Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share
 

 Nathaniel Bloodworth

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


Nathaniel Bloodworth

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 22
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 189 cm
C. szczególne : Niewielka blizna na łopatce, na palcu lewej ręki sygnet rodowy Bloodworthów
Galeony : 453
Dodatkowo : oklumencja
  Liczba postów : 531
http://www.czarodzieje.org/t17075-nathaniel-bloodworth#476657
http://www.czarodzieje.org/t17079-nathaniel-bloodworth
http://www.czarodzieje.org/t17080-nathaniel-bloodworth#476778
http://www.czarodzieje.org/t17070-nathaniel-bloodworth
Nathaniel Bloodworth QzgSDG8




Gracz




Nathaniel Bloodworth Empty


PisanieTemat: Nathaniel Bloodworth   Nathaniel Bloodworth EmptySro Lut 13 2019, 12:38


Nathaniel Bloodworth

DATA URODZENIA14 grudnia 1996r.
CZYSTOŚĆ KRWI 100%
MIEJSCE URODZENIALondyn, Anglia
MIEJSCE ZAMIESZKANIALondyn, Anglia
UKOŃCZONA SZKOŁA Hogwart (VII lat, Slytherin), Riverside (studia, wydział prawniczy)
WYBRANA POSADA DO OBJĘCIAPracownik MM (Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów)
PRZEPRACOWANY CZAS W POWYŻSZEJ PRACYPół roku (zaczął w Kanadzie)
WYBRANY WIZERUNEKMaxence Danet-Fauvel


Wyglad

WZROST 189 cm
BUDOWA CIAŁA Sprawia wrażenie „wyciągniętego w jedną stronę” – jego sylwetka jest smukła, wysoka; ma długie nogi, ręce zakończone szczupłymi dłońmi o długich palcach i delikatnie zarysowane mięśnie, nad którymi stara się pracować.
KOLOR OCZU Zielone
KOLOR WŁOSÓW Między brązem, a ciemnym blondem
ZNAKI SZCZEGÓLNE Czy ironiczny uśmieszek i delikatny zarost, który niekiedy pojawia się na jego twarzy, można nazwać czymś szczególnym?
PREFEROWANE UBRANIA Dopasowane do okazji. Niegdyś nosił niemal wyłącznie koszule, Riverside przyzwyczaiło go jednak do większej swobody. Jednak bez względu na to, czy ma na sobie dres, garnitur, czy skórzaną kurtkę, zawsze stara się by jego ubiór wyglądał nienagannie.  


