Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share
 

 Historia tej bez różdżki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


Ruth Wittenberg

Nauczyciel
Wiek : 23
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1431
Dodatkowo : magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 966
http://www.czarodzieje.org/t13356-ruth-wittenberg
http://www.czarodzieje.org/t13361-relacje-ruth
http://www.czarodzieje.org/t13357-soho
http://www.czarodzieje.org/t13358-ruth-wittenberg
Historia tej bez różdżki QzgSDG8




Gracz




Historia tej bez różdżki Empty


PisanieTemat: Historia tej bez różdżki   Historia tej bez różdżki EmptyNie Lip 01 2018, 21:25


Retrospekcje

Osoby: Ruth Wittenberg
Miejsce rozgrywki: Szwajcaria, Szwecja
Rok rozgrywki: 2017/2018
Okoliczności: Ruth po latach mizernych prób opanowania magii bezróżdżkowej zmieniła podejście do jej nauki, do motywacji a przede wszystkim - do samej siebie.


Wrzesień 2017

Czy wiesz, czego tak naprawdę chcesz od życia? Mając dwadzieścia, może dwadzieścia kilka lat, nie mając pojęcia o dojrzałych decyzjach, o nieznośnej kruchości dorosłej egzystencji, ktoś każe ci wybierać, kim będziesz przez najbliższe lata, a może nawet i dziesiątki lat. Komu dano prawo do oceny twoich błędów i rozczarowań, kto ma pozwolenie być tobą zawiedziony i spisać cię na straty? Nikt, łącznie z tobą samym.
Życie każdego dnia puka do okien z nową szansą, ze scenariuszem, którego nie możesz przeczytać i trzeba nie mieć szacunku do swojego własnego czasu, aby rozpamiętywać dawne potknięcia na poczet podążania drogami, które odtwiera przed nami los. Ruth wiedziała o tej zasadzie aż zbyt dobrze, obwiniając się za brak konsekwencji w zapomnieniu o Mikkelu, zmieniając kierunek swojej kariery zawodowej właściwie kilkukrotnie i w końcu – nie pozostawiając za plecami ani kropli żalu do człowieka, którego pokochała całym sercem, nie mogąc mu zabierać jego własnej tożsamości. Dorien miał teraz swoje życie, ona – swoje. Choć ten dżdżysty wrzesień w Sztokholmie nie powitał Szwedki tak przychylnie, jakby tego sobie życzyła. Nie potrafiła się skupić, nie mogąc poruszyć palcami nawet odrobinę, aby napisać list z rezygnacją do londyńskiego Ministerstwa Magii, zresztą to pewnie i tak na niewiele by się zdało. Wszystkiego dowiedzieli się zapewne od jej uprzejmej matki, która nie omieszkała poinformować tamtejszych magicznych prawników o przeprowadzce córki za granicę. Ruth oszukiwała samą siebie, że daje radę, że pogodziła się już ze wszystkim i naprawdę może zacząć na nowo, ale prawda wyglądała tak, że ten wrzesień był chyba najczarniejszym okresem w jej życiu. Czuła, jak się unosi, mimo że ciężar ciała wpychał ją paradoksalnie w łóżko i tylko różdżka, czuwająca przy kobiecie w dzień i w nocy przypominała Szwedce, kim tak naprawdę była. A przede wszystkim – co zostawiła za sobą i czego nie może zaprzepaścić. Aż pewnego dnia przyszedł list.

"Z przyjemnością zawiadamiamy, że Pańska kandydatura na stanowisko urzędnika w Biurze Bezpieczeństwa została rozpatrzona pozytywnie."

