Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : utracony Berlin, następnie Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 2467
Dodatkowo : animag (kruk), magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 1774
http://www.czarodzieje.org/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://www.czarodzieje.org/t15091-daniel
http://www.czarodzieje.org/t15099-krebs
http://www.czarodzieje.org/t15076-daniel-bergmann




Moderator






PisanieTemat: Korytarz   Wto Lip 03 2018, 00:49


Korytarz

Pozbawiony przez cały swój przebieg okien, jako jedyny ciągnie się w atmosferze półmroku - półmrok panuje tutaj niezależnie od pory dnia albo nocy. Każdy, ktokolwiek tędy przechodzi - jest w stanie odczuć na swej sylwetce spojrzenia mijanych obrazów; z kolei - płótna są dosyć liczne, ustawione w precyzyjnej, regularnej odległości pomiędzy sobą. Korytarz posiada także sporo pozostawionych foteli, krzeseł bądź innych mebli - w związku z tym, jest się zobowiązanym zachować wzmożoną czujność podczas stawianych kroków.

UWAGA. Zanim zaczniecie wątek, jedno z was zobowiązane jest kostką w temacie losowań.

Wynik parzysty - lampy rzucają nikłe, żółtawe światło - niemniej wystarczające, abyście mogli się bez problemów poruszać

Wynik nieparzysty - lampy zgasły przez zakłócenia magii. Rzuć jeszcze raz kostką. Wynik nieparzysty - każdy z was jest w stanie rzucić zaklęcie Lumos, aby oświetlić sobie obraną drogę. Wynik parzysty - żadne z zaklęć powodujących światło, obecnie nie będzie działać w tym miejscu. Musicie poradzić sobie inaczej.

OBRAZ (MALOWANIE PRZĘDZY):
 

______________________

it has been destined
to fail
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 29614
  Liczba postów : 44029
http://www.czarodzieje.org/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw Lip 19 2018, 16:30

@Ruth Wittenberg

Udało Ci się załapać na wyjazd do Meksyku jako członek kadry Hogwartu, który odpowiada za bezpieczeństwo uczniów. Pierwsze dni minęły wam wszystkim ekscytująco, a jednak spokojnie! Zmiana strefy czasowej oraz klimatu sprawiała, że wasi podopieczni bardzo szybko kładli się spać w swoich pokojach, nie przeszkadzając pozostałym gościom pensjonatu. Właśnie wracałaś znad basenu, gdzie przygotowywałaś materiały związane z obroną przed czarną magią, gdy Twoich uszu dobiegł okropny hałas. Spojrzałaś na zegarek i z przekąsem stwierdziłaś, że w środku tygodnia i to po 22 nie powinno się tak dziać, więc czym prędzej ruszyłaś w stronę drzwi, zza których owe dźwięki dobiegały..

Rzuć Kostką!
Możliwe Scenariusze:
1,2 Przygotowana na spotkanie swoich podopiecznych, szybkim i zwinnym ruchem otwierasz drzwi, wchodząc do jednego z pokoi — który jak Ci się wydawało, należał do tych, które wynajęto właśnie gościom z Hogwartu..
Rzuć kostką jeszcze raz!
Parzysta: Z przerażeniem na twarzy dostrzegasz, że to tylko figlująca ze sobą para starszych Portugalczyków, którzy jednak wcale nie przejęli się Twoją obecnością i wypiekami na twarzy. Zajęci sobą, posyłają Ci tylko niezbyt trzeźwy, figlarny uśmiech, a następnie ręką wskazują, abyś nich dołączyła. Odmawiasz i przepraszasz, że przeszkodziłaś i czym prędzej zamykasz drzwi, zażenowana. Dobrze, że nikt nie był świadkiem tego wydarzenia i trauma zostanie tylko w Twojej głowie! Wracasz do pokoju, zastanawiając się, jak zaśniesz.
Nieparzysta: Pokój okazuje się pusty, a źródłem hałasu okazała się małpa, która weszła przez otwarte okno i buszowała po szafkach, szukając czegoś do jedzenia. Wasze spojrzenia spotkały się, a małpa przekręciła głowę w bok. Zwierzę zapiszczało, rzucając trzymaną przez siebie szklankę w Twoim kierunku i uciekło, wyskakując z izby i znikając na znajdującej się za szybą gałęzi. Jesteś tak zaskoczona, że ledwo odskakujesz od lecącej w Twoją stronę szklanki, obrywając tylko niewielkim odłamkiem szkła po ubraniu, co zostawiło za sobą dziurę. Zamykasz okno, za pomocą magii sprzątasz pokój i wychodzisz, pomimo wszystko rozbawiona całą sytuacją.

3 Za drzwiami odnajdujesz stary, zapominany chyba magazynek. Widocznie coś zsunęło się z półki i spadło na ziemię, uderzając po drodze o kilka przedmiotów. Rozglądasz się i dostrzegasz na drewnianych półkach zakurzony przedmiot. Gratulacje! Znalazłaś Lewitujący Kapelusz! Zgłoś się po niego w odpowiednim temacie!

4,5 Decydujesz się zapukać, zamiast bezceremonialnie otworzyć drzwi. Nie jesteś pewna, czy ten pokój faktycznie należy do uczniów, których masz pod opieką. Po kilku głośniejszych puknięciach, drewniane skrzydło otwiera się, wydając z siebie ciche skrzypienie, a Twoim oczom ukazuje się..
Rzuć kostką jeszcze raz!
Parzysta: Uśmiechnięta, chociaż nieco zaspana, staruszka. Kobieta okazuje się mówić płynnie po angielsku, więc zasypuję Cię lawiną pytań i zaprasza na późną herbatę i ciasteczko. Widocznie jest trochę samotna. Okazuje się, że to pierwsza wizyta w tym miejscu bez jej męża, który odszedł rok temu. Spędzasz z nią godzinkę, po czym żegnacie się i wracasz do pokoju. Zauważasz, że w kieszeni masz kartkę z notatką oraz 30 Galeonów! Babcia stwierdziła, że przypominasz jej wnuczkę i żebyś kupiła sobie coś do jedzenia, bo jesteś zbyt chuda. Ma też nadzieję, że jeszcze Cię spotka! Zgłoś się po pieniądze w odpowiednim temacie!
Nieparzysta: Drzwi otwiera mężczyzna w średnim wieku z wąsem. Mierzy Cię wzrokiem i pyta, czy jesteś z obsługi, a jeśli nie — to dlaczego mu przeszkadzasz? Jest bardzo niesympatyczny. Po krótkiej wymianie zdań popycha Cię i zamyka drzwi, trzaskając Ci przed nosem, a Ty potykasz się i przewracasz, nabijając sobie siniaka i co gorsza — skręcając kostkę! Wizyta u medyka kosztuję Cię -20 Galeonów! Pamiętaj, że noga boli pomimo tego jeszcze w następnym wątku. Odnotuj stratę w odpowiednim temacie!

6 Okazuje się, że drzwi były zamknięte. Wzruszasz ramionami, kierując się do pokoju. Przechodząc obok recepcji, dostrzegasz leżącą na ziemi ulotkę. Podnosisz ją i czytasz, bo ktoś pomyślał i dał angielskie tłumaczenie tekstu. To była bardzo krótka, chociaż pouczająca lektura! Już wiesz, że ostre należy popijać mlekiem i uważać na ilość papryczek! Zdobywasz 1 Punkt Magicznego Gotowania do swojego kuferka! Zgłoś się po niego w odpowiednim temacie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 22
Skąd : Uppsala, Szwecja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1462
Dodatkowo : magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 955
http://www.czarodzieje.org/t13356-ruth-wittenberg
http://www.czarodzieje.org/t13361-relacje-ruth
http://www.czarodzieje.org/t13357-soho
http://www.czarodzieje.org/t13358-ruth-wittenberg




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw Lip 19 2018, 21:04

W Meksyku było całkiem znośnie, póki pod nos Ruth podstawiano jedzenie, panowała względna cisza a jej samej nie gryzły mrówki między gąszczami, przez które musiała się przedzierać rozrzucając czarne monety, jakby chciała siać czarnomonetowe drzewa po całych majańskich ruinach. Nie narzekała, bo było ciepło i przyjemnie a rozbrykana hałastra miała w większości skończone siedemnaście lat lub oscylowała niebezpiecznie blisko tego wieku, stąd pierwszy tydzień obył się bez większych rewelacji - a przynajmniej Wittenberg nic o takich nie wiedziała.
Nic więc dziwnego, że kiedy wracając któregoś razu z basenu, usłyszała niepokojące okrzyki dobiegające z pokoju nieopodal chyba przez właśnie ten kontrast z poprzednimi, wyjątkowo przecież spokojnymi, dniami, przestraszyła się nie na żarty. Ktoś krzyczał, jakby go dusili, urywanymi, któtkimi westchnięciami brzmiącymi sto razy bardziej jak wyziewanie ducha, niż miłosne uniesienie i nawet przy całej roztropności Szwedki, która nie pozwalała jej pochopnie oceniać sytuacji wyłącznie po zasłyszanych odgłosach stwierdziła wtedy, że jeszcze chwila i będzie miała tu trupa na sumieniu.
Jak bardzo pomyliła się w swoich przypuszczeniach miała dowiedzieć się już po chwili, kiedy w pokoju, zamiast sceny mordowania jednego z uczniów zastała portugalską parę w koszmarnie jednoznacznej sytuacji. Jak szybko otworzyła drzwi, tak szybko chciała je zamknąć, ale tamci, ku jej totalnemu zaskoczeniu machnęli nań ręką, jakby zapraszając do dołączenia. Co ona miałaby tam z nimi robić? Poprawiać prześcieradło? Nie chciała zastawiać się swoją wycofaną, powściągliwą naturą wynikającą z pochodzenia, ale trudno było jej zupełnie wyprzeć z głowy tezę, że nacje, którym jedzenie rośnie na ulicy i przez wzgląd na klimat nie troszczą się specjalnie o solidność dachu nad głową są bardziej... liberalne.
Zakłopotana wydarzeniem przeprosiła krótko zadowoloną parkę, swoją drogą wyglądającą na odurzoną nie tylko miłością i zamknęła drzwi za sobą, znikając w ciemnym, pustym korytarzu. Wittenberg może nie była najbardziej delikatnym stworzeniem na świecie i jej tolerancja przekraczała granice przeciętnego Szweda szukającego zalet w drugim człowieku, ale nawet dla niej przeżyć było już zdecydowanie zbyt wiele jak na jeden dzień. Zaszycie się wśród starodruków o starożytnych klątwach mogło nie być najlepszym pomysłem na ten czas, bo to musiały by być naprawdę szokujące zaklęcia, żeby zamglić w głowie Ruth obraz sprzed chwili. A nie spodziewała się, że takie czary w ogóle istnieją, prócz, rzecz jasna, czasu, z którym tym razem musiała się przeprosić i liczyć na to, że co zobaczone, da się jednak odzobaczyć.

1,4
zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Hufflepuff
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Skąd : Llanfihangel-yng-Ngwynfa
Czystość Krwi : 10%
Galeony : 1013
  Liczba postów : 761
http://www.czarodzieje.org/t15703-neirin-vaughn#423773
http://www.czarodzieje.org/t16512-don-t-do-love-don-t-do-friends#454064
http://www.czarodzieje.org/t15736-kruk-pocztowy#424226
http://www.czarodzieje.org/t15719-neirin-vaughn#423916




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw Sie 02 2018, 19:19

Był słaby. Szedł wolno, wspierając się mocno na Mefisto. Podtrzymując się jego karku, aby nie upaść, nie przejmując się dawanymi sygnałami - opuszczonym pyskiem, zamkniętymi oczami. Nie zdawał sobie sprawy, jak sporą torturą dla likantropa jest iść obok krwawiącej ofiary. Czuć świeżą posoką i nie móc zatopić kłów w ciele. Nieświadom posądzał by go prędzej o zmęczenie, jakie zdążyło ugasić żądzę krwi.
Przed pensjonatem zatrzymał się, zaciskając palce na szorstkim futrze.
- Czekaj tu... Czekaj... Ktoś przyjdzie... Czekaj - wymamrotał, czując się coraz słabiej z powodu utraty krwi. Odepchnął się następnie od Ślizgona, by wesprzeć się na kolumnadzie, zostawiając na kamieniu krwawe odciski dłoni i palców. Nie był w stanie iść o własnych siłach, jedynie powłócząc jedną z nóg, na udzie której znajdował się prowizoryczny opatrunek. Zwinięte ubranie obwiązane bandażem i prosta opaska uciskowa spowolniły wypływ krwi, delikatnie podnosząc szanse rudzielca na przeżycie.
Zapach świeżej juchy zawsze przyciąga ścierwojady. Nie inaczej było tym razem, gdy z jednego z dachów zleciał kruk, krążąc chwilę nad wejściem do pensjonatu, a potem wlatując w podcienia i odchodzący od nich korytarz. Zakrakał cicho, zatrzymując się niedaleko Neirina, wyraźnie zmartwiony. Machał skrzydłami i puszył pióra, poruszony stanem swego właściciela.
Walijczyk wolno opadł na posadzkę. Zdążył przejść już spory kawałek, ale nadal to za mało, by dostać się do któregokolwiek z pensjonariuszy. Zamknął oczy, oddychając ciężko i otwierając je dopiero, gdy kruk wylądował.
- Tu jesteś... Jesteś. Dobrze. Chodź - stworzenie nie przestawało krakać, gdy Puchon wyrzucał zawartość swej torby. Ciastka rozsypały się po posadzce, za nimi z wnętrza ekwipunku wypadły bandaże i pergaminy. Brudnymi rękoma sięgnął po jeden ze zwojów, mocząc go krwią oraz rozdzierając w paru miejscach. Nie przejmował się tym jednak, zbyt skupiony na samym aspekcie napisania listu. Musi to zrobić. Nie da rady dostać się na piętro, nie w tym stanie.
Kałamarz stuknął o kamienną posadzkę, odturlując się zbyt daleko, aby był sens próbować go dostać. Nie miał też sił na męczenie się z piórem. Zgarnął zatem palcem lewej ręki świeżą juchę z wciąż krwawiącej szyi, aby napisać trzy krótkie słowa. Iście makabryczny sposób, ale przynajmniej skuteczny.
Gdy już kończył, światła w korytarzu zagasły. Nie zdążył zaadresować listu.
- Hej... Hej, Aeri, chodź... Chodź tu - wyciągnął rękę, odnajdując w ciemności pokrakującego ptaka. Przyciągnął go do siebie, pokracznie podając list. Ciemny, duży dziób zacisnął się na pokrwawionym pergaminie.
- Matthew... Matthew... Znasz go... Leć... Szybko... Obudź go. Musi wstać. Tak? Obudź... Ciągnij go za ucho - puścił kruka, pozwalając mu odlecieć w stronę jasności patio, samemu rozluźniając się i uderzając plecami o ścianę korytarza. Ciemno. Czy uzdrowiciel zdoła odnaleźć go w tym mroku? Zmusił się, aby odszukać w rozrzuconych śmieciach różdżkę. Na szczęście był oburęczny. Brak jednej dłoni nie przeszkadzał mu w posługiwaniu się magią. Co innego stawało na drodze - zakłócenia. Różdżka od kiedy nieszczęśliwie przebiła jego dłoń, nie chciała działać. Teraz nie było lepiej. Czy to wina samego patyczka, osłabienia czy też zakłóceń, nie mógł przegnać mroku nocy żadnym zaklęciem.
Rozluźnił mięśnie, a oparzona ręka upadła na posadzkę, upuszczając różdżkę. Odturlała się kawałek, zanim zapadła cisza. Nie zostaje mu nic ponad czekanie. Zatopienie w ciemności, sprowadzającej coraz większą senność. Nie może jednak spać. Nie wolno mu usnąć.
Leniwie uniósł lewą rękę, chwytając nią za prawe palce, zanim z rozmachem przekręcił dłonią. Aż spękane kości ponownie zagruchotały, a jego zalała fala świeżego bólu. Krzyknął cicho, kuląc się i przyciągając kończynę do piersi. Kolejna porcja adrenaliny pobudziła, chwilowo przeganiając senność. Zagryzł wargę czekając, aż cierpienie nieco opadnie. Wypuścił po tym powietrze z płuc i rozluźnił się nieco, pozwalając, by dłoń opadła na kolana.
Nie wątpił w to, że kruk sprowadzi pomoc. To mądre stworzenie. A w upał prawie wszyscy mają okna otwarte. Wleciał zatem z łatwością, siadając na poduszce śpiącego uzdrowiciela. Upuścił list na pościel, dziobiąc uparcie szatyna w głowę. Ciągnąc go za ucho i gardłowo kracząc, nie dając się odgonić, aż nie miał pewności, że adresat listu rozbudził się na tyle, by go odebrać.
Tym razem nawet nie chciał nagrody za dostarczenie wiadomości, zbyt zaaferowany stanem Neirina.

