Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksSzukajRejestracjaZaloguj

Share
 

 Watek masowy: skok w przyszłość

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość


Vivien O. I. Dear
Vivien O. I. Dear

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : X
Wiek : 20
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 171
C. szczególne : Bardzo chuda sylwetka
Galeony : 2226
Dodatkowo : ścigająca Slytherinu
  Liczba postów : 2380
http://www.czarodzieje.org/t14309-vivien-o-i-dear
http://www.czarodzieje.org/t14332-w-odchlani#378419
http://www.czarodzieje.org/t14330-poczta-void
http://www.czarodzieje.org/t14333-vivien-o-i-dear#378429
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Moderator




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyWto 8 Paź - 23:21


Wątek masowy:
skok w przyszłość


Temat stworzony do realizacji celu tymczasowego skok w przyszłość. Więcej informacji na ten temat znajdziesz w temacie dotyczącym dziesięciolecia czarodziejów - tutaj.

______________________

We ain't leaving this room 'til we both feel more. They say love is pain, well darling, let's hurt tonight


Powrót do góry Go down


Emily Rowle
Emily Rowle

Student Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 1,60
C. szczególne : Czerwone usta, zawsze!
Galeony : 1153
Dodatkowo : Prefekt fabularny
  Liczba postów : 905
http://www.czarodzieje.org/t15867-emily-rowle
http://www.czarodzieje.org/t15874-emily-rowle?highlight=Emily+Rowle
http://www.czarodzieje.org/t15996-sowa-emily-felicja#436128
http://www.czarodzieje.org/t15872-emily-rowle
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyCzw 10 Paź - 17:42

- Tęsknią za tobą, Em – chwilowa cisza, którą Emily wykorzystała na delektowanie się kawałkiem sernika, została przerwana w najmniej komfortowy sposób z możliwych. Nawet łagodny ton Dominika niewiele pomógł. Popiła słodki przysmak gorzką, czarną kawą i widząc bladoróżowe odbicie szminki na białej filiżance, starła je kciukiem. Milczała dłuższą chwilę, aż w końcu spojrzała prosto na brata.
- Powiedzieli tak? - zapytała, nie bez ironii. Przecież wiedział, że zna odpowiedź. Po co w takim razie wchodził na tak grząski grunt? Wyczekujące spojrzenie jakim go obdarzyła, nie dało szansy na zwinne ominięcie prawdy.
- Em... - zaczął powoli, ale pokręciła tylko głową i zatrzymała go gestem dłoni. Nie chciała się kłócić, nie po to się spotkali, żeby zagęszczać atmosferę niewygodnymi tematami. Miała zresztą tak niewiele czasu, że marnowanie go na odtwarzanie tej samej dyskusji nie miało najmniejszego sensu. Nie mogli dojść do porozumienia, więc brnięcie w to było zupełnie niepotrzebne. Nawet jeśli kiedyś jej rodzina tęskniła, takiej Emily i tak nie chcieli oglądać, nie zamierzała się oszukiwać.
- Daj spokój. Nie psujmy sobie humoru na koniec. Mam jakieś pięć pilnych wiadomości, wygląda na to, że w redakcji wali się wszystko akurat wtedy, kiedy przez chwile mnie tam nie ma– westchnęła, zerkając na ponaglająco migające światełko w telefonie. Z pewnością nie robił on na chłopaku już tak dużego wrażenia, ale nadal nie był czymś oczywistym. Dla niej natomiast był już nieodłącznym elementem życia, w zasadzie - przedłużeniem ręki. Kiedy kelnerka wreszcie dostarczyła im rachunek, dziewczyna zostawiła kilkanaście funtów w pudełeczku i wstała od stołu. Nie miała ochoty wychodzić. Naprawdę za nim tęskniła, ale i tak przeciągnęła już swoją standardową przerwę do granic możliwości. Przytuliła go krótko na pożegnanie - za miesiąc o tej samej porze? Tylko błagam, żadnych sów – spojrzała na niego ostrzegawczo. Taki incydent już mu się zdarzył i komplikował jej on życie w mugolskiej okolicy. Trudno się jednak było dziwić, ich komunikacja była znacznie utrudniona, odkąd korzystali z zupełnie innych form wysyłania wiadomości.
- Powinnaś mu w końcu powiedzieć –  oczywiście nie mógł darować sobie tego komentarza. Przy każdej okazji przekonywał ją, do zmiany zdania, choćby w tej jednej kwestii.
Owinęła się szczelnie płaszczem i odrzuciła długie włosy na plecy. Posłała mu jeszcze szczery uśmiech, a jego wypowiedź zbyła milczeniem, które było wystarczająco wymowne.
Chwilę później odgłos cichego dzwoneczka nad drzwiami zasygnalizował jej wyjście.



Tuż przed wejściem do środka, zerknęła na zegarek. Jedno było pewne – godzina była stanowczo zbyt późna. Westchnęła i przekręciła kluczyk w drzwiach. Wiedziała, że Alex będzie miał pretensje, zresztą, całkiem uzasadnione. To nie był pierwszy dzień, kiedy wracała grubo po godzinach. Po przekroczeniu progu zdjęła niewygodne szpilki i pomasowała kark. Była wykończona w każdy możliwy sposób, potrzebowała relaksu. Nagle poczuła ciepły oddech na swoim policzku i szybkie muśnięcie, na które zareagowała lekkim uśmiechem.
- Bez wyrzutów tym razem? - zapytała zaskoczona i pogładziła jego policzek, a potem złożyła leniwy pocałunek na jego ustach. Chociaż zdarzało mu się witać ją z żalem w głosie, to na ogół był kochany i wyrozumiały ponad normę. Praca dziewczyny była ciężka, ale świadomość, że wracała do niego, zawsze podnosiła ją na duchu. Dbał o nią w każdy możliwy sposób, dawał jej dużo wsparcia, a jednocześnie nigdy nie naciskał. Wiedział o niej wszystko. No, prawie.
- Tym razem ci daruje. Wyglądasz tak, jakby wystarczyło ci cierpień na dzisiaj – zauważył  i pomasował jej plecy przez chwilę. - Pewnie padasz z głodu, co? Na co masz ochotę? - zapytał, bo chociaż nic nie przygotował, był gotowy spełnić dzisiaj każdą jej kulinarną zachciankę. Należało jej się po ciężkim dniu.
- Hm, szczerze? Pizza i netflix to w tej chwili moje największe marzenia. Możesz wybrać konkrety, ja pójdę się przebrać w coś wygodniejszego – uśmiechnęła się słodko, odłożyła w kąt torebkę i zaraz zniknęła za drzwiami sypialni.
Spotkania z bratem zawsze ją rozstrajały. Wybijały z dobrze znanego, stałego rytmu dnia. Nie zamierzała z nich rezygnować, Dominik był dla niej zbyt ważny, ale fakt, że były one pewnym wyzwaniem, był niezaprzeczalny. Była tak zmęczona, że nawet solidne kolczyki zaczynały jej ciążyć, więc zdjęła je i odłożyła do jednej z szuflad. Przegryzła wargę, kiedy jej palce przypadkowo musnęły o głęboko umiejscowioną w niej skrzynkę. Nie mogła się powstrzymać i wyjęła ją ostrożnie. Przekręciła kluczyk i otworzyła mały schowek, do którego tylko ona mogła mieć dostęp. Drżącą dłonią pogładziła złamaną w połowie różdżkę i w końcu złapała ją trochę pewniej. Odłożyła ją na bok, żeby z dna wyciągnąć notes. Zupełnie niepotrzebnie zaczęła go kartkować i przyglądać się obrazkom z uwagą. Nie mogła powstrzymać uśmiechu, widząc swój pierwszy, zupełnie niedopracowany rysunek Hogwartu. Z każdym kolejnym było troche lepiej. Wspomnienia, które z całych sił odpychała, uderzały ją przy każdym zerknięciu na poszczególne strony. Spięła się lekko, błądząc wzrokiem po krajobrazie tuż znad lodowego jeziora, a niewielką chwilę później po przelanym na papier widoku przy wodospadzie. Kartkowała dalej, oglądając obrazy ze swojego życia z zaciśniętym gardłem. Na ogół robiła to właśnie po wyjściu na kawę z bratem, to był pewnego rodzaju nawyk, którego od dawna starała się pozbyć. W końcu trzasnęła zeszytem i odłożyła go tam, gdzie jego miejsce, wraz z przełamanym na pół, nic już przecież nieznaczącym, kawałkiem drewna. Skrzynka znowu wylądowała z tyłu szuflady, a ona zamknęła oczy, starając się wrócić na ziemię.
W dawnej rzeczywistości, czuła, jak powoli traci siebie. Im bardziej starała się być silna, tym gorsze decyzje podejmowała i z czasem odnosiła wrażenie, jakby sama, świadomie odrzuciła wszystko, co dla niej ważne. Kiedy zrozumiała, że z każdym rokiem coraz bardziej zbliża się do dna, podjęła decyzję, która choć trudna i radykalna, wydawała się najlepszą z możliwych. Zatopiła się w świecie, który od zawsze kochała, który od zawsze ją fascynował. Dopiero paląc wszystkie mosty i stawiając grubą kreskę, dostrzegła szansę na poprawę. Była tutaj dużo szczęśliwsza.
A że zerwała z przeszłością dość brutalnie - teraz po prostu musiała w to wierzyć.

______________________


It's so self-betrayal of me I'm about to say all the things
Swore I'd never say, but my heart's in my mind
Drawing lines I can't erase

Powrót do góry Go down
Online


Blaithin 'Fire' A. Dear
Blaithin 'Fire' A. Dear

Student Gryffindor
Rok Nauki : X
Wiek : 20
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 160cm
C. szczególne : chuda, opaska na twarzy, blizny, tatuaż
Galeony : 837
  Liczba postów : 2980
http://www.czarodzieje.org/t13638-blaithin-astrid-dear
http://www.czarodzieje.org/t13646-not-a-bad-girl
http://www.czarodzieje.org/t13684-dziobek
http://www.czarodzieje.org/t13647-blaithin-astrid-dear
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyCzw 10 Paź - 19:58

Ogród leniwie kołysał się w cieniu, otoczony wysokimi drzewami, z których na wyróżnienie zasługiwała dorodna wierzba bijąca. Blaithin przykucnęła przy jasnej kostce, tuż obok kilku donic wypełnionych różnymi roślinami. Niektóre wiły się w gęstych skupiskach, jakby chroniąc przed ciepłem parującym w powietrzu, inne chętnie rozkładały szerokie, barwne liście oraz kwiaty, żeby jak najwięcej go zagarnąć. Hibiskus ognisty także czuł się komfortowo podczas lata i Dear musiała postępować wyjątkowo ostrożnie przy wybujałych pędach. Pachniało ziołami oraz nawozem, a co chwilę obok kobiety przelatywały motyle lub pszczoły.
- Mamo, przyszła sowa! Jesteś na pierwszej stronie Proroka Codziennego!
Fire poparzyła się przycinanym w tamtej chwili kwiatem, sycząc cicho z bólu. Pewnie powinna się po tylu latach już przyzwyczaić do tego irytującego zwyczaju Fleur. Szesnastolatka w najmniej spodziewanym momencie uwielbiała coś głośno wykrzyczeć, parsknąć śmiechem na pół domu albo zapiszczeć na widok młodej akromantuli, jak małe dziecko. - MAAAAAMO!
Blaithin podniosła się z trudem z klęczek, rozmasowując szybko czerwieniejącą skórę na nadgarstku. Gdyby nie grube rękawice ochronne pewnie skończyłoby się to gorzej. A już miała dosyć urazów... Po ostatniej brutalnej akcji na Nokturnie, kiedy wezwali połowę biura aurorów, skończyła w Mungu z licznymi obrażeniami. Do tej pory miała trudności z chodzeniem. Owszem, później przez tydzień gratulowano jej odwagi, poświęcenia i nawet otrzymała jakąś odznakę. Że niby za honor. Dalej podchodziła sceptycznie do takich rzeczy, ale Fleur niemal pękła z dumy i chwaliła się wszystkim znajomym w Hogwarcie.
Przeszła się pomiędzy krzewami skąpanymi w łagodnych promieniach słońca, a potem przez taras weszła do pomieszczenia, które nazywali salonem. Z góry domu poniósł się głośny tupot stóp, a Fire zdążyła rzucić tylko szorstkie "Nie biega...", kiedy została zagłuszona.
- Zobacz! Twój eliksir działa! - rudowłose dziewczę z entuzjazmem wcisnęło w ramiona kobiety papier z poruszającymi się zdjęciami. W czasie, kiedy ona wpatrywała się w artykuł o przełomowym lekarstwie na likantropię, które miało być sukcesem na skalę międzyświatową, Fleur zgarnęła z kanapy wielkiego, białego kuguchara. Wiedziała, że matka nie znosiła, kiedy się na niej wylegiwał. - Jesteś sławna!
- To jeszcze nie jest pewne. Trzeba zrobić więcej testów, a efekty będziemy badać latami... - zaczęła stanowczo, odkładając gazetę na stolik obok zestawu do gry w Durnia. Ze strony tytułowej patrzyła w oko samej sobie - z chłodną, poważną miną, w biurowym uniformie i rudych włosach spiętych w kucyk. Fleur żachnęła się, ściskając mocniej w ramionach Łapkę. Miauknął niezadowolony. - Ale cieszę się. Jeden wyleczony to naprawdę ogromny postęp. Udało się.
Usiadła na kanapie, pełna satysfakcji, radości, ale również niepokoju. Jakie zmiany teraz nastąpią, skoro lata ciężkiej pracy nareszcie przyniosły efekty? Fire zdawało się, że od dawna wszystkie poważne ją raczej omijały. Mianowicie od zakończenia studiów, kiedy postanowiła adoptować dziecko i raz na zawsze zerwać kontakty z przestępczym półświatkiem. Została aurorem z wielu powodów i nie żałowała tego, jak daleko zabrnęła. Strach przed zmianami ustępował powoli, ale nieubłaganie. Życie wbrew pozorom nie zwolniło pędu - miała Fleur, a ona znacząco zmieniła cały światopogląd byłej Gryfonki. Była przy niej, kiedy wsiadła na swoją pierwszą dziecięcą miotełkę. Obserwowała z bólem, jak odjeżdża pociągiem do Hogwartu i gratulowała jej, kiedy dostała się do Hufflepuffu. Spędziły razem wspólnie każde święta. Była całym światem Blaithin.
- Victorowi chyba szczęka odpadnie, jak o tym usłyszy! - Fleur wskoczyła na kanapę obok matki, wypuszczając kocura.
- Pyszczku, pamiętasz, co ci mówiłam o Ślizgonach?
- Wiem. Jak jeszcze raz pociągnie mnie za włosy to wybiję mu zęby, obiecuję. Już i tak się mnie boi, bo domyślił się, że uczysz mnie hipnozy. - uśmiechnęła się łobuzersko, dostrzegając aprobatę w oku matki.
Fire uśmiechnęła się delikatnie. Objęła córkę, która dorównywała jej już wzrostem ramieniem. Pogładziła jej bark z czułością, palcami zahaczając o rude kosmyki włosów. Skarb cenniejszy od miliona odznaczeń i miliona artykułów na pierwszych stronach gazet.
- To co? Idziemy na Łzy Feniksa w tę sobotę? Weźmiemy też Gale'a.
Fleur rzuciła się na szyję Blaithin, wtulając się mocno i całkowicie bez skrępowania. Pisnęła radośnie, cmoknąwszy matkę w policzek. Ta skrzywiła się nieznacznie, ale nie odepchnęła dziewczyny. To był czas świętowania wraz z najbliższymi. Martwić mogła się później.
Powrót do góry Go down


Aleksander Cortez
Aleksander Cortez

Student Slytherin
Rok Nauki : VIII
Wiek : 20
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 194
C. szczególne : Kruczoczarne, kręcone, długie włosy; wiecznie ubrany w garnitury
Galeony : 213
  Liczba postów : 690
http://www.czarodzieje.org/t13688-aleksander-cortez
http://www.czarodzieje.org/t13705-anty-temat-z-relacjami
http://www.czarodzieje.org/t13741-cortez-aleksander-korespondencja
http://www.czarodzieje.org/t13704-aleksander-cortez
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyNie 13 Paź - 12:51

Klimatycznie

Kap... Kap... Kap...
Zmarszczył nos, kręcąc nim zniesmaczony tym, że znów coś przerwało jego drzemkę. Niechętnie uchylił oczy, podkrążone, sine, lepiące się pod powiekami ze zmęczenia. Nie pamiętał już, kiedy to ostatni raz dane mu było przespać więcej niż cztery godziny. W tej chwili nawet nie wiedział ile spał, bowiem po otwarciu szerzej oczu i tak ogarnął go mrok. Gęsta, czerń, której nie był wstanie przeniknąć nawet doskonały wzrok. Aleksandrowi on jednak nie przeszkadzał, już dawno przestał liczyć minuty, godziny, dni. Przestał jakieś cztery lub pięć lat temu. Skąd więc wiedział ile minęło? Jedynie poprzez pory roku, te dalej pozostawały takie same jak za starych lat. Pomimo, że widoczne różnice między nimi zostały praktycznie zatarte. To jednak delikatne różniące się temperatury zdradzały, którą to mogli mieć porę roku.
Odgiął się do tyłu na swoim kamiennym posłaniu, unosząc twarz i wystawiając ją na zimne krople spadające z góry. Działały jak zimny prysznic, jego umysł trzeźwiał z każdą kolejną rozbitą kroplą wody o jego twarz. Pozwalał by później jej mniejsze drobinki spływały chaotycznie po niej, tworząc kręte kanaliki rozchodzące się w kilku kierunkach. Napływając do oczu, ust, lecz szczególnie upodobały sobie naturalny kanał ciągnący się od połowy policzka do połowy nosa. Spływając grubą blizną prosto do ucha. Powodowało to dyskomfort, drażniło go mocno. Pomimo ciągłych prób manewrowania twarzą pod spadającymi łzami świata. Wiedział już bowiem, że na zewnątrz padało. Ziemia znów płakała nad swoim losem i cierpieniem jaki sprawili jej ci którzy ogłaszali się jej panami. 
Podniósł się z swojego kamiennego tronu, ruszył ociężałym, zmęczonym krokiem w dół po szerokich, lecz widocznie zarysowanych w swych poziomach schodami. Wszedł w sinoczarne objęcia śmierci, zewsząd otaczała go ciemność i śmierć. Ta druga była znacznie cięższa, jej odór był intensywny, gęsty, wręcz dławiący. Wdzierał się do nozdrzy, w usta od razu, mający słodkomdlący posmak. 
Pomimo, że szponiaste macki śmierci łapały jego szat, wiły się przed nim pomrukując, zawodząc opętańczymi głosami, szedł dalej pośród falującej, ruszającej się podłodze. Bowiem śmierć szukająca jego atencji, łapiąca go co każdy kolejny krok swoimi czarnymi kościstymi rękoma nie odważyła się go zatrzymać. Szedł dalej po miękkiej podłodze, unosząc się raz na niej by następnie ta rozstąpiła się przed nim uciekając w popłochu. Każdy jego kolejny krok powodował, że czerń przeszywał przeciągły, głuchy trzask w akompaniamencie jęków, wycia. Szedł tak długo, zmierzając wpierw ku lichemu promykowi światła, który jednak tutaj wydawał się być oślepiającą łuną światła. Po pokonaniu żywego jeziora brzegi jego długiego płaszcza były w jeszcze bardziej opłakanym stanie. Dotarł do kamiennego łuku za którym ciągnął się długi, kręty korytarz. Zatrzymała go jedna z rąk śmierci, tak mocno pragnąca iść z nim, odwrócił się i jego przekrwione oczy spoczęły na czarnym, zgniłym ciele, stwór otworzył paszczę, pomimo, że żuchwa wydawała się trzymać na jakiś strzępkach mięśni i odrobinach skóry. Nienaturalnie przekrzywiona, zapewne dawno temu zgruchotana jakimś obuchem. Puste oczodoły wpatrywały się zachłannie w postać mężczyzny. Stwór wydał z siebie potwory skowyt, który drażnił nerwy, a w głowie usłyszał tylko jeden cichy szept.
Jeść
Nie szarpał się, nie wyrywał z uchwytu swojej szaty. Ledwo widocznie poruszył jedynie wargami, a brzegi jego szaty spowiła czarna mgła, jakby wydobywała się spod płaszcza. Kiedy tylko natrafiła na kościstą rękę nieumarłego, poczerniała skóra zaczęła się marszczyć jeszcze bardziej, kości zaczęły pękać, aż w następnej sekundzie całkowicie zaczęła się rozpadać w oczach i przemieniać w proch, który to rozwiał delikatny podmuch wiatru, który to zabłądził w krętych korytarzach podziemnego labiryntu. 
Stwór zawył jeszcze głośniej, wycofując się w mrok pełznąc do tyłu na trzech kończynach. Przestraszony zaczął uciekać przed czarną mgłą, która zaczęła rzednąć. Cortez odwrócił się i ruszył dalej w labirynt.
Zżerajcie się więc wzajemnie - Rzucił w myślach jedynie jeszcze tylko na odchodne. A kiedy to szedł już korytarzem usłyszał jak jezioro czarnego truchła zawrzało, rwąc się wzajemnie swoimi pazurami na strzępy i pożerając nawzajem.

