Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Ogrody

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : utracony Berlin, następnie Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 2195
Dodatkowo : animag (kruk), magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 1870
http://www.czarodzieje.org/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://www.czarodzieje.org/t15091-daniel
http://www.czarodzieje.org/t15099-krebs
http://www.czarodzieje.org/t15076-daniel-bergmann




Moderator






PisanieTemat: Ogrody   Wto Lip 03 2018, 21:28


Ogrody

Ciągną się poniżej sklepienia podcieni; sama organizacja ogrodów przypomina swoją konstrukcją wąską, obecną między murami ścieżkę - pewnego rodzaju labirynt. Prowadzi on do otwartej części hodowli roślin - pełnej pomniejszych drzew oraz krzewów. Pośród pnącej się w stronę światła zieleni, można odnaleźć kolejne dzieła - zabezpieczone magią - aby nadmierne promienie słońca nie czyniły zastygłej farby z biegiem czasu wyblakłą.

OBRAZ:
 

______________________

cold silence
Has A tendency to Atrophy any Sense of compassion between supposed lovers And the circling is worth it Finding beauty in the dissonance
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 29739
  Liczba postów : 45121
http://www.czarodzieje.org/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Re: Ogrody   Wto Lip 10 2018, 23:43





Starszy mężczyzna z naznaczoną czasem, siwiejącą brodą i ogorzałą od słońca twarzą, czekał we wskazanym przez właścicieli pensjonatu miejscu: w ogrodach niedostępnych dla mugoli. Wiedział, że już za chwilę zaczną pojawiać się tutaj, dzięki świstoklikom, nowi przybysze - młodociani i dorośli, gotowi podjąć wakacyjną zabawę w ośrodku. Jakby znudzony pobrzękiwał na pęku kluczy, gdzie znajdowały się również te, które zaraz wręczyć miał nowym gościom.
I faktycznie, po kilku minutach wylądowała pierwsza grupka młodzieży.
-Usuńta się! Zaraz tu będą następni! - zdążył jedynie krzyknąć, ponieważ po chwili, niemal w tym samym miejscu zaczęły pojawiać się nowe czajniki, buty, kompasy, tym samym "przywożąc" ze sobą resztę podróżnych.
Widział ludzi, z walizkami wypchanymi nadziejami na niezapomniane wakacje; widział, jak nad wszystkimi unosi się chmura zwiastująca przyszłe przygody i tajemnice, które zapewne zostawią tylko w tym miejscu. Widział, że każdy z nich chce porzucić zmartwienia dnia codziennego, pozwolić sobie na odrobinę (a może więcej) szaleństwa, odciąć się od tego wszystkiego - co miało czekać na nich w rodzinnych domach. Wiedział, że czujni, nadzorujący opiekunowie również nie będą próżnować.
Nic nie mogło się przed nim ukryć. Znał to z autopsji - przecież nie minęło tak wiele czasu, odkąd on sam przybył tutaj, do Meksyku, w poszukiwaniu tego wszystkiego, co podobnie (jak niegdyś na niego) oczekiwało na nowych gości. Był pewnie, że każdy z nich znajdzie coś tutaj dla siebie. Spokój, wyprawy w nieznane, romantyczne spacery o wschodzie bądź zachodzie słońca, nurkowanie w głąb oceanu.
Gdy zauważył, że ostatnia z grup już przybyła, odezwał się mocnym, donośnym głosem - tak, aby każdy go doskonale słyszał:
- Witajcie w Meksyku! - nieomal krzyknął, tym samym uciszając ostatecznie wszystkie rozmowy młodych jak i dorosłych. - Jak wiecie, bądź jeszcze nie wiecie, do swojej dyspozycji macie wszelkie udogodnienia pensjonatu oraz okolicznych terenów. Każdy z was znajdzie tutaj coś dla siebie i nie wiem jakie licho musiałoby na was siąść, abyście nagle zaczęli się nudzić. Odpoczywajcie, bawcie się, nie róbcie głupot, a każdy z nas będzie zadowolony. - Po tym zwrócił się już konkretnie do samych dorosłych, którzy zdecydowali się być opiekunami tejże gromady. - Was też się to dotyczy - dodał, wskazując wprost na nich palcem, nie przejmując się tym, że któreś z nich mogłoby poczuć się urażone.
-Przekazane zostały - powiedział, podnosząc do góry dłoń ściskającą pęk - mi klucze do pokoi, w których będziecie mieszkać. Zaraz rozdam je, po kolei, każdemu z was. Tylko ich nie pogubcie - po tych słowach, ruszył w tłum, jeden po drugim wręczając zgodnie z zapowiedzią przepustkę do tymczasowego mieszkania. Następnie, stanął z powrotem na przedzie grupy, po czym uśmiechnął się szeroko, wręcz szczerząc niepokojąco zęby.
-Tylko pamiętajcie, pensjonat należy do czarownicy, ale w miasteczku musicie uważać. Mimo, że jest ono naznaczone magią, nie tylko czarodzieje je zamieszkują. - dodał złowrogim tonem, próbując przestrzec ich przed rzucaniem zaklęć w obecności mugoli osiadłych na niedalekich terenach.
-Chodźcie za mną, całość została przygotowana i czeka! - odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie, prowadząc ich wszystkich w nieznane.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 29739
  Liczba postów : 45121
http://www.czarodzieje.org/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Re: Ogrody   Czw Lip 19 2018, 19:53

@Daniel Bergmann

O dziwo nie było tak źle, miałeś względny spokój i czas na swoje prywatne sprawy, ponieważ uczniowie nie wymagali zbyt dużo uwagi. Każdy był pełen optymizmu, a w pensjonacie spędzali naprawdę niewiele czasu. Oczywiście razem z pozostałymi opiekunami sprawdzaliście obecność w pokojach i upewnialiście się, że żaden z waszych podopiecznych nie zaginął w brukowanych alejkach czy gęstej dżungli. Siedziałeś właśnie w ogrodzie, czytając o magii bezróźdżkowej i jej sprawdzaniu się w transmutacji. Poza samodzielną nauką miało to być inspiracją do rozpoczęcia przygotować na zajęcia w następnym roku..

Rzuć Kostką!
Możliwe Scenariusze:
1,4 Chciałeś odpocząć i się zrelaksować, jednak przerwał Ci głośny śmiech i krzyk, a do Twojego nosa dotarł znajomy, niezbyt zachwycający Cię zapach.. Wstałeś więc z miejsca, sprawdzić co się dzieje w położonej za murkiem części ogródka..
Rzuć Kostką!
Parzysta: Okazało się, że to grupka Twoich uczniów, która kupiła jakieś meksykańskie zioła uzależniające! W swoim stylu — chłodem i stanowczością, robisz z nimi porządek i zaprowadzasz ich do dyrektorki. Nawet nie chodzi Ci o samo palenie trawki, a o to, czym ona mogła w rzeczywistości być. Przecież w tym kraju pełno było brudnych narkotyków! Kobieta jest zadowolona z Twojej pracy i dzięki wysiłkowi w pilnowanie uczniów, zyskujesz premię w wysokości 40 Galeonów! Zgłoś się po nie do odpowiedniego tematu!
Nieparzysta: Wychodzić zza ścianki, krzyżując ręce i spoglądając na grupkę uczniów. Na szczęście okazało się, że to tylko młodsze dziewczęta, które plotą wianki z zebranych wcześniej kwiatów. Zagadują Cię, zachwycone Meksykiem i jego mieszkańcami. Wręczają Ci czerwony kwiat i wracają do swoich nastoletnich plotek, przerywanych salwami śmiechu. Zawsze miło dostać prezent od młodszych uczennic, które widocznie darzyły Cię sympatią. To było dobrze spędzone popołudnie.

2 Schowałeś książkę do torby i wstałeś, kierując się w stronę głównej ścieżki w ogrodzie, zostawiając swoją samotnię. Przechadzając się leniwie, zauważyłeś, że na ziemi coś błyszczy. Gdy się schyliłeś, okazało się, że to monety! Do Twojej sakiewki trafia 35 Galeonów,, widocznie ktoś je zgubił. Znalezione, nie kradzione, a do tego nikogo poza Tobą tu nie było. Zgłoś się po nie do odpowiedniego tematu!

3 Nie miałeś dość czytania. Byłeś bardzo skupiony, pochłaniałeś treść książki i pomimo upały, zdobyta wiedza zostawała Ci w głowie. Dowiedziałeś się wielu nowych rzeczy, a pomysły na zajęcia dla Twoich uczniów same Ci przychodziły, dzięki czemu zapowiadał się owocny rok szkolny. Do Twojego kuferka trafia 1 Punkt Transmutacji! Zgłoś się po niego w odpowiednim temacie!

5,6 Pomimo cienia, było gorąco i duszno. Nie mogłeś skoncentrować się na czytaniu. Wstałeś z ławki, chcąc się trochę przejść i rozprostować. Dostrzegłeś ogrodową alejkę, którą jeszcze nie szedłeś. Wzruszyłeś więc ramionami, ruszając w tym kierunku..
Rzuć Kostką!
Parzysta: Zapatrzyłeś się na boczną ścianę pensjonatu, wykonaną w pięknym, meksykańskim stylu, porośniętą kwiatami. Niestety potknąłeś się o wystająca płytę z chodnika i poleciałeś jak długi, lądując na ziemi. Poza siniakami, zszarganą dumą i zażenowaniem, nie stało Ci się jednak nic. Miałeś nadzieję, że jednak nikt tego nie widział. Po chwili szedłeś w stronę pokoju, mając obtarte kolana.
Nieparzysta:Po kilku minutach spaceru znalazłeś się na samym końcu ogrodu, zatrzymując się przed wysoką ścianą, która zapewne była częścią innego budynku. Zerknąłeś na zegarek i doszedłeś do wniosku, że czas wracać do pokoju, kiedy Twoim oczom ukazała się wystająca z krzaków szyjka od butelki. Zaintrygowany, podszedłeś i wyjąłeś przedmiot. Pewnie dzieciaki schowały sobie na wieczór, cóż, ich strata. Dzięki temu masz dla siebie całą butelkę pysznej Tequili. Zgłoś się po nią w odpowiednim temacie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : utracony Berlin, następnie Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 2195
Dodatkowo : animag (kruk), magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 1870
http://www.czarodzieje.org/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://www.czarodzieje.org/t15091-daniel
http://www.czarodzieje.org/t15099-krebs
http://www.czarodzieje.org/t15076-daniel-bergmann




Moderator






PisanieTemat: Re: Ogrody   Nie Lip 22 2018, 23:27

Dzień okazywał się jednym z bardziej leniwych - pod uwzględnieniem wywiązywania się z obowiązków; z kolei sam Daniel Bergmann specjalnie obowiązków nie szukał - nie posiadał na tyle nadopiekuńczych ambicji. Był on niezaprzeczalnie człowiekiem bez powołania - w altruistycznym kierunku. Nie poświęcał się ponad miarę, przenigdy - nadprogramowo nie czynił wbrew swoim planom. Bez zastrzeżenia wypełniał nakierowane nań wymagania, wyłącznie w oczekiwanym od jego osoby spektrum niezbędnych wobec podjęcia działań - był absolutnie oddalony od słowa, takiego jak nadgorliwość. Tego dnia, jego warta minęła - zaś w pensjonacie unosił się (tymczasowo przynajmniej) spokój. Nie bawił się wobec tego w mieszankę niańki dla rozwydrzonych dzieci oraz przedstawiciela magimilicji - oddał się bez wahania pod panowanie własnych, preferowanych czynności. Miał ich dość sporo - całe szczęście, wakacje w Meksyku okazały się rzeczywiście posiadać w sobie namiastkę upragnionego urlopu. Było lepiej - o wiele lepiej, niż Daniel Bergmann śmiał przewidywać, tuż przed szarpiącą siłą - ciągnącego na inny kontynent świstoklika, wywracającego całkowicie niewinne wnętrzności. Potrafił godzić bez większych przeszkód stawiane przed nim wymogi - utrzymywania porządku, niedopuszczenia zagrażających zdrowiu bądź życiu wypadków - oczywiście nietrudnych do zaistnienia w takim ugrupowaniu podróżnych - godzić, wraz z oddawaniem się przyjemnościom. Nie miał zamiaru dokonać nieopłacalnej inwestycji posiadanego czasu - przeznaczyć cały swój wakacyjny żywot na pilnowanie uczniów. Tak nisko jeszcze nie upadł. Nietrudno spostrzec - wykazywał tendencję do wężowego ślizgania się na terenach zleconych mu obowiązków; pracował - nie przepracowywał się. Nigdy. Niezmiernie istotna różnica.
Inny zupełnie przypadek, nieprzesypiane gromady nocy, wycieńczenie do granic - stawał się jak najbardziej obecny, jeśli chodziło o rzeczywiste pasje, wiążące w całość, posiadany sens życia mężczyzny.
Magia bezróżdżkowa od ponad roku zaznaczała się w codzienności Daniela Bergmanna poważnie; początkowo przedzierał się poprzez gąszcze skomplikowanych teorii. Teraz - tylko i aż - szlifował tę umiejętność, znaną jedynie garstce otaczających mężczyznę, zaprzyjaźnionych osób. Głód nieprzerwanego kształcenia nie oblekał go w ignorancję - nie umiał i nie chciał spocząć, zagłębiając się w coraz bardziej niejednoznaczne tajniki. Tego dnia - kończył rozpoczętą niedawno, intrygującą lekturę - która to poruszała kwestię transmutacyjnych zaklęć, wykorzystanych bez żadnej pomocy różdżki. Posiadał, mimo doświadczenia, należne pokłady szacunku - był świadomy ogromu i złożoności magicznych formuł w swojej specjalizacji. Transmutacja należała do najtrudniejszych dziedzin wśród czarodziejskich nauk (o ile sama nie była w tej kategorii królową - najtrudniejszą ze wszystkich poznanych dziedzin). Z tego powodu, Daniel Bergmann odświeżał swoje spojrzenie - nieustanne ćwiczenia bezróżdżkowości dopełniał ugruntowaniem kwestii teoretycznych. Jego wzrok ślizgał się wzdłuż kolumny tekstu, przemierzał ścieżkami zdań, oświetlanych przez złote promienie słońca. Pogoda dopisywała.
Z czasem postanowił się przejść - ławka z kolei nie stała się, wedle oczekiwań wygodna.
Udał się więc niepoznaną drogą wzdłuż malowniczych ogrodów; dookoła sceneria utkana z roślin mieniła się w różnorodnych barwach, skłaniała w stronę rozważań - nadal traktujących o transmutacji i powiązanych z nią, obarczonych zaciekawieniem sprawach. Książkę, dość grubą - mężczyzna dzierżył dzielnie w swej lewej dłoni. Nagle - coś wyrwało jego z prowadzonych, wewnętrznych dysput - błysnęło gdzieś w skromnym kącie pola widzenia.
Butelka tequili?
Cóż, wypróbuje. Prawowity właściciel z pewnością znajdował się zbyt daleko.