Aktualne obrażenia:
- Trzy głębokie (do kości) rany wzdłuż torsu, krwotok zatamowany zaklęciem
- Rozcięta skóra na potylicy, krwawi
- Ból głowy (wątek 1/2)
- Obita lewa noga, krwiaki
- Cztery ogromne rozcięcia na lewym udzie (od kolana po biodro, głębokie niemal do kości), ponownie się otworzyły i krwawią
- Złamany nadgarstek prawej ręki
- Prawa dłoń przebita różdżką; różdżka wyrwana z ciała, rana krwawi
- Niegroźne oparzenia na lewej dłoni
- Płytka, ale obficie krwawiąca rana w poprzek szyi
- Liczne rozcięcia, zadrapania, siniaki
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 37
Skąd : Wielka Brytania.
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 366
Dodatkowo : depresyjny i autystyczny; impotencja do 03.12.2018
  Liczba postów : 493
http://www.czarodzieje.org/t16392-matthew-alexander#449540
http://www.czarodzieje.org/t16401-matthew-alexander#449750
http://www.czarodzieje.org/t16400-matthew-alexander#449655
http://www.czarodzieje.org/t16387-matthew-alexander




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw Sie 02 2018, 20:51

Nie miał powodów do radości.
Każda noc objawiała się tym samym scenariuszem, czarnym jak śmierć, która nawiedza psy w jego umyśle. Tył głowy uzdrowiciela chował naprawdę okropne rzeczy, z których nie mógł się wyzwolić, będąc na grubych, niemożliwych do rozerwania za pomocą gołych rąk, łańcuchach, doprowadzając Matthewa na skraj zaburzeń psychicznych. Może nie był chory, jednak te wizje zbyt źle na niego działały, by mógł poprawnie funkcjonować podczas zezwolenia sobie odrobiny snu w swoim życiu. Nikt jednak nie potrafił złamać niepozornego zaklęcia - co prawda nie zostało ono w żaden sposób rzucone bądź napiętnowane, aczkolwiek coś musiało być na rzeczy, że za każdym razem, kiedy się budził, złe demony opanowywały jego ciało, powodując ogromny ból - czy to ręki, czy to klatki piersiowej. Przyzwyczaił się, ale raz było z nim lepiej, a raz gorzej - teraz jednak nie miał się czym pochwalić. Znieczulica emocjonalna, dzięki której był w stanie to przetrwać, odbijała się na nim jak piłeczka od ping ponga. Spał niespokojnie, nogami wywracając prześcieradło do góry nogami, choć nie istniało żadne realne zagrożenie. Coś jednak mu mówiło, że ta noc nie będzie normalna, przyniesie więcej nieszczęść, niż ktokolwiek byłby w stanie zaznać - skręcało go w brzuchu, natrętne myśli dawały o sobie znać ze zwiększoną częstotliwością, a oddech był niespokojny nawet wtedy, gdy jeszcze normalnie spał.
Uszczypnięcie w ucho.
Matthew otworzył oczy gwałtownie, czując, jak nie może złapać tchu, a sam tonie w odmętach oceanu, przez co płuca powoli napełniają się słoną wodą. Nie był to zbyt przyjemny stan, wszak czuł się tak, jakby powoli odchodził do nieświadomości, uduszony przez własne koszmary, które postanowiły zawiązać na jego szyi piękną linę. Ptak dziobał jego ucho, krakał, byleby wydostać go z tego stanu. Dopiero po chwili był w stanie wziąć głębszy wdech, spoglądając na znanego dostawcę poczty. Przestraszone oczy nie miały czasu nawet na to, by powrócić do swojego normalnego stanu, kiedy to zauważył wiadomość. Wiadomość, której treść została napisana krwią, świeżą krwią, wszak czuł, jak pergamin przesiąknięty jest wilgocią wynikającą z kontaktu ze szkarłatną cieczą. Lekarz miał nadzieję na pójście spać jeszcze raz, by zregenerować siły oraz odzyskać chociażby świadomość umysłu przez chwilowy odpoczynek - jednak to, co zawierał w sobie list wystarczyło, by tętno i ciśnienie podskoczyło, choć twarz pozostawała prawie niezmieniona. Może zgrywał twardziela? Sam nie wiedział i sam stwierdzić tego nie potrafił.
Migiem wziął ze sobą różdżkę, mając świadomość tego, że ta przyda się ogromnie - wszak nie był w stanie stwierdzić tego, co się dokładnie stało i czy przypadkiem Neirin nie jest ranny - albo kogoś, co gorsza, nie zabił. Oczywiście nie osądzał go z automatu o zamordowanie z zimną krwią jakiegoś innego ucznia, jednak podejrzewał jedno - ktoś potrzebuje pomocy. Tylko czemu sam? Tego nie wiedział. Wstał w łóżka dość szybko, otwierając ostrożnie, by nikogo nie obudzić, drzwi prowadzące do korytarza, biorąc ze sobą list, by nikt nie mógł odczytać zawartości. Tyle dobrego, że miał na sobie ciuchy, dzięki czemu nie stracił czasu na zbędne ogarnianie się do wyjścia z pomieszczenia, choć nie zauważył jednej, drobnej rzeczy - krwi na poduszce. Najbardziej zdziwiło go to, że ciemność, która panowała, nie mogła zostać odpędzona. Proste naciśnięcie jakiegokolwiek guziczka odpowiedzialnego od oświecenia zdało się na nic, a rzucenie zaklęcia Lumos nie wchodziło w grę, gdyż najwidoczniej drewniany, miłorzębowy patyczek odmówił posłuszeństwa. Powrócił na chwilę do pokoju, by po chwili wydobyć z własnego bagażu prostą, małą latareczkę (mugolską, sic!) oraz zapałki, które być może przydadzą się, gdy odnajdzie jakąkolwiek świecę w tych ciemnościach. Z takim oto ekwipunkiem ruszył na korytarz niespokojnym krokiem, cicho zamykając drzwi za sobą.
Nie wiedział jednak, gdzie dokładnie szukać. Małe, elektroniczne urządzonko na baterię dawało trochę za mało światła, by móc oświetlić dosłownie każdy kąt korytarza. Czyżby został skazany na wieczne poszukiwania Vaughna? Niestety, jego narząd węchu nie był przystosowany do działania jako ten u psów posokowców. Jedyne, czym mógł się tak naprawdę posługiwać, to odnalezienie rudzielca za pomocą głosu - jeżeli ten nie stracił w jakikolwiek sposób przytomności, bo i tak mogło być. Ostrożnie, by niczego nie zwalić, Alexander przemieszczał się przez zawartość korytarza, unikając niebezpiecznego spotkania małego palca ze szafeczką lub innym meblem chcącym przytulić tę niepozorną część stopy. Choć nawet i ta kwestia straciła na znaczeniu, kiedy czas niemiłosiernie obserwował jego poczynania, śmiejąc się pod nosem.
- Neirin...? - wypowiedział ostrożnie i na tyle głośno, by nie obudzić potencjalnych lokatorów pensjonatu. Matthew miał nadzieję, że odnajdzie, wbrew wszelkim przeciwnościom losu, prawdopodobnie zranionego doszczętnie chłopaka. Upływ sekund i minut zdawał się uderzyć go z liścia w twarz. A co, jak jest już za późno? Myśli te zaczęły pasożytować na jego umyśle, nie pozwalając mu spokojnie działać. Do tego nagłe wybudzenie ze snu dawało się we znaki przez proste przemierzanie korytarza, gdzie to ręce mężczyzny zaczęły się trząść z powodu obrazów znajdujących się w jego głowie.

______________________



Take me to church
I'll worship like a dog at the shrine of your lies
I'll tell you my sins so you can sharpen your knife
Offer me that deathless death
Good God, let me give you my life

| Do 03.12.2018 jest impotentem i mu nie stanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : utracony Berlin, następnie Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 2467
Dodatkowo : animag (kruk), magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 1774
http://www.czarodzieje.org/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://www.czarodzieje.org/t15091-daniel
http://www.czarodzieje.org/t15099-krebs
http://www.czarodzieje.org/t15076-daniel-bergmann




Moderator






PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią Sie 03 2018, 00:45

Sen nigdy nie był łaskawy; obłapiał wpierw ramionami w odprężającej rozkoszy - ramionami, które już wkrótce dusiły jak zaślepione żądzą ataku węże. Sen - z niebywałą rzadkością okazywał się być przyjemny - przybierał przerażające szaty, wysycony był śmiercią, wykrzywionymi w psychotycznych ekspresjach twarzami. Koszmary nawiedzały mężczyznę z ponurą regularnością - budził się on, nierzadko, z przerażeniem i kołaczącym sercem (czego nigdy, przed żadną, nawet bliską osobą - nie zdołał w bezpośredniości przyznać). Zimny pot potrafił oblewać - niczym niechciana parodia prysznicu, resztki wizji najczęściej tliły się jeszcze w głowie, otumanionej i pozbawionej całkowitego rozsądku - zstępował dopiero po chwili, wyostrzał spojrzenie, sprowadzał ogólną trzeźwość. Nękany był głównie wizjami swych zgonów, powtarzanych w chorej analogii cierpieniach na rozmaite sposoby; za każdym razem, spod tafli snu wynurzał się zwykle gwałtownie. Nie był on zwykle, przesadnie silny - potrafił wręcz, nastawiać się, prosto na wręcz przesadną, wydumaną czujność - zwłaszcza w niekomfortowej scenerii (do której, niewątpliwie - zaliczał się, dzielony z innymi pokój). Sytuacja na czas pobytu, była swoistym zaburzeniem równowagi w perfekcyjnie rozplanowanym życiu Daniela Bergmanna - powieki wobec tego ciążyły, choć równie lekko odłączały się oraz drgały w krótkotrwałym tańcu mrugania, prób odciągnięcia kotary mroku - dojrzenia lepiej rozlanych - w polu widzenia kształtów.
Tym razem - obudził go trzepot skrzydeł. Nim Daniel Bergmann uzyskał osobistą sposobność - aby zareagować, wstać, wyprężyć się niczym strzała oraz - bez większego namysłu, instynktownie podążyć przed siebie - Matthew zdołał ulotnić się znacznie szybciej. Pergamin, nasiąknięty częściowo skrzepniętą krwią, podsyłał automatycznie wykreowany przez umysł jej metaliczny zapach. Na parapecie - zamiast sowy - znajdował się kruk (jakże bliski, czyż nie?). Zwierzę zmierzyło błyszczącymi ślepiami, ciemnymi podobnie jak pióra oraz, posłużyło za przewodnika - aż w końcu, napotkał długi korytarz, pełen przyczajonego półmroku. Szedł prędko, nie rozglądając się nadto przy samym przejściu - bose stopy stawiając na chłodnej posadce (intuicja zrywała się, wrzeszczała ciągle swój alarmowy sygnał), odziany zaledwie w ubrane do snu bokserki.
Resztki światła zginęły już ostatecznie. Półmrok przemienił się w mrok. Całkowity.
Kilka, czynionych ciągle w pośpiechu kroków.
- Kurwa - najpierw wyrwało się z ust mężczyzny, kiedy się o coś w swoim rozpędzie potknął; zanim, w nikłym strumieniu światła spostrzegł - ach tak, błąd, wpadł na kogoś.
Było już jednak za późno, aby zatrzymać wspaniałomyślny przekaz.

______________________

it has been destined
to fail
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Hufflepuff
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Skąd : Llanfihangel-yng-Ngwynfa
Czystość Krwi : 10%
Galeony : 1013
  Liczba postów : 761
http://www.czarodzieje.org/t15703-neirin-vaughn#423773
http://www.czarodzieje.org/t16512-don-t-do-love-don-t-do-friends#454064
http://www.czarodzieje.org/t15736-kruk-pocztowy#424226
http://www.czarodzieje.org/t15719-neirin-vaughn#423916




