Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Mieszkanie numer 11

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 24
Skąd : St Andrews, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -200
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 77
http://www.czarodzieje.org/t16153-casius-malachai-reeves#442267
http://www.czarodzieje.org/t16155-gryze-i-wyje-tylko-w-pelnie#442322
http://www.czarodzieje.org/t16156-gbur#442326
http://www.czarodzieje.org/t16148-casius-reeves#442178




Gracz






PisanieTemat: Mieszkanie numer 11   03/06/18, 12:34 am


Mieszkanie Casiusa



Salon


Mały salon, w którym wiecznie panuje bałagan, choć Casius codziennie sumiennie sprząta. Wszystko przez jego psa, Ponuraka, który jest jakiś niewyżyty i biega jak popieprzony. Ale może jeszcze z tego wyrośnie... Za kanapą wisi lustro, a na przeciwko niej stoi regał, na którym półki aż się uginają od ciężaru najróżniejszych książek - także tych o likantropii. Ma też trochę książek mugolskich. Obok regału stoi też minibarek w którym... Łatwo można domyślić się, co tam jest.



Sypialnia


Duże łóżko, które Casius wbrew pozorom dzieli tylko z psem. Albo nawet nie tyle tylko, ile aż, bo jak ten szczeniak się rozłoży to... W sypialni także znajduje się regał, po prawej stronie łóżka, a obok niego szafa, którą potraktował zaklęciem zmniejszająco-zwiększającym, aby wszystkie ubrania się w niej zmieściły. Dlatego też, gdy się do niej wchodzi, ma się wrażenie, że weszło się do mini-garderoby (tylko bez tych damskich ciuszków i torebek, wy chore...).  



Łazienka


Mała łazienka. I co tu dużo mówić? No łazienka jak łazienka...



Kuchnia


Ulubione miejsce Casiusa. Nie tylko dlatego, że lubi jeść i w kuchni znajduje się blat, przy którym stoją trzy krzesła, ale też dlatego, że lubił gotować. A w jednej z szafek dodatkowo znajdowała się masa butelek wina!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 24
Skąd : St Andrews, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -200
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 77
http://www.czarodzieje.org/t16153-casius-malachai-reeves#442267
http://www.czarodzieje.org/t16155-gryze-i-wyje-tylko-w-pelnie#442322
http://www.czarodzieje.org/t16156-gbur#442326
http://www.czarodzieje.org/t16148-casius-reeves#442178




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   03/06/18, 01:41 am

|ze stacji kolejowej

Reeves nie wiedział co mu odbijało. Przecież nigdy nie zachowywał się jak głupi nastolatek. Poza tym, nie wiedział czemu zaprosił do siebie Maisie. Podejrzewał, że to przez to, że było późno i nie chciał żeby wracała sama, bo jeszcze by się to skończyło… tragicznie. A mimo wszystko nie chciał jej stracić. Nawet jeśli sądził, że nie chce stracić koleżanki tudzież osoby, z którą dobrze mu się grało narzeczonych. Przecież nie przyznałby, że się o nią boi i nie chce jej stracić z innych powodów. Bo raczej z jednego powodu.
Gdy tylko weszli do mieszkania, na Cassa rzucił się Ponurak, szczękając przy tym donośnie. Szatyn od razu się szeroko uśmiechnął, schylił i kucnął. Zaczął głaskać szczeniaka, a ten polizał go po twarzy, dysząc jak szalony. — Tęskniłeś, maluchu? Callie bardzo cię skrzywdziła? — zapytał, a pies zaszczekał wesoło, merdając przy tym ogonem i znów bo polizał. Po chwili jednak swoją uwagę przeniósł na Maisie, która stała za Casiusem. A gdy do niej podbiegł, prawie się na nią rzucił, opierając łapy na jej kolanach. Reeves popatrzył na dziewczynę oraz swojego psa i wstał z podłogi. Wyprostował się i zdjął plecak, który rzucił na podłogę.
— Zaparzyć ci herbaty, czy chcesz zwykła wodę? Nic innego nie mam, jak coś. — Właściwie to zwinnie skłamał, bo miał jeszcze kilka win, gin, ognistą whisky, wódkę i rum nawet. Także do wyboru, do koloru, ale wolał jej tego nie proponować. Głównie dlatego, że jeszcze by na niego zwalała winę, jakby żniw trafili do łóżka. A już miał dosyć osądzania i obwiniania swojej osoby przez innych. Już zbyt dużo sądów na swój temat się nasłuchał w swoim krótkim dosyć życiu, bo czymże były 23 lata względem wieczności? Zdjął buty po drodze do salonu, rzucając je pod ścianę. Podszedł do barku i wyjął butelkę ognistej. Szybko ją otworzył i napił się z gwinta, odkładając swoją różdżkę na stolik do kawy. Dopiero po kilku głębszych odsunął szyjkę butelki od ust i popatrzył na Maisie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 22
Skąd : Nowy Jork, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -56
  Liczba postów : 47
http://www.czarodzieje.org/t16144-maisie-adler
http://www.czarodzieje.org/t16151-maisie#442241
http://www.czarodzieje.org/t16152-sowki-trixie#442247
http://www.czarodzieje.org/t16149-maisie-adler




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   03/06/18, 10:30 am

Tylko miała wejść na chwilę, upewnić się, że ta ciamajda wróciła do swojego mieszkania i naprawdę chciała czmychnąć do siebie. Nie miała daleko, ale jednak nadal było ryzyko, że podczas kilku kroków na ulicy zostałaby przyłapana. Czy tego chciała? Oczywiście, że nie. Jutro musiała iść do pracy! Nie miała czasu na siedzenie w areszcie. Weszła kilka kroków za nim i uśmiechnęła się lekko, widząc radość psa na widok właściciela. To był jeden z plusów tych zwierząt - dzięki nim zawsze ktoś się cieszył, że wracasz do domu, bo cóż... jej kot to nie zawsze optymistycznie reaguje na jej powrót. Zdarzy się, że łasi się przy jej nogach, ale zazwyczaj to nawet nie zwraca na uwagi na Maisie. Ryszard był zdecydowanie bardziej przyjazny i interesowny niż Stanley, który uchodził za indywidualistę.
Nie wiadomo co to będzie, gdy Ponurak będzie dorosłym psem, jeśli będzie się tak samo na nią rzucał! Któregoś dnia w końcu ją staranuje, a ona będzie leżeć na podłodze z obolałym tyłkiem. Teraz na razie był mały - no względnie mały. Pogłaskała go po łebku i spojrzała na Casiusa, który zmierzał w kierunku głębi mieszkania. Ściągnęła na chwilę buty i podeszła bliżej.
- Nic nie chcę, przecież zaraz idę do domu - powiedziała, drapiąc Ponuraka za uchem, który zaczął bardziej do niej skakać, domagając się zabaw. W końcu za chwilę zaczął latać jak szalony od niej do swojego pana i z powrotem. Niesamowita radość. Spojrzała na Cassa, kiedy pociągał długie łyki ognistej i zmrużyła oczy. - Czy to jakiś odwyk dla mnie, przepraszam bardzo? - zapytała z wyrzutem, siadając na kanapie. Zaraz tam by go obwiniała. Pewnie teraz ona by uciekła, żeby poczuł się tak urażony jak Mai przeszło pół roku temu. Chociaż... pewnie jednak by została. Teraz, gdy raczej nie mają przed sobą większych tajemnic, to raczej nie wszystko nie potoczyłoby się tak źle. Ale nie gdybajmy, bo dzisiaj będą grzeczni, prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 24
Skąd : St Andrews, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -200
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 77
http://www.czarodzieje.org/t16153-casius-malachai-reeves#442267
http://www.czarodzieje.org/t16155-gryze-i-wyje-tylko-w-pelnie#442322
http://www.czarodzieje.org/t16156-gbur#442326
http://www.czarodzieje.org/t16148-casius-reeves#442178




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   04/06/18, 06:42 pm

Może Ponurakowi przejdzie ten entuzjazm na widok Maisie, gdy już dorośnie? Kto wie. Niezbadane są myśli psa i jego przyszłe usposobienie! W każdym razie, póki był mały, to nawet Casius pozwalał mu po sobie skakać. Chociaż bardzo możliwe, że zbytnio psa rozpieszczał, ale nie dbał, szczerze powiedziawszy. Wyznawał filozofię jolo i powtarzał sobie „co będzie, to będzie”, nie przejmując się nadmiernie problemami, które może mu sprawić Ponurak, gdy już dorośnie. Szkoda tylko, że wychowanie psa było jedyną kwestią, do której podchodził na takim ludzie i z takim... Hm. Wyjebongiem.
— Naprawdę sądzisz, że cię samą puszczę w nocy? Bez różdżki? Żeby cię złapali albo żeby ktoś cię zaatakował? Wiem, że to niedaleko, ale nie, Maisie. Przygotuję ci łóżko, ja sam będę spał na kanapie. — Jego stanowczy ton głosu był aż... Trochę za bardzo stanowczy łamane przez władczy. Nie chciał tak zabrzmieć, ale chciał dać jej jasno do zrozumienia, że nici z jej głupiego planu powrotu samotnie do domu. I jasne, mogła skorzystać z teleportacji lub sieci Fiuu, ale Cassowi cos się stało z kominkiem, a teleportacja... No nie wiedział czemu, ale bał się, że za mało się skupi na celu i po prostu się rozszczepi. I będzie sama, potrzebująca, nikt nie usłyszy jej błagania o pomoc i co? No wykrwawi się biedna. Uśmiechnął się na jej tekst o odwyku i pokręcił głową. — Skądże znowu! Po prostu nawet ci nie proponuję alkoholu, wiedząc, jak bardzo słabą masz głowę. Bo, no wiesz. Nie chcemy przecież, żeby wszystko zaszło za daleko. Znowu. Podobno nie chcemy. — Bo on właściwie chciał. Jemu to nie przeszkadzało. Naprawdę chciał, ale nie chciał jej zmuszać do niczego. Rozumiecie, o co mi chodzi? Chciał, ale nie chciał. Był skomplikowany, cóż poradzić. — Ale jeśli ładnie poprosisz, to może zgodzę się, żeby ci dać odrobinę alkoholu — powiedział z lekko sarkastycznym uśmieszkiem, który sam wlazł mu na usta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 22
Skąd : Nowy Jork, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -56
  Liczba postów : 47
http://www.czarodzieje.org/t16144-maisie-adler
http://www.czarodzieje.org/t16151-maisie#442241
http://www.czarodzieje.org/t16152-sowki-trixie#442247
http://www.czarodzieje.org/t16149-maisie-adler




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   04/06/18, 11:12 pm

A potem będzie rozkładnie rąk na boki, bo nie będzie wiadomo co zrobić z rozbrykanym Ponurakiem, rozwalającym się na połowę jak nie trzy czwarte łóżka i biegającym jak szalona kuna po mieszkaniu. Dopóki jest mały, jest to słodkie - jak urośnie i zacznie zbijać naczynia ogonem przy szybkim bieganiu, to zaczną się nerwy! Dlatego psy nie były idealnym stworzeniem dla Maisie, ponieważ były zbyt absorbujące, zwłaszcza szczeniaki, które nie dosyć, że trzeba ułożyć w zachowaniu to jeszcze przyswoić im załatwianie się na dworze.
Spojrzała na niego spod byka jak niezadowolona nastolatka, której rodzic dał szlaban, przez co parsknęła na ten cały wywód. - Zachowujesz się gorzej niż moja matka - stwierdziła poważnie, a jej ton nawet wyrażał głęboką dezaprobatę na jego działania. - A poza tym... nie zasnę pewnie w innym domu. No i jeszcze sama... - Wniosła spojrzenie ku sufitu i westchnęła, po chwili powracając do oczu Cassa. Nic nie sugerowała, tylko stwierdzała fakty! Naprawdę było jej bardzo trudno zasypiać w obcym miejscu, czasami potrafiła zasypiać dopiero w połowie nocy, a chyba raz w życiu zdarzyło jej się zmrużyć oko na dwie godziny, bo zasnęła nad ranem. Co, jeśli przez to będzie niewyspana do pracy? Samotne spanie w jego łóżku na pewno nie pomoże! A poza tym, też nie chciała, żeby i on gnieździł się na kanapie, to nie ten etap... relacji, żeby on spał na kanapie. Niech się cieszy póki może! - Nauczeni doświadczeniem i rozsądni po paru miesiącach bliżej znajomości sądzę, że dalibyśmy radę to okiełznać - powiedziała dyplomatycznie, unosząc palec wskazujący ku górze. - A oprócz tego, prawda jest taka, że jeśli cokolwiek ma się stać to stanie się obojętnie czy na trzeźwo, czy na... lekkim wstawieniu - zauważyła, tylko tak mówiąc. Chociaż... z jej uczuć wynika, że nie miałaby nic szczególnie za złe... - Ładnie poproszę? Samo proszę wystarczy? - zapytała, patrząc z lekka rozbawionym spojrzeniem i wstając z kanapy, na którą jakiś czas temu przycupnęła, wstała do niego, sięgając ręką w kierunku butelki, z zamiarem wzięcia łyka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 24
Skąd : St Andrews, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -200
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 77
http://www.czarodzieje.org/t16153-casius-malachai-reeves#442267
http://www.czarodzieje.org/t16155-gryze-i-wyje-tylko-w-pelnie#442322
http://www.czarodzieje.org/t16156-gbur#442326
http://www.czarodzieje.org/t16148-casius-reeves#442178




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   05/06/18, 08:49 pm

Dokładnie tak będzie! A Casius będzie udawał, że co złego, to nie on i nie ma pojęcia, kto tego bydlaka tak rozpieścił. Dobrze, że jest tak dobrym aktorem, może ktoś (z wyjątkiem Maisie, która znała prawdę) nawet mu uwierzy w jego bajeczkę o tym, że ten pies to taki rozwydrzony był od szczeniaka i właściciel nie miał nic do powiedzenia. Najlepsze jest to, że kłamstwo powtarzane wiele razy staje się ponoć prawdą, więc kto wie, może po jakimś czasie nawet sam Reeves nie zauważy tego, jaki Ponurak jest rozwieziony i cholernie rozpieszczony? Z drugiej jednak strony, pracował nad nim. Nie dawał się zdominować przez psa, choć kochał go najmocniej na świecie i gdy tylko zauważył takiego małego, porzuconego szczeniaczka w mugolskim schronisku dla psów, od razu postanowił go zaadoptować. Że też mu się trafił taki cudowny brzdąc! Zdrowy, żywiołowy... Czasem aż za bardzo żywiołowy, gdy wyciągał Casiusa na długi spacer po pełni. Cholera, wtedy naprawdę nienawidził spacerów ze swoim szczeniakiem, ale nie chciał mu przecież pozwalać na sikanie w domu. Bez przesady, były jakieś granice!
— Wooo, cios poniżej pasa, Maisie — powiedział, idealnie ukrywając rozbawienie. Co prawda nie znał osobiście jej cudownej rodzicielki, ale wystarczały mu opowieści Mai. I jej narzekanie. I choć gadała o niej rzadko, Casius wtedy od razu włączał swój tryb uważnego słuchacza i zaczynał słuchać. Ale nie tak, jak zwykle, gdy ktoś mu opowiadał swoją lub innych osób historię, nie. Słuchał wtedy uważnie i słowa, które wlatywały przez jedno ucho, nie wylatywały przez to drugie. Szkoda tylko, że ten tryb uważnego słuchania włączał mu się tylko przy Mai i coraz częściej przy siostrze czy Tildzie. — Dać ci misia do spania? Może jeszcze ci pięknie łóżko pościelić? Może by tak jeszcze satynowa pościel i nowiutki, zupełnie nieużywany materac, hmm? — zapytał sarkastycznie i przewrócił oczami. Przecież nie będzie spał z nią w jednym łóżku. Pewnie by się rozpychała bardziej niż Ponurak!
— Sranie w banie, Mai. Naprawdę sądzisz, że wytrzymałbym bez nieczystych myśli, gdybyś i ty była pijana? Dobre sobie — mruknął i westchnął. Cudem udawało mu się wytrzymać, gdy był trzeźwy. Cholera, może to on nie powinien pić? Zresztą. Jebać. Przecież nawet będąc trzeźwym, czasem spoglądał na jej tyłek, cycki lub te długie, piękne nogi... Stop. Cass, odstaw tę ognistą, coś jest z tobą nie tak, przecież masz mocną głowę. — Chyba niczego nie sugerujesz, ty grzesznico ty — odparł z uśmiechem, a jego mina pokazywała tylko to, że myśli o tym wszystkim, jak o czymś niedorzecznym. Przecież co złego, to nie on. Mimo swojej zwyczajnej słabości do kobiet szanował je bardzo. Bardzo, ale wciąż je uwielbiał i lubił z nimi flirtować. I choć z Adler było odrobinkę inaczej (bo ich flirty wyglądały raczej jak kłótnie starego małżeństwa), wciąż kochał flirtować. Nawet w tak niekonwencjonalny sposób, jak z nią. — Nie wystarczy — odpowiedział i znów przechylił butelkę, pijąc z niej wolniej niż przed chwilą. Gdy jednak dziewczyna podeszła do niego, odsunął butelkę od ust i uniósł ją wysoko nad głowę, stając nawet na palcach. — Nie, nie, nie, tak się nie bawimy, Maisie. Masz bana na alkohol, bo nie nadajesz się do picia whisky. Mogę ci co najwyżej nalać wody mineralnej do kieliszka, żebyś myślała, że to uścisk Merlina. — Uśmiechnął się trochę kpiąco, bo nie z nim te numery. Nie zamierzał się uginać pod jej presją. Musiała naprawdę pięknie poprosić, żeby się z nią podzielił czymkolwiek, co ma w sobie procenty. Nawet taką głupią magiczną wódką, o której wspomniał przed momentem. Popatrzył jej w oczy i przełknął ślinę, karcąc się od razu w myślach, za to, że przez moment chciał się ugiąć i ją namiętnie pocałować.
Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Powinien się już położyć spać. O dwudziestej drugiej. Tak.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 22
Skąd : Nowy Jork, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -56
  Liczba postów : 47
http://www.czarodzieje.org/t16144-maisie-adler
http://www.czarodzieje.org/t16151-maisie#442241
http://www.czarodzieje.org/t16152-sowki-trixie#442247
http://www.czarodzieje.org/t16149-maisie-adler




