznie nie zniknęła. - To już gdybanie, Vinci. Środowisko wpływa na wychowanie człowieka i nie dowiemy się nigdy jaki byś był ty lub twoja mama, gdyby nie odkryła swojego charłactwa. Pewnie dalej byłbyś pełen miłości choć czystokrwiści jak nic nie pozwoliliby ci jej tak okazywać. Niektórzy są zimni. - powiedział to tonem, jakby wiedział coś na ten temat. Temat charłactwa był dla Finna czymś... jeszcze nieokreślonym. Nie wiedział co o tym myślał aczkolwiek był pewien, że to nie wpłynie na postrzeganie Vinciego, a więc jawnie się ku temu nie odnosił. Jego jedyne doświadczenie z charłakiem nie było zbyt przyjemne, a więc zamknął to wspomnienie na cztery spusty i skupił się na tu i teraz.
Rozpłynął się tuż przy jego ustach, podarowywał mu dokładne, pełne pocałunki, leniwe, słodkie, przyjemne. Uśmiechnął się słysząc jego śmiech. Zatęsknił za nim, a więc oderwał się od jego ust, by móc się zachwycić tym dźwiękiem. Zachował minę niewiniątka, gdy rozpoznał po mimice Vinciego, że ten usłyszał cykanie świerszczy. Udawał, że nie wie o co chodzi, choć chętnie wpatrywał się w rozciągnięte szeroko usta. Tak powinno być cały czas, więc nie ma co poruszać trudnych tematów. Nie teraz, gdy mają dla siebie trochę czasu. Od razu pozbył się z umysłu zbędnych myśli, by móc w pełni skupić się na napływie informacji, które z niego tak łatwo wyciągał. Miło mieć w zanadrzu czterdzieści siedem pytań! Wykalkulował sobie, że nazwa weterynarz odpowiada stanowisku magoweta. Pokiwał głową przyjmując informacje. Przesunął palcami po jego plecach, gdy ten zajął się scałowywaniem jego bladej skóry twarzy. Postanowił i on po swojemu pomasować jego ciepłe mięśnie, do których bezproblemowo sięgał. Przycisnął dłonie do jego łopatek, wędrował sobie naciskając co rusz na niektóre rejony, a gdy wyczuwał pod palcami niewidoczny pieprzyk, zatrzymywał przy nim opuszki palców i czule łaskotał obszar wokół niego. Jakieś siedem razy musiał powstrzymać dłonie, kiedy wędrowały zbyt blisko jego bioder. Nie ma to jak dobry rozpraszacz, a więc chętnie przyjął powrót do rozmowy na wypadek, gdyby wyczerpał swoją cierpliwość. Westchnął jego oddechem zanim się oddalił. - Moje też. Przy tobie nabrały znaczenia. - mruknął odnośnie memortków, do których zapałał większym sentymentem głównie przez zachwyt Vinciego. A jednak da się lubić zwierza bądź stwora o ile nie da się z takowym nawiązać zbyt bliskiej relacji.
Obserwował sobie zmianę w jego spojrzeniu. Nabrało większego zdecydowania, zaciętości, co było kolejną odsłoną mimiki Vinciego, którą chętnie zapisał w pamięci. W chwili debatowania na temat krzywd ludzkich i zwierzęcych u Vinciego pojawiał się nowy wyraz twarzy i ten specyficzny ton, który w niektórych sytuacjach robi się niemożliwy do zignorowania. Nie wątpił nawet przez chwilę w prawdziwość jego słów, a nawet nie czuł się zaskoczony słysząc o wspomaganiu w gojeniu ran i krzywd zwierząt. To pasowało do niego. Był dobry. Troskliwy. Uparty i oddany swoim ideom. Zazdrość znowu zapukała do drzwi. - No co ty mówisz. Chodzić z ranną ręką przez miesiąc? - choć mu wierzył, tutaj musiał się upewnić. Zamrugał, przekrzywił głowę i aż się zadumał. Być skontuzjowanym przez miesiąc to przecież mordęga, jeśli chodzi o zwykłe złamanie ręki. - Mugole nie mają jakichś maści czy czegoś niemagicznego, co im to przyspieszy? Przecież to zwariować można... i w sumie rozumiem czemu wolałbyś im pomóc. Niełatwo mi sobie wyobrazić leczenie bez magii, ale wiesz, z mugolami nie mam i nie miałem nigdy do czynienia to jestem niedoinformowany. - tutaj się trochę usprawiedliwił, aby nie wyjść na ignoranta czy coś w tym stylu. Zapisał informację w pamięci. Medycyna mugoli pozostawia wiele do życzenia, zatem Vinci szuka sposobu jak ją ulepszyć bez narażania się Ministerstwu i łamaniu zasad świata magicznego. To też pasowało do Marlowa. Zgadzało się z jego cierpliwą, troskliwą, kochliwą naturą. Czemu i tego mu zazdrościł? Czemu czuł się znacznie bledszy przy nim, dowiadując się jak bardzo wartościową osobę właśnie do siebie przytula? Zapamiętał przyczynę jego pasji i oddania magomedyce. To istotna informacja, godna uszanowania.
Uśmiechnął się jednym kącikiem ust na wzmiankę o odnalezieniu perkusji. Przeznaczenie. Mruknął gardłowo z ogromną przyjemnością czując na twarzy kolejne pocałunki za którymi jego skóra zdążyła się stęsknić. Przesunął paznokciami po jego całym ramieniu nie zdając sobie póki co sprawy, że Vinci naznacza go malinką. To było zbyt miłe, aby się teraz głowić nad jej potencjalnym maskowaniem. Przytulił usta do górnej części jego czoła, pogładził go mimowolnie po wilgotnych włosach, zgarniał je na kark i swój tors. Słuchał głosu. - Czyli to prawda, że zwierzęta też potrafią wybrać sobie czarodzieja. - stwierdził niegłośno i uzupełnił sobie w myślach całokształt Vinciego. Im więcej się dowiadywał, tym jeszcze większym szacunkiem go obdarzał. - Nie no, musisz czegoś pragnąć. Mnie przecież masz, więc co jest na drugiej pozycji listy? - drążył, czując w kościach dokąd zmierza dalsza część rozmowy. Serce Finna zadudniło mocno w piersi. Nie spodziewał się, że znów zainteresuje się bliznami. Poruszył się połaskotany i poruszony słowami - opinią tak drastycznie różną od jego własnej. Komu więc powinien uwierzyć - sobie, iż blizny są po prostu szpetotą i zwracają niepotrzebnie uwagą czy jemu - że mają w sobie piękno? Sięgnął po jego dłoń, zakrył swoją, przesunął trochę niżej, na bok tułowia. Na inną bliznę, ciut grubszą.- Ta zimą pobolewa. Tylko ta. I chciałbym je traktować jak ty, ale chyba w tej kwestii jestem spaczony. - powiedział cicho, a jego głos na końcu zdradziecko zadrżał. Ułożył jedną rękę pod swoją potylicę, popatrzył na ciemne zaczarowane niebo. Rodzina. Zacisnął usta niezadowolony ze swojego zmienionego, odrobinę płytszego oddechu. - Vinci. - szepnął, palcami zahaczył o jego żuchwę, nawiązał kontakt wzrokowy z mleczno brązową tonią. - Zapomniałeś o moim ręczniku. - wytknął posyłając mu znaczące spojrzenie i nieudolnie próbował powstrzymać uśmieszek na ustach. Zdawał sobie sprawę, że gra na zwłokę. Zaczerpnął powietrza do płuc, wyswobodził obie dłonie. Jedną sięgnął do jego kolana, zgiął je i przysunął go nieznacznie wyżej ku sobie. Tam bez pytania chwycił jego usta w swoje, pocałował je z namiętnością, żarem, który bez najmniejszego problemu zaczął się znów w nim rozgrzewać. Wystarczyło zwrócić uwagę co się działo między ich przytuloną do siebie skórą, pokryła się gęsią skórką, mrowiła w każdym połączonym miejscu. Zamknął oczy, naparł na jego usta, rozchylał je swoimi i uniemożliwiał mu mówienie. Przesunął dłonią po jego udzie, celowo, nie przypadkiem. Gładził je, sprawdzał czy nie wyczuje pod palcami jakiegoś pieprzyka, masował całą długość jego uda. Drugą ręką rozplątał jego wilgotne włosy, przeczesał je palcami, zakrył dłonią kark i wycierał z niego kropelki wody sączące się z kosmyków. - Jeszcze mam czterdzieści pytań. - mruknął niewyraźnie w chwili, gdy łapał oddech, aby móc po chwili wznowić niespieszne i czułe scałowywanie ust. Nie wiedział czemu trochę tchórzył i odwlekał w czasie wspominanie o swojej rodzinie. Wydawała się bezbarwna przy przepięknym obrazie Marlowów, choć kochał swoich rodziców całym sercem. Nie byli szaleni, raczej surowi. I nie biologiczni. Powędrował ustami po całej szerokości jego policzka, naznaczał go dotykiem wilgotnego koniuszka języka, zatrzymał się przy skroni i tam cicho jęknął. To bez sensu, chciał mówić i się otworzyć, a więc czas pokonać kolejny hamulec. Wypuścił powietrze z płuc, westchnął. - Chciałbym opowiedzieć wesołą historyjkę na temat mojego pochodzenia, ale nie mogę. - przyznał, szukając jego wzroku. Przytulił go do siebie ciaśniej, jakby szukając wsparcia. - Zostałem adoptowany, Vinci. - serce zabiło mocniej a jednocześnie odczuło ulgę. - To już dyskwalifikuje wesołość, a wolę cię całować niż patrzeć na twoje smutne oczy jak dowiesz się jaki miałem niefajny początek życia. - rzucał wszystkie karty na stół, zamiast się stresować i zastanawiać czy jest sens psuć uśmiech Vinciego na rzecz garści niekoniecznie przyjemnych informacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Vinícius Marlow