List był opatrzony ministerialną pieczęcią, ale... Nie był z Londynu, a z Genewy. Pomylili się? Nie składała żadnego podania o pracę, a już na pewno nie na końcu świata, gdzie na przystankach napisy były tylko po francusku.
Długo obracała w dłoni sztywny papier, jednak mimo wszystko postanowiła spróbować. Nie miała żadnej przyszłości, nie musiała też liczyć się z czasem tak, jak choćby kilka miesięcy temu, więc nawet, jeśli była to pomyłka, warto przeanalizować temat, czyż nie?
Dopiero gdy świstoklik przetransportował ją bezpiecznie na miejsce, zdała sobie sprawę z tego, jak głupio postąpiła. Ktoś po prostu pomylił adresatów, nic więcej, wystarczyło nadać list z powrotem do Szwajcarii. Z rozmyślań wyrwał ją dopiero wysoki mężczyzna, wyglądający trochę jak Hiszpan.
-Dzień dobry panno, szczęśliwie jeszcze, Wittenberg. Zdaję sobie sprawę z twojej konsternacji, ale spieszę zawiadomić, że istotnie wysłaliśmy list do ciebie. Masz odpowiednie referencje, żeby z nami współpracować, dziwię się tylko, że sama na to nie wpadłaś – przywitał się z nią dość szczególnie, momentalnie z „panny Wittenberg” przechodząc z nią na „ty”. I co niby miało znaczyć to „szczęśliwie jeszcze Wittenberg?”? Ruth spojrzała na nieznajomego, jakby nie rozumiała po angielsku.
-To nie będzie nam już potrzebne. – Mężczyzna skierował wzrok na świstoklik przy którym oboje stali i ten niemal natychmiast rozpłynął się w powietrzu. Co jest grane?!
Szwedka straciła głos na krótką chwilę, czując, jak otwiera usta, choć sama nie wiedziała, czy ze zdziwienia, czy z zazdrości. To była magia bezrożdżkowa tak lekka, jak jej samej nigdy nie uda się opanować. Dotychczas ledwie potrafiła unieść pióro bez różdżki  na kilka sekund, a ten „ktoś” jak gdyby nigdy nic pozbywa się świstoklika bez słowa.
-Jak ty... – zaczęła, ale nie dał jej skończyć.
-To jest nic, też się nauczysz. Chodźmy już, czekają – odparł nieznajomy, lekceważąc wątek i złapał Ruth za ramię, teleportując oboje do jasnego, zadbanego pomieszczenia, które wyglądało trochę jak korytarz w wagonie pociągu. Ów „wagon” okazał się być przestrzenią biurową niejakiego Biura Bezpieczeństwa genewskiego odpowiednika Ministerstwa Magii, jednak po krótkim zorientowaniu się w sytuacji dla Ruth mógł to być nawet Wizengamot, oby tylko nieznajomy mężczyzna dotrzymał obietnicy, którą złożył przy świstokliku kilka godzin wcześniej. „Też się nauczysz” w kontekście magii bezróżdżkowej podziałało na Ruth tak, że z miejsca wzięła niejasną co do obowiązków pracę, wierząc w wiarygodność pracodawców wyłącznie na podstawie oryginalnych pieczęci i krótkiej wycieczce po zwykłej części szwajcarskiego Ministerstwa.
Szybko  jednak okazało się, że ma pracować przy konstruowaniu czarodziejskich defensyw dla najnowszych mugolskich technologii, a cały ten list, dziwna rozmowa pierwszego dnia i wszystko, co widziała do tej pory było tylko grą, która miała zaprowadzić ją właśnie w to miejsce. Selektywnie dobierano tu pracowników, przyglądając się im uważnie nawet kilka lat wcześniej, aby mieć absolutną pewność, że ostateczny team będzie profesjonalny, ambitny i piekielnie, nienormalnie wręcz zawzięty. W końcu tylko wariaci są coś warci, czyż nie?
