Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share
 

 Dziedziniec

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8
AutorWiadomość


Runa Grímsdóttir

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 80
Dodatkowo : metamorfomagia
  Liczba postów : 106
http://www.czarodzieje.org/t9479-runa-demetria-grimsdottir#263703
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9490-misfit#263847
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9489-maly-cwaniaczek#263844
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9488-runa-demetria-grimsdottir#263840
Dziedziniec - Page 8 QzgSDG8




Gracz




Dziedziniec - Page 8 Empty


PisanieTemat: Dziedziniec   Dziedziniec - Page 8 EmptyCzw Wrz 11 2014, 14:34

First topic message reminder :

Nieważne, jak mocno Eiv wpatrywałaby się w oczy Runy, i tak nie dojrzałaby w nich żadnego z fałszywych uczuć, jakich najprawdopodobniej szukała. Oczywiście, może delikatne zbicie z tropu majaczyło gdzieś pośród pokładów niezmierzonej empatii oraz czystej chęci pomocy, bo dziewczę nigdy by się nie spodziewało, że po względnie krótkiej salwie przekleństw oraz obelg ich ofiara momentalnie się załamie. Wnioskując z całej tej nienawiści, jaką słychać było w opowieściach Gemmy o podszywającej się pod nią osobie, można było pomyśleć, iż ona z wielką chęcią podejmie się takiej szermierki. Zamiast tego, po prostu opadła na ziemię. Grímsdóttir usiłowała wiec w jakiś niebywale błyskotliwy sposób rozpracować zawiłość sytuacji, ale fakt, że musiała to robić w międzyczasie oswajania Henley wcale nie pomagał. Głaskała ją z niemal siostrzaną troskliwością, której w danym momencie u Gemmy próżno było szukać. Dziewczyna powoli chyba zaczęła wierzyć w prawdziwość teorii o dawno zaginionych, nagle odnalezionych bliźniaczkach, sądząc po pełnym wyrzutu pytaniu o nieodzywanie się, ale zamiast takiego chamstwa, mogłaby się przestawić na tryb empatii. Nie pomyślała, że może Cara nie miała żadnego wpływu na ich rozdzielenie? Runa mimowolnie czuła na sobie wzrok Zaharówny, chociaż odwrócona do niej plecami nie miała najmniejszej szansy na zgadnięcie, jakie emocje w nim zawarła. Czy niecierpliwe oczekiwanie, czy nienawiść, czy może zwykłą obojętność i brak wiary w retorykę Włoszki? A może w ogóle nie patrzyła, krążąc tylko w kółko, zaś osiemnastolatce tylko wydawało się, że jest obserwowana? Jeszcze się o tym z pewnością przekona, póki co nadal delikatnie gładziła włosy Gryfonki, aby zaraz ostrożnie odebrać od niej papier wraz ze zdjęciem. Sytuacja zrobiła się trochę mniej wygodna, bo dla pełnej wygody Runa potrzebowałaby obu swoich dłoni, a to oznaczało, że nastał koniec głaskania. Westchnęła cicho, zabierając się do dokładniejszych obserwacji dwóch zadziwiająco ważnych rzeczy, których otrzymania dziewczę w żadnym wypadku się nie spodziewało.
- Gemma, jak miała na imię twoja siostra? To znaczy, na pierwsze i drugie? - spytała głośno, chcąc upewnić się, że adresat pytania dokładnie je usłyszy. Oczyma pochłaniała inicjały N. V. Z. w całej pewności, że "Z" oznacza "Zaharov". Nie chciała jednak podejmować żadnych pochopnych wniosków, więc musiała się upewnić. Rok 2004 również pasował do wersji rozdzielenia w wieku dziewięciu lat.
- W sumie wiesz co? Chodź tu i zobacz sama - dodała, podnosząc się do pionu i wyciągając dłoń ze zwitkiem papieru oraz zdjęciem w stronę dziewczyny, a kiedy ta zabrała podane jej rzeczy, Włoszka znów przykucnęła, aby ponownie zacząć głaskać Henley.
- Wszystko będzie dobrze - powiedziała cicho, nie mając w arsenale nic lepszego, a nie chciała, żeby dziewiętnastolatka miała się tu zaraz popłakać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość


Lennox X. Zakrzewski

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 68
Dodatkowo : prefekt fabularny
  Liczba postów : 325
http://www.czarodzieje.org/t15432-lennox-zakrzewski
http://www.czarodzieje.org/t15445-nieprzyjemniaczek#414806
http://www.czarodzieje.org/t15448-ostrzy-sobie-pazury#414843
http://www.czarodzieje.org/t15438-lennox-zakrzewski#414740
Dziedziniec - Page 8 QzgSDG8




Gracz




Dziedziniec - Page 8 Empty


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Dziedziniec - Page 8 EmptyPon Kwi 15 2019, 14:50

Nie miał zamiaru dzisiaj tędy przechodzić, tak naprawdę to chciał ten dzień spędzić w łóżku, z jakimś przypadkowym zwierzęciem jednego ze swoich współlokatorów. Kiedy oni wybywali z dormitorium, bo pogoda postanowiła się tym razem nie spierdolić, Lennox zaszywał się tam jak karaluch, otoczony poduszkami, ciepłem i słodyczami.... Po treningach zawsze zachowywał się jak ciepła klucha i regenerował siły dłużej, niżeli było to potrzebne. Jednak ostatniego elementu jego błogiego spokoju mu brakowało, bo zapas słodkości, jak i szkolnych pasztecików, dawno wyparował. Wiedział, że jest tak za sprawą magicznych zdolności jednego ze Ślizgonów, jednak nie miał siły, ani ochoty, aby w tym momencie za nim latać.
Dlatego zwlókł swój tyłek z łóżka, zarzucił na siebie powyciąganą czarną bluzę i wyszedł z tej pieczary, w poszukiwaniu czegoś smakowitego, co skrzaty zapewne już przygotowały, z pewnością nie specjalnie dla niego. Gdzieś między jego nogami łaził włochaty kot jednego ze współlokatorów, który postanowił uwziąć się na Zakrzewskiego, z niewiadomych mu przyczyn. Nie znosił się z sierściuchem, jednak dzisiaj był wyjątkowo milusi, niemal miał ochotę chwycić go i wyrzucić gdzieś za parapet. W końcu wszystkie upadają na cztery łapy, nieprawdaż?
Kiedy skończył myszkowanie i zwyczajne złodziejstwo w czeluściach Kuchni, świrus, który mu towarzyszył, dosłownie dostał szajby i spierdolił. Zaczął kląć pod nosem, w końcu nigdy nie powinien go wypuszczać, najwidoczniej z bardzo dobrego powodu. Jego sąsiad urwie mu jaja, jak się dowie... Cudownie. Pobiegł za nim, jednak kiedy usłyszał zamieszanie na dziedzińcu, zatrzymał się. Oczywiście, że to zrobił, przecież on uwielbia takie wybuchowe spotkania.
Oparł się o murek i przyglądał zaistniałej sytuacji, która w jakiś sposób go rozbawiała. Naprawdę? Czy tak w dzisiejszych czasach wyglądało dręczenie innych uczniów? Na początku nie rozpoznał w drobnej postaci dziewczyny, która jakieś miesiące temu opatrywała Lennoxowi twarz. Nieznośny karzełek miał tutaj niezłe piekło, co? Nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia, a choć w tym momencie był obserwatorem, wcale nie był lepszy od tych dwóch. A może był. Przynajmniej wybierał tych, którzy byli gotowi się z nim zmierzyć... Pokręcił głową z dezaprobatą, jakby jego uczeń, dosyć krnąbrny, powiedział coś, czego nie powinien. Czy nie wiedziała, że jedynie bardziej rozrusza tego typka?
Mrowienie w dłoniach było irytujące i zdecydowanie zbyt silnie na niego działało. To nie była chęć potrzeby potrzebującym, zwyczajnie dawno nikt nie zaszedł mu za skórę, a jak wiadomo, Zakrzewskiemu brakuje adrenaliny w swoim życiu. Był kimś, kto składał się z cukru, odrobiny wody i właśnie tej nieszczęsnej narkotyzującej adrenaliny. Nie zarejestrował więc momentu, w którym podszedł bliżej z torbą swoich łupów. Stanął niedaleko dziewczyny, opierając ręce na biodrach i uśmiechając się szeroko, jakby był to naprawdę ładny dzień, a oni wszyscy byli dobrą paczką znajomych. -Nie wiecie, że nie tak powinno podrywać się dziewczyny?-Uniósł lekko brwi, na które nachodziła zbyt długa grzywka. Jeżeli go kojarzyli, wiedzieli, że były dwie możliwości... Zignorować go i odejść jak najszybciej, choć wtedy byłby chyba bardziej poirytowany, niż gdyby zostali i oddali mu za to bezczelne wparowanie. Jednak coś w jego posturze oraz spojrzeniu mówiło, jak bardzo lekceważył ich możliwości... To chyba najlepszy powód, aby mu przywalić, prawda?
-Poza tym, widzieliście gdzieś kota? Spieprzył mi jebany...-Warknął pod nosem i kolejny raz na jego wargach pojawił się, tym razem bardziej arogancki o ile to w ogóle możliwe, uśmiech.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Flora J. Martell