W końcu dotarł na górę. Otwierając zaklęciem kamienną płytę, ta z trzaskiem z początku opornie ruszyła się, do góry, następnie na bok ukazując w betonowych fundamentach wejście do podziemi. Spoglądał na ruiny swojej rodowej posiadłości. Jedynie nieliczne ze ścian utrzymały się w pionie, została nawet jedna z oknem, choć to połamane niemal doszczętnie, z powybijanymi szybami straszyło swoimi resztkami szklanych nierównych zębisk, niż nadawało się do dawnego przeznaczenia. Wyciągnął z kieszeni płaszcza czarne okulary, z owalnymi czarnymi kamieniami zamiast zwyczajnych szkieł. Te jednak mocno poddane obróbce chroniły jeszcze lepiej oczy niż zwyczajne szkła. A niczemu nie ustępowały w widoczności tamtym. Bez nich czuł się niemal ślepy jak kret. Przyzwyczajony do ciemności, nawet w tak pochmurny i deszczowy dzień jak dzisiaj czuł się bez nich oślepiony. 
Naciągnął mocniej kaptur na głowę by schować się jeszcze bardziej przed deszczem. Zamknął za sobą kamienną płytę, która stopiła się z podłogą, w taki sposób, że zniknęły wszelkie szczeliny świadczące o tym, że tutaj może być jakieś przejście. Ruszył obserwując otoczenie. Kamienne golemy i gargulce stały jednak tam gdzie wcześniej, śledząc jego każdy ruch jedynie poprzez obracające się oczy. Oczywiście teraz tego nie był w stanie zauważyć. Był tego jednak więcej niż pewny. Już dawno to zaobserwował kiedy to miał okazję przyjrzeć się im z bliska. Żyli w koegzystencji, więc tolerowali swoje istnienie wzajemnie. Chociaż to on ich bardziej tolerował. Służyli mu jako dodatkowa straż i robiąca to w zasadzie za darmo i on nie musiał się nawet o nic prosić kamiennych stworów. Przez długi czas zastanawiał się czy nie zniszczyć ich i dlaczego to jego posiadłość sobie upodobały na kryjówkę.
Może dlatego, że było tutaj tak wiele kamienia? A w dodatku cały teren wyglądał jak jeden wielki cmentarz? Kto tam zresztą zrozumie te żywiołaki ziemi i czym się mogą kierować. Aleksander był sam, w dodatku pojawiał się tutaj raz na miesiąc, ewentualnie dwa razy. Więc nie przeszkadzał ożywionym stworom i tak istnieli sobie obok siebie ponad rok czasu. Po przekroczeniu bramy odgradzającej dawną posiadłość Cortezów wziął rozbieg i wykonał skok, teleportacja przestała działać tak jak dawniej. Ograniczając czarodziejów w zasadzie do niedalekiego skoku o maksymalnie kilkanaście metrów. Ktoś, kiedyś, nadał temu ładną nazwę Shunpo, który dość szybko został przyswojony przez niedobitków wojny.
W dodatku na terenie posiadłości od zawsze wisiało ograniczenie do teleportacji, więc całkowitym głupcem by się okazał, gdyby w ogóle chciał próbować już tam zacząć swoją podróż przy pomocy skoków.

Jego postać znikała w szumie i cichych trzaskach, nadając mu zwiewnej postaci, niczym czarnej zmorze ścigającej się z duchem wiatru mknąc po zniszczonych, spopielonych pustkowiach, później przez wykarczowane i spalone lasy z gdzieniegdzie sterczącymi symbolami przeszłości, czarnymi, tak kruchymi, że każda próba oddziałania na nie skończyła by się rozpadem ich w rękach. Nie dotykał więc przeszłości, pędził dalej niczym skrawka czarnej szmaty porwanej przez intensywny podmuch wiatru. Leciał ku swej przyszłości, na spotkanie z swoimi demonami. Ku zagładzie, ku tym których bomby zmieniły cały świat do niepoznania. On jako widmo dawnych czasów, znów wyrusza by siać zemstę, śmierć i popłoch u niedobitków. U tych którzy to tak dumnie nazywali siebie ludźmi, a jego niejednokrotnie potworem. Dawni jasnowidze mówili o strasznych czasach. O śmierci narodów, mugoli i czarodziei, śmierć miała bowiem nie wybierać, kosić wszystkich po równo. I tak więc się stało.

Nie wybierał, zabierał wszystkich w potworny danse macabre. I jako nieumarłe legiony sprowadzał do swojego małego piekiełka. Tam mieli stać się nawozem dla Ziemi, bowiem Ziemia nie potrzebowała już ludzi, teraz mogły jedynie istnieć anioły albo demony. 
I śmierć. 
Powrót do góry Go down


Heaven O. O. Dear
Heaven O. O. Dear

Student Slytherin
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 1,70
C. szczególne : Duży brzuch ciążowy
Galeony : 400
  Liczba postów : 772
http://www.czarodzieje.org/t16083-heaven-olive-octavia-dear
http://www.czarodzieje.org/t16084-hood
http://www.czarodzieje.org/t16087-margarita
http://www.czarodzieje.org/t16082-heaven-o-o-dear
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyNie 13 Paź - 13:10

Must be something in the water or that I'm my mother's daughter.

Rudowłosa dziewczynka od razu po narodzinach stała się dla Heaven centrum wszechświata. Tak było do dzisiaj, niezmiennie, nic nie było ważniejsze niż jej dobro. Co nie znaczy, że drastycznie zmieniła styl życia - wręcz przeciwnie, mniej, niż można by się było spodziewać. Na szczęście znalazła dobrze płatną pracę, na tyle, że udało jej się nawet zatrudnić opiekunkę do małej. Pozornie się ustabilizowała, ale nadal chętnie chwytała okazję by odpocząć od roli matki, wyjść na imprezę, poznać kogoś nowego, dobrze się bawić. Zresztą, była przekonana, że dobrze jej to robiło, siedzenie bez przerwy w domu i pracy, prędzej czy później wykończyłoby ją psychicznie, a to nie byłoby najlepsze nawet dla relacji matki z córką. Niemniej, priorytetem zawsze była Zoey, która z każdym rokiem robiła się coraz bardziej wygadana. Już teraz łatwo było zauważyć, że w przyszłości ma być z nią sporo problemów. Była przebojowa, odważna i pewna siebie, chętnie zagadywała inne dzieci, lubiła się przemądrzać i być w centrum zainteresowania. Od małego była niezłą manipulantką, to z całą pewnością mogło zaniepokoić, ale Heaven nigdy specjalnie się tym nie przejmowała. Zakładała, że z takimi skłonnościami dziewczynka przynajmniej poradzi sobie w życiu. Zresztą, za rok miała iść do Hogwartu, co wymagało samodzielność i na szczęście w tej kwestii Dear nie miała się co martwić.
Zeszła do kuchni, a Zoey już siedziała przy stole i czekała na śniadanie.
- Głodna? - uśmiechnęła się i wzięła za przygotowanie ich ulubionych tostów. Wstawiła wodę na kawę i nalała córce soku pomarańczowego do szklanki. Upiła łyka i położyła go przed nią na stole.
- Bardzo. Strasznie długo się zwlekasz z tego łóżka. A dzisiaj idziemy na spacer do Hogsmeade, pamiętasz? Obiecałaś - podkreśliła surowo dziewczynka i wypiła duszkiem pół szklanki.  
- Pamiętam, pamiętam, nie bój się - pokręciła głową Heaven i w końcu dokończyła śniadanie. Położyła wszystko na stole i wzięła do ręki proroka codziennego. Oderwała małej kawałek przeznaczony dla dzieci i podsunęła obok talerza. Ziewnęła zaspana i popijała kawę, z nadzieją, że ta w końcu trochę ją obudzi. Faktycznie obiecała jej dzisiaj wycieczkę i nie zamierzała z tego rezygnować, nawet jeśli jej marzeniem był dzień spędzony w piżamie.
Cieszyły się leniwym porankiem. W pewnym momencie z góry zszedł Colin, aktualny facet Heaven, który trochę u nich pomieszkiwał. Broń Merlinie się nie wprowadzał, ale został już przedstawiony małej (jak kilku innych wcześniej, przepędzonych przez diabełka, który teraz spokojnie popijał sok pomarańczowy) i zdarzało mu się nocować. Zszedł po schodach i spojrzał na kobietę wzburzony, wskazując na swoją głowę. Jego brązowe włosy po porannym prysznicu przybrały intensywnie różową barwę. Dziewczynka uśmiechnęła się słodko, jak aniołek. Była mistrzem podkradania Heaven eliksirów.
- Serio, Heav? To nie jest pierwszy raz. Mam dzisiaj ważne spotkanie, a na to nie działa żadne zaklęcie - westchnął zrezygnowany. Należał do tych cierpliwych, ale i on z czasem zaczynał mieć dość. Trudno było się dziwić. Zoey ciągle wymyślała różne, nieszkodliwe, ale z czasem dość irytujące żarciki.
Heaven odchrząknęła cicho, starając się zachować powagę.
- Cóż, jakoś sobie poradzisz, wierze w ciebie - rzuciła tylko i nawet nie zamierzała wygłaszać córce reprymendy. Wróciła myślami do czytanego artykułu i zupełnie zignorowała oburzenie mężczyzny. Trzeba było przyznać, że bardzo rzadko dyscyplinowała małą, co pewnie nie było zbyt mądre, ale nie widziała się w roli surowej matki i nie zamierzała w nią wchodzić. Jeśli komuś się to nie podobało, drzwi były w ich domu w dość widocznym miejscu. Colin właśnie z tej opcji skorzystał, wychodząc bez słowa i trzaskając drzwiami. Dopiero wtedy kobieta podniosła spojrzenie na swoją latorośl i pokręciła głową z dezaprobatą.
- No co? Nie był dość dobry - wzruszyła ramionami dziewczynka i wgryzła się w swojego tosta.
- Nie wątpię - odparła i dokończyła swoje śniadanie. Zebrała naczynia ze stołu i zabrała się za sprzątanie. - Leć się ubrać, zaraz będziemy się zbierać - opróżniła kubek z kawą ostatnim, dużym łykiem.
Każdy chyba kojarzy niewygodne pytania zadawane przez dzieci. Chwilę po zakończonym śniadaniu w pokoju rozbrzmiało to jedno, najgorsze, na które Heaven naprawdę nie chciała nigdy odpowiadać.
- Mamo, a kiedy odwiedzimy ciocię?

______________________


When, when the fire's at my feet again
And the vultures all start circling

They're whispering, "You're out of time”
But still I rise



Powrót do góry Go down


Dina Harlow
Dina Harlow

Student Slytherin
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Czystość Krwi : 50%
Wzrost : 164
C. szczególne : brak
Galeony : 81
Dodatkowo : Pół wila
  Liczba postów : 426
http://www.czarodzieje.org/t17491-claudine-harlow#491028
http://www.czarodzieje.org/t17496-dina-harlow#491254
http://www.czarodzieje.org/t17497-pumpkin#491256
http://www.czarodzieje.org/t17493-dina-harlow#491062
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyPią 18 Paź - 14:15

Swego czasu przyjazd do Anglii równał się przykrym obowiązkom. Claudine unikała skrupulatnie bycia zobowiązaną już od wielu lat. Unikanie było łatwe, dotrzymywanie obietnic - zupełnie nie. Pochowała tu jedno ze swoich poprzednich żyć, jednego z partnerów, jedną z osobowości, jedno z wielu sztucznych wcieleń. Wszędzie gdzie się zatrzymywała ubierała przecież nowy kostium, kupowała nowy flakon drogich perfum, dobierała inny, kuszący odcień pomadki. Wszędzie wierzyła, że zostanie na dłużej, dawała się usidlić, uwiązać, zgadzała się na wszystko. Bez cienia swojego nazwiska za plecami jej życie nie miało żadnego znaczenia, a czarna dziura w jej wnętrzu, którą on po sobie zostawił doskwierała samotnością. Potrzebny był ktoś, coś, potrzebowała ją zatkać czymkolwiek. Tylko po co? Cała szopka by ostatecznie znów gdzieś uciec. Ucieczka stała się definicją jej prawdziwego życia. Przecież nigdy nie chciała zobowiązań.
Więc znów Londyn.
W Hiszpanii jej świętej pamięci mąż, Gallo miał stabilne miejsce w Ministerstwie. Jako jego współmałżonka, niczym rasowa pijawka, zaskarbiła sobie prestiż związany z noszeniem tego nazwiska. Małżeństwo w tym wypadku okazywało się być dobrym interesem; mogła gdzieś połączyć zamiłowanie do spektakularnego pozbawiania ludzi życia z obowiązkami na rzecz dobra Czarodziejskiego Narodu. Dwie pieczenie, jak to mawiają, na jednym ogniu. Europa dawała jej teraz kolejną możliwość, przy okazji pozwalając znów uciec od ciężaru normalnego życia.
Przemierzała korytarze siedziby podążając za wskazówkami uprzejmego gamonia spod drzwi frontowych stukając obcasami o marmurowe posadzki. Skręciwszy między kolumnami, chwyciła za klamkę drzwi i pchnęła je łagodnym ruchem. Oduczyła się pukać, oduczyła się pytać, czekać na pozwolenie. Wpieprzała się ludziom w życie z butami dokładnie w ten sam sposób, jak wchodziła do pomieszczeń i opuszczała ich nie mówiąc 'do widzenia'. Niewzruszona, niepokojąca, o spojrzeniu palącym skórę. Omiotła gabinet badawczym wzrokiem kogoś, kto dobrze wiedział czym jest pułapka, kto znał zasadzki jak mało kto i odruchowo już kontrolował swoje otoczenie. Prześliznęła wzrokiem po ścianach, meblach, zakamarkach, postać - będącą jak się miało okazać największą pułapką - jakby zwyczajnie pomijając.
Na pierwszy rzut oka arogancka wariatka. Biała jak śnieg, lśniąca jak lustro tafla prostych włosów, wyniosłe spojrzenie, lekki grymas zniecierpliwienia uciekającym czasem malujący się na twarzy. Dopiero utkwiwszy spojrzenie w nim, w jego profilu, dopiero słysząc znajome brzęczenie podświadomości poczuła się prawdziwie uwięziona w ruchomych piaskach.
Co..
Przekrzywiła głowę na bok marszcząc brwi. Znajomy nieznajomy. Łatwo i trudno jednocześnie. Czy mogła tego uniknąć? Czyjeż to niedopatrzenie, że nie wiedziała kogo spotka w tym pomieszczeniu? Jej? To nie był dobry moment na taką konfrontację. Wciąż otulała się przecież czarnym kirem żałoby po mężczyźnie, z którego on wydusił życie. Wypadałoby się witać. Usta wygięły się w łagodnym uśmiechu, całkiem odruchowo, poza nim był przecież też po prostu mężczyzną, a jej racjonalna strona klasyfikowała mężczyzn tylko w jednej kategorii relacji. Jednej reakcji. Mistrzyni aktorki jednej miny i roli. Nie byłaby pół-wilą gdyby nie umiała korzystać z możliwości ułatwienia sobie pracy. Tak wiele lat temu i jego przecież urabiała nieporadnym urokiem nastoletniego umysłu. Teraz był inny, teraz był odporny, teraz nauczył się urabiać ją. Z drugiej strony budził się w niej ten ognik, niewielki, który kazał jej zamknąć rozchylone w niewypowiedzianym powitaniu usta. Poruszyła głową na boki biorąc wdech i czując stres osiadający jej bólem na karku. Stało się.
Zamknęła za sobą drzwi.
- Witaj. - nim ostatnia sylaba wybrzmiała w powietrzu, płynnie jak zwierze, niespodziewanie jak błyskawica przecinająca niebo podniósł się z niebotycznych rozmiarów fotela i ruszył w jej stronę. Gdy się zbliżył, a robił to jednocześnie za wolno i zbyt szybko jak na jej standardy, wciąż nie tracąc wyuczonego uśmiechu poczuła jak się dusi. Dwa potężne impulsy energii, dwa fronty burzowe, za blisko, za dużo ozonu a za mało tlenu. Małe iskierki pod skórą czekały jedynie na jego dotyk. Jak dobrze, że zachował tę cienką granicę, żal byłoby wystroju pięknego pomieszczenia na wybuch tej nuklearnej bomby.
Fala krwi zadudniła w jej skroniach jak pierwszy, powolny rytm, wystukiwany na wojennym bębnie obciągniętym ludzką skórą. Bębny z ludzkiej skóry brzmią trochę inaczej, głęboko, strasznie. Claudine znała maoryskich wojowników, lubujących się w skórowaniu ludzi kiedy ci jeszcze żyli. Ponoć zdarta ze zmarłego nie miała takiej sprężystości jak zrywana żywcem.
- Usiądź. - powiedział nie pozostawiając miejsca na dyskusję. Była to przecież rozmowa o pracę. Jednym płynnym ruchem odsunął jej fotel z taką łatwością, jakby wcale nie był wielkim, misternie rzeźbionym kawałkiem kłody. Jednak brak wysiłku jaki towarzyszył odsuwaniu mebla wcale jej nie zaskoczył, przyjęła zaproszenie ulegle, wcale się swej uległości nie dziwiąc - tylko jemu, przez całe swoje życie, potrafiła ulegać. Czas opadania na wiekową acz wciąż piękną poduchę wprawił ją w zadumę. Wszystko działo się tak szybko i za wolno jednocześnie. Nienaturalnie. Może prawda tkwiła w tym, że przy ich spotkaniu czasoprzestrzeń ulegała zakrzywieniu?
Zanurzyła się w objęcia mebla, gąbki, skóry, zapachu starości i historii, a ogromne biurko wydawało się bezpiecznym oceanem dzielącym go przed nią. Trochę jak fosa między wybiegiem tygrysów, a zwiedzającym. Tylko które z nich w tym wypadku było bestią.
Potrzebowała tej granicy. Trzy calowej grubości blatu z litego dębu, który obroni go przed jej myślami. Przed jej szeptem, bladymi palcami, które zaplotła w węzły w kurczowym zacisku na rzeźbionych podłokietnikach. Spokojnie moje dłonie, cicho blade usta, uspokójcie się myśli.
Świat i życie rzadko okazywały jej jakąkolwiek litość w codzienności. W ciągu swojego niedługiego acz intensywnego życia przywykła już do faktu, że zawsze wszystko musiała pchać pod górkę. Dlaczego tego cholernego dnia łudziła się, że będzie inaczej? Senna bestia o paciorkowych oczkach lizała łagodnie jej pomarszczone ego drapiąc szponami nadwyrężone niechcianymi emocjami serce.
On był wszystkiemu winny.
- Miło znów Cię widzieć. - wypowiedzenie tych kilku sylab sprawiło jej jawnie nieprzyzwoitą przyjemność. Grymas zadowolenia przebił się przez maskę sztucznego uśmiechu. Nawet w głowie, sama ze sobą, rzadko pozwalała sobie na myślenie o nim. Zawsze był jej grzechem, przecież o tym wiedział. Nieuchwytnym celem, pragnieniem, którego nie potrafiła ugasić niczym, nawet śmiercią. To ciekawe jak pożądanie drugiej osoby potrafi pchać człowieka w najdalsze zakamarki świata, w najdziksze z sytuacji, najtrudniejsze z relacji. Spróbowała zamknąć oczy w jakimś nienaturalnie przyjemnym przeświadczeniu, że jak je otworzy to dalej będzie tam siedział. I siedział. Powoli zamykała i otwierała powieki, a kąciki jej ust drgały za każdym razem. Trochę to może szalone, ale nigdy nie nazywał jej normalną. Zawsze odbiegali od normy. Czym jest standard?
- Co tu robisz, Claudine. - jego głos przerywa ciężką chwilę ciszy.
O coś pyta. Pyta? Słucha? Potrzebowała chwili by jej mózg przetworzył ruch jego warg w słowa, bo tętent krwi zagłuszał ten łagodny, spokojny ton głosu.
- Praca. - jedno słowo, oficjalny ton głosu, pierwsze kłamstwo. Sprowadzało ją tu wszystko, bynajmniej praca- Mój małżonek, Julian Gallo, zginął na Kostaryce. - dodała łagodnym głosem, ale przecież o tym wiedział. Oboje wiedzieli, oboje patrzyli jak umierał. - Dowiedziałam się, że zgodnie z jego ostatnią wolą powinnam przyłączyć się do działań w Londynie. - Konwenanse, konwenanse, oficjalne gadki szmatki. Wystarczy spojrzeć w jej oczy, żeby zorientować się co uczyniłaby najchętniej. I nie byłoby w tym działaniu zbyt wiele miejsca na pogawędki.
- Moje kondolencje. - mówi, choć oboje wiedzieli, że słowa te nie są szczere. Nie współczuł. Nie przepraszał. Dlaczego? Bo ona również żalu nie odczuwała. Jej "mąż". Słowo to w niczyich ustach nie brzmiało zapewne nigdy równie chłodno. Wiedzieli, że to gra. Kolejny z nieszczęśników stał się ofiarą poszukiwań tego, czego schwycić dotąd nie mogła. Od czego uciekła, gdy była tak młoda. Powietrze wokół nich gęstniało z każdym oddechem. Ściany przesadnie rozległego gabinetu zdawały się napierać na otaczającą ich przestrzeń. Sekundy mijają nieubłaganie. Za szybko. Nazbyt wolno. A może czas stanął w miejscu? Pamiętasz tamte chwile? Te poranki, noce, podczas których czas nie istniał? Byli wtedy tacy młodzi. Dziś nadal młodzi, choć zatrzymywali usilnie dwie odrębne wskazówki zegara czasu.
Na te kondolencje znów jakiś grymas lekko zaburzył błogi uśmiech tak skromnie błądzący po jej twarzy. Wzrok zdawał się mówić "daruj sobie" jednak wewnętrzna radość z faktu ponownego bycia wdową za każdym razem wprawiała ją w zadumę. Chyba nie powinna się z tego tak cieszyć.
- Ach dziękuję. - kiwnęła nieznacznie głową. Coś niewygodnego było w tym fotelu. Może to coś niewygodnego w niej?
Pewnie jakaś myśl.
Pewnie o kimś.
Pewnie o nim.
Przekręciła się przenosząc ciężar z biodra na biodro, zaplatając nogi, zdejmując i zakładając z powrotem dłonie na podłokietniki. Zmarszczyła brwi czując się trochę jak dziecko na dywaniku, jak wyjątkowo marna pracownica kajająca się przed pracodawcą. Czy tak to będzie wyglądało? Czy zawsze już siedząc przed nim tak będą nią targać te nerwowe konwulsje? Czy to kajanie się, czy może usilna próba panowania nad sobą.
Co by się stało, gdyby pozwolił jej działać. Do czego mogłoby doprowadzić szaleństwo tej kobiety, gdyby tylko odrobinę ją zachęcił. To szaleństwo na Twoim punkcie.
Tylko on tak na prawdę umiał trzymać ją na smyczy. Nawet jej własna rodzina potrzebowała do tego klątwy, a on? Siedział tam sobie, uśmiechał się kącikiem ust, pojawiał raz na sto lat i mówił coś tym miękkim głosem kota. I... już. Harpia w potrzasku, na łańcuchu, przykuta do niego choćby się przed tym bronił. To chyba trochę tak, jakby sobie nie zdawał sprawy z tego co go miało czekać po tym niewinnym, przelotnym romansie w młodości. W sumie - skąd mógł wiedzieć, kiedyś nie wydawała się być aż taka. Może to dalej tylko przygoda, podróż w nieznane. Ponoć z samobójczego skoku w przepaść najprzyjemniejszy jest lot - czyli to co teraz między nią, a nim. Lot. Taka w niej nadzieja, że nigdy się nie skończy ale sami wiemy jak takie loty, takie historie się kończą. Po prostu - kończą. A upadki zawsze są bolesne. Z takiej wysokości możemy być pewni, że śmiertelne.
Może dla niego to tylko wycieczka, przypadkowy dyskurs na idealnie zaplanowanej drodze życia. Bo przecież miał idealnie zaplanowane życie, czyż nie? Wszystko pod kontrolą, dobrze to znamy.
Wszystko. Pod. Kontrolą.
- Masz już dobrane serwetki na wesele? Oby nie białe, krew będzie bardziej razić. - jej cichy szept przerywa delikatną tkaninę ciszy. Słyszała już przecież o jego nowej wybrance, jego decyzji podjęcia walki o prawdziwe, normalne życie. Przecież tak to działa, ludzie się kochają, zaręczają i ze sobą starzeją. Nie wszyscy do związków podchodzą w tak... oryginalny sposób jak ona. Nie było na to usprawiedliwień. Nawet jeśli lubiła wić się nocami we własnych wspomnieniach jego ramion, dniami, tygodniami patrzeć na twarze swoich małżonków wiedząc, że prędzej czy później zginą z jej albo jego ręki, nawet jeśli dawała sobie rozgrzeszenie, że przecież prędzej czy później któreś z nich, że to małżeństwo jak każde inne i tak nie potrwa wiecznie, to jednak... no właśnie. Teraz ta rozgrywka układała się z drugiej strony. A we wdówce rosło pragnienie eliminowania zbędnych narzeczonych. Bo tak przecież działał system do tej pory, prawda? Pytanie brzmi, dokąd zaprowadzi ją to myślenie. No i czy pozwoliłby harpii zerwać się ze smyczy. Można się spodziewać, że on jako wdowiec nie prezentowałbyś się tak czarująco. Bardziej... destrukcyjnie.
Powrót do góry Go down