Kostki: 6 i 1

______________________

cold silence
Has A tendency to Atrophy any Sense of compassion between supposed lovers And the circling is worth it Finding beauty in the dissonance
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Szkocja, Wyspa Skye
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 660
Dodatkowo : Prefekt Fabularny
  Liczba postów : 1139
http://www.czarodzieje.org/t15974-nessa-m-lanceley
http://www.czarodzieje.org/t15977-czerwone-nici-nessy#434024
http://www.czarodzieje.org/t15976-freya-i-korespondencja-dla-panny-lanceley#434018
http://www.czarodzieje.org/t15975-nessa-m-lanceley#433995




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Pon Lip 23 2018, 19:59

@Holden A. Thatcher II

Było grubo po dwudziestej drugiej, gdy stała przed lustrem w pokoju, czesząc pukle miedzianych włosów. Blada buzia nie wskazywała jednak żadnych emocji, które mogłyby kłębić się we wnętrzu Nessy Lanceley. Z obojętnością wpatrywała się w swoje oblicze, opuszczając dłonie, po drodze zawijając dookoła palca jeden z kosmyków włosów, które spływały luźno z plecionego koka. Westchnęła, zaciskając usta i przymykając na chwilę oczy. Była wbrew pozorom pełna energii, bo po południu udało się jej nawet przespać. Skończyła na dziś z nauką, więc jedynym planem na noc było opuszczenie pensjonatu i wałęsanie się po brukowanych uliczkach miasteczka, zahaczając o jakieś kluby czy bary, aby umilić sobie czas do wschodu słońca kolorowym drinkiem. Nadal miała jakieś dziwne, nieznane poczucie zdrady wewnątrz siebie, które nie chciało zniknąć pomimo upływu czasu. Przypominało o sobie za każdym razem, gdy widziała Holdena, witając się z nim z uśmiechem na korytarzu. Wiedziała, że nie mogła inaczej. To nie była jej sprawa. Myśli wędrowały jednak do euforii i uzależnionego od niej gryfona nieco częściej, niż chciała. Martwiła się, bo byli przecież kumplami i wiedziała, że nie powinna była zostawiać go z tym samego. Co jednak miała zrobić, kiedy on pomocy wcale nie chciał, nie uznając eliksiru za problem? Nie miała prawda decydować za niego. Nie mogła pomóc mu walczyć, skoro on nie chciał.
Uniosła powieki, pociągając usta pomadką w odcieniu karmazynowej czerwieni, połyskującą delikatnie w bladym świetle lampki. Po wsunięciu w uszy kolczyków psiknęła się perfumami i uśmiechnęła do siebie, chcąc nastroić się na dobrą zabawę. Złapała za niewielkich rozmiarów torebkę, która oczywiście mieściła w sobie znacznie więcej rzeczy, niż wyglądała. Pożegnała się ze współlokatorami, puszczając Mall oczko i mówiąc, że wróci nad ranem albo jutro. Chyba wszyscy już przywykli do jej nocnych wypraw.
Na korytarzach pensjonatu było znacznie mniej ludzi niż za dnia, przez co miała wrażenie, że jej kroki wyjątkowo głośno roznoszą się w starym korytarzu. Mijała znajomych z uśmiechem, zatrzymując się na krótkie i niezobowiązujące wymiany zdań. Zbiegła po schodach, machając ręką na odchodne i decydując się na tylne wyjście, wiodące przez ogród. Było z niego znacznie bliżej do baru i głównej ulicy, gdzie mieściło się wiele lokali czynnych do godzin porannych praktycznie. Odetchnęła głębiej, zamykając za sobą drzwi. Chłodniejsze, znacznie przyjemniejsze powietrze uderzyło w jej twarz, kołysząc luźnymi kosmykami włosów, łaskoczącymi szyję i ramiona. Było tak przyjemnie! Znacznie lepiej niż za dnia i nie potrafiła zrozumieć, jak mogli marnować idealne do zwiedzania warunki na sen. Ruszyła wolnym krokiem, przewieszając torbę przez ramię.
Ogrodowa ścieżka z ciemnego kamienia miała wiele rozwidleń, ruda jednak doskonale widziała, gdzie chce iść. Rozglądała się dookoła, oczarowana kolorowymi światełkami zwisającymi pomiędzy ścianami budynków i murkami, rozświetlającymi to miejsce. Było tu pełno kwiatów i wysokich krzewów, a także kilka drzew dających przyjemny za dnia cień. I chociaż było dość jasno, na granatowym niebie można było dostrzec srebrne punkciki, próbujące się przebić swoim blaskiem. I pewnie poszłaby dalej, niesiona chęcią udania się na plaże, gdyby nie minęła siedzącej na schodach, owiniętej kocem sylwetki. Znajomy zapach uderzył w jej nos, przebijając się przez jej własne perfumy i ogrodowe rośliny. I te fajki, nieco więc duszące. Zatrzymała się kilka kroków dalej, obracając się i spoglądając na sylwetkę, nieco zaskoczona widokiem. Niczym siedem nieszczęść, schorowana i żałośnie wyglądająca persona i tak znajomych rysach twarzy, które pomimo półmroku zdołała dostrzec. Może dlatego, że je znała? Zagryzła dolną wargę, lustrując go wzrokiem i na chwilę unosząc brwi, po czym zrobiła kilka kroków w jego stronę i kucnęła naprzeciw, przyglądając mu się badawczo. Nessa była typem człowieka, który nie przejdzie obojętnie i nie zostawi kogoś w potrzebie, niezależnie od napięcia czy relacji, którą z daną osobą miała.

— Hej Holden.. Dobrze się czujesz? Ja wiem, beznadziejne pytanie, kiedy wyglądasz, jak wyglądasz.. Masz temperaturę? — zapytała, karcąc się jednocześnie za swoją momentalną bezmyślność zawartą w bezpośredniości. Nic się przecież nie stanie, jak zostanie z nim chwilę i upewni się, że nie umiera czy coś. Noc i tętniące nią miasto nigdzie jej nie uciekną, podobnie jak procentowe napoje czy arbuzy. Westchnęła cicho, nie spuszczając z niego spojrzenia orzechowych oczu, podkreślonych delikatnym makijażem.

______________________



Growing stronger the voice of my father said
"Don't give up, don't be forgotten"


Nessa jest w Ameryce, w Ilvermorny na wymianie studenckiej związanej ze stypendium z transmutacji.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Hogsmeade
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 605
Dodatkowo : różowy koczkodan
  Liczba postów : 645
http://www.czarodzieje.org/t15930-holden-a-thatcher-ii#430782
http://www.czarodzieje.org/t15932-wiec-chodz-zbuduje-ci-trumne#430785
http://www.czarodzieje.org/t15933-pluszak#430790
http://www.czarodzieje.org/t15929-holden-a-thatcher#430780




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Wto Lip 24 2018, 17:18

Raz.
Dzwony kościelne rozbrzmiewają wraz z nastaniem godziny jedenastej, choć wciąż nie zagłuszają panującej wokół fiesty. Impreza wydaje się omijać jedynie pensjonat, a grube mury wytłumiają nieco dźwięki, ale głowa zbyt mocno mnie boli, abym był w stanie to zignorować. Zdobiona latarnia tuż nad moją głową kołysze się lekko, sprawiając że kolorowe światełka tańczą na ścieżce, a nocne kwiaty pachną zbyt intensywnie. Kamienne płyty, które jakiś czas temu były jeszcze przyjemnie ciepłe od promieni słońca, stają się chłodniejsze, a moje bose stopy stoją na niemal zimnym już bruku.
Dwa, trzy.
Na dworze jest ponad dwadzieścia stopni, ale i tak dygoczę trochę z zimna, okryty czarnym pledem w różowo-zielone kwiaty, który podkradłem ze swojego pokoju. Nie wiem, na czyim łóżku leży, ale przez ten krótki czas, gdy tu siedzę, pozostaje moją własnością. Przeziębiłem się przez to, że zakłócenia w naszym pokoju bawią się temperaturą, przez co często można doznać szoku termicznego; a już nie wspomnę o biegunie północnym na powitanie. Nie stać mnie na eliksiry lecznicze, bo wydałem wszystkie oszczędności na niepotrzebne mi bzdety albo jedzenie, przez co nieco cierpię.
Cztery.
Mam na sobie strój niezbyt godny Meksyku i może dlatego tak szczelnie owijam się tym kocem. Błękitne spodnie w mnóstwo pingwinów nijak nie kojarzą się z wakacjami, a tym bardziej z jakimikolwiek oznakami męskości. Już prędzej wytarty t-shirt Pink Floydów, ale czarodzieje i tak niespecjalnie wiedzą, co to za zespół. Pewnie sam bym się w tym nie orientował, gdybym notorycznie nie uciekał w wakacje, a potem i na studiach w czasie roku szkolnego do wujka Scotta w Londynie. Jego sklep muzyczny to całkiem niezła kopalnia wiedzy.
Pięć, sześć, siedem.
Od niemal dwóch tygodni staram się walczyć z eliksirem euforii. Jego skutki fizyczne nie są aż tak dotkliwe, jak psychiczne. To po prostu kwestia przeziębienia, że tak bardzo przypominam teraz trupa. Wiem, że mam wory pod oczami, bo chociaż w początkowej fazie bez Euforii przesypiam niemal dobę, później nie potrafię zasnąć do chwili, aż jestem wyczerpany do granic możliwości. Szarość z moich powiek całkiem nieźle komponuje się z różowym i błękitem, co zauważyłem, gdy gapiłem się w lustro, zanim tu wyszedłem. Chyba nawet to, które zbiłem na samym początku – przyczynę moich wszelkich nieszczęść, a przynajmniej tak próbuję to sobie wyjaśnić. Ostatnio coraz częściej miewam wrażenie, że patrzę na siebie, a jednocześnie na kogoś obcego. Tak, jakbym nie rozpoznawał swojej własnej osoby. Może pozwoli mi to przyjrzeć się sobie bardziej obiektywnie nie tylko w kwestii wyglądu?
Osiem, dziewięć.
Walka z Euforią jest ciężka. Co jakiś czas się poddaję, nie potrafiąc zdzierżyć tego, że marnuję na to pierwsze wakacje za granicą. Jednocześnie wmawiam sobie, że nie mogę zobaczyć się z Nessą, dopóki się z tym nie uporam. I za każdym razem, gdy jakoś mi wychodzi, zaraz znajduję kolejną skitraną gdzieś fiolkę, która wydaje się do mnie mówić, że nic się nie stanie, kiedy rozjaśnię swój umysł na jedną chwilę. Ale dzieje się, a ja nie uczę się na swoich błędach.
Dziesięć.
Ludzie za murami ogrodu krzyczą radośnie i bawią się w najlepsze, tańcząc i popijając tequilę. Powinienem do nich dołączyć, czerpać jak najwięcej z wyjazdu do Meksyku, a nie siedzieć w hotelowym ogrodzie i umierać na przeziębienie wymieszane z odwykiem od eliksiru, który wyniszcza mnie od środka. Nie umiem jednak czuć radości, kiedy siedzą tu sam, mimo że znajduję się w naprawdę pięknym miejscu, a niedaleko balują moi przyjaciele, do których przecież mógłbym dołączyć, gdybym tylko chciał. Ktoś z nich może uporałby się z moim przeziębieniem, wciskając mi eliksir pieprzowy, albo coś innego na rozgrzanie, gdybym tylko poprosił. Ale tego nie zrobię, traktując gorączkę i katar jak karę za moje zachowanie i złe potraktowanie Nessy.
Jedenaście.
Nie słyszę jej kroków, bo szumi mi w uszach i skupiam się bardziej na biciu zegara, które jednak ustaje. Dostrzegam ją dopiero, gdy przede mną kuca, mówiąc coś do mnie. Dopiero po chwili dociera do mnie sens słów rudowłosej.
- Chyba nie – mówię w końcu, po długiej chwili, gdy wpatruję się w nią zamglonym spojrzeniem. Wzruszam ramionami na mój stan, bo tak naprawdę jest mi wszystko jedno, czy będę tu siedział całą noc i czy pochoruję się od tego jeszcze bardziej, skoro nie leżę w łóżku. Kwiecisty pled jest przyjemnie miękki, chociaż pachnie starością.
Mimo wszystko wyciągam rękę i szturcham Nessę w ramię, trochę dla zaczepki, a trochę, by przekonać się, czy jest prawdziwa. Jeśli to tylko nocna mara, powinienem przyjrzeć się bliżej kwiatom, których zapach wdycham. Może któryś z nich okaże się upajającym narkotykiem, który zabije mi pustkę w głowie, nawet jeśli wciągnie mnie w kolejny nałóg. I kolejny, i jeszcze jeden. Wpatrywanie się w twarz Lanceley też mógłbym zaliczyć do uzależnień, tak jak i liczenie piegów na nosie, żeby sprawdzić, czy ich liczba przypadkiem się nie zwiększyła. Jednak w bladym świetle świeczki, która kołysze nam się nad głowami w zakurzonym lampionie nie widzę nic prócz błysków w jej oczach, wywołanych odbijającym się od nich płomieniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Szkocja, Wyspa Skye
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 660
Dodatkowo : Prefekt Fabularny
  Liczba postów : 1139
http://www.czarodzieje.org/t15974-nessa-m-lanceley
http://www.czarodzieje.org/t15977-czerwone-nici-nessy#434024
http://www.czarodzieje.org/t15976-freya-i-korespondencja-dla-panny-lanceley#434018
http://www.czarodzieje.org/t15975-nessa-m-lanceley#433995