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 155
C. szczególne : duże, błękitne oczy.
Galeony : 126
  Liczba postów : 44
http://www.czarodzieje.org/t17100-flora-joy-martell
http://www.czarodzieje.org/t17106-florkowa-sowka#477531
http://www.czarodzieje.org/t17105-flora-j-martell
Dziedziniec - Page 8 QzgSDG8




Gracz




Dziedziniec - Page 8 Empty


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Dziedziniec - Page 8 EmptyPon Kwi 15 2019, 21:49

Teoretycznie była na ostatnim roku szkoły, a w praktyce miała przed sobą jeszcze studia, żywiąc nadzieję, że coś się zmieni. Ona się zmieni, bo przecież nawet nieśmiałość czy niezdarność powinna mieć swoje granice, a Florze wydawało się, że u niej po prostu nie istnieją. Niezauważalnie przesunęła paznokciami po bruku, starając się ignorować, nie słuchać zaczepek starszego chłopaka. To był jej sposób na przetrwanie, wszystko znosiła dzielnie i wydawać się mogło, że przykre słowa po Martellównie spływają. Lazurowe ślepia wpatrywały się gdzieś w punkt przed sobą, a kosmyk brązowych włosów, który uciekł jej z kitki, łaskotał policzek. Starała się szukać optymizmu, zachęcać samą siebie do działania — bo gdyby uwierzyła w te wszystkie brednie na swój temat, płakała po każdym seksistowskim tekście lub popchnięciu na korytarzu, dawno musiałaby rzucić się z wieży. Przymknęła więc oczy, licząc do trzech i ze świstem wypuszczając strumień ciepłego powietrza spomiędzy warg.
Echo kroków gasło, zagłuszały je porywy wiatru i szelest młodych liści. Puchonka przetarła ręką o materiał miękkiej bluzy, a następnie niczym wyrwana z transu, rozpoczęła poszukiwania kopniętego podręcznika. To, że tak potraktowali książkę, zirytowało ją bardziej, niż fakt, że ona skończyła z obtartą dłonią. Sunęła wzrokiem po podłożu, napotykając ostatecznie spojrzeniem nie tylko tomik prawiący o uzdrawianiu, ale też męskie buty. Zaskoczona przesunęła wzrokiem w górę, dostrzegając w ich właścicielu Lennoxa Zakrzewskiego — zwiastun kłopotów, najczęstszego gościa skrzydła szpitalnego. Zamarła, czując ogarniającą ją panikę. Nie sądziła, że w ogóle pamiętał o jej istnieniu, ale wyraz jego oczu nie wróżył nic dobrego. Gdy tylko podszedł, a brwi mu drgnęły, akcentując ukryte w słowach przesłanie, zbladła jeszcze mocniej, zastanawiając się, co właściwie ma zrobić. Nie potrafiła stwierdzić, co planował. Nie wiedziała, czego się po nim spodziewać. Obróciła głowę przez ramię na grupkę uczniów, która zaprzestała wędrówki do potężnych drzwi, patrząc na ślizgona z niezadowoleniem i irytacją na buziach. Przecież go zabiją!
Brunetka wstała dość zgrabnie, aczkolwiek nazbyt szybko — czując wirowanie w głowie, które zmusiło ją do zamknięcia powiek i złapania oddechu. Popychana strachem oraz odpowiedzialnością, podeszła do Zakrzewskiego, łapiąc go za przedramię lewej dłoni, zaciskając na nim palce. Jej olbrzymie, otoczone wachlarzem czarnych rzęs ślepia wbiły się w niego z błagalnym, uspokajającym spojrzeniem. Kręciła przecząco głową, czując gula w gardle. Przerażał ją, ale nie mogła pozwolić, żeby jemu czy pozostałym stało się coś złego.
- N.Nie. Nie było tu żadnego kota... - wydusiła w końcu cicho, zagryzając na chwilę dolną wargę. Całkiem zapomniała o leżącej na ziemi książce czy przewieszonej przez ramię torbie. Ruchem głowy odgarnęła włosy na plecy, cofając się pół kroku i starając się go pociągnąć za sobą. Lepiej, żeby wyżył się na niej niż na nich. Znów byłby poobijany, a do tego pewnie dostałby potężny szlaban. Nie było warto. - Właśnie!Mogę pomóc Ci go poszukać, wiesz?
Zaproponowała nieco głośniej jakby odważniej. Wiedziała, że zaraz obdarzy ja spojrzeniem umiejącym ugasić płomień, przepełnionym chęcią mordu. Szukała wyjścia, pokojowego rozwiązania. Czuła, jak policzki się jej rumienią, a serce mocniej wali w piersi, jednak wciąż nie puszczała Lennoxowego ramienia, jakby wierzyła, że ktoś tak mały i nieistotny będzie umieć go powstrzymać. Wtedy też doznała olśnienia. Wolną dłonią, dość szybko i gwałtownie sięgnęła do bocznej kieszeni torby, wyciągając z niej zawiniętego w pergaminowy papier pasztecika z dynią, którego wzięła sobie z kuchni w ramach przekąski do nauki, aby mogła wytrzymać bez obiadu aż do kolacji. Oprócz tego został jej ostatni cukierek z musem truskawkowym. Czy to ją uratuje przed zagładą? Przysmak ledwo mieścił się na wysuniętej w jego stronę dłoni, a chociaż nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy, znów się odezwała.
- Masz ochotę? Dostaniesz energii na szukanie kota.. Jeszcze ciepły..
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Lennox X. Zakrzewski

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 68
Dodatkowo : prefekt fabularny
  Liczba postów : 325
http://www.czarodzieje.org/t15432-lennox-zakrzewski
http://www.czarodzieje.org/t15445-nieprzyjemniaczek#414806
http://www.czarodzieje.org/t15448-ostrzy-sobie-pazury#414843
http://www.czarodzieje.org/t15438-lennox-zakrzewski#414740
Dziedziniec - Page 8 QzgSDG8




Gracz




Dziedziniec - Page 8 Empty


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Dziedziniec - Page 8 EmptyWto Kwi 23 2019, 18:38