Każdy wieczór po pracy mijał jej, odmiennie niż podczas ministerialnych zadań, monotonnie. Wpatrując się w pióro Scamadra, które znalazła kiedyś jeszcze w Departamencie Katastrof, powtarzała „Accio” jak mantrę, oczywiście zawsze z mizernym skutkiem. Przesuwała pióro raz po raz, siląc się tylko na kilka centymetrów i nie potrafiła czuć się bardziej zawiedziona samą sobą, bo od prawie roku osiągała wyłącznie tak słabe wyniki. Ile to ona już lat uczyła się magii bezróżdżkowej? No właśnie.
I tak tkwiła całą jesień ucząc się mugolskich nowości, zaklęć i udając, że uczy się również magii bezróżdżkowej. Aż któregoś dnia nieznajomy z pierwszego dnia jej pobytu w Szwajcarii zapukał do drzwi byłej Krukonki.
-Dobry wieczór, nie przeszkadzam?  - ukłonił się elegancko, wyczarowując w dłoni bukiet kwiatów.
-Znam działanie orchideus, to nie było konieczne – zaczęła ofensywnie, choć w środku jego znajomość magii bezróżdżkowej ubodła ją do żywego. A może to ukłucie dotyczyło faktu, że sama tak nie czarowała?
Ostatecznie też zgodziła się na małą przechadzkę po podziemiach genewskiego Ministerstwa Magii, choć nie uważała tego za wycieczkę roku, a wyprawie po łzę księżyca z Leo nie dorastało to nawet do pięt. Aż w pewnej chwili poczuła, jak robi jej się ciemno przed oczami...
Obudziła się w pustym pokoju, siedząc na krześle z zawiązanymi rękoma. Przed nią stał ten sam mężczyzna z poprzedniego wieczoru.
-Maximilian Lanceley, zastępca kierownika Biura Bezpieczeństwa, bo chyba się jeszcze nie przedstawiłem. W wolnych chwilach gram na skrzypcach i związuję nowych pracowników w celi. Nie mamy czasu na ofiary losu, a już na pewno nie na spóźnialskie ofiary losu, więc jeśli nie pojawisz się dziś w pracy, po prostu cię z niej wyrzucę. Masz stąd niecały kilometr na piechotę i... – spojrzał na zegarek – jakąś godzinę. Czas start – uśmiechnął się do kobiety i jak gdyby nigdy nic wyszedł z pomieszczenia.
Była bez różdżki, ale znała zaklęcie oswabadzające z więzów, więc nie tym się najbardziej martwiła. Nie miała bladego pojęcia gdzie jest, a glob nie zadziałałby na tak mikroskopijnym z punktu widzenia globusa dystansie. W skupieniu myślała nad rozwiązaniem, nie ważąc się nawet na sekundę rozproszenia, kiedy ów mężczyzna wrócił do pokoju.
-Masz mi może coś do powiedzenia? – zapytał i wtedy ją olśniło. Czyżby wrócił specjalnie?
-Owszem. Sequemini. – Jej chłodny głos zadźwięczał złowrogo wśród czterech ścian, a zaskoczony rozmówca postawił stopę w jej kierunku. Tam, gdzie stała poprzednio widniał jasny, bardzo wyraźny ślad. Ruth uśmiechnęła się triumfalnie. Skoro ona nie mogła się stąd teleportować, to znaczy, że on też nie – a przynajmniej tak założyła. Słusznie, jak się później okazało, ktoś rzucił w okolicy zaklęcie podobne do tego, które uniemożliwiało teleportację w Hogwarcie.
-Do zobaczenia – kiwnął jej, zostawiając zszokowaną Ruth z niedziałającym tutaj również zaklęciem oswabadzającym z więzów. Była jednak tak zmotywowana swoim ostatnim sukcesem, że nawet nie wiedziała kiedy, jak zwykłe „diffindo” pomogło jej rozerwać liny. Nie tylko koncentracja, ale też pewność siebie. Coś, czego nie uwględniała wcześniej w tym zawiłym równaniu do osobistego sukcesu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Ruth Wittenberg