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Sob Sie 04 2018, 03:03

Ciemność jest zabawna. W ciemności człowieka atakuje każde jego zwątpienie, wszelkie kompleksy, grzechy i złe myśli. Wszystkie one zostają wypaczone przez mrok, zwielokrotnione oraz głodne. Pragną żerować na umyśle ich żywiciela, doprowadzając go na skraj obłędu, paranoi i wyniszczenia.
Nie posiadał jednak kompleksów. Próżno u niego szukać zawahania, wyrzutów sumienia czy grzechów. Nie w jego mniemaniu. Cóż zatem kłębiło się w głowie Neirina w tej ciemności?
Co innego mogło, jak nie halucynacje?
Zaczęło się od drapania. Początkowo myślał, że ktoś idzie. Odezwał się nawet w ciemność, ta zaś odpowiedziała echem. Zwielokrotnionym jego własnym nawoływaniem, przez które przebrzmiewać jęły obce głosy, tak samo powielone.
Szepty, drapanie, stukoty i jęki. Krzyki, głosy, głuche uderzenia oraz pękający kamień. Przytłaczające, ciążące, miażdżące wręcz jego głowę. Albo to tylko utrata krwi? Serce nie wydoli zbyt długo bić. Pracować na próżno i nie robić nic, poza jałowym biciem piany, gdy juchy coraz mniej kłębiło się w naczyniach. Śmierć podobno miała być spokojna. On zaś spinał się w bólu, błyskając bielą białek, gdy nerwowo rozglądał się po otulającym go mroku.
Żebra unosiły się coraz wolniej, duszone do kręgosłupa przez siedzące na piersi omamy. Paraliż senny bez paraliżu, skucie umysłu okowami choroby. Ciężko się z tego wyrwać, kiedy nawet nie chcesz walczyć. Od dawna nie buntował się przeciwko halucynacjom, poddając się biegowi własnej wyobraźni. Niczym pchany prądem rwącej rzeki, nie marnował sił na płynięcie w stronę źródła, zamiast tego skupiając się tylko na tym, aby nie utonąć. By zimna, ciemna woda nie wpłynęła do płuc, a ciało zachowało resztki ciepła.
Wodził oczami po pustce wokół, zauważając nagle migoczącą w oddali plamkę światła. Małą kropkę, jaka drżąc i podskakując nieśmiało rosła. Zawsze powiadają, aby nie iść w stronę światła. A co, gdy światło idzie w stronę ciebie? O tym już nie wspominają. Być może mają mniej doświadczenia w umieraniu niż Neirin.
Nie podejrzewał nigdy, że tak wcześnie znajdzie się na skraju dwóch światów, stąpając po cienkiej granicy i chwiejąc się niebezpiecznie ku zimnej krainie umarłych. Czy żałował? Czy miał poczucie, że to za szybko, że jest za młody? Cienie emocji kotłowały się w jego wnętrzu, nie potrafił jednak nadać nazwy żadnemu. To radość, że nadchodzi koniec cierpienia, czy może żal, że odejdzie bez pożegnania z najbliższymi? Poniżenie, że wykrwawi się i zdechnie jak kundel na posadzce pensjonatu, płacąc najwyższą cenę za własną głupotę? Cokolwiek to było, ściskało z wolna jego płuca pospołu z halucynacjami. Oddechy stały się krótkie oraz płytkie, niewystarczające dla potrzeb ciała.
Głos uzdrowiciela był jak młot, rozbijający fasadę halucynacji. Wszystko urwało się nagle, jak nagle się zaczęło. Ciężar z piersi zelżał, do płuc dostało się życiodajne powietrze. Serce uspokoiło rytm, a z głowy rozmyły się resztki emocji. Znów był obojętny. Nienaturalnie spokojny. I tylko uszy dzwoniły echem dawnego hałasu.
Nawoływania Matthewa pozostały jednak bez odpowiedzi, kiedy rudzielec zakładał przesłyszenie się. W kakofonii krzyków, jakie napełniały jego uszy sekundy temu, nie miał pewności, czy wypowiedziane imię pochodzenie swe miało w ustach żywej osoby czy też zjawy.
Dopiero swojska, podwórkowa "kurwa" sprawiła, że uniósł ponownie wzrok na migotliwą plamę światła.
- Te to... piętro wyżej - mruknął, słysząc po tym szamotaninę. Światło upadło nagle, wraz ze stukotem metalowej obudowy na kamiennej posadzce. Kruk, do tej pory pełniący rolę przewodnika, zerwał się nagle i pochwycił latarkę. Była ładna. Drobna i błyszcząca. Kusiła zatem prosty, ptasi umysł. Może obietnicą pomocy, a może zwyczajnego ukojenia pożądania dla błyskotki. Acz gdy trzymał ją już, podleciał bliżej właściciela, lądując na posadzce pół metra od niego. W ciemności krukowaty także niewiele widział, niefortunnie mając latarkę odwróconą nie w stronę Neirina, a schodów oraz byłego jej właściciela. Blade światło padło na podłogę, ukazując rozmazane plamy krwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 37
Skąd : Wielka Brytania.
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 366
Dodatkowo : depresyjny i autystyczny; impotencja do 03.12.2018
  Liczba postów : 493
http://www.czarodzieje.org/t16392-matthew-alexander#449540
http://www.czarodzieje.org/t16401-matthew-alexander#449750
http://www.czarodzieje.org/t16400-matthew-alexander#449655
http://www.czarodzieje.org/t16387-matthew-alexander




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Sob Sie 04 2018, 04:21

Nie wiedział, co ma zrobić. Czuł się tak, jakby ktoś niefortunnie odebrał mu wdech, kiedy to czarny jak śmierć kruk przyleciał i wylądował na jego półtwardej poduszce. Widok zakrwawionego listu było ostatnim, co tak naprawdę chciały zobaczyć jasne, lśniące od czasu do czasu tęczówki uzdrowiciela. Sam fakt dostania takiego czegoś, gdzie tusz został zamieniony na szkarłatną, ciepłą jeszcze ciecz, na pewno nie zostałby pozytywnie odebrany przez jakiegokolwiek z uczniów, uznając to za koszmar bądź chociażby przewidzenie. Kto by uwierzył, że w nocy przyleciała ciemna jak noc ptaszyna, która zwiastuje śmierć, trzymając w swoim dziobie kawałek pergaminu napisany w dość niecodzienny sposób? No właśnie. Nikt. Tak samo, choć innymi motywami, kierował się ów czarodziej, kiedy to obudził się oraz odczytał zawartość przesyłki godnej filmu z kategorii horrorów. Prośba i cel były jasne - przyjść samemu. Wiedział, że w przypadku Neirina jest to trochę solidnie konieczne, żeby mógł dać sobie pomóc - niemniej jednak, nie wiadomo było, ile dokładnie krwi zdołał upuścić, przez co Matthew czuł wręcz, że istnienie jednej osoby w środku nocy, która zna się na rzeczy i potrafi sobie radzić z różnymi urazami, może być niemałym problemem. Nie żeby wątpił w swoje umiejętności, tylko po prostu czuł, iż nie da rady - nie zemdleje, nie straci przytomności pod wpływem widoku krwi (przecież się obudził bardziej niż po kawie, gdy przed jego patrzałkami pojawił się list), a bardziej nie wytrzyma pod względem psychicznym - zmęczony i wyglądający jak cień prawidłowego człowieka. Wszystkie te sytuacje były niczym ciężkie elementy położone na zawalonej już innymi przedmiotami desce, która tylko czeka, aż zacznie pękać oraz przełamie się w pół.
W oczach Boga był tylko człowiekiem.
Wybudzenie ze snu nie miało jednak najlepszych skutków - organizm nadal sądził, że za chwilę ciało pokryje miękka kołdra, a głowa wyląduje na odwróconej poduszce. Nic jednak takiego się nie stało, tudzież umysł musiał zacząć płatać różnorakie figle, biorąc garściami to, czym nie zdołał się wykazać podczas fazy REM. Naprawdę rzadko kiedy zdarzało się, żeby musiał pozostać na nogach na dłużej niż 5 minut w środku nocy, a nawet jak psiaki chciały wyjść do ogrodu, zajmowało im to dosłownie sto dwadzieścia sekund. Na pewno byłoby łatwiej przez to wszystko przejść, gdyby pomieszczenie było w pełni oświetlone - niestety, ale tym razem dość elastyczna wyobraźnia stała się tylko przekleństwem. Może Matthew zachowywał się teraz jak pięcioletnie dziecko, wyobrażając sobie koszmary ze snów prosto za sobą, nie mając odwagi się odwrócić ani o centymetr, jednak innej podstawy przyjąć po prostu nie potrafił. Ręce mu delikatnie drżały na samą myśl o tym, iż coś może pójść nie tak, iż nie zdąży na czas, iż śmierć z jego snów będącymi istną reinkarnacją czeluści Piekła znów pojawi się, odbierając jednak realne życie. Nerwowo trzymał w swoich dłoniach iście mugolski przedmiot, zastanawiając się nad tym, czy to był dobry dla niego wybór, żeby ruszać prosto do paszczy lwa. Opuścić rudzielca nie mógł, a skoro ten do niego napisał, sprawa musiała być dość poważna. Nawet bardzo. Egipskie ciemności panujące na korytarzu jednak nie sprzyjały poszukiwaniom poszkodowanego Walijczyka. Uważne, ale nadal przestraszone oczy z rozszerzonymi źrenicami obserwowały miejsca, gdzie padało światło latarki.
Jednak nagłego pchnięcia się nie spodziewał.
Może mężczyzna nie miał przy sobie jakiegokolwiek noża, aczkolwiek upadek, po części na stół, po części na fotel, ewidentnie nie należał do najprzyjemniejszych. I nie chodziło tu o wadzenie w jakąkolwiek prywatność, po prostu nie każdy chciałby przywalić częściowo nogą w trochę ostry kant blatu, trochę plecami w ramię od fotela, a resztą ciała w dość miękki materiał, z którego został wykonany mebel, przy jednoczesnym odczuwaniu ciężaru wynikającego po prostu z budowy ciała. Lekko oszołomiony Matthew poczuł się tak, jakby jeszcze raz nawiedziły go paraliże senne, nie mogąc wziąć jakiegokolwiek wdechu, dusząc się wręcz z powodu własnej głupoty, kiedy to jeszcze przy okazji opuścił latarkę, która postanowiła z charakterystycznym stuknięciem pomijać kolejne stopnie schodów. Strach opanował jego wiotkie ciało trzęsące się jak galareta, a przed oczami jeszcze raz pojawiły się wizje znajdujące się w jego głowie. Mimo próby uspokojenia się, gwałtownym ruchem, jednak nie za silnym, dość słabo odsunął od siebie nieznaną sylwetkę, kiedy to z opóźnieniem dostrzegł odbijające się echem w jego umyśle przekleństwo wypowiedziane z ogromną starannością. Rozpoznał tę wysokość głosu, ten charakterystyczny typ, a po części nawet, w tym metalicznym, unoszącym się na kilometr odorze, zapach.
- O-odsuń się, Bergmann, d-dusisz mnie... - wykaszlał, kiedy to odzyskał wdech, gdy ten wreszcie postanowił poszanować jego prywatność osobistą, która dopiero teraz, po dawce adrenaliny do jego ciała, jasną czerwienią diody mieniła się, wyraźnie zaznaczając, że jego przestrzeń prywatna została naruszona. Dużo czasu na ogarnięcie się jednak nie miał - bo liczyło się tutaj ludzkie życie, a czas pewnie przygotował sobie popcorn, wpychając go do gęby i chrupiąc, przeczekując kolejny rozwój zdarzeń. Jednak było jedno pytanie, które musiał zadać, zanim stwierdził, że Daniel ma jakikolwiek fetysz. - Czy ty... czy ty masz cokolwiek na sobie...? - zapytał, przypominając sobie, że mimo wszystko, jak tak starał się go odepchnąć, to dłoń nie spotkała się jakimkolwiek materiałem. A teraz, w ogóle niczego nie widząc, zastanawiał się, czy przypadkiem nauczyciel od transformacji nie zrobił sobie z korytarza plaży nudystów, pewnie co każdej nocy tutaj łażąc bez jakiegokolwiek kawałka ubrania, ciesząc lub strasząc widokami uczniów i uczennice Hogwartu. Jezu. W jaki temat on uderzył. Czy ma w ogóle czelność? Nie kręciło go to, że potencjalnie jego najlepszy kumpel znajduje się przed nim nago (ewentualnie pół nago, jakoś nie chciało mu się go specjalnie macać w żaden szczególny sposób, by się przekonać, że "aha! Ma bokserki!"), po prostu czuł się trochę nieswojo, a pytanie, jak na złość, przeczesywało jego zakamarki umysłu pokryte charakterystycznymi włosami.
- - C-czemu mnie śledzisz...? - zapytał się, ogarnąwszy swój naganny stan, czując, że po prostu musi się zapytać, dlaczego ktoś postanowił za nim pobiec. Po chwili oddech się uspokoił, a był wręcz chaotyczny, kiedy to wizja rozszarpującego i duszącego go stworzenia pojawiła się przed charakterystycznymi, niebieskimi tęczówkami. Było ciemno, za ciemno, musiał jakoś zdziałać na korzyść, żeby przypadkiem się nie pozabijali przez własną niezdarność i nieszczęście w tym miejscu. W mgnieniu oka wziął za pudełeczko zapałek, które miał in case of emergency, zapalając jedną z 38 sztuk poprzez tarcie. Tuż po chwili na korytarzu pojawiło się malutkie światełko, które mimo wszystko wystarczyło, by faceci upewnili się, że tak, to na pewno oni i nie ma się czym martwić. - N-No i latarka zniknęła... - mruknął zrezygnowanym głosem, spoglądając na stół, gdzie, na szczęście, jakby Bóg się nad nimi zlitował, znajdowała się jedna z tych świec, która bez trudu mogła się przydać, by odnaleźć Neirina. Usłyszawszy trzepot skrzydeł, charakterystyczny właśnie dla kruka należącego do młodszego rudzielca, zrozumiał, że ten pełni rolę ich przewodnika. Albo pełnił, bo tuż po chwili jego towarzystwo wyparowało, a z gardła uzdrowiciela wydobył się głos ciut głośniejszy od poprzednich. - A-Aericurus...! - nie wiedział jednak, czy ten się pojawi przed ich obliczem z przedmiotem w swoim twardym dziobie, czy może po prostu utrudni życie, każąc im samym szukać, tak jak on przed chwilą.
Westchnął ciężej.
- N-nie będę owijać w bawełnę, dostałem list. - powiedziawszy te słowa, wepchnął w ręce Bergmanna kawałek pergaminu nasączony krwią, kiedy to zapewne intuicja nauczyciela od transformacji postanowiła zaalarmować jego umysł, by ruszyć przed siebie, pomimo braku światła. Tuż po chwili uzyskali większe jego źródło, gdy to Matthew trzymał przy sobie woskową świecę za pomocą metalowego chwytnika, oświetlając znacznie wiadomość przekazaną przez czarnego kruka. - Coś czuję, że sprawa jest zbyt poważna, by zignorować taką wiadomość. - szczerze przyznał, przypominając sobie fakt tego, iż chłopak już wcześniej znalazł się na jego oddziale po tym, jak zetknął się z trollem. A nawet dwoma.
Spojrzywszy w ciemność, nie wiedział, co jest halucynacją, a co rzeczywistością, co ma zamiar go udusić, a co jedynie właśnie przydusić przez przypadek. Jednak usłyszał drobny szmer, drobne słowa, które rykoszetem odbijały się w jego łbie po tym całym incydencie, nienależące bezpośrednio do charakteru ich rozmowy. A może się mylił? Może to tylko beztroskie wołania umysłu o usunięcie panującego wokół mroku, który przeszywał jego wyobraźnię na wskroś? Matthew coraz gorzej znosił psoty wynikające z tej właśnie przyczyny, aczkolwiek jedno postanowił - nie pozwoli, by Vaughn zdechnął jak kundel pod drzwiami. Nigdy do takiej sytuacji nie doprowadził i wolał mimo wszystko zrobić wiele, by temu zapobiec. Zagubionym wzrokiem spojrzał pierwsze na Daniela, a potem, oświecając drogę, przedostał się na, miejmy nadzieję, niezbyt psotliwe schody, które pozwoliły mu na zapoznawanie się z kolejną częścią niezwykłego pensjonatu. Na to jednak czasu nie miał, nawet jeżeli podczas tej akcji spoglądał na obrazy poruszające się na ścianie, jednak nie był w stanie żaden sposób rozpoznać tego, czy to rzeczywiście się dzieje, czy jego umysł po prostu szarpie się, sprawiając mu jeszcze dodatkową rozrywkę w postaci większych halucynacji. Niemniej jednak nie pozostały one bez konkretnego zauważenia, nie pozostały w cieniu, nie ominęły nagminnego wzroku zagubionego w tym wszystkim Alexander'a, który miał nadzieję, że szybko znajdą rudzielca. - Oby nie było za późno...- oznajmiwszy, spojrzał w stronę kończących się schodów, skąd padało z określonej odległości światło jego latarki. Zmęczony psychicznie (fizycznie nie miał jak) uzdrowiciel jeszcze raz nawoływał chłopaka, chociaż nie przerywał w zbliżaniu się do źródła światła. Jedyne, w co pokładał własną cierpliwość, to na sam fakt, iż nie jest to kolejna iluzja umysłu, w którą wpadł. A sam nie wyglądał najlepiej. - Neirin...?