Najwidoczniej taka była, co w tym złego? Czy tak bardzo przeszkadzał jej fakt, że nie potrafiła obronić własnego tyłka? Wybierała bierność, bo tak było lepiej? Człowiek nie angażuje się wtedy w żadne spory, nie jest narażony na krzywdę fizyczną... To co, lepiej znosić posłusznie wszystkie obelgi? Ataki, który nawet przechodzi do rękoczynu? Żenujące.
Można znosić to wszystko, jednak z dumnie uniesioną głową i poczuciem, że nic nie mogą ci zrobić. A tak, daje im piękną i pełną władzę nad własnym życiem. Ci kolesie mogli zrobić o wiele więcej i zrobią. Kiedyś. Nie jutro. Nie za miesiąc. A może nawet następną ofiarą nie będzie sama Flora.
Fakt niszczenia książek również mocno go zirytował, a fakt, że nie spotkasz go z książką na szkolnym korytarzu, nie znaczy, że w swojej samotni nie zagłębia się w szkolne lektury lub powieści mugolskich autorów. Niemal czuł gulę, która mu rośnie w gardle, tę, która powstrzymuje ryk wydobywający się z jego trzewi. To mogła być osoba, którą znał, lub ktoś, kogo widział pierwszy raz. I zapewne byłaby to większość szkolnej populacji, nie zwracał w końcu uwagi na ludzi wokół. Był egoistą, kimś, kto interesował się czubkiem własnego nosa, do tego dochodziła ta ignorancja... Hm. I tak, był zwiastunem kłopotów. To mówiła cała jego postura oraz błysk w oczach, a lekceważący uśmiech na wargach miał jedynie rozjuszyć te osobniki. To będzie dziennie proste, Floro, patrz. Niemal to samo mówiło to krótkie spojrzenie, które rzucił na jej postać, wciąż klęczącą gdzieś u jego stóp.
Dopiero kiedy wstała i chwyciła go mocno za przedramię, przyjrzał się jej postaci. Skrzywił się nieznacznie, nawet już nie na sam dotyk, którym go raczyła, a tym intensywnie w niego wpatrzonym spojrzeniem. Tak bardzo mu przypominała Olivie, że aż miał ochotę na wymioty. I nie żartował w tym momencie... Mogła więc uznać, że ta reakcja była odpowiedzią na jej bliskość.
Kiedy ruszyła w przeciwnym kierunku niż zbliżający się do nich kolesie, schylił się po książkę, którą zaraz po wyrwaniu ręki z jej uścisku, wręczył do jej własnych rąk. Wciąż próbowała go przekonać? Czego się spodziewała, że tak łatwo uda jej się go odciągnąć? Nie widziała, jak przez jego żyły płynie przyspieszona krew? Jak oczy świeciły się z podniecenia, bo doskonale wiedział, co zaraz może zajść?
-Mam swoje własne zapasy.-Podniósł do góry własną torbę, jednak kącik jego warg drgnął, jakby tą propozycją go rozbawiła. Choć czy na pewno? Tak łatwo go rozszyfrowała? Co takiego mogła o nim wiedzieć? Powinna szybko stąd uciekać, skoro tak bardzo nie chciała widzieć widoku rozlewu krwi.
Odwrócił się i bezczelnie przyjrzał się każdemu z osobna. -Panowie, chyba nie chcecie wkurwiać bardziej Prefekta jednego z domów, prawda? Salazar mi świadkiem, że mam pamięć do tak paskudnych gęb.-Oparł dłonie na biodrach i przekrzywił lekko głowę w bok. Chyba pierwszy raz czerpał taką radość z faktu, że przydzielili mu tę odznakę.-Zrobimy to po dobroci, podacie mi imiona, a nikt nie dowie się, że zaczepialiście mniejszych i słabszych od siebie. Mogę oszczędzić wam trochę wstydu...-Zaczął spokojnie.-Lub zrobimy to po mojemu. Oberwiecie po punktach i rodzone matki was nie poznają, choć uważam, że będą mi wdzięczne.-Uśmiechnął się szeroko, unikając przy okazji ciosu, który wymierzony był w jego twarz. To było niemal do przewidzenia, tak? Tak samo, jak jego jednoczesny kopniak kolanem w brzuch, który wymierzył pierwszemu odważnemu.
Zakrzewski, który gada za dużo, to bardzo zły znak.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Flora J. Martell

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 155
C. szczególne : duże, błękitne oczy.
Galeony : 126
  Liczba postów : 44
http://www.czarodzieje.org/t17100-flora-joy-martell
http://www.czarodzieje.org/t17106-florkowa-sowka#477531
http://www.czarodzieje.org/t17105-flora-j-martell
Dziedziniec - Page 8 QzgSDG8




Gracz




Dziedziniec - Page 8 Empty


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Dziedziniec - Page 8 EmptyPią Maj 03 2019, 01:09

To była raczej kwestia przyzwyczajenia, Flora nie potrafiła się kłócić czy dyskutować. Nie widziała sensu w przeciąganiu konfliktu, wzbudzał tylko agresje i potem stwarzał same problemy. Była wyjątkowo pokojową dziewczyną. Po minie Lennoxa wiedziała, jak odbiera jej zachowanie — całe spojrzenie chłopaka pełne było politowania. Nie miała mu za złe, ją czasem też denerwowała jej własna postawa czy słowa, jednak w ogólnym rozrachunku wychodziło to korzystniej niż się kłócić czy bić. Nie było to w ogóle w stylu Zakrzewskiego i tylko uwydatniało różnicę pomiędzy nimi, widoczną prawie na każdej płaszczyźnie. Gdyby na głos wypowiedział swoje myśli, pewnie miałaby olbrzymie wyrzuty sumienia — nie chodziłoby o nią samą, a o inną dziewczynę, którą mogliby skrzywdzić. Martellówna wrzuciłaby sobie do głowy, że to wszystko przez nią.
Nie wątpiła w jego inteligencję, chociaż do głowy by jej nie przyszedł obraz ślizgona z podręcznikiem czy książką, ale mało go znała. Tyle, co nic. Było jednak w nim coś intrygującego, do czego odkrycia pchała ją intuicja, nie zważając na to, jak niebezpieczne mogło to być. Sposób jego zachowania wzbudzał strach, paraliżował ją — nie wiedziała, co miała mówić na postawę, którą obecnie prezentował. Czemu skojarzył się jej z więźniem z Azkabanu? Nieobliczonym maniakiem, który jednak poza szaleństwem w ślepiach miał ukryte coś jeszcze. Flora była altruistką z natury, nie porzucała ludzi i pomogłaby każdemu, gdyby tylko była w stanie. Wiedziała, że on też tej pomocy potrzebował, tylko jeszcze do tego nie dojrzał. Zacisnęła mocniej palce na jego dłoni, ignorując obrzydzenie na jego twarzy i niechęć, którą posłał w jej kierunku. Uparcie wpatrywała się w niego tymi swoimi wielkimi, okalanymi wachlarzem rzęs oczyma. Od słońca piegi na nosie stały się bardziej widoczne, a luźny kosmyk, który uciekł jej z kucyka, spłynął na twarz. Nie mogła odpuścić, nawet jeśli była tylko małym karaluszkiem, którego chciał zgnieść. Nie mogła pozwolić, żeby zrobił komuś krzywdę. Dość brutalnie wyrwał się z jej uścisku, pewnie słabego i wątłego, chociaż wkładała w niego tyle siły. Gdy brutalnie wciskał podręcznik do jej rąk, przymknęła powieki nieco wystraszona, przytulając książkę do piersi. Dlaczego był taki gwałtowny i nieprzewidywalny? Nie potrafiła w żaden sposób odkryć jego kolejnego kroku, najmniejszej myśli — bo nawet jeśli oczy były zwierciadłem duszy, jego nie zdradzały za wiele. Westchnęła cicho, odwracając od niego wzrok. Gotował się do działania, co wcale się jej nie podobało.
- Podzielę się swoimi..- szepnęła, cofając dłoń z pasztecikiem. Coś się zmieniło, atmosfera stała się gorsza i bardziej napięta. Przecież z cukierkami w skrzydle się udało, dlaczego teraz nie? Był tak chaotyczny, że ledwo za nim nadążała. Gdy się odwrócił, stanęła za nim, robiąc krok w tył. Powinna uciekać, odwrócić się i pójść — zostawić go z innymi, skoro chciał się bić, ale nie potrafiła. Nie powinien wykorzystywać odznaki, to było złe — a jednocześnie sprawiło, że została i wlepiała wzrok w jego plecy, nieco zła i całkiem zaskoczona postępowaniem chłopaka. Dla niej to było niewyobrażalne. Jakim cudem takie tornado dawało radę w szkole? - Daj spokój, proszę...Lennox, nie warto.
Wypowiedziała jego imię miękko i łagodnie, nieco ze strachem — wciąż jednak z przemawiającą przez głos wiarą w to, że będzie umieć odpuścić. Jego szczęście wzbudzało w puchonce wątpliwości, podobnie jak oparte na biodrach dłonie. Była naiwna, wierząc, że da sobie spokój — pielęgniarka jej trochę o nim opowiadała, mogła jej słuchać. Już miała dalej gadać, gdy dostrzegła lecącą w jego stronę pięść, na co zacisnęła powieki i wydała z siebie bezgłośnie westchnięcie, zamierając w miejscu. Wszystko to, czego chciała uniknąć. Do uszu docierały jednak dźwięki ciosów, których nie chciała i nie potrafiła ignorować. Rzuciła książkę, wystrzeliwując do przodu — a była mała, zwinna i szybka, stając przed Zakrzewskim, gdy tylko jego noga wróciła na ziemie. Rozłożyła ręce, patrząc na niego z dołu i osłaniając ucznia, który skończył na bruku — trzymając się za brzuch. Nawet jeśli to on ją wcześniej tak potraktował, nie mogła patrzeć, jak dzieje się mu krzywda.
- Przestań, są od Ciebie słabsi! Bądź mądrzejszy, nie wykorzystuj odznaki.. Proszę Cię, odpuść. Nie warto, naprawdę.. - mówiła cicho, jednak na tyle wyraźnie i dosadnie, aby dobiegło to jego uszu. Patrzyła mu w oczy, chociaż po ciele przebiegała jej gęsia skórka, a serce waliło w piersi niczym mugolski młot pneumatyczny, który kiedyś widziała. Jakby chciało uciec, wyskoczyć. Miała wrażenie, że świat się zamknął, a w powstałej bańce była tylko ona i on. Zupełnie jak woda i ogień. Błękitne ślepia karzełka były jednak niezwykle uparte, musiałby ją chyba przestawić, żeby się ruszyła — bo w innym wypadku się do niego przyklei i go nie puści ani kroku dalej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Lennox X. Zakrzewski