Charakter


Nigdy nie potrafił płakać. Choćby nawet chciał i próbował z całych sił, łzy zwyczajnie nie chciały się pojawić. Czasem szkliły mu się oczy, ale nie pamiętał, by słone krople kiedykolwiek spłynęły po policzkach.
Nawet wtedy, gdy mając 8 lat spadł ze schodów i złamał sobie rękę.
Choć był żywiołowym dzieckiem, była to jedna z nielicznych sytuacji, gdy postąpił w tak nieprzemyślany sposób. Zawsze wszystko kalkulował i analizował, zawsze musiał mieć wszystko pod kontrolą. Bacznie obserwował otaczający go świat i ludzi, rozbierał wszystko na czynniki pierwsze i wyciągał odpowiednie wnioski. Choć miał skłonności introwertyczne, szybko zrozumiał, że to kontakt z ludźmi, nie spokojne oddawanie się swoim myślom, pomoże mu osiągnąć zamierzone przez siebie cele. Szybko odnalazł się w Hogwarcie, nauczył się jak znaleźć sobie znajomych i zaskarbić sympatię nauczycieli. Ludzie byli prości w obsłudze – w zadziwiającej większości sami pokazywali jakie emocje targają nimi w danym momencie, jakie motywy przemawiają za ich postępowaniem. Często nie musieli nic mówić, by o tym wiedział, wystarczyło tylko się przyjrzeć. Nieliczni, którzy nie byli dlań jak otwarta księga, wzbudzali w nim prawdziwe zainteresowanie.
Nawet wtedy, gdy Alicia połknęła ten nieszczęsny eliksir.
Nie bez trudu i bólu wypracował sobie maskę, która początkowo ciążyła mu do tego stopnia, że wątpił by zdołał ją unieść. Maskę obojętności, chłodnej uprzejmości, grzecznego zainteresowania. Maskę z ironicznym uśmieszkiem nieprzerwanie przyklejonym do pełnych warg. Założył ją i długo nie zdejmował, aż wrosła w jego skórę, zajęła miejsce prawdziwej twarzy. Zapanował nad swoimi myślami, otaczając je grubym murem oklumencji, zgarniając je tylko dla siebie i wraz z przeszłością chroniąc przed wzrokiem niepożądanych osób. Porzucił marzenia o nauczaniu eliksirów, zapomniał o nich z pozorną łatwością, tak jakby nigdy ich w sobie nie miał. Jak kameleon dostosował się do nowej sytuacji, nowego otoczenia.
Nawet wtedy gdy dowiedział się o chorobie matki.
Nie rozumiał co nim kierowało kiedy zgodził się zostać w Anglii, był pewien, że dawno stłumił tę część swojej osobowości. Wyuczone poczucie obowiązku nie pozwoliło mu cofnąć danego słowa, ale obiecał sobie zwrócić większą uwagę na swoje emocje, by drugi raz nie popełnić podobnego błędu.
Nigdy nie postrzegał płaczu jako słabości. Wręcz przeciwnie, uważał, że przyniósłby mu ulgę; właściwie zazdrościł tym, którzy byli do niego zdolni.


Historia


Obrzeża Londynu, 12 czerwca 1998r.
Zaciskając palce na lakierowanym drewnie różdżki, uważnie stawiała kolejne kroki. Parkiet, po którym stąpała, czasy świetności miał już za sobą, ale z łatwością potrafiła wyobrazić sobie jak niegdyś wyglądało to miejsce – pełne światła, tętniące życiem. Dworek Blaisów jeszcze kilka lat temu robił ogromne wrażenie, nęcąc cieszących się dobrym pochodzeniem czarodziejów wystawnymi rautami i balami; teraz zaliczyć go można było do ruin i ruder, tak licznych po niespokojnych czasach wojny.
Przyświecając sobie różdżką, zajrzała do jednej z szuflad, nim jednak przetrząsnęła jej zawartość, usłyszała głos dobiegający z piętra budynku.
— Angie? Na Merlina, Angie, chodź tu szybko! — zarówno przerażony głos jej partnera, jak i ogarniające ją nagle złe przeczucie sprawiło, że ruszyła po skrzypiących schodach, gotowa by w mgnieniu oka zaatakować to, co tam znalazł. To dom cholernych Śmierciożerców, przez ostatni miesiąc widziała ich już kilka i często znajdowali coś niespodziewanego. Prawdę powiedziawszy, nie sądziła by coś mogło ją jeszcze zdziwić.
Cicho zbliżyła się do Jamesa, zajrzała mu przez ramię i... zamarła w bezruchu, zupełnie zszokowana widokiem, na który nie była przygotowana. To nie żadna pamiątka po czarnomagicznych obrzędach, miejsce zbrodni, ani domowa hodowla akromantul (to była zdecydowanie jedna z dziwniejszych rzeczy, jakie zdołali znaleźć kilka tygodni temu); to dziecięcy pokój, a w nim jasnowłosy chłopiec o dużych zielonych oczach, który zaciskał rączki na prętach łóżeczka. Oceniając „na oko”, mógł mieć trochę ponad roczek.
— Angie, co my z tym zrobimy? — zabawne, jako auror miał styczność z tyloma niebezpiecznymi sytuacjami, ale dopiero małe dziecko wywołało w nim prawdziwą panikę. Prawdę powiedziawszy, nie mieli pojęcia o tym, że Evelynn Blais urodziła synka; gdyby wiedzieli, prawdopodobnie rozegraliby to w inny sposób, a młoda Śmierciożerczyni... cóż, nadal by żyła. Przerażona wizją Azkabanu, targnęła się na własne życie kiedy tylko pojęła, że nie zdoła uciec.
Angie westchnęła, przecisnęła się obok niego w drzwiach i wzięła malucha na ręce. — Jak to co? Biedactwo, musiał siedzieć tu sam od wczoraj... i w ogóle nie płacze. — pogładziła chłopca po miękkich włosach i rzuciła Jamesowi krótkie spojrzenie. — Na dole zabezpieczyłam kilka artefaktów, Ostrze Karona i kilka innych głupot. Zajmij się tym, a ja zabiorę go w jakieś lepsze miejsce.
Każde miejsce będzie lepsze niż ten przesycony czarną magią dom.
 