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   06/06/18, 12:00 am

Skoro Ponurak tak przepada za Maisie, to może uda jej się raz czy dwa wyciągnąć go na spacer, aby odciążyć Casiusa po pełni. Porzuca mu jakieś patyki (nie swoją różdżkę!!) i spędzi czas na zacieśnianiuu więzi - bo kiedyś bardzo chciała mieć psa, jeszcze gdy była małym brzdącem. Był to moment, kiedy wyprowadziła się wtedy z matką do Londynu, a ona jej mówiła kategoryczne nie, zgadzając się jedynie na kota, ale to też tylko wtedy, kiedy pójdzie do Hogwartu. W końcu wylądowała z popielatym Ryszardem w wielkiej szkole, a po psie zaginął słuch, który nigdy nie powrócił. Bo później jej się odwidziało - pokochała koty i od tamtego czasu ciągle jej towarzyszą, jedynie z krótką przerwą, jako uczczenie pamięci po świętej pamięci Ryśku (najlepszym kocie ever). Ale czy jej miłość do kocich ogonków może przeszkodzić w pięknej sympatii do tego wielkiego, czarnego stworzenia? Raczej nie, więc może kiedyś Maisie uprowadzi Ponuraka na fajny spacerek!
- Ale naprawdę - powiedziała ze skruszoną miną. - Przejmujesz się bardziej niż ona. I to nie pierwszy raz. Przy ataku paniki, który miała przy tobie za pierwszym razem, też się bardziej przejąłeś niż ona kiedykolwiek, od kiedy wiedziała, że je miewam. - Wzruszyła ramionami i westchnęła na niemiłe wspomnienia; niemiłe, jako obiad z jej matką, za to troska, którą Casius wykazał w jej kierunku była zdecydowanie sympatyczna. Tamten moment sprawił, że niebezpiecznie zaczęła wgłębiać się w tę niebezpieczną relację. Chciała tej bliskości, chciała mieć kogoś, kto właśnie jak Reeves w tamtym momencie przytulił ją i umiał względnie uspokoić. Zawsze musiała sobie jakoś sama z tym radzić albo w nerwowej atmosferze przy pomocy matki Adler, a obiad u Millicenty był pierwszym razem, gdy ktoś faktycznie umiał podejść do niej, nie wprowadzając jej w jeszcze większą histerię. Cholernie to doceniała i była mu wdzięczna, że nie zostawił jej wtedy samej. - O tak, sądzę, że to byłyby idealne warunki do spania. Jednak nadal sądzę, że mogłabym nie dać rady samej zasnąć. Nawet z Ponurakiem zamiast misia. - Uniosła lekko brwi, patrząc wzrokiem niewinnym, jednak sugerującym coś. Coś, bo do końca nie wiedziała co chce mu zaoferować. I też nie kłamała z jej problem, z samotnym spaniem w obcych domach. Była to jej słabość, która co rusz towarzyszyła jej, gdy szła spać do koleżanek w wakacje.
- Nie wiem, może trzeba to sprawdzić. - Prowokowała go dzisiaj, oj prowokowała. Ale było jej z tym zadziwiająco dobrze i czuła się niesamowicie pewna, aby dzisiaj móc doprowadzać go do lekkiej gorączki czy kompletnej niecierpliwości i to z premedytacją. Lubiła testować ludzkie granice, a zwłaszcza Reevesa, dlatego też była ciekawa, czy po tak długim czasie, coś by się zmieniło. - Ja bym miała sugerować? - Wskazała na siebie palcem. - Oszalałeś? Przecież jestem aniołem, jak zawsze - dodała, aby sprecyzować fakt swojej kompletnej grzeczności, którą najwyraźniej Casius śmiał podważać. Jak on w ogóle mógł? - Tak też sądziłam, że nie wystarczy - westchnęła z rozżaleniem i kiedy zabrał butelkę spod praktycznie jej ręki i uniósł wysoko, że ona, będąc całkiem wysoką, nie dawała rady… Po prostu spojrzała na niego spod byka i parsknęła po chwili na jego słowa. - Żeby ciebie zaraz Merlin nie uścisnął - burknęła pod nosem i podeszła do niego o krok, zmniejszając ich odległość praktycznie do zera. Kładąc dłonie na jego ramionach wręcz zmusiła go, aby z palcy stanął płasko na stopach i obejmując go za kark, skrzyżowała ręce za jego szyją. - A ty się nadajesz? Mówisz tak, jakby przynajmniej to, co się wydarzyło, było jedynie moją zasługą - powiedziała, przybliżając go bliżej do siebie, że ich chciała się praktycznie stykały tak jak nosy i usta, które dzieliła praktycznie, że milimetrowa różnica. Spojrzała mu w oczy. - Nie tylko ja wtedy piłam, a wbrew pozorom, z mojej strony, to wszystko było dosyć trzeźwą decyzją - wyszeptała w jego usta, możliwe, że przypadkiem raz po raz ocierając się o nie swoimi wargami. Byli w tym momencie naprawdę blisko, a Maisie nie była kompletnie skrępowana. Z tęczówek Casiusa przelotnie spuściła wzrok na jego usta, aby znowu powrócić do jego szaroniebieskich, praktycznie pochłaniających ją oczu. Mimo, że byli tak blisko, nie pocałowała go. Walczyła cała ze sobą, żeby nie zrobić tego szybko na koniec - i wygrała ze sobą, chociaż nie było jej łatwo, aby nie kontynuować tego, co zaczęli na dworcu. Uśmiechnęła się jedynie kącikiem ust i nie chcąc dalej testować swojej silnej woli (bo za pięć sekund najprawdopodobniej by przegrała), odsunęła się od niego i opadła na stojącą obok kanapę. - Czyli w takim razie, będę usychać jak taki biedny kwiatek - westchnęła, odgarniając włosy na jeden bok i unosząc spojrzenie do góry, aby popatrzeć na niego dość nieodgadnionym spojrzeniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 24
Skąd : St Andrews, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -200
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 77
http://www.czarodzieje.org/t16153-casius-malachai-reeves#442267
http://www.czarodzieje.org/t16155-gryze-i-wyje-tylko-w-pelnie#442322
http://www.czarodzieje.org/t16156-gbur#442326
http://www.czarodzieje.org/t16148-casius-reeves#442178




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   06/06/18, 01:49 am

Oj tak, Ponurak kocha Maisie. Gdy ją widział, choćby z daleka albo gdy słyszał jej imię, od razu entuzjastycznie zaczynał merdać ogonem. Ten pies był istnym słońcem, choć Cass wiedział, że w przyszłości może wyglądać groźnie, gdy wyjdzie taki wielki pies z właścicielem, który ubrany cały na czarno wydaje się być gburem do potęgi entej. Jeszcze ludzie by pomyśleli "o cholera, taki to poszczuje ponurakiem i rzuci na ciebie avadę!". Prawda jednak była taka, że Reeves był kluchą. To znaczy, za tym murem był kluchą, bo po jego drugiej stronie był zimny i arogancki, bezczelny drań i złodziejaszek. Ale to nawet dobrze. Wolał, żeby się go bali, niż nie mieli szacunku i pokazywali palcami, mówiąc przy tym, że ma dopiero 24 lata, a życie złamało go jak niejednego starego dziada.
Wskazał na siebie, nie do końca dowierzając jej słowom. Przecież to, jak się zachował, było... No po prostu ludzkie. Nie widział w tym nic szczególnego, naprawdę. — Ja? Naprawdę? Przecież to było... naturalne. Może jestem bezczelnym arogantem, ale wciąż jestem człowiekiem i gdzieś w głębi nie lubię, gdy osoby dla mnie ważne w jakikolwiek sposób cierpią — powiedział. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że przyznał cos, czego naprawdę bardzo nie chciał przyznawać. Jeszcze tego brakowało, żeby złapała go znowu za słówko i zapytała o to, czy naprawdę jest dla niego ważna. Tak, cholero jedna, jesteś dla mnie bardzo ważna, nie przesłyszałaś się, ale nie powiem tego drugi raz.
— Jeśli chcesz takie warunki, polecam jakiś cztero lub pięciogwiazdkowy hotel, a nie moje skromniutkie mieszkanie, gdzie pościel jest szara, bawełniana i gdzie rządzi szczeniak, który bardzo lubi tę pościel gryźć. Raz nawet ściągnął ją ze mnie i zaczął z nią wędrować do salonu. — Nie chciał wspominać o tym, że musiał potem tę szarą pościel zmieniać na jeszcze bardziej szara pościel, bo tamta nadawała się tylko do wywalenia po tym, gdy ciągnąc ją, Ponurak wytarł nią swoje własne siki. No ale miał trzy miesiące. Jeszcze nie umiał szczekać na pana i skakać po nim, gdy mu się chciało... — Nie chcesz tego. Jestem pewien, że tego nie chcesz — odparł opanowanym głosem, starając się uśmiechnąć, ale poddał się tak szybko, jak na to wpadł. I jak szybko mu nie wyszło, bo jedynie na jego twarzy pojawił się lekki grymas. Był pewien, że nie chciała go prowokować. Nie chciał, żeby dalej się całowali tak nagle i spontanicznie jak na stacji. Przecież oboje nie chcieli, żeby ich znajomość zaszła za daleko, prawda? Cass nie chciał zobowiązań, bo ich nie lubił, a Maisie nie chciała zostać skrzywdzona, a przy nim prędzej czy później skończy ze złamanym sercem, bo Reeves powie coś nie tak, coś bezczelnego lub bez powodu się wścieknie i nie będzie nad sobą panował. Wyjdzie z mieszkania, trzaśnie drzwiami i wróci po kilku tygodniach, gdy nabierze trochę skruchy i będzie czegoś potrzebował. Nie chciał jej narażać na samego siebie. Wystarczająco wiele dla niego już robiła. — Tak, ty, manipulantko — mruknął i nabrał powietrza w płuca. Odetchnął spokojnie, nie spuszczając z niej wzroku. Prychnął, słysząc, że przecież jest aniołem. Aniołem. Tak. Chyba w snach. A podważał jej grzeczność, bo już trochę ją znał i wydawało mu się, że dobrze wie, jaka jest ta dziewczyna, do której tak strasznie go ciągnęło, od kiedy... Skończył piętnaście lat? Adler z piekła rodem, która sprawiała, że niekiedy było mu w szkole słabo, gdy ją widział. Wpływała na niego tak, jak wpływały na mężczyzn wile lub półwile i to wcale nie było przyjemne uczucie. W gruncie rzeczy było to okropne, bo często nie potrafił ukrywać swojego zauroczenia Maisie przed swoimi ówczesnymi dziewczynami, których nawet nigdy nie kochał. Lubił, ale nie kochał. — O mnie się nie martw, Adler — Cwany uśmieszek wskoczył na jego usta i nie mógł się go pozbyć przez dłuższą chwilę. Przestał uśmiechać się dokładnie wtedy, gdy podeszła do niego bliżej, pociągnęła go na dół, kładąc dłonie na jego karku i przyciągnęła do siebie. Serce zaczęło mu bić stanowczo za szybko, gdy zbliżyła swoje usta do jego, a ich nosy prawie się ze sobą stykały. Przełknął cicho ślinę. — Z mojej także. Mimo wszystko mam mocną głowę — przyznał, zbliżając się jeszcze bardziej, z intencją pocałowania jej, ale wtedy się odsunęła. Zawód w jego oczach był zbyt wyraźny jak na domniemany brak uczuć do dziewczyny. Merlinie, co ona z nim zrobiła... Przeczesał lekko włosy, odwracając od niej wzrok i oblizał dolną wargę, starając się po prostu nad sobą panować. — Przyniosę ci... wino z czarnego bzu — mruknął i zaczął iść w stronę barku, z którego wyjął kieliszek i butelkę wina, które otworzył i wlał do szkła. W końcu wrócił do Maisie i już nie musiała patrzeć na niego, gdy stał do niej tyłem. Podał wino blondynce i sam usiadł obok, ale praktycznie na drugim końcu kanapy. Wziął łyka ognistej i nagle na kanapę między nich wskoczył Ponurak.

pobawmy się kostkami! rzucasz!
1, 2, 4, 5 - wylewasz wino na swoje ubrania, chyba będziesz musiała zmienić ciuszki ( ͡° ͜ʖ ͡°)
3 - wylewasz wino na kanapę (Casius cię chyba zabije)
6 - wylewasz psa na psa, bo tak wyszło, że położył ci swój tyłek na kolanach (Casius zabije cię jeszcze bardziej :/)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 22
Skąd : Nowy Jork, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -56
  Liczba postów : 47
http://www.czarodzieje.org/t16144-maisie-adler
http://www.czarodzieje.org/t16151-maisie#442241
http://www.czarodzieje.org/t16152-sowki-trixie#442247
http://www.czarodzieje.org/t16149-maisie-adler




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   06/06/18, 11:38 am

I może dlatego nigdy nie była skłonna wdawać się z nim w jakieś głębsze relacje - uchodził za aroganta już od dawna, dodatkowo za podrywacza, który szuka wszystkiego, aby komuś dowalić. Może i pod względem fizycznym Maisie do niego wzdychała, ale nie lubiła jego charakteru. No i dokuczał jej przyjaciółce, przez co był od razu na starcie skreślony. A teraz… umiała dostrzec jego pozytywne cechy charakteru, które na jej oko, bardziej dominowały niż ta “zła” natura. Najwidoczniej to tylko przy niej emanował mniejszą gburowatością niż zazwyczaj, ale skąd ona miała to wiedzieć, jak w sumie nie spotkała się jeszcze na raz z nim i osobą trzecią?
Spojrzała na niego, próbując przybrać na twarz jak najbardziej neutralną minę, ale delikatny uśmiech zaczął jej się wkradać na twarz. Chciała to przezwyciężyć, ale nie mogła, słysząc to, przed czym tak bardzo bronił się jeszcze pół godziny temu. - To w takim razie, może moja matka nie jest człowiekiem. Albo jestem dla ciebie ważniejsza niż dla niej. - Przekrzywiła lekko głowę na bok i spojrzała na niego z lekkim uśmiechem. W jej oczach można było zobaczyć coś, jakiś dziwny błysk. Możliwe, że przez to, że po prostu zrobiło jej się strasznie miło, słysząc takie słowa z jego ust zważając na… jej ostatnio bardzo nieokreślone uczucia względem Casiusa. Tym razem nie udawała, że nie słyszała, bo był wręcz pewna, że jak zwykle by nie powtórzył. Lepiej od razu chwytać za słowa.
- Czyli gdybym chciała pójść teraz do cztero czy pięciogwiazdkowego hotelu z satynową pościelą i błądzić gdzieś po ulicach po dwudziestej drugiej to byś mnie teraz puścił, ale do domu oddalonego o niecały kilometr to już nie? - zapytała, patrząc na niego z małą podejrzliwością, że tak nagle zmienił zdanie, jednak po chwili wywróciła oczami. - I tak wolę bawełnianą. Jest przytulniejsza niż satynowa. - Zmarszczyła krótko nosek. Ona, jako ciepła klucha, naprawdę lubiła ciepełko. Lubiła się przytulać i spędzać czas w mniejszych pomieszczeniach niż ogromnych pałacach. Dużą przestrzeń ciężej dobrze zagospodarować, a poza tym też w takiej nigdy nie czuje się dobrze. To też wiele wyjaśnia, dlaczego nigdy nie czuła się dobrze w rodzinnym domu. - Widocznie metoda musi być skuteczna, skoro sobie tak ją upatrzył - powiedziała, spoglądając na leżącego psa, który widząc, że tylko przykuł jej uwagę, to zaczął szurać na prawo i lewo ogonem po podłodze. - Nie wiem, czy nie chce. Ty tym bardziej tego nie wiesz - rzuciła, bo była z jednej strony niepewna. Jego rozważania miały sens, bo nie chciała być skrzywdzona, ale robił jej nadzieje każdym słowem, że jest dla niego ważna, niektórymi gestami w jej stronę czy nawet zwykłym zabronieniem pójścia do domu o tej godzinie. Widziała w nim coś więcej niż za czasów Hogwartu i nie była pewna, czy to, że to wszystko zauważyła, nie będzie właśnie jej kosztować złamanym sercem czy słowami, które równie mocno mogą ją uderzyć. Była w rozterce, nie powiem, że nie, dlatego żyła chwilą - robiła wszystko pod wpływem emocji, bo gdy będzie się dalej zastanawiać nad ich relacją, to prędzej zwariuje, bo nic nie jest u nich jasne i jednoznaczne, bardziej porąbane i całkowicie zakręcone. - Nie manipuluje. Po prostu… jestem sobą. - Wzruszyła ramionami. Manipulowała jedynie ich relacją, żeby tylko zobaczyć, gdzie ich to wszystko doprowadzi. Może im nawet pomóc? Może potrzebowali jakiegoś kopa w tyłek, żeby wszystko się wyjaśniło. Bo na razie to tylko mówili ciche sugestie czy słowa, które mogą jedynie naprowadzać, ale nic więcej, bo obydwoje byli amebami w wyrażaniu uczuć. I jak tu stworzyć coś kochającego? - Nie martwię się. - Wywróciła oczami. Błąd - martwiła się. Martwiła się chociażby za każdym razem, gdy była pełnia. Widziała ten krok w jej stronę, sądziła, że faktycznie chce ją pocałować, ale odsunęła się. Prawie, że panic mode on, bo chyba ma jakieś obawy przed przebywaniem z Casiusem w salonach. A mimo wszystko, w swoich działaniach przeczyła mózgowi - jak mówiłam, brak kompletnej logiki. Uśmiechnęła się, bo w zasadzie to dokonała tego, czego chciała. Wzięła od niego kieliszek i już miała coś mówić, komentować, że usiadł na drugim końcu kanapy. Ale oczywiście, gdzie pan tam i pies, dlatego też Ponurak, z całą swoją gracją i ogromnym machnięciem swoim zadkiem, wytrącił jej z rąk kieliszek, który rozlał jej się idealnie na bluzce. I to wszystko stało się tak szybko, że zszokowana spojrzała na psa, który sobie szybko wyszukał miejsce na kanapie, rozciągając się kawałkiem swojego tyłka i tylnych łap na jej nogach, a łepek kładąc na udach Casiusa. Najwidoczniej życie pożałowało jej wina, jak i całego romantycznego planu, który sobie ułożyła w głowie. Wzięła głęboki wdech i wolno wypuściła powietrze z ust, spoglądając na psa, który spod byka na nią patrzył niewinnym spojrzenie, jakby wiedział, że zrobił źle. - Dzięki, Ponurak, wcale to nie była moja ulubiona bluzka. - Z doświadczenia może powiedzieć, że wino z czarnego bzu nie zmywało się dobrze, więc mogła już pomachać nią w powietrzu na znak poddania się, tym bardziej, że pies jeszcze pomachała z zadowolenia kilka razy ogonem. Który leżał na jej nogach. Uśmiechnęła się uroczo sztucznie do Cassa. - Uroczy piesek.

kostunia piątunia
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 24
Skąd : St Andrews, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -200
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 77
http://www.czarodzieje.org/t16153-casius-malachai-reeves#442267
http://www.czarodzieje.org/t16155-gryze-i-wyje-tylko-w-pelnie#442322
http://www.czarodzieje.org/t16156-gbur#442326
http://www.czarodzieje.org/t16148-casius-reeves#442178