Gunnar Ragnarsson
Gunnar Ragnarsson

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Wiek : 21
Czystość Krwi : 50%
Wzrost : 188 cm
C. szczególne : blizna z pazurów wzdłuż kręgosłupa do połowy pleców; na ramionach tatuaże run nordyckich wpisanych w islandzką, mistyczną symbolikę i zarys skalnych grani
Galeony : 155
Dodatkowo : Prefekt fabularny
  Liczba postów : 297
http://www.czarodzieje.org/t17572-gunnar-e-ragnarsson#492803
http://www.czarodzieje.org/t17577-son-of-ragnar#493011
http://www.czarodzieje.org/t17578-huugin#493014
http://www.czarodzieje.org/t17571-gunnar#492793
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyNie 20 Paź - 17:52



❝ Kamienie tu mówią. Szepczą i czasami śpiewają, trzeba tylko posłuchać.


Zawsze wiedziałeś, że w końcu wrócisz do domu i chociaż twój status związkowy zakrawa się o bardzo skomplikowane: to skomplikowane, jesteś szczęśliwy. To nic nie znaczy. Miłostki. Żony. Dzieci. Praca. Problemy zwykłych ludzi – nie dotyczą cię. Nie kiedy stoisz na znanej sobie skalnej grani. Niemalże już słyszysz w głowie szum sławiennego wodospadu, znajdującego się nieopodal. Przypominasz sobie jego melodię. Stabilną, przyjemną dla ucha, porównywalną do tych pięknych, drżących nut, jakie wydaje z siebie Melusine w największych chwilach uniesienia. Chłodna i temperamentna jak lodowo-ognista Islandia. Dziś porównujesz urodę pięknej syreniej uwodzicielki do niej – Islandii. Albo urok Islandii do wdzięku i powabu tej bezbożnej trytonicy zesłanej ci przez samego Njorda. Urzeka cię, porywa, przyciąga, hipnotyzuje i gubi. Jak wielu żeglarzy przed tobą i ich statki. Czy to poświęcenie nie jest tego warte? Tego widoku. Rozciągniętych pasm górskich, latem okraszonych intensywną zielenią, ale też chłodem. Zimą – feriami barw plasującej się na niebie zorzy. Widząc wolnych, ukrytych ludzi, umykających między szczelinami lub w gęstych trawach pobliskiej, dzikiej fauny, uśmiechasz się kątem ust.
   — Kocham.
   Ją.
   Kobietę bądź Islandię. Nigdy tego nie dookreślasz. Czując chłód wdzierający się pod materiał grubej, skórzanej kurtki, obitej kożuchem, śmiejesz się, pozwalając echu (tak, masz taką siłę sprawczą) odbić się od masywnych, skalnych ścian.
   Chwilę potem czujesz jak kobiece, smukłe ręce oplatają cię za szyję. Nawet nie spinasz ramion, od razu wybaczając rusałczej harpii, że uwiesza ci się przy karku, ściągając cię do dołu. Dymek spomiędzy jej warg unosi się w powietrzu, jak twój własny oddech. Mieszają się razem w atmosferze.
   — Czy to nie najpiękniejszy dzień w twoim życiu, Harlow? — pytasz, odwracając twarz w jej kierunku. Rozplatając ręce ze swojej szyi, wybaczasz jej dzisiaj, że używa cię jak wspornika. W końcu wędrówki, zwłaszcza te długie i pełne wysiłku nigdy nie były jej mocną stroną. Ściągasz łopatki razem, zamykając oczy. Nie drażni cię nawet lekkie dyszenie z boku.
   — Cicho, Harlow. Słuchaj.
   Woda przelewajacego się wodospadu. Wiatr świszczący w powietrzu. Szepty obserwujących was z oddali elfów. Słyszy? Jak mogłaby nie słyszeć? To dźwięk domu.
   — Frea? – dopytujesz nienachalnie o swoją siostrę, ciekaw czy dała im znać, że jest w kraju i czy się spotkają. Jednak nie aż tak, jak sądziłeś, kiedy zadawałeś to pytanie, bo zdałeś sobie sprawę, ze nie chcesz zakłócać tej ciszy. Dlatego unosisz dłoń w górę, wyciszając odpowiedź. Raz w życiu niech Dina będzie cicho, kiedy chłoniesz atmosferę. Nawet nie pytasz: “jak Cassius?” chociaż od samego początku masz ochotę o to spytać. Z czystej, wrodzonej złośliwości. Jednak nie robisz tego, wiedząc… że to wszystko popsuje. Cały spokój. Cały klimat.
   Chciałeś słyszeć wszystko, nawet ciche westchnienie drzewa osuwającego się na surowym głazie. Trzask łamanych gałęzi, kiedy uleciało w dół po klifie. Jakby specjalnie czekało na ciebie, żeby dać ci pokaz. Uzdrowić twoje oczy nieprzewidywalnością i naturalnością dzikiej Islandii.
   Kucając jesteś bliżej ziemi, która budzi przyjemne mrowienia w końcówkach palców, kiedy dotykasz opuszkami litego kamienia.
   Dziesięć lat. Tyle cię tu nie było. O dziesięć za dużo. I o tą magiczną liczbę – dziesięciokrotnie bardziej przez to teraz doceniasz tą chwilę.
   Powrót do domu.
   — Chcę odwiedzić grób matki.
   Nawet teraz, słowa, łagodne opuszczają twoje usta. Może właśnie dziś, po jedenastu i pół roku, w końcu się z nią pogodzisz.
   W końcu nadeszła ta chwila.

Powrót do góry Go down


Melusine O. Pennifold
Melusine O. Pennifold

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 20
Czystość Krwi : 90%
C. szczególne : turban na głowie, piegi na twarzy, płynne ruchy, zwiewne ubrania;
Galeony : 300
  Liczba postów : 444
http://www.czarodzieje.org/t15444-meluisne-pennifold
http://www.czarodzieje.org/t15452-meluzyna#414962
http://www.czarodzieje.org/t15473-meluzyna#415677
http://www.czarodzieje.org/t15446-meluisne-pennifold#414814
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptySro 23 Paź - 22:49

Płacze niebo.
Wielkie krople spadają powoli na nasze głowy owinięte błękitnymi chustami. Wiatr rozwiewa je na wiele stron. Wyglądamy jak delikatna, jasna fala. Która pojawiła się znikąd obok czarnego jeziora. Wszystkie Meluzyny wyszły na ląd, by pożegnać najstarszą z rodu. Mężczyźni wyglądali z okien kornwalijskiej posiadłości. Mężowie, kochankowie, przyjaciele, a nawet synowie. Nikt z nich nie mógł dostąpić ostatniego zaszczytu. Tylko my. Prawdziwe potomkinie Pennifoldów. Nie zostało nas zbyt wiele. Niektóre, te w ciemniejszych chustach, oddalone od brzegu jeziora, są jedynie którymś z kolei pokoleniem naszej męskiej gałęzi. Ale nawet one mają więcej przywilejów niż Ci zamknięci w wielkim domu.
Płaczą trytony.
Słyszymy ich melodyjną pieśń pod powierzchnią wody. Przymykam oczy, by przez chwilę napawać się możliwie moją ostatnią chwilą wolności, bez brzemienia, mogąc robić co chcę, kiedy tylko chcę. Krople deszczu obadają na moje policzki, przykryte długim welonem. Nucę wraz z nimi tą dziwną pieśń, zatapiając się w tych przyjemnych wspomnieniach z moją prababką. Wyobrażając sobie jak jej dusza przenika do wszystkich mórz, oceanów, rzek. W postaci deszczu przenika do stawów, naszego jeziora w Dolinie i jeziora tutaj.
Pieśń się kończy. Partnerka mojej babki wyciąga różdżkę, kreśląc skomplikowane zaklęcie. Wszystkie kobiety ubrane w jasne sukienki mają wejść do jeziora. W tym samym piękna trumna mojej prababki zatapia się na samym środku przerażającej, ciemnej wody przed nami. Biały punkt tonie na zawsze, a my stawiamy pierwszy krok w stronę naszej przyszłości.
Musimy wyglądać nierozsądnie, stojąc po kostki w zielonkawej pod wpływem zaklęcia wodzie. Tylko o tym myślę, tuż przed ważeniem się moich losów, kiedy idę coraz głębiej.
Starożytne zaklęcia działają na nasz stary dom, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Nikt nie wie jak jest naprawdę, ale w jakiś sposób zaklęcie przechodzi na nas po śmierci najstarszej z rodu i staje się ona posiadłością jednej z nas. Nasza przodkini musiała być niesamowitą czarownicą. A prawdopodobnie była po prostu specem w rzucaniu dziwnie uzależniającego zaklęcia Fideliusa.
Płaczę ja.
Już wiem kiedy dochodzimy do momentu w którym moja ręka styka się z taflą wody, że zostałam wybrana. Że teraz to mój dom, a poza nim będę wyłącznie nieszczęśliwa. Wszyscy patrzą na mnie, kiedy podnoszę do góry ręce na których tańczy coś podobnego do zielonkawych tatuaży. Stara magia krąży w moich żyłach. Patrzę z fascynacją jak dziwne kształty wiją się po moich ramionach. Wodzę po nich dłonią. Myślę o nordyckich runach na wyrzeźbionych mięśniach, podobnie wijących się pod moimi palcami.
- Musisz wyjechać. Na dłuższy czas. Zanim nie będziesz potrafiła oderwać się od tego miejsca. Im więcej podróży tym lepiej - słyszę moją matkę, stojącą obok. Wciąż nie odrywam wzrok od znikającej powoli magii. Nie zauważyłabym nawet jej wyrazu twarzy przez nasze błękitne welony.
- Tak - mówię cicho. Znaki znikają, a ja mogę odetchnąć świeżym powietrzem spod duszącego nakrycia, który wrzucam do jeziora. Niech odpływa, razem z moją wolnością.
- Zacznę od fiordów.
Powrót do góry Go down
Online


Leonel Fleming
Leonel Fleming

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 26
Czystość Krwi : 50%
Wzrost : 179 cm
C. szczególne : blizna po lewej stronie żeber
Galeony : 167
Dodatkowo : oklumencja
  Liczba postów : 556
http://www.czarodzieje.org/t17243-leonel-fleming
http://www.czarodzieje.org/t17251-leonel-fleming#482709
http://www.czarodzieje.org/t17250-leonel-fleming#482708
http://www.czarodzieje.org/t17245-leonel-fleming
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyCzw 24 Paź - 12:59

Tam, gdzie wyrosła dzika róża...

Był tylko człowiekiem, a ludzie mieli to do siebie, że nie byli nieomylni. Nawet jego intuicja i daleko posunięta ostrożność musiały go kiedyś zawieść, a niestety wydarzyło się to w najmniej oczekiwanym momencie. Czy panna Vries zdawała sobie sprawę z tego, że już wiedział o tym, że stąpa mu po piętach, nie dając nawet chwili oddechu? I czy kobieta zawiadomiła kogokolwiek z Ministerstwa Magii czy może zdecydowała się zająć przyjacielem z dzieciństwa na własną rękę? Przede wszystkim jednak spokoju nie dawało mu jedno pytanie: skąd dowiedziała się o szmuglowanym przez niego ostatnio z francuskiego wybrzeża artefakcie, który wręcz ociekał najczarniejszą magią? Nie śledziła go, był tego pewien, a skoro tak, ktoś musiał go sprzedać za kilka marnych galeonów. O jego przedsięwzięciu wiedział zaś tylko jeden człowiek, toteż im dłużej o tym wszystkim myślał, odpowiedź wydawała mu się coraz bardziej oczywista. Michael Sanford, który przekazał mu namiary na pośrednika w istocie chciał się pozbyć z rynku swojej konkurencji. Ten łachudra nawet nie był świadomy tego, jak wielki błąd popełnił i z jaką osobą zadarł.
Fleming nie byłby przecież sobą, gdyby nie postanowił złożyć mu wizyty. Tym razem jednak miał świadomość tego, że ciągnie za sobą ogon, a Talia bacznie obserwuje każdy jego ruch, by dowiedzieć się całej prawdy o swym dawnym rywalu. Nie po raz pierwszy musiał zręcznie umykać organom ścigania, więc taka przeszkoda nijak nie mogła go powstrzymać przed tym, co nieuniknione. Nie miał wyjścia, zdrajców należało eliminować od razu, by nie stracić w czarodziejskim półświatku posłuchu i należnego szacunku.

Szkarłatna posoka oblepiła jego twarz i ubranie, choć to nie Sanford stanowił największy problem. Kiedy opuszczał stary, obdrapany budynek na obrzeżach Doliny Godryka w myślach modlił się o to, by nie spotkać nikogo na zewnątrz. Sęk w tym, że żadne, nawet najbardziej żarliwe modły nie mogły odsunąć od niego wizji tego spotkania. Oparł się więc tylko o mur, spoglądając w dal na tę sunącą zgrabnie niczym wila sylwetkę, którą w innych okolicznościach mógłby nawet nazwać swym światełkiem w tunelu. Teraz jednak to tylko od niej zależało czy zapomną o tym, co zobaczyli i wspólnie wychylą butelkę Ognistej, czy raczej skończy w zatęchłym Azkabanie, w którym to nie ona, a dementor złoży na jego ustach ostatni pocałunek. Pocałunek śmierci. Czekał na jej ruch, jakby łudząc się, że to co ich łączy silniejsze jest od tego, co ich dzieli. Rozsądek podpowiadał mu, by jednak unieść nieco wyżej kurczowo ściskaną w dłoni różdżkę i dokończyć dzieła. Pierwszy promień niemal smagnął jego ucho, gdy odskakiwał w bok, uchylając się od odpowiedzialności za swe nikczemne występki. Podjęła decyzję, po której dało się słyszeć świst kolejnych zaklęć, a czarne niczym smoła niebo rozświetliły nie gwiazdy, a magiczna poświata wydobywająca się z ich różdżek. Kto by pomyślał, że kiedyś znów powstaną na podeście, udowadniając sobie, kto w ostatnim czasie poczynił większe postępy i kto może poszczycić się znacznie szerszym arsenałem zaklęć. Tym razem jednak żadne z nich nie marnowało czasu na kulturalne pokłony.