Nauczyciel
Wiek : 23
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1431
Dodatkowo : magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 966
http://www.czarodzieje.org/t13356-ruth-wittenberg
http://www.czarodzieje.org/t13361-relacje-ruth
http://www.czarodzieje.org/t13357-soho
http://www.czarodzieje.org/t13358-ruth-wittenberg
Historia tej bez różdżki QzgSDG8




Gracz




Historia tej bez różdżki Empty


PisanieTemat: Re: Historia tej bez różdżki   Historia tej bez różdżki EmptyNie Lip 01 2018, 21:29

Luty 2018

Uwierz. Wmów sobie, że jesteś najlepszy, niepokonany, niezłomny. Oszukaj, że umiesz osiągnąć każdy zaplanowany cel. Układaj plan, popełniaj błędy, przyjmuj wszystkie policzki od losu i w końcu zacznij rozkoszować się realizacją, a potem udanym wynikiem. Jednak nigdy, ale to nigdy się nie poddawaj.

Ruth sama nie wiedziała, czy wtedy, podczas zadania z pustym pokojem, nie dali jej po prostu fory, bo analizując swoje zachowanie dochodziła do wniosku, że część rzeczy była więcej niż bezsensowna. Nie chciała, a właściwie nie miała czasu tego roztrząsać, bo każda wolna chwila mijała jej na trenowaniu magii bezróżdżkowej. Czasem wychodziło lepiej, czasem gorzej, ale małe sukcesy motywowały ją tak bardzo, że potrafiła przesiedzieć całą noc przy zgaszonej lampie, żeby zapalić ją bez słowa. Bezgłośne zaklęcia wychodziły jej gorzej niż źle, ale z całą skutecznością potrafiła niewielkie zmiany przeprowadzać już bez różdżki, a to liczyło się dlań najbardziej.
Mimo wszystko czuła, że nie rozwijała się tak szybko jakby chciała, więc poprosiła swojego przełożonego o zadanie, które jednocześnie leżąc w zakresie jej obowiązków, pomogłoby choć minimalnie popchnąć do przodu jej naukę magii bezróżdżkowej. I tak też wysłano ją do fabryki jakichś kartonów, czy cokolwiek w nich było, jako uczestniczkę szkolnej wycieczki. Tam też po raz pierwszy zobaczyła, jak mugol (o czym natenczas nie wiedziała) w dziwnych, zabudowanych okularach na oczach wszystkich podnosi rękę w stronę linii przewożącej towary i uruchamia ją jednym ruchem palca. Bez żadnych przycisków, bez sprzętu, a już na pewno bez różdżki, bo żadnej takiej nie dostrzegła w jego dłoni.
-Jesteś czarodziejem? – zapytała, kiedy stanął z boku, z dala od towarzystwa, ale ten tylko zaśmiał się i rzucił coś w stylu „taki program w okularach”. Jednak nawet gdyby uraczył kobietę szczegółowymi wyjaśnieniami i tak nic z tego by nie zrozumiała. Zamiast więc zwiedzać dalej, odcięła się od reszty wycieczki stając przed jednym z taśmociągów i próbując poruszyć go bez różdżki. Straciła rachubę czasu, ale musiała tam stać dobre kilkadziesiąt minut, wpatrując się bez słowa w nieruchome rolki, aż zaczęła myśleć o ojcu. On na pewno wymyśliłby rozwiązanie... Ojciec Ruth był inżynierem, wiedział jak skonstruowane są... No właśnie! Prawie podskoczyła, gdy zorientowała się, że to wielkiego, żelaznego pudła musi szukać i to je wprowadzić w ruch, żeby finalnie poruszyła się cała linia. Znalazła. Na swoje nieszczęście kierując w jego stronę dłoń podobnym gestem, co ich dzisiejszy prezenter w dziwnych okularach i wtedy rolki poruszyły się. Ich szum zagłuszył kroki. Ruth przeszedł zimny dreszcz, kiedy zobaczyła za sobą jakiegoś człowieka z wyrazem ostatecznego zdziwienia na twarzy.

-A gdzie twoje okulary?!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Ruth Wittenberg

Nauczyciel
Wiek : 23
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1431
Dodatkowo : magia bezróżdżkowa
  Liczba postów : 966
http://www.czarodzieje.org/t13356-ruth-wittenberg
http://www.czarodzieje.org/t13361-relacje-ruth
http://www.czarodzieje.org/t13357-soho
http://www.czarodzieje.org/t13358-ruth-wittenberg
Historia tej bez różdżki QzgSDG8




Gracz




Historia tej bez różdżki Empty


PisanieTemat: Re: Historia tej bez różdżki   Historia tej bez różdżki EmptyNie Lip 01 2018, 21:31