______________________



Take me to church
I'll worship like a dog at the shrine of your lies
I'll tell you my sins so you can sharpen your knife
Offer me that deathless death
Good God, let me give you my life

| Do 03.12.2018 jest impotentem i mu nie stanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : utracony Berlin, następnie Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 2467
Dodatkowo : animag (kruk), magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 1774
http://www.czarodzieje.org/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://www.czarodzieje.org/t15091-daniel
http://www.czarodzieje.org/t15099-krebs
http://www.czarodzieje.org/t15076-daniel-bergmann




Moderator






PisanieTemat: Re: Korytarz   Nie Sie 05 2018, 14:31

Wulgarne słowo wspięło się wśród powietrza - krótko, niezwykle krótko - niczym pęd ogłuszony chwastem przemijalności - acz w krótkotrwałym żywocie stało się niepoprawnie silne - zbyt soczyste; drżąca żywotność głosek, przedzierająca się, odbijana w klaustrofobicznej przestrzeni, jeszcze - tak - razy kilka, była niesiona przez echo. Nie umiał tego powstrzymać - nieeleganckie kurwa mimowolnie zrodziło się, wydało plon na języku - zanim, umysł powrócił w stadium uświadomienia, trzeźwości - wymsknęło się między wyrwą w gwałtownie rozwartych ustach.
Koniec. Zapadło.
Impuls wściekłości szarpnął krótkotrwale Bergmannem, wymieszał się z zaskoczeniem w bliżej nieokreślonych proporcjach; mężczyzna znalazł się na Matthewie, Matthew wylądował na meblach (?), zdawałoby się - częściowo stole, częściowo również fotelu (co za kretyn, umieścił je w wąskim przejściu?), latarka - ciskająca nikłą poświatą, rozbiła się o podłoże - w swojej agonii podniszczonego przedmiotu, zamknęła świetliste oko. Zapanowała ciemność.
Był początkowo nadto oszołomiony - aby być w stanie podjąć błyskotliwą decyzję; tkwił na nim niczym zrzucona kłoda, bezwładna masa upadająca bez zapowiedzi na plecy. Siedemdziesiąt kilka kilogramów, wkrótce przywracających dozę odpowiedniego dystansu. Podniósł się, dość ociężale, uwalniając biednego Matthewa - przez chwilę z trudem chwytającego oddech.
- Niezbędne minimum - lekki szept rozniósł się między nimi, tym razem, całe szczęście dyskretny. - Nie musisz się więc obawiać. - Nie umiał odmówić sobie w takim kontekście ironii - w innym przypadku, byłaby ona radykalniejsza, lepiej uderzająca w sedno; obecnie, rozważając prawdopodobną bliskość niebezpieczeństwa i czyhających nań obowiązków - zadecydował uciąć tę sprawę krótko. Nie sypiał w koszulce - było zbyt gorąco, stanowczo - niemniej, nie sypiał również (a zwłaszcza z tyloma ludźmi) zupełnie nago. Czas działał na jego, na ich niekorzyść - nie mógł więc stracić uciekających sekund, usiłując naprędce odnaleźć przyzwoite odzienie. Przebywanie w samych bokserkach nie było dość trafnym wizerunkiem dla opiekuna, tym bardziej - profesora, nauczyciela - chociaż obecnie, był to w mniemaniu Bergmanna najmniejszy, uprzykrzający problem.
Należało przeć naprzód - jak ślepiec, z wyłożonymi przed torsem rękoma, nie spowodować kolizji z kolejnym, napatoczonym przedmiotem. Całe szczęście, pojawił się kruk - z krukiem światło; nie bez przyczyny owe zwierzęta były symbolem inteligencji - i również wielu, wielu kojarzących się negatywnie znaków. Dopiero wtedy, przyjrzał się tej pomiętej i poplamionej szkarłatem kartce; dookoła zamajaczyły obrazy, w tym jeden - spleciony z przędzy. Słońce i księżyc; Bergmann nieomal prychnął. Wzajemna rola - światło prawdziwe oraz odbite oszustwo. Wcześniejsze Lumos ciągle kończyły się fiaskiem - więcej już nie próbował.
- Widziałem - mruknął, niepocieszony. - Na szczęście, zdążyłem się obudzić - dodał, akcentując specjalnie Alexandrowi; tak, miał jemu za złe - samotną, opiekuńczą wycieczkę. Nie budził nikogo - pal licho jego, chociaż - w obliczu nieznanych osób, jako znajomy z dzieciństwa zdawał się być najlepszym w kandydowaniu na towarzysza. Tak czy inaczej, sam siebie wybrał, narzucił jemu obecność.
- Następnym razem możesz mnie informować - dodał jedynie, subtelnie - w porównaniu do bijącego serca, tłukącego się wściekle w napięciu. Czas. Czas. Musieli zdążyć.
- Też tak uważam - lakonicznie oznajmił - postanowił nie drążyć tematu, nie gdybać; aktualnie musieli dostać się do Neirina. Wytężał wzrok; źrenice zastępowały błękit, łakome na chociaż wiązkę lichego światła. Co dalej?

______________________

it has been destined
to fail
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 37
Skąd : Wielka Brytania.
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 366
Dodatkowo : depresyjny i autystyczny; impotencja do 03.12.2018
  Liczba postów : 493
http://www.czarodzieje.org/t16392-matthew-alexander#449540
http://www.czarodzieje.org/t16401-matthew-alexander#449750
http://www.czarodzieje.org/t16400-matthew-alexander#449655
http://www.czarodzieje.org/t16387-matthew-alexander




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Nie Sie 05 2018, 16:16

Życie wiele razy testowało jego nerwy wykonane ze stali. Nieraz jednak właśnie te były nastawione na wyobrażenia siedzące z tyłu głowy, które z czasem zamieniały się w robaki pasożytujące na jego umyśle, trudne usunięcia samemu i bez odpowiednich do tego narzędzi. Te wbijały się w skórę, nie puszczały, za to zabierały w trybie natychmiastowym niezbędne rzeczy do przetrwania, wadząc na jego kolejnych krokach. Jak na złość owady, siedzące w jego głowie i nie zamierzające jej opuścić, dość powoli powodowały ogólnie widoczne zmiany. Każdy, kto znał kiedyś Matthewa, był w stanie stwierdzić, że szatyn zmienił się, ale nie wiadomo do końca, czy to na dobre wyszło, czy też może na złe. Na pewno w przeszłości był o wiele mocniej naiwny, bardziej wierząc w dobro wynikające z zasianych nasion w ich sercu, przez co nieraz otrzymywał porządnego kopniaka, na tyle porządnego, że z trudem był w stanie zapomnieć o wcześniej zaistniałej sytuacji. Alexander należał do tych bardziej wstydliwych osób, trochę inaczej niż rówieśnicy reagując na nowe relacje, wiedząc doskonale o podróżach wynikających z niestałej pracy ojca po tym, jak jego matka zniknęła. Gdzieś około od tego momentu zaczął się zmieniać - stał się cichą ofiarą Ślizgonów, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa, kiedy pielęgniarka ponownie pytała się, co go spotkało podczas przerwy na korytarzu, unikał relacji, a przede wszystkim zaczął się odsuwać od społeczeństwa, kiedy to samo robił tato z jego osobą. A może to wynikało ze wzajemnego unikania siebie nawzajem? Niby mieli się wspierać, jednak wyszło to tak, jak niestety wyszło - ojciec nie mógł przyjmować do siebie syna na spokojne Święta, równie dobrze wakacje spędzał odrobinę samotnie. Teraz... no cóż. Za spokojny. Równie dobrze ktoś mógłby go oskarżyć o branie jakichś narkotyków, jednak tego w ogóle nie robił, wiedząc doskonale o wpływie używek na zdrowie fizyczne i psychiczne - po prostu wiele rzeczy mu zobojętniało - nie na tyle jednak, by był w stanie przejść obojętnie wobec osoby cierpiącej. Wkurzające wcześniej rzeczy już go nie wkurzały, a ludzie, mimo swoich kaprysów, stracili na znaczeniu, a na pewno mniejszą wagę przywiązywał do ich osoby, starając się nie nawiązywać jakiejkolwiek więzi emocjonalnej - ale doskonale wiedział, że nigdy mu to nie wyjdzie. Alexander zauważał powtarzające się schematy, z łatwością dostrzegał drobne szczegóły, jednak rzadko kiedy o nich mówił, by nie wyjść na wariata. Możliwe, że wpadł w koło codziennej rutyny, która na szczęście przerwał wyjazd do egzotycznego kraju, powoli zapoznając się w jego manufakturą - opuszkami palców przesuwając po materiale, jaki los dał mu zaznać. Urlop się należał, jednak czy to ewidentnie będzie urlop, skoro spotkał go obrażający wszystko i wszystkich obraz, wymuszony śpiew podczas rozmowy oraz zimne temperatury w pokoju, na które ledwo co pomagało owinięcie się w naleśnika poprzez koc oraz czytanie lektury, oczami śledząc kolejne wiersze książki?
Może nadal posiadał w sobie cząstkę naiwności?
Teoretycznie Matthew nie miał teraz prawa myśleć o swojej przeszłości - i tego zwyczajnie nie robił. Zamiast tego myślami znajdował się wokół czarnego kruka, napisanego krwią listu z charakterystycznym metalicznym zapachem, który pewnie przyciągnąłby do siebie jakiegos wampira, wilkołaka lub jakiekolwiek inne stworzenie żywiące się szkarłatną cieczą, niefortunnym wypadku i braku latarki. Nie spodziewał się, że noc będzie tym razem ciężka i nieprzespana, a koszmary wyjdą na światło dzienne, płatając z niego figle podczas spoglądania w całkowitą ciemność wynikającą z wszechobecnych zakłóceń, które nie ominęły również Meksyku. Nienawidził ciemności. Może nie palał do nich czystą nienawiścią, lecz za dużo cięć otrzymał podczas pobytu wokół nich - za bardzo krwawił, niewidocznie, choć nadal krwawił, wewnątrz własnego ja, wewnątrz duszy, jak gdyby ktoś był w stanie wbić tam nóż oraz bez konkretnego pomysłu na zadanie obrażeń pociągnąć za ostrze w dowolnym kierunku.
Jedyne, z czego uzdrowiciel mógł się tak naprawdę cieszyć, to z faktu, iż czary można rzucać jeszcze bez większego problemu, gdyż różdżki w żaden sposób nie odmawiają posłuszeństwa. No dobra, jakiekolwiek dające światło zaklęcia nie chciały się słuchać, jakby ktoś zablokował taką teoretyczną możliwość, lecz Matthew pomyślał nad tym, co się może wydarzyć, mając ze sobą zapałki. Mugolskie zapałeczki, które okazały się być zbawiennym przedmiotem wśród egipskich ciemności mącących w głowie; ustawiających i odgrywających swoje własne przedstawienie teatralne, z łatwością artysty wprawionego w tego typu rzeczy ciągnęły za sznurki, mając przy tym dość niesamowitą zabawę. Szkoda tylko, że tutaj w grę wchodziło ludzkie życie rudzielca, który z każdą chwilą pewnie czuł się coraz gorzej i gorzej. Zanim jednak porządnie zajął się wzięciem w dłoń świecy, musiał uporać się z własnymi koszmarami, mętlikiem w głowie, napięciem wzrastającym z każdą chwilą, strachem oraz życiem. Jakby każdy szelest w mroku wydawał się być chwilą przekreślającą jego dotychczasowe człowieczeństwo, jakby ktoś z premedytacją chwycił za sznurki i odegrał własne przestawienie, śmiejąc się niczym sam Bóg z zaistniałej sytuacji. Poruszany według odpowiedniego scenariusza, oczy Matthewa wbiły wzrok w jakikolwiek punkt ciemnej wizji, gdyż praktycznie niczego nie widział i jedyne, na czym mógł polegać, to tak naprawdę narząd słuchu, który go również zwodził.
Odetchnął z ulgą, kiedy mężczyzna ważący ponad siedemdziesiąt kilogramów postanowił ulżyć i pozwolić mu wziąć kolejny wdech, tym razem chaotyczny. Matthew nabawił się dość specyficznych wrażeń - pierwsze brak jakiegokolwiek światła, potem nagły atak snów w rzeczywistości, by następnie okazało się, że chodzącym koszmarem jest tak naprawdę tylko o wyłącznie Bergmann, którego słowa strawił w duszącej go ciszy. Wyczuł irionię w drugiej odpowiedzi, być może na wskroś prawdziwą, ale trochę takiego Daniela się spodziewał. Przeciągać tej rozmowy mimo wszystko nie zamierzał, chociaż w głębi duszy odetchnął, że fetysz bycia nudystą w przypadku nauczyciela od transformacji się nie sprawdził. Czas ich gonił, czas ich chwytał za ogony, czas wbijał swoje niepozorne, potężne szczęki, zadając dodatkowe obrażenia. Dusił, przyduszał, zadowolony bóg. Tyle dobrego, że mieli jakiekolwiek źródło światła, które oświetliło nie tylko kawałek pergaminu przekazanego przez ucznia, ale także część pomieszczenia na tyle, iż następnej takiej gapy po prostu nie zaliczą - nie wpadną na żaden mebel, nie zaznają największego bólu powiązanego z uderzeniem tym cholernym, małym palcem u stopy, w kant jakiegokolwiek mebla. Chociaż to wydawało się być najmniejszym problemem, szkoda byłoby, gdyby otrzymali kolejnego poszkodowanego.
Rozmowa wydawała się być dla niego pewnego rodzaju ukojeniem i stabilizacją na drodze utraty prawidłowego postrzegania rzeczywistości, jak również rodzajem atakiem na jego osobę. Nie miał tego w żaden sposób za złe, iż kompletnie niespodziewanie otrzymuje ochrzan od innego opiekuna, ale zawsze starał się nie wplątywać w kłopoty innych ludzi. Uznawał, że sam jest wystarczającym kłopotem, by inni musieli się z nim, na całe nieszczęście, borykać. W niebezpieczeństwo, wbrew wytycznym, wolał wchodzić sam, nawet jeżeli miał możliwość obudzenia Bergmanna i wzięcia go ze sobą na dość nieprzyjemną wycieczkę. Matthew czuł się winien zaistniałej sytuacji, wszak mógł nie doprowadzać do tej tragedii, mógł lepiej zdziałać, jednak typowa rola outsidera dała o sobie znać w jak najmniej odpowiednim momencie. Zagubionym wzrokiem, broniąc się przed jakimkolwiek oskarżeniem, zawrócił w stronę malowanego płótna na ścianie, które przykuło jego uwagę na krótki moment, aczkolwiek wystarczyło, by na końcu umysłu zrodziły się różne pytania i odpowiedzi. Niebieskie tęczówki bez problemów znalazły powiązanie między sytuacją, w jakiej się sami umieścili, a pomieszczeniem, w którym została zarzucona szata mroku. Po świetle następuje ciemność, a po ciemności jasność. Po dniu następuje noc, a po nocy dzień. Relacja była na tyle wzajemna, iż jakiekolwiek odstępstwa od tego mogły doprowadzić do tragedii. Czyżby oznaczało to, że za jakiś czas ciemności zostaną pożegnane i lampy zaczną normalnie działać, a Lumos nie odmówi posłuszeństwa? Sam tego nie wiedział.
Tyrania umysłu dobiegała powoli końca, aczkolwiek Matthew nie chciał ryzykować posilenia się zaklęciem wytężającym słuch. Miał obawy. Obawy rodzące się w jego sercu, które znacznie się uspokoiło od chwili, gdy miał obok siebie jakiegokolwiek towarzysza. Oczy dokładniej obserwowały otoczenie, a uszy starały się dostrzec jakąkolwiek drobnostkę w hałasie przez nich wydawanym. Kolejne słowa towarzysza spowodowały, iż ten przytaknął, zmęczony, rozbity, z podkrążonymi patrzałkami, niczym pies słuchający się swojego właściciela pomimo krzywd, jakie go spotykają. Nie dość, że wyszedł na idiotę, to jeszcze, kto wie, może pokazał, że nie ufa nikomu, nawet temu, kogo poznał już o wiele wcześniej. Czuł się głupio, wyrzuty sumienia drążyły dziurę w jego brzuchu, a na licu pojawił się bardzo słaby uśmiech, skierowany prawdopodobnie w stronę samego siebie, niżeli chcącego mu towarzyszyć nauczyciela od transmutacji.
Długo jednak jego obłuda nie trwała, na długo nie było mu dane zaznać spokoju wynikającego z bijącego bez problemów serca, które na przed tym wydarzeniem nabrało charakterystycznego, miarowego rytmu. Może nie był on idealny, aczkolwiek mógł śmiało stwierdzić, że w tej sytuacji biło ono za powoli - czyżby teoria o tym, iż bradykardia występuje u osób skłonnych do przemocy, była najczystszą i najświętszą prawdą? Raczej nie, skoro nawet bić się nie potrafił, a przede wszystkim nie mógł chwycić za nóż i kogoś pchnąć w taki sposób, by odebrać mu życie. Przejście przez schody było jedną z najgorszych rzeczy, chociaż to, co potem zobaczył, jego oczy, zmęczone i chcące zaznać odrobiny odpoczynku ze strony stresującego życia uzdrowiciela, na długo zapamiętały. Teraz nie potrzebował ani dodatkowej dawki kofeiny w postaci kawy, ani żadnego innego środka pobudzającego umysł do działania. Charakterystyczny zapach krwi, metaliczny i trochę mdlący, dotarł do jego nosa tuż po chwili, kiedy postawił kolejne kroki na niższym piętrze, zbliżając się do źródła światła trzymanego przez piórzaste stworzenie. Czyżby było aż tak źle? Matthew zacisnął zęby, oświetlając miejsce, gdzie znajdowała się latarka.
Znaleźli go.
Zakrwawionego, nagiego i w tragicznym stanie. Wyrzuty sumienia natychmiastowo dotarły do jego umysłu, skutecznie żerując na jego możliwościach, które z trudem opuszczały głowę. Być może mógł zapobiec tej tragedii. Być może chłopak nie musiałby wtedy tak teraz cierpieć. Być może uniknęliby takiego spotkania.
Ale nie zdążył.
Alexander już przygotował różdżkę, starając się uspokoić zdruzgotane i pęknięte myśli.
Znalazł się pod ostrzałem.
- N-Neirin... - powiedział szybko, jakoby starając się nawiązać z nim jakąkolwiek konwersację, by ten nie odleciał gdzieś w miejsce, do którego raczej żaden z obecnych dorosłych nie chciałby trafić. Utrzymanie przytomności poszkodowanego było w tej chwili jedną z najważniejszych rzeczy. - Cokolwiek by się działo, nie zasypiaj. - oznajmił, spoglądawszy na obrażenia, jakie ten otrzymał, by po chwili stwierdzić, że to nie była zwykła istota. Istota przemieniona.
Wilkołak.
Przed rzuceniem jednak jakiejkolwiek umiejętności przeanalizował dokładnie sytuację, w której się znalazła cała trójka. Matthew wiedział doskonale, iż musi orzec, które z obrażeń są najpoważniejsze, a przede wszystkim które doprowadzą do szybszego zgonu, jeżeli ten miałby nastąpić. Skupił się szybciej, czując, jak jego serce zaczyna bić mocniej pod wpływem stresu, a ręce powoli zaczynają się trząść. Mimo wszystko i wbrew wszystkiemu ta sytuacja była inna, niecodzienna dla niego - na szpitalu spotykał jedynie jednego ze stu tysięcy innych czarodziei, a tutaj? Znał go, kojarzył, otrzymał list, nawet dwa, czuł się winien i odpowiedzialny za jego zdrowie. Do jakiej tragedii doprowadził, niestety dałby sobie rękę uciąć, że to jest tylko i wyłącznie jego wina. Na razie uzdrowiciel postanowił pozostawić emocje na bok, wszelkie żale i smutki wyrzucić z umysłu, by zacząć myśleć racjonalnie, kiedy to postawił świeczkę w odpowiedniej odległości od Vaughna, by światło bez problemu oświetliło obrażenia, jakie rudzielec otrzymał. A tych było po prostu za dużo. Sklasyfikował jednak dwa najpoważniejsze - gdyż zdołał zrozumieć, że wcześniej Neirin lub ktokolwiek inny skorzystał z zaklęcia tamującego na klatce piersiowej - składające się na nie cztery głębokie rozcięcia pazurami na udzie oraz obficie krwawiącą rana na szyi. W przypadku tego drugiego wystarczyło rzucić bez jakiejkolwiek wymowy zaklęcie, przy okazji zajmując się naprędce obrażeniem na dłoni, aczkolwiek przy ranie kończyny dolnej postanowił skorzystać z innej formy zatamowania płynącej szkarłatnym strumieniem krwi z ciała chłopaka. Będzie trzeba ewidentnie skorzystać z Transfusion.
- Haemorrhagia iturus. - rzucił, mając nadzieję, że jego umiejętności wystarczą do tego, by bez sprzętu szpitalnego i bez pomocy kogokolwiek innego w zakresie lecznictwa, zatamować krwawienie w celu przeniesienia chłopaka do bardziej praktycznego pomieszczenia. - Przeniesiesz go? - zapytał się, choć tuż po chwili wziął ze sobą świeczkę, jakoby zmuszając go do tego. Jeden będzie oświetlał, dopóki wszelkie bardziej niebezpieczne rany zostały zabezpieczone, a drugi nosił. Brzmiało raczej na dobry układ, a na pewno Daniel nie zastanawiał się nad tym i nie wykłócał, działając na niekorzyść czasu.