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Hrabstwo Somerset, Anglia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 384
Dodatkowo : Prefekt fabularny
  Liczba postów : 222
http://www.czarodzieje.org/t16781-vinicius-oliver-marlow-budowa#466597
http://www.czarodzieje.org/t16785-vini-da-vinci?nid=2#466756
http://www.czarodzieje.org/t16786-vini-da-vinci#466765
http://www.czarodzieje.org/t16784-vinicius-marlow




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Nie Sty 06 2019, 00:22

Rozumiał, że wyjawienie komukolwiek uczucia jakie w nich zapłonęło nie było dla niego łatwe ani przyjemne. Zgodził się na to, przystał na ten warunek i zamierzał za wszelką cenę dotrzymać danego mu słowa, tu jednak chodziło o coś dla niego najważniejszego – o rodzinę. Najbliższe osoby, które znały go na wylot; które kochał całym sercem. Nie mógłby zataić przed nimi tak ważnej części swojego życia, zresztą i tak sami domyśliliby się prawdy. Marlowowie mieli silnie rozwiniętą inteligencję emocjonalną i większość z nich cechowała się empatią.
Gdyby mógł spojrzeć jego oczami na świat, lecz przede wszystkim na samego siebie, może w końcu zrozumiałby za jak piękną osobę go uważa. Uśmiechnął się krzywo, lecz nie próbował zapewniać go, że to właśnie krzywy kręgosłup i obłąkańcza mina sprawiły, że zwrócił na niego szczególną uwagę. I tak by mu nie uwierzył. To pasja i skrytość tak go do niego ciągnęły; był nieoczywistą zagadką czekającą na to, by ktoś ją w końcu rozwiązał. Był coraz bliżej, już prawie mu się udało, a im więcej o nim wiedział, tym mocniej się nim fascynował. Finn potrafił zaskoczyć, zwłaszcza, że na co dzień był tak powściągliwy. Parsknął cichym śmiechem kiedy wycałował zmarszczkę – ta szybko się wygładziła, stopniała pod wpływem ciepłych pocałunków. Westchnął, rozbawiony tym z jaką łatwością przychodziło Finnowi poprawianie mu humoru i zamruczał pod wpływem delikatnego, zupełnie niespodziewanego i cholernie przyjemnego masażu. Zmiękł w jego ramionach, opadł na niego, pozwalając mu głaskać coraz mocniej rozgrzewającą się skórę. Jego dłonie sprawiały mu tyle przyjemności, że najchętniej nie przerywałby tej chwili słowami, miast tego dając wybrzmieć dotykowi. Obiecał mu jednak, więc podjął swoją opowieść.
Miesiąc to minimum... taka kość musi zrosnąć się sama, nie robi tego odpowiedni eliksir czy zaklęcie. Ale złamania nie zdarzają się aż tak często, pomyśl o zwykłym skaleczeniu – gdybyś nie miał magicznej mocy, nie mógłbyś tak bezmyślnie podchodzić do stanu twoich palców. Nie naprawiłbym ci ich zaklęciem, musiałbyś poczekać aż same zagoją się pod plastrami. – spodziewał się, że Finn nie będzie w stanie pojąć jak możliwe jest funkcjonowanie w takim świecie. On sam, im dłużej przebywał w czarodziejskim świecie, tym częściej łapał się na tym, że nie potrafił poradzić sobie bez magii. Miał nadzieję, że wspomnienie o długości czasu gojenia poranionych strunami palców pozwoli mu zrozumieć wagę problemu.
Jego ramiona naznaczyła gęsia skórka, westchnął wprost w jego szyję. Choć udawało im się kontynuować spokojną rozmowę, czuł, że Finn, świadomie lub też nie, rozpala go coraz mocniej. A może po prostu stęsknił się za tym konkretnym rodzajem bliskości jaki dziś odkryli? Słonawy smak szyi na nowo pobudzał wyobraźnię, namawiał serce do szybszego pompowania krwi. Przytulony do jego skóry, słyszał niespokojne dudnienie w jego piersi.
Sam nie wiem, Finn. Może magiczny zegarek? To chyba czarodziejska tradycja na siedemnaste urodziny? Nie wiedziałem, że taka istnieje dopóki po wakacjach nie okazało się, że wszyscy taki dostali. Było mi trochę przykro, chociaż nie winię za to rodziców, nie mieli pojęcia, że tak się robi. – uśmiechnął się, gdy drgnął pod wpływem jego palców. Mógł domyśleć się, że głaszcząc go w tym miejscu, wywoła łaskotki, a mimo wszystko to rozbawiło go to. Pozwolił mu pokierować swoją dłonią – W takim razie będę dbał o to żeby już nie bolała, choćbym miał grzać ją swoimi dłońmi aż do kwietnia. – palcem wskazującym przesunął po całej długości zgrubienia, a potem, już delikatniej, badał same jej brzegi, starając się nie wzdychać przy tym z zachwytu. – To chyba ja jestem spaczony, bo szalenie mnie podniecają. – przysunął głowę bliżej blizny na mostku i ucałował ją kilkakrotnie, a kiedy pod naporem jego palców spojrzał w jego oczy, brąz zapłonął na nowo. Jedno spojrzenie sprawiło, że na kilka sekund zapomniał o całym świecie, nie zdołał zaprotestować (choć nawet mogąc zebrać myśli, nie odważyłby się na tak drastyczny krok).

