Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Pijalnia czekolady

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 21
Skąd : Preston
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 1072
Dodatkowo : prefekt fabularny
  Liczba postów : 1730
http://www.czarodzieje.org/t13332-ezra-thomas-clarke
http://www.czarodzieje.org/t13335-relki-ezry
http://www.czarodzieje.org/t13336-eureka
http://www.czarodzieje.org/t13338-ezra-clarke




Gracz






PisanieTemat: Pijalnia czekolady   Pią Lip 06 2018, 21:24


Chocolatería


Meksyk to nie tylko stolica tequili, kaktusów i chili, ale i produktu, bez którego większość ludzi nie wyobraża sobie życia - czekolady. Na właściwościach kakaowca poznali się już Majowie, którzy uważali, że drzewo to należy do bogów. Z jego nasion przygotowywali gorzki napój przeznaczony wyłącznie dla władców i arystokracji. Teraz jednak można go spotkać znacznie częściej, a przepełniona aromatem mała pijalnia to obowiązkowy punkt dla każdego fana czekolady. Szczególnie, jeśli nie ma się nic przeciwko niegroźnym efektom magicznych dodatków, które uwielbiają stosować właściciele.

Rzuć kostką, aby sprawdzić, co Ci się przydarzy:
Spoiler:
 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online



avatar

Nauczyciel
Wiek : 22
Skąd : Uppsala, Szwecja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1462
Dodatkowo : magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 954
http://www.czarodzieje.org/t13356-ruth-wittenberg
http://www.czarodzieje.org/t13361-relacje-ruth
http://www.czarodzieje.org/t13357-soho
http://www.czarodzieje.org/t13358-ruth-wittenberg




Gracz






PisanieTemat: Re: Pijalnia czekolady   Czw Lip 12 2018, 20:20

Dzień zaczął się wyjątkowo przyjemnie nawet dla zapracowanej studiowaniem ruin Wittenberg. Rano, w drodze po owoce na targ natknęła się na bardzo klimatyczną kawiarenkę, która po wejściu okazała się być pijalnią czekolady, co ze względu na uzależnienie Szwedki od ziaren kakaowca (tak naprawdę to od cukru) ucieszyło kobietę jeszcze bardziej, niżby faktycznie znalazła kawiarnię. Rano nie zdążyła jednak wypić tam nawet pół filiżanki czekolady, bo spieszyła się do pensjonatu, a kiedy słońce powoli zaczęło zamieniać się w ciepłą, soczystą pomarańczę Ruth miała o wiele bardziej pasjonujące, według profesor Bennett, zadanie, niż opijanie się pyszną czekoladą - wizyta w ruinach majańskiego miasta. Przechodząc obok lokalu dostrzegła jednak za szybą obecnego nauczyciela opieki nad magicznymi zwierzętami, albo chociaż jego brata bliźniaka, bo mężczyzna wyglądał kropka w kropkę jak ten ze zdjęć kadry pokazywanych Wittenberg przez dyrektorkę podczas przyjmowania do pracy. I może nawet trochę zakuło ją małe szwedzkie serduszko z zazdrości, że sama nie może tak delektować się smaczną czekoladą, a zamiast tego musi łazić po ruinach ocierając sobie skórę średnio co piętnaście minut.
Szczęściem do miejsca docelowego nie było specjalnie daleko, choć nawet gdyby było nieco dalej Ruth i tak wybrałaby pieszą przechadzkę zamiast teleportacji, której używała wyłącznie w nagłych wypadkach - jej zdaniem rozleniwiała czarodziejów i nie była też wybitnie bezpiecznym środkiem transprtu. Długo niestety (lub właśnie stety) nie miała okazji zabawić w starożytnym mieście, bo w pewnym momencie z szału poszukiwań dobrych kryjówek wyrwał ją dziwny pisk. Z początku myślała, że to zwierzę, póki nie usłyszała ludzkiego głosu, w tym samym momencie puszczając się pędem w stronę, z której dobiegały odgłosy. Zza krzaków wyłonił się jednak nie czarodziej, a rogaty zając, okropnie pokaleczony, z łapką wygiętą w nienaturalny sposób i zwisającą smętnie, jakby przyczepiona sztucznie do tułowia. Z Ruth był taki sam opiekun magicznych stworzeń, jak uzdrowiciel, a więc żaden - do dziś pamiętała jak o mało nie popłakała się na którymś z onmsów, kiedy mieli spotkanie z wilami w obawie, że któraś jej w końcu przyłoży i swój wyjątkowo biedny opatrunek dla Leonardo, kiedy wybrali się w podróż życia po łzę księżyca Ezrze, skacząc między akromantulami i zjadaczami trupów. A w zasadzie między zjadaczami trupów i akromantulami. Wnioski, jakie wysunęła Szwedka z tej sytuacji były tak samo błyskawiczne, jak i beznadziejnie się przedstawiające. Nie potrafiła udzielić zwierzęciu pomocy, ale jego stan wskazywał na to, że pozostawione tu samo najzwyczajniej w świecie skona w męczarniach, dlatego rozglądając się w poszukiwaniu dostatecznie dużego kamienia, który mogłaby przetransmutować w transporter myślała jednocześnie intensywnie nad uczniem, który był dobry z opieki nad magicznymi stworzeniami. Od razu przyszła jej na myśl Lotta, siostra Bridget, ale Ruth nie miała pojęcia, czy dziewczyna w ogóle jest w Meksyku na wakacjach razem z innymi, a jeśli tak, to czy zastanie ją o tej porze w pokoju. Było przyjemne popołudnie, słońce nieco zgasło, nie męcząc już tak temperaturą, więc większość gości pensjonatu wybyło zwiedzać, trwonić pieniądze na pamiątki lub spróbować lokalnego jedzenia, toteż Wittenberg nie spodziewała się, że zastanie kogoś zaufanego w ich wynajętym hoteliku. Z drugiej strony niespecjalnie uśmiechało się jej nieść zwierzę do lokalnego uzdrowiciela, bo po pierwsze żadnego takiego nie znała, a po drugie nawet jeśli jakimś magicznym sposobem dowiedziałaby się, gdzie ów uzdrowiciel urzęduje nie miała pojęcia, jaki ma stosunek do jackalope i czy nie posądzi zaraz Szwedki o tę krzywdę, którą ktoś ewidentnie wyrządził magicznemu zającowi specjalnie. Zwierzę było tak umęczone ranami, że dało się włożyć do przetransmutowanego w transporter kamienia praktycznie bez oporu, a Ruth widząc jego zgaszone ślepia pożałowała, jak próżnie dziś rano myślała tylko o piciu czekolady. Właśnie, czekolada! Oświeciło ją niemalże natychmiast i jak stała, tak przeteleportowała się do łazienki pijalni, w której urzędował obecny nauczyciel onms, jak gdyby nigdy nic wychodząc z niej z całkiem sporym transporterem dla kota - jedynym, jaki w życiu widziała. Z miejsca należy przeprosić za jej nieuwagę na lekcjach opieki nad magicznymi stworzeniami, bo niestety nie miała bladego pojęcia, jak wygląda porządny domek dla magicznych zająców.
Podeszła ostrożnie do stolika, przy którym siedział nauczyciel, żeby nie trząść klatką i postawiła ją sobie na kolanach, dosiadając się do niego.
-Dzień dobry, profesorze. Nazywam się Ruth Wittenberg i jestem nową asystentką w Hogwarcie - zaczęła ogólnikowo, trochę obawiając się, że wśród nich są mugole. Wypalenie o asystenturze obrony przed ciemnymi mocami nie było w tej sytuacji najlepszym pomysłem. - Przychodzę z dość nietypowym towarzystwem... - zaczęła mętnie, nie wiedząc, jak wytłumaczyć mu, że po godzinach zwiedza każdą napotkaną w mieście jaskinię, wszystko na polecenie Bennett, naturalnie. Stąd też wskazała tylko palcem na wciśniętego w tylną ścianę klatki, krwawiącego Jackalope - Znalazłam go w ruinach, nie był w stanie sam się ruszać, ale okropnie zawodził i nie miałam serca zostawić go tam samego - zmarszczyła brwi, gładząc wierzch klatki, jakby znalezione zwierzę było jej drogim przyjacielem. Nie zdążyła jednak powiedzieć nic więcej, bo właśnie dostała swoją pierwszą meksykańską czekoladę na koszt firmy, której nieopatrznie, bez żadnych podejrzeń upiła jeden łyk.
-A veces soy tan viajero que vengo desde el poste de la electricidad - powiedziała, zamiast merytorycznego wytłumaczenia nauczycielowi, jak go znalazła, jakiś niezrozumiały, niegramatyczny bełkot po hiszpańsku, którego na domiar złego sama nie zrozumiała. Ruth, choć przez cały czas od początku rozmowy miała bardzo pokorny, spokojny wzrok teraz zrobiła zdziwioną minę.
-Las semillas - zaczerpnęła powietrze, żeby się poprawić i znów z jej ust wypłynęło niezrozumiałe, wyrwane z kontekstu słowo. Pokręciła głową z niedowierzaniem i spojrzała czujnie na czekoladę przed sobą odsuwając ją na bezpieczną odległość. Doskonale pamiętała magiczne, greckie drzewo sprzed roku, które zmuszało ją do kłamstw i to, jak poradziła sobie z nim nawet bez połowy zaklęcia, więc także i teraz nie zamierzała się poddać kapryśnej magii tylko dlatego, że grała jej na nosie przy o wiele starszym, poważnym profesorze. Ruth westchnęła ciężko i ostrożnie, żeby nie straszyć zwierzęcia, wyjęła z torebki pióro, zapisując nim coś na serwetce i przysuwając w stronę nauczyciela.
Eliksir. Tymczasowo powinnam pisać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 56
Skąd : Itchen Abbas/Dolina Godryka
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 257
  Liczba postów : 143
http://www.czarodzieje.org/t16102-harold-cromwell-jr#440448
http://www.czarodzieje.org/t16105-you-can-call-me-hal#440519
http://www.czarodzieje.org/t16104-hal-s-ono#440515
http://www.czarodzieje.org/t16101-harold-cromwell-jr#440447