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Wto Lip 24 2018, 20:16

Milczała, przyglądając się siedzącej w kwiatowym okryciu postaci. Znajomej, a jednocześnie tak obcej i całkowicie dla Nessy niezrozumiałej. Widziała, jak szczupłe ciało wyższego od niej gryfona drży, wprawiając w ruch opiewający go materiał. Wyglądał bezbronnie i biednie, jakby poza walką z chorobą w jego głowie toczyła się jeszcze jakaś bitwa, której ruda przebiegu niestety nie znała. A może to i lepiej? Jeśli chodziło o Holdena, to niczego nie była już pewna. Tak, jak sobie obiecała, w kwestię jego uzależnienia i sympatii do wspomagaczy nastroju, wtrącać się nie chciała. Był tak blisko, a jednocześnie daleko. Jak to możliwe, że jedna osoba skrywała w sobie tyle skrajności? Łączyła tak wiele cech, które wydawać by się mogło, nie miały prawa bytu z innymi. Całe szczęście, że ona miała w miarę normalnych współlokatorów i nikt nie bawił się temperaturą panującą w pokoju. Chociaż gdy oni tam spali i przebywali, to Lance z reguły nie było. Mijali się. Pokryte pingwinami spodnie nie umknęły jej uwadze, określone w jej myślach mianem uroczych i kompletnie pasujących do gryfona, podobnie jak koszulka z jakimś logo, o którym nie miała pojęcia. Pewnie dotyczyła świata, w którym Thatcher był znacznie lepiej obeznany niż ona, lepszy. Westchnęła cicho, przesuwając spojrzeniem po jego bladej buzi, aby ostatecznie utknąć na jego oczach, które zamiast przypominać bezkresne niebo, były jakby mętne, bardziej nasuwające na myśl morską toń. Wysunęła dłoń w jego stronę, dotykając czoła — nie było wiele cieplejsze od jej skóry, przez co przez usta przemknął jej cień uśmiechu. To dobrze. Pomimo ich obecnej sytuacji, a także faktu, że przez ostatnie dni nie spędzali ze sobą czasu, nadal się o swojego kumpla martwiła. I żałość, którą sobą teraz prezentował w jakiś sposób, gasiła jej entuzjazm na dzisiejszą noc, którą przecież tak sobie ułożyła. Czasem jednak plany się zmieniają.
— Chyba? Bardzo o siebie dbasz. Masz jakieś eliksiry? Mam coś w pokoju, mogę Ci przynieść, zanim pójdę. — odparła cicho, przenosząc spojrzenie na rękę chłopaka, która mknęła w jej stronę, aby ostatecznie ją szturchnąć. Nie drgnęła nawet, zwyczajnie mu pozwalając, jednak nie zaczepiając go w żaden sposób. Nie potrafiła się przełamać. Skąd miała wiedzieć, że rozmawia z chłopakiem, którego chciała poznać? A nie tym, nad którym dominował uzależniający eliksir? Brązowe ślepia przesunęły się po jego sylwetce. Zanim wysunęła dłonie w jego stronę, zupełnie jakby chciała go objąć, poprawiła materiał dziewczęcej, utrzymującej się na piersiach sukienki, której materiał pokryty był różami. Złapała palcami za pled, poprawiając go i mocniej opatulając chłopaka, a następnie szybko wracając dłońmi na swoje kolana. Pomalowane na czerwono paznokcie kontrastowały z porcelanową karnacją, wprawione w ruch, błyszczały w słabym świetle świeczki. Znów musiała coś zrobić z rękoma, więc klasycznie sięgnęła po odruch stukania o kolano.
— Skoro jesteś chory, to powinieneś zostać w pokoju. To żeś sobie moment na przeziębienia wybrał.. —rzuciła jeszcze z kolejnym westchnięciem, które uciekło spomiędzy maźniętych szminką ust. Ruchem dłoni odgarnęła kosmyk włosów za ucho, poprawiając torebkę, która wciąż grzecznie tkwiła na ramieniu. Pamiętała, że chłopak miał za godzinę urodziny, o czym wspomniał jej jego przyjaciel, którego również miała ochotę odrobinkę lepiej poznać przed wakacjami. Planowała przyjść i złożyć mu życzenia, dać prezent. Nie sądziła jednak, że być może będzie miała okazję zrobić to w nocy. — Zaczekaj tu, pójdę po to lekarstwo, bo się zamęczysz..
Dodała jeszcze, posyłając mu delikatny uśmiech, pokreślony krótkim spojrzeniem w oczy, po czym łapiąc za materiał sukienki, zabrała się za wstawanie. Pech chciał, że akurat żadnej fiolki nie przerzuciła ze swojej czarnej torby, którą używała na co dzień do tej mniejszej, którą wybrała akurat na dzisiejszy wieczór. Zwykle była lepiej przygotowana, a tu proszę, coś ją zaskoczyło. A może powinna sprawdzić? Może wrzuciła? Przez chwilę zwątpiła w siebie, zawieszając spojrzenie w tkwiących dookoła kwiatach, tak bujnie i gęsto porastających mury. Trwało to chwilę, gdy tkwiła tak w bezruchu, odtwarzając ruchy swoich dłoni przed wyjściem, co ostatecznie skończyło się kiwnięciem głowy, zaprzeczającym. Pokój na szczęście nie był daleko, znajdował się zaraz na początku korytarza, zresztą, podobnie jak Holdena. Wydała z siebie ciche "ahh", zupełnie jakby doznała olśnienia. Ponownie spojrzała na twarz chłopaka, odszukując jego błękitnych, tak bardzo nieswoich dziś oczu.
— A może pomóc Ci wrócić do pokoju? — zapytała jeszcze z wyczuwalną troską w głosie, zastygając w zgięciu, znów przerywając wcześniej zaplanowane wstawanie. Dłońmi oparła się o uda, aby łatwiej było zachować jej równowagę. Nie bardzo wiedziała, jak powinna się wobec niego zachowywać, skoro praktycznie nie rozmawiali i była święcie przekonana, że jej unikał. Może już jej nie potrzebował, skoro wydało się, że eliksir mógł przemawiać za niego? Pomimo tak pesymistycznych przemyśleń, po twarzy Nessy nie było widać niczego. Łagodna, spokojna, przyozdobiona delikatnym makijażem i kącikami ust uniesionymi ku górze, tworzącymi subtelny uśmiech.

______________________



Growing stronger the voice of my father said
"Don't give up, don't be forgotten"


Nessa jest w Ameryce, w Ilvermorny na wymianie studenckiej związanej ze stypendium z transmutacji.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Hogsmeade
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 605
Dodatkowo : różowy koczkodan
  Liczba postów : 645
http://www.czarodzieje.org/t15930-holden-a-thatcher-ii#430782
http://www.czarodzieje.org/t15932-wiec-chodz-zbuduje-ci-trumne#430785
http://www.czarodzieje.org/t15933-pluszak#430790
http://www.czarodzieje.org/t15929-holden-a-thatcher#430780




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Wto Lip 24 2018, 21:19

Widzę, że Nessa się gdzieś wybiera, a mimo to nadal kuca naprzeciwko mnie, próbując mi pomóc. A nie może tego zrobić, bo wiem, że nie ma dla mnie ratunku od innych i muszę sobie poradzić całkiem sam. Nikt tego za mnie nie przejdzie, chociaż zdaję sobie sprawę, że katowanie się dodatkowym przeziębieniem nie jest najlepszym pomysłem. Wszystko jest jednak tak bardzo bezsensowne i mam to tak bardzo gdzieś, że już mi niezależny nawet na tym, żeby się wyleczyć.
Dziewczyna przykłada mi dłoń do czoła, sprawdzając zapewne, czy naprawdę nie mam temperatury. Jak zwykle jej dotyk wywołuje u mnie dreszcz, ale w przeciwieństwie od tych gorączkowych, ten jest przyjemny. Gdy odsuwa rękę, opieram się głową o ścianę tuż obok mnie, bo staje się dziwnie ociężała. Kwiaty wciąż pachną tak mocno, że czuję je pomimo uciążliwego kataru.
- Nic mi nie będzie – mówię szybko i muszę odkaszlnąć, bo mam zachrypnięty głos. Cudownie, drogi pensjonacie. Jeszcze tego mi brakowało, żebym przestał mówić. Zważywszy na to, że zazwyczaj paplam jak najęty, ludzie uznają, że pewnie bawię się w jakiegoś mnicha milczenia przez zakład. Gardło boli mnie jak cholera i z chęcią bym je sobie amputował, gdyby tylko się dało przywrócić je po wyleczeniu.
Czuję dystans rudowłosej, jeszcze większy niż podczas zwiedzania piramid. Nie dziwię się jej, skoro unikałem jej przez ostatnie dwa tygodnie. Właściwie to przez ostatni tydzień olewam wszystkich wokół, kręcąc się po ogrodach lub opuszczonych pokojach i szukając samotności w cierpieniu, czy coś innego w ten iście werterowski sposób. W Ślizgonce nadal pozostaje jednak ta dziwna troska w stosunku do mnie, co widać, gdy poprawia mi koc na ramionach.
- Mamy w pokoju Antarktydę, więc te pingwiny to tak wiesz, dla efektu – stwierdzam, nawiązując do mojej piżamy, skoro już zwróciła na nią uwagę, chociaż nic na ten temat nie powiedziała i dzięki ci za to, Merlinie. Bo chyba spaliłbym się ze wstydu, gdyby uznała, że jestem jak małe dziecko. – Nie moja wina, zakłócenia dają w kość nawet tutaj.
Spoglądam na nią, nadal trochę niemrawo, bo źle się czuję i przez to dwoi mi się przed oczami. Mimo wszystko w ogrodzie jest cieplej niż w moim własnym łóżku. A przynajmniej było tam lodowato, gdy wychodziłem, bo temperatura skacze jak szalona. Nie zauważyliśmy klimatyzacji, więc to na pewno magia. Zresztą co robiłaby mugolska technika w pensjonacie czarownicy?
- Nie szukaj lekarstw. Nie musisz marnować na mnie czasu – dodaję, bo naprawdę wiem, że Nessa planuje gdzieś iść. W innym wypadku nie malowałaby ust na czerwono i nie wymykałaby się tylnymi drzwiami, zapewne na jedną z tych imprez wokół. – Ładnie wyglądasz – przyznaję jeszcze, nie odrywając od niej wzroku. To spostrzeżenie akurat z łatwością do mnie dociera i naprawdę zaczynam żałować, że wcześniej się do niej nie odzywałem. Głupio mi jednak było, zwłaszcza po tym, jak musiała się przeze mnie poczuć ostatnim razem. Taki ze mnie rycerz, jak ze sklątki maskotka, a z gumochłona cyrkowa rozrywka. Nie nadaję się do odbierania jej tej roli, skoro tak łatwo się poddaję.
- Tu mi dobrze – oświadczam stanowczo, kręcąc głową do odpowiedzi na jej pytanie. Naprawdę nie mam ochoty zamarzać w pokoju, chociaż i tak nikogo w nim nie ma. Efekt zakłócenia działa jednak tak, że choćbym się przykrył wszystkimi pledami z pięciu łóżek, to i tak nadal odczuwałbym zimno. Przetestowaliśmy to już, dlatego staraliśmy się spędzać jak najmniej czasu w pokoju. Mnie się to jednak nie udało ze względu na eliksir euforii, z którym wciąż bezskutecznie walczę. – Dlaczego się o mnie martwisz? Nie psuj sobie planów. Widzę, że je masz.
Znów kaszel, nad którym nie panuję. Drapie mnie w gardle, każde słowo sprawia mi ból, zarówno fizyczny, jak i psychiczny, bo nie chcę, żeby sobie stąd szła. Nie mam jednak innej opcji do wyboru, jak pozwolić jej odejść, żeby nie widziała mnie w takim stanie. Żeby…
- Zarazisz się – zauważam, bo pomimo dystansu i tak znajduje się dość blisko mnie. – Nie chcę już żadnych eliksirów, poradzę sobie bez nich.
Na początku był Chaos, czy może jednak Euforia, która go rodzi? Skoro nie mogę brać tej mikstury, dlaczego wszyscy uparcie wpychają mi inne? Nessa powiedziała mi kiedyś, chyba w pokoju pór roku, że nigdy nie bierze żadnych eliksirów, więc staram się ją naśladować, mimo że chyba jest już dla mnie za późno. Chociaż chciałem się wznieść, opadam na jeszcze większe dno. I chociaż mi na niej zależy, traktuję ją trochę szorstko, by sama nie pakowała się w to wywołane przeze mnie gówno. To też wpada mi do głowy niezbyt w porę, ale może kiedyś dotrę do chwili, kiedy będzie mogła poznać m n i e, a nie efekt uzależnienia. To jednak długotrwały proces, więc komu chciałoby się czekać?
Euforia ma ładny zapach, trochę jak lemoniada. Syczy w kontakcie z suchą ziemią i ładnie wiruje, kiedy się ją spuszcza w toalecie. Teraz jednak starałem się ją zabić papierosami. Nie mają tu tych czekoladowych wizz-wizzów, więc paliłem cokolwiek i przez to śmierdzę jak popielniczka. Lepsze to jednak niż cytryny, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Szkocja, Wyspa Skye
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 660
Dodatkowo : Prefekt Fabularny
  Liczba postów : 1139
http://www.czarodzieje.org/t15974-nessa-m-lanceley
http://www.czarodzieje.org/t15977-czerwone-nici-nessy#434024
http://www.czarodzieje.org/t15976-freya-i-korespondencja-dla-panny-lanceley#434018
http://www.czarodzieje.org/t15975-nessa-m-lanceley#433995




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Pią Lip 27 2018, 23:00

Tak bardzo nie pasował mu wyraz twarzy, z którym aktualnie na nią spoglądał. Ten chaos rozbrzmiewający w błękicie, sprawiający, że stawał się mętny, a Nessa naprawdę nie wiedziała, o co mu chodzi. Była to chyba strona chłopaka, której nie znała wcześniej. Zwykle przecież promieniał. Może przez to, że za późno pozwoliła sobie na jakiekolwiek relacje międzyludzkie, do czego od lat zachęcała ją Beatrice i stąd ta niewiedza, braki. Rosnąca wewnątrz irytacja wcale nie zostawała uciszana przez jego zachowanie, wręcz przeciwnie. Prowokował ją. Był jak zaklęcie, którego nie potrafiła rozpracować, znaleźć odpowiedniego chwytu różdżki. Miała wrażenie, że przechodzi jakiś wewnętrzny wybuch, a jakieś energie i przemyślenia toczyły ze sobą walkę, przez co się rozchorował i wyglądał, jak wyglądał. Niczym kupka nieszczęścia!
Gdy cofnęła dłonie, jego głowa oparła się bezwiednie o chłodny mur. Ceglana konstrukcja była fragmentem, z pewnością ścianą nośną budynku, w którym dane im było mieszkać. Jego czerwony kolor kontrastował z pogrążonymi w nieładzie włosami Holdena, których kosmyki opadały na bladą twarz chłopaka, dodatkowo wzmacniając efekt jego podkrążonych oczu. Różowe niczym flamingi. Przez trwająca u rudej od miesięcy bezsenność, potrafiła ona doskonale zamaskować spuchnięte wory i przebarwienia, przez co ciężko było stwierdzić, że praktycznie nie sypiała. Dzisiejszy makijaż również sprawdzał się doskonale. Na jego słowa, które chyba miały brzmieć silniej, niż mu wyszło, prychnęła tylko, wywracając oczyma. Jego własny organizm był przeciw niemu, podsumowując to wszystko chrypą i potrzebą odkaszlnięcia. Zaśmiała się cicho, sunąc niedowierzającym spojrzeniem po jego buzi.