Część sesji odbywa się prywatnie


Jakie to uczucie – trzymać w objęciach cały swój świat?
Dotyk ciepłej skóry, który czuł pod policzkiem był tak realistyczny, jak jeszcze nigdy dotąd; słyszał miarowe bicie serca, powoli uświadamiał sobie obecność cichego, spokojnego oddechu. Czuł ten zapach, który prześladował go od momentu, w którym poczuł go po raz pierwszy - niepowtarzalna, słodko-ostra woń, niepowtarzalna mieszanka zapachów które przywoływały na twarz Viníego uśmiech. Nawet splecione ze sobą nogi… wszystko to składało się na sen tak zbliżony do realnych odczuć, że nie miał najmniejszej ochoty by się budzić. Uparcie leżał z zamkniętymi oczami, starając się chłonąć go jak najintensywniej – tak na zapas. Ten dziwny stan zawieszenia, sennego otępienia, utrzymywał się jeszcze przez kilka chwil… kilka długich chwil, które zdążyły minąć nim dotarło do niego, że wcale nie śni.
Naprawdę leżał tuż przy Finnie, ba, znacznie bliżej, aniżeli tylko “przy”; wtulał się w jego miękką, zupełnie nagą skórę, a policzek opierał o ciepłą pierś, z której zrobił sobie poduszkę. Nie potrafiąc w pełni uwierzyć, że się nie myli, wyciągnął rękę spod koca i przesunął nią po finnowym ramieniu. Było gładkie i tak cholernie rzeczywiste, że od razu nieświadomie uniósł kąciki ust. Wyczuwając pod palcami chłód, naciągnął na nie koc i dopiero wówczas otworzył oczy. Powitała go zdobiąca mostek blizna, na widok której uśmiechnął się szerzej; przybliżył do niej dłoń i opuszkami palców delikatnie pogładził jej nierówną fakturę. Spał? Jeśli tak, czy obudzi go, gdy uniesie głowę?
Jakie to uczucie – trzymać w objęciach cały swój świat?
Bezkresna radość z nutką niedowierzania...
że tak mu się poszczęściło...
mimo że tracił już nadzieję...
trzymał w ramionach cały swój świat; cały jego świat trzymał go przy sobie, przyciskał do siebie ciężarem ręki.
Oddychał w rytm jego oddechu – miarowo i spokojnie, i przez dłuższą chwilę leżał w zupełnym bezruchu, bojąc się, że mógłby go zbudzić. Chciał nacieszyć się tą chwilą, najmocniej jak się da rozciągnąć ją w czasie, zagarnąć ją tylko dla siebie; zapamiętać. Mógł sobie pozwolić na taki egoizm, wszak nigdy więcej nie obudzi się przy nim po raz pierwszy.
W końcu ciekawość wygrała z cierpliwością, ostrożnie poruszył się w jego objęciach, podniósł głowę, przesunął się wyżej i podparł na łokciu, by móc spojrzeć z góry na jego uśpione oblicze. Wygodnie wsparł głowę na dłoni, wsunął palce między loki i chwytał wzrokiem każdy element jego twarzy ogarniętej głębokim, niezmąconym niczym spokojem. Przyglądał się delikatnie rozchylonym, pobladłym wargom, kształtowi nosa, wyraźnej linii szczęki; uważnie zbadał długość i gęstość jasnych rzęs, i skomplikowane ścieżki cienkich żyłek nieśmiało znaczących skronie. Patrzył nań i nie potrafił się nadziwić, że należy do niego – że należą do siebie nawzajem.
Zatęsknił za błękitem ukrytym przed ciekawskim brązem, za uśmiechem unoszącym kąciki ust i za ciemniejszą, kuszącą barwą warg. Nie potrafił zbyt długo leżeć przy nim bezczynnie, nacieszył się już jego widokiem i pragnął więcej, aniżeli samego spokoju wymalowanego na twarzy. Nachylił się więc nad nim, przytrzymując włosy, by nie załaskotały go w nos i z najwyższą delikatnością ucałował go na wysokości kości policzkowej
potem jeszcze raz
i znowu
aż dotarł do końca i zniżył się do jego ucha.
Dzień dobry, Tesoro. – szepnął, owiewając je ciepłym oddechem. Odsunął się od niego na tyle, by znów móc swobodnie mu się przyglądać. Z błąkającym się na ustach uśmiechem odgarnął z jego czoła kosmyk włosów, który odłączył się od reszty, a w drodze powrotnej musnął palcami gładki policzek. Na usta cisnęły mu się dziesiątki słów, ale milczał, dając mu czas aby się rozbudził.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Finn Gard

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : Szwed, zamieszkuje od lat Glasgow.
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 132
  Liczba postów : 154
http://www.czarodzieje.org/t16780-finan-gard-konczy-sie-tworzyc#466593
http://www.czarodzieje.org/t16788-panicz-gard#466769
http://www.czarodzieje.org/t16790-listy-do-finnu#466907
http://www.czarodzieje.org/t16783-finan-gard#466737




