Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Odział Położniczo-Ginekologiczny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość




Student Ravenclaw
Wiek : 25
Skąd : Irlandia
Galeony : -17
  Liczba postów : 398




Gracz






PisanieTemat: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Sob Cze 12 2010, 19:04

First topic message reminder :


Odział Położniczo-Ginekologiczny
Oddział, w którym odbierane są porody jest w bardzo jasnym odcieniu różu. Na ścianach znajdują się obrazy przedstawiające matki kołyszące swe nowo narodzone dzieci, uzdrowiciela odbierającego poród oraz kilka portretów przedstawiających zasłużonych w tej dziedzinie uzdrowicieli. Można tu odwiedzić świeżo upieczone matki oraz ich pociechy.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 23
Skąd : Manchester.
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5
  Liczba postów : 834
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6883-coco-r-watson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6885-drink-up-with-me-now
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6886-wiem-ze-chcesz-do-mnie-napisac




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Wto Sty 07 2014, 22:11

Bynajmniej… To nie tak miało wyjść. Owszem, wiadomo – fajnie się pośmiać i ponabijać. Rozkminić jakąś akcję, a potem mieć fun. Tylko, że życie nie jest wieczną zabawą. W końcu jakby nie patrzeć to przecież WSZYSCY, na których jej zależało, w tym momencie się odwrócili. Co z tego, że wrócił Young? Co z tego, że miała wsparcie Williamsa, czy tam kogo chuj wie jeszcze… Nie miała wsparcia tej jednej osoby, która była ważna. Zbyt ważna, a nie powinno to się tak kończyć.
„Przecież nie mogę złamać Twojego serduszka…” – ona pamiętała te słowa nawet teraz. Echem odbijały się w jej rudej główce, w której szalało rozpędzone stado dzikich myśli, nie umiejących się poskładać w jedno. Zabawne, co nie? Coco przecież z reguły niczym się nie przejmowała, a teraz? A teraz umierała z każdą minutą, bo nie tak miało wyjść. To głupie, ale wbrew pozorom przecież była martwa. Nie istniała. Nie żyła. Jak więc możliwe, że cokolwiek czuła? Nie, to chyba zbyt głupie żeby coś mogła poczuć nie żyjąca istota… Choć może było zupełnie inaczej? To tylko Coco.
Coco Kurwa Watson.
I tak się też stało, że ostatnia sytuacja z Eisenbergiem niemal skończyła się fiaskiem, a mało tego doprowadziła ją do szpitala. Chociaż czy była to wina chłopaka? Raczej nie. Naiwność Watson, naiwność. Wszyscy przechodzili przez Twoje życie, wszyscy chcieli być elementem stałym, ale nikt nie był z Tobą od początku. Od a do z. A ten, dla którego tak się poświęciłaś, popierdolił Cię jak zwykłą nic nie znaczącą szmatę, którą można po prostu wyrzucić, dla zabawy. Do kosza. Ot, tak. Po co ma się przejmować nagrzmoconą, puszczalską siostrzyczką, skoro miał nieskazitelną Charlie? Właśnie, też tak sądzę. Choć jak znów zaczną mieszkać w jednym mieszkaniu to albo zrobią z niego melinę, albo po prostu… Wszystko się skończy. Umrą. Zdechną. Przestaną funkcjonować.
No i właśnie ruda żyła teraz pomiędzy rzeczywistością, a fikcją. Lawirowała między życiem, a śmiercią. Zataczała coraz większe kręgi nie ogarniając niczego. I to była chyba ostatnia osoba jakiej się tu spodziewała. Kacper Villiers, który miał Coco Watson za ostatnie kurwiszcze, które ruchały się z każdym jego kumplem. A z kim właściwie się ruchała? Nawet szkoda pisać, lista jest tak długa.
Nie była już taka jak kiedyś. Owszem, nadal była śliczna. Nadal z jej oczu patrzyło tak szczerze, i nigdy nie była zakłamaną suką, którą można złamać. Jej się nie dało złamać, przecież to była Watsonówna. Ona zawsze da radę, co nie?
-Po co przyszedłeś? – Rzuciła zupełnie jakby do niego, a do osoby, która nawet nie była w pokoju. Bolało ją całe ciało, bolała ją szyja. Bolało ją wszystko. Nawet myśli, które nadal nie potrafiły się uspokoić, a przecież do nich dołączyła kolejna fala… Po co się zjawił. Jednak już nie było tak jak kiedyś, i niech Merlinowi Villiers dziękuje, że Watson nie była pieprzonym legilimentom, bo powinna go zabić za każdą myśl, która przewinęła się przez jego umysł zanim dotarł do szpitala.
Jeszcze dwa dni. Dwa pierdolone dni.
-No dalej, wiem co chcesz powiedzieć… Miejmy to już za sobą, co? – Tak, wiedziała co Kacper o niej rozpowiada, wiedziała co pisze do ludzi, nie ważne. Nic nie miało znaczenia, w końcu gdyby miało jakiekolwiek to wszystko potoczyłoby się inaczej, a dla niego przecież była skończoną dziwką, bo chciała pomóc Jezusowi, gdy ten zdychał na czworaka w jej korytarzu.
Chociaż zaraz… Villiers miał być z nim tego wieczora, kiedy ten niemal wyzionął ducha. Zatem co szanowny Kacper robił? Nie ważne, to przecież i tak Ruda jest dziwką.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 25
Skąd : Anglia, Cambridge
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1292
  Liczba postów : 1621
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5219-casper-villiers
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9145-nowy-poczatek-jest-koncem-czy-jeszcze-nie#256103
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9144-nowa-sowa#256102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7167-casper-villiers#204308