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 68
Dodatkowo : prefekt fabularny
  Liczba postów : 325
http://www.czarodzieje.org/t15432-lennox-zakrzewski
http://www.czarodzieje.org/t15445-nieprzyjemniaczek#414806
http://www.czarodzieje.org/t15448-ostrzy-sobie-pazury#414843
http://www.czarodzieje.org/t15438-lennox-zakrzewski#414740
Dziedziniec - Page 8 QzgSDG8




Gracz




Dziedziniec - Page 8 Empty


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Dziedziniec - Page 8 EmptyNie Maj 05 2019, 19:28

Nie jest to przeciąganie konfliktu, po prostu zakończyłaby go ostatecznie. Nie musiałaby się obracać przez ramię, patrząc czy przypadkiem nikt nie czai się za rogiem. Nie wmówi mu, że nie żyła w strachu... Nie miała ściśniętych mięśni ramion, bo czuła się bezpiecznie w murach tego zamku. Jeżeli raz pokazała swoją słabość, ci ludzie to tylko wykorzystają. Tutaj, w szkole, czy później, w dorosłym życiu, gdzie nie będzie nikogo, kto przejąłby się jej losem.
Powinna walczyć... Tutaj. Teraz. Bo nikt za nią tego nie zrobi. Wróć... A co teraz robisz, Zakrzewski? Niemal czuł, jak odwraca się do swojego irytującego głosiku w głowie, przysuwa się do niego i staje z nim twarzą w twarz... Zajebiście się bawię, kolego. Szeroki uśmiech, który był zarezerwowany dla tego małego skurwiela, był widoczny na bladej twarzy chłopaka.
Nikt go sobie tak nie wyobrażał. Jednak był to nawyk jeszcze z dzieciństwa, gdzie siadał w ogrodzie jedynego domu, który mógł tak nazywać i czytał... Lubił to robić. Lubił zatracać się w czymś tak mocno, że żadna inna rzeczywistość dla niego nie istniała. Kiedyś było wiele rzeczy, które w swojej prostocie sprawiały mu wiele przyjemności.
Bo wiedziała to kurwa najlepiej! Nie był pieprzonym szczeniakiem, który potrzebował ratunku. Był człowiekiem, który nienawidził, kiedy ktoś wpierdalał się w jego interesy. To, że chciał komuś przywalić, nie świadczyło o tym, że potrzebował ratunku... Może był pieprzonym psycholem, którego celem faktycznie jest wylądowanie w Azkabanie? Nie wiedziała, że jak ktoś czegoś nie chciał, to nie narzuca się własnych ambicji na innych? To nie był altruizm.
Udawał, że nie czuł na sobie jej uważnego spojrzenia. Co w przypadku kiedy adrenalina buzowała w jego żyłach, wcale nie było takie trudne. Najlepiej by było, gdyby stąd poszła, nie powinna być świadkiem. Nie dlatego, że potrzebował kogoś, kto ewentualnie poprałby jego wersję... Nie była również zbyt delikatna. Zwyczajnie nie chciał, aby mu przeszkadzała. Wiedział, że gdyby mogła, stanęłaby między nim a resztą podczas ataku...
Miał ochotę krzyknąć, że miał gdzieś te paszteciki, chociaż jego wewnętrzne ja zapewne krzyczy teraz na niego, że nigdy nie jest ich za dużo i powinien je przyjąć jak grzeczny chłopiec. Nie było na to czasu, a to, że znalazła się za jego plecami, w jakiś sposób go uspokoiło. Nie znajdowała się na linii ataku, nie musiał więc przejmować się tym, czy oberwie podczas tego chaosu, który miał się rozpętać. I nie, nie było to wykorzystywanie odznaki. Jedynie zaznaczył przegraną pozycję przeciwników, dając szansę, aby przemyśleli swoje zachowanie i zwyczajnie się wycofali.
Nie posłuchali głosu rozsądku, o ile jakikolwiek mieli. Problem z Lennoxem był taki, że czuł zbyt wiele. Codziennie rano, kiedy otwierał oczy, czuł jak, uderzają w niego wszystkie te emocje, z którymi kiedyś sobie nie poradził. Nawet to, co dzieje się z jego współlokatorami. Znał ich nie dlatego, że byli bliskimi znajomymi.... Ślizgon odczytywał to, co mieli wypisywane na twarzach. Zawsze tak było. Zawsze był dzieciakiem, który czuje za dużo, a choć kiedyś łatwiej było dać upust temu kłębowisku gówna, tak teraz, jedynym wyjściem było wyrzucenie z siebie tego wszystkiego za pomocą bólu. I pięści.
Niemal odwrócił głowę, słysząc swoje imię w ustach obcej sobie osobie. Zdążył jedynie złapać kawałek jej spojrzenia, które trafiło w niego jak szpila. Wspomnienia, za którymi kryło się uczucie... Co chyba jedynie mocniej go podkurwiło, bo nie powinien przerywać, nie powinien odwracać uwagi od prawdziwego przeciwnika.
Jedno szybsze uniesienie klatki piersiowej i nagle przed jego oczami wyrosła niewielka postać, która zwyczajnie stała na przeszkodzie. Nie jemu. A kolejnemu chłopakowi, który rzucił się na nich, nie zważając na to, że stała tam dziewczyna. Myślała, że zatrzyma tym to, co się wokół działo? Doskonale wiedział, na jaki typ człowieka trafi. Nie przestanie, dopóki nie otrzyma nauczki.
Jego szeroko otwarte, płonące oczy, zwróciły się w kierunku chłopaka, który biegł na nic spodziewającą się Florę. Tak, pamiętał jej imię. I tak obudził się w nim instynkt, który próbował w sobie pogrzebać dawno temu. Kiedy odepchnął ją na bok, jedna dłoń trzymała jej ramię, aby nie straciła równowagi jak tamten koleś. Kiedy poczuł ból w okolicach szczęki, przez moment wszystko jakby się zatrzymało, a huk w jego głowie rozchodził się powoli i boleśnie po reszcie ciała.
Może coś do niego mówili, może nie, a może był to krzyk w jego głowie, który tylko on mógł słyszeć. Z wrażenia zrobił krok do tyłu, wciąż trzymając dziewczynę, mocniej niżeli była potrzeba. Kiedy się otrząsnął, puścił ją i rzucił się na chłopaka, dwoma rękoma mocno chwytając poły koszulki chłopaka. Czuł krew w ustach.-Spierdalaj. Inaczej nie ręczę za siebie! A uwierz, mam wielką ochotę rozpierdolić Ci twarzyczkę.-Odepchnął go mocno, szczerząc się czerwonymi zębami.
Odwrócił się, wciąż nie do końca bezpieczny dla otoczenia i podszedł do dziewczyny. Przez sekundę mierzył ją spojrzeniem, aby po chwili chwycić jej dłoń i ruszyć w kierunku wyjścia z dziedzińca. Nie obejrzał się za siebie, jednak wiedział, że za nimi nie ruszyli. Co się stało?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Flora J. Martell

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 155
C. szczególne : duże, błękitne oczy.
Galeony : 126
  Liczba postów : 44
http://www.czarodzieje.org/t17100-flora-joy-martell
http://www.czarodzieje.org/t17106-florkowa-sowka#477531
http://www.czarodzieje.org/t17105-flora-j-martell
Dziedziniec - Page 8 QzgSDG8




Gracz




Dziedziniec - Page 8 Empty


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Dziedziniec - Page 8 EmptyCzw Maj 09 2019, 21:05