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Nie Sty 06 2019, 00:40

Finn miał sen. Nawet kilka, złożonych, niezrozumiałych, zaplątanych i całkowicie nieskładnych. Nie umiałby powiedzieć co się działo w jego głowie poza jednym - w każdej cząsteczce śnionych obrazów przewijały się intensywnie wesołe, brązowe oczy. Zupełnie jakby stały się strażnikami i dbały, by żadna, nawet najmniejsza niekomfortowa myśl nie zmarszczyła jego czoła ani nie zakłóciła snu. Do jego świadomości dotarł najpierw gorący oddech tuż przy uchu, został nim przyjemnie zbudzony. Zaczerpnął głęboko powietrza i przytulił drugi policzek na kraniec poduszki. Poruszył dłonią i odkrył nagle, że trzymał ją opartą o czyjeś przedramię, a wystarczyło przesunąć po nim palcami, by zrozumiał, że Vinci wciąż przy nim jest. Leniwie otworzył oczy, przymrużył je na kilka sekund, przyzwyczajając je do jasności dnia i utkwił wzrok na najcudowniejszym widoku tego poranka. Od razu, bez chwili zwłoki, kącik ust Finna powędrował ochoczo ku górze.
- Dzień dobry. - odpowiedział nieco schrypniętym głosem. Wyswobodził drugą dłoń spod koca i ulokował ją na policzku Vinciego, pogładził kciukiem oliwkową skórę i popatrzył nań wzrokiem, z którego sączyło się niczym niezmącony spokój i ciepło. Napawał się jego widokiem i czułym dotykiem, chowając to wspomnienie głęboko w sercu. Będzie sobie go strzegł i wracał do niego w trudniejszych chwilach. Drugą dłonią potarł powieki, aby się dobudzić, a po chwili wcisnął ją pod potylicę. Przesunął kciukiem po jego dolnej wardze, ledwie ją musnął, przyjrzał się jej z błyskiem zachwytu w oczach.
- Jeszcze rok temu bym nie uwierzył, że możesz mi się przytrafić. - choć czuł potrzebę rozciągnięcia wszystkich mięśni, powstrzymał się, bo wtedy musiałby wyplątać się spod kończyn Vinciego, a to była straszna myśl. Próbował ukraść jeszcze parę chwil słodkiego lenistwa. - Farciarz ze mnie. - stwierdził i nie hamował się, po prostu się uśmiechnął, w pełni, każdą zmarszczką, każdym skrawkiem skóry na twarzy. Czuł niewyobrażalną ulgę i radość - taką prawdziwą, pierwotną. W jego klatce piersiowej rozlewało się rozkoszne ciepło, był zachwycony, usatysfakcjonowany, katastrofalnie rozpieszczony i rozleniwiony. Nie pamiętał, że czymkolwiek się martwił; wszystkie problemy stały się nikłe, wyblakłe, nudne, niewiele znaczące. A wystarczył ku temu jeden Vinci. Z ciekawości zajrzał ponownie do jego oczu - czy dalej są takie szczęśliwe? Niełatwo było mu wierzyć, że się do tego przyczynił. Zabrał dłoń z jego polika ale tylko po to, by wplątać ją w odsunięte na kark włosy. Przesunął palcami po całej ich długości, a na ustach non stop widniał (nie)zwyczajnie szczęśliwy uśmiech. - Jak tam twój poranek? - zapytał wpatrując się w jego oblicze znacząco, łasy na każde piękne słowo mogące paść spomiędzy jego ust. Obudził się w nim głód wiedzy (i żołądka też, co grzecznie zignorował), a więc od razu padło pytanie.
- Jeszcze raz, Vinci. Ja będę udawać, że śpię, a ty mnie obudzisz. - zaproponował i nim chłopak postanowił użyć rozsądku, by ich obu wykurzyć z łóżka, zamknął powieki i udał, że jest pogrążony we śnie. Niełatwo było utrzymać brak uśmiechu na wodzy, kiedy chciał się cieszyć i zachwycać z szeroko otwartymi oczami. - Jakby co... śpię. - mruknął niewyraźnie i ułożył wygodniej głowę na swojej ręce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Vinícius Marlow

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Hrabstwo Somerset, Anglia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 384
Dodatkowo : Prefekt fabularny
  Liczba postów : 222
http://www.czarodzieje.org/t16781-vinicius-oliver-marlow-budowa#466597
http://www.czarodzieje.org/t16785-vini-da-vinci?nid=2#466756
http://www.czarodzieje.org/t16786-vini-da-vinci#466765
http://www.czarodzieje.org/t16784-vinicius-marlow




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Nie Sty 06 2019, 00:41

Obserwowanie jak wybudza się powoli z głębokiego snu, jak pod wpływem jego dotyku wraca do rzeczywistości, było niezwykle satysfakcjonujące. Powstrzymywał się by nie porwać go w objęcia, nie zamknąć ciasno w więzieniu swoich ramion. Choć ich nogi był ze sobą niezmiennie splecione i przylegał doń swoją ciepłą skórą, dawał mu przestrzeń i czas, by obudził się w pełni. Kto jak kto, ale Vinci potrafił w pełni zrozumieć koszmar poranków i trudy wracania do rzeczywistości, sam miał z tym ogromny problem i chyba cudem udało mu się otworzyć oczy przed Finnem, natomiast jego bliskość pozwoliła mu o wiele szybciej niż zazwyczaj pożegnać się z sennością. Kiedy budził się w samotności, jedynie kawa, prysznic albo połączenie tych dwóch metod były w stanie postawić go na nogi; budzenie się przy jego boku jawiła mu się więc jako szansa na to, by każdy dzień zaczynał się w o wiele łatwiejszy, przyjemniejszy sposób. Choć, oczywiście, nie mogli pozwolić sobie na to codziennie.
Kiedy w końcu ujrzał ukochany odcień błękitu, jego uśmiech poszerzył się nieznacznie; w duchu odetchnął i sam nie wiedział czy wynikało to z zachwytu, który bez cienia wątpliwości znów go ogarnął, czy może ulgi – że patrzył nań z takim samym jak wczoraj ciepłem. Można by posądzać go o głupotę, o idiotyczny brak wiary mimo wielu słów, które wczoraj padły i gestów, jakie zostały uczynione. Cóż, sam siebie nazwał tak w myślach, był świadom, że nie ma powodów do strachu, rozum jednak wiedział swoje, a głupie serce i tak zabiło w niespokojnym rytmie. Wspomnienie wystraszonej miny Finna – tej z zamierzchłej przeszłości, sprzed całych wieków jakie za sobą zostawili – lubiło wracać do niego w najmniej spodziewanych momentach, zostawiając po sobie bezpodstawny niepokój. Przymknął powieki pod wpływem jego ciepłego dotyku, starając się skupić na nim całą uwagę. Nie chciał dzielić się z nim swoim lękiem, nie chciał psuć tej chwili i denerwować go niepotrzebnie. Potrzebował jedynie czasu by w pełni uwierzyć, że udało mu się go zdobyć, i że Finn wcale nie musi tego żałować.
Słysząc jego słowa, otworzył znów oczy, zobaczył ten uśmiech i zapomniał o wszelkich wątpliwościach.
Ja wciąż nie wierzę. – szepnął, tonąc w głębi jego tęczówek. To był dobry kompromis – częściowa prawda, okrojona z najmniej przyjemnych jej elementów. Łatwa do przełknięcia, lekkostrawna, nieszkodliwa.
Finn sprawił, że wewnątrz cały stopniał i zapragnął znów mieć go przy sobie jak najbliżej. Był poranek, umierał z głodu, jego otępiały umysł coraz silniej domagał się kawy, a mimo to wychodzenie z łóżka było ostatnim na co miał teraz ochotę. Ktoś musi to przerwać, w innym wypadku obaj umrą tu z głodu, w dodatku zdziwieni, że własne towarzystwo nie wystarcza im do życia!
Rozciągnął usta w pełnym zadowoleniu uśmiechu, już samą miną zdradzając jak wyglądał jego poranek. Tyle razy zastanawiał się jak to jest – obudzić się przy osobie, która znaczy dla ciebie tak wiele. Okazało się, że to uczucie przechodzi jego najśmielsze wyobrażenia i wcale nie narzekał na to, że mylił się w tej kwestii.
Najpiękniejszy, jaki przeżyłem. – odparł zgodnie z prawdą. Przeczesał palcami włosy, które o poranku stanowiły jeszcze większy niż zazwyczaj chaos. – Mógłbym mieć takie codziennie.i mam nadzieję, że kiedyś tak będzie. Zniżył się, by móc musnąć wargami odsłonięty bark, nieco zbyt chłodny, jak na jego gust. To nie do pomyślenia, że pozwolił by zmarzł, zwłaszcza, że wczoraj udało mu się przez długi czas utrzymać odpowiedni poziom gorąca.
Mhm, widzę przecież… principessa addormentata. – powiedział z wyczuwalnym rozbawieniem, walcząc ze sobą by nie roześmiać się w głos. Podniósł się, bez krępacji rozsiadł się na jego podbrzuszu i nachylił się nad bladymi ustami, przez ulotne sekundy z bliska przypatrując się jego twarzy. Delikatnie zacisnął palce na jego ramieniu. – Wstawaj, kochanie. – wyszeptał, znajdując się na tyle blisko, by oboma słowami musnąć jego wargi. Uśmiechnął się, lecz miast nachylić się jeszcze mocniej, znaleźć się bliżej niego, on poderwał się do góry, pochwycił drugie jego ramię i szarpnął nim energicznie… a potem zaniósł się śmiechem. – O taką pobudkę Ci chodziło, Tesoro? Nie mam w tym wielkiego doświadczenia. – powiedział po kilku sekundach, kiedy się uspokoił. Zrobił niewinną minkę, lecz oczy mówiły same za siebie – a tańczyły w nich złośliwe ogniki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Finn Gard