Jego oddech stawał się coraz cięższy i coraz bardziej nieregularny, kiedy starał się bronić przed kolejną falą ciosów, aż wreszcie udało mu się odnaleźć tę jedną lukę w utrzymywanej przez nią gardzie. Jej jasne włosy rozpostarły się w powietrzu niczym anielskie skrzydła, a Vries bezwładnie opadła na ziemię. Jego promyk światła w mroku, którego tak bardzo potrzebował. Przez dłuższą chwilę nie potrafił ruszyć z miejsca, próbując uspokoić rozedrgane nerwy i bijące w szaleńczym tempie serce. Wreszcie jednak powłóczył nogami, przedzierając się przez wysokie trawy, docierając prosto do niej. Zawsze uważał, że w czerwieni wygląda olśniewająco, ale gdy pochylił się nad jej bladym ciałem, zrozumiał co uczynił. Nie potrafił uronić łzy, czując jednak, że jego dusza i serce rozpadają się na coraz mniejsze kawałeczki. Objął jej ciało, jedynie w duchu szlochając nad tym, że los niczym pionki w grze zdecydował się umieścić ich po dwóch stronach barykady. Wiele razy wyobrażał sobie przecież, że mogliby stanowić naprawdę zgrany duet. Nie dopuszczał do siebie myśli, że któregoś dnia do dojdzie do czegoś takiego. On albo ona. Ona albo on. Zastanawiał się czy nie żałuje tej decyzji, czy nie powinien po prostu dać jej zwyciężyć. Przynajmniej raz w życiu zaznałby spokoju, nie niszcząc tego, co piękne. Przesunął jeszcze ten ostatni raz opuszkami palców po jej delikatnej twarzy, rozmazując na niej krew i przekonując samego siebie, że nie pozostawiła mu żadnego wyboru. Jednocześnie zdał sobie sprawę z tego, że nie może tu dłużej pozostać. Wierzył, że Talia trafi w lepsze miejsce, w którym wreszcie poczuje się jak w domu, a sam… odszedł do własnych demonów i własnego piekła, upijając się do nieprzytomności, by zabić utkwione gdzieś w głębi wspomnienia i nauczyć się żyć bez niej.
Powrót do góry Go down


Talia L. Vries
Talia L. Vries

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 27
Czystość Krwi : 90%
Wzrost : 172cm
Galeony : 159
  Liczba postów : 185
http://www.czarodzieje.org/t17535-talia-l-vries?highlight=talia+l++vries
http://www.czarodzieje.org/t17558-talia-l-vries?highlight=talia+l++vries
http://www.czarodzieje.org/t17559-skrzynka-pocztowa-talii#492366
http://www.czarodzieje.org/t17553-talia-l-vries?highlight=talia+l++vries
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyCzw 24 Paź - 16:22

... i tam, gdzie był początek jej końca.


    Schowała twarz w dłoniach. Jak bardzo chciała być głucha na słowa, które do niej docierały. Jak bardzo chciałaby nie słyszeć, nie widzieć i nie wiedzieć. Zamknąć się od środka i żyć w tej iluzji, okłamywana każdego dnia. Chciałaby być głupcem w swojej własnej historii, naiwną istotą, którą można zwodzić i karmić fałszem, wkładając go jej przez gardło do żołądka. Dla niego mogłaby być nawet pacynką, której sznurki pociągałby wedle swoich upodobań. Chciałaby się przeobrazić, zmienić kształt, wyjść z własnej skóry. Byleby nie wiedzieć tego, co wie. Mogłaby mieć przeciw sobie cały świat, ale nie jego. On był jej domem, jedyną przystanią, do której dobijała od czasu do czasu, próbując mierzyć się z nim jeszcze raz. Zawsze byli przeciwko sobie – jak czerń, z bielą. Jak wysłannicy dobra i zła, cóż za sztampowa ironia. Kiedy więc wbrew wszystkiemu odwrócili wszystko na lewą stronę, kiedy zaśmiali się losowi w twarz, próbując skleić te emocje w coś więcej? Ona cały czas czuła, że coś jest nie tak. On nigdy nie zaprzeczył. Próbowała to ignorować, ale gdzieś nad jego ramieniem był mały punkt. Dioda, która żywą czerwienią świeciła na alarm. Za każdym, pieprzonym, razem. Odejdź. Ucieknij. Nie wracaj tu. Odpłyń, mała, odpłyń. Niech morze zabierze Twoje ciało. Miłość ta była najtrudniejszym, z czym w życiu przyszło jej walczyć. Każdego dnia czuła, że zaczyna brakować jej sił. Że prędzej czy później któreś z nich pomyli to uczucie z nienawiścią, że uderzy za mocno, w najczulszy punkt, a wszystko co było dookoła runie razem z nimi. Jak przez mgłę pamięta moment, w którym pojawiła się w jego barze. Za nic w życiu nie była sobie tak wdzięczna. I niczego tak bardzo nie żałowała.

    Tak wiele chciała, a tak niewiele mogła. Jak mogłaby opuścić samej siebie, porzucić swoje przekonania i wartości? Gdyby było to małe przewinienie, może dopisałaby je do listy jego wad, wrzuciła gdzieś na dno szuflady, udawała, że o niczym nie wie. Może wzgardziłaby sobą jeszcze bardziej, tonąc później w jego bliskości, która uciszała wszystkie jej rozterki. Może zamknąłby jej usta i ruszyliby dalej, tylko po to by po kilku miesiącach znowu upaść? Od prawie dwóch lat próbowała jednak rozpracować grupę przemytników, którzy pomiędzy Anglią a Francją szmuglowali jedne z najbardziej potężnych, czarnomagicznych artefaktów. Ktokolwiek ich potrzebował musiał lubować się w cierpieniu innych, tak skrajnym, obrzydliwym, plugawym. Sprawa może i nie byłaby tak istotna, gdyby nie fakt, że za przemytnikami znajdowali coraz więcej ciał. Ktoś zacierał swoje ślady w najbardziej ostateczny sposób. Kiedy tak pojawiała się z cichym dźwiękiem aportacji na miejscach zbrodni, patrzyła w te martwe oczy ofiar, jak w oczy swojego ojca. Znowu miała szesnaście lat. Znowu czuła to w całym ciele, ten ból, który rozlewał się pod skórą, którego nie można ignorować. Ten sam, który nigdy też nie mija – chowa się gdzieś tylko, by w środku nocy usiąść Ci na klatce piersiowej. Dźwięk szlochu bliskich zmarłych zmywał jej sen z powiek. Nie miała wiele czasu, pracowała po nocach, korzystała z transmutacji, by zmienić swój wygląd i szlajając się wieczorami po barach i uliczkach Śmiertelnego Nokturny, podsłuchiwać rozmów prowadzonych szeptem. Nie tylko ona ich szukała – oni też na nią czyhali, skryci w bocznych uliczkach, za kuluarem złudzeń. W końcu zatrudnili też legilimentkę – młodą, nieco dziwaczną, jakby sama raczej pasowała do cienia niż światła. To ona przyparła jednego z przemytników do muru, wydobywając z niego wspomnienia. To ona wyświetliła aurorce obraz, który przykleił się do jej powiek, wyświetlając się za każdym razem, gdy zamykała oczy. Każdy, tylko nie on. Cały świat, tylko nie Leonel. A jednak to on szedł po trupach do przodu. W końcu mówi się, że najsłabiej zauważalne jest to, co ma się wprost przed sobą. A może po prostu za nic w świecie nie chciała zaufać swojej intuicji, która od dawna już kazała jej na niego uważać. Teraz jednak nie była to prywatna sprawa. Reprezentowała Ministerstwo Magii. Reprezentowała swoją przeszłość, złożone obietnice, a także całą złość, która rosła w niej odkąd tylko go spotkała.

    Przyparła plecami do muru, biorąc po raz ostatni głęboki oddech. Śledziła go. Wiedziała, że Sanford - z którego legilimentka wyrwała wspomnienia, długo nie pożyje. Wzięli to pod uwagę, wiedząc, że stał się niewygodny, a Fleming będzie szukał zemsty. Uznali, że koszt jednego istnienia jest wart zakończenia całego tego cyrku. Ona oczywiście chciała go uratować, ale zwyczajnie nie zdążyła. Leonel był szybszy, zjawił się pod jego drzwiami pierwszy. Był bezwzględny w swoich czynach. Metaliczny posmak rozlał się Talii po wnętrzu ust, kiedy ze stresu przegryzła wargę. Zapach krwi unosił się też w powietrzu, dominując wszystko wokół. Nie mogła dać mu uciec, teleportować się sam Merlin wie gdzie. Nie mogła też czekać na innych. Ruch nadgarstkiem. Dźwięk, jakby smagała powietrze biczem. Musiała go zaskoczyć chociaż trochę, ale była za daleko, by celnie wycelować – odskoczył w bok, niknąć w wysokiej trawie, niczym zaskoczona zwierzyna. Cholerne przedmieścia. Nawet wtedy, kiedy celowali w siebie różdżkami mordercze zaklęcia, nie wiedziała jak skończy się ten pojedynek. Czy na końcu podadzą sobie rękę, dziękując za emocjonującą walkę i rozejdą się w swoje strony? Czy zdoła mu przemówić do rozumu? A może on wykorzysta cały ten urok, któremu od początków ulegała i zarzuci na jej głowę płachtę zdrajcy, uciekinierki, która porzuciła wszystko to, czemu wierzyła, by zniknąć razem z nim? A może… może oboje się skończą. Po prostu. Rzuciła się do przodu, podążając jego krokiem, czuła jak pulsuje jej całe ciało, jak złość wylewa się z porów jej skóry, jak niesprawiedliwość rozpycha się w jej wnętrzu, jak krzyczy w środku. Nikt jej tak nie wykorzystał. Nikt jej tak nie skrzywdził. Zabij go. – podpowiadał cieniutki głosik w jej głowie - Zobacz co Ci zrobił. Tak bardzo starała się go nie słuchać. Tak bardzo chciała dać mu szansę. Jedno z zaklęć uderzyło ją w ramię, na którym pojawiło się szerokie rozcięcie. Krwawisz, słonko, zaraz Cię załatwi. Widziała jego plecy, widziała, jak odwraca się w jej stronę by ocenić jak blisko siebie stoją. Widziała jak rusza nadgarstkiem, jak zwykle gotowy na jej przybycie.

    Śmieje się do niej, patrząc na rozdarcie w szkolnej szacie, które pojawiło się po tym jak zrzuciła go zaklęciem z podium w Klubie Pojedynków. Tak zabawnie przekręcił wtedy głowę, niby nadąsany mówiąc, że sową prześle jej rachunek za jej naprawę. Chwilę później jednak dodaje, że go zaskoczyła, że po raz pierwszy go pokonała i, żeby poczuła smak tego zwycięstwa, bo kolejny raz się nie zdarzy. Wbrew jego słowom, wiele lat później była jednak szybsza od niego o ułamek sekundy. On patrzy na nią zdziwiony, ale też z... podziwem? Jakby w ostatnich milisekundach życia uświadomił sobie, że zawsze byli równi. Upada do tyłu, a krew miesza się z błotem.

Gdyby krzyk kruszyłby mury, jej burzyłby miasta.
 
    Nie. Nie, nie, nie. Bła-błagam, nie. Leonel. Błagam, to nie może być koniec. Co ja zrobiłam. Co Ty mi zrobiłeś. Osuwa się na kolana, panikując. Cała jest we krwi. Nie wie kiedy przestała krzyczeć – a może krzyczy nadal? Drżącą dłonią dotyka jego ciała, bojąc się, że rozpadnie się ono w pył pod opuszkami jej palców i już nigdy nie będzie mogła spojrzeć mu w oczy. W te szeroko otwarte, nieprzejednanie zimne oczy. Po policzkach spływają ciepłe strumienie, drążące sobie ścieżkę w krwi i pyle, który osiadł na jej skórze. Próbuje go cucić, próbuje nim potrząsać, ale nic to nie daje. Ostrożnie przykłada swoje usta do jego - do tych warg, których miękkość zna na pamięć. Nie oddają one pocałunku. Nie rozciągają się w uśmiechu. Nie droczą się z nią. Wita ją tylko pustka. Po długich sekundach, a może i po całej wieczności, kładzie głowę na jego piersi, jakby chciała wyczuć bicie serca. Usłyszeć jego uderzenie. Dookoła panuje jednak cisza tak głucha, że wydaje jej się, jakby słyszała pył, który opadał na ziemię – niczym kurtyna po zakończonym akcie.
- Vries, nic Ci nie jest? Kurwa, czemu nie zaczekałaś? – Znajomy, męski głos coś mówi, ale ona nie słyszy już głosów. Nic już nie słyszy. Pojawiają się też inni, jednak dla niej nie ma to najmniejszego znaczenia. Szepty narastają. Ktoś odciąga ją od jego ciała, którego za nic nie chce puścić. Wierzga się i krzyczy, kiedy znajomy auror chowa ją w ramionach i zmusza do teleportacji.
Powrót do góry Go down


Nathaniel Bloodworth
Nathaniel Bloodworth

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 22
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 190 cm
C. szczególne : Niewielka blizna na łopatce, na palcu lewej ręki sygnet rodowy Bloodworthów, butelka whisky w ręce.
Galeony : 713
Dodatkowo : oklumencja
  Liczba postów : 709
http://www.czarodzieje.org/t17075-nathaniel-bloodworth#476657
http://www.czarodzieje.org/t17079-nathaniel-bloodworth
http://www.czarodzieje.org/t17080-nathaniel-bloodworth#476778
http://www.czarodzieje.org/t17070-nathaniel-bloodworth
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Moderator




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyPią 25 Paź - 12:25

Nie było piękniejszego widoku ponad świat oglądany z poziomu końskiego grzbietu. Choćby jechał najpodlejszymi uliczkami Londynu, wszystko wydawałoby mu się lepsze, jaśniejsze, bardziej interesujące... a przecież otaczało go ukochane pole lawendy, fioletowe morze falujące podług subtelnych nakazów wiatru – hipnotyzująco zmienne i przede wszystkim wolne... tak wolne jak i on sam. Od intensywności zapachów kręciło mu się w głowie, a słońce nienachalnie ogrzewało nagie fragmenty opalonej skóry. Ruszył kłusem w stronę majaczącej w oddali winnicy, a kiedy w końcu tam dotarł, poklepał wierzchowca po szyi i zszedł na ziemię, chwytając zwierzę za uzdę i prowadząc je za sobą, by przywiązać je do ogrodzenia. Chciał sprawdzić jak dojrzewają winogrona nim wróci do domu na obiad, dlatego też wszedł między krzaczki, przyglądając im się z uwagą. Pochylił się nad jedną z grubych kiści, delikatnie dotknął fioletowych owoców; rozgrzane słońcem, pachniały intensywnie, choć nie były jeszcze gotowe, nawet jeśli ich kolor wyglądał zachęcająco. Znał się na tym, zbyt długo miał z nimi do czynienia. Wiedział dokładnie jak prezentują się idealnie dojrzałe owoce, wszak poza udzielaniem korepetycji ucznim Beauxbatons, produkcja wina była teraz całym jego życiem.  Winogrona potrzebowały co najmniej kilku dni... a wtedy czeka ich naprawdę dużo pracy.
Kiedy wstawał, koń zarżał i poruszył się niespokojnie, a jemu zdawało się, że wśród delikatnego szumu wiatru słyszy swoje imię. Powiódł wzrokiem po prowansalskim krajobrazie, a w końcu zielone tęczówki zatrzymały się na kobiecej sylwetce odzianej w jasnobłękitną, zwiewną sukienkę, która to wzdymała się, to przylegała do jej ciała. Jedną ręką machała do niego energicznie, drugą przytrzymywała kapelusz, który ewidentnie nie chciał trzymać się jej głowy. Uśmiechnął się, czując ogarniające go wewnętrzne ciepło.
Alicia...
Nie...
Emily! Dlaczego pomyślał o Alicii? Przecież od lat już o niej nie pamiętał, godząc się w końcu ze swoją przeszłością. Po latach pojął, że nie da się tak żyć, przekonał się, że ma prawo do miłości, takie samo jak każdy inny człowiek. Pokochał ją i starał się każdym kolejnym dniem odpokutować wszystkie krzywdy, jakie jej kiedykolwiek uczynił. Chciał do niej podejść, ale zatrzymało go francuskie wołanie dziecięcego głosiku.
Tatoo! Tato, chodź na obiad! Jestem głodny — Nathaniel zaśmiał się tylko w odpowiedzi, otrzepał dłonie i odwiązał konia, ale kiedy wraz z wierzchowcem ruszył ku Emily, spostrzegł, że wcale się do niej nie przybliża. — Tatooo!
Obraz wpierw zamazał się, a potem pociemniał. Znikąd pojawił się ból głowy, tak dokuczliwy, że poczuł się, jakby miał zaraz umrzeć. W ustach czuł nieprzebraną suchość i powoli docierał do niego chłód owiewający nagie, spocone ramiona. Otworzył oczy i nie było juz Prowansji. Nie było winogron i pola lawendy. Przede wszystkim nie było tu zaś żadnej kobiety, zwłaszcza Emily, która od lat nie dawała znaku życia. Czy powinien jej się dziwić?
Niechętnie wstał i z niezadowoleniem zatrzasnął okno, zza którego dobiegał dziecięcy krzyk. Niechętnym spojrzeniem obrzucił wieżę Eiffla, na którą miał wspaniały widok. „Luksusowy aparatament, kurwa jego mać”. Zadrżał od listopadowego chłodu i skrzywił się, gdyż kark miał tak odrętwiały, że czuł się tak, jakby miał już nigdy w życiu nim nie poruszyć. Ile wczoraj wypił? Stojące na stoliku butelki wskazywały na to, że dużo. Musiał zasnąć na kanapie, to zdarzało mu się ostatnio częściej, niż by sobie tego życzył. Ostatnio nie zwykł ograniczać sobie alkoholu, zwłaszcza w wolne od urzędniczej pracy weekendy. Dziś też najpewniej sięgnie po szklaneczkę lub dwie, by lepiej znieść poniedziałkowy powrót do francuskiego ministerstwa.
Wciąż nie wierzył, że wrócił do tej pracy.
Że mieszkał w tym brudnym mieście, którym brzydził się nawet bardziej niż Londynem.
Że dalej nie potrafił niczego zmienić. Miał trzydzieści trzy lata i czuł się jak stary, zmęczony życiem człowiek. Ale żył, przetrwał.
Jakimś cudem zawsze przeżywał.


Ostatnio zmieniony przez Nathaniel Bloodworth dnia Pią 25 Paź - 22:59, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down


Éléonore E. Swansea
Éléonore E. Swansea

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 22
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 172cm
Galeony : 226
  Liczba postów : 311
http://www.czarodzieje.org/t17446-eleonore-e-swansea
http://www.czarodzieje.org/t17451-znajomkowie-eleonore#489448
http://www.czarodzieje.org/t17452-poczta-panny-eleonore#489449
http://www.czarodzieje.org/t17445-eleonore-e-swansea#489381
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyPią 25 Paź - 16:50

Opadła na miękki, czerwony fotel. Z ogromną ulgą zrzuciła z nóg przyciasne szpilki, rozpuściła włosy, uprzednio upięte w wymyślny kok. Wzięła do ręki różdżkę i, przy pomocy jednego zaklęcia, pozbyła się mocnego makijażu scenicznego ze swojej twarzy. Westchnęła głośno. Była wycieńczona. Od dwóch tygodni wystawiali sztukę, w której grała jedną z głównych ról. Przygotowywała się do niej od miesięcy, żeby nie powiedzieć: lat… Dzisiaj był ostatni spektakl. Na szczęście wszystko poszło tak, jak miało. Tak, jak to sobie zaplanowała. Brak potknięć i niedociągnięć, wszystko na najwyższym poziomie, dopracowane do perfekcji. Widownia była zachwycona, aktorzy zostali obdarowani oklaskami na stojąco. Gromkie brawa i wiwaty wypełniły całą salę w New Magic Theatre. Cudowne uczucie spełnienia i wdzięczności. Chociaż tyle.
Tak bardzo żałowała, że jej rodzeństwo nie mogło się zjawić. Do ostatniej chwili trzymała dla nich miejsca w pierwszym rzędzie. Liczyła na ich obecność i mentalne wsparcie, ale przecież nie mogli wszystkiego rzucić i przyjechać na jej występ ot tak. Doskonale to rozumiała, wszak mieli swoje życie, spełniali się zawodowo, musieli też zarabiać, by utrzymać rodziny. Ona miała tylko siebie. I teatr. To, co jej pozostało. Oddała się temu w pełni, wręcz… zatraciła.
Odchyliła głowę do tyłu, by nieco wyprostować obolałe mięśnie. Zerknęła na swoją toaletkę. Obok wazonów z kwiatami stała butelka szkockiej whisky. Dobry rocznik. Uśmiechnęła się pod nosem i nalała sobie odrobinę do szklanki. Upiła niewielki łyk i rzuciła wzrokiem na podarunki od publiczności. W większości przypadków bukiety składały się z czerwonych róż. Przewróciła oczami. Takie oklepane kwiaty! Nigdy za nimi nie przepadała. Cóż, starsza pani Clumsey ucieszy się, kiedy wpadnie do niej na herbatkę z wielkim koszem wypełnionym tymi kwiatami. Chociaż ona będzie mogła w pełni cieszyć się ich widokiem. Dwie pieczenie na jednym ogniu, bo przecież szkoda wyrzucać.
Spojrzała w lustro i zaczęła uważnie przyglądać się swojemu odbiciu. To zabawne, nie zmieniła się za wiele przez te ostatnie lata. Dorobiła się może kilku niewidocznych zmarszczek, ale poza tym nadal wyglądała dużo młodziej, na pewno nie na trzydzieści dwa lata. Magiczne geny Swansea… Tylko jakoś tak… mniej się uśmiechała. Znacznie bardziej zmieniła się wewnątrz, w sferze psychicznej. Odstawiła szkło na blat toaletki i wstała z fotela. Przeciągnęła się niczym kot po południowej drzemce i przeszła wzdłuż garderoby. Zatrzymała się przy oknie i z nostalgią spojrzała na nocne oblicze Londynu. Kochała to miasto i nienawidziła zarazem. Gdyby nie ono, nie byłaby teraz w tym miejscu, nie byłaby rozpoznawalną aktorką dramatyczną. Ale może byłaby za to szczęśliwym człowiekiem? Odłoży jeszcze trochę pieniędzy i ucieknie stąd jak najdalej, gdzieś w dzicz, w góry. Może z powrotem do Kanady? Z zadumy wyrwało ją ciche pukanie do drzwi. Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, w progu stanęła smukła postać młodego chłopaczka.  
- Panna Swansea? Przepraszam, nie chciałem przeszkadzać, ale…
- Już to zrobiłeś - wypowiedziała te słowa z lekkim rozbawieniem. Widząc jednak, że wprawiły one młodzieńca w zakłopotanie i speszyły go mocno, szybko się zreflektowała - Ale proszę, kontynuuj, śmiało. O co chodzi? - dopytała.
- Dostarczono jeszcze jedne kwiaty.
Uniosła jedną brew. Chłopiec wręczył jej przesyłkę. Bukiet różnił się znacznie od pozostałych. Był niewielki i skomponowany wyłącznie z drobnych, polnych kwiatów. Taki, jaki ceniła sobie najbardziej. Tylko nieliczni o tym wiedzieli. Podziękowała chłopakowi i zamknęła za nim drzwi przy pomocy zaklęcia Colloportus, coby nikt inny już nie zakłócał jej upragnionego spokoju. Obejrzała bukiecik z każdej strony, aż w końcu dostrzegła małą, czarną karteczkę. I wtedy uzmysłowiła sobie, że to nie jest prezent od jej rodzeństwa... Drżącą ręką otworzyła mały liścik. Serce zabiło jej mocniej, gdy przeczytała słowa, napisane pochyłym, drobnym pismem:
"Jutro kolejna rocznica. Miałaby teraz 6 lat…"
Po policzku Éléonore spłynęła jedna, ciężka łza. Zamknęła oczy. Nie miała już siły płakać ani krzyczeć. Chciała się rozpłynąć, zniknąć w tej ciemności, którą teraz miała przed sobą. Pamiętała, oczywiście, że pamiętała. Jak mogłaby zapomnieć… Osunęła się bezwładnie na podłogę i skuliła, obejmując kolana ramionami. Tak bardzo potrzebowała teraz bliskości Eliego i Elaine. Kogokolwiek. Wyszeptała w przestrzeń:
- Tęsknię za Tobą, Kruszynko.
Powrót do góry Go down