______________________



Take me to church
I'll worship like a dog at the shrine of your lies
I'll tell you my sins so you can sharpen your knife
Offer me that deathless death
Good God, let me give you my life

| Do 03.12.2018 jest impotentem i mu nie stanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Hufflepuff
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Skąd : Llanfihangel-yng-Ngwynfa
Czystość Krwi : 10%
Galeony : 1013
  Liczba postów : 761
http://www.czarodzieje.org/t15703-neirin-vaughn#423773
http://www.czarodzieje.org/t16512-don-t-do-love-don-t-do-friends#454064
http://www.czarodzieje.org/t15736-kruk-pocztowy#424226
http://www.czarodzieje.org/t15719-neirin-vaughn#423916




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Wto Sie 07 2018, 02:02

Bezsensem było się obwiniać. Kto mógł wiedzieć, że Neirin opuści bezpieczne schronienie i podąży w czasie pełni na spacer? Odsłonięty oraz niemal całkowicie bezbronny w starciu z wilkołakiem. Nawet on sam nie zdawał sobie z tego sprawy, tkwiąc w błogiej nieświadomości. Zakładając dzień przed wróżącą przemianę pełnią, wybył na spokojny spacer na plażę.
Jak owy się skończył, para opiekunów miała dopiero ujrzeć.
Nim to jednak nastąpiło, przez umysł Neirina jęły przepływać różne myśli, wśród których królowała jedna - czy na pewno kompetentną osobę wybrał na swojego wybawiciela? Posada uzdrowieciela rozumu do głowy nie dolewała, słysząc zaś rozmowy, szamotaninę oraz zdając sobie sprawę, iż za Mattem podąża nauczyciel transmutacji, naszła go przemożna chęć, aby wywrócić oczyma. Szkoda jednak na to sił w danym momencie. Lepiej poświęcić je na utrzymywanie przytomności.
Kruk upuścił latarkę, poganiając obu mężczyzn gardłowym, zniecierpliwionym krakaniem. Podleciał następnie do Neirina, dziobiąc go w rękę. Namolnie, energicznie; gruby dziób rozdrapywał oparzenia, aż nie uzyskał odpowiedzi. Dłoń wolno uniosła się, przesuwając po grzbiecie ptaka, zostawiając na czarnych piórach mokre ślady posoki, zanim opadła znów na posadzkę.
Ciepła łuna padła na postać Puchona, obłapiając brudne, skrwawione ciało. Wydobywając z mroku obraz tragedii ostatniej godziny i opowiadając go przybyłym na miejsce, acz przy tym jakże przypadkowym słuchaczom.
Uniósł wolno wzrok na mężczyzn, oddychając przez na wpół roztwarte usta. Piach mieszał się z posoką, dawno zastygły w skrzepach, tworząc teraz rzucające cień spiętrzenia na torsie i kończynach. Stróżki świeżej krwi skrzyły się na szyi chłopaka, znamionując nieustanne krwawienie. Spływały niżej, zbierając się w zagłębieniu obojczyka. Przelewając się ponad wzniesieniem kości, aby wpaść do ziejących na piersi ran.
Poszarpane brzegi ciała odsłaniały czerwone mięśnie i świecące brudną bielą żebra. Rozcięcia były duże. Głębokie. Zadane niewątpliwie potężną łapą uzbrojoną w długie pazury, jaka nasączyła je dziwną, dziką i zwierzęcą magią. Mocą skutecznie spowalniającą i utrudniającą leczenie, przez którą na zawsze po tym ataku zostaną szpecące blizny.
Upływ krwi odebrał resztki koloru jego skórze. Spod białej, woskowej powłoki przebijały ciemne linie żył, tworzących skomplikowaną siateczkę na skroniach. Cienie pod oczami pogłębiły się, nadając twarzy nieprzyjemny, trupi wygląd.
Mimo to, tęczówki zdawały się być żywe. Odbijające światło świecy, wypaczające je czymś dziwnym, może niepokojącym. Wbijał spojrzenie w skrytą w cieniu twarz nauczyciela. Nie tak miało być. Nie powinien tu przyjść. Obecność Daniela burzyła pewien obraz, porządek rzeczy, jaki zdążył zrodzić się w głowie Puchona. Był jak skaza na pięknym malowidle, niechciana, nienawidzona, budząca najwyższą odrazę.
- Masz bardzo... Odmienne pojęcie... Bycia samemu - skomentował, nim oczy drgnęły lekko, sunąc czarnymi plamami źrenic od Berganna do Matthewa.
- Cokolwiek by się działo, nie zasypiaj.
Spiął mięśnie, podrywając prawą rękę z ziemi, unosząc ją na wysokość piersi. Na wpół zgiętą w łokciu nagle z impetem rozprostował, z rozmachem odwodząc i uderzając o ścianę. Złamany nadgarstek zatrzeszczał przemieszczającymi się oraz kruszonymi kośćmi. Źrenice Neirina zwęziły się, zanim powieki uniosły, a całą postać przeszedł dreszcz. Skulił się, opuszczając głowę na parę chwil na własną pierś.
Dwa głębsze wdechy minęły, zanim przyciągnął rękę znów na podołek, podnosząc na nich wzrok. Spokojny.
- Piętnaście... Minut - ocenił stan własnej przytomności. Dla jednych kwadrans to nic, dla innych cała wieczność. Ile to było dla uzdrowiciela? Człowieka przyzwyczajonego do walki z czasem, jaki każdego dnia ściga się z sekundami, aby pokonać śmierć i przedłużyć czyjeś istnienie?
Pozwolił mu się obejrzeć, nie odrywając spojrzenia od rąk lekarza. Jasne, że wziął się za ranę na udzie. Oczywiste. Najbardziej krwawiła. Wymagała natychmiastowej interwencji.
Ściągnięcie prowizorycznego opatrunku odsłoniło przerażający widok. Pazury wilkołaka zanurzyły się w udzie chłopaka, rozdzierając naczynia oraz orząc ciało. Spomiędzy płatów mięśni wypływała wciąż ciemna, gęsta krew, wymywająca skrzepy oraz piasek. Krwotok uległ dopiero pod wpływem zaklęcia.
- Moja różdżka... Zacięła się. Przebiła mi rękę i... I nie działa. Tam leży - delikatny ruch głowy, wskazujący kierunek. - Niech ją... Któryś weźmie - poprosił jeszcze cicho, nim spuścił wzrok, wpatrując się we własne stopy.
- Mefisto. Na zewnątrz... Czeka Mefisto. Ranny - źrenice wodziły od punktu do punktu, jakby starał się sobie coś usilnie przypomnieć. - Ręka. Ma pociętą. I bark. Bark połamany - zmęczył się. Ta relacja go strasznie wyczerpała. Przymknął oczy.
- Nie śpię - uprzedził uzdrowiciela szeptem, wymykającym się spomiędzy niedomkniętych ust, zanim zmusił się, by unieść powieki. A za nimi całą głowę, ponownie zawieszając wzrok na twarzy nauczyciela. Zatem ma go przenieść?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : utracony Berlin, następnie Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 2467
Dodatkowo : animag (kruk), magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 1774
http://www.czarodzieje.org/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://www.czarodzieje.org/t15091-daniel
http://www.czarodzieje.org/t15099-krebs
http://www.czarodzieje.org/t15076-daniel-bergmann




Moderator






PisanieTemat: Re: Korytarz   Wto Sie 07 2018, 12:26

Masz bardzo
n a i w n e
podejście, Neirinie
-
- zatańczyło nęcąco, na fałdach głosowych Bergmanna; niemniej, żadne słowa, sprecyzowane nie padły - milczenie otulało półnagą postać szczelnym, niechcącym przerwania płaszczem. Światło stawiało przed nim porażający widok - przyspieszający nieuchronnie bieg serca, zwiększonej - jakby - ilości serc pulsujących w pobliżu skroni; trudnym w wyobrażeniu był ból, choć mężczyzna był skrajnie (od zawsze) wyprany z jakichkolwiek pokładów empatii. Nie umiał metaforycznie wejść tuż pod czyjąś powłokę, odnaleźć się w prądzie przepływających uczuć - zarówno szczęśliwych jak tych, przeszywających niedostrzegalnym ostrzem.
Dobrze - skoro miał w towarzystwie Matthewa.
Cholera jasna, preferował on nie snuć nici rozpraszających domysłów; wersji prawdopodobnych wydarzeń gdyby znalazł się właśnie tutaj samotnie - z zerem absolutnym w wiedzy medycznej, z przenikliwym zapachem posoki wciąż ściekającej z rozcięć; krajobrazu ciała, malowanego w czerwieni oraz bladości; obnażonego do wewnątrz - mięśniowych włókien i fundamentów kości. Jedynym, czego naprawdę lękał się Daniel Bergmann - była świadomość ewentualnej porażki, nieocalenia zakrwawionego ucznia - co przysporzyłoby negatywnej opinii zarówno szkole jak zresztą - tym bardziej - zarządzanym wyjazdom, co przyczyniłoby się do licznych pretensji, zawisłych niczym gradowa chmura, dokładnie nad jego postacią - gniewu nie tylko Bennett, co wszystkich, przejętych znacznie rodziców. Jego przyjaciel z dzieciństwa, niemniej - był obyty z ową gamą wypadków - z pewnością, teleportowano doń ludzi w równie porażającym stanie. Sam Bergmann, poruszał się aktualnie po wąskiej linii pogardy; tłumił jednakże wszystko oraz nie inicjował rozmowy - zadowolony swoim, samozwańczo przyznanym poczuciem rozsądku. Wyczuwał dezaprobatę Neirina, jawną niechęć żywioną, ociekającą w zdawkowo wypowiadanych słowach - był oczywiście świadomy niekompetencji swojego stroju (lub też znacznego braku) - aczkolwiek to wszystko było zbyt mało, ażeby zedrzeć zeń nieodzowną pewność. Zabrał uprzednio różdżkę.
- Dołączysz do mnie - odezwał się, koncentrując swój wzrok na sylwetce uzdrowiciela. Nadmieniona uprzednio para obrażeń, nie wydawała się nadto groźna - szczególnie, porównując do stanu Vaughna. Bergmann zadecydował się znaleźć dla nich dogodne - a także, stosunkowo pobliskie miejsce; korytarz ciągle wydawał się nieprzychylny. Żałosny symbol połączonej z dniem nocy, zauważony wcześniej, oświetlony - dzięki mugolskiej latarce; rzeczywiście, w tym korytarzu pojęcia zatracały się; nieprzewidywalna, bezkresna ciemność oraz płynąca - niekiedy z lamp aura. Stworzona z grubych nici kompozycja, wydawała się drwić z każdego - kroczącego tym przejściem, kapryśnością tej atmosfery rozsianej pomiędzy ścianami. Sprzeczność naturalnego przemijania, dzień - oraz następująca noc; w związku z nocą, ciemnością - każde zaklęcie, nie potrafiło jej zgładzić.
Podniósł rannego Puchona, w owym epizodzie oczyszczając swą czaszkę z nadmiaru skłębionych myśli. Ruszył.