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : Szwed, zamieszkuje od lat Glasgow.
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 132
  Liczba postów : 154
http://www.czarodzieje.org/t16780-finan-gard-konczy-sie-tworzyc#466593
http://www.czarodzieje.org/t16788-panicz-gard#466769
http://www.czarodzieje.org/t16790-listy-do-finnu#466907
http://www.czarodzieje.org/t16783-finan-gard#466737




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Nie Sty 06 2019, 00:42

Nawet na myśl mu nie przeszło wątpić. To, co się wydarzyło między nimi było dla Finna wystarczającym dowodem uczuć. Widział je na twarzy Vinciego, czuł je od jego dotyku i od ciepłego spojrzenia, a więc zachowywał spokój. Był tak rozleniwiony, rozpieszczony i po prostu szczęśliwy, że umknęła mu przelotna niepewność, która mimo wszystko na chwilę barwiła wzrok Vincigo. Zapewne po jej dostrzeżeniu mogłoby dojść do pewnego rodzaju sporu, a jednak Finn zaślepił się uczuciem szczęścia, radości i niewyobrażalnej ulgi. Ta mieszanka była zbyt silna, by móc teraz doszukiwać się bezprawnego braku wiary. Uśmiechał się więc po swojemu, tak swobodnie i cieszył wzrok ciepłym brązem i jego obecnością.
- To lepiej uwierzmy, bo nie dam ci teraz spokoju. - stwierdził wywracając jednocześnie oczami, bo im dalej myślał o nich jako parze tym bardziej się tym cieszył. Co prawda czuł też niepokój związany ze zdemaskowaniem, jednak to był dzień, w którym przez chwilę próbował się tym nie przejmować. Będą się pilnować, znajdą sobie czas, kiedy nie będą musieli udawać, że są tylko przyjaciółmi. Finn musi zobaczyć jak sytuacja się rozwinie, jak będzie się czuć w nowym trybie życia - z kimś u boku. Westchnął i pogłaskał bok jego brody, ot tak, byle tylko móc go jeszcze dotykać zanim nie wrócą do szkolnego życia. - Piękne marzenia. Kto wie, może kiedyś się ziszczą. - odpowiedział i uciekł wzrokiem zamykając powieki i domagając się dodatkowej pobudki. Cieszył się z tej mądrej ewakuacji przed wytrzymaniem wzroku Vinciego - nie chciał psuć poranka snuciem rozwiązań dotyczących pytania - czemu muszą się ukrywać. Nie chciał póki co poruszać tego tematu, tchórzył i zbierał argumenty, by kiedyś się ze sobą starły.
Leżał sobie i wyczekiwał wybudzania. Z ogromną satysfakcją powitał ciężar jego ciała na sobie, jakby zdążył się już zanim stęsknić. To było obiecujące, bardzo obiecujące. Z trudem powstrzymał swe dłonie, które chciały przykleić się do odsłoniętego torsu Vinciego, by powrócić na tor odnajdywania sieci pieprzyków zdobiących jego ciało. Nie, wytrzymał. Czekał na rozdział drugi. I pięć kolejnych. Finn sam siebie nie poznawał - nie pozwalał sobie nigdy na taką wylewność, a przy Vincim popuścił wszystkie hamulce i domagał się pieszczot, pocałunków i pełnej atencji. Może to przez fakt, że lada moment muszą zbierać się na szkolne śniadanie i wtedy pozostaną im ukradkowe spojrzenia?
Wstrzymał oddech czując na ustach ciepłe wargi. Cierpliwie czekał aż przyjdą, przecież nie może po nie sięgnąć, skoro ma udawać uśpionego. Przełknął ślinę, co go zdradziło choć dalej bawił się w marnego aktora. Serce fiknęło mu w znajomym rytmie, miły dla ucha ton zachęcał do wybudzania... Finn miał być oporny, planował zapaść w głęboki sen, by wymusić w Vincim większą kreatywność, gdy ten... jak nim nie szarpnął, to Gard od razu otworzył oczy i popatrzył na chłopaka zaskoczony. Widząc jego minę, zacisnął mocno zęby wyraźnie zawiedziony. Szturchnął go, niemo obraził się, gdy Vinci postanowił zanieść się śmiechem. Finna też to rozbawiło, choć ukrywał to skrzętnie, bowiem oczekiwał gorętszej pobudki, a nie takiego... czegoś, takiej profanacji poranka! Zmarszczył brwi, popatrzył groźnie na rechoczącego Marlowa i poderwał się momentalnie do siadu, chwycił go w zgięciu kolan i zrzucił z siebie, a gdy ten opadł na posłanie, znalazł się nad nim, choć go nie dotykał żadną częścią ciała. Znalazł się bardzo blisko jego twarzy, bardzo, bardzo blisko, aż mógł policzyć wszystkie jego rzęsy.
- To było beznadziejne i okrutne. - nachylił się nad nim tak, że prawie stykali się nosami. Popatrzył w jego oczy, a w błękicie czaiła się obraza majestatu. - Zemszczę się i coś ci powiem. - powędrował ustami blisko jego polika, choć nie dotknął go, a jedynie wkurzał swoim ciepłem. Zatrzymał się przy uchu. - Wstajemy, ubieramy się i wychodzimy. - trzy słowa, trzy okrucieństwa w jednym szepcie, w jednym zdaniu. Potrzebował dokładnie całej sekundy, aby błyskawicznie znaleźć się w pozycji pionowej poza łóżkiem, zabierając ze sobą całego nagiego siebie. Od razu zadrżał od zimna, jego ciało pokryła gęsia skórka i aż wzdrygnął się z tej różnicy temperatur. Wiedział, że gdyby się zawahał, Vinci mógłby go nakłonić do porzucenia zemsty. - Nie ma zmiłuj, zasłużyłeś sobie. - był tym bardziej opanowanym i kazał im zbierać się, bo burczenie w brzuchu idealnie komponowało się z wyciem żołądka Vinciego, a tego zignorować nie mógł, pomimo ogromnej chęci powrotu w kłęby pościeli, by się tam znów oplątać Marlowem. By nie ulec pokusie odwrócił się do niego plecami i nim zdołał się rozmyślić i wszystko odwołać, odnalazł w trawie bokserki i spodnie, które od razu na siebie założył. Znalazł również spodnie Vinciego. Sięgnął po nie, napawał się ich miękkością, bowiem wiedział, że były noszone przez Marlowa i osobiście ściągnięte przez Finna. - Daj mi jeden powód dla którego miałbym ci je teraz oddać. - zwrócił się do niego przodem i posłał mu złośliwy uśmiech. Pokazał co znalazł unosząc zdobycz i nie wyglądał na osobę, która chciałaby je bez problemu zwrócić właścicielowi. Przy okazji znalazł swoją różdżkę, o której zapomniał na całą noc.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Vinícius Marlow