Dorien E. A. Dear
Dorien E. A. Dear

Nieokreślony
Wiek : 26
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 183
C. szczególne : Złota obrączka
Galeony : 3133
Dodatkowo : Mąż i ojciec
  Liczba postów : 1043
http://www.czarodzieje.org/t14237-d-e-a-dear
http://www.czarodzieje.org/t14351-dead#379532
http://www.czarodzieje.org/t14509-lumiere
http://www.czarodzieje.org/t14386-skrzynia-umarlaka#380806
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Moderator




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptySob 26 Paź - 19:00

- Sznycel też będzie za tobą tęsknił - już nie tak mała dziewczynka dała ostatniego całusa szaro-biszkoptowemu kotu, centralnie między uszkami, w czubek łebka. Przyjaźnili się od dziesięciu lat. Takie rozstania bywają trudne.
Aurora od ponad tygodnia kompletowała całą szkolną wyprawkę, a 31 sierpnia trzy razy przepakowywała kufer, upewniając się, że wszystko jest. Podręczniki, szaty, zestaw kolorowych piór, pudrowe miętowe serduszka od taty i dodatkowy sweterek oraz nowa spinka do włosów od mamy. No i różdżka. Pierwsza prawdziwa różdżka, prosto ze sklepu Fairwynów, po którą poszli we dwoje, ojciec z córką. Opowiadał jej w trakcie spaceru o Hogwarcie, o faktach i legendach, ale też o tym jak szkoła wyglądała dwadzieścia lat wcześniej i czego może się spodziewać, jak wygląda przydział do domów i żeby się nie martwiła, jeśli zgubi się na ruchomych schodach. I że będzie ją kochał tak samo mocno, niezależnie od koloru lamówki jej szaty. Dawno nie czuł tego rodzaju dumy i podekscytowania jednocześnie.
Dorosła, ponad trzydziestoletnia kobieta przepłakała pół nocy, wiedząc, że następnego ranka rozstanie się z dzieckiem na kilka tygodni. Jemu też było trudno, choć jak zawsze zgrywał twardziela, mimo że serce mu pękało, mając świadomość, że ich pierwsze dziecko spędzi swoje jedenaste urodziny w szkole i zobaczą ją dopiero w grudniu. Leżeli w łóżku, przytuleni. Ona, wciąż piękna i młoda, on - z drobnymi zmarszczkami wokół oczu i nieco głębszymi, poziomymi liniami na czole. Splecione dłonie miały dodawać otuchy, a drobne pocałunki tuż ponad skronią ukojenie. Około pierwszej trzydzieści, wiedząc, że nie zasną, zeszli na dół po herbatę, a gdy już wrócili do łóżka - nie spali zbyt wiele tej nocy.
Hogwarts Express odjeżdżał zawsze 1 września. ‘W Stavefjord zaczęłaby dopiero w poniedziałek!’ - rozumiał rozgoryczenie żony. 1 września wypadał w sobotę. Ukradziono im weekend, który mogliby spędzić z Willow. Kogo chcieli oszukać - oczywiście, że to z tego powodu obydwoje wzięli tygodniowy urlop pod koniec sierpnia. Wakacyjny wyjazd schodził na dalszy plan, choć plaża była cudowna - chodziło o spędzenie czasu z tą najpiękniejszą Niespodzianką, która im się przytrafiła w życiu.
Rodzice Doriena pojawili się w ten sobotni poranek chwilę po dziewiątej. Chcieli pożegnać najstarszą wnuczkę przed jej wyjazdem do Hogwartu, ale też obiecali zająć się pozostałą dwójką. W efekcie zostali tylko z jednym z nich, gdyż najmłodszy, niemal czteroletni chłopiec, nie miał zamiaru wypuścić rodziców i siostry z domu. Tym samym na dworcu King's Cross pojawili się we czworo, Aurora trzymająca za ręce dwoje dzieci, a Dorien taszczący kufer.
- Wiem, że to wygląda strasznie, ale nie ma się czego bać - zachęcał żonę i dzieci do przejścia przez ścianę. W końcu tylko on z nich wszystkich do tej pory przedostawał się przed laty na ukryty peron.
Pociąg już czekał, zostało im piętnaście minut. Mężczyzna widział, że jego żona jest już na skraju załamania. Szklanki w oczach, głos jej się lekko łamał. Dorien przyklęknął przy córce - wdała się raczej w mamę, od zawsze była drobna i niezbyt wysoka jak na swój wiek. Przytulił ją mocno i powtórzył jeszcze raz to, co wpajał jej przez kilka ostatnich dni - żeby się nie bała, że wszystko będzie dobrze, że będą tęsknić, ale że zawsze może napisać, a on lub mama zaraz pojawią się w zamku. Dał jej jeszcze jednego buziaka, a potem odstąpił miejsca żonie i wziął młodsze, nie wiedzące co się wokół dzieje dziecko na ręce. Pozostało już tylko pomóc dziewczynce wpakować bagaż do przedziału. Nie mógł się powstrzymać przed jeszcze jednym, już naprawdę ostatnim całuskiem. Zostawił swoją księżniczkę w przedziale i wrócił na peron do żony i synka. Pociąg ruszył dosłownie dwie minuty później, jednocześnie rozpoczynając niezwykłą przygodę Willow i zostawiając państwa Dear w kompletnej rozsypce.

______________________


When passion colors everything
I dance entangled with my dear
She pulls my every string
Completely rapt with what I hear
When passion colors everything
Powrót do góry Go down


Alexander D. Voralberg
Alexander D. Voralberg

Nauczyciel
Wiek : 34
Czystość Krwi : 50%
Wzrost : 197,9
C. szczególne : Wysoki wzrost, olbrzymia blizna na ciele, blizny wokół ust, brak węchu i smaku, bardzo jasne, niebieskie oczy z ciemniejszą obwódką
Galeony : 340
Dodatkowo : Bezróżdżkowość
  Liczba postów : 288
http://www.czarodzieje.org/t17470-alexander-d-voralberg
http://www.czarodzieje.org/t17590-harem-voralberga#497045
http://www.czarodzieje.org/t17584-poczta-alexandra#493071
http://www.czarodzieje.org/t17573-alexander-d-voralberg
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptySob 26 Paź - 20:34



Watek masowy: skok w przyszłość LWrsiQA
Zemsta jest najbardziej pustą z emocji. ~ Jeaniene Frost



.....Jego wzrost i postura w żadnym stopniu nie pomagały mu w zachowaniu anonimowości, nawet jeśli w grę wchodziło tak złożone zaklęcie jak kameleon. Odnosił wrażenie, że był niczym słoń w składzie porcelany, zasadnicza różnica była taka, że w pobliżu nie było ani jednego naczynia które mógłby stłuc. Tak czy siak śmiał twierdzić, że słychać jego każdy ruch, każdy postawiony krok, każdy oddech. Jasnoniebieskie oczy powoli rozejrzały się po pomieszczeniu analizując nawet najmniejszy jego szczegół. Nie miał zbyt wiele czasu, niemniej jednak starał się zapamiętać jak najwięcej – detale, które być może pomogą mu dzisiaj wyjść bez większego szwanku, albo w najgorszym scenariuszu – przeżyć. Tu niewielkie zagłębienie w ścianie, tam najciemniejszy ze wszystkich cieni, a w jeszcze innym miejscu doskonała osłona z widokiem na ukrytą część pokoju. Innymi słowy: nie miał szans, ale wychodził z założenia, że spróbować warto, nawet jeśli była to misja samobójcza.
.....Ale jakże satysfakcjonująca w przypadku powodzenia.
.....Bawili się w kotka i myszkę już dłuższy czas. A może minęło dopiero piętnaście do trzydziestu minut, które dla niego wydawały się być wiecznością? Czuł, jak od wysiłku zaczynają mu drętwieć niektóre mięśnie, a jego ruchy stają się zdecydowanie wolniejsze. Stawało się tak, kiedy faktycznie przesadzał z ilością ćwiczeń. Gdyby to tylko były ćwiczenia. Cóż z tego, że jego refleks działał doskonale, skoro nie mógł go w pełni wykorzystać? Podpierał się na swojej hebanowej lasce z metalowym okuciem, schylając się i kładąc głowę na własnych przedramionach. Dyszał ciężko, choć starał się jak najbardziej zminimalizować wszelkie dźwięki, które wydawało jego ciało. Nawet nie sądził, że będzie to tak trudne przedsięwzięcie. Dlaczego się na to porwał, co kazało mu popełnić ten błąd, aby się tu dzisiaj pojawić i spróbować to zrobić? Odpowiedź była jednocześnie prosta i złożona, niezrozumiała, ale również wyrazista, a określało ją jedno, proste słowo:
.....Zemsta.

.....- Nie chciałeś się nigdy odegrać? Pokazać mu, gdzie jego miejsce? – kilka kolejnych, nieprzespanych nocy w towarzystwie tych pytań dręczyło go niezmiernie, starał się wyzbyć tej myśli, zamienić ją na inną, bardziej nasyconą normalnością, ale rozważanie nad ewentualnym posunięciem w tym kierunku zbyt mocno angażowało jego umysł. Chciałem, pragnąłem, łaknąłem.
.....- Nawet nie mam pewności co do tego, czy to on. Polegam wyłącznie na intuicji. – naprawdę nie wiedział. Ciężko było wysunąć odpowiednie wnioski wyłącznie na podstawie przypuszczeń, a w ostateczności polegał wyłącznie na nich. Głupie, można powiedzieć wręcz dziecinne supozycje. Nie otrzymał kolejnej odpowiedzi: zapewnienia, że jednak ma rację, że powinien być pewien swoich domniemań. Został pozostawiony tym samym w jeszcze większej niepewności.
.....Jego spojrzenie powędrowało na leżącą obok, brązowowłosą i pogrążoną już we śnie kobietę. Im dłużej spoglądał na jej spokojną, odprężoną twarz, tym bardziej nie mógł uwierzyć w jej jakże bezlitosny i nieprzewidywalny charakter. Jakby sama w sobie nie była potworem, to również w nim wybudzała tę ukrytą bestię, która miała zamiar zdewastować wszystko co znajdzie na swojej drodze: wrogów, przeciwników, a co gorsza również – byłych już – przyjaciół. Destrukcyjność tego monstrum, jakie się w nim tworzyło z jednej strony go przerażała, jednak z drugiej – ku jego zaskoczeniu – intrygowała. A im częściej je zaspokajał, tym jeszcze więcej pragnął. To wszystko było jak narkotyk od którego uzależniało się już po pierwszej dawce, a każda kolejna wymagała o wiele, wiele więcej do jej zdobycia. Pogładził delikatnie jej włosy, a kącik ust uniósł się w parodii zadowolonego uśmiechu.
.....Gdzieś wewnątrz naprawdę jej nienawidził za ścieżkę, którą go pokierowała i kiedyś mu za to zapłaci.


.....- Voralbeeerg, kici kici, taś taś. – czujnie uniósł głowę szukając źródła dźwięku. Nie tylko on tutaj zagrywał kartę przewagi, jaką była niewidzialność. Czuł obecność drugiej osoby i był święcie przekonany, że mężczyzna również wie o jego bytności w tym pomieszczeniu. Szybko go znalazł. Za szybko.
.....- No daj spokój, pokaż się. Jak już mnie zaszczyciłeś swoją obecnością, to pozwól mi Cię zabić. Szybko. - czuł jak na dźwięk tego głosu przechodzi go po plecach dreszcz. – Nie obiecuję jednak, że bezboleśnie. – widział pełen drwiny uśmiech swojego wroga mimo, że tamten pozostawał poza zasięgiem jego spojrzenia. Jego przeciwnik okazał się nieco silniejszy niż przewidywał: popełnił olbrzymi błąd nie doceniając go, zupełnie tak jak nie doceniał go za czasów szkolnych i z tego powodu w głównej mierze obrywał. Musiał jednak przyznać, że Arnold Prentice nie zmienił się wiele przez tych dwadzieścia kilka lat. Nadal był tą samą szumowiną, którą zapamiętał, człowiekiem, który dawał mu w kość jak nikt inny. Kreaturą, która pozbawiła go więcej niż zamierzała. Wciąż pozostawał jednak tym samym tępym osiłkiem ze Slytherinu z ilorazem inteligencji bakłażana.
.....- Czujesz zapach krwi Voralberg? A może chcesz poznać jej smak? Och, czekaj. Zapomniałem. – Prentice nie zdążył roześmiać się w porę, kiedy promień zaklęcia przemknął tuż obok jego ucha. Chybił. Kolejny błąd, jaki dziś popełnił: było ich zdecydowanie zbyt wiele jak na jedno, z pozoru proste przedsięwzięcie. Czuł, że dzisiaj zginie. Czuł to w swoich obolałych już i odmawiających posłuszeństwa członkach.
.....Mur obok niego pękł i rozbryzgnął się w gruz pod siłą niezwykle potężnej bombardy. Upadł na ziemię, pył dostawał się do jego płuc. To koniec. Nie mógł powstrzymać zdradliwego kaszlu, który wydobywał się z jego gardła i który zdawał się mówić ‘hej, jestem tutaj, strzelaj!’. Zdając sobie sprawę z konsekwencji, instynktownie w tym samym momencie odsunął się z miejsca, w którym stał jeszcze przed chwilą, aby zobaczyć jak w zgliszcza uderza zielone światło. Laska wypadła mu z ręki, a on sam odczołgał się kilka metrów oddychając coraz ciężej i czując, że jest bliski kolejnej zdrady swojego położenia. Powstrzymał następne kaszlnięcie, o mało tym samym się nie dusząc. Usłyszał go. Chrobot buta stąpającego po niewielkich kamieniach, tak bardzo charakterystyczny dla tego miejsca. Skierował różdżkę w źródło dźwięku. W przeciwieństwie do utraconego węchu i smaku, słuch miał doskonały. Być może jedno wynikało z drugiego – tego nie wiedział – niemniej jednak często był za to bardzo wdzięczny. Już miał bezgłośnie wymówić zaklęcie, dał sobie jeszcze jedną sekundę na skupienie się i jak się okazało, o jedną za mało.
.....Jego ciało uderzyło w ścianę z taką siłą, że zabrało mu dech. Chwilę później, wręcz kaskadowo czuł jak przez jego bliznę przechodzi olbrzymi, niewyobrażalnie bolesny skurcz, rozrywający go z taką siłą, jakby znów przeżywał od początku dzień w którym o mało nie rozerwano go na pół. Nie mógł powstrzymać przeraźliwego wrzasku jaki wydobył się z jego gardła, zresztą i tak nie było to już ważne – Prentice doskonale wiedział gdzie go szukać, zapewne za sprawą homenum revelio. Jak mógł być tak głupi? Starał się nie stracić przytomności, choć było to bardzo trudne. Lata doświadczenia z tym bólem pozwoliły mu zachować jednak resztki świadomości, kiedy opadając na ziemię patrzył jak jego przeciwnik idzie w jego kierunku z różdżką wyciągniętą w jego stronę. Więc tak zginie? Cóż. Spodziewał się innych okoliczności, niemniej jednak taka walka wcale nie była czymś mało satysfakcjonującym, wręcz przeciwnie.
.....Poczuł strużkę krwi na swoim karku. Mimowolnie uśmiechnął się, nie wiadomo do kogo, bo na pewno nie do stojącego naprzeciw niego wroga. Być może do siebie? O ironio. Znał zapach krwi, ale chyba go nie pamiętał. Lubił jednak wyobrażać sobie niektóre wonie, jak nie kwiaty, to nawet tak proste rzeczy jak świeże powietrze. Nawet ten dom zdawał się być przesycony geriatrycznym zapachem domu starców, nie śmiałby jednak powiedzieć tego na głos. A może jednak? Krzyczał już dzisiaj dużo gorsze inwektywy niż ocena stanu tego przybytku.
.....- No no, wesoły jak zawsze. – jasnoniebieskie oczy starały się stabilnie przyglądać z lekka rozmazanemu człowiekowi kucającemu tuż przed nim. Czuł jak różdżka wbija mu się w podbródek unosząc go do góry i obracając jego twarz na różne strony. Kolejna strużka. – Muszę przyznać, że aparycyjnie się wyrobiłeś, natomiast inteligencja wciąż ta sama. – miał głęboko w dupie jego ton. Zacisnął zęby, starając się nie utracić świadomości i wymacał delikatnie chropowatą powierzchnię podłogi w poszukiwaniu swojej różdżki. Nie miał jej. Nie było jej w pobliżu albo ten palant gdzieś ją schował.
.....- Może pozbawię Cię dodatkowo, za karę, na przykład… wzroku? Będziesz miał idealny komplet od starego kompana ze szkoły. – delikatne drewno wbijało mu się w żuchwę, chwilę później w policzek i zmierzało coraz wyżej. Czuł, że serce wali mu jak szalone, a on nie może nic z tym faktem zrobić. Zlał się potem, mięśnie miał odrętwiałe, choć wracało w nich czucie. Poczuł nacisk na gałkę oczną, coraz silniejszy, coraz bardziej bolesny i wrzasnął tak przerażającym dźwiękiem, że w innych okolicznościach mógłby rozbudzić pół miasta. Wyciągnął przed siebie rękę i skupiając resztki swojej woli przyciągnął do siebie bezrózdżkowo pierwszą rzecz, jaka przyszła mu przyszła na myśl – swoją laskę. Od razu wycelował ją – w zasadzie na oślep – w głowę mężczyzny z siłą zbyt dużą jak na jego stan. Powalił go na ziemię, a różdżka wypadła mu z ręki. Wiedział, że ma niewiele czasu, nie mógł się jednak powstrzymać od tego, aby dotknąć swojej twarzy która zalewała się krwią z pustego oczodołu, co wprawiło go jednocześnie w przerażenie, a z drugiej strony w olbrzymią furię. Chwycił z większą dozą pewności hebanowe drewno i korzystając z jedynego narządu wzroku jaki mu pozostał uderzył drugi raz w Prentice’a, tym razem w najbliżej znajdujący się go piszczel.
.....Nie miał pojęcia, czy zadziałała adrenalina, czy opatrzność czuwająca nad jego marną egzystencją, ale jakimś cudem się ruszał. Bolało go absolutnie wszystko, ale nie było już na tyle otępiające, aby nie pozwolić mu nic zrobić – nadal jednak nie czuł się na tyle dobrze, aby rzucić bezróżdżkowo coś silniejszego niż głupie, choć ratujące dziś jego dupę accio. To właśnie powtarzał swego czasu uczniom – proste zaklęcia mogą dać wam niezwykłą przewagę. Z wyrazem twarzy podchodzącym pod szaleństwo zdjął metalowe okucie zdobiące jego laskę, tym samym odsłaniając ostro zakończony szpikulec i nawet nie zastanawiając się nad tym wbił z całą pozostałą siłą jego ostry koniec w pachwinę wroga leżącego przed nim i trzymającego się jeszcze za obolałą głowę. Wszedł niesamowicie gładko. Zacisnął zęby na niespodziewany pisk wydobywający się z gardła tego człowieka, który w spazmie bólu kopnął go w biodro z tak dużą siłą, że zdawało się iż coś przeskoczyło. Spiął wszystkie mięśnie czując nadchodzącą falę bólu, która już chwilę później znów go obezwładniła, tym razem jednak nie było tak źle. Drugi raz zawsze był tym łatwiejszym, łagodniejszym. Roześmiał się, a echo jego dźwięcznego rozbawienia pomknęło po pustym pomieszczeniu w akompaniamencie jęków leżącego obok i próbującego sięgnąć po różdżkę mężczyzny. Drugi cios, tym razem w sam środek łydki i szpikulec przechodzący gładko na wylot.
.....- O nie nie, mój drogi. Nie ma tak łatwo. – rzucił do niego, choć szybko pożałował kiedy krew wlała się do jego ust. Nic się nie zmieniło - nie czuł jej smaku. To tylko kolejny płyn. Dziwnie było żyć tylko z połową widoku, jaki miał do tej pory, niemniej jednak w tym momencie zdawał się tym w żadnym stopniu nie martwić. Kolejna blizna, rana, zwał jak zwał – do kolekcji. Opierając się o ścianę uniósł swoje ciało do góry. Postawienie się do pionu zajęło mu dłuższą chwilę, ale w końcu udało się zatrzymać w parodii człowieka dwunożnego. Trzymając się zimnego kamienia przysunął się bliżej Arnolda i kucnął obok niego, odrzucając ten cholerny, magiczny patyk, na którym był jeszcze kawałek jego oka. Czuł, że zaraz zwymiotuje.
.....- Czujesz zapach krwi Prentice? A może znasz jej smak? – zaczął wręcz warkotem, ciężko oddychając pomiędzy każdym wypowiedzianym słowem. Przedrzeźnianie cudzych wypowiedzi to była jego specjalność. Patrzył jak mężczyzna kręci głową, a jego oczy z przerażenia o mało nie wychodzą mu z orbit. – A chcesz poznać? Opiszesz mi wrażenia. – dodał, celując powoli swoją laską w jego usta, jak gdyby mierzył odpowiedni kąt. Przytrzymał butem jedną z jego rąk, po czym z nagła wbił zimny metal w jego ramię obracając dla efektu jeszcze kilka razy wewnątrz - dla pewności utraty czucia w kończynie. Miał nadzieję, że trafił. Patrzył jak Arnold traci powoli przytomność, a przecież nie mógł mu na to pozwolić. W końcu efekt miał być w pełni odczuwalny. Zdzielił go po twarzy, choć miał wrażenie, że taka namiastka bólu była już dla niego nieodczuwalna. Przyłożył dłoń do jego głowy i wylał z siebie niewielki strumyk lodowatej wody, najwyraźniej lepiej cucącej niż bicie kogoś po pysku. Zapamięta.  
.....Kręciło mu się w głowie, obraz przed okiem coraz bardziej mu się rozmazywał, a mdłości osiągnęły już apogeum swoich możliwości. Powinien jak najszybciej się - w choć niewielkim stopniu - wyleczyć. Nie miał na to czasu.
.....Ponownie wycelował drewniany, hebanowy kij w jego usta, rozwierając je siłą. Metalowy koniec powoli zbliżył się do warg i wpełzł do środka niczym wąż, powoli, bardzo powoli, wręcz z ogromną dozą subtelności wbijając się w podniebienie. Voralberg poczuł żelazny uścisk sprawnej ręki mężczyzny na swoim boku, z którego jednak niewiele sobie robił, większego bólu i tak mu już nie zada. Powoli wpychał zabójcze narzędzie do gardła przeciwnika, a w jego niebieskiej tęczówce zdawał się płonąć ogień dzikiej satysfakcji. Wysunął laskę patrząc jak rana zalewa się świeżą krwią, wypełniającą gardło i duszącą człowieka leżącego przed nim. Patrzył mu w oczy przechylając głowę niczym zaciekawiony szczeniak i czekając aż ten wyda ostatni bulgot wypływającego z niego życia.  
.....Dosłownie.
.....A później nie wytrzymał i zwymiotował tuż obok martwego ciała.