Londyn, 12 czerwca 1998r.
Madeleine była bezużyteczna.
Nie wymagał od niej absolutnie niczego poza urodzeniem mu syna – zdrowego, silnego chłopca, który sprawi, że nazwisko Bloodworth, niegdyś tak znaczące w czarodziejskim świecie, przetrwa kolejne pokolenie. Nie wymagał niczego ponad to, a ona i tak nie potrafiła spełnić jego oczekiwań. To pewnie przez tę parszywą krew wili, która płynęła w jej żyłach, sprawiając, że pomimo pięknej ludzkiej powłoki, wewnątrz była nieprzydatnym potworem (wziął ją za żonę bo miała czystą krew, dobre nazwisko, a w posagu udział w rodzinnych winnicach. No, i była ozdobą tego domu, co do tego nie miał żadnych wątpliwości).
I jeszcze ci przeklęci uzdrowiciele próbujący wmówić mu, że wina leży po jego stronie, że to z nim – nie jego cholerną, francuską, wyuzdaną żoną jest coś nie tak. Żeby udowodnić coś sobie i całemu wszechświatowi, zaczął kolejny w swoim życiu romans z nową sekretarką, która uparcie robiła doń maślane oczy. I nic. Zupełnie nic.
Miał już prawie czterdzieści lat i wspaniale rozwiniętą karierę w Wizengamocie. I na co to wszystko, po co mu to – fortuna, dobre imię, znajomości. Wszystko to umrze razem z nim, skończy się tak jakby nigdy nie istniało.
Christopher Bloodworth nie poddawał się tak łatwo. Nie przyznał się do winy, ale rozważył adopcję chłopca, na którą namawiała go żona i ostatecznie przystał na ten pomysł – z zachowaniem dwóch warunków: dziecko musi mieć magiczne pochodzenie, a jego żona przysiąc, że nie wyjawi chłopcu prawdy. Wystarczyło tylko odnowić niektóre znajomości, pociągnąć za kilka sznurków. To takie łatwe…