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Hrabstwo Somerset, Anglia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 384
Dodatkowo : Prefekt fabularny
  Liczba postów : 222
http://www.czarodzieje.org/t16781-vinicius-oliver-marlow-budowa#466597
http://www.czarodzieje.org/t16785-vini-da-vinci?nid=2#466756
http://www.czarodzieje.org/t16786-vini-da-vinci#466765
http://www.czarodzieje.org/t16784-vinicius-marlow




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Nie Sty 06 2019, 00:44

Nie dawaj mi spokoju, Finn. Nie chcę spokoju… ale nie dawaj mi go nawet kiedy będę go chciał. – utonął w bezdennej otchłani błękitu, wpatrzył się w niego intensywnie, nadając swoim słowom głębi – zwłaszcza wtedy. – pragnął by był przy nim zawsze, bez względu na wszystko; by dzielił z nim radość, ale i wspierał go w trudniejszych dniach. Bo nawet jemu - niepoprawnemu optymiście – się one zdarzały.
Finn najwyraźniej nie przejrzał jego niecnych zamiarów i wprowadzało to Vinciego w niezwykle dobry humor. Swoją małą, niewinną, jak mu się zdawało, psotę ułożył w głowie w chwili kiedy tylko Gard zamknął powieki – ot tak pojawiła się w jego głowie, żądając wprowadzenia w życie. Finn domagał się atencji, a Viní był gotów mu ją dać w takim stopniu, w jakim tylko sobie tego życzył, natomiast sposób, w jaki postanowił go wybudzić był zwykłym żartem i w życiu nie przypuszczałby, że może obrócić się przeciwko niemu. Widział zaciśnięte zęby i obrażone spojrzenie, lecz nic sobie z tego nie robił, gdyż był rozbawiony i o podobny nastrój podejrzewał Finna. Nawet w chwili gdy pokryta pieprzykami skóra pleców zetknęła się z miękką, wciąż ciepłą powierzchnią koca, nie przeczuwał w jaki sposób może rozwinąć się ta sytuacja. Uśmiechnął się więc lubieżnie, a oczy pojaśniały mu radością - tuż nad nim był bowiem zawieszony jego najwspanialszy, najgorętszy kochanek i choć dzieliła ich stanowczo za duża odległość, był święcie przekonany, że szybko ulegnie to zmianie.
Jakże się mylił. Ze wstrzymanym oddechem wyczekiwał miękkiego dotyku - na próżno.
Okrutny szept musnął ciepłem jego ucho, na krótką chwilę paradoksalnie sprawiając mu przyjemność. Uśmiech znikał stopniowo, wprost proporcjonalnie do prędkości jego pojmowania - a był wszak przed poranną kawą. Nim zdążył jakkolwiek zareagować, jego już nie było. Dlaczego nie przyciągnął go do siebie kiedy był blisko? Czemu, pomimo chęci, nie pogładził bladej skóry dłońmi? W myślach przeklinał swoją bierność.
Nie żartuj sobie nawet. – tym razem w jego głosie rozbrzmiał obrażony ton i wcale nie musiał się na niego silić. Wciąż leżąc, wyciągnął w jego stronę rękę i zaklął pod nosem gdy Finn niewzruszenie odwrócił się do niego plecami. Przekręcił się na brzuch i, opierając brodę na skrzyżowanych przedramionach, z żywym zainteresowaniem przyjrzał się sylwetce, poświęcając należytą uwagę kształtowi jego pośladków. Finn skrył je zaraz za materiałem bokserek, wywołując jęk protestu. On nie tylko mu groził - on wcielał swoje groźby w życie i Viniemu wcale, a wcale się to nie podobało.
Finn – z obrażonego tonu przeszedł niemalże w błaganie – Wracaj do mnie, marznę tu bez Ciebie. – prośby były bezskuteczne, co więcej, Finn odezwał się i swoimi słowami wcale nie przyznawał mu racji. Uniósł brew gdy odwrócił się do niego przodem, a kąciki ust drgnęły, zdradzając skrywane rozbawienie. Jednym energicznym ruchem podciągnął pod siebie nogi i podniósł się, nie zwracając uwagi na własną nagość.
Oddasz mi to… bo… jeśli tego nie zrobisz… – z każdą pauzą wykonywał kolejny krok: jedną i drugą stopą dotknął miękkiej, pokrytej chłodną rosą trawy, nieznacznie zmniejszył dzielącą ich odległość. – przemaszeruję siedem pięter w samych bokserkach… albo i bez nich… i wszyscy… wszyscy… - dopadł do niego ostatecznie i chwycił go za przegub, nie pozwalając mu na ucieczkę. Obdarzył go pełnym rozbawienia spojrzeniem. – wszyscy będą mogli na mnie patrzeć. – marlowowe usta rozciągnęły się w uśmiechu kiedy to przysunął się bliżej niego – nieustannie trzymając w uścisku bladą rękę. Drugą położył na jego talii i zsunął ją na przykryty spodniami pośladek, zahaczajac kciuk za krawędź kieszeni. – chcesz tego? – dodał niewinnym tonem, choć oczy zupełnie temu przeczyły. Całym sobą zdawał się krzyczeć “pocałuj mnie, Gard”.
I w nosie miał swoje jeansy, nie zwrócił na nie nawet uwagi. Obaj dobrze wiedzieli, że nie żartował i rzeczywiście nie zawahałby się przed półnagim spacerem przez całą szkołę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Finn Gard