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Wto Sty 07 2014, 23:16

Przyszedł, bo to pewnie wynika z faktu, że gdy tłuczesz się bezsensu po Londynie to różne rzeczy Ci przychodzą do głowy. Nawet siedzenie na dworcu kolejowym nie dało mu tyle swobody co zawsze, nawet papierosy. Bo pomimo tego, że miał tą swoją bezpieczną skorupę sadzenia kurw wszędzie, to wciąż nie był na tyle sprytny, aby pokonać życie. Nie wiedział, co się dzieje. Był zazdrosny, więc o mało co nie zabił Younga, rzucił mu w twarz słowa sięgające o jego bliską osobę. Dlaczego? Nie bez powodu. Dziewczyny nie znał, ale słowa o najbliższych bolą najbardziej. Caspra bolało pewnie też to, że nie miał niczego, a gdy coś już wziął w swoje ręce to odchodziło to gdzieś daleko i nie dawało się używać tego, bo "zabawkami" nie umiał się dzielić. Był samolubny. Drżał o fakt, że ktoś może mu coś zabrać, a gdy tylko pojawiała się taka możliwość to sam wszystko odrzucał głęboko wierząc, że gdyby kiedykolwiek należała do niego... Nigdy by nie odeszła. Tak uważał. Gubił się w tym labiryncie. Przychodzi taki moment, kiedy człowiek traci kumpli, bliskich. Umiera Ci matka, siostra się gdzieś pieprzy, chcesz wyciągnąć ręce, ale ona mimowolnie układa się w pięść, by znieść więcej bólu, który chcesz zaserwować... List Mini? Odpisał kilka słów jak zwykle, przecież nie zapyta jak się miewa, choć kurczy się w nim ta potrzeba, gdzieś tam pozbawiona tlenu, by zmarła w katuszach. Wszak siostra wróci, to tylko krew, nic poza genami ich nie łączy. Jak długo się można karmić takimi kłamstwami? Kiedy Casper zrozumie, że zależy mu na tym, by Mini była bezpieczna, nikt jej nie tknął palcem, a ona sama wyrosła na taką, która będzie chłonąć życie nie za pomocą butelek, ale za pomocą zmysłów? Tak właśnie chciał wychować swojego syna zanim wzięli rozwód z Cassandrą, zanim wszystko się rozpadło. Teraz był tatą od kilku spotkań, kiedy to kupi Oliverowi okazjonalnie prezent i zniknie za drzwiami, by pójść się pieprzyć z kimś, albo palić. Nie był nikim szczególnym w kogo chciałbyś uwierzyć. A teraz stał tu nad nią. Była zwłokami, bo pozwolił na to. Miał jej przypilnować, ale rozerwany własnymi kłopotami uwierzył we wszystko, co podał mu los głęboko akceptując to, że porażka za porażką trafia do jego gardła bez pytania... Urojone ambicje, że jest nietykalny, warty coś, czego nikt nie widzi... Poza miotłą, poza słabymi ocenami. Musiało w nim coś być... Szukał tego pielęgnując w sobie skurwysyna, to tak na wszelki wypadek, gdyby znalazł drugie ja, ale ono było tak beznadziejne, że można by wrócić do drugiego.
Wyciągnął nieśmiało dłoń w jej stronę... A potem przytknąwszy palec do jej ust poprosił niemo o ciszę. Był zły, wkurwienie wypływało z niego, ale nie potrafił teraz na nią krzyczeć. Nie teraz gdy zdał sobie sprawę, że nie kłamała, a w tym szpitalu nie leżała dla gry, a leżała w nim naprawdę, a resztkami sił próbowała wywalczyć formę... Więc kolejne obelgi... Czy mogłyby zastąpić jej leki?
Usiadł obok niej i położył na niej swój zmęczony wzrok kręcąc głową.
- Chciałaś, żebym przyszedł. - Przypomniał gotując się na to, że zaraz mu powie: "zanim pokazałeś na co cię stać". - Przestraszyłem się. - Przyznał wgapiając się teraz w podłogę. Bo nie w nią. Na to już nie miał odwagi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 23
Skąd : Manchester.
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5
  Liczba postów : 834
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6883-coco-r-watson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6885-drink-up-with-me-now
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6886-wiem-ze-chcesz-do-mnie-napisac