Londyn, 14 sierpnia 2001r.
Zielone oczy bystro obserwowały otoczenie. Wokół pięcioletniego chłopca latały rozbrykane modele smoków i zdawać by się mogło, że jest pogrążony w zabawie – ale on pozostawał czujny, i w ciszy zerkał na pochłoniętych kłótnią rodziców. Nie był to wcale rzadki widok, tata często denerwował się na mamę, choć Nate nie do końca rozumiał jakie były tego przyczyny. Pamiętał jak kiedyś zrobiło się naprawdę strasznie; mama zaczęła krzyczeć na tatę (właściwie nie pamiętał by zrobiła to kiedykolwiek wcześniej i później), a jej buzia krzywiła się coraz bardziej i bardziej, aż w końcu zrobiła się bardzo nieładna – wcale już nie przypominała jego mamusi. Zauważyli go wtedy – jak oniemiały stał i wpatrywał się w tę przemianę, i zatrzasnęli przed nim drzwi. Potem przepraszała go, przytulała i obiecywała, że więcej do tego nie dopuści. Miała takie smutne oczy – czerwone i mokre; i zaczerwieniony policzek.
Nate, chodź ze mną. — głos mamy dotarł do niego jakby z oddali. Zorientował się, że zamarł w zamyśleniu i wgapiał się w dumną sylwetkę ojca. Musieli zauważyć, że podsłuchuje. — Nate, no chodź. Pójdziemy na spacer. Może na lody? Masz ochotę na lody? — cały czas mówiła do niego po francusku. Czasem tak robiła, a tata z jakiegoś powodu robił się wtedy czerwony ze złości. Nie był już mały, ale matka i tak wzięła go na ręce i ruszyła w stronę drzwi.
— Stój. — nie krzyczał, choć Nathaniel przyznał w duchu, że chyba wolałby już krzyk. Tata ruszył za nimi, a jemu w najmniejszym stopniu się to nie spodobało. Patrzył na niego ponad ramieniem mamy, patrzył prosto w jego szare oczy. Sam nie wiedział jak tego dokonał, ale latające bezmyślnie smoki nagle zgodnie poszybowały w jednym kierunku – prosto na poczerwieniałą ze złości twarz, zmuszając go żeby zatrzymał się, by je odgonić. Zaraz za nimi powietrze przeszył przystosowany do dziecięcych rączek kafel i pluszowy psidwak. Talerz, który do tej pory leżał na stole, z trzaskiem rozbił się o ścianę. Więcej nie widział, mama wyszła i zatrzasnęła za nimi drzwi.