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : Szwed, zamieszkuje od lat Glasgow.
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 132
  Liczba postów : 154
http://www.czarodzieje.org/t16780-finan-gard-konczy-sie-tworzyc#466593
http://www.czarodzieje.org/t16788-panicz-gard#466769
http://www.czarodzieje.org/t16790-listy-do-finnu#466907
http://www.czarodzieje.org/t16783-finan-gard#466737




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Nie Sty 06 2019, 00:45

- Masz moje słowo. - obiecał cicho acz zdecydowanie, ze słyszalną mocą w głosie. I on wpadł również w tę nić spojrzenia, w ten trans, kiedy to nie mógł oderwać wzroku od jego rozszerzonych źrenic i mlecznego brązu tęczówek. Im dłużej się w nie wpatrywał, tym bardziej je poznawał. Rozlewało się w nim ciepło, czuł ulgę i spokój, bo wiedział, że ma go przy sobie i nie musi się przy nim ani hamować ani kontrolować. Mógł być w pełni sobą bez obaw, że jeśli wkurzy się albo zezłości, to Vinci odejdzie. Nie zrobi tego, czytał tę decyzję w jego oczach i pamiętał obietnicę składaną pocałunkami i bliskością o jakiej nawet nie marzył. Nie zostawi go, nie umiałby tego zrobić i nie chciał. Zakochał się tak mocno, że dziwił się, że nigdy mu się to jeszcze nie przytrafiło. Vinci z dziecinną łatwością go owinął sobie wokół palca i rozpieścił, przyzwyczajając całkowicie do swojego dotyku i obecności. Jeden Merlin wie jakie będą z tego konsekwencje... i korzyści.
Mimo tych wszystkich ciepłych uczuć jakie do niego żywił, musiał to przerwać by dać upust swojemu niezadowoleniu. Vinci musi poczuć się tak jak przed chwilą poczuł się Finn. Co prawda kryła się za tym potrzeba natychmiastowego pochłonięcia potrójnej porcji śniadania, ale i tak chciał udowodnić Vinciemu, że jest w stanie się od niego oderwać. Nie był pewien na jak długo, dlatego też od razu przystąpił do ubierania się i odsunięcia na bezpieczną odległość, bowiem czuł, że wystarczy jedna dobitniejsza prośba Vinciego, a wróci do niego jak psidwak z podkulonym ogonem błagając o wybaczenie. Póki co udawało mu się wprowadzać plan zemsty w życie. Założył już spodnie, a to był to już niewątpliwy postęp i połowa sukcesu. Gdyby to od niego zależało, nie wychodziłby stąd przez tydzień i nie wypuściłby Vinciego nawet na pół metra. Niestety żołądek nie pozwalał się ignorować.
Musiał zacisnąć palce na spodniach, kiedy usłyszał nawoływanie. Marznę. To niedopuszczalne, a to jego wina. Nagle go tknęło - Vinci celowo tak mówił, doskonale zdawał sobie sprawę, że ten argument jest heroicznie trudny do odparcia i zignorowania. Spiął mięśnie, kiedy to odruchowo odwrócił się do niego bokiem gotów lada moment wskoczyć z powrotem do łóżka. Powstrzymał się, ale nie patrzył mu w oczy w obawie, że siła woli stopnieje pod mocą jego spojrzenia. Bardzo łatwo mu ulegał...
- Bo co? - zapytał z wyższością i wyzwaniem. Wpatrywał się ochoczo, bez wstydu jak podchodzi do niego nagusieńki i próbuje wyglądać groźnie. Z tymi oczami nadaje się do kochania, a nie do straszenia. Unosił powoli głowę, sztywniał słysząc klarującą się na głos groźbę, która dźgała go w okolicach serca i wywoływała falę złości, która momentalnie go zaatakowała. Otworzył szerzej oczy, wpatrywał się z szokiem na Marlowa nie wierząc w to, co słyszy. Zacisnął usta w bladą linię. Jego dotyk, ucisk palców na przegubie powstrzymało pchające się na usta syknięcie. Zapomniał, że powinien uciec poza jego zasięg, by wymusić satysfakcjonującą zapłatę za oddanie spodni. Nie spodziewał się takiej groźby. W jego błękitnych oczach pojawiła się złość i wyrzut, bowiem intuicja mówiła mu, że Vinci naprawdę jest w stanie przejść się po szkole bez ubrań. To wywołało w Finnie dziwny rodzaj zazdrości i zaborczości.
- Nie ośmielisz się. - wmawiał mu, że nie starczy mu odwagi. Że nie zrobi tego, jakże mógłby tak się zachować? Ten rozbawiony wzrok odpowiadał, że oczywiście z łatwością spełni swoje słowa. - To cios poniżej pasa. - wycedził przez zaciśnięte zęby i wbił w niego natarczywy, zirytowany wzrok. Nie powstrzymał wyobraźni, w jego głowie pojawił się obraz półnagiego Vinciego przechadzającego się przez Wielką Salę i milion potencjalnych reakcji ludzi. Jego Vinci - jego Vinci miałby być oglądany przez żałośnie niegodnych tego ludzi. Nie, nie pozwoli na to. Wypuścił dżinsy na trawę, chwycił żelaźnie palcami brodę Vinciego i bez wahania nachylił się ku niemu. - Nie lubię jak mi się grozi. - szepnął złowrogim tonem. - Zapomniałeś, że jesteś mój i mam coś do powiedzenia na ten temat. - musiał zacisnąć mocno usta, bo mrowiły i wołały jego wargi. Powstrzymywał się, bo był poirytowany i musiał zadbać o zaniechanie spełnienia tej paskudnej groźby. Chwycił go za rękę, mocno, bez delikatności i pociągnął za sobą parę kroków. Schylił się, sięgnął jego koszulkę, przysunął go do siebie. Wcisnął mu ją przez głowę, potem rękawy i ręce. Ubrał go. Co prawda tylko w nią, ale to dopiero początek. Jakoś tak nie miał ochoty całkowicie go zakrywać, bo wtedy mógł jeszcze chwilę pocieszyć oko jego pociągającą nagością. Zacisnął palce na koszulce i marszcząc ją przyciągnął Vinciego do siebie na odległość kilku cali. Wpił się w jego usta nie potrafiąc dłużej ich ignorować. Znów dał się podejść, wystarczyły odpowiednio dobrane słowa i kusząco rozchylone usta, a tańczył jak Vinci mu zagra. Niezbyt mu się to podobało, ale nie mógł inaczej. Wolał go ubrać "na cebulkę" i zakryć każdy atrakcyjniejszy kawałek ciała (czyli całego, aż po czubek głowy), jeśli miał mieć pewność, że nikt nie spojrzy na niego pożądliwym wzrokiem. - Przebiorę cię za pluszowego dementora i nikt nie będzie mógł na ciebie patrzeć. - stwierdził do jego ust odsuwając się od nich na niewielką odległość. Wsunął dłoń pod materiał koszulki, nacisnął na jego plecy by mogli do siebie znów przylgnąć. - Co ci się tak ten język wyostrzył, co? - zapytał zaczepnie i nie pozwolił mu odpowiedzieć, bo wtedy właśnie naprał wargami na jego usta, by ukryć swój uśmiech. Wycałowywał je mocno i długo, świadomie ubarwiał je w ciemniejszy odcień. Miał być zirytowany, ale coś nie do końca mu to wychodziło. Nie mógł się nacieszyć jego ciepłymi wargami, to było frustrujące i cudowne zarazem. - Masz się grzecznie ubrać i nie pierdzielić mi tu głupot, zrozumiano? - powiedział doń stanowczym tonem, kiedy już to łaskawie odsunął się na te ćwierć metra, choć nie zabierał dłoni z jego ciepłych, gładkich pleców. Zupełnie jakby zapomniał, że ją tam ulokował.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Vinícius Marlow