Gracz






PisanieTemat: Re: Pijalnia czekolady   Nie Lip 15 2018, 00:17

Czasami zapominał, że on tu przyjechał do pracy, a raczej czasami sobie o tym przypominał. Nie miał w życiu zbyt wielu okazji do podróży. Oprócz Kanady, w której miał rodzinie, "zwiedził" jedynie kilka europejskich państw, przy czym wizyty te zawsze wiązały się z pracą i trudno powiedzieć, żeby widział coś poza cudzoziemskimi lasami, które aż tak bardzo od tych brytyjskich się nie różniły. Nigdy mu to nie przeszkadzało, w końcu dobrowolnie układał całe swoje życie pod pracę, która była jego pasją, jednak wizja wypoczynku w zupełnie innym kręgu kulturowym była ciekawą odskocznią. Tutejsza fauna nadal była zdecydowanie najbardziej interesującym go aspektem tego wyjazdu, niemniej jednak pierwsze dni zamierzał wykorzystać na poszerzenie kręgu zainteresowań i spojrzenia na Meksyk ze społecznej, a nie przyrodniczej strony. I niechby mu ktoś teraz próbował wytłumaczyć, że tak naprawdę był w pracy. Zresztą jak tak na to spojrzeć, to co on miał robić? Dyszeć nad karkami młodzieży i pilnować, żeby się zachowywali? Były wakacje i wszyscy zasługiwali na więcej luzu.
Nie miał żadnego konkretnego planu zwiedzania miasteczka, toteż codziennie przypadek zanosił go w zupełnie inne miejsce - tego dnia do pijalni czekolady. Z początku wydawała mu się ona zupełnie mugolska, wszystko jednak do czasu, kiedy upił pierwszy łyk zamówionej przez siebie czekolady, a będąc jeszcze bardziej precyzyjnym do momentu, w którym usiłował wziąć drugi. Spodziewał się trochę, że jeżeli poprosi w Meksyku o czekoladę z chili to prawdopodobnie będzie je naprawdę czuć, nigdy nie przypuściłby jednak, że napój będzie tak pikantny, że po otworzeniu ust zionie ogniem. Tyle w temacie mugolskości.
Może i ten incydent byłby zabawny, gdyby nie fakt, że nim zdążył zamknąć usta, przysmalił sobie brodę i wąsy. W ataku minipaniki ugasił to sobie gołymi rękoma, lekko się przy tym jedynie parząc, nie wątpił jednak, że efekt, który płomień zrobił na jego twarzy był mimo wszystko widoczny. Dlatego też siedział oparty łokciami o blat stolika i chowając pół twarzy w dłoniach, łypał spode łba na wyraźnie zadowoloną z siebie właścicielkę. Chwilowo nie miał pomysłu co dalej robić z życiem w takiej sytuacji, więc mógł sobie chociaż połypać.
Tę jakże zajmującą czynność przerwało mu, dosiadając się do niego, jakieś nieznane mu dziewczę. Próbował przypomnieć ją sobie z jakiejś lekcji, którą przed wakacjami zdążył przeprowadzić, ale nigdzie mu nawet nie dzwoniło. Na szczęście dziewczyna przedstawiła się sama i okazało się, że tym razem nie była to kwestia jego dziurawej pamięci. Kiwnął jej głową na powitanie i uśmiechnął się, nie przestając jednak opierać ust o dłonie. Nadal dyskretnie chowając przypalony zarost, wychylił się, żeby zajrzeć do transportera. Jackalope wyglądał jak siedem nieszczęść, ale miał nadzieję, że nie jest tak źle jak się wydawało. Zmarszczył brwi przyglądając się zwierzęciu i bezwiednie drapiąc się po brodzie, zapominając o jej zasłanianiu. Szczęściem dla całej ich trójki, pamiętał, żeby nie otwierać ust.
Nie zauważył nawet, kiedy panna Wittenberg sięgnęła po postawioną przed nią czekoladę, bo może by ją ostrzegł. Podniósł na nią pytające spojrzenie, kiedy zaczęła mówić po hiszpańsku. Nie zrozumiał ani słowa choć może nie powinno, zrobiło mu się z tego powodu bardzo głupio. Jego absolutny brak talentu do nauki języków czasami powracał i kopał go w tyłek, na co automatycznie reagował już zawstydzeniem. Teraz dodatkowo nie miał jak się wytłumaczyć przez buchające z jego ust płomienie. Dziewczyna na szczęście okazała się bardziej rozgarnięta od niego i wyjęła z torby pióra i przysunęła mu zapisaną serwetkę.
Zaśmiał się pod nosem, odczytując napisane przez nią słowa i z proszącym spojrzeniem wyciągnął do niej rękę po pióro.
Doskonale panią rozumiem - odpisał i mrugnął do niej porozumiewawczo - Weźmy go do łazienki. Potrzebny nam czysty ręcznik. Powinni też mieć jakąś apteczkę - może się przydać.
Podsunął jej serwetkę i skinął na ludzi za ladą, niewerbalnie prosząc, żeby skombinowała niezbędny sprzęt, wierząc, że poradzi sobie lepiej z konwersacją na migi niż on. Sam w tym czasie przejął od niej transporter ze zwierzęciem - skądinąd dobrany bardzo dobrze - i udał się do łazienki. Gdyby wypakowali zakrwawionego zajęczaka na stole, właściciele pijalni raczej nie byliby zadowoleni.