— To, że Ty w to wierzysz, nie oznacza, że Twoje ciało i organizm również. — zauważyła subtelnie, lustrując go wzrokiem, nieco dłużej zatrzymując się na wystającej spod koca nogawce spodni, udekorowanej pingwinkami na niebieskim materiale. Takie stroje pasowały mu znacznie lepiej, zupełnie jakby szalone wzory i kolory były stworzone pod jego typ osobowości. Miała wrażenie, że prowadzi konwersację z upartym dzieckiem, które miało pójść na karuzele, nawet jeśli jest chore i nie powinno, a teraz marudzi i robi dziwne miny. Mężczyźni zawsze zachowywali się w ten sposób, gdy byli chorzy? To, że jej unikał i nie miał ochoty spędzać z nią czasu, to jedno, ale żeby odtrącać dłoń kogoś, kto chce pomóc w przeziębieniu podczas wakacji w tak cudownym kraju, jak Meksyk? To już było szaleństwo. Nie szkoda było mu czasu, który tu mieli? Mógł go lepiej wykorzystać, tworzyć piękne wspomnienia i odwiedzać zakątki, których później mógł nie mieć okazji zobaczyć. Z zamyślenia wyrwał ją głos chłopaka, a na jego słowa uniosła brwi na chwilę, posyłając mu krótkie i pytające spojrzenie.
— Niezbyt odpowiedzialnych masz współlokatorów. Różnica temperatur może wam zrobić coś gorszego, niż przeziębienie. — mruknęła z delikatnym wzruszeniem ramion, chociaż wcale nie brzmiało to, jak krytyka, tylko jak rzucenie naukowego faktu prosto z podręcznika o uzdrawianiu. Tak, jego też przywiozła tu ze sobą. Bała się magicznych chorób i urazów, które tutaj występowały, a brak znajomości hiszpańskiego sprawiał, że nawet nie potrafiłaby wytłumaczyć, o co jej chodzi. Dodatkowo jej umiejętności uzdrawiania pozostawały wiele do życzenia, więc była to doskonałe okazja, aby popracować nad nimi. Czuła na sobie jego spojrzenie, co automatycznie sprawiło, że je odwzajemniła. Błękit zdawał się zalśnić, jednak nie było to ciepłe i przyjemne, a wręcz określiłaby mianem obojętności.
Była zaskoczona. Niedorzeczne. Całego jego zachowanie takie było. Rozdziawiła delikatnie usta z niedowierzaniem, przekręcając głowę w bok i nawet nie wiedząc, co chciała powiedzieć, westchnęła ciężko, przymykając na chwilę oczy. Naprawdę znał ją tak krótko? Tak słabo oceniał ją, jako człowieka? Jak powinna to odebrać? Aż tak nie lubił jej towarzystwa, że starał się ze wszystkich sił z niego wykręcić? Nie wiedział, jakim typem człowieka była? Już pomijając komplement, który wydał się jej całkiem wymuszony i mający ją skłonić do tego, żeby sobie poszła. Bo całego "ja" dzisiejszego wieczoru takie było. Przez myśl jej nawet przemknęło, że może euforia nie działa podczas przeziębienia i nie mógł jej łykać, bo zapach lemoniady, który zwykle mu towarzyszył, wydawał się nie być tak intensywny. Zanikał. Podobnie jak zniknął uśmiech, który był jego nieodłączną częścią.
— Wyglądam normalnie przecież... Jednak, jak chcesz. — odparła w końcu, prostując się i przeciągając leniwie, poprawiając torebkę na ramieniu. Miała i tak wrażenie, że milczała za długo, gapiąc się na niego już troszkę niegrzecznie. Na swój sposób Lance poczuła szpileczkę wbitą gdzieś w środek, nieprzyjemnie uwierającą. Dłońmi wygładziła sukienkę, której rozkloszowany delikatnie dół kończył się gdzieś przed kolanem. Uwielbiała jej jasny kolor i wyraziste, czerwone róże, oddane z najmniejszymi detalami. Jej dopełnieniem był jeansowy bezrękawnik, który narzuciła, aby zakryć nieco plecy i dekolt. Był mniej schludny, miejscami materiał był celowo poprzecierany. Jak zwykle miała wygodne i lekkie buty na koturnie, które były nieodłącznym elementem jej letnich strojów. Otworzyła swój tobołek, wyjmując podręczne lusterko i swoją czerwoną szminkę, skupiając spojrzenie orzechowych oczu na swoim odbiciu. Nie było na nim śladu zmęczenia, współczucia czy nawet tej przykrości, którą w pewien sposób jej sprawił. Tylko delikatny, zadziorny uśmiech, mający zamaskować kłębiące się coraz mocniej emocje. Przecież nie będzie go do niczego zmuszać, prawda? Skoro nie miał ochoty ani się wyleczyć, ani z nią rozmawiać. Idiota.
—To tu siedź. Masz, chociaż miły nastrój przez lampki. Dlaczego się martwię? Serio Holden? Z Księżyca spadłeś? — kontynuowała nieco ciszej, jakby chłodniej i z większym dystansem, przeciągając usta pomadką, a następnie palcami przeczesując luźne kosmyki włosów. Im dłużej tu stała, tym bardziej nie była w stanie uwierzyć w to, co mówił i robił. Przeczył wszystkiemu, co przeszli razem wcześniej. Wsunęła rzeczy do torebki, zamykając ją. Widocznie ani jej nie znał, ani poznać nie chciał, skoro w ogóle pytał. Może jednak miał temperaturę? Nie, to tylko wymówki. Ile razy mogła go tłumaczyć? Zresztą, nie jej sprawa. Obróciła jeszcze głowę w jego stronę, posyłając mu krótkie, aczkolwiek niezwykle intensywne spojrzenie. Jakby chciała się upewnić, że nie zemdlał i nie zniknął w kwiecistym kocu.
— Życie. To będę chora. Zresztą, już sobie idę. Nie będę Ci więcej przeszkadzać. No, radzisz sobie świetnie. Aż dałabym Ci wybitny.— westchnęła ciężko, nie dając rady ugryźć się w język, odwracając niemal natychmiast wzrok. Nie chciała na głos przedstawiać swoich wszystkich wyrzutów, nie chciała się z nim kłócić, bo nie należała do osób, które tak postępują. Machnęła mu więc tylko ręką, bezgłośnie się żegnając i odwracając się, a następnie znikając pomiędzy alejkami ogrodu.
To był jego wybór.

Czuła się jakoś obco, idąc zza hotelowej bramy w prawo i kierując się w stronę głównego deptaku. Gryzły ją wyrzuty sumienia, że zostawiła kogoś chorego i do tego rozchwianego emocjonalnie. Co innego miała zrobić, kiedy tak dosadnie pokazywał jej, że wcale nie miał ochoty na spędzanie z nią czasu..? Przesunęła dłońmi po twarzy, uważając na oczy, aby przypadkiem nie rozmazać makijażu. Zatrzymała się, opierając plecami o zimny mur i pozwalając sobie na skupienie myśli. Było ciepło, znacznie gorącej niż w ogrodzie. Rozgrzane kamienie sprawiały, że tak młoda noc niewiele jeszcze różniła się temperaturą od dnia.. Biła się sama ze sobą, tkwiąc tak kilka minut. Sama w wielkim, kolorowym tłumie. Co za kretyn. Dlaczego ludzie sobie sami tak komplikowali życie, a do tego wszystkiego wciągali w to innych? A może to ona była jakaś dziwna i niezbyt dzisiejsza, ułomna wręcz?
Nie wiedziała, ile czasu minęło odkąd odeszła i go zostawiła ze sobą. Wszystko działo się tak szybko.  Jej kroki rozniosły się echem, docierając do uszu Holdena. Zmarszczyła czoło i brwi, posyłając mu krótkie i dominujące spojrzenie, rzucając reklamówkę na kolana. W drugim ręku miała papierową tackę z trzema kubeczkami. Lanceley nie byłaby sobą, gdyby postąpiła inaczej. W foliowej torbie były leki zakupione w mugolskiej aptece, na kaszel, jak i przeziębienie. A przynajmniej taką miała nadzieję, bo ze sprzedawcą nie mogła się dogadać i próbowali na migi. Musiał to być doprawdy komiczny widok, takiej małej i próbującej insynuować kaszel i gorączkę przed Panem z wąsem. Całe szczęście, leki miały prawdopodobnie angielską ulotkę w środku. Była też w pokoju, wracając do pensjonatu okrężną drogą i zabierając kilka rzeczy. Widząc jego spojrzenie, prychnęła tylko, wolną dłoń opierając na dłoni, stojąc nad nim jak kat, westchnęła.

— Nawet nie kłóć się ze mną, tylko to weź. Tu masz do popicia. Uważaj, gorące. — wyjaśniła krótko, dosadnie i tonem, który nie zniósłby sprzeciwu, wciskając mu w dłoń kubek z pobliskiej kawiarni. Herbata była z cytryną. Całe szczęście, że apteka znajdowała się zaraz obok pensjonatu, podobnie jak niewielka, lokalna knajpka. Usiadła obok, zsuwając z ramion kamizelkę i rzucając ją na murek, aby następnie na niej usiąść, upewniając się wcześniej, że sukienka się jej nie podwinęła. Wyprostowała nogi, kładąc na nich tackę z dwoma swoimi napojami, zapewne nieco procentowymi. Zapach owoców jednak skutecznie maskował alkohol. Prawda była taka, że nie była pewna, czy zniesie go na trzeźwo.  Odwróciła głowę w jego stronę, lustrując wzrokiem jego profil, poprawiając mu koc na ramionach. Następnie bez słowa przyłożyła mu rękę do czoła, sprawdzając raz jeszcze temperaturę. Gdy wszystko wydało się jej w porządku, kiwnęła głowa i kąciki ust drgnęły jej ku górze, a ona sama złapała za plastikowy kubek i upiła solidnego łyka. Mieszanka marakui, ananasa i jakiegoś tutejszego likieru była niesamowita, wchodziła niczym soczek i miała nadzieję, że to nie ten jeden z cichych drinków-zabójców.  I tak oto wyjście do klubu zmieniło się w niańczenie Holdena. Ciekawe, ile czasu im zostało do północy. Może zmieni się w żabę?

______________________



Growing stronger the voice of my father said
"Don't give up, don't be forgotten"


Nessa jest w Ameryce, w Ilvermorny na wymianie studenckiej związanej ze stypendium z transmutacji.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Hogsmeade
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 605
Dodatkowo : różowy koczkodan
  Liczba postów : 645
http://www.czarodzieje.org/t15930-holden-a-thatcher-ii#430782
http://www.czarodzieje.org/t15932-wiec-chodz-zbuduje-ci-trumne#430785
http://www.czarodzieje.org/t15933-pluszak#430790
http://www.czarodzieje.org/t15929-holden-a-thatcher#430780