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   07/06/18, 12:38 am

Oj tam od razu dokuczał... Tylko śmiał się z jej włosów i niskiego wzrostu. I tego, że była jak ten gremlin. Mała, ale groźna. Poza tym, on i tak dogryzał jej najmniej. Byli gorsi, którzy do tego wszystkiego dokładali jeszcze czystość jej krwi, albo raczej brak tejże czystości. Ale no, grunt, e się finalnie zmienił i teraz dogryzał ludziom tylko w żartach. To znaczy, wtedy tez nie robił tego na poważnie, ale całkiem możliwe, że ludzie mogli tak to odbierać. I pewnie to robili. Ale dobrze, że zmieniał się przy Maisie, ale nie lubił tego. Czuł, że przy tej dziewczynie robi się zbyt miękki, jak nie on.
Starał się ignorować jej uśmiech, którego nie mogła powstrzymać, ale tylko zrobiło mu się głupio, gdy go zauważył. Cholera, tyle czasu się wzbraniał przed powiedzeniem tego prosto w twarz, a teraz powiedział to p r z y p a d k i e m. Był idiotą? Pewnie tak. Czuł się tak, jakby ktoś przyłapał go na kłamstwie, co było w sumie prawdą, bo wcześniej kłamał, że nie jest mu bliska, a teraz wyszło wszystko na jaw, przysłowiowe szydło wyszło z worka. — Jak możesz tak mówić? Na pewno jesteś dla niej ważna... A na pewno ważniejsza niż ja dla mojej mamuni — powiedział, choć przez myśl przemknęło mu to, że może po prostu zawsze tylko dramatyzował. Może nie dostrzegał miłości matki, może ją ignorował ze złości, którą odczuwał przez tę kobietę. Patrząc na Maisie, zauważył ten dziwny błysk w jej oczach, ale nie potrafił go nigdzie zaklasyfikować.
— Prawda jest taka, że nigdzie bym cię nie puścił, bo wszędzie mogliby cię złapać i wsadzić do aresztu. Tym bardziej, że nie masz różdżki dzięki której mogliby cię zidentyfikować. Miałabyś przesrane. Czemu nie zabrałaś tej cholernej różdżki, Mai? — zapytał, chyba drobinę zbyt troskliwym tonem. Nie chciał być... taki, jaki był przy Adlerównie. Po prostu nie chciał, bo robił się przez to wszystko kruchy. A nie był kruchy! Przeżył więcej niż niejeden czterdziestolatek, a tyle ile on bólu przeszedł przez ostatnie trzy lata nie przeżył nikt, prócz innego wilkołaka. Przecież gdyby był słaby, już dawno by ze sobą skończył, a w życiu nawet o tym nie myślał. Szukał sposobów na pozbycie się likantropii, bo nie chciał cierpieć co miesiąc, nie chciał tez umierać. Nie mógł się jednak pozbyć tej bestii, w którą zmieniał się raz w miesiącu. Bardzo tego chciał, ale cóż on mógł zrobić w tej kwestii? Musiał być po prostu wciąż dzielny i nieustraszony. I czuł, że jak będzie myślał jak realista, będzie szedł do przodu. Jedynym, co nie dawało mu zapomnieć o początkach bycia wilkołakiem były te koszmaru, które nie dawały mu spać po nocach i przez które wyglądał na zmęczonego nawet wtedy, gdy czuł się zaskakująco dobrze. — To dobrze. Może zaśniesz w niej nawet sama, skoro jest bardziej przytulna niż satynowa — odparł, unosząc lekko brwi. Nawet nie odpowiedział na jej kolejne słowa, bo... Niekoniecznie chciał jej opowiadać o tym jak samotnie postanowił wypić dwie butelki ognistej i jeszcze trochę tequili. I jak obudził się później nagi w swoim łóżku. Głupi psiak, żeby zabierać mu wtedy kołdrę i skazywać na sprzątanie tych zasranych sików na kacu i będąc owiniętym prześcieradłem w pasie. — Wiem na pewno, że ja bym chciał. Ale ja zawsze chce, to pewnie dlatego — ale nie, nie, nie, on nie był uzależniony. Gdyby był, to pewnie by sypiał z każda spotkaną kobieta, a wcale tak nie robił. W gruncie rzeczy ostatni raz spał z Maisie i mógł sobie tylko myśleć o tym, co by było, gdyby spali ze sobą jeszcze raz. Był wyjątkowo wierny i lojalny, choć zgrywał podrywacza. Jasne, lubił niewinnie flirtować z innymi, był przecież wolny, ale nie posuwał się do innych rzeczy, które mogłyby tylko pokomplikować mu życie i wszystkie jego relacje. — Zauważyłem, że jesteś sobą. Dlatego to mówię. Zawsze mną manipulowałaś. I moimi zachowaniami. Pewnie tego nie wiesz, ale to przez ciebie pokłóciłem się z najlepszym przyjacielem... — Pewnie wiedziała. Pół szkoły wiedziało. Poza tym... Nie była głupia. Casius mógł mówić, że nie był zakochany, ale przecież nie była głupia, a tym bardziej ślepa.
Uśmiechnął się lekko, słysząc, że się nie martwiła. Uwierzył w to, naprawdę. Kto by się martwił o takiego przegrywa, jak on. To znaczy, kiedyś nawet tak o sobie nie myślał. Nadal tak nie myślał, choć zdarzyło mu się mieć myśli dotyczące tego, że skończył naprawdę źle i nic, naprawdę nic nie było gorszego od tego, co przytrafiło się jemu. Możliwe, że myśląc w ten sposób był egoistyczny i myślał o sobie jak o pępku świata, ale nie potrafił nic na to poradzić. Po prostu swoją likantropię uważał za najgorsze co mogło przytrafić się czarodziejowi. Szczególnie czystej krwi, takiemu, który pochodził z szanującej się rodziny. Nie liczył jednak na litość. Znał podejście czarodziejów do wilkołaków i wiedział, że większość sądziła, że wilkołak to najgorsze stworzenie, choć w gruncie rzeczy był wciąż czarodziejem. Zwykłym człowiekiem, który tylko podczas pełni był potworem, w dodatku często nawet nie krwiożerczym, bo wiele wilkołaków piło wywar tojadowy. Casius dziwił się i nie wierzył Callie i Eileen, gdy te pytały go o to, jak się czuje i mówiły, że się martwią. Cholera, kto by się martwił o nędznego wilkołaka? O tym wszystkim przestał myśleć dopiero, gdy prawie ją pocałował i czuł się jak zwykły czarodziej, który nie ma tej groźnej, niebezpiecznej drugiej twarzy. Do pocałunku jednak nie doszło, a on... W sumie trochę się z tego cieszył. Nie chciał zaczynać. Nie chciał okazywać uczuć, ale cholerna ognista chyba już powolutku na niego zaczynała działać.
Casius niemalże podskoczył z zaskoczenia na kanapie, gdy Ponurak ot tak wskoczył na górę, do nich. Z początku się cicho zaśmiał, ale po chwili zauważył, że Maisie wylała na siebie wino. Zacisnął mocno wargi, aby się nie zaśmiać i zrobił najbardziej poważną minę, jaką tylko zrobić potrafił. — Zły Ponurak! — powiedział głośno, ale wbrew swoim słowom pogłaskał go po jego łebku. Ten wysunął język i zaczął go lizać po dłoni. — No wiesz co, Maisie, nawet wina pic nie umiesz? — zapytał sarkastycznie, ale po krótkiej chwili odchrząknął. — chyba będziesz musiała się przebrać. Przyniosę ci swoją koszule, a ty... Zresztą. Na blacie masz butelkę. Dolej sobie. Lub pij z gwinta. Nie mam już nic przeciwko — stwierdził i machnął niedbale dłonią. Już było mu obojętne czy będą pili oboje, czy może tylko Maisie. Wolał nawet pić razem z nią, bo nie chciał wychodzić na alkoholika, którym przecież nie był i być nie zamierzał, bo znał przecież umiar! Wstał szybko z kanapy i na kilka chwil zniknął za drzwiami po prawej, tymi prowadzącymi do sypialni. Szybko wrócił z szarą koszulą, jedną ze swoich ulubionych. Podał ją blondynce, unosząc lekko lewy kącik ust. — Łazienka jest koło sypialni, lewe drzwi, ale sądzę, że nic się nie stanie, jak po prostu zasłonie oczy, gdy będziesz sieęprzebierała... I tylko spróbuj mi tę koszule pobrudzić... — ostatnie zdanie mruknął i pokręcił głową.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 22
Skąd : Nowy Jork, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -56
  Liczba postów : 47
http://www.czarodzieje.org/t16144-maisie-adler
http://www.czarodzieje.org/t16151-maisie#442241
http://www.czarodzieje.org/t16152-sowki-trixie#442247
http://www.czarodzieje.org/t16149-maisie-adler




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   07/06/18, 11:36 pm

Mimo wszystko dziewczyna miała nadzieję, że pozostanie w Casiusie część starego siebie, w stosunku do niej. Nie wyobrażała sobie ich relacji bez kłótni i sprzeczek, które ciągle im towarzyszyły i chyba najbardziej cechowały ich relację. Nie przeszkadzało jej to, a wręcz czułaby się chyba niezręcznie, gdyby był tylko miły i nie rzucałby żadnymi wrednymi tekstami. Nie każde zmiany są dobre, a na pewno nie aż tak radykalne.
- Twoja przynajmniej odzywa się do ciebie, żeby się pokłócić. Prowokuje może po to, żebyś przyjechał, a żeby ona widziała, że żyjesz. Moja matka nie odzywa do mnie od świąt, bo się pokłóciłyśmy się znowu o byle gówno. Pewnie nawet jej nie interesuje czy żyje, bo już od dawna stawia na pierwszym miejscu rodzinę od swojego męża - powiedziała z lekką goryczą. Nie miała nic za złe do swojego przyrodniego rodzeństwa - w końcu wystarczy popatrzeć, jakie dobre relacje miała z Felixem, jednak nie zmienia to jednak faktu, że nie przepadała za ich ojcem, Ryana. Przez wiele lat obwiniała go, że zniszczył całkowite resztki jej dobrego kontaktu z matką i nadal ma żal o to, że pojawił się w ich życiu, chociaż nie powinna tak myśleć. Czasami po prostu włącza się w niej jakaś rozżalona nastolatka, która żyła swoim niezbyt udanym i nie oblężonym przez matczyną miłość dzieciństwem. Często czuła się niechciana, chociaż jej babcia wybiła Mai te pomysły z głowy, jednak poczucie mówiło jej całkowicie co innego.
- Lubię, jak skracasz moje imię - rzuciła, próbując odciągnąć temat od tego, dlaczego nie ma ze sobą różdżki. Jednak po chwili, widząc jego wzrok i też przypominając sobie ton, jakim to wszystko powiedział westchnęła. - Po prostu zapomniałam. Musiałam ją położyć gdzieś w mieszkaniu i wychodziłam dosyć na szybko, więc… po prostu jej zapomniałam. - Miała ją przy sobie, zazwyczaj. Tak w zasadzie, to rzadko kiedy jej zapominała. Gdy człowiek się spieszy to się diabeł cieszy, więc może właśnie dobrze, że Casius ją tak… bezwzględnie trzymał w domu, bo gdyby przez swoje zapominalstwo i pośpiech miała zostać złapana… naprawdę mogłaby mieć spore problemy. A może i on też miałby dodatkowe, za przechowywanie i skrywanie osoby bez żadnego dokumentu, bez żadnego identyfikatora… Mogła być niebezpieczna, zważając na to, jaka sytuacja obecnie panowała w świecie magii w Anglii. Miałby jeszcze dodatkowy problem oprócz swojej likantropii, a ona mimo wszystko, nie chciała być ciężarem dla innych. Potrzebowała nieraz uwagi, bo była osoba, która łaknęła być kochana, chociaż o samym kochaniu nie za wiele wyniosła z domu. Chciała poczuć coś jak tę prawdziwą miłość, której w zasadzie nigdy nie poczuła. Kiedyś myślała, że zakochała się wręcz na zabój - był to zresztą przyjaciel Cassa, ale po czasie uświadomiła sobie, że to uczucie było jak czasowe wypełnienie dziury w całości. Tylko czym była ta całość, której poszukiwała?
Zrobiła smutną minkę, patrząc na niego spod byka niewinnym spojrzeniem, ale prawie takim, jak niezadowolonej dziesięciolatki. Nie chciała spać nawet w najbardziej miękkiej pościeli świata, jeśli miałaby spać sama w obcym miejscu. Była okropna pod tym względem już od dziecka. Dlatego spała przez długi czas z misiem, dopóki nie wyszła z tego okropnego przyzwyczajenia. Dlatego tylko wpatrywała się w niego wzrokiem, jakby jak najbardziej chciała go przekonać do zgodzenia się na decyzję, aby wspólnie iść spać w jego łóżku, a nie katować go kanapą.
- To ja już nie chcę - powiedziała oburzona. - Nie chcę być tak jak wszystkie, z którymi zawsze chcesz - dodała. Cóż, nie dziwne pewnie dla Casiusa jest, że Maisie lubiła być traktowana inaczej, zwłaszcza, jak usłyszała słowa o martwieniu się i wskazujące na to, że mu najzwyczajniej w świecie zależy. - Tak w zasadzie, to wiem. Chester przecież był… mi dość bliski - mruknęła, bo w gruncie rzeczy nie lubiła do tego wracać. To budowało jej historię, ale tym samym odebrało im drogę. Jej i Reevesowi. Kto wie, co by było, gdyby ugięła się temu dupkowi? Może wyrósłby na gorszego, bo udałoby mu się ją wtedy poderwać?
Gdyby tylko wiedział, jak ważne jego losy były dla Mai. Naprawdę, stresowała się nieraz bardziej niż swoim życiem i… nie umiała nic na to poradzić. Od kiedy po raz pierwszy się spotkali, to można nawet powiedzieć, że uzależniła się od jego obecności coraz to bardziej. Ona martwiła się o tego nędznego wilkołaka i było bolesne oglądanie go w złym stanie po pełni, bo jeszcze nie umiała sobie nawet wyobrazić, co takiego on czuł.
- Ja nie umiem? To twój pies jest po prostu najbardziej rozpieszczonym stworzeniem jakie chodzi po tej planecie, nawet Stanley zachowuje się już lepiej - westchnęła na wspomnienie tego dzikiego kocura, który szalał nieraz okropnie, latając po wszystkich ściankach, nawet tych najwyższych szafach, które prawie że sięgały do sufitu. Uniosła lekko brew, gdy poszedł do pokoju po koszulę i spojrzała na butelkę na blacie, będąc w szoku, że ten ban na alkohol tak szybko się skończył. Spojrzała na Ponuraka, który położył niewinnie łepek na swoich łapkach i wręcz patrzył na nią przepraszająco, przez co zmiękła i pogłaskała go między uszami na czubku. - Jasne, spróbuję nie ubrudzić, ale powiedz też to swojemu psu - zauważyła, wskazując głową na czarnego szczeniaka, który uderzył kilka razy o poduszki na kanapie. - Czy przebieranie się przy tobie nie będzie zbyt sugestywne i nagle, twoim zdaniem, nie będzie nic proponować i będzie całkowicie bezpieczne? - zapytała, jednak nie przejmowała się tym za bardzo. Widział ją już w takim stanie. A nawet bez stanika, więc co to za różnica? Gestem kazała zakryć mu swoje oczka i dopiero gdy to uczynił ściągnęła swoją bluzkę. Wiedziała że będzie podglądać, więc szczególnie się nie spieszyła, a żeby robić tylko na złość, bo cóż… sam się bronił przed jej wcześniejszymi sugestiami. Odłożyła swoją bluzkę na kolana i wsunęła na ramiona koszulę, którą zaczęła powoli zapinać. - Widzę, że podglądasz - powiedziała nagle, zapinając guziki i kątem oka na niego spojrzała. - Już możesz odkryć swoją niezawodną tarczę - rzuciła, będąc w trochę ponad połowie guzików i gdy dopięła je, zostawiając dwa guziki od końca rozpięte, aby ładnie się koszula reprezentowała wstała i przewiesiła bluzkę na krześle przy stole, żeby jej nie zapomnieć. A nóż uda się jej jutro ją odratować. Podwinęła lekko rękawy w drodze do blatu po wino, bo koszula była jej trochę za długa i trochę wisząca, jednak nie wyglądało to jak na kompletnym wieszaku. Postawiła kieliszek na blacie i miała przez chwilę ochotę nalać sobie faktycznie do naczynia, ale po chwili zrezygnowała, biorąc całą butelkę i wracając do kanapy, gdzie Ponurak przemieścił się w jej miejsce, usadawiając się w kącie kanapy. Cóż, musiała usiąść praktycznie obok niego. Dlatego wzięła łyka z butelki i klapnęła obok niego, zakładając nogę na nogę. Obróciła głowę w jego kierunku, aby na niego spojrzeć i przejechała przelotnie wzrokiem po jego twarzy, na końcu zatrzymując się na jego oczach. - Sądzę, że butelka jest o wiele bezpieczniejsza niż kieliszek. - Lekko stuknęła gwintem o szyjkę jego butelki i wzięła nie za dużego łyka. Mimo wszystko chciała to kontrolować i nie rozpędzać się bardziej niż ostatnio.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 24
Skąd : St Andrews, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -200
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 77
http://www.czarodzieje.org/t16153-casius-malachai-reeves#442267
http://www.czarodzieje.org/t16155-gryze-i-wyje-tylko-w-pelnie#442322
http://www.czarodzieje.org/t16156-gbur#442326
http://www.czarodzieje.org/t16148-casius-reeves#442178