Londyn, 5 lipca 2014 r.
— Jesteś pewna, że to dobry pomysł? — wpatrywał się podejrzliwie w fiolkę, którą siedząca przed nim Alicia trzymała w rękach. Był to twór, którego uwarzenie planowali już od stycznia i jedyne czego potrzebowali to swoboda, jaką zapewniały im trwające właśnie wakacje. Mury Hogwartu nie sprzyjały pracom nad eliksirem, który z samego założenia miał być nielegalny. Wpadli na pomysł ulepszenia eliksiru otwartych zmysłów w taki sposób by nie wywoływał wzmożonego łaknienia, miał przyjemniejszy smak i zapach, a przy tym zapewniał nieco większy odlot. Przygotowanie mikstury okazało się szybsze i łatwiejsze niż się spodziewali, nie przewidzieli natomiast zupełnie innego problemu – ktoś musiał tego spróbować. Nie mogli zrobić tego wspólnie, bo druga osoba musiała dokładnie obserwować i zapisywać wnioski.
Ostatecznie, nie potrafiąc w żaden inny sposób wyłonić kozła ofiarnego, rzucili monetą – i tak oto znaleźli się w tym dziwnym momencie wahania, kiedy wszystko było już postanowione i jedyne co im zostało to wykonać kolejny krok.
— Nie. — odparła z uśmiechem czającym się w kącikach ust. — Ale Ci ufam, panie przyszły-profesorze. — przewrócił oczyma. Czy kiedyś przestanie się z tego nabijać? Wiedział, że skrycie wspiera go w jego planach, lecz nie potrafi odmówić sobie drobnych złośliwości. Znał ją na wylot, przyjaźnili się od lat, a kilka miesięcy temu zdał sobie sprawę z intensywności uczuć jakie do niej żywi. Nachylił się ku niej i musnął miękkie wargi, kradnąc pocałunek. Mimo że z ich dwójki to on był tym, który mocniej naciskał na uwarzenie tego eliksiru, teraz wcale nie był pewien czy tego właśnie chce. Istniało tyle przyjemniejszych sposobów na wspólne spędzenie czasu...
— Potem, Nate. Zaszliśmy tak daleko, nie powiesz mi chyba, że nie chcesz się przekonać jak to działa? — uniosła brew i nim zdążył odpowiedzieć, uniosła fiolkę do warg i przechyliła ją zdecydowanym ruchem. Jak w zwolnionym tempie obserwował fioletowawy płyn wylewający się z pojemniczka, ruch grdyki na wyeksponowanej szyi. — Rzeczywiście smaczne. Trochę jak poziomki... a może truskawki? Właściwie dodałabym jeszcze trochę... tego... no... ojej, zapomniałam. Nate? — uśmiechnęła się błogo, w tak niepodobny do siebie sposób. — Widzisz to co ja? Te śpiewające mandragory, które siedzą na parapecie? To zupełnie nieprzyzwoite. — zachichotała jak podlotek, a on na przygotowanym kawałku pergaminu szybko zanotował „halucynacje i wesołość”.
Minęło kilka chwil i zdążył nieco się uspokoić.
— Jestem taka... śpiąca. — oparła się o jego ramię, przymykając powieki. Zapisał koślawe „senność” i przyjrzał się z góry wyrazowi jej twarzy. Nie tak miało to działać, powinna być pobudzona, nie ospała. Dotknął jej czoła, wsłuchał się w rytm oddechu, łagodnie potrząsnął jej ramieniem, próbując ją obudzić. Bezskutecznie. Co więcej, zaczęła drżeć – wpierw delikatnie, potem tak mocno, że musiał objąć ją mocno żeby nie upadła i nie zrobiła sobie krzywdy.
— Al, obudź się. Do jasnej avady, obudź się! OTWÓRZ OCZY! — Przez moment myślał, że może to on, nie Alicia, pogrążony jest we śnie, że zaraz się z niego obudzi, zdyszany i zlany potem. Dopiero szarpnięcie klamki i mina ojca, którego ściągnęły krzyki jedynaka, uświadomiły mu, że nie śpi.
— Zrób coś, pomóż jej. Błagam, pomóż jej jakoś. — głos łamał mu się nieznośnie, ale łzy jak zwykle nie chciały się pojawić. Nie potrafił przewidzieć reakcji taty, ten natomiast zachował zaskakującą trzeźwość umysłu. Ani jeden mięsień nie drgnął na jego twarzy, nic nie zdradzało, że widok jaki zastał w pokoju syna, miałby go zaskoczyć. Nakazał mu zabrać dziewczynę do szpitala i udawać zbyt zszokowanego, żeby móc cokolwiek wytłumaczyć. Miał czekać na jego pojawienie się w szpitalu, to zaś miało nastąpić kiedy tylko „zajmie się tym bałaganem”.

Szpital świętego Munga, 5 sierpnia 2014r.
Wyglądała jakby głęboko spała; taka spokojna, żywa, piękna nawet w szpitalnym łóżku. Tym trudniej było mu uwierzyć, że minął już miesiąc odkąd była do niego przykuta. Uzdrowiciele załamywali ręce, nie potrafiąc w żaden sposób przerwać śpiączki, w którą zapadła, a sam Nathaniel gryzł się tym nieprzerwanie, każdego dnia z taką samą mocą. Wszystko było jego winą – to, że wypiła eliksir, że składniki, które kupili, a z których go uwarzyli nie pochodziły ze sprawdzonego źródła, ale i to, że ze strachu posłuchał rady ojca i nie pisnął słowa gdy pytali go co takiego zażyła. Gdyby powiedział im od razu, gdyby wiedzieli z czym mają do czynienia zamiast po omacku szukać przyczyny, może byliby w stanie coś zdziałać.
— Ojciec chce wysłać mnie do Kanady. — powiedział cicho, gładząc ciepłą, bezwładną rękę. Lubił z nią rozmawiać, nawet jeśli mu nie odpowiadała. — Mówi, że będzie lepiej jeśli odpocznę od tego wszystkiego. Złożył za mnie dokumenty, właściwie wszystko załatwił. Czeka tylko na odpowiedź od uczelni. Ale mam to w nosie, nigdzie nie pojadę. Chcę tu być kiedy w końcu się obudzisz.