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Wto Sty 07 2014, 23:48

To smutne kiedy życie przewija się przez palce, a Ty nie wiesz co masz zrobić, którą drogą iść. Końce są nieubłagalne, wszystko się kończy. Szczerość, bez niej przecież nic nie wyjdzie. A na kłamstwach można było budować wszystko. Seks. Przyjaźń. Miłość. Rodzinę. No spójrzmy prawdziwe w oczy, ale żadne nie było szczere, chociaż… Może nie było z nimi tak źle? Byli sfrustrowani, zmęczeni, źli. Stracili wszystko co było dla nich ważne. On siostrę, ona brata. Ta kurwa co też się nazywała ich „siostrzyczką”, dla Coco akurat umarła. Nie istniała, a nie tak dawno… Bo miesiąc temu zanim zaczęła handlować prochami, oddałaby życie za Charlie, byleby nie stała się jej krzywda. Byleby znów nie uciekła. I wiecie co? Na darmo by umarła. Smutne to. Wszystko się rozsypało, tak szybko… Tak zwyczajnie. I nikomu nigdy nie przyznała się do tego, że traci nadzieje na wszystko, że wszystko się rozsypuje, że wszystko się po prostu wyniszcza. Taka autodestrukcja, na własne życzenie. Kurwa, to jest naprawdę smutne…
A Casper… Przypomina mi takiego kolesia, który jest zagubiony. Który chce, ale nie może, bo musiałby zrzucić maskę skurwysyna, by zaryzykować własnymi uczuciami i emocjami, tylko po co miał ryzykować? Nie musiał, to było jego życie, to on musiał je przeżyć, a przecież nikt za niego tego nie zrobi, prawda? A jednak tu przyszedł, kierowany czymś w rodzaju… Troski? Tęsknoty? Nie ważne. Po prostu tu był. Mimo wszystko tu przyszedł. I patrzył jak umiera, jak się wykańcza… Chociaż to nie życie ją zabijało. Paradoks, bo z reguły o to chodziło. Życie prowadziło do śmierci, a ją zabijały narkotyki, które tak jak powiedziała Isolda zrobiły spustoszenie w jej organizmie.
Jedno z Was umrze – to niemal jak wykonać wyrok, na kimś komu tak zależy na życiu. Dlaczego ją to spotkało? Jedno z Was umrze…
I może właśnie zjawił się w odpowiednim czasie. Może przyszedł w najlepszym momencie. Mógł rozerwać niebo i zabrać ją stamtąd. Nie musiał patrzeć na jej martwe ciało, mogła żyć. Jeszcze mogła żyć. Wystarczyło tylko więcej spokoju. Mniej dragów. Mniej życia bez zobowiązań. Mogli to zmienić, ale przecież finał był tak oczywisty.
-Chciałam… - Co miała powiedzieć? Że nie, że udawała, że chciała go odciągnąć od jakiejś suki, która w tym momencie mogłaby rozkładać przed nim nogi? Tak, była zazdrosna. Była wściekła, że inna go miała, ale nie pokaże mu tego, nie da rady.
Przestraszył się. Nie mogła się opanować, nie potrafiła, odwróciła głowę w drugą stronę, byleby nie patrzeć, nie teraz. Nie na niego. Musiała się uspokoić. Proszę… Nie mów nic. Nie masz siły krzyczeć. Pozwól tylko patrzeć… I do momentu gdy metaliczny posmak krwi w ustach, nie sprowadził jej na ziemię – tak do tej pory przygryzła dolną wargę, by powstrzymać łzy. Nie mogła się złamać. Nie teraz. Nie tu. Nie przy nim.
-Nie wierzyłeś w to? Ja dalej nie wierzę. Ale jednak tu jesteś… - Coco musiała przeżyć. Nie mogła umierać. Nie tak. Nie w tak żałosny sposób, ale o co miała walczyć? O dzieciaka, który zostanie bez ojca, bo taka jest prawda? Miała walczyć o siebie, o ćpunkę, która nie była kompletnie w pełni zdrowa na umyśle? Histeryczka, choleryczka, tępa pizda – jak to już ktoś ją określił, ale wracała do przeszłości, która tak kurewsko bolała.
-Nie spałam z Jezusem. Naprawdę…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 25
Skąd : Anglia, Cambridge
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1292
  Liczba postów : 1621
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5219-casper-villiers
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9145-nowy-poczatek-jest-koncem-czy-jeszcze-nie#256103
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9144-nowa-sowa#256102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7167-casper-villiers#204308