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   08/06/18, 09:40 pm

Nie no, tak radykalnie to nigdy się nie zmieni. On sam kochał te ich sprzeczki, nawet o byle co. Nadawały one wiele dynamiki ich relacji, a Casius nie potrafiłby świadomie zrezygnować z wrednych i sarkastycznych docinek dziewczynie, którą naprawdę ubóstwiał i możliwe, że czasem aż za bardzo idealizował.
— Wiesz, szczerze mówiąc, wolałbym, żeby wcale się do mnie nie odzywała. Przynajmniej nie miałby mnie kto prowokować i byłbym sto razy spokojniejszy, gdyby dała mi święty spokój i nie pisała głupich listów z pretensjami o moją pracę, która ci dobrego życia nie zapewni. I dzieciom, których się chyba nie może doczekać, a których nigdy nie będzie — powiedział i wzruszył ramionami. Nie potrafił spojrzeć w oczy Maisie, nie po tym, jak zareagowała na jego propozycję o tym, że może jej pomóc szukać odpowiedniego dla niej faceta. Kochającego, troskliwego, pasującego do niej. Niepotrzebnie w ogóle o tym wspominał. Nie uśmiechało mu się wyjaśnianie kolejnej osobie tego, że nie chce być nigdy ojcem, bo posiadanie ojca wilkołaka musi być ciężkie dla dziecka. Szczególnie zarejestrowanego, bo... Przecież wiedział, że w Hogwarcie nie wszyscy są mili i tolerancyjni. Przecież gdyby takie dziecko poszło do szkoły, ciągle by słyszało, że ma "pieskie życie", może, że jak to tak, to przecież wstyd mieć ojca, który zmienia się w potwora i je niegrzeczne dzieci. Nie chciał na to skazywać swojego dziecka, dlatego lepiej, żeby nigdy go nie było. Po prostu.
— Naprawdę, Mai? Muszę więc skracać je częściej. — Uśmiechnął się czarująco i trochę uwodzicielsko. Po chwili puścił jej oczko, a jego uśmiech zmienił się w bardziej zawadiacki, zupełnie tak, jakby w życiu nie miał żadnych problemów i nie musiał martwić się o to, kogo zabije w pełnię. Gdy był szczęśliwy, zdarzało mu się zapominać o swoim problemie, swojej okropnej przypadłości, która nie dawała mu spać w nocy. Po chwili jednak spoważniał i westchnął cicho. Kciuk i palec wskazujący zacisnął u nasady nosa i przełknął powoli ślinę. — Proszę, obiecaj, że następnym razem będziesz na siebie uważać i zabierzesz różdżkę... Obiecaj. — Wbrew pozorom nie kazał jej obiecywać. Zrozumiałby, jeśliby tego nie zrobił, ale z pewnością znacznie by go uspokoiła, gdyby obiecała. Mógłby spać spokojniej, mógłby pracować spokojniej, nie martwiłby się aż tak bardzo o jej bezpieczeństwo. Choć uważał tę troskę za dziwaczną i nieracjonalną, bo przecież oficjalnie nic a nic do niej nie czuł. Prawda była jednak inna i widzieli to chyba wszyscy z wyjątkiem samej Maisie i niego. Lub tylko niego samego.
Jemu też nie uśmiechało się spanie na twardej i niewygodnej jak cholera kanapie, która tylko na wygodną wyglądała. I na której wygodnie się siedziało. Co innego jednak spać, a siedzieć. Chyba że by spał na siedząco, a i do tego byłby zdolny. Tylko musiałby wtedy więcej wypić. Albo ostro zmieszać alkohole. Widząc jednak jej spojrzenie, tak niewinne i urocze, trochę zmiękł. Obruszył się trochę, słysząc jej słowa. — Ej! Jestem facetem i mam swoje potrzeby, okay? Ale nie sypiam z każdą, ile razy mam ci to mówić? — Chociaż w sumie nie wiedział, czy ostatni raz spał z Maisie, czy może z Katherine... Cholera. W głowie miał ciągle Maisie i nawet nie do końca pamiętał, jak trafił do łóżka z Russeau... I czy w ogóle faktycznie trafił. Po chwili trochę się spiął, słysząc jej słowa o Chesterze. Uśmiechnął się sarkastycznie. — Powiedziałbym, że nawet bardzo bliski, ale co ja tam wiem. Nie wiem, ile razy ze sobą spaliście i nie chcę wiedzieć. Wystarczająco mnie to... uderzyło, gdy byliśmy gówniarzami — mruknął i pociągnął z butelki, sam nie wiedział, czy to dlatego, że chciał jak najszybciej się znieczulić na wszystkie wspomnienia i emocje, które w nim wzbierały, czy po prostu wolał przestać myśleć o tym, czym definitywnie nie chciał zatruwać sobie teraz myśli. Czyli Chesterem i tym, że wbił mu sztylet w plecy, choć Cass uważał go za najbliższego przyjaciela, niemalże brata.
Maisie nie musiała się nim przecież przejmować. Zrozumiałby. Poza tym blondynka przejmując się nim, mogła tylko się do niego zbliżać, a on naprawdę czuł w kościach to, że kiedyś ją zrani. Nie był jasnowidzem, ale miał prawdziwe nieodparte wrażenie, że ją skrzywdzi, złamie jej w przyszłości serce, a naprawdę nie chciał jej krzywdzić, bo była mu bliska, a wbrew pozorom nie lubił ranić bliskich mu osób. Nawet swojej matki. Cóż, w jej przypadku przynajmniej miał pewność, że ta kobieta się nie przejmie niczym, co zrobi jej najstarszy syn, ten cholerny bękart.
— Ani mi się waż porównywać mojego cudownego, wspaniale wychowanego psa do twojego dzikusa, który się na mnie rzucił w sklepie. I dziwić się, że nienawidzę kotów, jak takie bydlęta się na spokojnego człowieka w menażerii rzucają... — Przewrócił boleśnie oczami i cicho prychnął na samą myśl o tym wydarzeniu. No bo kto to widział, żeby kocur się tak okrutnie rzucał na zwykłych klientów, którzy chcą coś do jedzenia dla sowy kupić? No i pooglądać nieśmiałki, bo już dawno myślał o zakupie tego stworzonka. Nie, nie tylko dlatego, że miały one najprawdziwszy talent do otwierania nawet najtrudniejszych do otworzenia zamków. — Przebieranie się przy mnie nie będzie ani trochę sugestywne, bo jestem grzecznym facetem, który nie rzuca się nawet na tak zajebiście atrakcyjne kobiety jak ty — odparł z szarmanckim uśmiechem, choć najchętniej już teraz zacząłby ją po prostu namiętnie całować. Typowe dla faceta, który... Stop. Przecież on wcale Maisie nie kochał. Ani, kurwa, trochę. Gdy zaczęła się już przebierać, a on miał zasłonięte dłonią oczy, uchylił lekko palce i przygryzł dolną wargę. Mógł się spodziewać tego, że będzie wyglądać wciąż tak pięknie, jak w grudniu. Zacisnął mocniej usta, a gdy powiedziała, że widzi, jak podgląda, szybko zamknął oczy i szczelniej je zasłonił. — Co? Kto? Ja? Ja bym cię podglądał? A w życiu, Adler! Ja jestem niewinny i czysty. Jak dziewica normalnie. Zero grzesznych myśli. — zaczął mówić i przełknął ślinę, gdy ponownie uchylił palce. — Absolutne zero... — wyszeptał cicho. Gdy juz powiedziała, że może odsłonić swoją niezawodną tarczę, uśmiechnął się szeroko, jawnie już na nią popatrzył i wziął znów dużego łyka z butelki. Powoli wodził wzrokiem za jej dłońmi, które wolno zapinały koszulę i nawet nie zareagował, gdy spojrzała mu prosto w twarz, szukając jego oczu. Mówię szukając, ponieważ nie napotkała jego wzroku, który zatrzymał się na jej dekolcie i tych kilku rozpiętych guzikach. Na samą myśl przeszedł go lekki dreszczyk emocji, ale w końcu oblizał dolną wargę z jakiejś zaginionej kropelki alkoholu, uśmiechnął się zawadiacko i popatrzył jej w oczy. Widząc jej minę, uniósł lekko brwi. — No co? — zapytał, choć doskonale wiedział, o co jej chodziło. Przecież wiedział, co robi i obserwował ją w ten sposób, tym łakomym spojrzeniem zupełnie świadomie. I nie zamierzał tego ukrywać, jeśli miał być szczery. — Jestem facetem, a ty jesteś piękną kobietą, to chyba naturalne, że przebierając się przy mnie i zapinając guziki tak wolno, celowo zostawiając kilka nie zapiętych, jesteś narażona na łakome spojrzenia takich skromnych przystojniaków jak ja... — powiedział i dopiero po chwili odwrócił wzrok, aby spojrzeć, ile zostało mu alkoholu w butelce. Zmarszczył lekko brwi, widząc, że zostało go mało. Był tym bardzo niepocieszony, bo czymże była połowa butelki? Merlinie najdroższy, przecież niedługo będzie musiał iść po kolejną. A nie był pewien czy ma jeszcze butelkę ognistą, a nie chciał pić dzisiaj tequili. Jeszcze faktycznie by się na nią rzucił, bo był przecież po niej dosyć... Nieprzewidywalny. I zwykle bardzo słabo pamiętał wszystko, co pod jej wpływem robił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 22
Skąd : Nowy Jork, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -56
  Liczba postów : 47
http://www.czarodzieje.org/t16144-maisie-adler
http://www.czarodzieje.org/t16151-maisie#442241
http://www.czarodzieje.org/t16152-sowki-trixie#442247
http://www.czarodzieje.org/t16149-maisie-adler




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   09/06/18, 12:42 am

- Kto wie, czy nie będzie. Wyglądasz na osobę, która byłaby dobrym ojcem - stwierdziła, wzruszając lekko ramionami. - Oczywiście, kiedy znajdzie się tak jedyna księżniczka, będą żoną idealną, matką twoich dzieci, z którą chciałbyś spłodzić syna, postawić dom i te inne pierdoły. - Machnęła ręka sprostowując, żeby sobie zaraz nie pomyślał, że uważała go za dobrego ojca jej dzieci. No bez przesady, chociaż… to było zbyt skomplikowane, żeby aż tak jeszcze trudne rzeczy dawać pod jakiekolwiek przemyślenia. Bo nie dość, że jej uczucia były dosyć niejasne dla niej samej, to niejasna też była ich relacja, która chyba nigdy będzie określoną. Wiedziała też, że czarodzieje, zwłaszcza czystej krwi, są bardzo nietolerancyjni dla wilkołaków. Ze swoimi przekonaniami, czuła się czasem jak jakiś wyrzutek z magicznego społeczeństwa, przecież to było kompletnie wyrwane z kosmosu, że ona nic nie miała do tego, w kogo przemieniał się w tę jedną noc w miesiącu, a nawet ba - pomagała mu. Mieszała mu eliksir i przypominała mu na wszelkich wypadek o wypijaniu, chociaż on skrupulatnie tego przestrzegał, przez co Maisie była w niemałym szoku.
- Mi bardzo pasuje. - Odwzajemniła mu uroczym uśmiechem. Pokiwała z rozbawieniem, jak puścił jej oczko i nie wiadomo czemu, ale sama nagle poczuła się jak nastolatka, tylko z jakiegoś równoległego świata, gdzie razem z Casiusem zarywali do siebie, a nie unikali - a głównie ona unikała. Ale teraz miała wrażenie, jakby naprawdę było to coś wielkiego. Wręcz dziewczęco czuła pewne motylki w brzuchu, przez karciła się w myślach, za swoje szczeniackie zachowanie w tej chwili. Spojrzałą na niego i sama westchnęła. - Obiecuje, naprawdę postaram się jej już nie zapominać - powiedziała i naprawdę obieca tego, co powiedziała. Jego zachowanie uważała za słodkie, a nie chciała, aby się o nią martwił. Już miał wystarczająco wiele swoich problemów, żeby przejmować się jeszcze jej dupą, która płaszczyłaby się w areszcie.
Widząc to mięknące spojrzenie, uniosła lekko kąciki ku górze. Czy to znaczy, że nocy w tej bawełnianej pościeli nie spędzi sama? Miała taką nadzieję, chociaż coś czuła, że jak już przyjdzie co do czego to zostanie wykiwana, a jedynie to może Ponuraka z nią pójdzie, bo pewnie łóżko pana traktuje jak własne legowisko. W końcu jeśli jest rozpieszczony, to na pewno śpi z nim. - Najwyraźniej dużo. Ale niech ci już będzie. - Wywróciła oczami. Ewentualnie mogła w to uwierzyć. Przecież jeszcze niecałą godzinę temu zaręczał swoją wierność względem niej… - Proszę cię, on jest jednym z tych niewypałów życiowych… Ale cieszę się, że mimo wszystko nie byliśmy aż tak bardzo blisko, jak ci się wydaje - powiedziała. Co prawda, spali ze sobą, ale później już Maisie widziała różnice w jego zachowaniu i rzadko kiedy spotykali się sami. Często w grupie znajomych głównie jego, gdzie chcąc czy nie chcąc, często był i Casius. A chociaż Chester romantykiem był głównie zanim wylądowali podczas jednych wakacji w łóżku razem, to jednak po tym cały romantyzm z niego uleciał, a potem jedynie pozostały resztki w popisach przed kolegami, przed którymi ona uciekała i robiła wszystkie możliwe uniki, żeby tylko wywinąć się od tych nieprzyjemnych spotkań. Dopiero pod koniec, a bardziej na koniec, przejrzała i zauważyła, jak rozpieszczonym dzieciakiem on był.
- Przestraszyłeś go! To normalne, wystraszył się, dlatego też tak pochopnie zareagował i proszę mi mojego kociaka dzikusem nie nazywać, to bardzo ułożony kot i dość szanowany na dzielni. Raz widziałam, jak bronił innego kota przed dwoma innymi na podwórku, więc można powiedzieć, że prawdziwy bohater z niego. - Pokiwała głową w przekonaniu. Stanley był kochanym zwierzakiem, pieszczotliwym, ale przy tym też niezależnym, kiedy wybywał na nocne łowy. Ale zawsze wracał cały i zdrowy. A to dla niej było najważniejsze, że umiał sobie radzić i nie zostanie zadrapany czy skrzywdzony przez kogoś. - Grzeczny facet z potrzebami, nie rzucający się na atrakcyjne kobiety. Dobrze wiedzieć i miło słyszeć, że jestem atrakcyjną kobietą w twoich oczach. - Uśmiechnęła się pod nosem. Zaczęła się przebierać, a gdy tylko usłyszała o jego podglądactwie i zobaczyła ruszające się palce przy jego oczach, parsknęła cicho śmiechem. - Czuję, że tak naprawdę, to niezły grzesznik jest z ciebie w myślach, ale wolę nie wnikać, naprawdę - powiedziała, bo jednak nie wiadomo, co w trawie piszczy i myśli tego grzesznika-dziewicy znać nie chciała. Spojrzała na niego i uniosła lekko brwi, widząc jego reakcję. Już siedziała ze swoją butelką i wzięła z niej łyka, bardziej eksponując swoją szyję i obojczyki, które były ładnie widoczne przez niedopiętą do karku koszulę. - Skromni przystojniacy, to dobre opisanie całego ciebie. Jednak przystojny kolega sam chciał, żebym się przy nim przebierała. - Wzruszyła jednym ramieniem, przykładając gwint do ust, ale zrezygnowała z łyka. Trochę się do niego przybliżając, a nawet bez zbędnego wysilania się, mieli dosyć blisko siebie twarze. Dlatego też korzystając z okazji zrobiła coś, na co ewidentnie obydwoje mieli ochotę, czyli wysunęła się trochę do przodu, jedynie lekko i niewinnie muskając jego wargi. Nie odsunęła się zbyt wiele. - Czyli jak bardzo atrakcyjna jestem? Mam zapiąć te dwa guziczki do końca? - powiedziała, praktycznie w jego usta i uniosła lekko kącik ust. Nadal to wszystko robiła świadomie. Wino jedynie pozostawiło u niej swój posmak, ale nic więcej, a nawet przez to krótkie muśnięcie z ustami Casiusa, wymieszało się z Ognistą, tworząc zaskakująco nienajgorszą mieszankę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 24
Skąd : St Andrews, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -200
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 77
http://www.czarodzieje.org/t16153-casius-malachai-reeves#442267
http://www.czarodzieje.org/t16155-gryze-i-wyje-tylko-w-pelnie#442322
http://www.czarodzieje.org/t16156-gbur#442326
http://www.czarodzieje.org/t16148-casius-reeves#442178