Kosteczka: 3
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 22
Skąd : Uppsala, Szwecja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1462
Dodatkowo : magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 954
http://www.czarodzieje.org/t13356-ruth-wittenberg
http://www.czarodzieje.org/t13361-relacje-ruth
http://www.czarodzieje.org/t13357-soho
http://www.czarodzieje.org/t13358-ruth-wittenberg




Gracz






PisanieTemat: Re: Pijalnia czekolady   Nie Lip 15 2018, 15:24

Gdyby Ruth mogła czytać w myślach profesora zapewne roześmiałaby się serdecznie na jego stwierdzenie, jakoby była „rozgarnięta”. Owszem, nie rzucała w profesorów zaklęciami na lekcjach (choć w swojego własnego partnera jej się zdarzało), nie podejmowała nieprzekalkulowanego wcześniej ryzyka (choć nie widziała nic dziwnego w napisaniu listu do nawet-nie-swojego kolegi, żeby poszedł z nią ganiać akromantule), nie wdawała się w niepotrzebne dyskusje (choć nie powstrzymała się przed wylaniem jadu na profesora historii magii, jakoby obracał studentki w Hogwarcie)... No właśnie. Ruth była opanowana, a jednocześnie nielogicznie impulsywna i w chwilach wytącenia z równowagi, w jakikolwiek sposób działała zdecydowanie szybciej, niż myślała. Często wybierała skuteczne rozwiązania, zdając się na teorię, że mózg pod presją potrafi pracować efektywniej, za przykład podając decyzję ratowania jackalope, jednak nie przemyślała już tego, że zwyczajnie nie będzie mu potrafiła pomóc, co wiązało się z gigantycznym ryzykiem zrobienia z siebie idiotki przed profesorem Cromwellem.
Z usilnych prób przypomienia sobie wszystkich jej żałosnych lat onmsu w szkole wyrwał ją sam nauczyciel, a raczej jego osmalona broda. Wyglądał, jakby nie trafił zapalniczką w papierosa, choć nawet gdyby, to musiałby ją jeszcze zawinąć kilka ósemek pod nosem. Ruth podniosła pytająco brew, choć zrezygnowała z pytania, co mu się stało uważając je za niekulturalne w stosunku do o wiele starszego profesora.  Zajęła się jego zapisanym poleceniem, trawiąc je przez chwilę ze zmarszczonymi brwiami i dość wymownie podparła policzek kciukiem i palcem wskazującym, jakby to miało cokolwiek pomóc w realizacji zadania. W tym czasie nauczyciel zniknął już z rogatym zającem za drzwiami łazienki i Wittenberg miała teraz na głowie nie tylko wyczarowanie ręcznika oraz dobrze wyposażonej apteczki, ale też bezpardonowe wmarszerowanie do męskiej toalety. Fantastycznie.
Naturalnie szybciej dogadałaby się z głodnym wozakiem, niż z właścicielką lokalu, bo ta uparcie udawała, że nie rozumie, o co próbuje poprosić Szwedka, co po kolejnym „Que?” zirytowało Wittenberg tak bardzo, że z braku lepszych opcji wyjęła ostrożnie różdżkę pod kawiarnianym blatem i rozcięła sobie nią skórę na ramieniu, kładąc zakrwawioną rękę właścicielce pijalni na ladę. Apteczka cudownie odnalazła się w piętnaście sekund.
Ruth nie lubiła, kiedy ktoś nie wykazywał się podstawowymi zdolnościami dedukcyjnymi, więc kiedy weszła z pudełkiem opartunków do łazienki, nie wyglądała na specjalnie zadowoloną rozmową z właścicielką lokalu. Podała profesorowi apteczkę a sama wyjęła różdżkę i wystrzeliła z niej niewielki zwój bandaża, na szybko opatrując swoją ranę i rozglądając się, czy gdzieś w pomieszczeniu jest ręcznik. Prócz papierowych skrawków materiału, które miały służyć gościom do osuszania rąk naturalnie nic takiego nie było, więc wolną ręką sięgnęła do ozdobnego wazonu wypełnionego kamieniami i przetransmutowała kilka z nich w ręczniki, bo albo ze stresu, albo z niedostatecznego rozwoju dziedziny transmutacji nikt jeszcze nie wymyślił zaklęcia zamieniającego czegokolwiek w ręcznik.
Schowała już różdżkę do kieszeni, kiedy doszła do wniosku, że wypadałoby się jakoś skomunikować z profesorem.
Machnęła gołą ręką i w powietrzu uniósł się napis: Czy mogę zrobić coś jeszcze?
Po czym, z miną, jakby przypomniała sobie, że powinna dodać jeszcze jeden istotny fakt dopisała tym samym ruchem dłoni: Muszę uprzedzić, że nie jestem mistrzem onmsu, a uzdrawiania magicznych stworzeń już w szczególności, ale mogę czarować – zapewniła profesora niewerbalnie z pytającą miną, zerkając co chwila na wijącego się zająca. Jeśli ucieknie im teraz przez okno, to będą go ganiać po całym miasteczku? Idealny sposób na spędzenie ciepłego popołudnia w Meksyku, no naprawdę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 56
Skąd : Itchen Abbas/Dolina Godryka
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 257
  Liczba postów : 143
http://www.czarodzieje.org/t16102-harold-cromwell-jr#440448
http://www.czarodzieje.org/t16105-you-can-call-me-hal#440519
http://www.czarodzieje.org/t16104-hal-s-ono#440515
http://www.czarodzieje.org/t16101-harold-cromwell-jr#440447




Gracz






PisanieTemat: Re: Pijalnia czekolady   Wto Lip 17 2018, 02:31

Wszedł do łazienki nie przejmując się zupełnie faktem, czy była to damska, męska, czy nijaka - kiedy wymagała tego sytuacja potrafił być bardzo postępowy. Postawił transporter z jackolope na podłodze, a sam podszedł do umywalki, podwijając rękawy koszuli i - korzystając z okazji - oceniając w lustrze stan nadpalonych wąsów i brody. No cóż, mogło być… inaczej - odrośnie! I tego się trzymajmy.
Umył ręce do łokci i kiedy kończył je osuszać wróciła R… oczywiście zapomniał imienia. Czasami odnosił wrażenie, że wprost wyciszał moment, w którym ktoś mu się przedstawiał. Dodatkowo asystentka trochę go zaskoczyła, więc nie miał nawet czasu skupić się na zapamiętaniu jej personaliów.
Wziął od dziewczyny apteczkę i bez ceregieli usiadł z nią na ziemi obok transportera. Otworzył pudełeczko, przeglądając wyposażenie i układając je sobie wedle własnego uznania, tak żeby wszystko co mogłoby mu się ewentualnie przydać mieć pod ręką.
R. (na pewno R, bo tak jak Ronnie - asystentka Swanna i jakoś krótko; Rose? Nie. Rey. Nie. A nazwisko? Coś na T… albo S?) podała mu w tym czasie ręcznik. Położył go sobie na kolanach, wyciągnął z kieszeni okulary i po wsunięciu ich na nos, zaczął zakładać wyjęte z apteczki lateksowe rękawiczki, kiedy kątem oka wychwycił czerwone napisy w powietrzu. Skinął więc na dziewczynę, żeby usiadła przy nim, bo akurat mogłyby mu się przydać dodatkowe ręce, w tym czasie panna B. (to na bank było coś na B!) wyczarowała ręką kolejny napis. Hal był tak tym faktem zaskoczony, że zapomniał nawet, żeby go przeczytać. Chciał wyrazić swoje uznanie cichym gwizdnięciem, ale dosłownie w ostatniej chwili przypomniał sobie o buchających z jego ust płomieniach i skonsternowany zastygł na moment z miną kota srającego na pustyni. Po chwili jednak otrząsnął się, machnął ręką na... cokolwiek wtedy napisała i jeszcze raz wskazał jej by usiadła obok. Sam w tym czasie, wyprzedzając fakty rzucił na jackalope Levatur Dolor i jeszcze raz przyjrzał się zwierzęciu jeszcze w transporterze. Dopiero potem otworzył kontener, sprawnie przykrywając zajęczaka ręcznikiem i chwytając go pod brzuch.
Skinął na asystentkę (chwilowo nawet swoją) i przekazał jej pacjenta, wskazując dokładnie jak powinna go trzymać i upewniając się, że robi to wystarczająco mocno. Przy tym wszystkim musiał naprawdę powstrzymywać się, żeby nie zacząć tłumaczyć jej tego co robili. Bez słowa, więc zaczął oglądać łepek zwierzęcia, żeby wykluczyć wszelkie urazy głowy. Jackalope wyglądał całkiem dobrze, poza zakrwawioną sierścią przy pyszczku, która mogła jednak wynikać z ciągania przez niego innych ran. Wypadało to jednak sprawdzić. Hal sięgną do apteczki i wyjął z niej saszetkę z gazikiem spirytusowym, którą nieopatrznie i z przyzwyczajenia, spróbował rozerwać zębami. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że widok był raczej spektakularny. Saszetka z gazikiem spłonęła doszczętnie na kafelkach pod toaletami, gdzie odrzucił ją Hal, przyciskając do ramienia płonące resztki wąsów. Szkoda było koszuli, bo to była akurat jedna z jego ulubionych, ale nic nie mógł na to poradzić. Zażegnawszy kryzys, upewnił się, że R. nadal dobrze trzyma jackalope, posyłając jej przy tym przepraszające spojrzenie (przynajmniej teraz rozumiała) i otworzył kolejny gazik, tym razem mając dość rozumu, by zrobić do rękoma. Przetarł zwierzęciu pysk i tak jak podejrzewał, tam akurat był w całości.
Rąbkiem ręcznika przykrył mu więc głowę, nie odcinając mu przy tym dopływu powietrza i zmienił troszeczkę chwyt R. Wyciągnął spod ręcznika przednią łapkę rannego, która zdecydowanie wymagała najwięcej uwagi. Hal wziął kolejne gaziki i przemywając ranę z zewnątrz, pomagał drugą ręką utrzymać zaniepokojonego zwierza w miejscu. Łapa była ewidentnie złamana, kiedy więc sierść wokół była już względnie czysta, spojrzał na asystującą mu dziewczynę znad szkieł okularów, starając się niewerbalnie przygotować ją na najgorsze. Bez względu na ilość użytych zaklęć przeciwbólowych, nastawianie kości nie należało do przyjemnych rzeczy.
Upewniając się po raz ostatni, że R. trzyma zajęczaka pewnie, błyskawicznie wyciągnął łapkę zwierzęcia i jak najszybciej rzucił kolejne Levatur Dolor oraz Locus i Ferula. Po tej ekspresowej akcji, wypuścił z rąk różdżkę i natychmiast pomógł dziewczynie przytrzymać wyrywającego się jackalope. Najtrudniejsze mieli za sobą. Zwierzak nadal był nieźle poraniony na reszcie ciała, ale była to już kwestia tylko kilku prostych zaklęć. Na razie wypadało dać trochę czasu na ochłonięcie zarówno pacjentowi, jak i… Ruby?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 22
Skąd : Uppsala, Szwecja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1462
Dodatkowo : magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 954
http://www.czarodzieje.org/t13356-ruth-wittenberg
http://www.czarodzieje.org/t13361-relacje-ruth
http://www.czarodzieje.org/t13357-soho
http://www.czarodzieje.org/t13358-ruth-wittenberg