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Sro Sty 08 2014, 00:15

Musiał żyć. Musiał sobie radzić. Wszak był Villiersem, który był na przekór innym, nie dla innych. Te dwa mylne wyrażenia doprowadzają do szału, szczególnie gdy myli je ktoś stojący Ci na powiekach. Casper był na przekór innym,bo każdy miał o nim inne zdanie, a do tego nigdy pozytywne. To stanowiło swojego rodzaju deszcz obelg, który po jakimś czasie zalegał w nieschnących kałużach. Zawsze dużo wszystkiego, co chcesz komuś powiedzieć... Najgorsze jest to, że gdy już to zrobisz... Jedyną odpowiedzią jest cisza. I chcesz rozerwać serce, nie swoje, ale tez tej osoby. Chcesz pomóc sobie, bo nie dla tego rozmówcy, który choć zachęcił to Cię gdzieś wyrzucił. Takie czasem życie, że po prostu brak dobrych dusz, więcej tego bałaganu, który bezradnie upychamy do pustych już butelek po wódce, jakbyśmy liczyli, że to rzeczywiście coś pomoże. Kłamiemy wszyscy. Casper od małego słuchał kłamstw Julie, że wcale nie bolą ją siniaki, że kocha Jacoba, że tworzą rodzinę, żeby mu wybaczył, bo to wszystko najważniejsze. Ale to nieprawda. Nie dał się tym karmić, wypluwał te głupie bzdety jedynie wierząc w to co widział, co usłyszał siedząc w swoim pokoju zajmując się patrzeniem w sufit. Takie małe dziecko, które musiało tam rosnąć. Potem Mini, potem gwiazda... A na sam koniec rozpadająca się rodzina, jedna śmierć, jeden upadek, kilka samodzielnych decyzji i wreszcie rodzeństwo Villiers było dorosłe. Choć nie stanowili całości to przyciągali siebie nawzajem. Podobne oddziaływania były tu z Watson, ale on nie do końca wierzył w to, że powinien na to pozwolić. Teraz była w szpitalu, bardziej trzymał w dłoniach rozsypane emocje upchnięte w kilka beznadziejnych myśli, które przed chwilą wydawały się banalnie proste... Co miał powiedzieć? Kiedy tak naprawdę brakowało mu słów? Kiedy tak naprawdę nie miał pojęcia od czego zacząć, bo każdy początek wydawał się być końcem. I nie chodziło już o nich, ale oto co się wydarzyło. Bolała go bezradność. Nie potrafił wrócić komuś życia. Nie pożegnał się z matką, odeszła nagle... A CoCo? Ona mu dała czas, na decyzję...
- Moja matka nie żyje. - Wypalił bezsensu jakby tak naprawdę własnie po to tu przyszedł. Nie oderwał wzroku od podłogi, wciąż nie wiedział o co mu tak naprawdę chodzi. - Znaczy nie wiem po co Ci to mówię, ale zmarła około półtora miesiąca temu. Znaczy... Kurwa sorry. Serio. - Próbował być szczery i nie wyszło? Zacisnął pięści zły na siebie.
- W porządku. - Wyrzucił z siebie nieco zaskoczony tym wyznaniem nie spania z jego kumplem. Pewne szansy już uciekały...
- Żyj CoCo. Umierają tacy jak moja matka, którzy ślepo wierzą w lepszy świat. Ale Ty CoCo żyj. Jeszcze sporo czasu przed nami, żeby się pożegnac jak należy. - Zauważył nawilżając językiem suche wargi, z trudem przełykając ślinę... To trudne. Wszystko trudne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 23
Skąd : Manchester.
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5
  Liczba postów : 834
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6883-coco-r-watson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6885-drink-up-with-me-now
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6886-wiem-ze-chcesz-do-mnie-napisac