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   09/06/18, 02:14 am

— Maisie, za przeproszeniem, ale co ty pierdolisz? Ja? Dobrym ojcem? Ty chyba sobie mnie z kimś mylisz… — rzucił niedowierzającym tonem głosu. Przecież jemu było bardzo daleko do ideału kogokolwiek. Nie tylko faceta, ale też męża, brata, ojca, dziadka, nawet wilkołaka, choć w tej roli spisywał się na medal, choć nie był stereotypowym straszydłem z bajek dla niegrzecznych dzieciaków, które ciągle tylko dokazują i rodzice posuwają się do radykalnych środków. — Prawda jest taka, że się nie znajdzie. Ale też może myślę tak dlatego, że mi nie zależy na narażaniu kolejnych osób na bliską znajomość z wilkołakiem i ciągłe wytykanie palcami. Czy ty wyobrażasz sobie cierpienie mojej przyszłej żony i moich dzieci, gdy będą szły ze mną ulicą i ludzie za plecami będą nam mówić, że „o, patrzcie, to ten wilkołak, który chciał być normalnym czarodziejem, aby wpasować się w tłum! Żałosny!”? Bo ja niestety tego nie widzę. I widzieć nie chcę — [i]Bo nikt na to nie zasługuje[/b], dodał w myślach, ale nie chciał już tego mówić na głos, bo domyślał się tego, jakby to zabrzmiało głośno. Przecież to nawet i bez tego brzmi jak zależnie się i wołanie o pomoc, której nikt nie jest w stanie mu udzielić…
— To wspaniale, Mai — mruknął z uśmiechem, nie spuszczając z niej wzroku. Sam nie wiedział czemu to właśnie ona działała na niego w tak pozytywny i kojący sposób. Nie wiedział czemu tylko w jej towarzystwie potrafiliście szczerze uśmiechnąć, nie wiedział czemu przy niej zmęczenie jakby trochę ustępowało… Była dla niego magiczna. I jeśli działała tak na wszystkich, zdecydowanie powinna iść w magomedycynę. Zdecydowanie… a on zamierzał ją kiedyś do tego popchnąć. Jeśli oczywiście będzie chciała go w przyszłości znać…— W porządku. Wierzę ci. — Czy naprawdę był tak zły, jak się czuł? Bo czuł się okropnie kazać jej cokolwiek obiecywać. Miał wrażenie, że gorzej zachować się nie mógł. No, może oprócz spania z Kath, czego nawet nie do końca pamiętał i o czym bał się jej powiedzieć, bo nie chciał jej stracić…
Z tyłu głowy Cassa zaczęła tlić się myśl, że w życiu nie pozwoli jej samej spędzić nocy, skoro tego nie chce. Będzie w tym samym pokoju co ona, nawet jeśli będzie spał na niewygodnej podłodze. Podłoga i tak była lepsza niż ściółka leśna, gdy budził się na niej po pełni, po ukrywaniu się w lesie przez całą noc. Zdarzało mu się jednak coraz częściej przeżywać pełnię w domu, w garderobie, z której wyjmował wcześniej wszystkie rzeczy. Na półkach widać nawet było ślady pazurów, ale jakby ktoś pytał to te ślady są artystycznym dziełem Ponuraka. — Przecież wiesz, że sypiałem z kobietami i nie byłaś moją pierwszą, ani pewnie nie ostatnią. W gruncie rzeczy dawno z nikim nie… — Widząc jej spojrzenie po prostu przestał, choć to była prawda i tylko prawda. W końcu ostatni raz spał z kimś w grudniu! A to bądź co bądź kupa czasu! Szkoda tylko, że Maisie faktycznie nie była jego ostatnią… — Mówiłem ci o tym, jak się chwalił, że cię zaliczył? Chyba wspominałem kiedyś… Och, tak, mówiłem — Coś mu świtało, że wspominał jej o tym zaraz przed tym jak wylądowali… No nie w łóżku,  na kanapie. A Cass sam wykruszył się z tej ekipy Chestera. Nie dlatego, że pojawiła się w niej Maisie, z nią chciał wtedy spędzać jak najwięcej czasu. Po prostu zbyt bolesne było patrzenie jak jego narlepszy przyjaciel ją obejmuje, szepcze jakieś sugestywne słówka do ucha i ją całuje. Casius patrząc na to czuł się tak, jakby ktoś raz po raz wbijał mu ostry nóż w plecy.
— Czym go niby przestraszyłem? Swoim istnieniem? Tym, że oddychałem, czy może tym, że stałem grzecznie przy kasie i chciałem kupić jakieś ziarenka dla Gbura? — zapytał, choć nie oczekiwał nawet odpowiedzi. Przecież mógł się spodziewać tego, że i tak powie, że go czymś wystraszył, choć prawda była taka, że to ten wstrętny kocur przestraszył Casiusa, a nie na odwrót… — Jesteś najbardziej atrakcyjną kobietą w moich oczach… — mruknął i miał nadzieję, że nie udało jej się tego usłyszeć lub zwyczajnie to zignoruje. Jednak nadzieja matką głupich. A on wiele razy dowiódł, że jest prawdziwym idiotą, gdy w grę wchodziły relacje międzyludzkie… Tak jak chociażby teraz. No idiota, jak można mówić takie rzeczy… Słysząc to jej parsknięcie śmiechem, uśmiechnął się szeroko i pokręcił głową. — Ja? W życiu! Jestem tak niewinny i czysty, że smok by mógł mnie porwać. Albo mogliby mnie złożyć w ofierze czy jakimś rytuale, nie wiem — odparł niewinnym tonem głosu. Jednak jego myśli już wcale nie były tak niewinne jak głos… Uważnie ją obserwował i miał nadzieję, że w tak słabym świetle jakie miał Casius blondynka nie dostrzeże ogników w jego oczach; tych samych ogników, które miał, gdy spali ze sobą ten jeden, jedyny raz. Potrząsnął głową, bo powoli przestawał myśleć mózgiem. — A czy przystojny kolega narzeka na cokolwiek? — zapytał, unosząc leciutko brwi i kąciki ust.
Serce znów zabiło mu szybciej niż powinno, gdy zbliżyła się do niego i musnęła jego wargi. Zamknął powoli oczy i cicho westchnął. — Kusi mnie żeby powiedzieć, że jesteś dwa na dziesięć, ale nie chce kłamać, a w twoim przypadku kłamstwo to byłoby ogromne, bo nie mieścisz się w owej skali, Mai — odpowiedział szybko i sam lekko musnął jej usta, bo nie potrafił bez tego wytrzymać. — Ani mi się waż ich zapinać, Adler — Cholerna kusicielka! I co, że niby to on był tym złym? Przecież on miał na sobie sweter, bo było mu zimno przez pół dnia! Powoli zbliżył swoje usta do jej szyi, lekko ją muskając. Szybko jednak się opanował i odsunął od jej skory swoje usta.
— Pójdę ci chyba pościelić łóżko, wiesz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 22
Skąd : Nowy Jork, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -56
  Liczba postów : 47
http://www.czarodzieje.org/t16144-maisie-adler
http://www.czarodzieje.org/t16151-maisie#442241
http://www.czarodzieje.org/t16152-sowki-trixie#442247
http://www.czarodzieje.org/t16149-maisie-adler




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   09/06/18, 11:59 am

- Po prostu wyglądasz na taką osobę, co się dobrze z dziećmi dogaduje, dlatego tak. - Wzruszyła ramionami. A posiadanie dobrego kontaktu z bachorami jest pierwszym krokiem do bycia dobrym rodzicem. Maisie nie przepadała za tymi gówniakami, dlatego nie wiedziała siebie w roli matki, musiałaby naprawdę zmienić nastawienie, żeby z tego cokolwiek dobrego wyszło, ale na razie nawet nie miała zamiaru. Jedynymi dzieciakami, z którymi dobrze się dogadywała, było jej rodzeństwo i też na tym miała zamiar zostać. - Wiesz, niektórzy nie patrzą na ciebie z perspektywy wilkołaka, bo wilkołakiem jest w jedną noc w miesiącu, a przez resztę jesteś… Casiusem. Nie wiadomo, dokąd pójdzie społeczeństwo za kilka lat, jak już teraz dość dużo osób nie zwraca na to uwagi, bądź po prostu są tolerancyjni. - Tak naprawdę, to wszystko zależy od wychowania. Maisie nie wychowywała matka, w głównej mierze była pod opieką dziadków, którzy chyba sami nie wiedzą, dlaczego ich córka jest taka, a nie inna, skoro oni są nastawieni do życia dość pokojowo. Czekała tylko, aż w końcu ktoś bystry opracuje eliksir albo inny środek na uwolnienie się od likantropii i… pewnie część społeczeństwa odetchnie z ulgą.
Chyba nie działała tak na wszystkich. Niektórych przez większość swojego życia irytowała, a dopiero w niedawnym czasie stała się spokojniejsza. Była mnie wybuchowa i nieraz potrafiła ugryźć się w język, jeśli nie chciało jej się z kimś kłócić. Można powiedzieć, że dojrzała - ale nadal nie na tyle, żeby z własnej woli zacząć kursy na magomedyka, bo to było stresujące. Bała się, że nie ma tego czegoś, dzięki czemu miałaby powołanie do wykonywania tego zawodu, zawsze była niepewna i zawsze ją to gubiło. Aż cud, że pracuje w tej aptece.
A ona nigdy nie zgodziłaby się, żeby spał na podłodze. Już prędzej sama by do niego zeszła na ziemię, gdyby uparcie nie chciał się z nią położyć na materacu, a jeszcze pewnie by go dodatkowo przygniotła i wbiła łokieć w żebro, aby jakkolwiek zachęcić Reevesa do wdrapania się na łóżko. Ponurak pewnie nie potrzebowałby szczególnego zaproszenia, czy Casius nie może brać przykładu ze swojego psa? Spojrzała na niego, nawet może nie kontrolując zimnego spojrzenia, jakie mu posłała. Że pierwszą nie była, to wiedziała, ale zabolało, że nie ostatnią. Czy po ich pierwszym i ostatnim razie…? To wprowadziło w Maisie lekki niepokój i nagle zwątpiła w to wszystko co dzisiaj usłyszała - o trosce i o wszystkich dosyć miłych słowach. Jednak może dramatyzowała? Może mówił to w szeroko rozumianej przyszłości, w której już skreślał ją jako udawaną narzeczoną? Bolało, mimo wszystko, coraz bardziej. - Nie przerywaj sobie, mów dalej - powiedziała, starając się operować goryczą w głosie, która chciała się wybić w wydźwięku. - Ta, mówiłeś - mruknęła. - Dlatego właśnie, nie byliśmy tak blisko. Mam wrażenie, że po tym, zachowywał się czasem nawet gorzej niż nieraz ty. - Wzruszyła ramionami. Nie lubiła wracać do przeszłości, zwłaszcza, jeśli dotyczyło to bezpośrednio jej związków, które za udane nie uchodziły. Nie miała nigdy wielkiego szczęścia w miłości, a w kartach zresztą też, dlatego nigdy nie lubiła wróżbiarstwa. Stresujące dla niej było to, co mogła sobie albo komuś przewidzieć.
- Sądzę, że już ci tłumaczyłam, że twoja twarz mogła w nim wzbudzić negatywne emocje. Bez powodu by nie syczał, jest naprawdę pokojowym kotem. Gdybyś go poznał bardziej, też byś doszedł do tego wniosku, ale nie, lepiej upierać się przy swoim, nawet, gdy nie jest to prawda - parsknęła niezadowolona. Jej kot był dla niej jak dziecko i nie lubiła, jak ktoś go obrażał. Już podczas spotkania po latach w lipcu w zeszłym roku, zachowywał się jak dupek w stosunku do Stanleya, nic dziwnego, że na początku była do niego tak, a nie inaczej nastawiona. I jeszcze ją praktycznie od razu podrywał, nawet nie wiedząc, czy da mu w twarz za takie gadki! - Nie powiem, schlebia mi to bardzo - powiedziała, uśmiechając się. Jak mogło jej to ujść mimo uszu. Jak mogła zignorować taki tekst? Miała poczucie własnej wartości, znała swoje atuty i uważała, że nie brakuje jej nic. Lubiła siebie taką, jaką była, nawet charakter już zaczęła wypracowywać sobie do dobrego stopnia. - Jesteś tak niewinny, że rytuał by się nie udało, gdyby wpadli na szalony pomysł wzięcia ciebie jako ofiarę. Proszę cię, przecież nikt o zdrowym umyśle nie uwierzyłby w tak szaloną bajkę, jaką opowiadasz. - I jeszcze musiałby go znać. A Maisie go znała - i teraz, i za czasów Hogwartu. Widywali się dość często, choćby w pokoju wspólnym, przy stole na obiadach, widziała jego głupie zachowania i od dziecka uważała go za dziwnego. Już w pierwszej klasie myślała, że nie jest on typem osoby, który lubi. - Spróbowałby narzekać - powiedziała, unosząc lekko kącik ku górze. - Moje nogi nie mieszczą się w skali, a co dopiero cała ja - rzuciła skromnie, uśmiechając się pięknie i czuła się naprawdę dobrze, rozmawiając z nim w sumie niezagłośno, między lekkim muśnięciami. Zaskakująco się jej to podobało. - Oj, to w takim razie ich nie ruszam, Reeves. - Grzecznie stwierdziła i nawet nie ruszyła, aby cokolwiek z nimi zrobić. Odchyliła lekko głowę w bok, czując jego usta na swojej szyi, ale po chwili spojrzała na niego niezadowolona, gdy się odsunął. - Jak wolisszz - przedłużyła ostatnie linijki i odsunęła się od niego, biorąc łyka wina z butelki, ale cóż, zdecydowanie była niepocieszona tym, że chce jej ścielić łóżko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 24
Skąd : St Andrews, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -200
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 77
http://www.czarodzieje.org/t16153-casius-malachai-reeves#442267
http://www.czarodzieje.org/t16155-gryze-i-wyje-tylko-w-pelnie#442322
http://www.czarodzieje.org/t16156-gbur#442326
http://www.czarodzieje.org/t16148-casius-reeves#442178




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   10/06/18, 01:22 am

— Nieee, w życiu. Byłbym najgorszym ojcem świata, bo nawet nie wiem, jak powinien wyglądać ojciec — powiedział. Smutne było to, że mając tatę i ojczyma, tak naprawdę nie wiedział, na czym polega bycie rodzicem. Bo jasne, byli. Ale żeby w jakikolwiek sposób się udzielali w życiu? Oczywiście nie mówimy tutaj o jego ojczymie, którego nienawidził, zresztą z wzajemnością. Mowa tutaj bardziej o jego biologicznym tacie, który w pierwszych latach życia Casiusa wydawał się ojcem idealnym, ale gdy miał trzy, cztery lata przestał być tak idealny. Już lepiej przemilczeć w ogóle to, jak traktowała go macocha, gdy mieszkał u ojca... — Uwierz mi, ostatnio, gdy szedłem przez pokątna, usłyszałem, jak jakaś matka do sześciolatka mówi "nie podchodź za blisko, on wygląda jak wilkołak. Nawet nie mam pojęcia, po czym wiedziała, bo nie wyglądałem wtedy tak, jak zwykle po pełni. Wyglądałem zdrowo! I normalnie! — I dziwić się, że był przewrażliwiony na tym punkcie... No bo skoro obce kobiety z dziećmi tak go osądzały, to co dopiero musieli myśleć sobie jego dawni znajomi, gdy go spotykali? A bycie wilkołakiem w oczach czarodziejów czystej krwi było czymś... Czymś strasznym i niewiarygodnym. No bo przecież żaden szanujący się czarodziej czystej krwi by sobie na to nie pozwolił.
Kiedyś i jego bardzo irytowała. Ale irytacja ta była spowodowana głównie odrzuceniem, które przez nią i przy niej czuł. Nigdy nie lubił być odrzucany przez nikogo. Kiedyś tylko przez jednostki, teraz przez większość społeczeństwa. Z tą różnicą, że kiedyś był prawdziwą duszą towarzystwa, a teraz był raczej typem samotnika, który tylko duszę towarzystwa udaje. Cóż, przynajmniej był charyzmatyczny i miał gadane, a to się często ceniło. I umiał dobrze grać. Umiał grać uprzejmego, przyjaznego, niekiedy nawet pomocnego człowieka, choć częściej grał zwykłego gbura i wrednego faceta. I choć to wszystko było w dużej mierze tylko pozorami, niewątpliwie częściowo było mu głupio przez to, że tak bardzo oszukiwał wszystkich dookoła. Czasami myślał, czy nie lepiej byłoby po prostu przestać grać i udawać przy każdej możliwej sytuacji, ale szybko przestawał o tym myśleć. Przecież tak było lepiej. Łatwiej. A on lubił iść na łatwiznę. Robił to od zawsze. Jedyne, czego nie lubił i co było łatwe, to te laski, które najchętniej same wskoczyłyby mu do łóżka. Chore baby. Czasami nawet wiedział, czemu Maisie zawsze tak bardzo przykuwała jego uwagę. Przecież nie zgrywała niedostępnej, ona faktycznie była niedostępna. A teraz, gdy częściowo już mógł się do niej zbliżyć, wciąż nie uważał tej relacji za nudną. Właściwie, wciąż widział w tym tę całą zadziorność i chemię, która sama unosiła się między nimi w powietrzu niczym woń amortencji.
Ponurak nawet by nie pytał. On na tym łóżku czuł się lepiej niż we własnym legowisko, a Casius nie miał serca go tego oduczyć. Bo tak, może i starał się na ogół nie przebywać w większych grupach ludzi, ale wciąż często mu towarzystwa zwyczajnie brakowało. I nawet jeśli zgrywał twardziela i takiego gbura, co go to nic nie rusza, musiał przed sobą szczerze przyznać, że często doskwierała mu samotność. Ale miał psa. Zawsze mógł go wziąć na łóżko i przytulić, co nie? A rano zostawał wtedy zwykle obudzony o piątej lizaniem po twarzy. Jeśli nikt nie widział szczerego uśmiechu Reevesa, to nie widział go w chwili pobudki przez jego szczeniaka, naprawdę. — Dawno z nikim nie spałem. Od grudnia — starał się jak mógł, aby jego wzrok nie wyglądał na spojrzenie zbitego i smutnego szczeniaka. Miał ochotę jej powiedzieć, że zachował się podle. Ale nie potrafił tego wydusić z siebie. Sądził, że jeśli to było i nigdy więcej się nie zdarzyło to... No nie liczyło się. Ale liczyło się, bardzo. Miał też nadzieję, że nigdy nie wyjdzie to na jaw, bo sam nie był wtedy w pełni zmysłów. Był zwyczajnie pijany jak nigdy dotąd. Jak wtedy, gdy obudził się po jednej z imprez w samych skarpetkach. W dodatku nie swoich! — Gorzej niż ja? Serio? Chester? T-ten Chester? — zapytał, bo zerwał z nim kontakt i zaczęli się po prostu oddalać, gdy zaczął chodzić z Maisie. Wiedział o ich zerwaniu, ale nie rozmawiał z nim wtedy aż tak dużo, jak dawniej. Właściwie to go skutecznie unikał. Skutecznie, nawet bardzo skutecznie, bo nawet zrezygnował z chodzenia na wróżbiarstwo, z którego i tak nic biedak przecież nie wynosił. W sumie najlepsze w chodzeniu na wróżbiarstwo było to, że mógł cisnąć bekę. Często widział u znajomych Ponuraki. Zabawnie!
— Moja twa... twarz, tak na pewno moja przystojna twarz zirytowała twojego cholernego kocura... Nigdy go nie polubię! — powiedział, unosząc się nieznacznie. Bo zdenerwował się, nie jego wina. Ale na całe szczęście udało mu się obrócić to wszystko w żart tak, że się uśmiechnął. — Nie lubię kotów, ale lubię kocice takie jak ty! — puścił jej oczko i się cicho zaśmiał. — Chyba mnie pojebało z tym tekstem... — mruknął z rozbawieniem i zamknął oczy, spuszczając lekko głowę, podczas gdy jego ramiona lekko drżały od śmiechu. Zawadiacki i lekko cwany uśmieszek wszedł na jego usta. Uniósł lekko brwi, słysząc jej słowa. Nawet dobrze, że tego nie zignorowała tych słów. — Czekam, aż ty mnie podobnie skomplementujesz, ale chyba się nie doczekam — stwierdził, z udawanym smutkiem w głosie.
Zacisnął usta i pokręcił głową z niedowierzaniem, gdy w niego zwątpiła i nie uwierzyła w jego bajeczkę. — Wiesz co? Jesteś okropna. Jak można być takim... niedowiarkiem... Każdy, kto mnie zna, wie, że jestem bardzo honorowym człowiekiem. Nie kradnę, nie uprawiam seksu, nie piję, nie palę — z całej tej czwórki, tylko słowa o niepaleniu były prawdą. No i o honorze, ale tego nie zaliczajmy! Palił tylko okazjonalnie. Ostatni raz w grudniu, ze stresu. I z nerwów. — Twoje nogi wyjebało mocno poza skalę — powiedział, uśmiechając się zadziornie. Też bardzo podobało mu się to, że rozmawiali ze sobą tak cicho, między tymi delikatnymi muśnięciami. I tym razem nie musieli być wcale pijani, aby tak się zachowywać! — Nawet jeślibyś je zapięła, to bym je rozpiął — wzruszył ramionami, nie mogąc się powstrzymać przed tym tekstem. Gdy dotknął ustami jej skóry, czuł, że chce znacznie więcej niż tylko to. Chciał wrócić do jej ust, ale... Musiał przestać. Nie chciał, żeby i tym razem wylądowali tak, jak ostatnio... Widząc jej reakcję, po tym, jak się od niej odsunął, wziął ponownie dużego łyka alkoholu, który rozpalał mu gardło. Potrząsnął głową i szybko wstał. Jednak czując lekkie zawroty głowy, znów opadł na kanapę. — Jednak nie. Nie chce mi się — Przecież nie mógł przyznać tego, że zakręciło mu się w głowie. Po ledwie połowie butelki ognistej! Znów przysunął się do Maisie i przejechał opuszkami palców po jej obojczykach, nie mogąc oderwać od niej wzroku. Po chwili znów się pochylił w jej stronę, tym razem zaczął całować jej szyję i nie mógł się od niej oderwać, dopóki nie doszedł do ust. Zresztą, wtedy też się od niej nie oderwał. Pocałował ją mocno i głęboko, wsuwając lewą dłoń w jej włosy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 22
Skąd : Nowy Jork, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -56
  Liczba postów : 47
http://www.czarodzieje.org/t16144-maisie-adler
http://www.czarodzieje.org/t16151-maisie#442241
http://www.czarodzieje.org/t16152-sowki-trixie#442247
http://www.czarodzieje.org/t16149-maisie-adler