| idziemy stont

______________________

it has been destined
to fail
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1618
Dodatkowo : metamorfomagia, prefekt naczelny
  Liczba postów : 742
http://www.czarodzieje.org/t15093-riley-t-fairwyn
http://www.czarodzieje.org/t15104-poczuj-smoczy-plomien
http://www.czarodzieje.org/t15161-maverick
http://www.czarodzieje.org/t15098-riley-fairwyn




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw Sie 09 2018, 16:00

Nieomal miałem już ciarki. Pensjonat, w którym nas zakwaterowano, przyprawił mnie o nie już niejeden raz, więc nie byłem szczególnie zaskoczony tym znajomym uczuciem niepokoju, jakie znowu zaczęło mi towarzyszyć. Nie mogłem się przyzwyczaić do tego miejsca. Chociaż wiedziałem, że to tylko gra mojej wyobraźni, wciąż miałem wrażenie, iż Pensjonat doskonale wie co robię przez całą dobę i podąża za mną spojrzeniem tak długo, aż wreszcie nie zdecyduję się na taktyczną ucieczkę poza jego mury. Muszę szczerze się przyznać, nawet jeżeli robię to wyłącznie przed samym sobą, dość często zasięgałem tego typu sposobu na wyjście z tej sytuacji. Nie mogłem znieść psychologicznego wpływu tego miejsca na moją głowę, więc uciekałem do miasta lub poza jego granicę, a dzisiaj… cóż, postąpiłem zupełnie odwrotnie. Spacerowałem korytarzem, starając się nie zwracać uwagi na rozwieszone na ścianach obrazy. Chciałem jedynie przedostać się z punktu A do punktu B oraz może po drodze przywitać się z kilkoma znajomymi. Zamiast tego, skazałem się na znoszenie wścibskich spojrzeń, jakimi raczyły mnie postacie na obrazach i wreszcie, kiedy byłem już w połowie trzeciego labiryntu zakrętów, nie wytrzymałem. Nogi jakby wrosły mi w ziemię, zmuszając mnie do gwałtownego zatrzymania się w miejscu. Niebieskie oczy rzuciły wyzywające spojrzenie wszystkim ramom oraz porozwalanym po podłodze meblom, lecz nie dostrzegły niczego niepokojącego. Mimo tego, ja jedynie wzmogłem czujność, spodziewając się, że zaraz nastąpi… no… coś. Zmagając się z tą uciążliwą paranoją, zwróciłem wreszcie uwagę na bohomaz, jaki wcześniej zupełnie mnie nie zainteresował. Nie było na nim żadnych oczu, jakie zdawały się mnie śledzić, a jednak kiedy już spojrzałem wprost na słońce oraz w ten przedziwny księżyc, zwątpiłem w swoją poczytalność. Na rany Merlina, nigdy nie pomyślałbym, że zacznę bać się obrazów! Ściągnąłem wargi i jakby na przekór samemu sobie, podszedłem bliżej. To był okropny błąd. To arcydzieło ślepca z bliska wyglądało jeszcze gorzej, niż wcześniej mógłbym podejrzewać.

Światło: parzysta
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 299
  Liczba postów : 292
http://www.czarodzieje.org/t15444-meluisne-pennifold
http://www.czarodzieje.org/t15452-meluzyna#414962
http://www.czarodzieje.org/t15473-meluzyna#415677
http://www.czarodzieje.org/t15446-meluisne-pennifold#414814




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw Sie 09 2018, 18:06

Zazwyczaj z gracją przebiegam korytarzem pensjonatu, nie zwracając uwagi na nieprzychylną atmosferę tego miejsca. Nie wiem kto o zdrowych zmysłach przesiaduje tutaj dłużej, niż wymaga tego sytuacja. Ja znajduje się w ciągłym ruchu, jeśli chodzi o moje relacje z naszym miejscem zamieszkania w Meksyku. I tak spotkać mnie można zazwyczaj, jak da się po mnie tego spodziewać, w słonej wodzie. Dawno nie byłam tak uszczęśliwiona pod względem otoczenia jak tutaj.
No, oprócz tego miejsca.
Dziś, nawet nie zdążyłam na plaży wyschnąć dostatecznie. Po drodze zdjęłam turban, wcześniej rozglądając się czy aby nikt nie patrzy, jakby to była jakaś wstydliwa sprawa. Muszę zacząć rozpuszczać częściej włosy, bo niedługo popadnę w paranoję, kiedy tylko nie będę miała nic na głowie. Staram się zaprzątać swoje myśli próbą rozdzielenia splątanych loków, ale głośne kapanie z moich ubrań, wydaje się rozbrzmiewać echem po tym ni to jasnym, ni to ciemnym, pomieszczeniu. Na chwilę przystaję przestraszona, bo wydaje mi się, że coś słyszę. Rozglądam się niezbyt czujnie, bo mój wzrok najpierw pada na duży obraz, jak jeden z wielu w tym uroczym miejscu. Właściwie wydaje mi się, że nie jest taki zły, w porównaniu do innych jakie można tu spotkać. To raczej aura tego korytarza sprawia, że jest bardziej nieprzyjazny niż się wydaje. Wydaje się emanować meksykańskim duchem w tych niewielkich malunkach dookoła księżyca i słońca. Już wyciągam rękę, by dotknąć obrazu i dopiero wtedy dostrzegam ruch, sylwetkę osoby, która zmierza w tą samą stronę co ja, która też na chwilę zatrzymała się wcześniej, by obejrzeć obraz. I mimo półmroku panującego w pomieszczeniu, rozpoznaję znajomy profil osoby, która chyba również mnie usłyszała.
- Riley! - krzyczę z ulga i doganiam Cię prędko. Rzuciłabym Ci się na szyję, ale nie chcąc Cię denerwować obdarowuję Cię moim szerokim uśmiechem. Zbliżam się jednak i całuję powietrze przy Twoim policzku. - Wróciłeś na stałe? - pytam podekscytowana, poprawiając swoją wielką torbę plażową na ramieniu. - Tęskniłeś za nami? Nie sądzisz, że to miejsce jest trochę straszne? - zadaję Ci sto pytań do miliona, rzucając jeszcze jedno zaniepokojone spojrzenie na obraz, który mijaliśmy. - Dobrze wyglądasz - dodaję do tego, skupiając już wzrok na Tobie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1618
Dodatkowo : metamorfomagia, prefekt naczelny
  Liczba postów : 742
http://www.czarodzieje.org/t15093-riley-t-fairwyn
http://www.czarodzieje.org/t15104-poczuj-smoczy-plomien
http://www.czarodzieje.org/t15161-maverick
http://www.czarodzieje.org/t15098-riley-fairwyn




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw Sie 09 2018, 20:18

Obserwacja tego obrazu nie sprawiała mi absolutnej żadnej przyjemności. Był tak dziwaczny i kolorowy, że kompletnie nie wiedziałem gdzie powinienem patrzeć. Wobec tego, przesuwałem wzrok naprawdę powoli i pewnie przez to skupienie tak zupełnie straciłem kontakt z rzeczywistością. Paranoja odrobinę zelżała, wszak przestałem nieustannie wyczulać się na wszelkie bodźce z zewnątrz, ale szybko wróciła, gdy uświadomiłem sobie, że ktoś krzyczy moje imię. Drgnąłem, nagle wyrwany z transu, w który przed chwilą wpadłem. Gdybym w tej samej chwili nie dostrzegł Melusine, pewnie pomyślałbym, że to Pensjonat się mści za brak poświęcanej mu uwagi. Zamiast tego, jedynie uśmiechnąłem się do niej, naprawdę szczęśliwy, że po tak długim czasie wreszcie ją widzę.
- Hej - odpowiedziałem prosto, nie mogąc wręcz zignorować entuzjazmu, którym mnie obdarzyła przy tym powitaniu. Kiedy zbliżyła się, aby posłać mi symbolicznego całusa, przygarnąłem ją do nienachalnego uścisku. Krótkiego, ale wiele dla mnie znaczącego. Nie przejąłem się zupełnie faktem, że z ubrań Pennifold sączy się słona woda. Plamy po soli łatwo się spierają. - Tak - odpowiedziałem na jej pytanie, starając się nadążyć za następnymi. - Tak i… ee tak, zdecydowanie. - Urwałem na sekundę, aby upewnić się, że nie ma następnych w zanadrzu. - Cieszę się, że Cię widzę. Prawdę mówiąc, zastanawiałem się, gdzie się wszyscy poukrywaliście. Co zaglądam do waszych pokojów to was nie ma. - Poskarżyłem się, starając się zrobić naburmuszoną minę, ale zupełnie mi to nie wyszło. Za bardzo ucieszyło mnie to spotkanie. - Chociaż, wróć. Całkowicie rozumiem, dlaczego nie siedzicie w Pensjonacie. - Spojrzałem wymownie na obraz wiszący na ścianie. - Też masz wrażenie, że Cię śledzą? Czasami chciałoby się wchodzić do pokoju przez okno, aby ominąć te wszystkie wścibskie malunki. - Dopiero teraz dostrzegłem pewną zmianę, ale ze mnie gapa! - Gdzie zgubiłaś turban? - Wskazałem ruchem głowy na jej wilgotne włosy. Dawno już nie widziałem jej bez nakrycia głowy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 299
  Liczba postów : 292
http://www.czarodzieje.org/t15444-meluisne-pennifold
http://www.czarodzieje.org/t15452-meluzyna#414962
http://www.czarodzieje.org/t15473-meluzyna#415677
http://www.czarodzieje.org/t15446-meluisne-pennifold#414814




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią Sie 10 2018, 12:08

Wcale się nie dziwię, że nie wyglądasz na początku na zachwyconego, kiedy słyszysz swoje imię. Ja też bym pomyślała, ze ten okropny hotel zaczyna do mnie mówić i samodzielnie zmuszać mnie do analizowania każdego obrazu. Już widzę, jak muszę pilne notatki opisując wszystkie kolorowe postacie na płótnie, byle tylko nie zostać obarczona jakąś okropną, meksykańską klątwą.
W tej chwili jednak uśmiechamy się do siebie szeroko jak para głupków. Kiedy przytulasz mnie lekko, ja Cię ściskam odrobinę mocniej, by dać upust swoim emocjom. Jednak wypuszczam Cię z moich drobnych ramion, kiedy tylko masz na to ochotę, nie próbując przedłużać, chociaż ja bym tak postała nawet kilka godzin!
Odpowiadasz twierdzącą na każde moje pytanie, a ja z werwą kiwam na To wszystko głową. Śmieję się kiedy widzę Twoją prawie naburmuszoną miną i już chcę to wytłumaczyć, ale robisz to za mnie.
- Ja jestem cały czas na plaży, a wieczorem na mieście. Kompletnie nie mam ochoty tutaj przesiadywać... Wiesz ten pensjonat jest ładny tak naprawdę... - mówię niezbyt przekonującym tonem, ale w zasadzie to prawda, ma ten fajny, meksykański styl. Kiedy mówisz o obrazach rozglądam się dookoła z kwaśną mina.
- Daj spokój, szaleństwo robić coś takiego w miejscu, gdzie ludzie maja odpoczywać. Jestem pewna, że te wszystkie postacie donoszą co tu robię... komuś. I pod koniec wyjazdu, każdy z nas dostanie listę grzechów na wyjeździe - żartuję, ale w sumie też ponownie podejrzliwie zerkam na obrazy.
Na początku patrzę zdezorientowana na Ciebie o co pytasz, a potem dotykam dłonią splątanych włosów.
- Och, był mokry i zdjęłam. Chciałam się przemknąć do pokoju, żeby nikt mnie nie zobaczył bez niego... Muszę przestać się uspokoić z tą schizą turbanową... Słuchaj, jestem trochę mokra... przebiorę się szybko... i ogarnę... i spotkajmy się w Pokoju Wspólnym... Jest całkiem przyjemny, jak na to miejsce. Zajmie mi to dosłownie chwilę, dobra? Nie masz nic do roboty pilnego? I przynieś coś do picia - mówię prędko już nawet stawiając pierwszy krok w kierunku pokoju, by jak najszybciej doprowadzić się do porządku i nadrobić z Tobą zaległości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1618
Dodatkowo : metamorfomagia, prefekt naczelny
  Liczba postów : 742
http://www.czarodzieje.org/t15093-riley-t-fairwyn
http://www.czarodzieje.org/t15104-poczuj-smoczy-plomien
http://www.czarodzieje.org/t15161-maverick
http://www.czarodzieje.org/t15098-riley-fairwyn




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią Sie 10 2018, 17:38

Odpowiedź Melusine mnie nie zaskoczyła. Nie spodziewałbym się po niej, że całe dnie będzie spędzała w zamknięciu, zwłaszcza, że wokół aż roiło się od krystalicznie czystych wód i pięknych plaż. W pewnym stopniu zupełnie ją rozumiałem. Przez kilka pierwszych godzin nie mogłem napatrzeć się na Meksyk. Potem mój entuzjazm zaczął stopniowo przygasać… do momentu, w którym natrafiłem na urokliwe leśne ścieżki.
Prychnąłem cicho, kiedy tak bardzo starała się nie powiedzieć złego słowa o pensjonacie, w którym zamieszkaliśmy.
- Jest… inny - uznałem, że to będzie najlepszy epitet, jakim mogłem określić to miejsce. Nawet nie zwróciłem uwagi, że wyrzekłszy te słowa, rozejrzałem się na boki, jakbym spodziewał się, że zawalające korytarz meble nagle powstaną… i podetną mi nogi, czy coś.
- Albo rachunek za renowacje obrazów. Jestem pewien, że któreś z nas w końcu nie wytrzyma. - Roześmiałem się, snując w myślach złowieszcze wizje, w których mój kompletny brak talentu artystycznego sieje zamęt wśród tych paskudztw. Och, to niewątpliwie sprawiłoby ogromną przyjemność nie tylko mnie jednemu. A jaką ulgę by przyniosło!
Słuchałem jej słów i jeszcze zanim skończyła, już zacząłem zezwalająco kiwać głową. Tak, zdecydowanie musieliśmy ponadrabiać towarzyskie zaległości. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że los miał pokrzyżować nam plany.
- Leć, będę czekał. - Machnąłem na nią dłonią, a kiedy już odbiegła, ja także ruszyłem w stronę pokoju. Jednakże, zanim do niego dotarłem - mniej więcej w połowie drogi - zatrzymała mnie profesor Bennett.

[zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Hufflepuff
Rok Nauki : IX
Wiek : 18
Skąd : Croydon
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 147
  Liczba postów : 345
http://www.czarodzieje.org/t16487-charlie-c-chapman#453068
http://www.czarodzieje.org/t16492-charlie-c-chapman
http://www.czarodzieje.org/t16494-chips#453415
http://www.czarodzieje.org/t16488-charlie-c-chapman#453086




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw Sie 16 2018, 01:53

Dobra, to przeszło jego najśmielsze oczekiwania.
Prosty spacer po Meksyku zakończył się istną dramą w postaci zaciągnięcia biednego nowego studenta na posterunek policji. Przesłuchania po języku, którym nie zna? Jak na zawołanie! Ciągle pytania, na które nie zna odpowiedzi? Owszem! Podano do stołu, a Charlie stał się jedynie marną przystawką, z którą tak wielce wojowały się służby publiczne. Strażnicy prawa w sumie z trudem przekupili jego wersję, aczkolwiek zeznania tych osób, które go znalazły, dały jasno do zrozumienia, że więcej od niego nie zdobędą - bo zwyczajnie zemdlał. Poza tym, był turystą, więc mimo wszystko trochę nagminnie stosowali swoje prawa, aczkolwiek wyzbyli się ucznia Hogwartu tak szybko, jak było to możliwe, kiedy to uznali, iż jest tylko bezużytecznym, pozbawionym krzty wiedzy świadkiem o dość słabych nerwach. Tyle dobrego - gorzej jednak, że wystawili go w całkowicie innej części miasta, której nie znał, a ciemne niebo spowite chmurami dawało jasno do zrozumienia, że pora na przechadzki jest nieodpowiednia. Tym razem jednak Chapman postanowił uczęszczać najbardziej popularnymi drogami, głównymi, byleby jeszcze raz nie wpakować się w kłopoty - bo to, co zapamiętał, nie było zbyt po prostu przyjemnym doświadczeniem. Wręcz przeciwnie - nadal był delikatnie zszokowany, nawet jeżeli proponowano mu drobną pomoc medyczną - nie chciał z niej korzystać. Wiedział, że to leży w jego naturze, iż po prostu przesadnie reaguje na wszelkie stresy i mniej spotykane przez niego sytuacje. Nie chciał robić z siebie tym bardziej błazna, skoro zdarzało mu się to dość stosunkowo rzadko, prawie w ogóle. Potrzebne były właśnie intensywne, silne bodźce, by jego nogi stały się wyjątkowo miękkie, a sylwetka osunęła się w płaszcz mroku. Wszystko wymagało odrobiny pchnięcia do przodu oraz zwyczajnego braku szczęścia.
No, ale tego, że będzie wędrować prawie godzinę, by znaleźć odpowiednią ścieżkę, się zwyczajnie nie spodziewał. Uśmiechnął się zmęczony, kiedy to wreszcie zaczął coś rozpoznawać, jakieś mniej lub bardziej charakterystyczne elementy, które zdołały wgryźć się w jego kudłaty, tym razem pozbawiony koloru łeb - zwyczajne sombre, nic więcej. Kostka brukowa powoli skończyła się, kiedy to światło latarni tak samo pożegnało swoją rolę, odprowadzając ucznia w dość bezpieczne i przytulne miejsce - wreszcie odpocznie ta blada ściana od emocji, jakich się nabawił. Niemniej jednak, została jeszcze jedna rzecz - znalezienie odpowiedniego pokoju zanim ktokolwiek zdoła go zauważyć. Tym bardziej, że jego percepcja czasu jest zbyt zaburzona, by mógł się dowiedzieć, że na szukaniu odpowiedniej ścieżki do pensjonatu stracił zbyt wiele cennych minut i sekund. Otworzył zatem drzwi, spoglądając na to, jak na początku delikatne, ciepłe światło przedziera się przez mrok oraz zwyczajnie wskazuje odpowiednią drogę.
Szedł spokojnie, aczkolwiek wyczerpany i ewidentnie przybity, jakoby brakowało mu odpoczynku przez ten cały czas. Wszelkie formalności z pobytem na przesłuchaniu już załatwiono, więc teoretycznie nie powinien się niczym martwić. Pod wpływem ogromnego stresu nie tylko stracił wcześniej świadomość, lecz także więcej zapamiętał - dlatego ciągle przed twarzą miał mężczyzn bijących oraz porywających kogoś całkiem innego. Tyle dobrego, że Charlie zdołał się ukryć przed czekającym na niego niebezpieczeństwem - może los go nie lubił, aczkolwiek jednocześnie nie doprowadzał do upadku - a zawsze mogło to się skończyć dla niego o wiele gorzej.
Trach.
Lampy zgasły tak szybko, że Charlie nawet nie zdał sobie o tym sprawy. W mgnieniu oka opanowała go przesadna panika - jako że panicznie bał się ciemności, starał się odnaleźć własną różdżkę w mgnieniu oka, byleby nie mieć do czynienia z mrokiem otaczającym i owijającym jego sylwetkę. Oddech przyspieszył, ręce zaczęły się trząść, aczkolwiek odnalazł drewniany patyczek, by następnie zastosować Lumos - bez wypowiedzenia słów. Biedny by się jeszcze zająknął czy coś i wyszłoby o wiele gorsze zaklęcie. Grunt, że światło rzuciło trochę jasności na korytarz, oświetlając słabo poszczególne zakamarki - dla Puchona nadal było to za mało. Chciałby, by wszystko było widoczne oraz namacalne. Westchnął głębiej, poruszając się po korytarzu z nadzieją, że znajdzie pokój o numerku piętnaście.

Kostki: 1, 3 [Możliwość użycia Lumos]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 29614
  Liczba postów : 44029
http://www.czarodzieje.org/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw Sie 23 2018, 23:09

Na korytarzu panowała niemal całkowita ciemność, przełamana jedynie odrobiną światła wydobywającą się z różdżki krukona. Korytarz wydawał się być wyjątkowo skomplikowany i zawiły, przy braku konkretnych lamp łatwo było stracić rozeznanie nawet na najprostszej drodze. W pewnym momencie drzwi od jednego z pokoi otworzyły się niespodziewanie, a chłopak oberwał ich kantem prosto w głowę. Niestety stracił równowagę i upadł na ziemie, przy okazji upuszczając różdżkę. W tym samym momencie światło z niej pochodzące przestało działać i znowu zapanowała kompletna ciemność. Za to wydarzenie odpowiedzialny był @Daniel Bergmann, który akurat wychodził z pomieszczenia na korytarz. @Charlie C. Chapman nie wiedział jednak, kto stoi nad nim, mógł usłyszeć jedynie kroki i szmer, nic więcej. Nagle z sufitu zaczęły spadać iskry, które delikatnie piekły skórę ich obojga. Trudno było znaleźć źródło tego dziwnego zjawiska, ale z każdą chwilą sytuacja się pogarszała, a uczucie pieczenie było coraz bardziej dotkliwe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : utracony Berlin, następnie Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 2467
Dodatkowo : animag (kruk), magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 1774
http://www.czarodzieje.org/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://www.czarodzieje.org/t15091-daniel
http://www.czarodzieje.org/t15099-krebs
http://www.czarodzieje.org/t15076-daniel-bergmann




Moderator






PisanieTemat: Re: Korytarz   Sob Sie 25 2018, 23:11

Nie skryła się - w świeżym łańcuchu zdarzeń wybujałość metafor - Daniel Bergmann, oddawał się pospolitym rytuałom - zaklinanych w codziennej powtarzalności. Szum wody koił nadwyrężone zmysły, odprężał i redukował zmęczenie - mężczyzna ignorował od zawsze spoglądające natarczywie ze wszystkich kierunków obrazy - w ciasnej łazience, przepełnionej natłokiem szczegółów. Po ukończonej kąpieli, wciągnął kraciaste bokserki oraz - dla zachowania przyzwoitości podczas pokonywanej drogi, przywdział też luźną, białą koszulkę na krótki rękaw. Ręcznik zarzucił na barki, w dłoni zaś dzierżył różdżkę - zdołał nauczyć się nieprzewidywalności, poczynającej sobie niezwykle śmiało w budynku. Na korytarzach gasło niespodziewanie światło, drzwi zamykały się nagle, bez ostrzeżenia, głos zmieniał barwę, przez skórę - wbijało swe igły zimno. Otworzył dosyć raptownie drewniane skrzydło, uwalniające go na korytarz; w owym momencie, usłyszał odgłos zderzenia. Nikła, świetlna poświata znikła.
Stłamsił - pełzające obecnie na jego język przekleństwa - ciąg wulgaryzmów pozostał, kotłując się wewnątrz umysłu w swym niewybrednym wydaniu; niewerbalne Lumos rzuciło przedzierające się poprzez ciemność promienie - nakreślające widok sylwetki podopiecznego. Mimo wszystko - przepraszam - nie chciało ujść z gardła.
- Dasz radę wstać? - zapytał, zamiast tego rzeczowo, z przebijającym się cieniem (wymaganej przez społeczeństwo) troski. Zlustrował dokładniej twarz, wyławiał najistotniejsze detale - kojarzył ów nieszczęśnika, aż nazbyt dobrze - zwłaszcza, w związku z ostatnim ekscesem. W jego stronę wyciągnął rzecz jasna rękę.
- Znów próbowałeś rzucić zaklęcie? - zapytał nagle, ciskając spojrzeniem w stronę błyskającego sufitu. Iskier zjawiało się coraz więcej - ich źródło było nieznane - czyżby pan Chapman był zamieszany w ich źródło? Nie wiedział.
- Finite - mruknął dosyć naiwnie, na wszelki wypadek, wbrew intuicji - która podpowiadała o większym skomplikowaniu sprawy.

______________________

it has been destined
to fail
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Hufflepuff
Rok Nauki : IX
Wiek : 18
Skąd : Croydon
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 147
  Liczba postów : 345
http://www.czarodzieje.org/t16487-charlie-c-chapman#453068
http://www.czarodzieje.org/t16492-charlie-c-chapman
http://www.czarodzieje.org/t16494-chips#453415
http://www.czarodzieje.org/t16488-charlie-c-chapman#453086




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Sob Sie 25 2018, 23:40

Ciemność wydawała się być dla niego największym koszmarem, wrogiem, po prostu panem chwytającym za sznurki marionetki z gracją. Nie lubił jej, nie cierpiał jej, po prostu wydawała się chować w sobie najwięcej zła ze wszystkich możliwych strasznych rzeczy - pająki w chwili obecnej wydawały się być potulne, stworzenia magiczne zakwalifikowane jako XXXXX również sprawiały wrażenie uroczych. Młodzieniec zrobiłby wszystko, żeby nie musieć zwyczajnie wędrować po pustych korytarzach nocą - wystarczająco nabawił się nader ekscytujących zdarzeń, by mógł normalnie funkcjonować. Wiedział, że to nie skończy się zbyt szczęśliwie, że ta przygoda nie przyniesie zbyt wielu pozytywnych skutków, a jak mu się nie uda, to będzie musiał tłumaczyć z powodu tak późnego powrotu do pensjonatu. Po prostu super, tylko tego brakowało Puchonowi, który zwyczajnie nie był niczemu winien - świecąc różdżką w płaszczu mroku, rozdzierając go na wiele bezużytecznych kawałków, tym samym unikając bezpośredniego niebezpieczeństwa. Nadal chciał, by pomieszczenie stało się jasne, przejrzyste, możliwe do przeanalizowania - niemniej jednak, inne zaklęcia nie zdawały się działać - o ile w ogóle z nich korzystał w jak najczystszym porządku. Wiele osób wiedziało o jego nieudolności z czarów, choć, teraz, działając pod presją, był w stanie sobie wiele z nich przypomnieć. Czyżby z tego powodu zdołał się wcześniej przeturlać przez pozostałe klasy do następnych? Sam nie był w stanie stwierdzić.
Zatrzymał się na chwilę przy obrazie malowanej przędzy - sztuka od zawsze go fascynowała, znajdowała miejsce w jego przepełnionym wieloma myślami łbie. Wizerunek nawzajem pochłaniającego się słońca i księżyca zdawał się mieć głębsze znaczenie niż tylko na początku. Ostrożnie, nie chcąc w jakikolwiek sposób naruszyć struktury, przejechał opuszkami palców po materiale, z którego został wykonany nieznany wówczas malunek, niezwykle charakterystyczny oraz wyjątkowy. Mógł jakoś wyczuć to, co chciał przekazać artysta, jednak nie był do końca pewien tego, co dokładnie siedziało w jego umyśle, penetrując go od środka. Pełne niewiadomych, pełne nieznanych faktów, wiedział jedno - pory dnia. Może chodzi o tę słynną zagadkę, gdzie jedno rodzi drugie, umierając? Wziął głębszy wdech, zauważając także to, że na przędzy zostały przedstawione sytuacje z życia codziennego - a przynajmniej tak zdołał wywnioskować. Pewnego rodzaju rolnicy, jaszczurki, dziwne, nocne demony...? Nie był w stanie do końca stwierdzić, jednak jedno było pewne - ten rodzaj sztuki go zwyczajnie zaintrygował, czy był jednak w stanie zastosować tę technikę - nie potrafił powiedzieć.
Ruszył zatem przed siebie dalej, by nagle poczuć dość solidne uderzenie kantem drzwi w swój niesforny łeb, tracąc na chwilę kontakt z rzeczywistością. No dobra, nie aż tak, ale po prostu został oszołomiony na tyle, iż nie zauważył nawet, jak różdżka zwyczajnie wyślizgnęła mu się z dłoni, turlając gdzieś dalej, a całkowita ciemność zapanowała nad korytarzem. - Co do... - okropny ból głowy, na szczęście przemijający wraz z czasem, opanował jego ciało w mgnieniu oka - jednocześnie nie wiedział, kto to zrobił, jednak razie go mało to obchodziło. Fakt dodatkowego siniaka wydawał się być trochę ważniejszy niż fakt, iż pojawił się przed nim ktoś, kogo raczej dzisiaj nie chciał widzieć. Tuż po chwili podniósł otępiały wzrok na nauczyciela od transmutacji. - P-Pan mentor. - oznajmiwszy samemu sobie, korzystając z dość starodawnej formy mówienia na nauczycieli, jedną dłonią trzymając miejsce, gdzie jakimś cudem spotkał się z drzwiami, wlepił na chwilę oczy. Również go kojarzył, z powodu komunistycznego podejścia do szlabanu. Obecnie Chapman cieszył się na duchu, że rzadko kto potrafi odczytywać myśli, bo, znając życie, jakoś niespecjalnie spodobałaby się Danielowi myśl o byciu Stalinem. Jeżeli oczywiście wiedziałby, kto to jest ten pan.
Cieszył się na duchu z jednego powodu - możliwe, iż jakoś odnajdzie swój pokój, zamknie się w nim i zapomni o tej całej sprawie. Piwne oczy zlustrowały nauczyciela, chwytając nader ostrożnie za dłoń, nie wiedząc, czego ma się dokładnie spodziewać. Zauważył, że ten prawdopodobnie ruszył z łazienki, typowego dla większości społeczeństwa rytuału codziennego mycia dupy, mając na sobie już dość typowe ku temu odzienie. - Tak... - zbyt wiele profesor Bergmann nie musiał się wysilić - każdy wiedział o tym, że postura młodzieńca jest zaskakująco lekka, w sumie, nie ma co się dziwić - był o wiele niższy, a przede wszystkim wyglądał na ucznia chociażby piątej klasy. Otrzymał dość nietypowy dar znacznie młodszego wyglądu - który w sumie do niego pasował, do jego przyjaznego, łagodnego charakteru.
Zbyt dużo wrażeń tego wieczoru, tej nocy, był po prostu zmęczony, nawet jeżeli tryskał energią, to jakoś niemrawo zareagował na pytanie dotyczące rzucania zaklęcia. Być może nadal udzielało mu się swoiste pierdolnięcie w łeb drzwiami, co nie zmienia faktu, iż nie używał żadnego z zaklęć. Charlie doskonale wiedział o swoim nieszczęściu, tudzież ostatnimi dniami korzystał z drewnianego patyczka tylko w ostateczności, gdy wymagała tego sytuacja. No właśnie, gdzie on jest? - N-Nie, tylko Lumos - aby przejść przez korytarz. - odpowiedział, spoglądając na ziemię za biedną rożdżką, którą miał nadzieję znaleźć - no właśnie, miał. Na szczęście nie dostała nóżek i nie odleciała zbyt daleko - zabrał ją jedną z bliższych ku temu dłoni oraz zwyczajnie schował, nie widząc na razie sensu korzystania z niej. Pozostawało tylko czekać, choć iskry zdawały się bardziej doskwierać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 29614
  Liczba postów : 44029
http://www.czarodzieje.org/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Re: Korytarz   Wto Sie 28 2018, 23:05

Z każdą chwilą iskrzyło się coraz bardziej z i pewnością lepiej było coś z tym zrobić. Magia w pensjonacie lubiła płatać figle i nie zawsze wszystko szło jak po maśle. W dodatku często różne rzeczy zaczynały dziać się same z siebie i nijak nie dało się tego zatrzymać. Ani Finite, ani żadnym innym zaklęciem. Pozostawało się przyzwyczaić do tego, że taki był urok tego miejsca. Mimo to korytarz był na tyle istotny i często uczęszczany, że warto było podjąć próbę. Szczególnie, że iskry sprawiały coraz więcej bólu i znoszenie tego na dłuższą metę nie wydawało się być ciekawą perspektywą.