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Sro Sty 08 2014, 22:28

A wczoraj znowu jak kretyn, rozpierdalał wszystko na czym mogło mu zależeć. Niszczył, bo się bał. Tchórz. Nie, on nie był tchórzem. Nie mógł być. Wierzyła w to, że był inny, że liczyło się coś więcej niż tylko pieprzone wymigiwania się od obowiązków. Tu już nawet nie chodziło o dzieciaka. Tu chodziło o nich, i o to co tracili.
Na własne życzenie.
Właściwie to nawet można było ich życia porównać. On stracił matkę, która była dla niego ważna. Informacja o jej śmierci trochę wybiła Coco z rozumowania życia i świata, co przecież nie powinno mieć miejsca, bo jakby nie patrzeć… Sam chciał odejść i zniknąć. Jednak śmierć bliskiej osoby bolała, a w życiu Watson w ostatnim czasie zmarły dwie bliskie osoby, które teoretycznie żyły. Praktycznie? Już zdechły. I dobrze. Do tego nigdy nie wróci. To przeszłość, a przeszłość nie ma prawa zawracać głowy takim osobom jak Coco. Ona musiała zadbać o siebie.
Wbiła wzrok w Villiersa zastanawiając się co powinna powiedzieć, jak ubrać myśli w słowa byleby nie wyjść na idiotkę. Mieli problemy, mnóstwo problemów, a od dawna spokojne życie było tylko oksymoronem. To też nieco smutne. Mogli przecież wszystko zmienić, dlaczego tego nie chcieli? Podobno wtedy jest łatwiej. Ale czy na pewno? A co jeśli wszystko się właśnie wtedy rozsypie? Nie. Nie mogła o tym myśleć. Chciała wierzyć, że Casper się ogarnie. Chciała wierzyć, że przez te kilka miesięcy po prostu będzie, bo może jednak… Nie. Nie zmieni zdania. Oszukiwała sama siebie, co było głupie. Jak mogła wierzyć, że Villiers… Ach, tak. Nie znała jego myśli, ale przecież znała jego podejście do tematu.
Została sama.
-Mówisz, bo potrzebujesz pogadać. Mów póki jeszcze masz okazję… Wszystko się kiedyś kończy. – Uśmiechnęła się niezbyt wyraziście, może to nawet było tylko coś na wzór pseudo uśmiechu? Może to jakiś tik nerwowy. Dziwna miłość. Musieli właśnie teraz dojrzeć.
-Po prostu ściągnij tą maskę skurwysyna… Też masz uczucia, a próbujesz je schować. Musisz kurwa udowodnić kumplom, że zaliczyłeś kolejną szmatę. Musisz pokazać, że każda rozłoży nogi, kiedy ładnie poopowiadasz o nadziei, głupiej nadziei. Tą samą nadzieję chciała dać Ci matka… - Kilka nieskładnych, nieposkromionych słów, które przedarły się z jej zachrypniętego gardła. Spojrzała na niego z wyrzutem. Była wściekła. Po co to zrobił? Po co wysłał jej tamten list? Myślał pewnie, ze Coco już się nie odezwie, i w sumie… Tak powinno być.
-A teraz? Cierpisz. Martwiłeś się. Bałeś. Co mam Ci powiedzieć? No mów… Co Ci powiedzieć…? – Przygryzła dolną wargę, licząc, że się w tym momencie po prostu nie rozpłacze. Nie mogła. Nie teraz i nie tak. Przy nim? Dlaczego przy nim… Mogła przy każdym, ale padło na niego. Jedna łza spłynęła po jej policzku. Już kiedyś widział jak płacze… Ile temu to było? Ach, tak. Cudowna wigilia, gdy została wyjebana z domu.
-Boję się…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 25
Skąd : Anglia, Cambridge
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1292
  Liczba postów : 1621
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5219-casper-villiers
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9145-nowy-poczatek-jest-koncem-czy-jeszcze-nie#256103
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9144-nowa-sowa#256102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7167-casper-villiers#204308