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Nie Lip 29 2018, 20:35

Tik tak, tik tak.
Czas ucieka mi między palcami. Gdzieś zgubiłem ostatnich trzynaście dni, spędzając je na zmianę w łóżku, na samotnych wędrówkach, czy przeglądając książki znalezione w pensjonacie. Nie rozumiem ani jednej z nich, ale przynajmniej mają ładne obrazki. Podoba mi się ten meksykański styl, kolorowa sztuka i to, że potrafią umieścić kwiaty nawet na szkieletach. Czarny humor, czy może raczej wzorzysty? Albo to próba wymazania ze swojego życia wszelkiego nieszczęścia i zastąpienia go radosnymi obrzędami. Coś jak działanie eliksiru euforii, tyle że bez skutków ubocznych na organizmie, jeśli nie liczymy tequili i jalapeno.
Zimny kamień, który styka się z moją skronią daje nieco ukojenia na ból głowy. Czuję się, jakby mnie coś miażdżyło, ale nadal tu siedzę, bo w środku jest jeszcze gorzej. A na dodatek jest ze mną Nessa, mimo że traktuję ją naprawdę źle. I co by się nie działo, jej obecność najbardziej poprawia mi humor, nawet jeśli tego nie widać i nie wydaje mi się, żeby mój nastrój zmienił się na tyle, abym potrafił to ukazać.
- Są częścią mnie, w końcu uwierzą – stwierdzam i znów kaszlę, co tylko potwierdza słowa Lanceley. Ale jej tego przecież nie przyznam. Stawiam sobie za punkt honoru, że jakoś to przeboleję bez używania kolejnych eliksirów, które nie wiadomo, jakby w takim wypadku podziałały. Mogłyby jeszcze bardziej pogorszyć, a i tak ledwie się ostatnio trzymam na nogach. Na początku nie było wcale tak źle, ale odporność nieco mi spadła i przez to łatwo się przeziębiłem w kontakcie z zakłóceniami. A mieszanka rzucania Euforii ze zwykłą chorobą jest niestety dosyć wybuchowa, zwłaszcza przy takich temperaturach. O wiele łatwiej choruje się zimą, kiedy można się bez problemu ogrzać i nikt nie patrzy krzywo, że paradujesz w babcinym kocyku, gdy słońce niemiłosiernie pali.
Gdybym tu nie siedział, pewnie snułbym się niemrawo po mieście, omal nie wpadając pod auta. Bo trzeba przyznać, że Meksykanie prowadzą dość chaotycznie, zarówno mugole, jak i czarodzieje, którzy rozbijają się na niebie, tworząc co jakiś czas fajerwerki. Może to i dobre miejsce na stłuczki? Zawsze można wziąć te wypadki za jakąś fiestę, albo turystów, którym się nudzi.
- Nie nasza wina, tylko tego pensjonatu. My się nie bawiliśmy zaklęciami – zauważam, broniąc swoich przyjaciół. Bo fakt, czasem mamy durne pomysły, które bywają naprawdę przykre w skutkach, ale żadne z nas się nie pisało na to, aby mieć w pokoju warunki godne pingwinów i jazdy na niedźwiedziach polarnych. Kusi mnie, żeby spytać, czy zostawiła trochę lodu dla swoich miśków, ale gryzę się w język, bo to chyba niezbyt odpowiednia pora na takie żarty. I tak wydaje się na mnie wściekła, a ja irytuję się przez to, że zwraca mi uwagę, zamiast iść na imprezę. Tak naprawdę nie chcę, żeby mnie zostawiała, ale tego też nie powiem na głos, bo nie potrafię.
Kręcę głową, ale chyba nie zwraca na mnie uwagi. Nie wygląda ani trochę zwyczajnie; wygląda zjawiskowo, jak zwykle zresztą. Chociaż dla mnie wyglądałaby ładnie nawet w worku na ziemniaki i to wręcz zaskakujące, że można patrzeć na kogoś w taki sposób. Doszukiwać się jedynie pozytywnych cech i nie zwracać uwag na wady, jeśliby jakieś w ogóle występowały. Zawsze mi się wydawało, że te uczucia nie są dla mnie. A jednak, dostałem kopa od losu, patrząc na rudowłosą Ślizgonkę, chociaż mógłbym to prędzej nazwać zauroczeniem od tysięcznego spojrzenia.
Obserwuję, jak poprawia makijaż. Dawno nie widziałem jej z czerwonymi ustami, dlatego od razu wpadło mi, że idzie gdzieś na jakąś większą imprezę. Ostatnio miała je chyba takie na tej loterii Zakrzewskiego. A może i nie? Skupiałem się wtedy bardziej na ochronie moich introwertycznych Krukonów i tańczeniu z Meluzyną, żeby przyglądać się Nessie. Chociaż już zaczynałem coś do niej czuć, nie był to jeszcze moment, by ciągle się jej przyglądać. Poza tym było tam zbyt wiele osób, a i Nessa w końcu gdzieś wyparowała, zajęta wkurzaniem Fairwyna.
- Wolałbym Saturna, ale Księżyc też brzmi spoko – przyznaję, by ją jeszcze bardziej zirytować i dla odmiany pociągam nosem, bo katar też mnie zadręcza. Nie wiem, czemu to robię. Nie chcę sobie psuć z nią relacji, a jednak mam potrzebę wkurzenia jej. Może to jakiś odruch, żeby naprawdę nie motała się w relację z kimś takim, jak ja? Sam z siebie nie odpuszczę, bo nie jestem już w stanie, ale gdyby ona chciała mnie unikać, nic bym na to nie poradził.
I widać mi się to udaje.
Nessa odchodzi, a ja jednocześnie się z tego cieszę i pluję sobie w brodę. Kiedy znika, mam gdzieś te wszystkie lampki i świeczki w ogrodzie, nawet dźwięki imprezy zza muru. Po prostu się kulę, opierając czołem o kolana i naciągając koc nawet na głowę. Wyglądam teraz jak kwiecista skała i być może tu zasnę. Albo umrę, wszystko mi jedno.
Nie wiem, ile tak siedzę. Mam wrażenie, że nawet na chwilę odpływam, bo dźwięki wokół zlewają się w jedno, dopóki nie słyszę czyichś kroków. Przez chwilę boję się, że to może właścicielka chce mnie pogonić z powrotem do pokoju, albo – co gorsza – weźmie mnie za jakiegoś bezdomnego, bo patrząc na to, jak wyglądam, mogłoby być i tak. Ewentualnie zacznie zadawać pytania, a ja się pogrążę, wylatując ze studiów. A nie mogę, bo wtedy naprawdę skończę ostatecznie na ulicy. Bo co innego miałbym w życiu robić?
Podnoszę głowę, a przed oczami na moment pojawiają mi się mroczki. Nieprzyjemny efekt szybko jednak mija i znów widzę znajomą burzę cynamonowych loków, których właścicielka zbliża się do mnie. Odwołali imprezę? Szybko jednak dowiaduję się, o co chodzi, kiedy rzuca mi na kolana reklamówkę wypełnioną jakimiś mugolskimi medykamentami i wciska do rąk gorącą herbatę. Jeśli kiedykolwiek jeszcze wątpiłem, czy ją lubię, to w tym momencie muszę szczerze przyznać, że uwielbiam tę dziewczynę. Chociaż jestem zaskoczony, że pomimo irytacji nadal postanowiła do mnie wrócić i zepsuć sobie plany na wieczór.
Czuję przyjemne ciepło gdzieś w środku i chociaż normalnie uznałbym, że to herbata, której łyk właśnie upijam, teraz nie jestem tego pewien. Napój sprawia, że gardło przestaje chociaż trochę boleć i chyba nawet mógłbym coś powiedzieć, gdybym tylko wiedział, co.
- Dziękuję – wyrywa mi się bardzo cicho słowo, nadal ubarwione szokiem, ale i ogromną wdzięcznością, bo chociaż normalnie sam bym się na taki krok nie zdecydował, skoro Nessa wciska mi leki, nie mam wyboru. – Ile mam ci za nie oddać? – pytam i automatycznie sięgam do kieszeni po pieniądze, chociaż uświadamiam sobie, że wciąż jestem w piżamie dopiero wtedy, gdy ręka trafia mi w miejsce, gdzie normalnie trzymałbym monety, ale w tym wypadku nie mam gdzie. – Jak wrócimy do środka, okej? – dodaję, nim zdoła się odezwać, skoro już zrobiłem z siebie frajera, obiecując pieniądze, których nawet przy sobie nie mam. Głupio mi, że wydaje na mnie aż tyle, a ja nawet nie potrafię okazać wdzięczności.
Przeglądam przez chwilę reklamówkę i sięgam po pierwsze lepsze tabletki, na których widzę informację po angielsku, że pomaga na ból głowy. Wszystko inne mnie nie obchodzi. Może zabije mi to też gorączkę, ale póki co interesuje mnie tylko ta przeklęta migrena, która sprawia, że zachowuję się jak skończony kretyn. A ludzie mnie z tego powodu unikają, bo wszystkim chyba naprawdę zdaje się, że jestem taki wesoły praktycznie cały czas, podczas gdy często była to tylko Euforia.
- Naprawdę nie musiałaś – mówię po tym, jak popijam kolejny raz herbatę, by lek trafił do mojego żołądka i odstawiam wszystko na betonie tuż obok siebie. – To chyba nawet nie do końca przeziębienie – stwierdzam, nawet nie wiedząc, czemu jej to mówię. Po prostu chcę, żeby wiedziała, że więcej nie będę jej oszukiwał i dlatego mówię jej wszystko, co powinienem. – Pozbyłem się tego wszystkiego.
Mam oczywiście na myśli eliksir. Nie umiem jednak spojrzeć na Nessę, wiec wpatruję się w nieco wytarte pingwiny na moich kolanach. Czy znajdując się w tym kraju, nie powinienem przetransmitować ich w lamy? W sumie i tak tego nie umiem, bo Bergmann wyrzucił mnie z zajęć, nim do końca opanowałem to zaklęcie. Chociaż tęczowe palto Wykeham wyszło mi bezbłędnie. Zbyt mocno lubię jednak te spodnie, by cokolwiek z nimi robić.
To, że dziewczyna wróciła, mimo że sam uznałem, że nie chcę jej widzieć, sprawia, że jeszcze bardziej mi głupio. Troszczy się o mnie, a ja nawet nie potrafię jej podziękować. Nie umiem…
Odwracam się w jej stronę i obejmuję ją rękami, tak że koc zsuwa mi się z pleców prosto na reklamówkę, która szeleści. Herbata wywraca się, podlewając paprotki przy ścieżce, na co pewnie Nessa za chwilę zdenerwuje się bardziej, niż ja.
- Przepraszam – szepczę, opierając się czołem o jej głowę. Chyba naprawdę mam gorączkę. – Przepraszam, Ness.
Z pewnością ją zarażę, ale sama uznała, że ma to gdzieś. Pewnie nie będzie się wygłupiać tak, jak i ja, od razu sięgając po odpowiednie mikstury z magicznego szpitala. Ja, gdybym postawił nogę w naszym Mungu, pewnie zostałbym dokładnie przesłuchany przez własną matkę, a ona udusiłaby mnie gołymi rękami, gdyby dowiedziała się o wszystkim, co wyrabiam od roku.
Nessa pachnie kwiatami i owocami, chociaż równie dobrze ten drugi zapach może dochodzić z jej kubków. Podejrzewam, że ma tam jakiś sok, ale gdybym się tego teraz napił, pewnie by mnie zemdliło. Na dodatek zlikwidowałem jedyny ciepły napój, który jakoś ratował moją krtań. Siedem lat nieszczęścia to bardzo długo, a ja spuściłem radość w toalecie. Ale czym się przejmuję, skoro mam tuż obok siebie kogoś, kto ratuje mnie przed upadkiem?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Szkocja, Wyspa Skye
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 660
Dodatkowo : Prefekt Fabularny
  Liczba postów : 1139
http://www.czarodzieje.org/t15974-nessa-m-lanceley
http://www.czarodzieje.org/t15977-czerwone-nici-nessy#434024
http://www.czarodzieje.org/t15976-freya-i-korespondencja-dla-panny-lanceley#434018
http://www.czarodzieje.org/t15975-nessa-m-lanceley#433995




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Nie Sie 05 2018, 18:59

Nie lubiła bardzo tik-tak. Była personą, która nie mogła wybaczyć sobie marnowania czasu, nie pozwalała mu uciekać pomiędzy palcami tak, że nic nie zdołała pożytecznego zrobić. Obwiniałaby się, gdyby straciła aż dwa tygodnie na niczym! Życie było za krótkie, nie można go przecież trwonić. Meksyk faktycznie ujmował kolorami i optymizmem, silną, życiową energią. Wydawało się Nessie, że postrzegali śmierć zupełnie inaczej niż oni w Wielkiej Brytanii. Nie był to koniec, a rozpoczęcie nowej drogi i wyzwań, stąd może ten cały kult kolorowych szkieletów i czaszek. Uśmiechnięci, prości i nieobjawiający się na pierwszy rzut oka ludzie, byli w oczach Lance znacznie odważniejsi od jej pobratymców.
Ciężko było uwierzyć, jak duża potrafiła być tu różnica temperatur pomiędzy dniem a nocą. Rozgrzane ściany wysokich, ceglanych budynków tak szybko traciły gromadzone za dnia ciepło, że oparcie się o nie odkrytymi plecami w godzinach nocnych gwarantowało dreszcz. Brązowe oczy Szkotki skupione były na kulącej się na schodach postaci, która ginęła pod kocem w kwiaty, spod którego wystawały pokryte pingwinami spodnie. I wyglądał naprawdę źle i żałośnie, nieszczęśliwie i samotnie. Niczym kłębek negatywnych emocji, niemożliwy do rozplątania przez zatrważającą ilość supełków. Nie wiedziała, jak jeszcze może mu pomóc, co może właściwie dla niego zrobić, skoro niczego od niej nie chciał. Aż wierzyć się jej nie chciało, że ktoś mógł być tak posępny. Z każdym kolejnym oddechem jakby rosło w niej poczucie, że spędzał z nią czas tylko przez wzgląd na eliksir. Dlatego właśnie jego słowa skwitowała teatralnymi wywróceniem oczu, prychając cicho, gdy odezwał się kaszel, który zdawał się przez nią wywołany. Nie znała się na uzależnieniach, sama nie miała z niczym problemów i nie potrafiła skojarzyć, czy ktokolwiek w jej towarzystwie miał.

— Z pewnością. — mruknęła cicho, odwracając wzrok od jego twarzy i wbijając go gdzieś w materiał okrywającej go pledy. W jakiś sposób sprawił, że jego towarzystwo stało się dla niej wyjątkowo ciężkie. Przypominało opadający na barki problem, z którym nie potrafiła sobie w żaden sposób poradzić. Strzepnęła dłonią niewidzialne okruszki z dolnej części sukienki, próbując w jakikolwiek sposób uporządkować i zebrać pogrążone w chaosie myśli. To był ten moment, gdy żałowała, że posłuchała Beatrice, że wyszła do ludzi. Nie rozumiała ich. Była za głupia na to, aby przewidzieć ich zachowania, znaleźć jakieś bezpieczne i bezkonfliktowe rozwiązania. Nie umiała nawet postawić się na ich miejscu, bo przecież nie znała żadnych ich wcześniejszych decyzji, które zaprowadzili ich tam, gdzie aktualnie stali. Faktyczni, nie zauważyła, że kręcił głową, doszukując się coraz to nowszych kolorów na jego okryciu, przygryzając dolną wargę. To bezsensu. Nie mogła go do niczego zmusić, a fakt, że miał jej dość przypieczętował tylko swoim bystrym i elokwentnymi komentarzem na temat Saturna. I już nawet nie tyle, ile ją zirytował, co było jej trochę przykro. A zawsze powtarzała sobie, że nici prowadzą do złych emocji, niczego więcej.
Stała przed apteką, trzymając w dłoni z trudem zakupioną siatkę leków. Miała wrażenie, że postępuje naiwnie i głupio, jednak nie potrafiła zostawić drugiego człowieka w złym stanie bez opieki, kimkolwiek by on nie był. I naprawdę nie chciała tam wracać, po cichu nawet liczyła, że sobie poszedł. Z dzisiejszych planów i tak już nic by jej nie wyszło, bo zaskoczenie wywołane zachowaniem Thatchera było zbyt duże, aby łagodnie zniknąć pod dobrą zabawą w klubie, do którego planowała się udać. Zrobiła pół kroku do przodu, wypuszczając ze świstem powietrze z ust, pozwalając, by luźno puszczone kosmyki włosów zakołysały się leniwie, łaskocząc szyję i odkryte, wystające obojczyki.