Powrót do góry Go down


Cassius Swansea
Cassius Swansea

Student Slytherin
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185cm
C. szczególne : niewielkie blizny łobuza weterana, dość często mam ślady farby na dłoniach
Galeony : 1115
  Liczba postów : 579
http://www.czarodzieje.org/t16705-cassius-swansea
http://www.czarodzieje.org/t16707-cham-prostak-i-idiota
http://www.czarodzieje.org/t16709-hyperion
http://www.czarodzieje.org/t16706-cassius-swansea
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Moderator




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptySob 26 Paź - 21:10

Wyciągnął się w miękkiej pościeli. Znowu leżał do południa, zakopany w atłasy i miękkie poduchy, wypoczywając się i leniąc. A co mu tam, należało mu się! Musnął bladymi palcami własne czoło. Łupało go w głowie po wczorajszej, intensywnej nocy. Po błyskach fleszy, wielu lampkach wina musującego, milionie pytań i okrzyków zachwytu. Po długich godzinach znoszenia towarzyskich konwenansów i udawania, że nie ma się ochoty na wystrzelanie wszystkich tych ignorantów. Swansea kochał ludzi, ich ciało i nieprzemyślane decyzje, a zarazem nienawidził ich myśli, temperamentów i sztucznych emocji, które nakazywały im udawać, że go kochają, chociaż większość z nich miała go totalnie gdzieś. Zależało im wyłącznie na jego dłoniach i wyobraźni. Na złotych palcach tworzących prawdziwe arcydzieła i tym samym szczerozłotych jajach jakie znosił. Zarabiali na nim, a jemu nieszczególnie to przeszkadzało, dopóki tylko trzymali się od niego z daleka. Szkoda tylko, że tak niewiele z nich było w stanie sięgnąć po rozsądek i pojąć, że nie krzywi się i nie obraża ich ze zwykłego artystycznego kaprysu, a z czystej niechęci. I nienawiści do sztuczności oraz nieszczerych uśmiechów. Westchnął, przekręcając się na drugi bok i moszcząc wygodnie głowę na szczupłej, bladej piersi szczycącej się dwoma niewysokimi pagórkami. Wymruczał coś, nieszczególnie wyraźnie, a ona zgodnie z jego założeniem nie powiedziała nawet słowa. Spojrzał na nią, ciesząc oczy jej błyszczącą skórą i jasnymi oczami. Blond loki okalały jej twarz, która wykrzywiała się posyłając mu sarkastyczny uśmiech, a on nagle rozciągnął wargi w milczący wyraz samozadowolenia i spełnienia. Myślał o  następnych wernisażach jak o niezwykle odległych planach, chociaż w jego komnatach znajdowały się już dziesiątki kolejnych obrazów. Nie myślał o tym jak o czymś znajdującym się tuż na wyciągnięcie ręki, a wręcz sądził, że posiada już absolutnie wszystko czego pragnął. Zarabiał swoją sztuką, po godzinach prowadząc się równie lekko jak tych dziesięć lat temu, gdy był jeszcze w szkole i nie musiał martwić się o pieniądze i samodzielność. Gdy jego rodzina wciąż była razem w Hogwarcie i nie spotykali się wyłącznie na rodzinnych zjazdach kilka razy do roku. Uniósł wreszcie spojrzenie znad drobnych piersi, okalając nim wieżę Eiffla otuloną w mglisty całun falującego od gorąca powietrza. Wdychając powietrze przesycone spalinami wreszcie uniósł się na łokciu. Pochylił się, aby pocałować usta jedynej dziewczyny, która do tej pory wywoływała w nim tak wiele sprzecznych emocji, a potem wstał, prezentując swą nagość i mierząc się z przeogromnym kacem wiercącym mu dziurę w czaszce. Sięgnął po papierosa i siadając bez odzienia na balkonie jednego z najbardziej luksusowych apartamentów w Paryżu, wyciągnął się na wygodnym szezlongu. Jego jasne, nieustępliwe spojrzenie omiatało władczo postacie ludzi krzątające się kilka pięter niżej. To miasto było już wyłącznie jego. Podbite przez jego głód sukcesu oraz oślą upartość. Niepodważalną, aczkolwiek głęboko skrywaną charyzmę, która wspomagała go w bezproblemowym szukaniu kupców i organizowaniu wystaw. Nie potrzeba było mu już nic więcej.

______________________


To zycie zbyt normalne, nie chce sie przystosowac
Powrót do góry Go down


Riley Fairwyn
Riley Fairwyn

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 21
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 185cm
C. szczególne : cała górna lewa strona mojego ciała jest poparzona - ukrywam to za pomocą metamorfomagii; liczne blizny na dłoniach; blizna po dziobie bystroducha przebiegająca przez całą szerokość pleców
Galeony : 2114
Dodatkowo : metamorfomagia, prefekt naczelny
  Liczba postów : 1266
http://www.czarodzieje.org/t15093-riley-t-fairwyn
http://www.czarodzieje.org/t15104-poczuj-smoczy-plomien
http://www.czarodzieje.org/t15161-maverick
http://www.czarodzieje.org/t15098-riley-fairwyn
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Moderator




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptySob 26 Paź - 23:37

Trudno było powiedzieć dlaczego uważałem to wszystko za sen, skoro było to aż nazbyt realne. Wróciłem tu. Do białych ścian i pikającego odgłosu zaklęć diagnostycznych. Ostrego zapachu maści rozgrzewających i dalekiego aromatu warzącego się eliksiru wiggenowego. Uprzejmych i tych mniej miłych uzdrowicieli, a przede wszystkim mrocznych, ciężkich wspomnień ciążących mi na barkach. Nerwowo wyłamywałem palce, krążąc po korytarzu od drzwi do drzwi, robiąc tym samym setki, jeżeli już nie tysiące wypełnionych nerwowym oczekiwaniem kroków. Spoglądałem na absolutnie wszystko, co mogło odciągnąć moją uwagę od pełnej napięcia ciszy. Na własny zegarek, nerwowo odliczający upływające sekundy, setki porozwieszanych informacji o kalendarzach szczepień przeciwko smoczej ospie lub trymestrach w kobiecej ciąży, wyjaśniających okazjonalną lewitację czy nagłą chęć na fasolki wszystkich smaków. Przyglądałem się nawet własnym palcom, pokrytym siateczką blizn i bladą łuską dawnego poparzenia. Przyciągałem spojrzenia nawet tutaj, wśród ludzi, którzy doskonale wiedzieli kim jestem. Starsi uzdrowiciele doskonale pamiętali młodego Fairwyna, który trafił na ich oddział niemalże jeszcze skwiercząc. Dobrze, że tym razem mogłem wymawiać się niechęcią do rozmowy. Wracanie do tamtych chwil wciąż było dla mnie trudne, chociaż minęło już nieomal trzynaście lat. Trzynaście długich lat od smoczego poparzenia, a dziesięć lat nowego, cudownego życia, które rozpoczęło się przecież tak niespodziewanie. Dosłyszałem swoje imię. Drgnąłem nagle, nieomal potykając się o własne nogi, gdy odwróciłem się gwałtownie przez lewe ramię. Głos lekarza niknął już w szeroko otwartych, dziwnie zielonych drzwiach. Przekroczyłem próg, ostrożnie przyglądając się kilku krzątającym się wewnątrz uzdrowicielom. Jeden przygotowywał eliksiry, inny szykował porządnie wyposażone, malutkie łóżeczko. Z kolei jeszcze następny nachylał się nad wymęczoną, bladą twarzą pewnej jasnowłosej istotki… chociaż w tym momencie zdecydowanie daleko jej było od bycia blondynką. Jej włosy zwariowały. Wysiłek sprawił, że przybrały barwy zbliżone do tęczy i przechodziły teraz w siebie płynnie. Jedynie tuż przy samej głowie lśniły znajomą mi platyną. Uśmiechnąłem się na ten widok zaskakująco nerwowo. Podszedłem bliżej i chwytając ją za rękę, byłem przy niej już do końca. Serce waliło mi tak mocno, że niemalże wyskakiwało mu z piersi, gdy kilkadziesiąt minut później podano nam niewielkie zawiniątko. Rozwrzeszczane, machające na oślep malutkimi piąstkami, niebieskookie, z równie tęczową grzywą i tym samym tak podobne do swojej matki. Z wrażenia aż opadłem na podsunięte mi krzesło. Patrząc na tę tycią istotkę, byłem oczarowany zupełnie tak jak za pierwszym razem. Podsunąłem palec, pozwalając naszemu dziecku na zaciśnięcie na nim drobnej rączki, a następnie uśmiechnąłem się wreszcie, z wzruszenia nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Popatrzyłem na Elaine. Czerwoną na twarzy i spoconą od wydawania naszego potomka na świat i nachyliłem się ku niej, aby pocałować ją w czubek głowy. Podałem jej naszą córeczkę, aby i ona mogła zapoznać się z kolejnym członkiem naszej rodziny, ocierając wierzchem dłoni twarz niby w geście odpierania zmęczenia.
- Anemone? - Zapytałem, bity kwadrans później, gdy wrócił mi już głos.
A ona tak po prostu kiwnęła głową.

______________________


It takes a lot to give, to ask for help, to be yourself, to know and love what you live with.
Powrót do góry Go down


Angel Price
Angel Price

Student Gryffindor
Rok Nauki : X
Wiek : 20
Czystość Krwi : 0%
Wzrost : 1.83
C. szczególne : czarujący uśmiech, drobny kolczyk w lewym uchu,
Galeony : 485
  Liczba postów : 59
http://www.czarodzieje.org/t16195-angel-price
http://www.czarodzieje.org/t16468-prawda-czy-wyzwanie
http://www.czarodzieje.org/t16505-golab-pocztowy
http://www.czarodzieje.org/t16193-angel-price
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyWto 29 Paź - 20:56

Jeszcze dziesięć lat temu ledwo wiązał koniec z końcem. Studiował, mając dwadzieścia jeden lat, ale nie zamierzał pobijać rekordu wiecznego studenta; byli lepsi od niego. Teraz miał za sobą kilka małych ról w teatrze; to nie było dla niego. Oczywiście był świetny jak nie on to kto? Jednak deski teatru nie były jego marzeniem. Mógł zadowolić się kilkoma dobrymi rolami i sławą; ale nawet Angel Price miał cel. Jeszcze dekadę temu zawarł swoją pierwszą ważną współpracę z agencją "Anter England". Dziwne, że pamiętał. Tyle tego było... Podobno pierwszego razu się nie zapomina, zwłaszcza takiego dobrego. W modelingu nie można było liczyć na stałą bezpieczną pracę. Albo się miało robotę, albo nie. Nie każdemu było dane podpisać kontrakt na długie lata, nawet z takim boskim ciałem, jakie oferował Angel. W tej branży liczył się styl, mimika, różne takie pierdoły i oczywiście pewność siebie. On to wszystko miał. Odkładał pieniądze latami, mimo że nie łatwo mu było ograniczyć swoje wydatki na odżywki, witaminki, perfumy czy kosmetyki z najwyższej półki, no nawet tej średniej, ale czego się nie robi dla marzeń?
Bo teraz przed wami stał Angel Price właściciel najlepszego nocnego klubu w Londynie. Gorące dziewczyny tańczące na rurach. Profesjonalna obsługa. Występy i koncerty z najwyższej półki. Drinki, których zazdroszczą na olimpie sami greccy bogowie. Każdy może skorzystać z luksusów klubu, nawet jeśli brak mu grosza przy duszy. Price nigdy nie zapomniał, skąd jest, dlatego każdy zasługuje na chwile przyjemności w swej żałosnej egzystencji.
- Panie Price! - Woła za nim ta nowa szatynka, którą zatrudniła Lola; zaufana menadżerka od początku działalności, wspierająca każdy jego krok. Tak ciężko o zaufany personel.
- Już mówiłem Angel, złotko. O co chodzi? - Zarzuca swoim szalem od Armaniego i spogląda za okularów, ilustrując krągłości swej nowej pracownicy.
- Bardzo się ciesze, że zatrudnił mnie pan. Potrzebowałam tej pracy. - Wyrzuca z siebie słowa z prędkością światła. Podekscytowana i szczęśliwa. Tak, Angel był, jak chodzący Felix Felicis. Osłodzi nawet najmniejszą kropelką każdą marną egzystencję, chylącą się ku upadkowi.
- To już wszystko Kochanie? Wracaj do pracy. - Price dotyka dwoma palcami swoich ust i posyła jej dystansowego buziaka. Dziewczyna spala się rumieńcem i szybko odchodzi zmieszana.
Price lubi swoją pracę, te wszystkie dziewczyny, na które patrzy, warte są nie jednego grzechu. Jednak Angel ostatnio nie grzeszył. Już od jakiegoś czasu wierny jest tylko jednej i jedynej. Obrączka na palcu związała go na zawsze. Wielu jego znajomych nie może w to uwierzyć. Jednak on trzyma się tych słów, które wypowiedział "aż do śmierci". Ona jest tą, której nie łatwo się sprzeciwić. Pracuje na ważnym stanowisku. Price nie ma pojęcia, jak taka cudowna dziewczyna mogła go pokochać? Jak on mógł nauczyć się kochać?
Wsiada na swój motor Bravo, zakłada kask i wzbija się w powietrze. Mknie przez chłodną noc, aby odebrać ją z pracy. Czeka na niego. Jej włosy staranie ułożone, lekko poruszane przez wiatr. Spogląda w górę i uśmiecha się do niego. Ląduje przed nią. Chwyta ją w talii, przyciąga do siebie, całując, jakby nie mogąc uwierzyć, że nadal przed nim stoi. Wsiadają razem i mkną do domu. Angel zerka jeszcze raz w stronę, gdzie mieści się jego klub nocny. Już zaczyna świtać, a napis tak widoczny nocą, teraz już gaśnie, jednak on nadal wie, że tam jest "Edeńska Rozkosz". Jego klub, jego własne jedyne dziecko.
Powrót do góry Go down


Caelestine Swansea
Caelestine Swansea

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VI
Wiek : 16
Wzrost : 163cm
C. szczególne : piegi
Galeony : 495
Dodatkowo : jasnowidzenie
  Liczba postów : 314
http://www.czarodzieje.org/t17494-caelestine-swansea#491230
http://www.czarodzieje.org/t17549-celeste#492232
http://www.czarodzieje.org/t17580-michael-angelo#493038
http://www.czarodzieje.org/t17526-caelestine-swansea#491698
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyCzw 31 Paź - 0:56



❝Sometimes, only one person is missing, and the whole world seems depopulated.