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   10/06/18, 12:40 pm

- Biorąc pod uwagę, jakie są rodziny czystej krwi, to może nawet lepiej. Stworzysz swój własny ideał ojca. - Ona, niestety, miała zarysowane zachowania matki i strasznie się jej to nie podobało. Nie chciała być w przyszłości jak własna rodzicielka i będzie musiała uważać, żeby nie traktować swoich dzieci tak jak ona - co jest mało prawdopodobne, ponieważ Maisie miała kompletnie inny charakter niż Alice i raczej nie grozi jej traktowanie swoim dzieci byle jako… albo chociaż pierworodnej. Mimo wszystko widziała, że do dzieci od jej obecnego męża ma bardziej troskliwy stosunek niż do córki, której najlepiej to by pewnie chciała, żeby nie było. - Przewrażliwione mamuśki i nic więcej. I co, że wilkołak, zjadłbyś go dwa tygodnie przed pełnią? - Wywróciła oczami. Jeśli ktoś jest niedoinformowany, to nie powinien panikować. Takie osądy też są nie na miejscu, ale co poradzić na takie osoby, którym z pewnością też nie da się nic przemówić do głowy? I żaden czarodziej by sobie na to nie pozwolił - to na pewno i Casius też przecież nie marzył, by zostać wilkołakiem. W takiej sytuacji to nawet czarodziej czystej krwi by nic nie poradził.
Była niedostępna głównie dla niego. Czasami sama flirtowała, ale nigdy z nim. Wcześniej nigdy. Bo teraz to leciała i prowokowała, kiedy ją naszła taka ochota, zwłaszcza od kiedy są tym “narzeczeństwem”. Chociaż cały czas była sobą. Ona rzadko kiedy grała, najczęściej przed matką, grzeczną i miłą córkę, z której podczas każdego spotkania wychodziło w końcu prawdziwe oblicze, kiedy zaczynały się kłócić. W pracy bywała sympatyczna, bo z natury taka potrafiła być dla obcych ludzi, chociaż tych za bardzo czepialskich traktowała chłodno. Dla przyjaciół była taka, na jakie jej zachowanie sobie zasłużyli bez zbędnego udawania, a najbardziej zakręcone nastroje należały do relacji z Casiusem… Czasem trochę udawała, czasami była naprawdę kochana, czasem to chciała go uderzyć tak ją denerwował, a czasami była sobą w sposób… w jaki właśnie teraz jest. Trochę zadziorna, zwyczajne rozmowy. Potrzebowała troski i obecności drugiego człowieka i tak przypadło, że ta “rola” wypadła na Cassa.
[s]Ją mógł przytulić.[/s] Spędzali ze sobą dość dużo czasu, że Maisie coraz bardziej się do niego przekonywała i zaczynała… dziwne rzeczy zaczynały się dziać w jej sercu, choćby podczas takiego wspólnego siedzenia na kanapie. - Chwalisz się czy żalisz? - zapytała, patrząc ze zdziwieniem na próbę tłamszenia miny zbitego szczeniaka. Spodziewała się, że naprawdę, bez skrupułów ją zrobi, a obecnie to on tylko tego unikał. Ale nie wiedziała, że prawdziwy problem tkwi głębiej i jest bardziej… problematyczny. Tylko po co czekać? Żeby wkurzyła się bardziej? - Tak, ten Chester. Bo tym “chwaleniu się”, bardziej zaczął traktować mnie jak kogoś, z kim może się pokazać na jakiejś ślizgońskiej imprezie niż dziewczynę, dla której ważne są uczucia. On najwyraźniej stracił je tak szybko jak przyszły - mruknęła. Chyba nikt nie wiedział, jak naprawdę pomiędzy nimi było - to było wiele kłótni i już nieraz Maisie prawie z nim zrywała, ale obiecywał poprawę, był super milusi i kochaniusi przez tydzień, a później nagle zaczynał ze swoim okropnym zachowaniem. Ludzie gadali jedynie, że nie jest między nimi dobrze, ale o co chodziło, to tylko oni mogli widzieć - a głównie ona, bo Chester nigdy problemu nie widział.
- Ej, ja Ponuraka polubiłam, mógłbyś chociaż spróbować się zakoleżkować ze Stanleyem! Rzadko kiedy pazury wyciąga - powiedziała prawdę oczywiście. Dla niej Staszek zawsze i na zawsze będzie kochanym kociątkiem, małą białą kulką, którą przygarnęła rok po utracie Ryszarda. Naprawdę lubiła koty i potrzebowała zaakceptowania tego od osób, z którymi spędzała dużo czasu. Po chwili mina jej zrzedła i popatrzyła na niego zażenowana tym tekstem, odwracając spojrzenie w bok. On się śmiał w najlepsze, a ona zaczęła się martwić, że go dopadły chichoty Burkleya i że zaraz zacznie się jej dusić, jednak… jednak to chyba było po prostu zbyt dużo alkoholu jak na jego dzisiejszy umysł. - Tobie już starczy - powiedziała, korzystając z jego nieuwagi przy śmianiu się i wyciągnęła z jego ręki butelkę i postawiła na stolik obok. Kto by pomyślał, że to ona będzie go dzisiaj odciągać od alkoholu! - MOże kiedyś się doczekasz, może nie, na razie nie mam powodu, żeby ci coś takiego mówić - rzuciła, chociaż powód był; motylki w brzuchu, wspaniały humor przy nim i ze względu na wygląd to był dla niej dobry. Nawet idealny. - Mógłbyś trochę brodę podciąć, bo kłuje lekko podczas całowania. - Usłyszał to zamiast komplementu. Maisie to jednak okropna kobieta.
- Już jedno się wyklucza. - Wskazała na jego butelkę. - I też kolejne, z własnych przeżyć, mogę wykluczyć. - Uniosła lekko brew. I pewnie znalazłaby na wszystko jakieś ale tylko faktycznie, nigdy nie widziała, jak palił. To musiała mu przyznać chociaż… może na boku coś tam popalał. Ale jak tak teraz siedziała blisko niego, to czuła bardziej mocny aromat jakiś perfum niż woń obrzydliwych papierochów. Zarzuciła mu swoje super nogi na jego i uśmiechnęła się. - Wiem, są cudowne. - Chyba swoje nogi najbardziej lubiła z całej siebie. Miała czym się zdecydowanie chwalić. - Oh tak? W sumie to jednak mi trochę chłodno. - Było jej duszno, ale zaczepnie zapięła jeden z guzików. Dezaprobata na jej twarzy była niemała, kiedy wstał i chciał sobie iść. Szczęśliwy Ponurak, że może wreszcie idą spać, zeskoczył z kanapy i pędem pobiegł do sypialni, żeby zapewne walnąć się na łóżku. I zdziwiła się, gdy Casius znowu usiadł obok niej, przysuwając się do niej. Szyja była zdecydowanie jej słabym punktem i mógł to widzieć bez problemu albo pamiętać już z grudnia. Przegryzła lekko swoją dolną wargę i wpuściła ją wtedy, kiedy zaczął ją całować, co ona również odwzajemniła, obejmując go za kark i przyciągając go do siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 24
Skąd : St Andrews, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -200
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 77
http://www.czarodzieje.org/t16153-casius-malachai-reeves#442267
http://www.czarodzieje.org/t16155-gryze-i-wyje-tylko-w-pelnie#442322
http://www.czarodzieje.org/t16156-gbur#442326
http://www.czarodzieje.org/t16148-casius-reeves#442178




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   10/06/18, 07:15 pm

— Maisie, wątpię. Po pierwsze, nie wiem nic o dzieciach, po drugie, kto by chciał ze mną dziecko? Tylko ktoś niespełna rozumu, przecież to krzywda dla dzieciaka mieć takiego ojca… — mruknął, spuszczając wzrok. Dlaczego w ogóle rozmawiali o takich głupotach? W dodatku naprawdę bardzo odległych i wręcz nierealnych, jak sądził Reeves. No bo serio. On i bycie rodzicem? Dobre sobie. Prędzej by oszalał i biegał po Nokturnie i rzucał na przypadkowych ludzi Avady. A on nawet nie umie rzucać zaklęć z dziedziny czarnej magii! I jasne, wiele o czarnej magii czytał, ale na co mu była sama teoria i historia? Przecież w tym przypadku bardziej liczyła się praktyka, której nie potrafił. No i której w sumie wolał uniknąć, bo jeszcze wyszedłby na… Na złola. — Dokładnie tak. Bo przecież wcale nie piję tego obrzydliwego eliksiru, żeby nikogo nie krzywdzić — powiedział i na samą myśl aż go zagotowało. Zacisnął pięści, ale w końcu się opanował, bo zaczęły go od tego boleć palce. Nie powinien być tak wrażliwy na samo myślenie o tym, jacy ludzie są… okropni. Przez wierzenie w głupie stereotypy. Jeszcze gorsza była świadomość tego, że on sam kiedyś taki był. Jego karma dosięgła, reszty pewnie nie dosięgnie.
Była dla niego niedostępna, a Casiusa tylko to napędzało, bo nie lubił łatwej drogi. Nawet jeśli już był z kimś w związku, wybierał takie, które nie dawały się łatwo. Najłatwiejszą drogę miał z Russian, której zresztą nigdy nie wspominał miło i wciąż nie wiedział co mu takiego odjebało, że w święta chciał się z nią pogodzić. Chyba tknęło go wtedy poczucie winy. Tylko za co? Za szczerość? Może za dużo wtedy pił. Też jest taka możliwość. Teraz tylko żałował tego spotkania, choć prawie w ogóle go nie pamiętał i w dodatku nie wydarzyło się podczas niego nic szczególnego. No bo też co się miało wydarzyć, skoro była urody raczej przeciętnej, a on zwyczajnie wolał urodę… ponadprzeciętną? Cóż, niektóre łaski się za wysoko aż ceniły. A tego to on definitywnie nie lubił, choć kochał pewność siebie i znajomość własnych atutów, którą miała Adler.
— Chwałę i żalę jednocześnie. Chwalę, ponieważ halo, wytrwałem ponad pół roku bez seksu, a żalę dlatego, że nie chcesz być udawanym narzeczeństwem z korzyściami. Twoja strata, wiesz? — powiedział, obracając znów wszystko w żart. Chociaż to w sumie nie był żaden żart, bo mówił serio. Ale jego zadziorny uśmieszek mógł sugerować śmieszki heheszki typowe dla niego w takich sytuacjach. W końcu całkiem często obracał wszystko w żarty. Nawet jeśli nie powinien. Nie skomentował jednak reszty jej słów. Nie chciał jej jeszcze denerwować swoją rozkminą o tym, że Chester zachowywał się jak okropny i zadufany dupek, bo wyszedłby na hipokrytę. W końcu on sam jak już miał dziewczynę, to nie za bardzo dbał o jej uczucia. Z lewnościa dbał o uczucia Beatrice, bo ją poważnie lubił, choć różniło ich wiele poglądów, ale reszta? Były zabawkami. Narzędziem, którym chciał wzbudzić zazdrość siedzącej teraz przy nim Adler.
— No ale czemu przeszkadzała mu moja przystojna twarz? Przecież nie mam garbatego nosa, brzydkiej twarzy… Mam tylko wysokie czoło, ale to przecież nie zależy ode mnie? A i tak jestem z nim przecudowny. Jak jakiś… Apollo. Powinnaś do mnie wzdychać po nocach. Nie mówiąc o tym, że twój kot powinien nauczyć się doceniać piękno, jakie sobą reprezentuję! — odparł całkiem poważnie, bo on przecież tez zdawał sobie sprawę ze swojej atrakcyjności. Był przystojny i starał się z tego korzystać. No, przynajmniej robił to zanim spotkał ponownie Maisie, bo ta nieszczęsna dziewczyna tylko wszystko mu utrudniała i nawet flirtować z barmanka już nie potrafił bez wyrzutów sumienia, bo od razu z tyłu głowy słyszał „jesteś w związku z Maisie, czy nie?”. Odpowiedz teoretycznie brzmiała nie, ale wiadomo jak to jest z nimi praktycznie. Niby udają narzeczonych, ale tak naprawdę zachowują się jak stare małżeństwo, u którego ani na chwile nie zgasła miłość. I chemia. Po tym żenującym tekście zrobił naburmuszona minę, gdy zabrałam u butelkę i zaczął sobie myśleć o niej, jak o jakiejś diablicy, która zabiera alkohol trzeźwemu przecież człowiekowi. Halo, przecież on żeby się w pełni spać potrzebował niekiedy dwóch butelek. To znaczy… zależy jak szybko pił. A zwykle pił dość wolno, bo w samotności to trochę inaczej pić niż z taką Maisie. Mimo nałożonego bana na alkohol, sięgnął po butelkę i ją przytulił, kręcąc przy tym głową, nie spuszczając potępiającego jej zachowanie wzroku z Maisie. Już miał rzucić coś o tym, że w takim razie on cofa komplement, który już jestem powiedział, ale wtedy skomentowała jego brodę. — To moja broda i będę sobie z nią robić to, co żywnie będzie mi się podobało! Poza tym, specjalnie dla ciebie zapuszczę ją tak, żeby była jeszcze dłuższa i będę wyglądał jak cholerny Albus Dumnledore. — Musiał aż się napić, bo przecież nie wierzył własnym uszom! Kobieta kazała mu podcinać brodę… No nie wierzył. Przecież wyglądał z brodą dobrze. Mógłby się nawet pokusić o stwierdzenie, że lepiej niż bez niej.
— Masz mnie… — Pokazał na nią palcem, uśmiechając się niewinnie i bardzo czarująco. No czyż nie był uroczy? No był. Bardzo był! I pewnie powiedziałby coś więcej, gdyby tylko nie położyła mu nóg na kolanach, bo przez to jego wzrok przerodził się z niewinnego w jak najbardziej winny. Powoli położył dłoń na jej kolanie, biorąc jeszcze jednego łyka. Odłożył szybko butelkę, nachylając się nad jej nogami i gdy w końcu wrócił do zwykłej pozycji, opierając się o oparcie sofy, zaczął jechać palcami wzdłuż jej łydki. — Nienawidzę cię, Adler — wyszeptał, nie wierząc w to, że tak bezczelnie się z nim droczyła, grając mu na emocjach. No bezczelna. Nie komentujemy lepiej tego, że on był nie lepszy, gdy zrobił to, co opiszę za moment. Dobrze, że nie zauważyła, że postanowił usiąść dlatego, że zakręciło mu się w głowie. Nie chciał tego typu kompromitacji. Nie był na nią gotowy. Gotowy był za to na to, aby ją całować. I tylko czekał, aż ich usta w końcu się zetkną. Jego prawa dłoń błądziła powoli po jej plecach, zamknął oczy. Miał wrażenie, że nie musiał używać słów, aby wszystkie uczucia, jakimi darzył Maisie ujrzały światło dzienne, a wszystko to za sprawą głupich i przecież nic nieznaczących pocałunków. Prawda? Bo nic nie znaczyły? Dla żadnego z nich? Kłamstwo powtarzane setki razy stawało się w końcu prawdą, więc i Casius tak myślał cały czas. W końcu na chwile się od niej odsunął, patrząc jej głęboko w oczy. Miał ochotę ją skomplementować, ale nie. Jeśli ona go nie komplementowała, to on też nie zamierzał. — Strasznie się ślinisz, Maisie. To przeze mnie i przez to, że jestem aż takim smakowitym kąskiem? — zapytał całkiem poważnie, choć w głębi miał ochotę się roześmiać i wrócić do całowania jej. Jednak po chwili wpadł na kolejny pomysł. A może by tak i z nią się podroczyć? — Ale tu gorąco… — mruknął i zaczął powolutku podciągać do góry swój sweter niby przypadkiem pociągając koszulkę, którą miał pod nim. No i oczywiście nie obeszło się bez ukazania kawałka jego brzucha. Właściwie sporego kawałka jego brzucha, ale przemilczmy. Przecież nie planował tego, nie? Powoli złożył sweter i odłożył na bok, patrząc na Maisie z uśmiechem. Dopiero wtedy poprawił swoją koszulkę na ramiączkach, która ukazywała kilka jego większych i kilka mniejszych blizn na ramionach. Nie przejmował się tym. Nie teraz, skoro już wiedziała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 22
Skąd : Nowy Jork, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -56
  Liczba postów : 47
http://www.czarodzieje.org/t16144-maisie-adler
http://www.czarodzieje.org/t16151-maisie#442241
http://www.czarodzieje.org/t16152-sowki-trixie#442247
http://www.czarodzieje.org/t16149-maisie-adler