Gracz






PisanieTemat: Re: Pijalnia czekolady   Sro Lip 18 2018, 23:07

W milczeniu obserwowała poturbowanego zwierzaka, trzymając go dokładnie tak, jak bezsłownie polecił jej profesor, jednak studiowanie zakrwawionego futra przerwało jej coś w rodzaju błysku i nieprzyjemny zapach palonych włosów. Ruth natychmiast podniosła głowę do góry, z rosnącym przerażeniem obserwując, jak Cromwell gasi pozostałości przypalonych wąsów na swojej koszuli. Mimowolnie, nie myśląc zupełnie o tym, że mogłaby tym ruchem obrazić w jakiś sposób nauczyciela, przycisnęła plecy do szafki obok, schodząc kompletnie z pola rażenia jego smoczego oddechu. Na szczęście (?) oboje byli teraz o wiele bardziej zaabsorbowani ratowaniem małego jackalope, niż sobą nawzajem, więc Szwedka szybko mogła powrócić do upewniania się, czy odpowiednio mocno unieruchomiła stworzenie. Nie spodziewała się jednak, że ten drobny zając, obolały i zakrwawiony jak sto nieszczęść, będzie miał aż tyle werwy do wyrwania się, podczas gdy profesor nastawiał mu łapkę. Dziewczyną szarpnęło całkiem mocno, ale udało się nie puścić zwierzaka, który i tak wił się jak dopiero co złowiona ryba, mimo że zagrożenie już dawno odeszło. Z ulgą oddała zwierzaka w nauczycielskie ręce z góry zakładając, że będzie o wiele bezpieczniejsze z Halem, niż z nią.
Nie miała też zielonego pojęcia, jak powinna się teraz zachować i czy jackalope potrzebuje czegokolwiek innego prócz odpoczynku, a wystosowanie pytania do Hala wiązać się mogło z osmaleniem połowy twarzy, wolała więc nie ryzykować. Miała jednak teraz obie ręce wolne, a jego koszula faktycznie nie wyglądała najlepiej, podziurkowana jak sito przez przypalone skrawki, co jednak nie stanowiło wielkiego problemu ze względu na stosunkowo proste zaklęcie korygujące te nieeleganckie zmiany.
Nie myśląc o tym, jak niezręcznie to mogło wyglądać, przyłożyła dłoń zaciśniętą w pięść do klatki mężczyzny, po czym otworzyła ją szybko, wykonując gest, jakby chciała czymś weń rzucić - koszula wróciła do poprzedniego stanu, choć wciąż była koszmarnie umazana krwią. I o co tyle zachodu?
Nie czuła, żeby atmosfera była bardzo niezręczna, co było jej na rękę szczególnie z tego względu, że sama potrafiła milczeć godzinami i źle się czuła wśród bezsensownej paplaniny, ale nie mogła założyć przecież tego samego ze strony profesora. Mimo wszystko liczyła w duchu, że nie znudzi mu się szybko ta głucha cisza a ona pozostanie bez uszczerbku na zdrowiu bez śladów jawnego podpalenia.
W tym samym czasie zwierzę, pozostawione w dłoniach Hala magicznie się uspokoiło. Mrużyło ślepia a Ruth wydawało się, że jeszcze chwila i zacznie się dopraszać głaskania, aczkolwiek uznała, że swoje robi też kontrast zachowania, jakiego doświadczyła konfrontując je z histerycznym wyrywaniem się jej jackalope sprzed chwili. Istniało też prawdopodobieństwo, że profesor Cromwell był wyjątkowo dobrym specjalistą od onmsu, rzecz jasna.
Podniosła się ciężko, wyjmując leniwie różdżkę i czarując nią drzwi tak, że były jednocześnie zamknięte i niewidoczne dla mugoli, co chroniło ich przed demaskacją przynajmniej na chwilę, jednak otwarte okno pozostawiła nienaruszone za plecami, rezolutnie dedukując, że jeśli je zamknie to uduszą się tu wszyscy, łącznie z tym małym, przysypiającym na profesorskich kolanach stworzeniem. Nie mogła więc zauważyć bogina, który pojawił się znikąd, wlatując z impetem przez okno i przyjmując - aktualnie - postać najgorszego lęku Cromwella. Gdyby tylko dziewczyna się odwróciła, zamieniłby się zapewne w gigantyczną pokrzywę, co mogłoby go przepędzić samym śmiechem Hala - w końcu gigantyczna łodyga na środku łazienki nie wygląda dla niewtajemniczonych jak coś, czego należy się bać a raczej jak przebieraniec z bajki dla dzieci.
Ruth jednak nie odwróciła się, mogąc przez tę krótką chwilę obserwować reakcję nauczyciela na coś za jej plecami, czego nie spodziewała się tu dokładnie tak samo jak on.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 56
Skąd : Itchen Abbas/Dolina Godryka
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 257
  Liczba postów : 143
http://www.czarodzieje.org/t16102-harold-cromwell-jr#440448
http://www.czarodzieje.org/t16105-you-can-call-me-hal#440519
http://www.czarodzieje.org/t16104-hal-s-ono#440515
http://www.czarodzieje.org/t16101-harold-cromwell-jr#440447