Dziesięć lat temu, czy pomyślałabyś, że znajdziesz się w tym punkcie, w jakim jesteś teraz? Mając dwadzieścia sześć lat, staniesz na salonie paryskim, a Twoje nazwisko będzie coś znaczyć. Wiele. Caelestine Swansea, wszystkim znana pod pseudonimem artystycznym: Celeste. Domyśliłabyś się, że Twoje prace będą stanowić przedmiot akademickich rozważań, a że Twoje imię zapisze się na kartach historii pod nazwiskami znanych, innych artystów o bogatym dorobku artystycznym, z których znaczna część dorobiła się sławy dopiero po śmierci? A ty zagościsz we współczesnym, Twoim własnym Salon d'Automne. W poszanowaniu dla wartości sztuki tradycyjnej.
   Będziesz stała, jak stoisz teraz, na kamiennym tarasie willi w Toskanii, łapiąc jedyne liźnięcia słońca, jakie jesteś w stanie chwycić pomiędzy wznoszeniem jednego kieliszka szampana w Paryżu, a drugiego w Berlinie. Przymykając oczy, będziesz zapamiętywać wiatr muskający łagodnie Twoją twarz. Czując, jak luźna, zwiewna sukienka wkrada się pomiędzy uda, trzepocząc prawie bezgłośnie w powietrzu. Uciekniesz od zgiełku i hałasu. Zamkniesz się na szerokich, kamiennych kwadratach, doświadczając ostatnich, danych ci dni lata, zanim odwiedzisz wystawę nad Tamizą i zwiedzisz ogrody nicejskie. Odpowiesz na zaproszenie tegorocznego triennale sztuki. Powinnaś być z siebie dumna. Niewiele osób tak młodych, jak ty, osiągnęło w tym wieku aż tyle. Gro starszych, nie osiągnie tyle przez całe swoje życie. To intensywny tryb życia. Ten, na który się zdecydowałaś, kiedy za swoją kochankę wybrałaś sztukę. Pochylając się w dół, zaciskając palce na balustradzie, nie pamiętasz momentu, w którym zdecydowałaś, że oddasz jej serce, duszę i całe swoje życie. Może zawsze właśnie tego pragnęłaś.
   Choć w tej chwili, potrzebujesz zwolnić. Nie opierasz się już swoim jasnowidzącym wizjom. Słyniesz z odważnego pędzla. Proroczego. Twoje obrazy analizuje szereg studentów akademickich, a nawet powołano członków departamentu, żeby część z nich zachować utajnione, jako magiczne wizje, które mogą się wydarzyć. Jednak dalej, jak teraz, czasem ćmi cię z tyłu głowy. Przez lekką mgiełkę i cienką strukturę szyby, obserwujesz jak kilka osób krząta się po jasnym salonie. Dekoratorzy wnętrz próbują ułożyć ci twoją przestrzeń osobistą. Wesprzeć twoje chi. Uśmiechasz się w duchu, trochę rozczulona, a trochę rozżalona, że nie możesz tego zrobić sama. Nie masz jednak serca ich zwolnić. Dlatego patrzysz, jak ukochany obraz otrzymany od brata na dwudzieste urodziny ląduje w kącie pomieszczenia, na stercie rzeczy porzuconych. Obok zachowanych w kryształowej szkatułce listów od ojca. Tak obecnie wygląda Twoje życie.
   Wracasz spojrzeniem do wody, tak bliskiej. Wystarczyłoby tylko zejść bocznymi schodami, przez ogród i zanurzyć się w jej tafli. Pozostaje, dalej, poza twoim zasięgiem. Nie masz na to czasu. Ani energii. Opierając się biodrem o misternie rzeźbiony balkonik, wracasz myślami do tych dni, w których wszystko zdawało się znacznie prostsze i przynosiło znacznie więcej przyjemności. Jak ciepło ramion brata, lekkomyślnie snute opowieści ojca i świeżo zerwane przez matkę kwiaty w pokoju. Głośne, wspólnie spędzone z rodziną święta. Wszystko się zmienia. Pamiętasz dokładnie, kto kolejno przestał na nie przychodzić. Aż w końcu, ty sama zaniechałaś pojawiania się w rodzinnym domu. Oczami wyobraźni widzisz go. Pozostaje niezmienny. W pustej przestrzeni twojej sypialni widzisz swój własny cień. Poznajesz po ekstrawaganckiej kreacji, która w ogóle nie przypomina Ciebie. I po smutnym, dojmującym spojrzeniu, jakie odbija się w szybie, w oczach, w których kącikach czają się już silne zmarszczki.
   Przerażona otwierasz powieki, zielenią tęczówek chwytając niechętnie brudną rzeczywistość. Z nieopisanym lękiem przyjmując jasnowidzącą wizję własnej przyszłości.
   Pomyślałabyś, że skończysz właśnie tak?
   Samotnie...

Powrót do góry Go down


Beatrice L. O. O. Dear
Beatrice L. O. O. Dear

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 23
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 160cm
C. szczególne : Brak
Galeony : 1234
Dodatkowo : metamorfomagia
  Liczba postów : 817
http://www.czarodzieje.org/t14885-beatrice-l-o-o-dear
http://www.czarodzieje.org/t14916-are-you-afraid-of-blood
http://www.czarodzieje.org/t14920-poczta-beatrice-l-o-o-dear#397481
http://www.czarodzieje.org/t14915-beatrice-l-o-o-dear
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyCzw 31 Paź - 20:48

Chyba nie do końca wierzyła w to, co aktualnie się działo. To było tak nieprawdopodobne, że jeszcze dziesięć lat temu, w ogóle nie brałaby takiej możliwości pod uwagę. A jednak. Była tutaj. I to nie w postaci jakiegoś tam ducha, ale swojej własnej, ucieleśnionej.
Wszystko zaczęło się niewinnie, tego właśnie ranka. Nadmierne kilogramy ciążyły jej bardziej, niż zazwyczaj. Stopy spuchły tak, że swoim rozmiarem bardziej przypominały szynkę niż organ ludzki i tylko metamorfomagia w jakiś sposób trzymała je w ryzach. Czuła się fatalnie od samego rana. A jakby tego było mało, tym razem jej mąż nie mógł zostać razem z nią w domu. Potrzebowali go w pracy i choć z ogromem żalu w głosie, powiedział, że postara się wrócić, najszybciej, jak tylko się da. Beatrice rozumiała to i w żaden sposób nie kwestionowała. Mąż poświęcał jej i tak nad wyraz dużo czasu przez ostatnie kilka miesięcy. Poza tym, co mogło się stać? No nic, skoro termin jej porodu przypadał dopiero za trzy tygodnie. Sama wręcz go wyganiała z ich gniazdka, aby zrobił coś innego niż tylko przejmowanie się jej stanem. Tylko problem polegał na tym, że jakąś godzinę po jego wyjściu, Beatrice poczuła cholerny ból w okolicach ciążowego brzucha. Zapewne gdyby nie on, zgięłaby się w pół, próbując zwalczyć to. Jęk wydobył się z jej ust, kiedy to próbowała się z nim uporać. Nie, nie nie, myślała uparcie. To nie może być dzisiaj! Miałeś bądź miałaś się urodzić dopiero za kilka tygodni! Brzdąc chyba jednak nic nie robił sobie z konkretnie wyznaczonego terminu, bo zaczął naciskać jeszcze mocniej na jej macicę i to w zaskakująco krótkim odstępie czasu. Beatrice w jakimś ostatnim odruchu trzeźwego myślenia posłała do swojego męża patronusa z zawiadomieniem, że TO JUŻ! Oraz że natychmiast udaje się do Świętego Munga. Chyba miał nosa, nie chcąc opuszczać jej dzisiaj. Ona nie mogła tego przewidzieć. Kiedy próbowała sobie przypomnieć to zdarzenie po znacznie dłuższym czasie, nie potrafiła wyjaśnić, jakim, na Merlina! cudem zdołała się samodzielnie teleportować. Jednak udało jej się to.
Skurcze były coraz mocniejsze i pojawiały się o wiele częściej. Personel od razu zauważył kobietę w zaawansowanej ciąży i zabrał do odpowiedniej sali. Po chwili pojawił się uzdrowiciel Nort, który opiekował się nią od momentu, kiedy tylko dowiedziała się o ciąży.
-Pani Beatrice, rodzimy. – stwierdził krótko z pomiędzy jej nóg, które już były podkurczone.
-JAK KURWA?! – krzyknęła pomiędzy kolejnym spazmem bólu, który rozrywał jej macicę. Strach na dobre zagościł w jej oczach i prawdopodobnie nie miał zniknąć dopóki nie zobaczy przy sobie swojego męża.
- Ma już pani takie rozwarcie, że nie ma na co czekać. – stwierdził luźnym tonem. – proszę przeć. – dodał, a z jej ust wyrwał się kolejny jęk. Na szczęście w tym momencie do sali porodowej wpadł jej mąż, blady jak ściana a jednocześnie cały zlany potem. Odważnie chwycił dłoń szatynki, kiedy ta zaczęła wydawać swoje pierwsze dziecko na świat. Nie wiedzieli, czy będzie to chłopiec, czy dziewczynka. Oboje zadecydowali, że nie ma to dla nich większego znaczenia, dopóki dziecko będzie w pełni zdrowe.
Na szczęście dla kobiety, niedługi czas później, było już po wszystkim. Jej ostatni krzyk połączył się z pierwszym krzykiem jej dziecka. Mąż mocno ściskał jej dłoń, choć widziała, że w jego oczach pojawiły się łzy.
- Proszę państwa, oto wasz syn. – powiedział uzdrowiciel Nort i podał Beatrice w ramiona malutkie dziecko, które wciąż jeszcze ociekało jej własną krwią, krzyczało niemiłosiernie i wyglądało niczym kosmita nie z tej ziemi. Od wielu lat nie płakała. Ale teraz łzy niczym grochy polały się strumieniem po jej policzkach, mieszając się z potem, który gościł tam od długiego czasu.
-Edward – wyszeptał mężczyzna, przyglądając się z ogromnym wzruszeniem swojemu pierworodnemu dziecku. A potem Beatrice zauważyła coś, co nie powinno mieć miejsca. Kruczoczarne włosy odziedziczone zarówno po niej jak i po mężu... nagle stały się czerwone.
Powrót do góry Go down


Lysander S. Zakrzewski
Lysander S. Zakrzewski

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Czystość Krwi : 25%
Wzrost : 197
C. szczególne : Atletyczna budowa, veela vibe
Galeony : 847
Dodatkowo : Ćwierć wil, bezróżdżkowość
  Liczba postów : 1633
http://www.czarodzieje.org/t14380-lysander-s-zakrzewski#381382
http://www.czarodzieje.org/t14409-lyskowe-relki#381609
http://www.czarodzieje.org/t14410-krysia#381611
http://www.czarodzieje.org/t14413-lysander-s-zakrzewski#381628
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Moderator




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyCzw 31 Paź - 21:39

Wróciłem do domu wykończony nocną zmianą – mimo wszystko duże interwencje na Nokturnie nie były codziennością i nawet dla takiego wyjadacza jak ja pozostawały wciąż wielkim wyzwaniem. Marzyłem tylko o tym, żeby wrócić do domu i legnąć z polskim piwem w łóżku jak robiłem dekadę wcześniej, lecz już przy drzwiach domu powitał mnie tupot małych stópek i stukot obcasów opiekunki, która robiła wszystko, żeby nie stracić mojej córeczki nawet na moment z oczu.
- Tato! – wrzasnęła Tove rzucając mi się na szyję. Pięcioletnia dziewczynka podskakująca tak wysoko nie była raczej codziennym widokiem, mogłem więc przypuszczać, że to kolejny z objawów jej magii. Mimo młodego wieku bezustannie zaskakiwała mnie nowo nabytymi zdolnościami, co ja uważałem oczywiście za następstwo posiadania wyjątkowo utalentowanego ojca, zaś babki cioteczne – Diana i Selma twierdziły, że to kwestia tego zasranego wilowego dziedzictwa.
- A kto tu jest taki poczochrany? – zapytałem unosząc małą do góry ze śmiechem. Nie byłem szczególnie zaskoczony, bo Tove nigdy nie pozwalała się czesać niani – byłem jedyną osobą, która mogła włosów. Nie pozostawało mi nic innego jak uregulować z kobietą odpowiednią kwotę, a następnie udać się z małą do łazienki.
Zdecydowałem się na sprawienie córce dobieranego warkocza – wiedziałem, że popołudniu będziemy jak zwykle gotować, więc takie rozwiązanie wydało mi się najwygodniejsze. Mimo matczynych genów pochodzącym prosto z Hiszpanii i mojej polsko-szwedzkiej wilowatości, nasza córka z czupryną kręconych, rudych włosów wdała się w brytyjską część naszych rodzin. Nie dało się jednak ukryć, że nasza mieszanka genów dała efekty wyjątkowe, a ta miedzianowłosa istotka o bladej skórze i złotych oczach odziedziczonych po matce była tak zjawiskowo piękna, że obawiałem się iż w przeciągu kilku lat będę musiał ciskać zaklęciami niewybaczalnymi w jej adoratorów. Poza urodą miała w końcu wyjątkowo przyjemne usposobienie, które najpewniej odziedziczyła po zmarłej niemal trzy dekady wcześniej babci - swojej imienniczce.
Mała jak zwykle plotła bez przerwy, a ja mimo zmęczenia wsłuchiwałem się w jej głos z nieustającą radością. Choć w gruncie rzeczy nigdy nie miałem aspiracji ojcowskich, a raczej marzyłem o wiecznej beztrosce to przyjście na świat tej cudownej kruszyny przewróciło moje życie do góry nogami.
- Kiedy wróci mama? – zapytała w końcu, co sprawiło że odrobinę się spiąłem. Doskonale wiedziałem, że wróci jak zawsze, ale trudno było mi rozmawiać o tym z małą. Choć za czasów naszej wczesnej młodości znikanie było ulubioną specjalnością mojej ukochanej, to od narodzin małej taki numer zdarzył się po raz pierwszy i trudno powiedzieć komu było z tym trudniej – mi czy Tove.
- Myślę, że już niedługo – odparłem starając się nie rozdrapywać ran. Chciałem zrobić wszystko by Tove była jak najszczęśliwsza, nawet w takich sytuacjach jak ta. Postanowiłem szybko zmienić temat – Ugotujemy coś razem? Dzisiaj przyjdzie do nas ciocia Bianca, wujek Lenny i ciocia Ophe.
- Omdlały Merlin! – niemal wyśpiewała mała, a ja z trudem powstrzymałam się od jęku. Tove uwielbiała tę potrawę, a ja byłem w stanie jej przyrządzać nie myśląc o mojej żonie. Czego się jednak nie robi dla dziecka. Piętnaście minut później ja wycinałem bakłażany, zaś mała kruszyła pędy wnykopieńków. Oboje byliśmy przekonani, że to popołudnie minie nam wyjątkowo spokojnie, gdy nagle usłyszeliśmy rozpaczliwe wycie kota w korytarzu. Lotos nie był już młodym kotem, więc tego typu oznaki mogły szczególnie niepokoić. Odłożyłem nóż i poszedłem do przedsionka.
Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałem stojącą tam kobietę – zziębniętą, zmęczoną, ale spoglądającą na mnie z tym samym blaskiem w oczach, w którym zakochałem się ponad dekadę wcześniej.
- Padme – szepnąłem, by natychmiast wziąć ją w ramiona. Nie oczekiwałem wytłumaczeń, ani zbędnych słów – liczyło się to, że znowu była obok. Po chwili dobiegła do nas mała, na cały głos wyrzucając z siebie radość. Zamarliśmy w tym potrójnym uścisku, a ja poczułem nieustający spokój. Znów byłem pełny.

______________________


Ona nago, jestem Modigliani, Modigliani Złote włosy i bordowy stanik, jak Gryffindor. Świeci szyją jestem Modigliani, Modigliani. Zdejmuj suknię, W końcu sami
Powrót do góry Go down


Gabriel R. Swansea
Gabriel R. Swansea

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 190 cm
C. szczególne : wydatne kości policzkowe
Galeony : 129
  Liczba postów : 194
http://www.czarodzieje.org/t17525-gabriel-robert-swansea
http://www.czarodzieje.org/t17540-w-galerii-pelnej-sztuki-i-tak-patrzylbym-na-ciebie-8
http://www.czarodzieje.org/t17544-sheakespeare
http://www.czarodzieje.org/t17505-gabriel-swansea
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyCzw 31 Paź - 22:05

Tęsknił za nią.
Kiedy budził się przy niej w łóżku czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Kiedy patrzył jak tańczy półnaga na ich małym tarasie, uśmiechał się nawet o tym nie wiedząc. Jej kruczoczarne włosy, opadające jej na twarz, kiedy nad nim górowała śniły mu się po nocach. Praktycznie czuł te półdługie kosmyki, przesuwające się po jego klatce piersiowej, kiedy ona scałowywała ścieżkę wzdłuż jego torsu. Nie umiał otworzyć tej części szafy, gdzie do teraz leżały jej porzucone biustonosze, golfy i inne części garderoby. Długo mu zajęło samo przekonanie się do rzucenia zaklęcia czyszczącego, które wywabiło jej zapach z ich pościeli, nie chciał sobie robić niczego bardziej drastycznego. Pewnie powinien poprosić kogoś o pozbycie się tych rzeczy, nie umiał się jednak przełamać. To by oznaczało zakończenie pewnego etapu, jej obecność zaniknęłaby w końcu całkowicie.
Kiedy był młodszy pisał wiele wierszy.
W jednym z nich napisał, że dopiero kiedy umrze się z miłości rozpoczyna się właściwe życie. Pluł sobie w brodę za ten tekst. On mógłby nigdy nie umrzeć, jeżeli to oznaczało zniknięcie jej z jego życia. Nie umiał sobie z tym poradzić. Nie chciał sobie z tym radzić. Dopijał kolejne zimne kubki z herbatą, które służyły chyba jedynie do zabicia smaku whiskey na jego języku. Dużo ludzi mówiło, że artyści musieli się stoczyć, żeby tworzyć. W takim razie on nie chciał być wybitnym w żadnej dziedzinie. Wolał być cholernie zwyczajny, jeżeli to miałoby sprawić, że ona pojawiłaby się z powrotem w progu jego drzwi, z tym swoim szelmowskim uśmiechem i oczami pełnymi gwiazd.
Czy mógł ją winić? Nie.
Wiedział, że to wszystko jego wina. Kochał za mocno, za wiele wymagał. Stawiał ją na pierwszym miejscu, była dla niego najważniejsza, ale to wszystko było... toksyczne. Po czasie potrafił to zauważyć. Potrafił przyznać, że z każdym miesiącem ich związku jej oczy zaczynały coraz mniej skrzyć, a jej skóra przestawała lśnić jak zawsze. Ograniczał ją, a ona była jak ptak, który zasługiwał na wolność. Był dla niej zawsze, a ona nie chciała być zawsze dla niego. Nie powinien jej jednak do tego zmuszać. Nie powinien był wymuszać na nikim miłości. Jeżeli ona go nie chciała, powinien o to walczyć w kompletnie inny sposób niż to zrobił. Prawdopodobnie zabił tę miłość i to właśnie dobijało go najbardziej. Widział w tym własną winę, która ciągnęła go w dół.
Pamiętał ich pierwsze spotkanie.
Nie wiedział wtedy, że ona też pochodzi ze świata magii. Spotkał ją w niemagicznej części Londynu. Śmiali się potem z tego, że to musiało być przeznaczenie, bo inny wypadek nie wchodził w grę. Ich miłość zaczęła się jak jedna z mugolskich komedii romantycznych, na które wymykał się do kina tak, by jego kuzyn nie wiedział. Za szybko, za mocno. Chciał ją tylko dla siebie, pociągała go pod każdym względem. Potrafiła sprawić, że czuł że żyje. Przy niej w jego żyłach nie płynęła krew, tylko adrenalina. Pokazała mu takie strony jego osobowości, których nie znał. Zatracił się w tym uczuciu, w tej relacji, w tym samym sobie, którego wcześniej nie znał. Nauczył się jeździć mugolskim samochodem tylko po to, żeby razem mogli wypożyczać najdroższe auta i jeździć tak szybko, ze to było irracjonalne. Wiedział, że kiedy tylko straci panowanie nad tym wybrykiem natury to zabije ich oboje, przez co nakręcało go to jeszcze bardziej. Słuchali muzyki na pełną głośność i kochali się na tylnym siedzeniu. Ona też kochała to wszystko. Teraz też jeździł tym samym samochodem. Miał wrażenie, że zapach ich rozgrzanych ciał zapisał się w skórzanej tapicerce. Samotnie przekraczał granice zdrowego rozsądku i coraz większe limity prędkości. Niby starał się nie rozbijać, ale w jego myślach cały czas było podświadome pragnienie skręcenia kierownicą i zakończenia tego cierpienia. Nie robił tego tylko dla tego zapachu ich potu, który unosił się w pojeździe.
Często oglądał ich wspólne zdjęcia.
Patrzył na swoją własną roześmianą twarz, na dołeczki, które pojawiały się w jej policzkach, kiedy rozbawiał ją praktycznie do łez. Była to forma masochizmu, jego własna pokuta, którą zadawał sobie niewyobrażalny ból. Nie chciał tego robić, ale nie potrafił oderwać wzroku. Była bardzo dobra w magicznym gotowaniu, jeszcze na języku czuł smak jej drinków. Najczęściej pili dwa różne, a później łączyli ich smaki poprzez namiętne pocałunki. W ich związku nie brakowało pasji. Ona jako jedyna potrafiła go otworzyć przy ludziach. Tylko ona nie musiała przełamywać wszystkich jego barier. Zakochał się w jej oczach od pierwszego wejrzenia i wiedział, że nigdy nie będzie chciał jej opuścić.
I tego nie zrobił, to ona wyszła z jego życia. Podeptała jego serce, przydeptując je obcasem swoich szpilek, które nosiła, żeby sięgać zębami do jego szyi. Jemu zostało jedynie pisanie wierszy i upijanie się do upadłego, szlochając gdzieś w łóżku, będąc przytulonym do własnego swetra, który przesiąkł jej zapachem.
Powrót do góry Go down