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Sob Sty 11 2014, 17:09

Nie lubił tych momentów, kiedy ktoś radził mu ściągnąć maskę, traktował go warstwowo, jakby oczekiwał że przy kilku uśmiechach Casper zaprawdę stanie się inną osobą, a resztki zła spali w piecu, a one nigdy nie powrócą. To wszystko było jego nieodłączną częścią. Szedł do przodu trzy kroki tylko po to, by cofnąć się cztery... I tak cały czas, po prostu, niezmiennie. Pamiętał tą sytuację jak dziś, gdy czekał na Cassandrę pod dormitorium Hufflepuffu, a gdy się zjawiła owinięta w prześcieradło, potargana, zamyślona i rzuciła swoje "jestem w ciąży" już na moment świat zachwiał się niebezpiecznie nakazując mu wrócić do kryjówki. Zimne spojrzenie trafiło na jej twarz, a słowa "kto jest ojcem" rozeszły się po korytarzu, by odbić się plaskaczem w twarz. I mówisz, że nie można tego przeżyć? Przeżył swój własny ślub, ale nie był przy narodzinach dziecka... Bywa. A teraz znów. Nie zadał tego pytania. Nie obawiał się tyle, co plaskacza, ale tego, że będzie to prawda. Przecież zabezpieczali się... Co raz większe obrzydzenie budził w nim fakt, że ojcem mógłby być ten ciul Young. Ale to nic, ważne, że nie on. Ważne bardzo, bo gdyby się okazało, że CoCo urodzi mu syna/córkę/dziecko... To w istocie rzeczy nie uniósłby tego, tylko czmychnął gdzieś daleko pełen nadziei, że świat im kiedyś wszystkim zwróci, za wyrządzone krzywdy, że świat zapłaci alimenty. Ale było jak było. Teraz niedokładnie wiedział, co powinien jej jeszcze powiedzieć. Nie miał najmniejszego pojęcia co się dzieje, tylko liczył sekundy do jej wybuchu. Do swojego nie. Zamilkły w nim wszelkie emocje, by nagle coś je rozbudziło. Nie byłby gotowy na to. Nie teraz, jeszcze nie był tak nabuzowany. Przymknąwszy powieki na chwil kilka wygiął usta w pojedynczym uśmiechu, choć tak mimowolnym, że powodu konkretnego znaleźć nie można było by wyjaśnić źródło tego grymasu... Może to dlatego, że jego życie nie wyglądało zbyt konkretnie by o tym rozmawiać. To wszystko możliwe.
- Gdybyś wiedziała ile dziewczyn zaliczyłem... - Tu zaczął nerwowo się śmiać, bo rzeczywiście część odbywała się bez większych uczuć, od tak po prostu, dla tzw. sportu. - Znaczy próbuję tylko powiedzieć, że jeszcze się nie uporałem ze sprawami porządkowymi. Ojciec zachlewa dupę, pojawił się z chuj wie kąd i zaczął mnie napierdalać, bo nie wiem gdzie jego kochana córeczka. No właśnie CoCo, gdzie pieprzona Mini? Rozsuwa czy zasuwa nogi? - Machnąwszy ręką na znak, że ma nie odpowiadać westchnął przy czym przejechał dłonią po karku jakby doszukiwał się tam punktu zaczepienia do... Rozmowy.
- Przykro mi CoCo, ale nie umiem Ci pomóc z tym co się stało, choćbym chciał. Myślałem, że ok. Dam radę się ogarnąć, żeby no być ze sobą, ale widzę, że... Że to przechodzi moje oczekiwania. Nie jestem na to gotowy. Cokolwiek to kurwa znaczy. - Rzucił niby swobodnie, ale czując, że jest co raz bardziej spięty, nie gotowy do wysłuchania jej... Ale siedział tu. Bo tak musiało być. Przychodziły momenty, kiedy związywała Cię niewidzialna siła rzucająca w dół bólu, tylko po to, żebyś w nim leżał i przyjął wszystko, co jest dla świata, bo dawka dla samego Ciebie wydaje się być za mała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 23
Skąd : Manchester.
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5
  Liczba postów : 834
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6883-coco-r-watson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6885-drink-up-with-me-now
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6886-wiem-ze-chcesz-do-mnie-napisac