Gracz






PisanieTemat: Re: Pijalnia czekolady   Pią Lip 27 2018, 17:33

Jackalope wyraźnie już się uspokajał. Brak możliwości rozmowy nie było dla niego tak komfortowy jak dla dziewczyny; może i nie czuł się bardzo niezręcznie, ale był z natury gadatliwą osobą i po prostu bez możliwości robienia użytku ze strun głosowych, czuł się trochę jak bez ręki. Nie mniej jednak nie dało się na to nic poradzić, skupił się więc na pacjencie, usiłując samym wzrokiem ocenić jego kondycję, co tak samo bezinwazyjne, jak i bezskuteczne.
Zaskoczony podniósł wzrok na asystentkę, kiedy przyłożyła pięść do jego piersi. Początkowo uznał, że chce mu coś na migi przekazać, gest ten jednak zupełnie nic mu nie mówił. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że naprawiła mu koszulę. Magia bezróżdżkowa była z pewnością bardziej praktyczna, ale i momentami bardziej nieczytelna. Nie będąc w stanie podziękować w klasyczny sposób, chciał posłać jej dziękujące spojrzenie, ale wszelkie ciepłe uczucia opały z jego twarzy w ciągu sekundy, gdy zobaczył ruch pod oknem. Trzyletnia dziewczynka patrzyła na niego z przerażeniem wypisanym na zapłakanej twarzyczce. Pełna świadomość, że miał przed sobą bogina niewiele mu pomagała. Oddałby wszystko żeby ją pocieszyć, żeby zobaczyć jej uśmiech. Ale jego Sally nigdy się nie uśmichała. Łzy płynące z jej oczu na jego widok dosłownie łamały mu serce i kompletnie paraliżowały. Gdyby tylko miał w ręku różdżkę... ale ta nadal walała się gdzieś po posadzce i za nic nie mógł się jej domacać, a nie był w stanie oderwać wzroku od córeczki.
Czy on przed chwilą myślał o jakichś minusach bezróżdżkowości? Nigdy więcej.

//Soooooorki za zniknięcie - coś mi wypadło. Myślałem, że ogarnę wszystko szybciej :<
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 22
Skąd : Uppsala, Szwecja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1462
Dodatkowo : magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 954
http://www.czarodzieje.org/t13356-ruth-wittenberg
http://www.czarodzieje.org/t13361-relacje-ruth
http://www.czarodzieje.org/t13357-soho
http://www.czarodzieje.org/t13358-ruth-wittenberg




Gracz






PisanieTemat: Re: Pijalnia czekolady   Czw Sie 02 2018, 20:11

Rzucenie zaklęcia obezwładniającego bogina nie było nawet w połowie tak łatwe, jak reparo, stąd też Szwedka nawet jakby w przypływie emocji miała taką ochotę, nie odważyłaby się pewnie rezygnować z różdżki w tej sytuacji, więc całkowicie zrozumiałaby Hala, gdyby mogła usłyszeć jego myśli. Co ciekawe, z początku nie zorientowała się, że mężczyzna patrzy na swojego bogina, bo jego wyraz twarzy pasował bardziej do magimilicji, albo obrońców dzikich jackalope, ale gdy, dla bezpieczeństwa, doskoczyła do samej ściany i obróciła się ostrożnie, zauważyła małą dziewczynkę z zaszklonymi od łez oczami. Ruth za każdym razem, gdy miała zajęcia z boginami wypadała prawie najlepiej ze wszystkich, a to ze względu na fakt, że nie było mocy, która mogłaby zastraszyć ją psychicznie. Kiedy jej matka próbowała tego typu nacisków, dziewczyna bez żalu po prostu zerwała z nią kontakt, nie żałowała żadnego swojego kroku i była tak bezmyślnie odważna, że trudno było jej samej określić, czy jest coś, czego boi się jej mózg. Boginy zazwyczaj przemieniały salę w pokrzywowy las, cisnąc w Wittenberg jej strach najwyższy przed pokrzywą, będącą chyba jednynym składnikiem, nie licząc trucizn rzecz jasna, który był dla kobiety tak koszmarnie niekorzystny, że duszności i obrzęk mogłby zabić ją w przeciągu kilku minut. Czy próbowała się odczulić? Ha, ile razy – wszystkie próby zakończone fiaskiem.
Widząc bogina wiedziała dokładnie, że pokrzywa, którą za chwilę zobaczy będzie nieszkodliwa, toteż z całą odwagą zasłoniła profesorowi jego własne dziecko, stając na linii bogin – Cromwell. Gdyby wiedziała, jak bardzo się pomyliła, pewnie szarpnęłaby za koszulę nauczyciela i biorąc zająca pod pachę uciekła przez najbliższe okno. Bogin nie zamienił się bowiem w roślinę. Bogin zamienił się w jej byłego partnera @Dorien E. A. Dear, z którym planowali wspólną przyszłość w pięknym domu nad morzem i z którym jedna kłótnia zupełnie odmieniła ich dalsze losy. Nie minął jeszcze rok od ich rozstania, a Dear poślubił inną kobietę, która – jak dowiedziała się Wittenberg – spodziewała się dziecka. Wszystko mogła usłyszeć od tego cholernego bogina, ale nie to, co usłyszała po chwili...
-Tak naprawdę nigdy cię nie kochałem – zaśmiał się chrapliwie i tuż obok pojawiła się niewyraźna postać Aurory von Schwarzenberg, aka Dear, obejmując czule mężczyznę życia Ruth. Szwedce zadrżała ręka, choć miała podniesioną różdżkę. Wiedziała, że to bogin, ale na jego słowa tak zapadła się w sobie, że nie była w stanie wydusić ani jednego dźwięku, nie wspominając o tym, jak daleko w głowie miała myślenie nad zaklęciem obronnym. Nie potrafiła wyobrazić sobie niczego, co rozbawiło by ją na daną chwilę w Dorienie (bo szczęśliwie jego żonka zniknęła równie szybko jak się pojawiła), ani w żadnym innym człowieku, ale w takich momentach nie myśli się o strategii, co normalnie zapewne Wittenberg by zrobiła, zmuszając zjawę do przybrania połowicznej postaci przez niemożność decyzji pomiędzy Haroldem i nią samą. Zamiast tego usilnie myślała, jak zmienić człowieka stojącego przed nią na coś, co sprawi, że się uśmiechnie, ale w uszach słyszała tylko szum wody, wyciekającej głośno z niezakręconego w łazience kranu. Woda! Właśnie!
-Riddiculus – wycelowała w stworzenie i pewnym tonem zamieniła chudego, wysokiego blondyna w chudego, wysokiego blondyna jednak ze zmienioną twarzą w kolorowej, za dużej kurtce puchowej i żółtych jak kaczeniec kaloszach. Kiedy była na początku studiów, pojechali z Mikkelem, jej ówczesnym chłopakiem na łódki do Szwecji, ale pogoda zaskoczyła ich tak okrutnie, że gdyby nie uprzejmość pewnej starszej pani, która z nimi płynęła, zapewne umarliby z zimna, bo na pokładzie nie było dosłownie nic, co można było przetransmutować w ciepłe odzienie. I tak też oboje dostali za duże, pstrokate ciuchy do kompletu z wędkarskimi kaloszami, nie mogąc się naśmiać z tego, które z nich wygląda w tym gorzej. To był czas, kiedy Wittenberg była tak zwyczajnie, po prostu szczęśliwa, że w chwili obecnej nie mogła w to nawet uwierzyć, a jednak – widok Mikkela w tym osobliwym przebraniu sprawił, że kobieta zaśmiała się serdecznie.
Co więcej, doszło do niej, że czekoladowy czar musiał minąć, bo udało się jej wypowiedzieć formułę zaklęcia bez okrzyków „Salsa! Makarena!” w międzyczasie. Fantastycznie.
-Profesorze, pozwolę sobie przedstawić się raz jeszcze. Nazywam się Ruth Wittenberg i jestem nową asystentką opcm w Hogwarcie. Dziękuję za pomoc przy jackalope, proszę jednak, w miarę możliwości, zachować tę barwną historię dla siebie, nie jestem pewna co na nasze działania powiedziałoby tutejsze magiczne prawo – stwierdziła rzeczowo, obracając się w stronę nauczyciela – Czy wie pan, co dalej z tym stworzeniem? – kiwnęła głową na zająca – Możliwe, że czar dobiegł już końca, ale gdyby planował pan spalić za chwilę mnie i siebie, mam różdżkę w pogotowiu – uśmiechnęła się pokrzepiająco jakby zachęcając go do użycia aparatu mowy, choć przed oczami miała wizję płonącej kamienicy i pieczonego królika z rogami, niestety.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 56
Skąd : Itchen Abbas/Dolina Godryka
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 257
  Liczba postów : 143
http://www.czarodzieje.org/t16102-harold-cromwell-jr#440448
http://www.czarodzieje.org/t16105-you-can-call-me-hal#440519
http://www.czarodzieje.org/t16104-hal-s-ono#440515
http://www.czarodzieje.org/t16101-harold-cromwell-jr#440447