Marzec 2018

-Czy ty jesteś głupia? – Nienaturalnie podniesiony głos zabrzmiał w czymś, co Ruth nazywała swoim gabinetem, a w rzeczywistości było małą biblioteką zaaranżowaną na stanowisku pracy. Ułożone w równych rzędach, posegregowane alfabetycznie książki wysłuchiwały razem ze Szwedką reprymendy od kierownika spowodowanej jej, w istocie, niezbyt mądrym występem podczas wizyty w fabryce. Wittenberg znała te wszystkie sztuczki, które pozwalają uspokoić napastnika samym dostosowaniem się do jego tonu głosu, ale nie zamierzała się teraz kłócić, a już na pewno nie z przełożonym, co zresztą tak bardzo nie leżało w jej naturze, że mężczyzna po chwili sam to musiał wydedukować, bo uspokoił się, nieco ściszając głos.
-Zapytam jeszcze raz. Czy ty jesteś głupia, czy może szalona? Kto podchodzi do mugola i pyta go, czy jest czarodziejem?! Chcesz, żeby nas wszystkich powyrzucali z pracy?! – Jednak modulacja natężenia dźwięku trwała zaledwie chwilę, bo zdanie po zaczerpnięciu powietrza mężczyzna znów krzyczał. Szybko jednak przestał, kiedy zobaczył, że najwyższe półki wszystkich biblioteczek kobiety pokryte są...
-I co to za origami?
Ruth obróciła się nieznacznie, żeby spojrzeć w stronę, w którą patrzył jej aktualny gość. Origami. Papierowe feniksy, hipogryfy, pegazy i smoki poutykane między drewnianymi deskami i sufitem stały grzecznie jeden obok drugiego, tworząc papierową gwardię małych, magicznych stworzeń. Ruth kupowała ryzę za ryzą i ćwiczyła na niej zaklęcia bezróżdżkowe. Niektóre kartki po prostu płonęły, inne znikały ot tak, nietrawione żadnym ogniem, jeszcze inne zamieniały się w niewielkie, papierowe zwierzęta, które, jeśli miały szczęście, wznosiły się pod sufit z pomocą skoncentrowanej Szwedki, jeśli jednak tego szczęścia im zabrakło – były dręczone zlepem, engorgio, na przemian aquamenti i silverto oraz wieloma innymi zaklęciami, które akurat przyszły kobiecie do głowy. Nigdy jednak żadnego nie ożywiła. Fakt, że ich jeszcze nie wyrzuciła był spowodowany wyłącznie tym, że całą widoczną na półkach kolekcję stworzyła tylko tego jednego dnia. Te z dnia poprzedniego dawno leżały już w koszu. Pracownik genewskiego ministerstwa nie był jednak tak zachwycony pracą swojej podopiecznej, w poirytowaniu rozcierając skroń, w akompaniamencie pulsującej żyły przecinającej jego wysokie czoło dokładnie w połowie.
-Znów ćwiczysz w pracy? Zostawanie po godzinach cię nie usprawiedliwia.
Drzwi trzasnęły gniewnie, ogłuszając pomieszczenie dźwiękiem obijającej się o ramę szyby. Ruth wpatrywała się bez słowa w niestrudzone szkło, które nie wyglądało wcale, jakby miało przestać się trząść. Zadziwiające było, jak niektórzy potrafili prowadzić rozmowy właściwie sami ze sobą – od momentu, gdy przyjęła gościa, aż do teraz Szwedka nie powiedziała ani słowa. Szkło wciąż drżało niespokojnie. Czy to już rezonans?

Kwiecień 2018

Obudziła się. W nieswoim łóżku, w pościeli pachnącej herbatą i wiśniami, pośród porozrzucanych wokół mebli, gazet i rozbitych talerzy. Na nocnej szafce stała szklanka, mokra od lodowatej wody, nalanej hojnie prawie po brzegi. Ruth podniosła ją ostrożnie, przyciskając dłoń do chłodnego szkła i przyglądając się z uwagą, jak wyraźnie przebijają się przezeń jej odciski palców. Nie chciała pić. Nie miała ochoty poruszyć nawet powieką, trawiąc złość i poczucie niemocy, jakie paliło jej ciało. Wtedy usłyszała skrzypnięcie drzwi.
-Wstałaś.
Co on sobie w ogóle wyobrażał? Pomagał jej miesiącami, tworząc ten słodko-gorzki związek na podstawie burzliwych emocji, jakie targały obojgiem od momentu pierwszego spotkania. Ruth miała za świętość swoją prywatność i z nadgorliwą wręcz uwagą dbała o to, żeby wszystkie poranki spędzać samotnie, a po pracy mieć przestrzeń do eksplorowania swojej własnej samotności, w której czuła się najbezpieczniej – ze wszystkich miejsc, które do tej pory odwiedziła. Nocami jednak... Czasem tylko przynosił książki, rzecz jasna po niemiecku, traktujące o magii bezróżdżkowej coraz bardziej szczegółowo, czasem jego srebrna, opieszała sowa przynosiła w dziobie list z nowym zaklęciem do nauczenia lub nowym zadaniem do wykonania – oczywiście – bez różdżki, a czasem przychodził i... Zostawał.