Lotta Hudson
Lotta Hudson

Mieszkaniec Londynu
Rok Nauki : IX
Wiek : 21
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 174
C. szczególne : Mała blizna na palcu dłoni, mocne oparzeliny na rękach i lekkie na szyi
Galeony : 784
  Liczba postów : 1225
http://www.czarodzieje.org/t13872-lotta-hudson?nid=5#367718
http://www.czarodzieje.org/t13936-relki-lotki#368318
http://www.czarodzieje.org/t13932-lotta-hudson
http://www.czarodzieje.org/t13931-lotta-hudson
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Moderator




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyCzw 31 Paź - 22:28

1 XI 2029

Nieszczególnie miałam ochotę wracać do Anglii – choć moje powroty w rodzinne strony były dość częste to nostalgia za hogwarckimi murami, która ogarniała mnie w okolicach końca wakacji była dość trudna do zniesienia. Jedyne co ściągnęło mnie do kraju to prośba EJ’a, które mu bardzo zależało, żeby pierwszego września na peron dziewięć i trzy czwarte odprowadziło go oboje rodziców. Bez wątpienia nie byłam matką roku, z tego powodu nie zdecydowałam się na kolejne dzieci, niemniej czułabym się podle, gdybym odmówiła synowi tej drobnej przyjemności. Dlatego po dwóch tygodniach spędzonych wspólnie w moim domu w Rumunii udaliśmy się do Londynu – oczywiście cieszyłam się na tę wizytę ze względu na możliwość spotkania z mamą, Rileyem, Bridget i innymi bliskimi mi osobami, niemniej to wszystko kosztowało mnie naprawdę dużo stresu.
Jeśli miałabym wybrać jedną rzecz na którą najbardziej nie miałam ochoty to bez wątpienia było to przebywanie w towarzystwie Williama i jego żony na dworcu. Choć rany z przeszłości można było uznać za zagojone, to wciąż czułam do siebie pewien żal – w gruncie rzeczy zrujnowałam Walkerowi kawałek życia swoim zachowaniem. Miałam pewność, że właśnie to ukształtowało go jako dojrzałego mężczyznę, niemniej wolałabym, żeby wszystko potoczyło się zgoła inaczej. Jego żona była za to słodką istotką, którą zapewne w innych okolicznościach mogłabym pokochać całym sercem. Zawsze dziwiło mnie, że EJ tak bardzo jej nie lubił – w przeciwieństwie do mnie była dla niego naprawdę dobrą matką.
Całe pożegnanie na dworcu przebiegło zaskakująco spokojnie – Edmund był pełen entuzjazmu, William wyraźnie spięty (pytanie tylko czy moją obecnością czy wyjazdem syna), zaś jego żona robiła wszystko by uspokoić ich drugiego syna – brykającego czterolatka imieniem Arthur. Ja zaś stałam zamyślona, wpatrując się w stojący na peronie Hogwart Express wspominając z nostalgią dziesięć lat spędzonych w szkole, wszystkie wzloty, upadki, przyjaźnie i miłostki. Moje myśli zboczyły na moment w stronę Caluma, który był nieodłączną częścią mojego życia przez ponad dekadę. Nie chciałam jednak rozdrapywać ran, dlatego najszybciej jak to było możliwe pokierowałam moje rozważania w inną stronę. Wiedziałam, że Dear zawsze będzie drogi jakiejś części mojego serca, lecz teraz miałam nowe życie, w którym odnalazłam szczęście. Nawet jeśli czasem żałowałam, że nam nie wyszło.
Po chwili Edmund usiadł w pociągu i nawet się nie obejrzałam, gdy ten ruszył, a jedyne co mi pozostawało to machać ręką w stronę mojego syna, który w tej dziwnej sytuacji potrafił się odnaleźć zdecydowanie lepiej niż ja.

(…)

5 XI 2019

Przeszłam bramę rezerwatu łapiąc ostatnie promienie letniego słońca, które w Rumunii pozostawało jednak wciąż dość intensywne. Nie zdążyłam nawet dojść do drugiej bramy gdy napotkałam jednego z młodszych smokologów niosących świeże jajko rogogona.
- Dzień dobry, pani Kovács – powiedział mężczyzna po rumuński, a ja odpowiedziałam mu skinięciem głowy z trudem powstrzymując śmiech, gdy ten ranił węgierskie nazwisko, które towarzyszyło mi od dwóch lat.
Poszłam dalej, aż dotarłam do mojego ulubionego miejsca – zagrody osieroconych piskląt. Oczywiście, że on już tam był – rzadko je opuszczał. Tak jak ja nie miał zbytnio ręki do ludzkich dzieciaków, za to jego instynkt budził się wśród małych, smoczych sierot. Był wobec nich wyjątkowo czuły i troskliwy – w ten sam sposób traktował mnie.
- Cześć Lajos – rzuciłam jak gdyby nigdy nic. Niemal natychmiast się odwrócił, a jego twarz rozjaśnił uśmiech. Był ode mnie kilka lat starszy, już niemal dosięgał czterdziestki, lecz za każdym razem gdy na mnie patrzył jego twarz rozświetlał wyjątkowy uśmiech, który odejmował mu lat.
- Witaj w domu, Lottie – odparł wyciągając dłonie w moją stronę. Tak, teraz tu był mój dom. Mimo wszystkiego co zostawiłam w Anglii, to właśnie tutaj u boku ukochanego oraz naszych smoczych dzieci w końcu poczułam spokój.

______________________

What sort of creature musthe be who merely liked Charlotte, whose whole heart and senses were not entirely absorbed by her.
Powrót do góry Go down


April Jones
April Jones

Nauczyciel
Wiek : 31
Czystość Krwi : 50%
Wzrost : 161 cm
C. szczególne : mnóstwo piegów, niski wzrost, często nosi kwiaty we włosach
Galeony : 459
Dodatkowo : jasnowidzenie
  Liczba postów : 131
http://www.czarodzieje.org/t17477-april-autumn-jones
http://www.czarodzieje.org/t17486-kwiecien-plecien
http://www.czarodzieje.org/t17487-hela-sowa-sniezna-april
http://www.czarodzieje.org/t17476-april-jones
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyCzw 31 Paź - 22:29

Statkiem miotało w prawo i w lewo, a ona z każdą chwilą żałowała podjętej decyzji coraz bardziej. Kiedy tygodni wcześniej ktoś jej zaproponował wyprawę morską nie zastanawiała się dwa razy. Praca w szkole była nudna, a to wydawało się całkiem miłą przygodą. Gdyby tylko wiedziała jaki był zamysł tej całej eskapady to... dobra, nie mogła nikogo oszukiwać, że zmieniłaby zdanie. Otóż, panna (a może jednak pani, skoro była w związku małżeńskim o którym nie miała pojęcia?) Jones została jednym z wielu piratów na prawdziwej, wielkiej łajbie. Wszystko byłoby w jak największym porządku, gdyby nie choroba morska, która objawiła się w najmniej oczekiwanym momencie. Rudowłosa próbowała łapać równowagę, starając się nie zarzygać ledwo co umytego pokładu, jednak szło jej to z wielkim trudem. Ślizgała się po deskach jak na lodowisku, co nie było zbyt dobre dla zawartości jej żołądka. Próbowała usiąść, jednak jej to w ogóle nie pomagało. Zerkając na to czy nikt nie patrzy rzuciła szybko na siebie odpowiednie zaklęcie i od razu osiągnęła błogi stan ulgi. Jednak co magia, to magia.
Nie wiedziała wcześniej, że na statku nie będzie można korzystać ze swoich magicznych umiejętności. W jej przypadku to było o wiele bardziej problematyczne - jeżeli podczas normalnego rejsu, kiedy nie było sztormu nie musiała korzystać z żadnej magii, tak nie umiała powstrzymać swoich wizji. Wpakowała się w straszne bagno, ale nie była tchórzem, żeby rezygnować z powodu kilku beczek z rumem rzucanych pod nogi.
- Kapitanie, wyspa z prawej! - Krzyknęła, faktycznie zauważając jakieś kokosowe drzewka jak z książek, które czytała jej matka. Po chwili dobili do brzegu, a ona jak małe dziecko, podekscytowana zeskoczyła z pokładu do wody, przemaczając sobie buty w ciepłej wodzie. Wyspa była dość duża, przez co nie musiała się aż tak bać przyłapania z powodu używania magii. Chodziła powoli wzdłuż brzegu, starając się znaleźć cokolwiek ciekawego, aż w końcu wpadła na butelkę, która pływała sobie jak gdyby nigdy nic w małej zatoce. Chwyciła ją, mając nadzieję, że w środku będzie mapa do skarbu, a ona zostanie podniesiona rangą wyżej, aż w końcu udusi kapitana we śnie, zdobędzie stery statku i będzie mogła podbić całe wodne akweny jako rudowłosa piratka, ale nic takiego się nie stało. W butelce było jedynie zdjęcie jakiejś młodej pary w dniu ich ślubu. April uśmiechnęła się sama do siebie. Nie doświadczyła nigdy podobnego uczucia, jednak nie była z tego powodu rozgoryczona. Jej tryb życia nie pozwalał jej na stałe związki, zmieniała miejsce zamieszkania częściej niż rękawiczki, a wszelkie zobowiązania były dla niej kulą u nogi. Szybko zwinęła zdjęcie w kieszeń i wróciła do poszukiwania skarbów. Po bardzo nieudanej próbie wróciła na statek, gdzie życie toczyło się szybciej. Piła rum w ilościach hurtowych, śpiewała szanty i tylko czasami sobie przypominała jak jej jest źle w tym miejscu (zapewne, kiedy kończyły się beczki z alkoholem).
Pewnej nocy obudził ją krzyk kapitana, który ogłaszał, że ktoś atakuje ich statek. Zrzuciła z siebie ciało młodego pirata, po czym szybko ubrała się i pobiegła, uzbrojona w różdżkę i mały sztylet. Jako że była mała i zwinna już chwilę później znalazła się na statku obok, gdzie zaczęła walczyć jak dzika kotka. Szło jej to doskonale, aż wpadła w ramiona jakiegoś mężczyzny. W jego oczach w kolorze miodu dostrzegła ciepło, a już po chwili w jej umyśle pojawiła się wizja. Teleportowała się z nim jak najdalej z tamtego miejsca, wiedząc, ze to koniec ich przygody na statku, a początek zupełnie nowej. A to, że mężczyzna był mugolem i prawie zszedł na zawał przy tej nagłej teleportacji to już materiał na kompletnie inną historię.
Powrót do góry Go down


William S. Fitzgerald
William S. Fitzgerald

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 183,5 cm
C. szczególne : czupryna ognistorudych i pozostających zwykle w artystycznym nieładzie włosów | gęste brwi | tatuaż z motywem quidditchowym na lewym ramieniu | tatuaż z czaszką węża na prawej piersi
Galeony : 211
  Liczba postów : 123
http://www.czarodzieje.org/t17623-william-s-fitzgerald#494556
http://www.czarodzieje.org/t17645-ulisses#495903
http://www.czarodzieje.org/t17635-william-s-fitzgerald#495526
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Gracz




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyCzw 31 Paź - 22:46

  Zacisnął mocniej palce na trzonku swojej miotły, a spojrzenie jego ciemnobrązowych oczu przesunęło się po członkach irlandzkiej narodowej drużyny quidditcha, jego drużyny, zatrzymując się przez paręnaście sekund na każdym z tych ludzi, których sam wybrał. Ostatnie wskazówki, ostatnie powtórzenie strategii i ostatnie słowa motywacji; lada moment miał się zacząć może nie najważniejszy mecz w jego karierze jako kapitana, ale na pewno jeden z ważniejszych – wygrana w końcu da im pewne miejsce w przyszłorocznych Mistrzostwach Świata, a on miał zamiar poprowadzić Irlandię prosto po zwycięstwo.
  — Czy wszystko jest jasne, panie i panowie? Każdy wie co ma robić? — Przesunął wzrokiem raz jeszcze po skupionych i zaciętych twarzach zawodników, z zewnątrz dało się słyszeć wzmagający się ryk dziesiątek tysięcy zgromadzonych kibiców, którzy na pewno liczyli na niesamowite widowisko. — W takim razie pora dać z siebie wszystko i jeszcze więcej, bo w grę wchodzi jedynie zwycięstwo. Innego wyniku nie zamierzam zaakceptować.
  Grupowy okrzyk, żeby dodać sobie jeszcze trochę motywacji, a potem każdy dosiada swojej miotły i wszyscy kolejno wylatują na boisko, co sprawia, że trybuny jeszcze bardziej zaczynają wrzeć. William nie skupiał się jednak na tym; cała jego uwaga od początku pozostała skupiona na grze, która od pierwszych sekund była naprawdę zawzięta i ostra, a tempo niemal mordercze. Kafel śmigał z rąk do rąk tak szybko, że kibicom prawdopodobnie trudno było śledzić jego obecne położenie, szczególnie bez omnikularów, a tłuczki świstały pomiędzy zawodnikami, jeden nawet w pewnym momencie przeleciał mu niebezpiecznie blisko głowy; aż odczuł silniejszy podmuch powietrza, kiedy ta żelazna kula go wyminęła. Parę milimetrów w lewo i mógłby zostać bardzo skutecznie wyeliminowany z dalszej gry.
  Fitzgerald wyciskał z siebie siódme poty; mecz był niezwykle wyrównany – żadna z drużyn nie była w stanie zdobyć wyraźnej przewagi nad drugą, wszelka różnica punktowa prawie od razu była redukowana i wydawało się, że jedynie złapanie złotego znicza będzie w stanie przesądzić o wygranej. O ile mecz wcześniej nie zostanie zakończony bez schwytania tej skrzydlatej piłeczki, gdy upłyną regulaminowe cztery godziny jakie mógł trwać mecz eliminacyjny. Sam był ścigającym, więc na kwestię znicza nie miał absolutnie żadnego wpływu i musiał wierzyć, że obsadził właściwą osobę na pozycji szukającego, która stanie na wysokości zadania, gdy już dostrzeże to uskrzydlone złoto.
  I tak w istocie było.
  Koniec meczu zbliżał się wielkimi krokami, a tablica punktowa wyraźnie wskazywała, że jednak przegrają; przeciwnikom udało się zdobyć wystarczającą przewagę, by w pozostałym czasie mieli bardzo nikłą szansę na jej przebicie. Uwagę komentatorów nagle jednak zwróciło wyraźne poruszenie wśród szukających, którym w końcu musiało się udać dostrzec tą niewielką piłeczkę, która dla Irlandczyków była teraz na wagę złota i miała zadecydować o ich być albo nie być na Mistrzostwach. Obaj wznieśli się wysoko i trudno było obserwować co dokładnie się działo podczas pogoni, ale po paru chwilach jako pierwszy pokazał się szukający Irlandii dzierżąc triumfalnie znicza w wyciągniętej dłoni.
  Sędzia odgwizdał koniec. Wygrali.
  Trybuny nagle ożyły, radosny wrzask irlandzkich kibiców przetoczył się po stadionie; wylądowali na murawie, a szukający od razu został uniesiony na rękach przez resztę teamu, bo to właśnie jego sokolemu oku oraz refleksowi zawdzięczają awans do Mistrzostw Świata. William przyglądał się tej scenie, czując rozpierającą dumę. Dla takich chwil naprawdę warto żyć.
  Przekora oraz upór sprawiły, że znajdował się obecnie w tym miejscu; mimo wszystkich tych kłód, jakie rzucano mu pod nogi – w szczególności przez rodziców, którym wybrana przez niego ścieżka ani trochę nie była w smak – dał radę tego dokonać i stał na czele narodowej drużyny Irlandii, przed którą właśnie otworzyły się drzwi prowadzące prosto do wygranej w Mistrzostwach. Dużo go to kosztowało, ale gdyby otrzymał zmieniacz czasu i mógł ponownie stanąć przed niektórymi swoimi wyborami, żadnego z nich by nie zmienił.
Powrót do góry Go down


David T. Fairwyn
David T. Fairwyn

Nauczyciel
Wiek : 43
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 182
Galeony : 584
  Liczba postów : 120
http://www.czarodzieje.org/t17537-david-thaddeus-fairwyn#491881
http://www.czarodzieje.org/t17564-dave-fairwyn#492456
http://www.czarodzieje.org/t17563-petruska#492455
http://www.czarodzieje.org/t17538-david-t-fairwyn#491882
Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8




Moderator




Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość EmptyCzw 31 Paź - 23:08

W wieku lat czterdziestu trzech byłem przekonany, że bycie samotnym ojcem cztero- i trzylatki to naprawdę wielkie wyzwanie. Wtedy jednak absolutnie nie miałem świadomości jak trudne jest posiadanie na swoim życiowym pokładzie dwóch nastolatek przeżywających pierwsze bunty i młodzieńcze wahania hormonalne. Muszę przyznać, że miałem odrobinę łatwiej niż większość rodziców, gdyż jako nauczyciel mogłem mieć Belę i Janę przynajmniej częściowo na oku, to wciąż jednak odnosiłem wrażenie, że nie do końca panuję nad sytuacją. Żałowałem, że w naszej rodzinie nie było nikogo, kto mógłby podejść do moich córek z bardziej kobiecej perspektywy. Niestety przez dekadę nie spotkałem żadnej kobiety, która chciałaby spędzić życie u boku lekko dziwacznego wdowca z dwójką wybitnie zdolnych, lecz jednocześnie trudnych nastoletnich córek. W gruncie zapewne nawet gdybym taką spotkał to ciężko byłoby mi zapełnić dziurę, którą pozostawiła w moim sercu śmierć Very.
Nie mogłem jednak narzekać – choć moje życie bywało czasem trudne, a dzieciaki doprowadzały mój mózg do eksplozji to czułem się szczęśliwy. Uwielbiałem spędzać czas z moimi dwiema księżniczkami – nawet jeśli ze względu na ich nastoletni bunt coraz częściej popadaliśmy w konflikty, to zawsze nadchodził moment pokoju, kiedy wszyscy godziliśmy się i z uśmiechem na ustach jedliśmy razem niedzielny obiad w Hogsmeade albo w tajemnicy przed dyrekcją Hogwartu wyrywaliśmy się na wycieczkę na Pokątną. Moje córki wyrosły na wspaniałe dziewczyny. Jasnowłosa Bela zdecydowanie bardziej przypominała Verę – była skupiona na swoich i godzinami siedziała w książkach zgłębiając tajemnice magicznego świata. Wkurzała się, gdy próbowałem ją przekonać do czegoś niezgodnego z jej racjami i muszę przyznać, ze tak jak jej matka była mistrzynią ciętej riposty i merytorycznej dyskusji. Mimo zaledwie czternastu lat potrafiła zagiąć w rozmowie nawet dorosłych rozmówców, przez co często trafiały do mnie skargi od innych nauczycieli. Mimo to uczyła się fenomenalnie, przynosząc mi całą masę dumy, a także zdobywając liczne punkty dla Ravenclawu. Jana wdała się raczej we mnie – większość czasu spędzała rozwalając szczęki kolegów z innych domów pałką miotlarską (choć muszę przyznać, że była wybitną pałkarką!), a do nauki mimo naturalnych predyspozycji nieszczególnie się rwała, choć miałem nadzieję, że kiedyś jej przejdzie. Gryfoni tracili nieustannie punkty z powodu jej nowych psikusów, a ja już machałem na nie ręką wiedząc, że ta dziewczyna nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Nie byłem w stanie przewidzieć nawet jej wyglądu w dany dzień (czynnie korzystała z metamorfomagii - potrafiła o poranku przywitać mnie w długich, rudych warkoczach, a wieczorem demolować zamek ogolona na zapałkę), a co dopiero na jaki durny pomysł wpadnie kolejnego dnia. Nie dało się jednak ukryć, że kochałem te dwie moje małe wiedźmy całym sercem.
Byłem szczęśliwy i zadowolony z tego, że zostaliśmy w Anglii. Córki były przy mnie, udało mi się uzyskać większą część udziałów w rodzinnej firmie, a przy tym wszystkim mogłem nauczać mojego ulubionego przedmiotu. Choć nie cieszył się on wielką popularnością to raz na jakiś czas znalazł się jakiś uczeń, którego udało mi się zarazić moją pasją. Czy dla pedagoga mogło być coś lepszego?
Niczego więcej nie chciałem – miałem wszystko co najlepsze.
Powrót do góry Go down


Sponsored content

Watek masowy: skok w przyszłość QzgSDG8








Watek masowy: skok w przyszłość Empty


PisanieTemat: Re: Watek masowy: skok w przyszłość   Watek masowy: skok w przyszłość Empty

Powrót do góry Go down
 

Watek masowy: skok w przyszłość

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: Watek masowy: skok w przyszłość QCuY7ok :: 
retrospekcje
-