To było nieprawdopodobne uczucie. Pojawiło się znikąd, zawładnęło całym jej jestestwem, jednocześnie odcinając wszelkie tryby w mózgu. Miała wrażenie, że stoi obok siebie i patrzy z niedowierzaniem na to, co się działo. Zupełnie jakby oglądała cały ten chaos w zwolnionym tempie, sparaliżowana i pozbawiona jakiejkolwiek szansy na reakcję. Była altruistką i potrafiła poświęcić siebie dla innych, jednak w tym przypadku nie miało to żadnego sensu, dzikie spojrzenie Zakrzewskiego bardziej przypominało zwierzęce niż ludzkie. Ona sama pewnie pobladła, a przerażone ślepia jedynie przesuwały się z miejsca na miejsce, jakby szukała rozwiązania. Nie wiedziała, co miała zrobić. Z jednej strony była na niego tak strasznie wściekła, że się wtrącił i do tego sprowokował bójkę, a z drugiej pojawiło się w niej uczucie dziwnej ulgi, wyciszenia. I naprawdę nienawidziła siebie za to, że akurat takie emocje w niej wywołał. Bo co niby zmieni to, że komuś stanie się krzywda? Mogła jeszcze wytrzymać.. Mogła, ale czy chciała? Dlaczego przypadkowo spotkany łobuz, postrach korytarzy, a na dodatek prefekt mający tendencję do wykorzystywania swojej pozycji sprawiał, że miała problem ze sprawiedliwą oceną? Mogło to być spowodowane jego wolą walki, chęcią trzymania swojego w pięści — tą brutalną i gwałtowną aurą, nieprzewidywalnym sposobem bycia, tak innym od niej.
Przechodziły ją dreszcze. Bała się. Nie o to, że jej coś się stanie, a o to, że albo on sobie z czwórką przeciwników nie poradzi, albo ich będą zbierać i składać w skrzydle szpitalnym, a gdy przyjdzie co do czego i zapytają Florę, co się właściwie stało, będzie musiała powiedzieć prawdę. Drobne stworzenie stojące za Lennoxem nie potrafiło kłamać, nawet jeśli fakty były bolesne i niewygodne. Patrzyła na jego plecy — jednocześnie z podziwem, jak i przerażeniem. Chciała coś powiedzieć, wyciągnąć dłoń i go złapać za plecy, powstrzymać, a jednak wciąż nie mogła się ruszyć. Skąd miał w sobie tyle siły? Zamiast słów z zaciśniętego gardła uciekło jej tylko westchnięcie. Nagłe szarpnięcie sprawiło, że zacisnęła powieki i pisnęła cicho, dając się przesunąć niczym lalka z miejsca na miejsce, nie mając pojęcia nawet, że uniknęła w ten sposób uderzenia. Skupiła się raczej na tym, jak ciepłe i silne były palce chłopaka, które wbijały się w jej ramię. Parzyły, przypominały rozgrzany węgiel na jej chłodne skórze — najdziwniejsze było jednak to, że uspokoiły paraliżujący dreszcz przerażenia, pomogły jej otworzyć oczy. Jakby dał jej trochę odwagi. Zadarła głowę, wlepiając w niego spojrzenie błękitnych oczu. Był w szale, amoku. Mimowolnie przesunęła wzrokiem na bladą buzię jego ofiary — chyba zdał sobie sprawę, że nie ma szans i walka jest bezcelowa. Pokryte krwią zęby i zbierająca się czerwona struga w kącikach ust ślizgona, które miała teraz okazję dostrzec, sprawiły, że oczy zaszkliły się jej łzami. To wszystko przez nią?
Posłała mu krótkie spojrzenie, spuszczając wzrok i pozwalając, aby luźne kosmyki włosów opadły jej na buzię. Co miała mu powiedzieć? Myślała, że zacznie wywody lub krzyki, że powie jej coś paskudnego i każe sobie pójść razem z pasztecikami, które ostatecznie leżały gdzieś zapomniane na bruku. Czując uścisk na dłoni, poczuła palący rumieniec na poliku i mimowolnie zacisnęła palce na jego ręku, chcąc jak najszybciej stąd uciec. Nawet jeśli był straszny, to on nigdy nie zrobił jej krzywdy i nie powiedział niczego, co przypominałoby słowa klnących gdzieś za ich plecami uczniów. Dała się grzecznie pociągnąć, drugą dłoń opuszczając luźno wzdłuż ciała i zaciskając palce na materiale bluzy. Patrzyła mu znów na plecy, czując się malutką i bezwartościową osobą. Z pewnością wiele mógł z jej oczu wyczytać, podobnie jak z nerwowego drżenia dłoni, którą trzymał. Zwilżyła spierzchnięte wargi, zaciskając je i następnie przełknęła głośniej ślinę, wyobrażając sobie spływającą mu po kącikach ust krew. Było jej właściwie obojętne, dokąd pójdą — byle jak najdalej stąd. Dodatkowo czuła się w jakiś sposób odpowiedzialna, chciała mu pomóc z obrażeniami, nawet jak bił się z tak głupiego powodu i był zwykłym łobuzem. Nie z litości, współczucia czy innych rzeczy, o które z pewnością ją podejrzewał. Dlaczego tak ufnie za nim szła? Zmarszczyła nos i drgnęły jej brwi. Nie przerwała jednak panującej pomiędzy nimi ciszy, przyśpieszając kroku, aby za nim nadążyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Lennox X. Zakrzewski

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 68
Dodatkowo : prefekt fabularny
  Liczba postów : 325
http://www.czarodzieje.org/t15432-lennox-zakrzewski
http://www.czarodzieje.org/t15445-nieprzyjemniaczek#414806
http://www.czarodzieje.org/t15448-ostrzy-sobie-pazury#414843
http://www.czarodzieje.org/t15438-lennox-zakrzewski#414740
Dziedziniec - Page 8 QzgSDG8




Gracz




Dziedziniec - Page 8 Empty


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Dziedziniec - Page 8 EmptyCzw Maj 09 2019, 21:32

Nie chodziło o obronę uciśnionych, czy niemogących stanąć we własnej obronie. Było coś ekscytującego w tym, że nie wiedział, jak skończy się ta bójka. W końcu było ich więcej, a czasem chwila nieuwagi może przesądzić o wyniku walki. Doskonale o tym wiedział, w końcu ile razy myślał, że jego przeciwnik to jedynie jedna osoba? Jego mięśnie zastygały już od dobrych miesięcy, a nawet trening na miotłach nie sprawi, że poruszy ciałem tak, jak tego potrzebowało. Znał siebie zbyt dobrze, aby nie wiedzieć, czego naprawdę potrzebował. Wyprowadzka, święta, powrót na dawne śmieci... I nieszczęsne zakłócenie spokoju Lennox'a, który tylko w chaosie potrafił się odnaleźć. Zmienił swoje życie, najwidoczniej bezcelowo... A teraz? Czuł, że robi coś, do czego już dawno powinno dojść. Dlatego można było usłyszeć chichot, wychodzący z czeluści jego zgniłej duszy. Powinna uciekać, bo stała po tej stronie barykady, która stanowiła jeszcze większe niebezpieczeństwo od tamtych czterech typków.
Czuł jej przyspieszony puls, jakby żyły na rękach zdradziły ją bardziej niż ciężki oddech, który czuł za swoimi plecami. Kiedy znaleźli się przy wyjściu z dziecińca, nie ruszył dalej, a stanął za ścianą. Do tej pory nasłuchiwał kroków, które mogły za nimi ruszyć. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Odeszli w innym kierunku, a choć perspektywa uniknięcia bójki wcale mu nie odpowiadała, to dopiero teraz z jego piersi uleciało całe powietrze. Kiedy zorientował się, że wciąż mocno ściska drobną dłoń, puścił ją, jednak nie po to, aby odskoczyć jak oparzony, a raczej przenieść je na jej policzki. Dłonie naznaczone bliznami, o startym naskórku ujęły jej okrągłą buzię. Poruszał nią, szukając jakichkolwiek obrażeń na twarzy. Jego wzrok przesunął się wzdłuż jej ciała, jakby wciąż doszukiwały się ran. Dopiero po kilku sekundach uniósł dłonie, jakby w geście obronnym, sugerującym, że nie miał niecnych zamiarów.
Odsunął się o krok i jedną pięścią oparł się o ścianę. Dopiero teraz mogła dostrzec złość, która wyciekała z niego jak ta nieszczęsna krew z ust. Otarł ją rękawem bluzy i wyprostował się, choć wcześniej zginał się, jakby mocno oberwał. -Popierdoliło Cię?! Skąd ten cholerny pomysł z wychylaniem się do przodu? Wjechałby w Ciebie jak buldożer i nie byłoby co zbierać!-Ryknął, bo raczej inaczej nie dało się tego nazwać. Była niewielkich rozmiarów, już wcześniej nie mieli problemu, aby wylądowała na czterech literach... A było to zaledwie muśnięcie ramienia... Gdzie ona miała rozum?! Czy ktoś, kto zajmuje się innym uczuciami w skrzydle szpitalnym, nie powinien posiadać jakieś wiedzy? Odrobiny inteligencji? Jeszcze raz mocno uderzył pięścią w ścianę, próbując wyrzucić z siebie całą nagromadzoną irytację.
Na siebie chyba przede wszystkim. Bo to, że nie grzeszyła inteligencją w zaistniałej sytuacji to jedno... ON nie powinien się wpieprzać, a jednak to zrobił. Naraził ją na obrażenia, chociaż ta sprawa nawet go nie dotyczyła. To ON się wpieprzył. To ON podjudzał tych debili... I nie. Nie wykorzystywał swojej odznaki, nieważne jak bardzo chciałaby w to wierzyć.
Zwyczajnie nie mógł znieść myśli, że ponownie to zrobił. Walczył sam, w swojej sprawie. Czemu więc wkroczył? Czy serio chodziło o samozadowolenie? Spełnienie jakiś chorych fantazji o docieraniu do własnych granic?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Flora J. Martell