Gracz






PisanieTemat: Re: Pijalnia czekolady   Sob Sie 04 2018, 02:14

Absolutna, obezwładniająca beznadzieja.
Z jednej strony wiedział doskonale, że stoi przed nim bogin - w końcu nieczęsto spotyka się pojawiające się znikąd samotne dzieci, które powinny mieć ponad trzydzieści lat. Z drugiej, nie mógł powstrzymać ogromnego, przytłaczającego poczucia winy i rozpaczliwej zbyteczności. Chciał dla niej wszystkiego co najlepsze i tylko tego. Przede wszystkim chciał żeby przestała płakać, ale jak miał ją uspokoić, skoro to jego właśnie się bała.
Sam będąc już bliski łez, trafił na różdżkę opuszkami palców, ale tylko potoczył ją dalej. Zresztą żal wgryzał się w niego tak bardzo, że nie być może nawet uzbrojony, na tym etapie nie dałby rady nic już zrobić. I wtedy Sally zmieniła się w młodego mężczyznę.
Nie zwracał zbytniej uwagi, na formę, którą przyjął bogin, gdy stanęła przed nim asystentka. Nie wiedział co bolało go bardziej - wspomnienie, które zwizualizowała mu zjawa, czy fakt, że zniknęło. Na co dzień udawanie, że Sally nigdy nie istniała w jego życiu wychodziło mu niemal bez problemu. Mógł zwyczajnie funkcjonować, nie myśląc o tym, że gdzieś tam po Ziemi chodzi jego dziecko, nie mając pojęcia kim jest. Mógł przeżywać kolejne lata, bez ciągłego zadręczania się, że nie wie jak teraz wygląda, co robi i czy jest szczęśliwa. Mógł iść przez życie, nie przejmując się na każdym kroku tym, że nie jest częścią jej świata.
Ale nie teraz. Teraz chciał tylko tego, czego nigdy nie mógł. Chciał mieć ją na trochę dłużej. Chciał móc coś zrobić. Chciał rzucić to przeklęte zaklęcie i zobaczyć jak się śmieje - coś, czego nigdy nie mógł doświadczyć z prawdziwą Sally.
Odwrócił wzrok, skupiając na się wciąż – jakimś cudem – trzymanym jackalope. Bez głębszego sensu i bez cienia zastanowienia oglądał jego zakrwawione furetko i skupiając się przede wszystkim na wygłuszeniu przemożnej potrzeby rozwalenia gołymi rękoma połowy łazienki (którą to z kolei maskował chęć zwinięcia się w kłębek i rozpłakania), delikatnie przeczesywał je palcami, rozpątując sklejone krwią kołtuny.
Od czynności tej oderwał go dopiero głos panny R. Otrząsnął się błyskawicznie, przenosząc na nią bystre spojrzenie. Pstryknął palcami, ucieszony, że był tak blisko z zapamiętaniem godności dziewczyny (co z tego, że dałby sobie rękę uciąć, że nazwisko nosiła na P? W „Wittenberg” prawie było słychać P) i tym razem powtórzył sobie w myślach jej imię kilka razy.
Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Ruth nie do końca wierzy w jego kompetencje. Nie chciał, broń Boże, traktować jej z góry, jednak w jego oczach praktycznie każdy dwudziestolatek wydawał się być urzekającym szczawikiem. Nie był jednak na tyle głupi, żeby otwarcie ich tak traktować, dlatego uśmiechnął się jedynie pod osmolonym wąsem, na jej przejęcie losem jackalope.
Korzystając z jej zapewnień o gotowości do reakcji, otworzył ostrożnie usta – odwracając uprzednio twarz od wszystkiego co żywe w pomieszczeniu – i z ulgą stwierdził, że nie zionie już ogniem.
- No proszę! – ucieszył się do samego siebie, po czym przeniósł wzrok na z powrotem na dziewczynę – Po pierwsze mów mi Hal – wyszedł z propozycją, sam bezrefleksyjnie i bez zaproszenia pozwalając sobie na przejście z nią na ty. Był chodzącym przykładem na to, że prostolinijność może być zarówno zaletą, jak i wadą.
Właściwie to mogła mówić mu jak tylko chciała, byle nie ten przeklęty „profesor”. Hal znał i podziwiał wielu zasłużonych profesorów i nadal nie do końca docierało do niego, dlaczego ktoś miałby do niego – siedzącego na posadzce w kiblu i głaszczącego jakiegoś zająca dziada z przypaloną brodą – zwracać się w ten sam sposób.
- Prawem się nie martw – zapewnił ją. Nie znał co prawda ani jednego zapisu z meksykańskiego prawa, ale akurat tyle, że łamanie przepisów o ochronie zwierząt miało globalnie niski priorytet w prawie karnym, był niestety pewny – A za tę wiedzę mi płacą – puścił jej oko i wychylił się trochę, żeby złapać swoją różdżkę. Kiedy już miał ją w ręku, spoważniał odrobinę i poprawił sobie w rękach jackalope.
- Po pierwsze sprawdzimy skąd ta krew i ewentualnie go posklejamy. Później spróbujemy znaleźć jakąś tutejszą uprawnioną do przetrzymywania i rehabilitacji dzikich zwierząt jednostkę, a jeżeli nie znajdziemy, to myślę, że moje brytyjskie pozwolenia wystarczą, żebyśmy nie mieli kłopotów – przedstawił jej od razu cały, długoterminowy plan, wnosząc po jej dotychczasowym zachowaniu, że była bardzo rzeczową osobą – No chyba, że masz chęć się nim sama zająć, dopóki nie wydobrzeje całkiem – dodał niewzruszony – Wtedy możemy to zrobić po cichu. Pomogę ci oczywiście.
Nie był służbistą i do zapisów prawnych podchodził dość elastycznie. Zgadzał się z tym, że dobre serce niestety nie wystarczało w ratowaniu zwierząt i wielokrotnie więcej było szkody niż pożytku z pomocy osób nieupoważnionych, ale sam, z uwagi na swoje doświadczenie - może mało skromnie, ale jednak - czuł się ponad prawem. Wymiar sprawiedliwości i tak mu to ułatwiał, bo w rzeczywistości duże sankcje im za to nie groziły.
Nawet na rękę byłoby mu, gdyby to Ruth zechciała zajmować się rannym jackalope i obserwować czy wraca do zdrowia. Dawno nie miał takich wakacji od wszystkiego i pomimo, że teoretycznie był w Meksyku w pracy, te kilka ostatnich dni było najlepszym wypoczynkiem jakiego zażył od kilkunastu lat. Dwóch miesięcy odcięcia się od fauny i tak by nie wytrzymał, ale póki się dało i póki nie zaczynało mu to doskwierać, chciał sobie pokorzystać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 22
Skąd : Uppsala, Szwecja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1462
Dodatkowo : magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 954
http://www.czarodzieje.org/t13356-ruth-wittenberg
http://www.czarodzieje.org/t13361-relacje-ruth
http://www.czarodzieje.org/t13357-soho
http://www.czarodzieje.org/t13358-ruth-wittenberg