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   11/06/18, 12:27 am

- Nie jesteś złym człowiekiem przecież. Zresztą, życie samo pokaże. - Sama nie wiedziała, czemu przeszło na ten temat. Możliwe, że sama go zainicjowała, ale… już nie mogła sobie przypomnieć kiedy i po co. Pewnie wyszło to w toku jej myśli i teraz trochę żałowała, bo Casius wydawał się być przybity tą rozmową. Jak można nienawidzić wilkołaków widząc, jak ludzie, będący nimi cierpią? Miała ochotę go przytulić, ale jedynie uśmiechnęła się do niego lekko pocieszająco. - Nie ma co przejmować się takimi ludźmi, Cass - powiedziała spokojnie, widząc jego zaciśniętą dłoń. - Nie znają prawdy i nie chcieliby znać, wiedząc, co przeżywasz każdego miesiąca. - Moment, w którym to mówiła był czasem, kiedy nie zaczynała jeszcze z buziaczkami i kuszeniem, a miała ogromną chęć przejechania palcami po jego policzku. Trochę zarośniętym policzku, ale chyba nigdy nie uda jej się w jakikolwiek sposób przekonać do podcięcia, bo nawet nie zgolenia, jego chaszczy.
Mimo, że miała świadomość swoich atutów, to nie była pewna, czy aż tak uważała siebie za ponadprzeciętną. Nie chciała siebie wyolbrzymiać na tle innych dziewczyn czy kobiet, ale na pewno nie uważała siebie za brzydką. Chociaż czasami wolałaby nie grzeszyć urodą, bo nie miałaby takich sytuacji jak, dla przykładu, z Chesterem. Może znalazłaby tego jednego, z którym byłaby od początku do końca? Co by się teraz działo i czy w ogóle Casius zwróciłby uwagę na jakąś przeciętną Maisie, której charakter w Hogwarcie pozostawiał wiele do życzenia? Wtedy mało kto by zwrócił uwagę na taką małą wredotę, która tylko denerwowała ludzi.
- Powinnam przyszykować ci jakiś medal za to niebywałe osiągnięcie, Cass - powiedziała z przekonaniem. Chociaż wywróciła oczami, bo w takim razie, gdzie jej odznaczenie? - Sądzę, że to strata, którą mogę jeszcze przetrwać. Jedyną korzyścią w naszym układzie może być ta, że ty będziesz mi gotować, a ja będę jadła - dodała, powstrzymując się ze wszystkich sił, żeby go nie prowokować, ale gdyby coś jeszcze raz powiedział, żalił się na ten temat, to wtedy na pewno by miała totalnie dosyć jego narzekania. Jeszcze ten zadziorny uśmieszek sprawiał, że spojrzała na niego spod byka. Powinien rozkoszować się przez sam fakt, że siedzieli właśnie obok siebie i… kompletnie nie ukrywając, flirtowali ze sobą jak gdyby nigdy nic.
- Tego nie wiem, czemu przeszkadzała. Albo był zazdrosny, albo… tobie się po prostu wydaje, że jesteś aż tak przystojny? Ale ja nic nie mówię, nie umiem czytać w myślach swojego kota, chociaż sądzę, że jak kiedyś do mnie przyszedłeś, to całkiem się polubiliście. - Co prawda niepokojąco wyglądało to, że Casius prawie że nie oddychał, kiedy Stanley siedział mu na kolanach, ale… liczą się chęci! I pierwsze kroki do pozytywnej relacji tych dwóch nieznośny istot. Z całej trójki zgredów, to Ponurak był najbardziej pozytywny. Może faktycznie powinna pójść spać, wziąć go pod pachę i przytulić się jak do wielkiej maskotki. - Apollo - parsknęła, kiwając z rozbawieniem głową. Ona tak sobie gadała a tak naprawdę sądziła, że był przystojny. W myślach mogła sobie tak myśleć, ale na głos nie wie, kiedy to przyznać. Jednak wszystko ze względu na troskę o niego i o jego ego! Nie był jej obojętny, bo gdyby był, to dawałaby chociaż trochę flirtować ze sobą z randomowymi osobami, żeby spławić je po maksymalnie półtorej minuty, a jednak nawet nie pozwalała im zaczynać - tak jakby jej sama twarz pokazywała, że ma narzeczonego i tak naprawdę, to mogą spadać na drzewo, którego nie ma wokół apteki na Nokturnie. Podejrzliwe spojrzała, gdy sięgał po butelkę i już miała w zamiarach dać mu po łapach, gdy ten przytulił ją jak swoje najdroższe dziecko, przez co Maisie spojrzała na niego jeszcze bardziej niedowierzającym spojrzeniem. - Tak? To możesz pomarzyć o całuskach i innych - odpowiedziała pewnie. Manipulantka. Tak, musiała wszędzie wcisnąć swoje racje. - Przecież nie mówię, o zgoleniu się na gładką pupcię niemowlaczka, to byłoby aż dziwne, nie czuć żadnego lasu po drodze - dodała, przejeżdżając dłonią po jego policzku i dojechała do brody, posyłając mu buziaka.
Było przyjemne, kiedy przejeżdżał palcami po jej łydce. Widziała tę zmianę w jego spojrzeniu i gdy tylko powiedział, że ją nienawidzi, ona uśmiechnęła się promiennie. - Kłamca - rzuciła w jego stronę. - Nie masz jak mnie nienawidzić, skarbie. - Przechyliła lekko głowę na bok i dalej uśmiechając się kątem ust. Możliwe, że ta jego chwilowa słabość jej umknęła poprzez myśl o szybkiej zmianie zdania. Może jej nogi poza skalę jednak zwabiły go ponownie na kanapę? Tego nie wiedziała, ale kompletnie nie przeszło jej przez głowę, że mogło mu się po prostu zakręcić w głowie. Wpadła po uszy podczas pocałunków, nie mogąc uwierzyć, że Reeves - nielubiany przez nią i odrzucany przez wiele lat - potrafił wyzwolić w niej tyle sprzecznych emocji. Bo z jednej strony udawali, to wszystko było chwilowe, ale z drugiej siedzieli tutaj i całowali się, a wszystkie słowa i myśli, o odrzucanych uczuciach powracały i myślała, że są one prawdą. I były, chociaż nie umiała przyswoić tego faktu do swojego umysłu, dalej broniąc się przed tym wszystkim, ale… teraz przeczyli wszystkiemu, co przez ten czas budowali. I nie czuła się z tym szczególnie źle. Wplotła palce w jego włosy, trochę je czochrając. Zatracała się w tym nic nieznaczących pocałunkach coraz bardziej, dopóki nie odsunął się, a ona westchnęła z żalem i spojrzała mu w oczy, z dozą subtelności odgarniają z jego czoła te dziwnie rozrzucone krótkie kosmyki. Jednak słysząc jego tekst, wywróciła oczami i odsunęła się trochę od niego. - Jesteś okropnym człowiekiem. - Raczej nie na taki komplement oczekiwał Casius, ale jej było naprawdę przykro, dlatego spojrzała na niego iście smutnym spojrzeniem, chcąc wywołać w nim jakiekolwiek emocje. I może jakiś zwrot akcji, że powróci do całowania jej pięknych ust. Spojrzała na tego typka wstrętnego i obserwowała jego poczynania. Z uwagą obserwowała jego ruchy i silenia się, na zdjęcie z siebie tego jakże piękne sweterka. Czyli tak się bawimy?
- Sytuacja cię tak rozgrzała, przystojniaku? - Zagryzła lekko dolną wargę i po chwili ją wypuściła. Patrzyła z lekkim rozbawieniem, ale nadal dużym skupieniem, jak składał swój sweter. Z powrotem przysunęła się do niego, znowu zarzucając swojego nogi na jego kolana, które zsunęły się przy gwałtownym wstaniu Casiusa. Przejechała palcem wskazującym po ramieniu, w ciszy sunąc po lekkich śladach po bliznach. Uniosła spojrzenie i zerknęła mu prosto w oczy, przyciągając się do niego jakby w zamiarach go pocałowania, ale zatrzymała się przed jego twarzą. Dzieląc jedynie ich wargi minimalną przerwą. - Jesteś bardzo smakowitym kąskiem. Ale nie wiem, czy tacy niegrzeczni jak ty, mogą zasługiwać na cokolwiek - wyszeptała praktycznie w jego usta i patrząc mu tak z bliska w oczy, po prostu się odsunęła, nie złączając ich w żadnym pocałunku. - Czuję się teraz tak poszkodowana, mi samej zrobiło się gorąco - powiedziała, rozpinając ten jeden guzik, który wcześniej zapięła i powachlowała się tym rozpiętym kawałkiem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 24
Skąd : St Andrews, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -200
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 77
http://www.czarodzieje.org/t16153-casius-malachai-reeves#442267
http://www.czarodzieje.org/t16155-gryze-i-wyje-tylko-w-pelnie#442322
http://www.czarodzieje.org/t16156-gbur#442326
http://www.czarodzieje.org/t16148-casius-reeves#442178




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   11/06/18, 01:49 am

— Jestem. Jestem złym człowiekiem, Maisie — wyszeptał i po chwili odchrząknął. Ale nie odpowiedział na resztę jej słów. Nie dał rady. Wystarczało mu samo myślenie o tym, że był wilkołakiem. Nie chciał tego mówiąc na głos, nawet w takim miejscu jak jego własne mieszkanie. Oprócz dłoni zacisnął też powieki. Przełknął gulę, która rosła mu w gardle, ale wciąż nic nie odpowiedział. Jedynie powoli kiwnął głowa, jakby zgadzając się z nią, choć tak naprawdę twierdził zupełnie coś innego. Kiedyś było dla niego nie do pomyślenia, aby izolował się od ludzi. Wciąż było to dla niego trudne. I właśnie dlatego tak tkwił za tymi swoimi murami, w swojej własnej bezpiecznej strefie.
Zdecydowanie zwróciłaby na siebie jego uwagę, bo nawet wtedy nie zwrócił najpierw uwagi na jej wygląd. Przecież ileż miała wtedy lat? 13? Oboje byli jeszcze dzieciakami. W każdym razie lubił jej włosy, które wyglądały na niesamowicie miękkie i puszyste. Ale nieważne. Lubił jej charakter. To, jaka bywała wredna i zadziorna. To głównie w tym się zakochał i... Chciał ją po prostu wtedy dobrze poznać. Jej śliczny wygląd był tylko przyjemnym dodatkiem.
— Zdecydowanie powinnaś. Zasłużyłem — stwierdził, kiwając głową zgodnie. Na kolejne jej słowa tylko przewrócił oczami i westchnął ciężko. — To niesprawiedliwe. Jeszcze przytyjesz i co ja zrobię? — zapytał retorycznie, choć czuł, że jej to nie groziło. Ale jakby z nią był, uparcie dawałby jej do zjedzenia wszystko, co by tylko ugotował. Może wtedy by nie miała chociaż tej leciutkiej niedowagi? Chociaż nawet teraz, w takim układzie bardzo mu się podobało. Bo w końcu mógł się popisać tym, że potrafi cokolwiek ugotować! Nawet jeśli zwykle były to rzeczy mugolskie.
— Dobre sobie! Przecież jestem niesamowicie przystojny! Poza tym to nie był żaden przełom. Przecież pamiętasz, jaki byłem przerażony, bo on tak nagle na mnie wyskoczył i jakby nigdy nic ułożył mi się na kolanach. Tak się nie robi, okay... — Wzruszył lekko ramionami, krzywiąc się lekko. Przez myśl przeszło mu to, że może faktycznie nie jest aż tak przystojny, jak sądzi. Przecież ma masę blizn, kilka malutkich nawet na twarzy i żuchwie. A blizny w takich ilościach nie mogły być przecież atrakcyjne. I tak oto zdołował się przez jedną głupią myśl, która była w dodatku nieracjonalna, bo przecież był przystojny. Tylko czasem dopadała go świadomość tego, że blizny dla niektórych nie są fajne, a skąd miał wiedzieć, jaka jest Maisie pod tym względem? — A ty Afrodyta. Ale według tego porównania, ja powinienem być bardziej Aresem lub... Lub Hefajstosem. Merlinie, nie chcę być Hefajstosem, cofam to wszystko — zaczął szybko nawijać, co rzadko mu się zdarzało, ale kurczę, był chyba zbyt wielkim leniem, aby być kojarzonym z jakąkolwiek pracą fizyczną. To znaczy, jasne, ćwiczył i dbał o siebie strasznie, starał się biegać, ćwiczyć i w ogóle, ale jednak co innego ćwiczyć, a co innego... Być jak Hefajstos. Poza tym to by oznaczało, że to Mai nie jest mu wierna. A chyba była? Zresztą, nie wiedział. Zawsze gadali tylko o nim... Na kolejne jej słowa się nie odezwał, a zaczął głaskać butelkę, udając oburzonego i zwyczajnie zapatrzonego w to piękne szkło wypełnione trunkiem, który może nie był jego ulubionym rumem, ale wciąż był trunkiem. — L a s u ? Wypraszam sobie. — Zacisnął mocno usta, które utworzyły cienką kreskę i popatrzył na nią z niedowierzaniem w oczach. Z najczystszym niedowierzaniem. No bo jak tak w ogóle mogła porównywać jego prosty zarost do lasu...
Cóż, nie oszukujmy się, jemu też było przyjemnie, gdy siedziała przy nim w ten sposób i eksponowała swoje nogi położone na jego kolanach. Miał idealny widok, choć chyba byłby bardziej zadowolony, gdyby całkiem usiadła na jego kolanach. Wtedy to byłby chyba w Niebie. Ale nie przyznałby tego. Nawet w obliczu śmierci; w obliczu ostateczności. — Nie odważyłbym się skłamać, Mai. W życiu! — rzucił z przekonaniem i grobową miną. Był śmiertelnie poważy i było to po nim widać, choć sądził, że Maisie znała go jednak na tyle dobrze, aby znać jego gierki i wiedzieć, że kłamał. Przecież na pierwszy rzut oka było widać to, że ją wprost uwielbiał łamane przez kochał. Wszystko działo się niesamowicie szybko, ale Casius nie narzekał. Tu jechał dłonią po jej łydce, tam znów ją namiętnie całował i stwierdził, że się ślini, choć wcale tego nie robiła. Wiecie, zwyczajny wtorek u Reevesa. — Ach dziękuję, bardzo miło mi to słyszeć, moja droga — powiedział i miał ochotę pocałować ją ponownie, ale się przed tym powstrzymał.
— Aha, tak. — mruknął i będąc skupionym na zdejmowaniu swetra i ukazywaniu jak największej ilości wyrzeźbionego brzucha nie zwrócił z początku uwagi na tego jej "przystojniaka". Jednak, gdy już do niego to określenie dotarło, zrobił wielkie oczy, patrząc na nią z niedowierzaniem. — Przystojniaku? Nie wierzę, że nazwałaś mnie w ten sposób, ślicznotko — stwierdził i pokręcił z rozbawieniem głową. Lub nie tyle z rozbawieniem, co z ogólnie szczęściem, które malowało mu się na twarzy. Nie wierzył, że to właśnie ta dziewczyna z nim teraz rozmawia, jawnie flirtuje i... No cóż. Całuje się. Przeszedł go lekki dreszcz, gdy przejechała palcem po jednej z jego blizn. Przełknął ślinę i zamknął oczy, panując nad oddechem. Otworzył oczy, dopiero czując znów bliskość jej twarzy. Popatrzył głęboko w jej oczy, uśmiechając się zawadiacko. — Zależy, co masz na myśli, mówiąc "niegrzeczni"... — mruknął i powoli zbliżył się jeszcze bardziej, aby lekko dotknął wargami jej ust i równie lekko przygryźć jej dolną wargę. Trwało to nawet niecałą sekundę i było impulsem, nad którym za cholerę nie potrafił zapanować. Zaśmiał się cicho, słysząc jej komentarz. — Pomóc ci? — zapytał, uważnie obserwując ruchy jej dłoni i to jak wachluje się kawałkiem koszuli. Cholerna diablica, która tylko wodziła go na pokuszenie... Lekko, tak jakby nic nie ważyła, pociągnął ją w swoją stronę tak, aby mogła usiąść mu na kolanach. Nie narzucał tego, jak ma na nich usiąść, ale chciał być bliżej niej. Chciał ją przytulić, co też zrobił, przytulając prawy policzek do jej obojczyków. Zamknął oczy i położył dłonie na jej plecach, na które opadały jej włosy, którymi powolutku zaczął się bawić. — Cieszę się, że tu jesteś. — Nawet lepiej, że nie mogła zauważyć lekkiego uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy, bo jeszcze by stwierdziła, że podmienili jej Casiusa.
A on po prostu zburzył na chwilkę ten swój mur.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 22
Skąd : Nowy Jork, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -56
  Liczba postów : 47
http://www.czarodzieje.org/t16144-maisie-adler
http://www.czarodzieje.org/t16151-maisie#442241
http://www.czarodzieje.org/t16152-sowki-trixie#442247
http://www.czarodzieje.org/t16149-maisie-adler




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   12/06/18, 12:29 am

- Nawet mnie nie denerwuj takim gadaniem… - powiedziała zniecierpliwiona jego obwinianiem się o wszystko i najlepiej za wszystkich. Denerwowało ją niesamowicie takie podejście do życia, wkurzało ją izolowanie się, chociaż miała świadomość, że nie jest to dla niego z pewnością łatwe, ale była zirytowana jego niejednokrotnym zachowaniem. Jak tak dalej pójdzie, to zacznie wprowadzać obrażanie się i ciche dni jako motywację do jego lepszego sprawowania się.
- Laurkę dostaniesz, pasuje? Nie wiem, co na niej będzie, więc postawię na minimalizm. - Biała kartka złożona na pół, a w środku napis “Gratulacje”. Może jej się uda wcisnąć albo kupić taką, która będzie miała w środku konfetti? To byłoby zdecydowanie ciekawe wynagrodzenie. - Będę się turlać, a ty będziesz mnie pchać. - Żartowała, chociaż nie miała pojęcia, jak to być grubą. Zawsze miała problemy z wagą w drugim kierunku i choć ona w tym problemu nie widziała, to inni zwracali jej uwagę. Ale co ona mogła zrobić, jak jeść nie mogła, nie chciała albo po prostu nie tyła? Kiedyś powinna zalegnąć na kanapie, to może by jej sadełko urosło. Byłoby to dla niej ciekawym doświadczeniem.
- To jest tylko kot. Koty tak robią. I na pewno mniej rozwalają się na łóżkach i kanapach niż psy, które jeszcze rosną zdecydowanie większe. - Spojrzała z sugestią na Ponuraka, który jako szczeniak nie był jakiś taki malutki. Był w wielkości średniego psa, a przed nim jeszcze cała droga do stania się dorosłym. - Ale wtedy, mimo wszystko, głaskałeś go. To jest jakiś przełom, że nawet odważyłeś się go dotknąć, może powinnam ci go tutaj przywieźć na kilka dni? - Uniosła lekko brew. Żartowała, oczywiście, że tak. Nie zostawiłaby tutaj Stanleya na pastwę Casiusa i jego psa. Jeszcze po jednym dniu ugotowali by go sobie na obiad, a ona miałaby złamane serce bardziej niż po zakończonej relacji z Chesterem. - Czy to sugestia, że oprócz piękna jestem niewierna? Tego nie wiesz. - Wymierzyła oskarżycielsko palec w jego stronę. - I dla twojej świadomości, jestem. I do wojny się nie przyczynię. - Chyba, że swojej lub jego, albo pomiędzy nimi i ich uczuciami; to już może prędzej. Ale zdecydowanie z Afrodyty miałaby możliwie wygląd, jednak czy reszta by się zgadzała?
- Lasu. Jak puszcza może. Jeszcze trochę i naprawdę będę musiała się przedzierać. - Mimo jej słów, nie sugerowała, że będą jeszcze kiedykolwiek powtarzać takie wieczory. Miała wrażenie, że jej troska nie została doceniona, dlatego postanowiła, że nie będzie się teraz kompletnie interesować wyczynami Reevesa i dalszymi losami życiowymi Ponuraka.
- A jednak to robisz. Nie jesteś szczery ze mną, ze swoimi uczuciami? - Posmutniała, ale zadając to pytanie, poczuła się jak hipokrytka, jednak ten stan szybko wyrzuciła z myśli. Przecież ona też nie była z nim do końca szczera apropo tego, co jej w sercu i w głowie siedziała, bo… raczej nie umiała jednoznacznie i ładnie sformułować, nazwać tego, co czuła za każdym dotykiem, buziakiem, słowem, spojrzeniem czy skróceniem imienia. Nie umiała tego nazwać, bo zaraz denerwowało ją jego zachowanie i najchętniej by go udusiła, osiągając wreszcie swój spokój, na który swoją drogą, chyba zasłużyła. Czy to można nazwać swego rodzaju love-hejt?
- Czemu nie wierzysz? Co jest w tym tak dziwnego? - zapytała głupio, chociaż dobrze wiedziała, że po prostu jest to do niej strasznie niepodobne. Ona nie wypowiadała się w ten sposób, nie używała takich zwrotów… Może czas zacząć? Wprowadziło go to w takie zdziwienie, że aż sama się uśmiechnęła. I błądziła palcami po jego skórze na ramieniu, na blizny patrząc bardziej jak na historię, swego rodzaju znamię, które niosło ze sobą bagaż jakiegoś doświadczenia, niż coś odrażającego. Każdy ma swoje defekty, chociaż blizny nie były dla niej czymś, czym warto było się wstydzić, jeśli nie były one odrażające. - Całe to zachowanie! I nawet poza! Kto to widział, żeby swetry latem zakładać. - I zasłaniać jej takie widoki, jakimiś grubymi warstwami! Normalnie serce jej płakało, widząc to. - A ty sądzisz, że jesteś niegrzeczny? - dopytała z ciekawości, jak osądza swoje nienależyte zachowanie. Po chwili jednak wydarzyło się coś, czego by się nigdy w życiu nie spodziewała. Nie wiedziała, że w momencie kiedy przegryzł lekko jej dolną wargę, to czy jej serce zatrzymało się na moment czy właśnie przyspieszyło, powodując u niej prawie że zagwarantowany zawał. Położyła swoją dłoń na jego klatce piersiowej i spojrzała mu w oczy z zaskoczeniem, ale też z czymś całkiem nieodgadnionym, dziwnym uczuciem, które jakby czekało, aby się wydostać. - P-pomóc, jak? - zapytała, będąc jeszcze lekko wytrącona z równowagi przez jego wcześniejsze czyny. - Będziesz mnie wachlować swetrem, żebym rozpłynęła się jeszcze bardziej? - parsknęła, kręcąc głową. Zaraz kolejny szok dla niej nadszedł, kiedy wciągnął ją na kolana, a ona z początku nie wiedziała, w jaki sposób zareagować. Jednak po chwili się do niej przytulił, a ona zrobiła się strasznie delikatna i poczuła jak się roztapia. Położyła brodę na czubku jego głowy i delikatnie zaczęła go miziać we włosach od tyłu czaszki. Uśmiechnęła się kącikiem ust na ten tekst i cicho westchnęła, przysuwając się do niego jeszcze bliżej, samej się do niego trochę wtulając. - Skoro się cieszysz, to śpij dzisiaj ze mną - powiedziała szeptem, głosem prawie że jak mała dziewczynka, która obawiając się smoków, nie chciała zostawać sama. I chociaż Maisie smoków się nie bała, to jednak mimo wszystko chciała czuć tę obecność również przez noc, niż samej leżeć w łóżku. Jego łóżku i rozmyślać nad tym, czemu leży w pokoju obok, męcząc się na kanapie niż obok niej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 24
Skąd : St Andrews, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -200
Dodatkowo : Wilkołak
  Liczba postów : 77
http://www.czarodzieje.org/t16153-casius-malachai-reeves#442267
http://www.czarodzieje.org/t16155-gryze-i-wyje-tylko-w-pelnie#442322
http://www.czarodzieje.org/t16156-gbur#442326
http://www.czarodzieje.org/t16148-casius-reeves#442178