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 155
C. szczególne : duże, błękitne oczy.
Galeony : 126
  Liczba postów : 44
http://www.czarodzieje.org/t17100-flora-joy-martell
http://www.czarodzieje.org/t17106-florkowa-sowka#477531
http://www.czarodzieje.org/t17105-flora-j-martell
Dziedziniec - Page 8 QzgSDG8




Gracz




Dziedziniec - Page 8 Empty


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Dziedziniec - Page 8 EmptyCzw Maj 09 2019, 23:00

Jak to możliwe, że poza światełkiem dobra wewnątrz Lennoxa, potrafiła dostrzec w nim jeszcze coś fascynującego? Wierzyła w to, że cały ten wachlarz emocji wywołuje kontrast — każde z nich miało inny kolor, reprezentowało sobą inne wartości oraz aurę. Dlaczego los umożliwił im kolejne spotkanie, chociaż żaden zdrowy na umyśle człowiek nie wiązałby ścieżki puchonki i ślizgona? Na tyle, ile nie potrafiła go jeszcze zrozumieć i go nie znała, na tyle zdążyła mu już pewnych rzeczy zazdrości — oczywiście miało to wydźwięk pozytywny, przepełniony bardziej podziwem. W jakiś sposób wiedziała, że ona nigdy nie osiągnie takiej wolności, którą miał on. Nie potrafiłaby też walczyć o swoje niczym tygrys, zwłaszcza kosztem uszkodzeń fizycznych drugiego człowieka. Wygląd w walce niczym w tańcu i nawet jeśli cały ten spektakl był niebezpieczny, to kryło się w nim coś niezwykle ujmującego i pięknego, momentami zakrawającego na szlachetność. Nigdy w życiu nie powiedziałaby mu jednak tego na głos, mając przed oczyma jego reakcję, a zwłaszcza wyraz twarzy.
Wzrok z pleców Zakrzewskiego przesunęła na jego dłoń — gorącą, pokrytą licznymi śladami zamierzchłych aktów przemocy, znacznie większą od jej własnej. Nie trzymał jej jednak brutalnie i mocno, tak jak chwilę wcześniej robił to za ramię, na którym z pewnością widniały ślady jego palców. Była w tym jakaś łagodność. Uciekła myślami gdzieś do innego świata, ignorując krajobraz dookoła. Cała ta sytuacja była dla Flory tak surrealistyczna, że miała wrażenie, że nie docierał do niej przebieg wydarzeń. Nagle się zatrzymał — sprawiając, że nieco uniosła głowę i zawiesiła wzrok na jego twarzy, korzystając z tego, że stanął do niej przodem. W końcu mogła na niego spojrzeć — był obity, była w stanie dostrzec krople krwi. Wcale się jej to nie podobało. Korzystając z okazji, że puścił jej dłoń — chciała dotknąć jego policzka, jednak dłonie chłopaka momentalnie znalazły się na jej twarzy, wywołując na niej akt zaskoczenia. Mimowolnie spojrzała mu w oczy, czując, jak się rumieni. Wywołał dreszcz na drobnym ciele, sprawiając, że paznokcie z taką siłą wbiły się w materiał ubrania, że chyba zostawiły tam dziury. Czy on się o nią troszczył? Przejął się losem marnej, ledwo znanej sobie puchonki? Był jak niespodziewana ulewa lub jak słońce, którego nikt się w porze deszczowej nie spodziewał, doprowadzając biedną Florę do bezdechu. Dopiero gdy cofnął ręce, robiąc poddańczy gest, cofnęła się o krok i odwróciła wzrok, przypominając sobie o tej ważnej czynności, jaką było oddychanie. Sama nie wiedziała, czy jest bardziej na niego wściekła, czy może powinna się cieszyć, bo takie drobne gesty wskazywały, że miał w sobie więcej z przyzwoitego człowieka, niż sam podejrzewał. Kolejne spojrzenie na jego lico sprawiło, że drgnęła i zagryzła wargę. Zaciśnięta pięść przyparta do muru dobitniej uświadomiła ją o tym, co nadciągało. A ona bardzo źle radziła sobie z krzykiem, wyzwiskami czy gwałtownym machaniem zaciśniętą ręką w jej kierunku — do popchnięć była przyzwyczajona.
Zamarła więc, wytrzeszczając na niego oczy, niczym mała rybka, otwierając i zamykając buzie. Im mocniej krzyczał, tym bardziej zaczynała drżeć, tracąc nad tym kontrolę. Czuła, jak oczy nachodzą jej łzami i brakuje jej odwagi, aby powiedzieć cokolwiek na swoją obronę. Naprawdę nie rozumiał, dlaczego tak zrobiła? Jednocześnie nie potrafiła uciec od jego oczu, które z taką złością się w nią wpatrywały. Pokręciła jedynie głową, a gdy uderzył pięścią w kamienną ścianę, zacisnęła powieki i przekręciła się tak, że sama o jej fragment się oparła. Zsunęła się w dół, czując, jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa, a łzy spływają po bladych, pozbawionych już wcześniejszego rumieńca policzkach. Teraz to na pewno na niego nie spojrzy, chociaż miała wiele do powiedzenia. Przesunęła dłonią po oczach, chcąc pozbyć się słonych kropelek.
- Jesteś.. Jesteś okropny Lennox. Najpierw na mnie krzyczysz i mi dokuczasz, a potem się wtrącasz tam, gdzie doskonale sobie radziłam wcześniej! Zrobiłeś sobie krzywdę przeze mnie, Ty skończony idioto. Kretynie. A jakby Cię zabili? Było ich czterech, czterech Ty głupku! Co ja bym wtedy zrobiła? - mówiła głośno, chociaż głos jej drżał i dało się usłyszeć chlipanie od płaczu. Był też tam cień pretensji. Wciąż zakrywała twarz dłońmi i włosami, uwalniając je chwilę wcześniej z uścisku gumki i pozwalając się im rozsypać po ramionach i plecach, kołysać delikatnie na wiosennych podmuchach wiatru. Była na niego zła, a jednocześnie miała wyrzuty sumienia i martwiła się o jego zdrowie. Dla niego pewnie takie chwile były codziennością. Napływ emocji, cała ta sytuacja, którą wciąż miała przed oczyma — zostały przypieczętowane jego wybuchem, uderzeniem. Może dlatego nie mogła się uspokoić, czując, że coraz mocniej brakuje jej oddechu. Teraz już obydwoma rękoma zasłoniła buzię, darując sobie kucanie i siadając z tyłkiem na bruku. Miała nadzieję, że sobie po prostu pójdzie, najlepiej do skrzydła szpitalnego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Lennox X. Zakrzewski

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 68
Dodatkowo : prefekt fabularny
  Liczba postów : 325
http://www.czarodzieje.org/t15432-lennox-zakrzewski
http://www.czarodzieje.org/t15445-nieprzyjemniaczek#414806
http://www.czarodzieje.org/t15448-ostrzy-sobie-pazury#414843
http://www.czarodzieje.org/t15438-lennox-zakrzewski#414740
Dziedziniec - Page 8 QzgSDG8




Gracz




Dziedziniec - Page 8 Empty


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Dziedziniec - Page 8 EmptyPią Maj 10 2019, 20:30