@Daniel Bergmann:
Chociaż zamierzałeś opanować sytuację, twoje działania przyniosły zupełnie odwrotny skutek. Spadające na ziemie iskry zamieniły się w płomienie, które w ciągu kilku sekund opanowały podłogę. Przed wami rozniecił się prawdziwy pożar, który możesz spróbować ugasić zaklęciem. Pamiętaj jednak, że niesie to za sobą pewne ryzyko. Rzuć kolejną kostką:
1,2:Udało ci się zmniejszyć ogień nie robiąc sobie przy tym większej krzywdy. Zagrożenie nie zostało całkowicie wyeliminowane, ale ty póki co pozostałeś bez większych obrażeń.
3,4: Zamiast sobie pomóc sprawiłeś, że płomień w dziwny sposób odbił się i na chwilę otoczył twoją nogę. Ból jest nie do opisania. Z całą pewnością będziesz musiał zgłosić się po pomoc. Przez najbliższe dwa wątki będziesz utykał i cierpiał z tego powodu.
5,6: Nie udaje ci się zahamować pożaru, wręcz przeciwnie, rozprzestrzeniasz go. Na szczęście twoja skóra nie ulega poparzeniu, jednak masz bliski kontakt z dymem, który działa w dziwny sposób. Ciężko powiedzieć co to, ale doprowadza cię do silnych bóli głowy, które będą towarzyszyć ci w następnym wątku. W dodatku w jednym z dwóch najbliższych wątków zemdlejesz niezależnie od okoliczności. Pamiętaj o rozegraniu tego fabularnie!

@Charlie C. Chapman
To opiekun przejął inicjatywę, więc tobie pozostaje w spokoju czekać na skutki jego działań. Chcąc nie chcąc jednak musisz przebywać w towarzystwie wysokich płomieni i duszącego dymu, który potrafi zadziałać na organizm na wiele sposobów. Rzuć kostką:
1,2:Czujesz przeszywające przerażenie, nad którym nie umiesz zapanować. Nawet jeżeli wcześniej się czegoś obawiałeś - spaceru w samotności i ciemności, albo pożaru pojawiającego się znikąd, to przynajmniej byłeś w stanie panować nad emocjami. Teraz niestety nie jesteś. Coś dziwnego w dymie wydobywa z ciebie cały strach. Zaczynasz w panice przytulać się do nauczyciela i prosić go, żeby cię stąd wyciągnął. Obecnie wydaje ci się, że to najstraszniejsza chwila w twoim życiu. Efekt będzie utrzymywał się co najmniej przez cały post.
3,4: Zaczynasz śmiać się bez opamiętania. O nic się nie martwisz, czujesz się zrelaksowany i wolny. Co chwilę masz ochotę iść przed siebie, nie zważając na otaczające cię płomienie. Twój śmiech jest głośny i z całą pewnością irytujący.
5,6: Robi ci się po prostu niedobrze. Zaczynasz wymiotować i nie jesteś w stanie tego kontrolować. Ten efekt będzie utrzymywał się przez dwa posty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : utracony Berlin, następnie Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 2467
Dodatkowo : animag (kruk), magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 1774
http://www.czarodzieje.org/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://www.czarodzieje.org/t15091-daniel
http://www.czarodzieje.org/t15099-krebs
http://www.czarodzieje.org/t15076-daniel-bergmann




Moderator






PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro Sie 29 2018, 00:22

Kurwa.
Żałował - wyjścia dokładnie w tej chwili; przeklinał moment decyzji (zbyt?) śmiałego pochwycenia za klamkę. Był wściekły - na istniejące zrządzenie losu, zdarzenie wymykające się spoza ścisłej, dzierżącej władzę kontroli - chociaż, powierzchownie jak zawsze zwykł zachowywać spokój. Wszystko inne wystarczająco zdołało się chrzanić, począwszy od mającego wypadek ucznia, zmierzając poprzez zgaszone światło i uzyskując wreszcie, świetlne wiązki parzące - wystarczająco rozgrzaną przez kąpiel skórę. Rozsypujące się iskry jakby żywiły się jego Finite - rzucone bezwiednie, naiwnie, idiotycznie? - być może. Modlitwy do wszelkich bóstw zawieranych w kulturach (w które jednakże nie wierzył) nie zdołały nagrodzić Bergmanna w skutkach - istoty wyższe nie okazały łaski. Z iskier narodził się pożar, spowijający wąskie tereny przejścia; ogień pasożytował wybitnie na wykonanej z drewna posadzce, drewnianych, porozstawianych krzesłach, rozszerzał jaskrawy wpływ na pobliskie ściany, zbliżał się do nich - ścigał.
Nie miał wyjścia.
Musiał spróbować ujarzmić żywioł - jego umiejętności nie posiadały wówczas najważniejszego znaczenia. Liczyło się przede wszystkim szczęście w przełamywaniu zakłóceń - nie mógł pozwolić, aby krzywda dosięgła jego  podopiecznego. Niezależnie od wszelkich okoliczności, niezależnie od tego - czy sam Chapman, u licha, stał się przyczyną tych istniejących zakłóceń. Mizerny i sprawiający kłopoty - prawdę mówiąc, troska Daniela Bergmanna podyktowana była wyłącznie potrzebą zachowywania banalnych, społecznych reguł, mniej albo bardziej spisanych nauczycielskich kodeksów.
Zaryzykował.
Machnął różdżką - całe szczęście, płomienie zdołały częściowo ustąpić - Puchon jednakże pozostał pod wpływem dymu. Bez większych wahań, mężczyzna szarpnął młodzieńca za rękę, pragnąc wydobyć go z ciemnoszarych tumanów.
- Odprowadzę cię - zapewnił; miał absolutnie dosyć samotnych, powielających chaos wybryków (wszyscy musieli być aktualnie bezpieczni w swoich pokojach) - nie próbuj czegokolwiek na własną rękę.
Wtem odkrył. Coś jest nie tak. Coś więcej jest intensywnie nie tak.
- Co się dzieje? - zdążył jedynie spytać.

Kostka: trafiło się rudej kurze niemieckiej ślepej, DWA

______________________

it has been destined
to fail


Ostatnio zmieniony przez Daniel Bergmann dnia Sro Sie 29 2018, 09:40, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Hufflepuff
Rok Nauki : IX
Wiek : 18
Skąd : Croydon
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 147
  Liczba postów : 345
http://www.czarodzieje.org/t16487-charlie-c-chapman#453068
http://www.czarodzieje.org/t16492-charlie-c-chapman
http://www.czarodzieje.org/t16494-chips#453415
http://www.czarodzieje.org/t16488-charlie-c-chapman#453086




Gracz






PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro Sie 29 2018, 00:33

Wszystko, co się działo dookoła, wydawało się być czymś kompletnie nowym i nieznanym. Charlie co prawda nie należał do grona osób o istnym talencie w sprawie zaklęć, tudzież postanowił delikatnie odsunąć się na bok, oczywiście w metamorficznym dla tego słowa znaczeniu - nie angażował się aż tak, jeszcze nie wyciągał różdżki, kiedy to nauczyciel postanowił użyć zaklęcia odpowiedzialnego za zakończenie działania innych, mniej potężnych. Czasami chłopak zastanawiał się, co tak naprawdę robi w tej szkole - czy w ogóle może się czegokolwiek nauczyć, skoro należy do grona nielicznych nieszczęśliwców, nad którymi krąży w pewnym rodzaju klątwa sprowadzająca do siebie wszelkie złe i niedobre ku temu rzeczy. Zdawał sobie sprawę z tego, nieraz chwytał za pierś, jednak nadal brnął, udając, że wszystko jest w porządku. Niemniej jednak - z każdym rokiem szło mu coraz gorzej i gdyby spojrzeć na jego wyniki, można byłoby się chwycić za głowę z ogromnym zapytaniem, jak to zdołał dostać się do następnej klasy. Nie były one zadowalające, niektóre prosiły zaś o pomstę do nieba - spragnione zemsty skierowanej w stronę niewinnego ucznia Hufflepuffu, który zdołał już otrzymać bez konkretnej przyczyny szlaban (a raczej był zły na to, iż nie tylko on go otrzymał, a wina została podzielona na równi) oraz przy okazji uderzenie drzwiami. Niemniej jednak - nie spodziewał się, o słodko Morgano, takiego obrotu zdarzeń - prawidłowo Finite powinno kończyć, a zamiast tego rozpętało ono istne piekło, które spowodowało ciosanie ogniem - ha, jakby widział wydanie Relashio w ciut mniejszym stylu. Niemniej jednak, na pewno nie było to zbyt przyjemne.
Widząc poczynania profesora Bergmanna, pomimo odruchu chęci wzięcia sprawy w swoje ręce, postanowił stać w miarę normalnie w jednym miejscu, oczywiście omijając potencjalne niebezpieczeństwo wynikające z powstałych znikąd płomieni. Dlaczego te nieszczęścia muszą go właśnie spotykać? Nie wiedział, niemniej jednak zbyt długo nad tym nie spekulował - gdy poczuł się wyjątkowo niedobrze. Zdziwił go ten dziwny skręt w żołądku, jakby cała jego zawartość (swoją drogą, niezwykle nikła - bo wrócił z prawie pustym brzuchem) miała za chwilę spotkać się z rzeczywistością. Ewidentnie pobladł, jednak o dziwo jakoś nie brało mu się na mdlenie w środku akcji, aczkolwiek Chapman zdołał na chwilę powstrzymać się przed nagłym zwrotem. W sumie to dobrze, że nie ruszali się wcześniej z miejsca aż nadto, gdyż ostatecznie miał się na czym wesprzeć, gdy Bergmann postanowił pochwycić go za rękę - i to ewidentnie przelało szalę goryczy, puchar, albowiem właśnie wtedy, całe szczęście, zdołał gdzieś na bok pozbawić się całej zawartości żołądka. Nie czuł się zbyt dobrze, dodatkowo wszystkie te wrażenia odbierały mu rozum. A raczej dym. - Uch... P-przepraszam... N-nie wiem, dlaczego tak z-zareagowałem... - oznajmił, biorąc głębszy wdech, kiedy to mógł wypowiedzieć te słowa. Zdawało mu się to być iście nierealne, niczym zły sen, który nawiedza w różnych momentach o różnej porze. A może śnił? A może to wszystko to tylko jego nieznany wymysł wyobraźni? Przekrzywił się znacznie, pochylając sylwetkę do przodu, chwytając się wolną ręka za brzuch, ewidentnie nie odgrywając żadnego teatru. Nawet na język cisnęło mu się Chłoszczyść przy użyciu własnej różdżki, jednak na razie był zbyt zajęty wypróżnianiem zawartości żołądka - poza tym, miał niczego nie próbować na własną rękę, czyż nie? No i delikatnym obserwowaniem tego, co się dookoła zaczęło dziać - nie chciałby jednak spłonąć żywcem przez własny idiotyzm wracania przez niebezpieczną wcześniej uliczkę.
Sam jednak nie był w stanie stwierdzić, dlaczego to się stało - ze stresu? Prędzej by stracił przytomność. Z powodu uderzającego i drapiącego czarnego dymu w płucach? Zareagowałby kaszlem. Czyżby jakaś większa siła wywołała u nim takie działanie? Nie wiedział. Przestał szukać odpowiedzi na pytania krążące w jego głowie. Tak spora ilość, a tak mało odpowiedzi - psotliwość krążyła korytarzami z dumą wypisaną na piersi oraz niezmierzoną dotychczas pewnością w stosunku do dwójki znajdującej się przy tych niesfornych drzwiach do łazienki.
Coś ewidentnie było nie tak z tym miejscem - i nawet jeżeli intuicja często go zawodziła, tym razem nie był ślepy.

Kostka: rzygu, rzygu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 29614
  Liczba postów : 44029
http://www.czarodzieje.org/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro Sie 29 2018, 19:53

Sytuacja w pierwszej chwili uległa poprawie. Ogień się zmniejszył i znacznie od nich odsunął, pozwalając wziąć głębszy oddech normalnym powietrzem i nie doprowadzając do żadnych poparzeń. Jedynym skutkiem ubocznym było gorsze samopoczucie Charliego, jednak przynajmniej zrobiło się względnie bezpiecznie. Ta chwila spokoju nie trwała jednak długo, bo chłopak zaczął nie tylko wymiotować, ale też pluć krwią. Wyglądało to naprawdę niepokojąco i lepiej było, żeby puchona jak najszybciej ktoś zbadał. Jeżeli nauczyciel planował zabrać gdzieś swojego podopiecznego, plany z pewnością zepsuło mu nagłe omdlenie chłopaka. Przestał wymiotować i pluć krwią - to był niewątpliwy plus. Minus? Runął bezwładnie na ziemie i nie był w stanie ewakuować się o własnych siłach. Danielowi pozostało wziąć chłopaka na ręce i przenieść go w bezpieczniejsze miejsce.

@Daniel Bergmann (tym razem tylko ty rzucasz kostką, wasz los w twoich rękach!)
Parzysta: Dostrzegasz lukę w płomieniach i próbujesz szybko przez nią przejść. Niestety w momencie, w którym stawiasz w tym miejscu nogę, ogień jak na zawołanie ją otacza i boleśnie cię parzy. Ból jest nie do zniesienia, nie jesteś w stanie w tej chwili utrzymać młodego mężczyzny, który nie waży znowu aż tak mało, żeby mogło wystarczyć ci siły przy tym obrażeniu. Odkładasz go na ziemie i wygląda na to, że musisz znaleźć inne rozwiązanie sytuacji.
Nieparzysta: Wymioty chłopaka są wszędzie. Niestety o tym nie pomyślałeś robiąc śmiały krok przed siebie. Poślizgnąłeś się i runąłeś na ziemie razem z bezwładnym ciałem Charliego. Uderzacie o ziemie, a chłopaka ten nagły wstrząs przebudza. Dalej towarzyszą mu wymioty, ale przynajmniej jest przytomny. Gorzej z tobą - walnąłeś się w głowę i zapomniałeś gdzie się znajdujesz, oraz kim jesteś. Nie wygląda na to, żebyś miał szybko odzyskać pamięć. Wasz los pozostał w rękach studenta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Korytarz   

Powrót do góry Go down
 

Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Korytarz.
» korytarz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
reszta świata
 :: 
Meksyk
 :: 
Pensjonat
-