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Hrabstwo Somerset, Anglia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 384
Dodatkowo : Prefekt fabularny
  Liczba postów : 222
http://www.czarodzieje.org/t16781-vinicius-oliver-marlow-budowa#466597
http://www.czarodzieje.org/t16785-vini-da-vinci?nid=2#466756
http://www.czarodzieje.org/t16786-vini-da-vinci#466765
http://www.czarodzieje.org/t16784-vinicius-marlow




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Nie Sty 06 2019, 00:47

Choć kłamstwem byłoby stwierdzenie, że jego słowa nie były powiedziane umyślnie, bez wątpienia skrywała się za nimi prawda. Kiedy tylko zniknął z zasięgu jego ramion, poczuł dotkliwe, przejmujące zimno i nie potrafił jednoznacznie stwierdzić czy pochodzi ono z zewnątrz, czy może z jego środka. Czy od tej pory tak właśnie będzie się czuć kiedy tylko zabraknie go obok? Odurzony wspólnie spędzoną nocą, w najmniejszym nawet stopniu nie potrafił wyobrazić sobie jak wielką katorgą może być ukrywanie swoich uczuć przed całym światem. Gorzka rzeczywistość miała go uderzyć dopiero w chwili gdy opuszczą pokój i powrócą do “normalności”. Teraz miał jeszcze kilkanaście minut szczęścia i błogiej nieświadomości. Nie zamierzał ich marnować, dlatego szybko wykorzystał sposobność by znów znaleźć się blisko – choć nie w takim stopniu, w jakim by sobie tego życzył.
Widział jego reakcję i czuł satysfakcję na myśl, że udało mu się do niej doprowadzić. O tak, niech się lepiej przyzwyczaja, niech zyska świadomość, że pomimo całej swojej łagodności, Viní potrafi się postawić, uparcie uczepić swojego zdania – zwłaszcza kiedy bardzo czegoś chce; a przecież Finna chciał najbardziej na świecie.
Czyżby? – odparł z przekorą, zadziornie unosząc brew. Ależ oczywiście, że się odważy! Towarzyszący mu przez całe życie, patologiczny wręcz brak wstydu miał się w końcu do czegoś przydać; nie omieszkałby z tego nie skorzystać.
Przymrużył oczy gdy poczuł na brodzie żelazny uścisk palców, nie wiadomo czy z zadowolenia, czy może gwoli delikatnej prowokacji. Groźny szept w połączeniu z nagłą jego bliskością, wywołały delikatny dreszczyk, wspinający się – jak po drabinie – po kolejnych kręgach. Czy zaborczość Finna powinna wywołać w nim niepokój? Cóż, jeśli tak – właśnie po raz kolejny wykazywał się brakiem instynktu samozachowawczego, czuł bowiem jedynie pogłębiającą się satysfakcję i cały ogrom ciepłych, niezmiennie przybierających na sile uczuć, które do niego żywił.
Nie stawiał żadnego oporu, pozwolił mu pociągnąć się w jemu tylko znanym kierunku, a potem naciągnąć na siebie koszulkę - pozostając przy tym zupełnie biernym, nie zamierzał bowiem w najmniejszym stopniu pomagać mu w tym okrutnym akcie, jakim było odbieranie im obu przyjemnej nagości. Uśmiechnął się kiedy tylko jego głowa wyjrzała zza materiału.
Mam rozumieć, że wolisz oglądać mnie od pasa w dół? – zaśmiał się cicho, prawdopodobnie trochę utrudniając mu tym zakładanie na niego koszulki. – Cóż, nie mogę Cię za to winić. Chyba powinienem popracować nad brzuchem. – i znów się roześmiał, aż do momentu, w którym został doń przyciągnięty – wówczas zamilknął… a może oniemiał? Z zadowoleniem, ale i ulgą przyjął upragniony pocałunek. Na brodę Merlina, nie całował go od dobrych kilku godzin i poczuł się tak, jakby odzyskał coś absolutnie niezbędnego mu do życia. Mało, zbyt mało, zaledwie małą kroplę, niezdolną zaspokoić pragnienia. Mruknął niezadowolony, gdy znów go utracił.
A wiesz co robią pluszowe dementory? Całują. Dużo i często. – ochoczo przytulił się do niego, ręce zarzucił na jego kark, wcisnął się weń mocno. A potem pozwolił się całować, samemu również nie pozostając mu dłużnym, zbyt spragniony by pozwalać sobie na bierność, a jemu - na zupełną dominację.
Otworzył usta by zaprotestować, lecz głośny, przeciągły dźwięk jaki wydał jego żołądek, zniweczył jego plan odmowy. Głód dokuczał mu tak mocno, że nie potrafił dłużej go ignorować; westchnął i z rezygnacją pokiwał głową. Skradł mu jeszcze kilka pocałunków, nie potrafiąc ot tak odsunąć się od niego – zwłaszcza że Finn nieprzerwanie dotykał jego skóry, pobudzając wyobraźnię i przywołując wspomnienia.
Kiedy w końcu udało mu się zmusić do opuszczenia jego ciepłych ramion, wszystko poszło raczej sprawnie. Pchany głodem, energicznie zakładał na siebie kolejne części garderoby i całość zakłócił jedynie mały akt paniki pod tytułem “Gdzie jest moja różdżka?! Finn, nie mogę znaleźć różdżki!”. Potem, chcąc nie chcąc, zostawili za sobą łąkę i udali się na śniadanie.

| z/t x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content











PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   

Powrót do góry Go down
 

Pokój Życzeń

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 40 z 40Idź do strony : Previous  1 ... 21 ... 38, 39, 40

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
hogwart
 :: 
Wielkie schody
 :: 
siodme pietro
-