Czemu wydać się mogło, jakby przedstawiała go jak bohatera? Nie był nim. Podziw? Nie. To odmienność, która ją fascynowała... Był nową osobowością, kompletnie inną od tego, co znała i rozumiała. Mógł wydać się barwnym osobnikiem, o skomplikowanej osobowości. I nic poza tym. Ludzie bardzo często interesowali się czymś, co jest dla nich nieznane, a kiedy już otrzymają to, czego chcą? Nie powinna więc długo zakrzątać sobie głowy tym, w jakiej sytuacji ją postawił i co takiego próbował tutaj osiągnąć. Jak zwykle, myślał przede wszystkim o sobie, o tym, że dawno nie rozprostowywał kości i jak uroczo będzie pobawić się jeszcze drobną chwilę. Nie o tym, żeby stanąć w obronie kogoś, kto nie mógł tego zrobić, bądź nie chciał. Myślał tylko o tym, żeby coś z tego ugrać. Nie było żadnej finezji w ciosach, które wymierzył jednemu z napastników, był brutalny i arogancki. Dobre sprostowanie ostatniej dekady jego życia.
Musiał znaleźć się jak najdalej stąd, w jak najkrótszym czasie. Nie mógł przecież zostawić jej na dziedzińcu, na świeczniku, aby później zabrali się za jej skórę. Wierzył, że nie był aż tak przerażający, aby całkowicie ich odstraszyć. Dlatego zabranie jej ze sobą było najrozsądniejszych i zapewne jedynym rozwiązaniem... I choć mógłby sobie wmawiać, że uczynił to również z własnych, prywatnych powodów, nic co przychodziło mu do głowy, nie brzmiało odpowiednio. Zwyczajnie zostawienie jej tam samej, wydawało się nie w porządku.
To nie było normalne. To, że bezceremonialnie ujął jej twarz i z zapałem obserwował zmiany na jej skórze. Naprawdę się martwił? Czy zwyczajnie później nie chciał zostać obarczonym winą? Te wielkie, błękitne oczy niemal boleśnie przypominały mu o tych, o których dawno zapomniał. O tych, które sam zamknął. Westchnął przeciągle... Musiał dać upust swojej irytacji, całej złości, która miała zostać spożytkowana w zupełnie inny sposób. Bo jeżeli nie w ten, to w który? Nie powinno wypuścić się zwierzęcia ze smyczy, a później uderzyć w niego elektrycznym prądem doczepionym do obroży. Nie ładnie.
-Żartujesz sobie ze mnie, prawda? Okropny?! Uratowałem Twój zasrany tyłek!-Warknął, ponownie uderzając pięścią w ścianę, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Ewentualnie mogło wywołać więcej łez, a Lennox bardzo tragicznie na nie reagował. Szczególnie na te, których źródła nie rozumiał... I zapewne nie zrozumie, bo kobieca logika i tok myślenia nie leżały w kwestii poznanych przez niego tajników. Prychnął, nie przyjmując do wiadomości jej słów. -Radziłaś sobie? Nawet sobie nie wyobrażasz, jak daleko mogli się posunąć! A Ty? Ze spokojem przyjmowałaś od nich ciosy!-Nie weźmie go na litość, czy na duże wypełnione łzami oczy... Co to, to nie! Nie mógł uwierzyć, jak spokojnie podeszła do ataku ze strony większych od siebie. Już nawet wycofanie się z pola ich widzenia było logiczniejszych rozwiązaniem... Nie znała tego typu? Jeżeli raz zobaczą, że mogą, nic nie stanie im na przeszkodzie, aby ten fakt wykorzystać. -Zabili? To Hogwart, a nie zapyziałe uliczki wioski czy Nokturna.-Oglądała za dużo filmów akcji... Nawet jeżeli było ich czterech, najwidoczniej nie byli zbyt dobrze zgrani. W końcu było tyle okazji, w których mogli bez problemu powalić go na ziemię i rozpocząć masakrowanie jego przecudnej twarzyczki. Uczepił się jednak ostatniej części jej wypowiedzi, jakby drażnienie jej utrzymywało go na stabilnym poziomie.-Co byś zrobiła? Mogłabyś zatańczyć nad moimi zwłokami. Mogłabyś zostawić mnie, aby ktoś ostatecznie mnie znalazł. Zanim skopaliby mnie na śmierć, mogłabyś kogoś wezwać... Jakie ma to znaczenie? Jestem dla Ciebie nikim.-Powiedział ostro, kucając przed dziewczyną i przyglądając się jej postaci. Emocje wypuszczanie w akcie agresji były najlepszych sposobem na pozbycie się ich nadmiaru. Powinna kiedyś spróbować, spróbować walnąć z całej siły w worek... W ścianę. W poduszkę... Gdyby tak zrobiła, zapewne w tym momencie przeszłaby z tym do porządku dziennego.
Westchnął zirytowany i usiadł na dupie. Nie zostawił jej, nie dlatego, że potrzebowała towarzystwa. Wiedział doskonale, że był ostatnią osobę, od której potrzebowałaby jakiegokolwiek wsparcie. I dobrze. Nie taki był jego cel. -Już przestań ryczeć. Co ludzie powiedzą jak nas zobaczą?-Oh, nie miało to najmniejszego znaczenia. W końcu już i tak mówią o nim jak najgorzej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Flora J. Martell

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Czystość Krwi : 75%
Wzrost : 155
C. szczególne : duże, błękitne oczy.
Galeony : 126
  Liczba postów : 44
http://www.czarodzieje.org/t17100-flora-joy-martell
http://www.czarodzieje.org/t17106-florkowa-sowka#477531
http://www.czarodzieje.org/t17105-flora-j-martell
Dziedziniec - Page 8 QzgSDG8




Gracz




Dziedziniec - Page 8 Empty


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Dziedziniec - Page 8 EmptyPią Maj 10 2019, 22:57