Riverside, 1 września, 2014r.
Stał w tłumie mijających go ludzi i nie czuł nic. Może delikatny ból w ramieniu, który skłonił go do postawienia kufra na bruku; ale nie w tym rzecz – nie czuł nic wewnątrz siebie. Zarzekał się, że nie pojedzie do żadnego Riverside, a teraz stał w holu i było mu to obojętne. Ojciec miał rację, dobrze będzie odpocząć od tego wszystkiego, szczególnie teraz, kiedy nie miał już powodu by zostać. Podjął tę decyzję w chwili gdy dowiedział się o jej śmierci. Nie poszedł na pogrzeb, nie potrafił się do tego zmusić; zamiast tego spędził ostatnie tygodnie w ukochanej Francji, w towarzystwie dziadków, Gabrielle i pól lawendy, które od zawsze działały na niego kojąco. Jedynym problemem było tylko poinformowanie kuzynki o zbliżającym się wyjeździe; to wymusiło na nim przełamanie maski obojętności, dopuszczenie do siebie uczuć, których nie chciał w sobie nosić.
„Obiecałeś mi. Obiecałeś, że zawsze przy mnie będziesz!”
Zniosła to gorzej niż wyobrażał to sobie w najgorszych przypuszczeniach. To był szał, czysta furia, do której własnoręcznie doprowadził. W życiu nie pomyślałby, że jego mała abeille może tak bardzo go znienawidzić. To jedynie utwierdziło go w przekonaniu, że wyjazd jest dobrym pomysłem, że stanowi jedyną słuszną opcję.
Stał więc tu, w tłumie mijających go ludzi i nie czuł nic.

Ottawa, 2 lipca 2018
Minęły trzy lata, czy trzy miesiące? Gdyby nie dyplom ukończenia Riverside na wydziale prawniczym i świeżo podpisana z kanadyjskim Ministerstwem Magii umowa, gdyby nie pierwsze kroki w pachnącym drewnem i skórą biurze – nie potrafiłby tego orzec. Czas spędzony w Riverside zlewał mu się w jedną, beznamiętną całość pełną nikotynowej i etanolowej trucizny, którą wtłaczał w swój organizm na licznych imprezach. Dziesiątki osób, które przewinęły się przez jego życie były dla niego jak mgliste wspomnienie – w większości nie pamiętał nawet ich imion i nic go one nie obchodziły.
Mimo to, wspominał ten czas dobrze; szkoła go wzmocniła, pomogła wyplenić z siebie słabość; odciągnęła jego myśli od eliksirów, skupiając je na ćwiczeniu zaklęć, nauce języków obcych i zakuwaniu kodeksów. Zabawne, nigdy nie chciał być urzędnikiem... a teraz było mu już wszystko jedno.
Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów, odpalił jednego przy pomocy różdżki, i zaciągnął się porządnie, obserwując widok na Ottawę jaki rozciągał się z okna biura.
— Tu nie można palić. — zza pleców dobiegł go głos urzędniczki w podeszłym wieku.
Zapowiada się wspaniale.