|Możesz to zrobić szybciej|
Ruth była obolała, piekły ją mięśnie i miała drobne ranki na przedramionach, na których zaschnięte plamki krwi rwały nieznośnie, dopraszając się o opatrzenie. Straciła czujność, zaufała. Myślała, że znów przyjdzie z mądrą książką, w końcu wiedział, jak lubiła czytać. On jednak, zastając Ruth przeglądającą materiały do pracy, zaczął z łoskotem rzucać w nią całą zawartością szafki kuchennej, przerwócił krzesło, które dębową nogą uderzyło Szwedkę w kostkę, zrywał ze ścian obrazy, żeby celować nimi w jej zaskoczone ciało i kiedy usiłowała się bronić – te kilkanaście sekund bez różdżki – słyszała tylko szybciej.

|Możesz to zrobić dokładniej|
W końcu złapała różdżkę i przycisnęła go do ściany, unieruchamiając napastnika jednym, skutecznym zaklęciem. Kiedy dzierżyła w dłoni hebanowe drewno czuła się pewniej, odważniej, nikogo nie chciała słuchać. Brak różdżki wciąż ją trochę przerażał, ale bezróżdżkowość była czymś, co chciała z sobą identyfikować o wiele bardziej niż cokolwiek innego, stąd szybko opuściła gardę i pokornie poczekała na to, co mężczyzna ma jej do powiedzenia.
-Żle. Nie jesteś dokładna. Nie jesteś skoncentrowana. Nigdy. Nie. Opuszczaj. Różdżki. – Mimo że Ruth było całkiem niełatwo zaskoczyć, tym razem grymas jej twarzy przybrał wygląd niepojętego zdziwienia. On jej nie chciał nauczyć magii bezróżdżkowej. Chciał jej przypomnieć, że magia płynęła w jej żyłach i traktując ją jak najlepszego przyjaciela, pielęgnując jak kruchą, wrażliwą roślinę, poświęcając jej całą swoją uwagę można ją w tych żyłach poczuć. Podobno jeśli powtórzysz coś dziesięć tysięcy razy, stajesz się w tym ekspertem  - Ruth latami pracowała na swoje umiejętności, powoli, skrupulatnie, nie oglądając się na innych. Chciała być z boku, nikomu nie wchodzić w drogę, nie porównywać się. Ostatecznie miała przed sobą wyłącznie jednego sędziego – samą siebie.