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Pon Sty 13 2014, 23:10

Są rzeczy, których z pamięci nie da się wymazać. Są takie rzeczy, które po prostu zostają z nami na zawsze. Coco miała w głowie mętlik. Z jednej strony chciała zobaczyć tego prawdziwego Villiersa, w którym… Być może się zakochała. Chciała widzieć tego chłopaka, który był dla niej kimś więcej niż tylko seks friendsem. Chciała widzieć w nim kogoś kto da jej wsparcie. A co miała mu powiedzieć? Może powinna przyznać się do tego, że to nie on będzie ojcem. Może nawet powinna rzucić tym ot tak, i kompletnie nie przejmować się, że złamie mu… No właśnie. Co mogłaby złamać Kacprowi? Z tego co wie, przecież nie czuje do niej czegoś więcej niż tylko pociąg fizyczny. Uratował jej życie, ale nigdy nie padło to pieprzone „zależy mi”. To przykre, ale Coco już nie wierzyła w cudowną bajeczkę ze szczęśliwym finałem. Nie było tego, to już się nigdy nie wydarzy. Nie w ich przypadku.
Szczerość. Tylko to mogło ich uratować. Nic więcej się nie liczyło. Tylko ta pieprzona szczerość, której tak zajebiście potrzebowali. Dlaczego nie byli na to gotowi? Dlaczego nie potrafili sobie tego dać? To fakt, spokojne życie od dawna to oksymoron, ale czym tu się przejmować, skoro sami doprowadzili się właśnie tutaj. Do tego oddziału. Nie powinno się to tak potoczyć. Nigdy.
-Kacper… - Szepnęła, nie wiedząc co ma powiedzieć. Przytaknąć? Zgodzić się? Ona nie miała aż tylu partnerów. Każdy był na jeden raz. Tylko Villiersowi oddała coś więcej niż tylko ciało, ale po co? Żeby teraz odszedł, zostawiając ją samą w tym bagnie. W sumie to było dobre rozwiązanie, zwłaszcza na ten moment. Może faktycznie powinien odejść, zostawić, zapomnieć. Kurwa, Kacper czego Ty chcesz – obiecałeś przecież, że nie złamiesz jej serca. Dlaczego więc to miało miejsce… Dlaczego to się działo? Coco nie potrafiła tego zrozumieć. Była zagubiona. Niepewna. Nieświadoma.
-Villiers… - Jeszcze raz szepnęła, ale tym razem próbując powstrzymać łzy w oczach, które mimowolnie do nich napływały. Powinny teraz spływać po bladych, zapadniętych policzkach. Wbijała wzrok w niego jakby błagając o to by nie mówił tego. By po prostu tu tkwił, jeszcze przez kilka chwil.
Żeby nie odchodził.
Nawet mimowolnie dłoń przesunęła na jego rękę, próbując ją ścisnąć, ale nie miała na tyle siły. Czuła jego ciepło, ale wiedziała, że nie da jej tego ostatniego dotyku. Miała wrażenie, że wszystko co teraz się działo, działo się tak naprawdę z litości, którą przejawiał wśród fragmentów nienawiści, jaka była w nią wymierzona. Rozpieprzyłaby mu życie. Miał już syna. Kochał go, a ona była tylko dziwką, kolejną na liście, z odhaczoną fajeczką. Teraz mógł ją wziąć kolejny, ale…
-Było chociaż warto te niecałe dwa miesiące spędzić razem? – Nie powstrzymała się. Łza spłynęła po jej policzku, a sama poczuła ucisk w klatce piersiowej. Podniosła się z trudem do pozycji siedzącej. Chciała mu powiedzieć wszystko, wyrzucić z siebie ten ból. Tylko po co? Nie, to nie miało sensu, żadnego.
-To Kai będzie ojcem… - Zagryzła dolną wargę aż do krwi, byleby jej nie drżała, i byleby nie widział tego bólu, który przelewał się przez nią cały czas. Mógł odetchnąć z ulgą. On tak. Już tak. Nie musiał martwić się o to, że… Znów będzie ojcem.
Nie tym razem.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Rok Nauki : I
Wiek : 23
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 149
  Liczba postów : 330
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4203-chantal-elise-juliette-de-lurien
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4208-chanticleer-i-jej-elfy
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6412-chantalkowe-listy-milosne#180372