Londyn, 4 lutego 2019
Nie był zachwycony, że na delegację w Londynie wybrano właśnie jego, ale nie dziwił się decyzji szefa. Nie próbował też z nią dyskutować, uznając, że odwiedziny w rodzinnym domu są właściwie dobrą okazją do ostatecznego zamknięcia wszystkich swoich spraw i pełnego odcięcia się od życia w Anglii. Czuł się tu dobrze; może nie „jak w domu”, ale dobrze – a to mu wystarczało. Kanada pozwoliła mu zapomnieć o nieprzyjemnej przeszłości, ułożyć wszystko w swojej głowie, wykreować nową, lepszą wersję samego siebie.
Teraz, kiedy ponownie miał okazję patrzeć na znajome ulice, witryny sklepowe oraz budynki będące częścią wielkiej infrastruktury, czuł się jakby nigdy nie opuścił tego miasta. Zmieniło się tak wiele a on czuł jakby czas stanął w miejscu. Dom rodzinny, w jego odczuciu niezmiennie ponury, wydawał się być bardziej porośnięty bluszczem. Kiedy wrócił, nie był przygotowany na to, by przekroczyć jego próg, fala nieprzyjemnych wspomnień zalewała go od środka, wywołując mdłości. Choć minęło kilka dni, nie potrafił pozbyć się tego dziwnego uczucia – jakby krawat ozdabiający jego szyję nagle był zbyt ciasno zawiązany i dusił go, powoli acz skutecznie.
Został, choć zarzekał się, że nigdy tu nie wróci (tak jak niegdyś zarzekał się, że nie pojedzie do Kanady... zabawne). Zatrzymała go informacja o stanie zdrowia matki, u której wykryto szybko postępującą kagonotrię. Nie miał serca zostawić jej od razu, a ojciec szybko wykorzystał jego słabość, nakłaniając go do złożenia wniosku o przeniesienie do brytyjskiego Ministerstwa Magii. Sam nie wiedział w którym momencie zwykła delegacja przerodziła się w stały pobyt, kiedy właściwie przystał na propozycję ojca.... i dlaczego właściwie to zrobił. Wiedział tylko, że dusił się tutaj, tak w domu, jak w Londynie; i że to miasto zaciska na nim swoje kamienne łapy, usilnie próbując go zmiażdżyć.


Rodzina


★ Christopher James Bloodworth – „ojciec”, 61 lat, status krwi 100%, sędzia w Wizengamocie;
★ Madeleine Amélie Bloodworth (zd. Levasseur) – „matka”, 50 lat, status krwi 90%, półwila;
★ Gabrielle Madeleine Levasseur – kuzynka, 17 lat, status krwi 90%;



Ciekawostki


★ Jest dwujęzyczny, matka od najmłodszych lat uczyła go francuskiego. Na studiach poznał hiszpański, teraz natomiast jest w trakcie nauki języka rosyjskiego – uważa go za piękny, niezwykle melodyjny język.
★ Jest leworęczny i ze względu na to zamiast piór i atramentu, używa mugolskich długopisów. Niechętnie przyznaje, że pod tym względem mugole wyprzedzili czarodziejów.
★ Od zawsze miał wyjątkowo nieładny charakter pisma. Rodzice walczyli z tym na wiele sposobów (m.in. lekcjami kaligrafii) i ostatecznie udało mu się wyćwiczyć stawianie kształtnych liter. Kiedy jednak zapisuje coś w pośpiechu, wciąż bazgrze jak kura pazurem... co znacznie utrudnia pracę w urzędzie.
★ Używki nie są mu obce. Pali jak smok, im jest starszy, tym więcej (najbardziej lubi Błękitne Gryfy). Poza tym często ciągnie go do szklaneczki (najczęściej irlandzkiej whisky) – choć nierzadko jest skacowany, nauczył się z tym funkcjonować na tyle dobrze, że trudno jest się tego domyślić.
★ Papierosy trzyma w srebrnej papierośnicy z wizerunkiem lisa. Dostał ją od matki na siedemnaste urodziny i stanowi dla niego największy skarb.
★ Uwielbia wino i zna się na jego degustacji. Jest to zasługa dziadków, którzy w okolicy Marsylii posiadają własną winnicę i zajmują się produkcją tegoż alkoholu.
★ Wakacje i ferie zazwyczaj w całości spędzał we Francji.
★ Będąc jeszcze w Hogwarcie, łączył swoją przyszłość z posadą nauczyciela eliksirów – marzył, by nauczać w Beauxbatons.
★ Niewielu wie, że jest ogromnym łasuchem – kocha słodycze, zwłaszcza czekoladę i, co niektórym może wydać się niepojęte, lukrecję.
★ Ze względu na posiadaną przez dziadków stadninę, niegdyś dobrze jeździł konno, ale od lat nie siedział w siodle. W Hogwarcie grywał w Quidditcha na pozycji ścigającego (nie odnosił szczególnych sukcesów), a w Riverside przerzucił się na magicznego hokeja.
★ Nie wie o tym, że jest adoptowany i nie jest w pełni świadom wilowatości swojej matki. Ma co do tego pewne podejrzenia, ale na ogół stara się o tym nie myśleć – wmówił sobie, że wcale nie musiał odziedziczyć po niej mocy. A przecież oboje mają zielone oczy...
★ Jego drugie imię to Gaspard, po wujku od strony mamy. Jego kuzynka, Gabrielle, na tej samej zasadzie otrzymała swoje drugie imię.