|Możesz to zrobić sam|
Spojrzała na zielone zasłony, przez które przebijało się mocne światło z zewnątrz. Świat za oknem żył sobie dalej, nie zwracając uwagi na dwoje ludzi w hotelowym pokoju, który napatrzył się już wystarczająco na ich szczególną, cierpką relację. Mężczyzna przestąpił kilka kroków, niepewnie nachylając się w stronę dopiero co przebudzonej Szwedki. Pamięta, że pomyślała wtedy jak koszmarny nieporządek jest na podłodze i że koniecznie musi przeczytać gazetę, bo co środę przynosili nową, ale trzeba było się spieszyć, ponieważ egzemplarze rozchodziły się w zastraszająco szybkim tempie. Nie rejestrowała ostrożnych kroków w stronę łóżka i nie spojrzała na niego nawet wtedy, gdy stanął u jego progu z wyczekującym wzrokiem. Poniosła lewą dłoń na wysokość barku i policzyła wszystkie kawałki rozbitych talerzy.
-Reparo.
Trudno jej było ustalić, ile czasu minęło, aż nabrała siły do rozpoczęcia rozmowy. Nigdy nie była duszą towarzystwa, a już w szczególności, kiedy absorbowała ją nauka, ale sądziła, że należy mu się chociaż powitanie.
-Max... – nie dał jej skończyć, urywając wypowiedź, zanim Szwedka zaczerpnęła powietrze – Wyjeżdżam. Masz się nie dać zabić, ani w pracy, ani nigdzie.
Oddalający się stukot butów słyszała jeszcze długo po jego wyjściu i zdawało jej się, że to wcale nie jest realny odgłos, a tylko go sobie wizualizuje, żeby nie myśleć, jakimi czarnymi chmurami zaszło znów niebo jej życia. Przed oczami stanął jej Ezra, tasujący karty przy ladzie w Mungu, Lysander rzucający piłkami w Craine’a i koci tatuaż Caluma, który pierwszy raz zobaczyła po przegranych zawodach „Aviatores” w podziemiach zamku na obrzeżach Hogsmeade. Odchyliła głowę do góry, opierając ją o zimną ścianę za łóżkiem. Tak wiele miała do zapomnienia, czego nigdy nie zapomni...

Maj 2018

Zapach Ezry w jej mieszkaniu pozostawał obecny długo po wyjściu mężczyzny. Ruth wróciła do Szwecji całkiem niedawno, nie zdążyła się jeszcze przyzwyczaić do tej mizernej klitki, a przyjaciel już opieczętował ją swoim ciepłem i braterską siłą, będąc obecnym zaledwie chwilę, po czym rozpłynął się w powietrzu jak cała moc Szwedki, która pozwalała jej trwać miesiącami bez bliskich.

Usiadła na kanapie i rozpłakała się. Łzy wyznaczały na policzkach mokre smugi, spadając ciężko na podłogę. Nie potrafiła żyć bez jego serdecznego uśmiechu, okłamując się miesiącami, że poradzi sobie sama. Chciała wrócić do momentu, kiedy dostała list z Genewy, podrzeć go na kawałki i wrócić do Londynu. Może zasiąść w nauczycielskim fotelu, jako asystenka obrony przed czarną magią, może zająć się sprawami sądowymi w Wizengamocie, któż wie? Gdyby nie ten list, nie musiałaby teraz tkwić zupełnie sama, pośród strachu i niepewności, uzbrojona wyłącznie we własną moc magiczną, w przepełnionym chłodem mieszkaniu. Nie pracowałaby w tak niebezpiecznych warunkach, nie znała tych wszystkich zakazanych czynności i niewygodnych faktów, które w Szwajcarii traktowała niemal jak chleb powszedni. Byłaby tą Ruth, którą zostawiła wiele miesięcy temu w Grecji, w lnianej koszuli i trampkach... Tą Ruth, która zjadła dwa ciastka wiśniowe na raz na spotkaniu z Calumem... Tą Ruth, która grała w butelkę z przyjaciółmi na latającym dywanie, tą, która piła z Lysandrem dymiące piwo w Dziurawym Kotle, obgadując ówczesnego Ministra Magii, grającą w beerponga u Lotty, pyskującą do Shawna na lekcjach i w końcu tą, która nigdy nie zapominała o swoich najbliższych.

Dlaczego ta Ruth nie mogła wrócić?

Głośny krzyk wydobył się z jej gardła, a zaciśnięte pięści uderzyły w kawowy stolik, który zaskrzypiał gniewnie, jakby z pretensją. Chciała, żeby świat spłonął. Spłonął i odrodził się z prochów z nią, tylko grającą na swoich zasadach. Świadomą swojego doświadczenia i kontrolującą własny los. Tą Ruth, którą zawsze była.

Podniosła zapłakane oczy, w których odbijało się czerwone światło płomieni trawiących meble wokół.

To jest koniec. To jest początek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content

Historia tej bez różdżki QzgSDG8








Historia tej bez różdżki Empty


PisanieTemat: Re: Historia tej bez różdżki   Historia tej bez różdżki Empty

Powrót do góry Go down
 

Historia tej bez różdżki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: Historia tej bez różdżki QCuY7ok :: 
retrospekcje
-