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   12/06/18, 11:02 pm

Nic nie odpowiedział. Wolał jej nie irytować, choć wiedział, że ma rację. Jednak mimo ogólnej gadatliwości i zwykle niewyparzonej gęby, umiał ugryźć się w język. Choć naprawdę kusiła go kłótnia o taką błahostkę, czyli o to, jak on sam siebie postrzega. No ale wolał nie dolewać oliwy do ognia. Nie w tym przypadku. — Nie obrażę się, jeśli napiszesz na niej "dla najwierniejszego, najcudowniejszego, najszlachetniejszego i najprzystojniejszego wilkołaka na świecie". Możesz też odbić swoją szminkę, nie obrażę się za to — zarzucił pomysłem, który chyba nie był tak minimalistyczny, jak pomysł Maisie, ale gdyby znał jej pomysł, pewnie by się obraził. Może nie na śmierć, ale by był urażony na pewno. Ewentualnie tylko by udawał, bo lubił dramatyzować. Był istną drama queen, choć nie był kobieta, aby być... królową. — Lepiej, żebym sobie tego nie wyobrażał. — Taka prawda. Wiedział, że gdy tylko spróbuje to... Będzie to złe. Zresztą, nie był sobie w stanie wyobrazić Maisie z inną figurą niż ta, którą ma teraz. Wolał sobie nawet tego nie wyobrażać także ze względu na to, że mogłoby go zwyczajnie ponieść. A to mu się zdarzało. Czasem. Całkiem często, w gruncie rzeczy.
— Głaskałem go, bo nie wiem, co we mnie wstąpiło. Prawdopodobnie zwariowałem, bo nigdy nie lubiłem kotów. — A przynajmniej tak utrzymywał, bo tak było lepiej mówić, niż przyznawać, że to koty przestały go lubić w jakiś dziwny sposób. Nie wiedział nawet czemu, ale nagle, kilka lat temu koty jakoś tak bez przyczyny go zaczęły drapać, syczeć na niego i tak dalej. Nie umiał tego wyjaśnić. Tylko kot Callie zdawał się lubić Casiusa. Bez wzajemności, bo ten kot był... hm, kolokwialnie mówiąc, pojebany. Spiorunował ją wzrokiem, słysząc jej pytanie. Pokręcił do tego głową z dezaprobatą, bo co jak co, ale nie zgadzał się na towarzystwo tego wrednego kocura. Uniósł lekko brwi i rozłożył ramiona, dając tym gestem znak, że nie wie, czy jest niewierna i pewnie nigdy się nie dowie. Słysząc jednak jej tekst o wojnie, kusiło go rzucenie jednego tekstu, ale nie był chyba tak pijany, aby powiedzieć, że już jedną wojnę wywołała. Tę, w jego głowie, sercu i... W ogóle.
— Nazwij moją brodę chaszczami, a nie wiem, co ci zrobię. — Nic by nie zrobił, jednak na pewno by się obraził, skoro już teraz czuł lekką złość. Nie lubił takich komentarzy względem jego wyglądu, bo naprawdę momentami zaniżały jego ego, a nie lubił mieć niskiego ego. Lubił być tym zapatrzonym w siebie, może odrobinę egocentrycznym facetem, który w pierwszej kolejności patrzy na siebie. No, chyba że w grę wchodzi rodzina lub bliscy mu przyjaciele, których wiele nie było.
— A skąd ty możesz niby wiedzieć, kiedy kłamie, a kiedy mówię prawdę, Adler? — zapytał i z jakiegoś powodu się lekko zezłościł. Próbował jednak z całych sił, aby nie było tego po nim widać. I chyba w miarę mu to wychodziło, skoro tak właściwie jego zdenerwowanie było widać tylko w jego oczach. Tych szarych tęczówkach z lekką błękitną nutą. Słysząc jej kolejne pytanie, odrobinę się rozluźnił i parsknął cichym śmiechem, który trwał zaledwie kilka sekund. — Serio, Maisie? Nazywanie mnie „przystojniakiem” jest niezgodne z twoją zasadą o niezwiększaniu mojego ego. Przeczysz sama sobie, moja droga — stwierdził, powstrzymując ironiczny uśmieszek, który sam cisnął mu się na usta. Sam nie do końca wiedział, dlaczego w jednej chwili był potulny, przyjazny i kochany, a w drugiej zmieniał się drastycznie w ironicznego dupka, który wytyka innym błędy i patrzy na ludzi z wyższością. Choć musiał przyznać, że naprawdę starał się nie patrzeć z wyższością na Adler. I w większości sytuacji mu się to chyba udawało. — Jak jest mi zimno, to zakładam sweter, p r o s t e — wzruszył ramionami jakby nigdy nic, bo dla niego nie było w tym nic niezwykłego. Po prostu był zmarzluchem od dziecka. A teraz w dodatku powtarzał sobie, że jak ubierze sweter to nikt, absolutnie nikt nie zobaczy którejś z jego blizn. To samo sądził o ciemnych koszulach, które tak uwielbiał. — Niezbyt. Sądzę, że jestem najgrzeczniejszym Ślizgonem na świecie — powiedział, ale nie był poważny. W życiu by się takim nie nazwał. Ba, nawet by nie chciał. Co prawda w większości sytuacji nie dostrzegał swoich licznych wad, łącznie z tymi najgorszymi, ale nigdy nie określiłby się mianem grzecznego czy miłego. Lub choćby pomocnego. Pewnie na trzeźwo nigdy nie zrobiłby czegoś takiego. Ale trzeźwym nazwać go nie można było. Pijanym zresztą też, bo był tylko wstawiony. Albo aż, widząc to, co robił. Ale mógłby zrobić to jeszcze raz tylko po to, żeby znów zobaczyć jej reakcje, która nazwałby nawet uroczą, gdyby nie był zajęty myśleniem o tym, że do twarzy jej w tej jego koszuli. Powoli przesunął palcami po jej policzku, wodząc wzrokiem od jej oczu aż do ust i niżej; do szyi i dekoltu. Lekko przygryzł dolną wargę, aby szybko ja puścić i uwodzicielsko się uśmiechnąć. — Już ty wiesz jak — odpowiedział krótko, bo sądził, że łatwo się domyśleć po nim tego, co miał na myśli. Przecież znała go nie od dziś i wiedziała, co siedzi w jego głowie. Dobra, no nie wiedziała wszystkiego, ale raczej mogła się domyślić, że chodziło mu o pomoc w zdjęciu jej koszuli. Czasami był aż za bardzo oczywisty... — Wachlować swetrem? Zwariowałaś? — zapytał i pokręcił głową, nie ukrywając rozbawienia. Głupiutka Maisie, głupiutka. Jak mogła w ogóle pomyśleć o czymś tak niedorzecznym...
Gdy już się do niej przytulił i zamknął oczy, nie chciał jej puszczać. Najchętniej tkwiłby wciąż w tym samym miejscu, wciąż na tej samej kanapie, z blondynką siedzącą mu na kolanach i bawiącą się jego włosami. — Będę. Obiecuję. Tym razem nie ucieknę — mówił to, jak mały chłopiec, który potrzebował mocnego przytulenia i zapewnienia, że pod jego łóżkiem nie drzemie okropny i przerażający wilkołak. Nieraz, gdy był dzieckiem i budził się w nocy, ojciec przychodził do niego i mówił, że nie ma się czego bać, że w wielkiej, cichej, pustej rezydencji nie ma żądnych potworów. Żadnych smoków, wilkołaków, których jako małe dziecko tak się bał. I które darzył później czystą pogardą i nienawiścią, wywołaną w dużej mierze zwykłym, ludzkim strachem. — Nie uciekaj, zanim wstanę... — cicho poprosił, przytulając ją jeszcze mocniej.
Był pijany. Definitywnie był pijany.
A mógł coś zjeść przed tym piciem... Przecież nie jadł nic od dwunastu godzin, bo wcześniej ze zdenerwowania nawet nie myślał o głodzie...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 22
Skąd : Nowy Jork, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -56
  Liczba postów : 47
http://www.czarodzieje.org/t16144-maisie-adler
http://www.czarodzieje.org/t16151-maisie#442241
http://www.czarodzieje.org/t16152-sowki-trixie#442247
http://www.czarodzieje.org/t16149-maisie-adler




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   14/06/18, 10:37 pm

- Nie zrobię tak - odpowiedziała, kiwając z dezaprobatą głową. - Może jedynie w twoich snach. Laurka będzie minimalistyczna. Z krótkim “gratuluje” w środku. Daj mi kartę papieru, a zrobię ją nawet teraz. - Uśmiechnęła się uroczo. Takie epitety tylko podniosłyby jego ego, a po co miała przyczyniać się do wywyższania się Casiusa nad innymi, skoro sam sobie dopisuje określenia jak najprzystojniejszy wilkołak? Może Maisie widziała przystojniejszego, nawet nie wilkołaka i się z nim nie zgadzała? Jednak nie chciała tego dalej nie komentować. - Wyglądałabym jak jeden wielki pulpet. - Ciągnęła, ale sama nie umiała się wyobrazić w czterech czy pięciu rozmiarach większych, a co dopiero w dziesięciu, bo gdyby była jedną, wielką kulką, to nie wiedziała, czy starczyłoby dla niej rozmiarówki. Zaczęła sobie wyobrażać siebie jako wielkiego klopsika, ale w rozmiarach ogromnej piłki.
- Zwariowałeś na punkcie Stanleya - odpowiedziała poważnym tonem. A w takim razie, jej kot musiał go polubić. On nie kładzie się byle komu na kolanach, więc można powiedzieć, że jest to swego rodzaju wyróżnienie. Dlatego tym bardziej uważała, że powinni zakolegować się bardziej i może spędzić trochę czasu z Ponurakiem… chociaż w sumie to obawiałaby się, że wyżeł może zrobić coś jej synkowi, a to zdecydowanie nie byłoby pocieszające.
- A ja bym w sumie chciała wiedzieć, co byś mi zrobił. To byłaby kara typu… łaskotki? Czy co jeszcze innego? - Przekrzywiła lekko głowę i oparła rękę o oparcie kanapy. Z chęcią by prowokacyjnie dodała coś jeszcze o jego chaszczach, ale widziała, że ewidentnie nie jest przez to w humorze. A skoro mają się razem do rana męczyć, to chyba lepiej zachować pokojową atmosferę niż doprowadzić do bitwy… na poduszki, czy cokolwiek innego.
Spojrzała na niego zagadkowo, kiedy zadał to pytanie i widziała rozdrażnienie w jego oczach. Może to tylko ponad pół roku bliższej znajomości, ale naprawdę umiała już ustalić względnie jego emocje. Dlatego też i może umiała przewidzieć i odczytać, kiedy kłamie, a kiedy mówi prawdę. - A po co się irytujesz, Reeves? - zapytała, odpowiadając mu pytaniem na pytanie. Już od poprzedniego tematu o brodzie był nerwowy i naprawdę nie sądziła, że zwykła gadka może go coraz bardziej denerwować. Może faktycznie… powinni już iść spać? - Najwidoczniej nie tylko mam zamiary obniżania ci twojego ego. Widzisz, jestem na tyle dobroduszna, że postanawiam cię raz na pół roku skomplementować, a ty jeszcze wybrzydzasz, marudo. Nie to n i e. - Nie musiała mówić miłych rzeczy. Nie była do tego zresztą przyzwyczajona, a to, że rzuciła coś nagle nic nie znaczyło. Było to bardziej powiedziane zaczepnie chociaż… epitet dobrany był pasująco. - To niezdrowe w upały, mimo wszystko - powiedziała głosem, jakby co najmniej się o niego martwiła, ale… przecież tego nie robiła. - Może potrzebujesz kogoś, kto by cię rozgrzał, żebyś już nie musiał być takim zmarzluchem - dopowiedziała swoje przemyślenia, żeby wyszło to w zupełnie innym kontekście, bo… po prostu nie chciała mimo wszystko nadal pokazywać swojego ewentualnego zmartwienia. - Chyba przegrzałeś się od tego swetra, że takie pierdoły opowiadasz. Jaki najgrzeczniejszy ślizgon? - popatrzyła na niego dziwnie, jakby przynajmniej z choinki spadł. Na takie miano na pewno nie zasługiwał, tym bardziej, jakby zsumować wszystkie przytyczki i odpały z czasów Hogwartu, a teraz… jako ex-ślizgon na pewno nie jest lepszy! Przecież jak ją kusił i zwodził! Co było widać, akurat w momencie, kiedy chwilę później przesunął jej palcami po policzku. Pokiwała głową z lekkim rozbawieniem na widok rozbiegane wzroku, kiedy Casius ewidentnie nie wiedział za bardzo, gdzie osadzić swój wzrok i skakał po jej ciele oczami jak szalony. Nie było jej jasne, dlaczego odczuwała tak mocno jego zwykły dotyk. - Nie wiem jak - odpowiedziała całkowicie niewinnie. Mogła się domyślać, co miał na myśli, ale wolała grać taką głupiutką i kompletnie nieświadomą jego myśli poprzez czystą prowokację z jej strony. - Nie zwariowałam - odpowiedziała kompletnie poważnie. - Chyba, że coś innego masz mi do zaoferowania, żeby pomóc mi się ochłodzić, no to… - Wzruszyła lekko ramionami, uśmiechając się czarująco.
Ona sama mogłaby siedzieć tak przez długi czas. Było to przyjemne, a nie ukrywajmy, że nieraz potrzebna jest bliskość drugiej osoby. Czasami aż bardzo, kiedy to poczucie jest zaniedbane. - Mam nadzieję. Ten ostatni numer nie był fajny, nogi z tyłka ci powyrywam jak znowu tak mnie porzucisz - mruknęła, przytulając się do niego, jakby chcąc trzymać go, aby faktycznie nie uciekł. Nie spała z nikim zazwyczaj przez całą noc, więc nietypowe będzie budzić się przy kimś. Wyjątkiem była Elka, kiedy wypiły o jeden kieliszek wina za dużo i jednej z nich nie chciało się przechodzić do swojego pokoju. Poza tym, spała sama. A odkąd miała ataki paniki, nieraz dręczyły ją po prostu w jej koszmarach, więc… dobrze by było obudzić się kiedyś z czymś strasznym i mieć się do kogoś przytulić, bo sama obecność innej osoby, zaufanej osoby, na pewno w jakimś stopniu uspokajała. - Nie ucieknę. - Zapewniła go, będąc pewna swoich słów. Możliwe, że prędzej ją będzie musiał ściągać z łóżka niż ona sama wyjdzie. - Zaproponowałabym, żebyśmy poszli i żebyś mnie zaniósł jak swoją księżniczkę, ale sądzę, że mógłbyś się wyjebać na pierwszym kroku - odpowiedziała, praktycznie wyszeptując mu do ucha przez to, że byli siebie tak blisko. - Ale moglibyśmy się już położyć, bo nie będę cię za nogi wciągać do łóżka, gdy w końcu mi zaśniesz. - Po upiciu niedaleka droga do zaśnięcia, a ona nie chciała ryzykować, że będzie musiała go ciągnąć do wyra.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Mieszkanie numer 11   

Powrót do góry Go down
 

Mieszkanie numer 11

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Mieszkanie Travisa
» Pokój w burdelu (mieszkanie Jinxa - nikt nie ma tu wstępu)
» Mieszkanie Adavieny, gdzie wtarabanił się Kaukaz
» Wciśnięte w kąt mieszkanie na poddaszu L. Davis
» Apartament nr 78 [Kira i Ryouma]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
hogsmeade
 :: 
Aleja Amortencji
 :: 
Kamienica nr 23
-