Gracz






PisanieTemat: Re: Pijalnia czekolady   Sro Sie 08 2018, 22:06

Nie miała intencji, by Hal pomyślał, że podważa jego kompetencje, bo w istocie było zupełnie odwrotnie. Przywyczaiła się do tego, że w Hogwarcie nikt nie zatrudniał partaczy, więc wręcz ślepo wierzyła w nauczycielską moc sprawczą, w szczególności w takich sytuacjach. Z drugiej strony czuła się niesamowicie zagubiona, nie wiedząc co zrobić ze stworzeniem, któremu z całego serca chciała pomóc. Z tego też względu poprosiła go, żeby nieco dokładniej wyjaśnił jej, co ma robić, kiwając na wszystko jak piesek za tylnym siedzeniem mugolskich aut, a profesor mógł bez trudu wyczytać z jej oczu narastającą ulgę, że okazał się znać odpowiedź na wszystkie jej pytania, uspokajając ją jednocześnie całkiem skutecznie. Ruth osunęła się lekko na posadzkę, kiedy Hal skończył wyjaśnienia, patrząc nań, jakby uratował nie tylko zająca od śmierci, ale i ją samą od roztrząsania w nieskończoność, jak nie zrobić mu jeszcze większej krzywdy.
-Jak... – zaczęła, chcąc zapytać, w jaki sposób chce określić przynależność krwi zwierzęcia, o ile tak to w ogóle mogła określić, bo niestety na uzdrawianiu znała się gorzej niż źle i jedyne, co potrafiła zrobić z krwią to wydobycie jej z żył innego czarodzieja na zewnątrz, choć z zasady nie praktykowała takich czarów. Nie zdążyła jeszcze zacząć zdania, kiedy wtrąciła samej sobie – Ma pan pozwolenia? – zapytała wydychając powietrze z ulgą trochę za głośno, bo nagle jej wszystkie wątpliwości magicznie zniknęły. Można by się rozwodzić w nieskończoność na temat zależności charakterów poszczególnych nacji w zależności od strefy klimatycznej, ale schemat zawsze pozostawał ten sam – im łatwiej było o schronienie i pożywienie (a więc w sprzyjających, ciepłych warunkach, gdzie jedzenie leżało praktycznie na ziemi), ludzie byli stokroć bardziej przychylni, niż sceptycy, którym deszcz wciąż padał na głowę lub niedźwiedzie zaglądały przez okna przy panujących ujemnych temperaturach. Ruth była skłonna uwierzyć, że wystarczyłoby, żeby Hal powiedział kilka mądrych słów tutejszej klinice i już drukowaliby mu dyplom pierwszego ratownika jackalope, co im obojgu bardzo było zresztą na rękę, bo przecież nie zabiorą ze sobą zwierzaka do pokoju, bo recepcjonistka prawdopodobnie cofnęłaby ich już w progu.
-Nie jestem pewna, czy nie zrobię mu jeszcze większej krzywdy, jeśli postanowię się nim sama zająć... – zaczęła niepewnie – Mogę sprawdzić, do jakiej placówki możemy go przetransportować – powiedziała odzyskując energię i wyjęła z kieszeni małe lusterko dwukierunkowe, które pozwalało jej na komunikację z byłym genewskim szefem. Wymieniła dziwnie brzmiące nazwisko i bardzo skoncentrowanym tonem wyprodukowała kilka krótkich zdań po niemiecku, którego to nauczyła się w miarę nie kaleczyć, kiedy zmusiła samą siebie do obcowania ze Szwajcarami przez prawie rok. Zajęło jej dosłownie dwadzieścia sekund, żeby schować przedmiot z powrotem do kieszeni.
-W pobliżu jest schronisko z uzdrowicielem dla dzikich stworzeń, kilkaset metrów stąd – powiedziała rzeczowo i spojrzała na śpiącego smacznie w ramionach nauczyciela zająca. Widok był na tyle rozczulający, że brodacz urósł w oczach Ruth wręcz do rangi zaklinacza niesfornych jackalope – Ma pan do tego serce – stwierdziła cicho, opierając głowę o szafkę czując, jak adrenalina jej spada i zaraz niewiele poradzą oboje, bo zmęczenie dopadnie ich tak okrutnie, że jedyną wykonalną czynnością będzie włożenie zwierzaka do transportera i przetoczenie się tych kilkaset metrów, a przecież mieli z nim jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, czyż nie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 56
Skąd : Itchen Abbas/Dolina Godryka
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 257
  Liczba postów : 143
http://www.czarodzieje.org/t16102-harold-cromwell-jr#440448
http://www.czarodzieje.org/t16105-you-can-call-me-hal#440519
http://www.czarodzieje.org/t16104-hal-s-ono#440515
http://www.czarodzieje.org/t16101-harold-cromwell-jr#440447




Gracz






PisanieTemat: Re: Pijalnia czekolady   Nie Sie 12 2018, 23:58

Nie zamierzał się obrażać za brak wiary w jego umiejętności. Skoro nie zajmowała się tą samą co on dziedziną, nie było nic dziwnego w tym, że nie do końca wiedziała, w czym się specjalizował. Po prostu było to bardzo pocieszne. Dodatkowo co raz zaskakując ją swoimi "umiejętnościami" musiał wydawać się mądrzejszy niż był w rzeczywistości, a to mu bardzo odpowiadało.
- Ano, mam - przyznał luźno, bo nie było za bardzo co do tego dodawać. Mógłby co prawda powymieniać je z nazwy, wymienić parę przepisów i inne pierdoły, ale nie uważał, żeby przynudzanie dodawało jakoś autorytetu.
Dziewczyna nie skorzystała z jego propozycji zwracani się do niego po imieniu, co tylko przypominało mu, że jest starym dziadem, ale nie zamierzał naciskać. Sam w jej czuł się trochę niezręcznie w podobnych sytuacjach, chociaż był tylko niewychowanym wsiokiem.
- Jak uważasz - tu również nie zamierzał naciskać. Wprawdzie nie dało się za bardzo nauczyć opieki nad zwierzętami inaczej niż przez praktykę, a on osobiście starałby się pomóc jej na ile to tylko byłoby możliwe, żeby jackalope nic się pod jej kuratelą nie stało, ale oczywiście nie musiała wcale pragnąc się tego uczyć i zupełnie nie miał jej tego za złe. Nie każdy miał rękę do zwierząt i akurat bycie świadomym tego faktu i nie próbowanie zmienić go na siłę, było bardziej na korzyść fauny niż nadgorliwe niesienie pomocy przez miłośników zwierzątek.
Pogodzenie się z własną niewiedzą na pewne tematy pogłębiała zresztą świadomość swoich mocnych stron i nie inaczej było najwidoczniej z panna Wittenberg, która natychmiast znalazła sposób na to jak wykorzystać swoje możliwości do pomocy w sytuacji. Szczerze mówiąc Hal sam nie wiedział, gdzie miałby zacząć poszukiwania odpowiedniej placówki w meksykańskim miasteczku i chociaż prędzej czy później, trochę przypadkiem i trochę nieświadomie do czegoś zapewne by doszedł, nie zrobiłby tego tak sprawnie jak młoda asystentka.
- Cudownie! - rozpromienił się, gdy dziewczyna w błyskawicznym tempie i obcym języku zlokalizowała schronisko. On sam w tym czasie oczyszczał delikatnie sierść królika z krwi wilgotnym gazikiem, przyglądając się mniejszym ranom - To w takim razie... - zdjął dłonie z trochę śniętego od wrażeń i zapewne także zaklęć zajęczaka i przyglądał mu się zastanawiając się nad kolejnym krokiem - Dobra, nie męczmy go już, skoro to blisko - podjął w końcu decyzję - Tu mu się fajnie wszystko pozasklepiało, więc na razie styknie, a jak śpi to też sobie tego nie rozbabra. Nie ma co go męczyć zaklęciami - zostawmy to profesjonalistom.
On również odczuł ulgę. Nie był zwierzęcym uzdrowicielem. Umiał zaledwie podstawowe zabiegi i zwykle, kiedy wpadało mu w ręce ranne zwierzę, składał je jedynie do kupy, na tyle dobrze, żeby dotrwało do czasu aż zajmie się nim ktoś o większej wiedzy medycznej, a potem odbierał rekonwalescenta do opieki. Był zwierzęcą wersją ratownika i pielęgniarza. Być może stracił trochę autorytetu w oczach Ruth, ale nie mógł przecież kosztem żywego stworzenia podbudowywać własnego ego.
- Ja? Ja mam kwalifikacje - zaśmiał się - Sercem to się raczej ty wykazałaś.
Dla nie go w dużym stopniu była to rutyna. Owszem, nie zostawiłby zwierzaka, gdyby sam się na niego natknął i z pewnością mu pomógł. Nie musiałby się nad tym nawet zastanawiać, bo przecież już to robił, już wiedział jak, już do tego przywykł. Dla niego to po prostu nie większy problem. Więcej szacunku należało się dziewczynie, która nie wiedząc co powinna zrobić, nie przeszła jednak obojętnie obok potrzebującego dzikiego zwierzęcia i przejęła się jego stanem tak, jak część ludzi nie przejęłaby się cierpiącym nieznajomym człowiekiem. Do tego trzeba było mieć nie tylko serce, ale i odwagę.
- No dobra - powrócił do głównego tematu, którym był jednak stan zwierzęcia - Trzeba go zapakować i przetransportować - nie śpiesząc się zbytnio, ale dość sprawnie ulokował jackalope w transporterze, zostawiając na nim ręcznik - Musi mieć cicho, ciepło i ciemno, a już w ogóle idealnie by było, żeby ten transporter całą drogę był możliwie jak najstabilniejszy. Da się zrobić?
Zdążył się już zorientować, że w kwestii zaklęć umiejętności dziewczyny znacznie przewyższały jego własne i chociaż część z tych warunków mógłby zorganizować własnoręcznie , to pewniejszą opcją było pozostawienie tego jej. Zresztą nie chciał odbierać jej możliwości jak największej pomocy. Dla niego było to tylko kolejne ranne zwierzę, dla niej niecodzienna przygoda, z której powinna być dumna. W pełni zasługiwała na to, by móc powiedzieć, że pomogła jackalope bardziej niż siedząc obok na podłodze i chociaż Hal doceniał nawet to, wolał mieć pewność, że będzie swojej ważnej roli w życiu tego zwierzęcia w pełni świadoma.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 22
Skąd : Uppsala, Szwecja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1462
Dodatkowo : magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 954
http://www.czarodzieje.org/t13356-ruth-wittenberg
http://www.czarodzieje.org/t13361-relacje-ruth
http://www.czarodzieje.org/t13357-soho
http://www.czarodzieje.org/t13358-ruth-wittenberg