—Oh Nessa, jesteś taką naiwną idiotką. — mruknęła z rozbawieniem, kręcąc głową sama na siebie, zaciskając mocniej palce na plastikowej torbie. Nie mogłaby się ani uczyć, ani swobodnie spacerować, ani też bawić na plażowej dyskotece bez sprawdzenia, czy Holden bezpiecznie dotarł do pokoju. Nawet jeśli jej nie znosił, to nadal był człowiekiem i szacunek, troska o zdrowie i pomoc, zwyczajnie mu się należała. Ruszyła więc w drogę powrotną, kupując po drodze na jednym ze straganów kolorowe, owocowe drinki i gorącą herbatę dla tego gryfońskiego kretyna. Miała jeszcze sporo czasu do końca wakacji, na pewno zdąży odwiedzić popularny klub czy poćwiczyć transmutacje. Niedługo miała być pełnia, a listek mandragory od Caluma spoczywał bezpiecznie w blaszanym pojemniczku w odmętach bagażu ślizgonki. Miała jeszcze sporo materiału do powtórzenia i nawet Holden nie był w stanie jej powstrzymać od osiągnięcia swojego celu, spełnienia marzenia.
Stała nad nim niczym kat, jedną z dłoni umieszczając pod biustem, a w drugiej trzymając tekturową tackę z dwoma plastikowymi kubeczkami. Lustrowała go wzrokiem bez słowa, mając delikatnie uniesione ku górze brwi. Wciąż tu tkwił i marzł, pogrążał się w bólu i rozpaczy albo innych emocjach, których Nessa nie mogła pojąć. Nie czytała w myślach, a on tak skutecznie od dłuższego czasu jej unikał. Grymas niezadowolenia, który wcześniej tkwił na buzi chłopaka, przeradzał się w zaskoczenie. I właściwie dlaczego? Przecież każdy postąpiłby tak samo. Przynajmniej nie kłócił się i nie dyskutował, grzecznie robiąc łyk herbaty z cytryną, którą mu przyniosła. Starała się zachowywać spokojny i obojętny wyraz twarzy, nie miała w zwyczaju rzucania pretensjami w ludzi chorych.

— Nie masz za co.— odparła równie cicho, wzruszając delikatnie ramionami. Zaczęła zsuwać z ramion wykonaną z jeansu kamizelkę, gdy wspomniał o pieniądzach, na co machnęła jedynie ostentacyjnie dłonią, nie komentując wcale. Nie musiał oddawać, to przecież nic takiego. Gdy przychodziło do relacji z drugą osobą i do jej dobra, pieniądze dla Lance nie grały żadnej roli. I nie chodziło tu wcale o przechwalanie się majątkiem czy głupie kupowanie sobie ludzkiego uznania. Ona po prostu taka była. Wygładzając materiał sukienki i upewniając się, że usiądzie również na nim, usadowiła się obok gryfona. Wyciągnęła wygodnie nogi do przodu, odgarnęła ruchem głowy kosmyki rudych włosów na plecy, zatrzymała orzechowe ślepia na kolorowych, tlących się nad ich głowami lampkach. Tackę odłożyła obok, biorąc w dłoń tylko jednego z dwóch drinków, którego upiła nieco przez słomkę. Alkohol był ledwie wyczuwalny, a jednak po przełknięciu, po jej ciele rozlał się przyjemny dreszcz. A może była to uciekając z wewnątrz irytacja i złość? Było jeszcze tak wiele rzeczy, których w relacjach z ludźmi wciąż nie rozumiała. Miała wrażenie, że na ten temat była bardziej zagubiona niż w tym z mugolami i ich życiem. Odwróciła głowę w jego stronę, przyglądając się jego profilowi. Kąciki ust drgnęły jej ku górze, a ramiona ponownie wykonały delikatne wzruszenie.
— Nie, nie musiałam. — przytaknęła krótko, wędrując spojrzeniem za jego rękoma, które również odstawiły na bok siatkę meksykańskich leków. Całe szczęście, że przez turystykę, wkładali do pudełek również angielskie instrukcje. Musiało to bardzo ułatwiać wszystkim życie. Wyrwało się jej ciche "hmmm?", gdy wspomniał, że to nie było tylko winą zmian temperatury w pokoju oraz przeziębienia. Wyprostowała się, wbijając wzrok w swoje nieco zbyt blade, szczupłe nogi. No tak, eliksir. Nadal wydawało się jej, że to głupie kłamstwo i plotka, chociaż sama czuła i widziała. Nie rozumiała, dlaczego od samego początku ignorowała wskazówki. Była zaskoczona jego nagłym przypływem szczerości, skoro tak długo ukrywał siebie i zasłaniał się pachnącym lemoniadą eliksirem. Smutne. — To Twoja decyzja, nie musisz mi się tłumaczyć.
Dodała cicho, przymykając na chwilę oczy i wzdychając, pijąc kolejne łyki drinka. Nie chciała słuchać tłumaczeń, nie były jej do niczego potrzebne. Każdy był odpowiedzialny za swoje czyny czy słowa, musiał mieć więc świadomość konsekwencji, które mogły z nich płynąć. Nie potrafiła mu ot, tak teraz zaufać, cieszyć się niegdyś uwielbianym towarzystwem. Nessa bardzo rzadko czuła się przez kogoś zdradzona, a w tym przypadku tak było. Wiedziała, że ciężko mu na nią patrzeć i przez chwilę znów zastanawiała się, czy nie powinna sobie pójść.
Miała to nawet zrobić, wstać i iść, życzyć mu dobrej nocy i powrotu do zdrowia. Chwila milczenia, która pomiędzy nimi zapadła, została dość brutalnie przerwane. Ciepłe dłonie chłopaka oplotły ją, obejmując i poniekąd przytulając, wylewając przy tym herbatę, której drogę po ścieżce śledziły jej oczy. Zamarzła bez ruchu, nie bardzo wiedząc co zrobić i powiedzieć. Miał gorsze zmiany nastroju niż kobieta w ciąży, naprawdę. Przymknęła na chwilę oczy, czując, jak zbiera się jej gul w gardle, a dłonie zaciskają się na materiale sukienki, gniotąc go i miętoląc w dłoniach. Całe szczęście, drinka zdążyła chwilę wcześniej odłożyć i nie podzielił on losu biednej, gorącej herbaty. Ruszyła delikatnie głową, zaprzeczając.

— Nie masz za co mnie przepraszać. Mówiłam Ci już przecież. Postępujesz tak, jak uważasz za słuszne. — mruknęła w końcu, nie wyrywając się jednak i pozwalając mu się opierać, tkwiąc jednak bez ruchu. Dziwnie się czuła, gdy bijące od niego gorąco rozlewało się po jej ciele, a nie towarzyszył mu wcale ten charakterystyczny dla Euforii zapach, do którego zdążyła się już poniekąd przyzwyczaić. Nie chciała nic mu obiecywać, nie chciała nic zrobić, co mógłby uznać za niestosowne lub naruszającego jego prywatność, której tak uparcie w ostatnich dniach bronił.
Ruda używała naturalnych kosmetyków, stąd często jej ciało pachniało kwiatami, ziołami czy owocami, tworząc niekiedy naprawdę ciekawe kompozycje. Nie zdziwiłaby się też, gdyby zaczynała pachnieć arbuzem czy ananasem, bo jadła te przysmaki niemalże ciągle, zapominając o porządniejszych posiłkach. Westchnęła znów, a jej ciało mimowolnie się rozluźniło, podobnie jak jej twarz wydawała się łagodnieć.
— Powinieneś się przykryć tym kocem, będziesz bardziej chory. Szkoda wakacji na siedzenie w pokoju Holden. — powiedziała spokojnie, chociaż znów miała ten charakterystyczny dla siebie, nieco nonszalancki i uparty ton głosu, do którego wszyscy byli przyzwyczajeni. Drgnęła nieco, obracając głowę w jego stronę, a następnie wyciągając rękę do przodu. Próbowała nią złapać za materiał kwiatowego pledu, aby umieścić go znów na ramionach Thatchera.

______________________



Growing stronger the voice of my father said
"Don't give up, don't be forgotten"


Nessa jest w Ameryce, w Ilvermorny na wymianie studenckiej związanej ze stypendium z transmutacji.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 997
Dodatkowo : metamorfomagia, prefekt naczelny
  Liczba postów : 803
http://www.czarodzieje.org/t15093-riley-t-fairwyn
http://www.czarodzieje.org/t15104-poczuj-smoczy-plomien
http://www.czarodzieje.org/t15161-maverick
http://www.czarodzieje.org/t15098-riley-fairwyn




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Pią Sie 10 2018, 17:58

^Akcja niniejszego wątku rozgrywa się w innym czasie.

@Melusine O. Pennifold

Ciche podzwanianie butelek towarzyszyło mi przez całą drogę do ogrodów przylegających do pensjonatu. Raz czy dwa ktoś rzucił mi zaciekawione (bądź zgorszone) spojrzenie, najpewniej spodziewając się, że szykuje się kolejna głośna, studencka libacja. Nie odpowiadałem na zaczepne uśmiechy czy wywracanie oczyma, kiedy przystając na chwilę szeptałem odpowiednie zaklęcie, schładzałem niesione napoje. Nie mogłem przynieść ciepłego Tejuino. Nie tylko z szacunku dla MO, ale również dla meksykanina, który przed godziną sprzedał mi ów napitek na mieście. Żałowałem wyboru lokacji tylko raz. Gdy przekroczyłem granicę chłodnych, pensjonatowych ścian, natychmiast zapragnąłem wrócić do środka, gdzie było o wiele przyjemniej. Na zewnątrz może i było mniej duszno i zatęchle, ale upał, jaki dziś panował w Meksyku był wręcz zabójczy. Klapnąłem bez sił na kamiennych schodkach, tuż przy samym wyjściu do ogrodów. Nie chciałem wchodzić głębiej, aby nie zmuszać Melusine do szukania mnie w labiryncie roślin. Tylko dzięki temu jeszcze nie dostrzegłem kolejnych malowideł. Pewnie, gdybym spodziewał się je tutaj odnaleźć, zaciągnąłbym przyjaciółkę jak najdalej stąd. Nic się nie zmieniło - nadal nie mogłem pozbyć się wrażenia, że wymalowane farbą postacie śledzą każdy mój krok. Schowałem płócienną torbę z parującymi butelkami pomiędzy nogi i zwiesiwszy głowę, wsparłem ją o oparte na kolanach przedramiona. Oczekując na Krukonkę, pozwoliłem sobie na chwilę odprężenia. Leniwy wiatr rozwiewał moje roztrzepane, ciemne włosy, chłodząc zawilgotniały od potu kark.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 299
  Liczba postów : 290
http://www.czarodzieje.org/t15444-meluisne-pennifold
http://www.czarodzieje.org/t15452-meluzyna#414962
http://www.czarodzieje.org/t15473-meluzyna#415677
http://www.czarodzieje.org/t15446-meluisne-pennifold#414814




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Sob Sie 11 2018, 22:03

- Bu! - zaczynam rozmowę, kiedy stoję za Tobą i gwałtownie klepię Cię w ramię. Uśmiecham się szeroko, jak mała dziewczynka, która właśnie wymyśliła świetny dowcip.
- Co nam kupiłeś? Czemu zostałeś ostatnio zatrzymany, podejrzanie wyglądałeś? - znowu zalewam Cię pytaniami przy spotkaniu, niedługo będziesz miał dosyć mojego gadania. Staję obok Ciebie i rozglądam się po ogrodzie.
- Dobry wybór, tu jest całkiem ładnie - stwierdzam i robię pierwszy krok w głąb ogrody, gdzie zakładam, że się kierujemy. Poprawiam swoją sukienkę, jak zwykle w jakieś egzotyczne wzory i moje ręce kierują się ku turbanowi, którego przecież nie mam dziś na głowie. Mam wrażenie, że moja głowa wygląda gigantycznie kiedy moje loki otaczają moją głowę, a nie są schowane pod czymkolwiek, ale niedługo ludzi będą myśleć, że jestem łysa, dlatego noszę turbany.
- Nie wierzę, że nawet tutaj znaleźli na to miejsce! Zobacz, przynajmniej tematyczny! - mówię, kręcąc głową, kiedy podchodzę do obrazu, który jest w ogrodzie. - Czemu one wszystkie są takie... No wiesz, niepokojące - mruczę, patrząc na to nieprzyjazne, uschnięte drzewo na obrazie. Dlaczego żaden z nich nie może być po prostu jakiś... wesoły.
- Przejdziemy się? Opowiadaj co tam u ciebie! Dlaczego wróciłeś? Dla nas? Nie podobało Ci się tam? Do mnie? - W tym momencie odwracam się, żeby pomachać zalotnie brwiami. - A może do innej dziewczyny? - dodaję kolejne pytanie, złakniona ploteczek, jak prawdziwa kobieta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 997
Dodatkowo : metamorfomagia, prefekt naczelny
  Liczba postów : 803
http://www.czarodzieje.org/t15093-riley-t-fairwyn
http://www.czarodzieje.org/t15104-poczuj-smoczy-plomien
http://www.czarodzieje.org/t15161-maverick
http://www.czarodzieje.org/t15098-riley-fairwyn