Ostatnio zmieniony przez Nathaniel Bloodworth dnia Sro Lut 13 2019, 20:33, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Nathaniel Bloodworth

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 22
Czystość Krwi : 100%
Wzrost : 189 cm
C. szczególne : Niewielka blizna na łopatce, na palcu lewej ręki sygnet rodowy Bloodworthów
Galeony : 453
Dodatkowo : oklumencja
  Liczba postów : 531
http://www.czarodzieje.org/t17075-nathaniel-bloodworth#476657
http://www.czarodzieje.org/t17079-nathaniel-bloodworth
http://www.czarodzieje.org/t17080-nathaniel-bloodworth#476778
http://www.czarodzieje.org/t17070-nathaniel-bloodworth
Nathaniel Bloodworth QzgSDG8




Gracz




Nathaniel Bloodworth Empty


PisanieTemat: Re: Nathaniel Bloodworth   Nathaniel Bloodworth EmptySro Lut 13 2019, 18:40

Skończone! Genetyka jest tutaj, a kuferek tutaj I love you

______________________

I am the man...
...we both couldn't stand
I can't wash off the dirt from my hands
What was it like to feel in love?
I can't scrub off the black from my lungs
I can't wipe off the taste from my tongue
What was it like to feel in love?

język francuski || język hiszpański

~ by endlesslove.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Bridget Hudson

Student Hufflepuff
Rok Nauki : X
Wiek : 20
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 167cm
Galeony : 1289
Dodatkowo : Fabularny Prefekt Naczelny
  Liczba postów : 2131
http://www.czarodzieje.org/t13874-bridget-hudson
http://www.czarodzieje.org/t13912-bridget#367825
http://www.czarodzieje.org/t13915-bridget-hudson#367829
http://www.czarodzieje.org/t13904-bridget-hudson
Nathaniel Bloodworth QzgSDG8




Moderator




Nathaniel Bloodworth Empty


PisanieTemat: Re: Nathaniel Bloodworth   Nathaniel Bloodworth EmptySro Lut 13 2019, 21:35



DOROSŁY!

Witamy Cię na Czarodziejach! Twoja karta zostaje zaakceptowana, dostajesz więc uprawnienia do gry. Poniżej znajdziesz przydatne w dalszych krokach na forum linki, z którymi warto abyś się zapoznał!

zdobądź posadę
stwórz pocztę
załóż relacje
zacznij grę
kup dom


Życzymy

miłej gry!


______________________

I might prefer desire to self control
I might prefer crying to being composed
I might prefer chaos to even flow
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content

Nathaniel Bloodworth QzgSDG8








Nathaniel Bloodworth Empty


PisanieTemat: Re: Nathaniel Bloodworth   Nathaniel Bloodworth Empty

Powrót do góry Go down
 

Nathaniel Bloodworth

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: Nathaniel Bloodworth QCuY7ok :: 
karty postaci
 :: 
karty doroslych
-