Gracz






PisanieTemat: Re: Pijalnia czekolady   Czw Sie 23 2018, 09:25

Ze strony Ruth rozważanie kompetencji Halla wyglądało zgoła odwrotnie – w jej oczach z każdą minutą rósł do rangi światowej klasy specjalisty opieki nad magicznymi stworzeniami, podczas gdy ona sama była bliska załamania, niosąc zająca do pijalni czekolady. Owszem, dla niej także pomoc pokaleczonemu zwierzęciu była oczywista, jednak gdyby nie nauczyciel, zwierzak nie otrzymałby tak profesjonalnej pomocy w tak krótkim czasie, a w końcu ten liczył się najbardziej, kiedy w grę wchodziło życie.
Szwedka przytakiwała głową z poważną, skupioną miną, starając się nie pominąć żadnego słowa wypowiadanego przez profesora, do momentu, w którym wspomniał o jej domniemanym posiadaniu serca. Kobieta całe życie była zapewniana o tym, że w zasadzie to wcale go nie ma, najpierw przez matkę, potem przez wszystkie swoje nieudane związki a w końcu przez wzgląd na to, że miała czelność, bo przecież nie odwagę, porzucić najbliższych na prawie rok, bez słowa zaszywając się na drugim końcu Europy. Aż nagle nieznajomy mężczyzna, z którym w dodatku nie spędziła więcej niż godzinę, raczy ją najpiękniejszym komplementem, jaki kiedykolwiek przyszło jej usłyszeć. Trudno było zaskoczyć Wittenberg, jeszcze trudniej zakłopotać, a jednak ten starszy pan, z niewiarygodną mądrością i ciepłem bijącymi z oczu sprawił, że zwykle niewzruszone żadnym uczuciem policzki Ruth zarumieniły się.
-Bardzo miło mi to słyszeć – skomentowała krótko, przyglądając się z zaciekawieniem pomrukującemu cicho jackalope, który chyba nie planował jakichkolwiek przemieszczeń z bezpiecznych, nauczycielskich ramion. Mimo to, poproszona o pomoc, musiała w jakiś magiczny sposób przenieść zwierzaka, w dodatku stabilizując jakoś transporter, przez co na chwilę ucichła, mrużąc nieznacznie oczy, jakby w uporządkowanych półkach swojego umysłu odszukiwała właściwe zaklęcia. W tym czasie nauczyciel odciążył ją z części zadania, pakując małego zająca do klatki, przez co Ruth mogła skupić się na efektywniejszym wykorzystaniu swojej różdżki do pozostałych czarów.
-Aha, no dobrze – powiedziała bardziej do siebie, mając już w głowie ułożone zaklęcia i chyba z przyzwyczajenia nie podniosła różdżki, chcąc w pierwszej chwili spróbować z magią bezróżdżkową. Szybko jednak zaniechała pomysł, bo liczyła się z utratą mocy zaklęć poprzez użycie tej metody i podejmując na powrót kawałek hebanowego drewna machnęła nim kilkukrotnie w transporter.
Dla niej świadomość, że pomogła zwierzęciu nie liczyła się tak bardzo, jak jego faktyczny stan, zapewne zapomniałaby o tej historii już po kilku dniach, ale wiedziała, że sumienie i tak nie da jej żyć i w końcu zajrzy do schroniska sprawdzić, czy z małym wszystko w porządku. Dbanie o innych było wpisane w niektóre charaktery i prawdopodobnie dlatego tak szybko dogadała się z Hallem wyczuwając, jak i dla niego istotne są niewinne żyjątka, które bez litości pomijane są w wielkim pędzie świata. Oni radzili sobie wręcz idealnie – najinteligentniejsze stworzenia na ziemi, obdarzone mocą magiczną, zdolnością pisania, czytania prócz wszystkich innych pozytywnych cech drapieżników, którymi obdarzyła ich natura. Kim by byli, sięgając wzrokiem tylko do czubka swojego nosa?
Wyjście z łazienki i przeniesienie zająca nie przysporzyło im tylu problemów, co cała poprzednia godzina, co było dla Ruth o tyle zastanawiające, że spodziewała się raczej magimilicji, po tak długim okupowaniu pomieszczenia publicznego. Nie wydarzyło się jednak zupełnie nic, a w schronisku zwierzaka przyjęto również o wiele sprawniej, niż można by było przypuszczać. Dziewczyna musiała mieć chyba całkiem zdziwioną minę, oddając transporter, bo o szczegóły wypadku zapytano ją raz i to niemrawo, wszystkie pytania przenosząc na Halla niemal od razu. Wittenberg ocknęła się dopiero po chwili.
-Jeśli będzie taka potrzeba, mogę do niego zajrzeć za parę dni – kiwnęła głową profesorowi, nie poruszając się nawet o milimetr. Podała też swoje namiary w schronisku i zadowolona, że wszystko skończyło się dobrze uśmiechnęła się w końcu chyba pierwszy raz całkiem szczerze od początku spotkania.
-Bardzo dziękuję za pomoc – przyznała, gryząc się w język, żeby znów nie powiedzieć do niego na „pan” i żegnając się z nauczycielem powłóczyła nogami w stronę ruin, przypominając sobie, że i tam zostało jej jeszcze kilka spraw do załatwienia, niestety.
zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Pijalnia czekolady   

Powrót do góry Go down
 

Pijalnia czekolady

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
reszta świata
 :: 
Meksyk
 :: 
Miasteczko
-