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Sob Sie 11 2018, 23:24

Drgnąłem, czując na sobie dłoń Melusine.
- Łał, MO, ładnie się skradasz. Powinnaś kiedyś wybrać się ze mną do lasu. Mnie jednorożec wyczuje, gdy tylko wyjdę na tę samą polanę. - Zagadnąłem, a nuż się skusi i oboje trochę zarobimy? Uśmiechnąłem się do niej przekornie, bo przecież czymże była ta propozycja, jeżeli nie niewinną zaczepką?  Wstałem, grzechocząc wesoło butelkami. Słysząc jej pytanie, zanurzyłem dłoń w odmętach kolorowej, płóciennej torby. Wręczyłem jej plastikowy, wysoki kubek.
- Spróbuj. Zobaczymy czy zgadniesz co pijesz. - Nalałem jej napoju, rozmyślnie przedłużając odpowiedź na jej pytanie. Najpewniej po to, aby rozbudzić w niej ciekawość. Uśmiechnąłem się tajemniczo, a potem rozłożyłem ręce, niby to w geście bezradności. - Nawet w okresie wakacyjnym prefekci są rozchwytywani. Bennett przedłużyła mi prefekturę na kolejny rok szkolny. Nie pytałem czemu nie mogło to zaczekać do jutra. - Nalałem także i sobie, unosząc kubeczek niby to w toaście. Potem pociągnąłem krótki łyk. Smak napoju wciąż był dla mnie nieco dziwny, mimo że zdarzyło mi się już kilkukrotnie po niego sięgnąć. Tejuino jest napojem ze sfermentowanej kukurydzy z dodatkiem owoców. Nie mogłem uwierzyć, kiedy tłumaczono mi, że wyrabia się go z ciasta na tortillę, ale do zamknięcia mi ust starczyło skosztowanie napitku. Tejuino z dodatkiem limonki naprawdę wspaniale orzeźwiało.
Podążyłem za Meluzyną, zarzucając sobie torbę na ramię i ściskając kubeczek. Cieszyłem się, że ogrody się jej podobają. Prawdę mówiąc, był to chyba najprzyjemniejszy zakątek w całym tym pensjonacie. W związku z tym, że miałem już po dziurki w nosie bycia śledzonym przez dziwaczne obrazy, jęknąłem cicho, kiedy przyjaciółka odnalazła jeden z nich nawet tutaj.
- Na gacie Merlina, a już miałem nadzieję, że chociaż tutaj od tego odpocznę. - Skrzywiłem się malowniczo, dając upust swojej niechęci, a jednak podszedłem bliżej. Marszcząc brwi, nachyliłem się w stronę obrazu przedstawiającego mężczyznę - drzewo, tulącego do piersi… wodę. - Nie mam pojęcia - odszepnąłem, trącając MO łokciem w żebra. - A co jeżeli Meksykanie zamykają duchy w obrazach i potem każą im śledzić turystów? Widziałaś tutaj jakiegoś ducha? - Podpuszczałem ją, starając się odwrócić swoją uwagę od dręczącego mnie, mdlącego niepokoju. Odsunąłem się, uśmiechając się wesoło, aby więcej nie zawracać sobie głowy głupimi bazgrołami. Przewróciłem oczami na wspomnienie o dziewczynie. Meluzyna dobrze wiedziała, że nie byłem chłopcem, jaki uzależniałby swoje życiowe decyzje od wpływu jakiejś kobiety. Niemniej jednak, chyba musiałem uchylić rąbka tajemnicy, skoro już tak zgrabnie zgadła. Zaproponowałem jej swoje ramię. Ruszyliśmy wgłąb ogrodu.
- Oczywiście, że do was - zapewniłem lojalnie. - Jak długo można chodzić do barów tylko z barczystymi Rumunkami? Ty i Terrey macie zdecydowanie lepszy gust w kwestii doboru trunków. - Wiedziała, że kłamię. Ponownie ją trąciłem, tym razem w bark. - Wróciłem do was wszystkich. Wciąż nie jestem pewien czy już się z tym wszystkim pogodziłem. - Stuknąłem palcem w swój policzek, w miejsce, gdzie pod magią skrywały się blizny. - Chociaż… może dla niej też. Jest tutaj taka jedna. Byliśmy w jednej ekipie poszukiwawczej w Egipcie. - Świadomie dozowałem jej informację, chcąc zobaczyć jak umiera z ciekawości. Na moich ustach zabłąkał się rozmarzony uśmiech.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 299
  Liczba postów : 290
http://www.czarodzieje.org/t15444-meluisne-pennifold
http://www.czarodzieje.org/t15452-meluzyna#414962
http://www.czarodzieje.org/t15473-meluzyna#415677
http://www.czarodzieje.org/t15446-meluisne-pennifold#414814




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Nie Sie 12 2018, 00:09

- Chcesz iść ze mną do lasu, szukać jednorożca? - pytam podejrzliwie, unosząc do góry brew. - Muszę przemyśleć ten pomysł... Może za kilka... lat...
Nie to, że mam coś przeciwko bieganiu po lesie i szukaniu zwierząt, po prostu nie jestem pewna czy to jest pierwsza rzecz, którą chciałabym z Tobą robić, tuż po Twoim powrocie. Robię zdziwioną minę, kiedy wręczasz mi kubek i kiwam z uznaniem głową. Patrzę co nalewasz i teraz z kolei trochę się krzywię.
- Wymiociny? - rzucam pierwszy strzał, oceniając po wyglądzie naszego drinka. Kiedy opowiadasz dalej ja kiwam głową i wącham to co mi polałeś. W końcu biorę łyka i okazuje się, że nie jest tak tragiczne jak myślałam, że będzie, chociaż nie jest to do końca mój smak... - Zakładam, że to jakiś przysmak meksykański, ale nie mam pojęcia co to. Coś z kukurydzą.
Niestety jestem trochę arogantem jeśli chodzi o kulturę kraju, który odwiedzamy. Marszczę jeszcze brwi, kiedy mówisz o prefekturze.
- Słyszałam, że Terry został prefektem. Nie mam pojęcia na jakiej podstawie rozdają te odznaki, chyba po prostu kto wpadnie im w oko... bez urazy - narzekam na to, że nasz przyjaciel dostał odznakę, bo ja bym też chciała dostać. Nie mam pojęcia dlaczego nikt mi wciąż jej nie dał. I w czym jestem gorsza niż Thìdley!
- Po tych wakacjach zostaniemy wszyscy koneserami sztuki - mówię kiedy patrzymy się na to... piękne drzewa. Wyciągam rękę, by dotknąć palcami płótna. Zawsze mam wrażenie, że obrazy, które tu są zaraz zaczną biegać kiedy to zrobię, ale jeszcze ani razu to się nie stało.
- Co? - pytam zaskoczona, odwracając do Ciebie głowę. Czy to jakieś sprawdzone info? Uznaję że nie, patrząc na Twoją minę. - Podpuszczasz mnie - mówię i teraz ja trącam Cię łokciem w żebra, w odpowiedzi. Przyjmuję Twoje ramię i chce już odejść jak najdalej od tych głupich obrazów, żeby skupić się na nas.
Uśmiecham się z zadowoleniem i upiłam parę łyków Twojego napoju, kiedy mówisz, że wróciłeś do nas.
- Rumunki są barczyste? - pytam z uniesionymi brwiami. Nigdy nie zastanawiałam się jak wyglądają Rumunki. Jednak w mojej wyobraźni raczej nie są atrakcyjne. Robię naburmuszoną minę, ale niestety nie potrafię powstrzymać też uśmiechu, więc nie wyglądam wiarygodnie kiedy cmokam na Ciebie za to pyrgnięcie kolejne i kłamstwa. Trochę jestem zmieszana kiedy mówisz o mnie i Terrym. Całe szczęście, że jesteś! Będę mogła Ci się trochę wygadać!
- Och, kochanie - pogłaskałabym Cię po policzku, ale tylko ściskam Cię lekko za ramię. Jednak Twoja kolejna informacja kompletnie mnie szokuje i zapominam co chciałam jeszcze o tym powiedzieć. - O Boże! Dziewczyna? Jak wygląda? Kto to? Jaka jest? Mam przed oczami wysoką, piegowatą, rudowłosą! - mówię podniecona. Kiedy wspominasz o Egipcie myślę znowu o swojej ploteczce i czuję się zobowiązana Ci ją jak najszybciej powiedzieć.
- Też Ci muszę coś powiedzieć. Nie wiem czy wiesz. Całowałam się z Terrym w Egipcie - wypalam nagle i biorę parę większych łyków alkoholu. - Potem poszliśmy na randkę, na której o mało nie umarliśmy, trafiliśmy do szpitala... I od tamtego czasu raczej nie gadaliśmy. Chyba nie miał ochotę na kolejną - opowiadam, mając nadzieję, że poradzisz mi... nie wiem co i opowiesz w zamian ze szczegółami o swojej dziewczynie! Ekscytujące!


EEE SKRÓCIŁAM??? XDDD
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 997
Dodatkowo : metamorfomagia, prefekt naczelny
  Liczba postów : 803
http://www.czarodzieje.org/t15093-riley-t-fairwyn
http://www.czarodzieje.org/t15104-poczuj-smoczy-plomien
http://www.czarodzieje.org/t15161-maverick
http://www.czarodzieje.org/t15098-riley-fairwyn




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Nie Sie 12 2018, 01:24

Wyjaśniłem jej po krótce czym jest popijany przez nas napój, ale widząc jej minę, z trudem powstrzymywałem się od wybuchnięcia śmiechem. Cóż, nie była zachwycona, a trochę szkoda. Byliśmy w Meksyku, a cóż takiego mielibyśmy tutaj popijać, jeżeli nie właśnie takie dziwactwa?
- Widzisz, młodych i pięknych zaczyna się nienawidzić trochę później. - Starałem się zrobić poważną, dumną minę zadowolonego z elekcji, ale kompletnie mi to nie wyszło. No, może przez moment! - Ekipa z Doliny przejmuje odznaki. Na przyszły rok zrobimy Ci miejsce. Jestem pewien, że gdy Marceline zacznie użerać się z Terreyem, szybko złoży rezygnację. - Pozwoliłem sobie na tę odrobinę niezasłużonej złośliwości względem Holmes tylko z uwagi na samopoczucie Melusine. Prawdę powiedziawszy, byłem przekonany, że Marce będzie dobrym prefektem. Takim byłem lojalnym przyjacielem.
Patrzyłem ze zgrozą jak Pennifold sięgała do płótna. Magia wyzierająca z malunków już tak mnie stresowała, że kontakt fizyczny wydawał mi się wręcz proszeniem się o klątwę.
- Jesteś pewna? Sprawdzimy czy nie odpadną Ci po tym palce. - Dalej ją podpuszczałem. Na szczęście wkrótce ruszyliśmy dalej i wówczas nie tylko odetchnąłem z ulgą, ale i pozwoliłem sobie na lekki uśmiech.
- Prawdę mówiąc, nie wiem. Te trzy z rezerwatu, jakie zdążyłem poznać, są. - Przyznałem się, że prawie w ogóle nie opuszczałem granic smoczego siedliska. Czy tak trudno było uwierzyć w to, że nie wyściubiałem nosa poza ogrodzenie? Cóż… chyba było to dla mnie dość naturalne zachowanie. Nudziarskie, ale normalne.
Jej entuzjazm trochę mnie zaskoczył. Poczułem się wtedy zupełnie tak, jakbym nigdy wcześniej nie opowiadał jej o jakiejś dziewczynie, która mi się podobała. Chociaż, może tak było? Każda, z którą łączyło mnie coś więcej zawsze była także moją przyjaciółką. Melusine znała je co najmniej ze słyszenia, ale nigdy nie obgadywaliśmy ich wspólnie tak jak teraz. Nie w tym kontekście. Poczułem się z tym nieco dziwnie.
- Tak, dziewczyna. Czemu jesteś taka zaskoczona? - Zapytałem, wydymając usta w taki sposób, jakby jej niedowierzanie mnie obraziło. Niestety, nie wytrzymałem, kiedy zaczęła ją opisywać. Zaśmiałem się krótko. Jej wizja tak kompletnie nie pasowała do Zilyi! - Ułożona, zadbana i dobrze ucząca się? Muszę Cię zawieść. - Mnie ani trochę nie było żal wyobrażonej przez MO rudowłosej. Wtedy też uświadomiłem sobie z całą mocą, że Fyodorova… cóż, podobała mi się jako kobieta. Odrobinę mnie to zmieszało, ale postarałem się nie stracić rezonu. - Jest raczej niska, ma długie, czarne włosy i jasne oczy. Mamy wspólne zainteresowania. Wpadliśmy na siebie podczas polowania. - Z rozmysłem wciąż nie podałem jej imienia. Nie byłem przekonany do chwalenia się takimi rzeczami, jeżeli nic tak naprawdę nie było tutaj pewne. Zresztą, już po chwili Krukonka przypomniała sobie o czymś ważniejszym od mojego życia towarzyskiego i pociągnęła inny temat (na szczęście!). Nie mogłem jednak powiedzieć, że zachowałem kamienną twarz. Trochę opadła mi szczęka.
- Coś ty! - Chwyciłem ją mocniej za ramię. - I on nic mi nie powiedział? Zabiję go. - Poprzysiągłem, mrużąc oczy w zastanowieniu. - Jak to o mało nie umarliście? Opowiadaj! - Skłaniałem ją do zwierzeń, trochę licząc na to, że własne rozterki na dobre odwrócą jej uwagę od mojego „problemu”. Poza tym, skłamałbym, gdybym upierał się, że temat mnie nie interesował. Tylko, że to zawsze było takie dziwne, gdy dwójka przyjaciół skłania się ku sobie. Czy odtąd miałem stać się piątym kołem u wozu?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Skąd : Dublin
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 17
  Liczba postów : 28
http://www.czarodzieje.org/t16446-fillin-o-ceallachain#452046
http://www.czarodzieje.org/t16447-w-moim-domu-straszy#452099
http://www.czarodzieje.org/t16445-fillin-o-ceallachain#452029