Nie robiła z niego bohatera — tak całkiem, bo może jednak troszkę. Nie pamiętała sytuacji, aby ktoś się za nią wstawił i jej pomógł, nie wspominając już o brutalności jego metod. Intrygował ją sposób bycia ślizgona, tak dziki i odmienny od jej własnego. Trochę mu zazdrościła, przez myśl jej przeszło, że nawet powinna się trochę od niego nauczyć. Z drugiej jednak strony wtedy przestałaby być sobą, a droga nie wiodła w ten sposób. Przecież za wszelką cenę chciała pozostać sobą i działać we własnym tempie, spełniać swoje plany i marzenia na własny sposób, nawet jak wydawał się on zły i niedorzeczny dla innych. Nie wiedziała, po co i dlaczego ciągnie ją za sobą, to nie miało żadnego znaczenia. Wpatrywała się nieco pusto w jego plecy, zaciskając palce na jego dłoni i cały czas mając przed oczyma przemoc towarzyszącą wcześniejszej sytuacji. Przez nią. I już teraz wiedziała, że za nic nie będzie mogła sobie tego wybaczyć i zagłuszyć wyrzutów sumienia.
Słuchała, co do niej mówił, jednak każde słowo przypominało jej echo oddalające się d jej głowy. Rozumiała, ale nie potrafiła zrozumieć sensu. Wpatrywała się w niego coraz bledsza, czując drżenie w ciele i jakiś strach pomimo delikatności, którą obdarował jej policzki, a o którą w ogóle by go nie posądzała. Utwierdzał ją tylko w przekonaniu, że intuicja się nie myliła. Uderzenie pięści w ścianę przypominało dzwon, zwiastujący jakąś katastrofę, którą w tym przypadku były spływające po policzkach łzy. Nawet nie wiedziała, kiedy oparła się o ścianę i osunęła w dół, mając wrażenie, że zaraz zemdleje.
- Nie prosiłam Cię, żebyś mnie ratował i robił sobie przez to krzywdę. Radziłam sobie sama, gdy Cię nie znałam, a gdy znikniesz, to też będę musiała. Nie musiałeś bawić się w rycerza, pośmialiby się i odpuścili, a Tobie nic by się nie stało kretynie.- nawet jak starała się mówić dość głośno, ginęło to pod jego krzykiem i złością. Nawet nie wiedziała, czy jej słuchał. Była uparta jak osioł, żadnym argumentem by jej nie przekonał do swojej racji. Kolejny raz przetarła dłonią oczy, próbując przestać płakać. To jednak wcale nie wychodziło, była zbyt roztrzęsiona.- Nie wiesz, do jakich paskudztw są zdolni ludzie.
Szepnęła na wzmiankę o miejscu ich pobytu, wzruszając przy tym ramionami. Nie miała pojęcia, że tyle łatwiej było jej z nim rozmawiać, gdy była w takim stanie, niż normalnie. Zapominała o wstydzie i nieśmiałości. A on jeszcze mówił do niej jak do dziecka, wymyślając jakieś scenariusze, że miałaby go niby zostawić umierającego na bruku! Puchonka aż wzdrygnęła się na samą myśl, opierając wygodniej plecy i głowę o zimną ścianę, siadając. Włosy w nieładzie spływały na bladą, nieco zaczerwienioną już pod oczami buzię, chroniąc ją przed wzrokiem Lennoxa. Nie lubiła, gdy ktoś patrzył, jak płacze. Milczała, chyba nawet trochę obrażona za sam pomysł tego, że osoba pomagająca w skrzydle szpitalnym i mająca aspirację na uzdrowiciela mogłaby się tak zachować. Dopiero głośne westchnięcie sprawiło, że zerknęła nieśmiało zza palców, dostrzegając ciemnowłosego chłopaka przed sobą. Dłonie jej opadły, lądując na kolanach, a błękitne ślepia lustrowały kawałek po kawałku jego buzię. Całkiem zapomniała o spływających po policzkach łzach, czując uścisk w żołądku na widok krwi w kącikach jego ust czy opuchlizny. Czuła się paskudnie, że to przez nią. Niewiele myśląc, uniosła się nieco i przysunęła, chowając dłoń w rękawie i unosząc go do jego twarzy, aby delikatnie pozbyć się krwi. Nie patrzyła mu w oczy, czując jakieś wewnętrzne zawstydzenie płaczem i wciąż czując ślad jego dłoni na policzkach.
- Nie powinieneś był robić sobie przeze mnie krzywdy głupku.. Musisz bardziej o siebie dbać, bo jak sam nie będziesz tego robił, to nikt nie będzie.. I do tego tak brzydko przez Ciebie mówię. Jesteś okropny. Nie znam Cię, faktycznie, jesteś obcy... - mówiła cicho, nieco szybciej niż powinna, łapiąc głośniej oddech przez towarzyszące jej chlipanie. Nie dokończyła sentencji, bo zwyczajnie było jej głupio. Sam przecież wiedział, że jej pomógł pomimo braku jakiejkolwiek relacji pomiędzy nimi, nawet jak sama o to nie prosiła. Ruchem głowy zgarnęła włosy na plecy, karcąc się w duchu za brak podstawowych opatrunków czy maści przy sobie, dzięki którym mogłaby mu pomóc. Starała się robić to jak najdelikatniej, bojąc się, że będzie go bolało. W takich chwilach jak ta, gdy miała komuś pomóc, całkiem zapominała o charakterze osoby siedzącej przed nią. Był po prostu rannym człowiekiem, nie bestią.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Lennox X. Zakrzewski

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 68
Dodatkowo : prefekt fabularny
  Liczba postów : 325
http://www.czarodzieje.org/t15432-lennox-zakrzewski
http://www.czarodzieje.org/t15445-nieprzyjemniaczek#414806
http://www.czarodzieje.org/t15448-ostrzy-sobie-pazury#414843
http://www.czarodzieje.org/t15438-lennox-zakrzewski#414740
Dziedziniec - Page 8 QzgSDG8




Gracz




Dziedziniec - Page 8 Empty


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Dziedziniec - Page 8 EmptyCzw Maj 16 2019, 18:38

Nie powinna mu zazdrościć, chociaż i ona w pewnym dawkowaniu jest dobra. We wszystkim trzeba znaleźć umiar, czego sam się nie trzymał, oczywiście. Idealnym przykładem była sytuacja na dziedzińcu, prawda? Choć fakt, że odszedł, nie zostawiając po sobie żadnych ofiar, mógł sugerować, że jednak znał granicę. I czuł się z tym fatalnie, w końcu dzień bez obrobienia komuś mordy, to dzień stracony. Pewnie szybciej wyśmiałby kogoś, kto przyznałby się otwarcie do tego, że czegokolwiek mu zazdrości, nawet jeżeli to satynowa koszula szyta na miarę.
Najwidoczniej byli do siebie bardziej podobni, niż komukolwiek mogło się to wydawać. W końcu również dążył do rzeczy, które chciał osiągnąć na swój sposób. A to, że inni zrobiliby to inaczej, może lepiej, szybciej, efektywniej... To nieistotne. Liczyło się to, że wszystko, co robił, robił zgodnie ze sobą.
Nie, nie, nie. Kompletnie źle to odebrała, w jego gestach nie było delikatności. Włożył w to całą swoją zaborczość i irytację... Nie powinna myśleć inaczej. Mdleje? Tylko kurwa nie to, jeszcze będzie musiał wynieść ją stąd, bo ktoś jeszcze postanowi zrobić sobie z niej worek treningowy, albo obiekt do rysowania wąsów lub narządów płciowych... Wróć. Powinien ją tu wtedy zostawić. Tak.
-Rycerza?!-Uniósł wysoko brwi, jakby był w szoku, że czegoś tutaj nie zrozumiała... Najważniejszej kwestii jego wtrącenia się.-Zrobiłem to dla siebie, a nie po to, abyś zobaczyła, jak powinnaś sobie radzić z takimi ludźmi. Zrobili to raz, pozwoliłaś na to, więc zrobią to ponownie... A ja, zrobiłem to dla siebie.-Zaśmiał się, a raczej zachichotał, jakby powiedział coś iście zabawnego, jednak lekko zawstydzającego.-Widziałaś ich miny... A widziałaś ich strach? Czy czułaś pod dłońmi pulsującą krew tych degeneratów? -Podniósł niebezpiecznie pięść do góry i co jakiś czas zaciskał ją i rozluźniał, zaciskał, rozluźniał. Nieznacznie nachylił się nad nią, czując w nozdrzach jej zapach, i tym razem, nie odsuwając się... Jakby znalazł się we własnym transie, transie obrazów, wspomnień, wybujałej i krwawej wyobraźni.
-Nie wiem? Ja jestem takim człowiekiem.-Warknął. Nie próbował nikogo do tego przekonać. Jednak coś zmieniło się w jego spojrzeniu, w sposobie, w którym się jej przyglądał.-Myślisz, że nie wykorzystałbym sytuacji? Nie wykorzystał Cię w jakiś paskudny sposób?-Chwycił jej przedramię, niemal czując stykające się ze sobą palce. Chciał, aby na niego spojrzała, aby sama zobaczyła, że nie był tym, za kogo go uważała. Za kogoś, kto naprawdę wiedział, do czego są zdolni ludzie... Bo to widział, doświadczył i przeżył. Z jakim skutkiem? Czyżby obiekt tych doświadczeń nie znajdował się tuż przed nią?
Miał gdzieś to, co by zrobiła. To, że miała aspiracje na pomoc potrzebującym... Bla, bla, bla. Dowiadujemy się, na co nas tak naprawdę stać w momencie, w którym dochodzi do danej sytuacji. Sam sobie zasłużył na to, co go teraz spotkało. To on wyszedł naprzeciw napastnikom, sam im groził, sam wymierzył ciosy... Był na to przygotowany. CHCIAŁ TEGO! Nie rozumiała? Dopiero po chwili zauważył, że wyciera jego twarz, w końcu myślał, że wszystkiego się już pozbył. Owszem, był okropny, z tym najwidoczniej się zgadzali. Przytrzymał jej dłoń, odsuwając się na moment.-Nikt nie musi. Sam to robię, na własnych warunkach. Nie rozumiesz, że mi się to podoba? Chcę czuć smak krwi w ustach. Chciałem napierdalać się z tymi kolesiami, bo zwyczajnie to lubię.-Powiedział obojętnie, patrząc na nią. Nie odwracał wzroku, nie chował się za włosami, aby uniknąć kontaktu. Musiała wiedzieć, z kim w tym momencie przebywała. Czy to dlatego, aby szybciej się od niego odsunęła? Owszem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content

Dziedziniec - Page 8 QzgSDG8








Dziedziniec - Page 8 Empty


PisanieTemat: Re: Dziedziniec   Dziedziniec - Page 8 Empty

Powrót do góry Go down
 

Dziedziniec

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 8 z 8Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje :: Dziedziniec - Page 8 JHTDsR7 :: 
hogwart
 :: 
Parter
 :: 
dziedziniec
-