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Czw Sie 16 2018, 15:00

Nie mogę się zdecydować, czy podoba mi się nasz pensjonat czy nie. Jednego dnia budzę się przekonany o tym, że jest po prostu dziwaczny niebezpieczny. Drugiego doceniam wiszące wszędzie obrazy i ten wyjątkowo meksykański klimat. Dziś jestem bardziej skłonny ku mojej drugiej ocenie. Nawet postanawiam wyjść z hotelu dłuższą drogą, przez urokliwe ogrody.
Nie jestem fanem tego całego gorąca. Moje czarne ubrania przyciągają promienie słoneczne i najchętniej siedziałbym całe dni w jakiejś zimnej piwnicy. Dlatego z kwaśną miną przedzieram się przez ogrody i na początku nawet nie zauważam, że nawet tutaj ktoś umieścił obrazy. A jednak! Aż staję na chwilę, żeby popatrzeć się na dziwaczne drzewo, które wygląda jak stary dziadek, trzymający w rękach jezioro. Wyciągam z kieszeni magiczne papierosy. Nie jestem ogólnie fanem palenia. Znaczy jestem od czasu do czasu, nie mogę się zdecydować czy wyglądam z papierosami fajnie, czy raczej żałośnie, przy mojej małej sylwetce i niewielkiej ilości kilogramów. Jednak mam wrażenie, ze kiedy podziwiam sztukę, zapalony papieros idealnie pasuje do sytuacji!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 433
  Liczba postów : 250
http://www.czarodzieje.org/t14615-warren-samuel-wilson
http://www.czarodzieje.org/t14616-spis-kamratow-i-nie-kamratow-sammy-ego
http://www.czarodzieje.org/t14618-poczta-sama
http://www.czarodzieje.org/t14617-kuferek-sammy-ego




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Czw Sie 16 2018, 16:09

Sammy ostatnimi czasy trochę olewał treningi.. i w sumie mecze też, to w fumie dziwne bo prawie nigdy nie ma złych dni ale chyba tego Quidicha w jego życiu było troszkę za dużo. Mimo to ku jego własnej uciesze obudził się dzisiaj i pomyślał ,,Gdzie moja miotła, gdzie moja piękna błyskawicaaaaaa". Ogólnie był tak zmotywowany jak chyba nikt nigdy i podejrzewa, że miało to związek z jego cudownym snem, którego...nie pamięta. Taki to już Warren jest. Nie mniej jednak zaraz po śniadaniu, zamiast wyjścia na plażę pobiegł do ogrodu. Nie do końca wiedział czy można latać na miotłach w pensjonacie ale jakoś nie do końca się tym przejął. Przecież zasady są po to aby je łamać! A puchon to kochał, można powiedzieć, że ma to we krwi (tak to jest jak masz ojca w więzieniu). Swoją drogą nabrał wielkiej ochoty również aby napisać do tego starego, niezwykle utalentowanego zbirka. Może kiedy indziej.
Szukający wsiadł na swoją ukochaną błyskawicę. Jak długo nie czuł powiewu wiatru we włosach. Latał jednak tylko w tych miejscach w których nie był do końca widoczny i nie wznosił się na zbyt wielką wysokość. W roku szkolnym się wyszaleje jak na razie wystarczy mu spanie do późna i jedzenie pysznego żarcia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Hufflepuff
Rok Nauki : IX
Wiek : 18
Skąd : Croydon
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 147
  Liczba postów : 345
http://www.czarodzieje.org/t16487-charlie-c-chapman#453068
http://www.czarodzieje.org/t16492-charlie-c-chapman
http://www.czarodzieje.org/t16494-chips#453415
http://www.czarodzieje.org/t16488-charlie-c-chapman#453086




Gracz






PisanieTemat: Re: Ogrody   Nie Sie 26 2018, 23:35

Zataczał wiele ścieżek, które próbowały dać mu do zrozumienia, że nieważne jest to, co uda mu się zrobić, zwyczajnie będzie spotykało go nieszczęście. Leżał w łóżku, zastanawiając się nad tym, ile dokładnie czasu będzie musiało przeminąć, zanim skutki poprzedniego dnia zostaną zażegnane. Tak, za dużo wypił, za dużo skupił się na tequili, przez co ostatecznie, jakimś cudem, dostał się do swojego pokoju. Zawsze mogło mu wyjść to na złe i obudzić się w kompletnie nieznanym miejscu - jak chociażby w trakcie zabierania mu nerki podczas jednej z licznych operacji, bo przecież jest to dość drogi narząd, który z łatwością można opchnąć na czarnym rynku. Całe szczęście, zdołał ocknąć się w miejscu, które zna, kojarzy, a przede wszystkim zna jego strukturę. Wiedział, że nie powinien dawać od siebie złego przykładu - kto wie, możliwe, że zrobił coś złego, jednak nie był na razie tego w żaden sposób świadom, mając tylko krótkotrwałe przebłyski połączone ze Saharą trwająca w ustach - musiał się napić, wody, czegokolwiek, byleby zażegnać tę niesforną chrypę i uczucie, że bez żywiołu życia zwyczajnie nie pójdzie dalej. Wstał, powoli, ostrożnie, pierwszy raz życiu witając się z kacem, który przywalił mu prosto w twarz z zamkniętej dłoni. Nie było to zbyt przyjemne spotkanie, co nie zmienia faktu, iż ból głowy również mu się udzielił - pulsujący, uderzający, wiercący dziurę, jakoby wzmacniając każdy najmniejszy dźwięk do tego stopnia, iż sprawiał on cierpienie. Przekręcił oczami, ukrywając twarz w jednej z dłoni, unikając światła za wszelką cenę - poczuł także, że promienie słoneczne, które jednak znikały z każdym dniem bardziej i bardziej, pozostawiając po sobie tylko i wyłącznie wyblakłe barwy, zdają się kłuć go bez konkretnego powodu.
Charlie ewidentnie nie był przyzwyczajony do takiego stanu rzeczy, chcąc jak najszybciej dosięgnąć wody, tym samym przywaliwszy ręką niechcący w szafkę nocną z dość znaczną siłą. Syknął delikatny, szykując już w umyśle wiązankę różnorakich, odpowiednich ku temu przekleństw - jak się do tego stanu doprowadził, niestety nie był w stanie sobie przypomnieć. Dziwiło go to jednocześnie, świat zdawał się być ciut inny, ciut trudniejszy w rozpoznaniu.. Jakiś taki rozmazany...? No tak, okulary leżały na stoliku, pozostawione w nieładzie, aczkolwiek w pełni sprawne. Chwyciwszy je na ślepo, poczuł, jak dotyka soczewek, by następnie założyć na swój nos dość charakterystyczne bryle - tuż po tej czynności nawilżył spragnione gardło za pomocą szklanki wody, która o dziwo w jego przypadku nie wystarczyła - dopiero po trzech zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo chciało mu się pić.
Niezbyt przytomny przywdział na siebie mniej eleganckie ciuchy, nie czując się na siłach, by zwyczajnie opuścić pensjonat - może mógł się przechadzać korytarzami, zastanawiając się mocno nad tym, jak musiał przedobrzeć - dostając się do kuchni trochę niemrawym krokiem, poprosił pracujące tam osoby o coś słodkiego do jedzenia. Na szczęście nie musiał zbyt długo czekać; otrzymał kanapkę z Nutellą, którą wziął na talerz, by następnie przedostać się, ziewając, do jakiegokolwiek wolnego pomieszczenia, gdzie mógłby rozłożyć płótna i barwy - natchnęło go na malowanie. Na artystyczne wykazanie własnych, dziwnych tym razem uczuć. Zamyśliwszy się, na rezultaty swojego działania nie musiał czekać - nie zauważył, jak kanapka wysunęła mu się na podłogę - na szczęście Chapman został wybrańcem bogów, gdy ta wylądowała pustą stroną na chłodną podłogę. Szczęście? A może coś więcej? Czyżby musiał zacząć częściej chodzić do Kościoła? Nie wiedział, jednak w ciągu sekundy zabrał kromkę, wydmuchał ją oraz zwyczajnie ruszył dalej, mając pod pachą wcześniej zgarnięty zestaw do rysowania - prosty szkicownik, odpowiednie przyrządy, różne zestawy ołówków oraz mugolskich kredek dobrej jakości.
Pierwsze skonsumował jedzenie, by następnie przystąpić do pracy, która wymagała od niego kreatywności oraz zwyczajnego rozplanowania elementów. Charlie zazwyczaj starał się rysować pojedyncze elementy, składające się z dość grubych, specjalnych linii, świadczących delikatnie o chaosie, jednak nie stroił od innych metod przekazywania tego, co obecnie znajduje się w jego głowie. Należało oczywiście pominąć fakt kaca mentalnego i fizycznego, który zbierał żniwa, skutecznie odbierając mu radochę z wykonywanej czynności - na szczęście trafił do ogrodów, przysiadając w dość bezpiecznym miejscu - a przynajmniej na tyle bezpiecznym, by ktoś go nie zauważył z tymi podkrążonymi oczami, niemrawością ruchów oraz względną niezdarnością. Oparł się ostrożnie o stolik, rozciągnąwszy się charakterystycznie - podniósł ręce do góry, wziął głębszy dech, czując, jak serce wali w jego klatce w tej samej rutynie tempa, by następnie przystąpić do pracy. Ostrożnie, chociaż ręka wydawała się być obca, inna, a świat wyjątkowo działał na jego niekorzyść - grafit pozostawiał ślady szkicu na białym papierze specjalnego folderu, zlepiając powoli pomysł w jedną większą całość. Powoli, aczkolwiek skutecznie, małymi krokami, by czegoś nie zepsuć - nawet jeżeli był to tylko szkic wstępny, polegający na ostrożnym przekazaniu teksturze tego, co siedzi w jego głowie. Na początku stworzył szkielet postaci, umieszczając ją w pozycji spoglądającej w niego, prawą nogą wysunięta delikatnie do przodu, głową odwróconą niewiele w bok, ukazując jej delikatne oblicze. Lewa dłoń zdawała się cos łapać, z czymś zapoznawać, jakoby mając obok siebie strukturę nieznanego wówczas stworzenia - zaciekawione spojrzenie utkwiło właśnie na tym, co jeszcze się nie znajdowało, aczkolwiek zostało dodane po dłuższym rozmyślaniu i delikatnym wymazywaniu tego, co chłopakowi po prostu nie wpadło w gust. Chciał, by jego dzieło może nie było w pełni perfekcyjne, aczkolwiek spójne, zgrane, tworzące jedną, harmonijną całość, ku niezadowoleniu kaca, który starał się go przygwoździć, odebrać chęci i wenę do dalszych działań. Obok, utworzone z rudych, charakterystycznych włosów, powstał ognisty feniks, a w sumie na razie tylko jego podstawa, machającą ostrożnie skrzydłami, jakoby stając się w pewnym rodzaju jednością z kobietą na malunku.
Drugi krok - naniesienie poprawek i kompletne zakończenie linii. Może nie należał do osób zbyt doskonałych w swoim fachu, jednak wyobraźnię miał wystarczająco dużą - gdzieniegdzie dodał to, co uważał, że spowoduje, iż odrobina magii zapulsuje uroku efektowi końcowemu. Tym razem machnięcia cienkopisem były bardziej wyszczególnione, bardziej charakterystyczne niż zazwyczaj, nawet jeżeli czuł, że po prostu charakterystyczny ból głowy przedziera się przez jego układ nerwowy - na szczęście zdołał cofnąć negatywny efekt swoich działań, przekuwając go w zaletę. Skłonił się ku czarnemu, widząc potencjał na wykorzystanie machnięć pędzla zanurzonego delikatnie w akwareli - by następnie poprawić bardziej żywymi, jaskrawymi kolorami. Proces ten pomógł mu zapomnieć o tym, że wczorajszego dnia się ośmieszył - zdołał zwyczajnie upić, narąbać w trzy dupy, z każdą godziną czując się to coraz lepiej, nawet jeżeli zaczął czuć, że doskwiera mu ponownie głód. Ogniste farby feniksa zdawały się promieniować życiem, tak samo spojrzenie odzianej w niebieska szatę kobiety, zdającej się być pewnego rodzaju przeciwieństwem dla magicznego stworzenia. Czyżby woda i ogień?
- Imaginem Animati. - nie bał się używać tego zaklęcia, znał je doskonale i zdawał sobie sprawę z przyczyn, jakie ono powoduje. Pierwsze oczywiście wyciągnął różdżkę, albowiem nie potrafił bez niej w jakikolwiek sposób funkcjonować w zakresie magii, choć i z jej towarzystwem zdawał się być kompletnie nieporadny. Skierował zatem patyczek, obserwując końcowy efekt własnych starań - ptak delikatnie unosił się w powietrzu przy charakterystycznym ku temu trzepotaniu skrzydeł, powodując także ruch sukienki z białymi zdobieniami, którą dzierżyła kobieta z iście ognistymi włosami. Niekiedy feniks zdawał się naprawdę płonąć, przybierać żywioł, tak samo istota, która się w niego wpatrywała swoimi lapis lazuri oczami. Tęczówki zdawały się błyszczeć, zaś z czasem ptak zamieniać się w popiół, pozostawiając po sobie jedynie szarą poświatę. Niemniej, powstawał ponownie, jednak należało odczekać, by potem ponownie pojawił się na swoim miejscu, czując, jak zegar przesuwa wskazówki do przodu, wyznaczając odpowiednią granicę. Zawsze go to zaskakiwało, jak działalność artystyczna w świecie magii może wpływać na siłę wyobraźni - jak pociągnięcia ołówka oraz reszty przyborów ukazać finalny ku temu efekt. Wpatrywał się zatem, piwne patrzałki obserwowały poczynania dwóch żywiołów, by następnie, słysząc szmery wydobywające się z okolicy (czyżby nie był jedynym gościem?), powoli zacząć pakować pod pachę cały ekwipunek, który zdołał ze sobą zgarnąć. Nie zapomniał o szkicowniku, by następnie trochę niespokojnym krokiem zniknąć wśród gęstwiny roślinności - nikt nie powinien go widzieć po tym festynie, po prostu nikt. Nie zmienia to faktu, iż nieźle się tam bawił, tutaj także, mając okazję doszlifowania własnych umiejętności.
z.t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Ogrody   

Powrót do góry Go down
 

Ogrody

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Strumień przecinający ogrody.

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
reszta świata
 :: 
Meksyk
 :: 
Pensjonat
-