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Wto Sty 14 2014, 01:52

Nie powinno jej tu być, nie powinna się w to wszystko mieszać. To nie była jej sprawa, to nie było jej życie. To nie ona spierdoliła. Mimo wszystko nie mogła spać od momentu, gdy Villiers napisał jej gdzie znajduje się Coco. Zeszmaciła ją w liście, jakby miała do tego jakiekolwiek prawo. Kimże ona kurva była? Matką Teresą czy co? Nie miała prawa osądzać ludzi, każdy wszak popełniał błędy. Swoje własne, błędy. Coco taki błąd popełniła, a De Lurien nie jest tą która powinna jej dołożyć, tylko pomóc się jej podnieść. Dlaczego jej nie wsparła, dlaczego nie poklepała po ramieniu i powiedziała, że wszystko się ułoży? Przecież były sobie bliskie, były znajomymi, kumpelami od kieliszka i dymu rozrywającego płuca. Tylko i wyłącznie? Czy Watson powiedziałaby zwykłej znajomej o ciąży? O tym, że nie wie kto jest ojcem, ale chce aby był nim Casper. Były przyjaciółkami, były nimi. A Ty spierdoliłaś Chantal, tak bardzo spierdoliłaś. Zjebałaś, a to wszystko przez faceta. Czy Ty naprawdę nie powinnaś być ponad to? Od kiedy Ty szmacisz swoją przyjaciółkę, bo jakiś fagas wołał ją od Ciebie? I nie, nawet nie waż się go obwiniać. To Ty chciałaś ulokować w Nim swoje uczucia, to Ty pozwoliłaś przerodzić się temu w miłość. Jebie mnie to po całości, że Villiers dawał Ci nadzieję. Jebie mnie to, bo od samego początku wiedziałaś jaki on jest. Ile Ty go znasz? Dwa dni? Czy przypadkiem nie byłaś jedną z nielicznych, której opowiadał o zaliczonych panienkach? Moja wina, że traktował Cię jak kumpla. Przecież znacie się od dawna, żeby nie powiedzieć od zawsze. A teraz co? Przez Twoje pieprzone górnolotne miłostki spierdoliłaś przyjaźń z Casprem i Coco jednocześnie? Jakie Ty masz prawo nakurwiać się z niego i powiedzmy biednej Watson? Może inaczej, czy Ty naprawdę tego chcesz? Zadaj sobie to pytanie milion razy i rozpędź się z całej siły, a ściana niech sama Cię znajdzie. Zanim to jednak zrobisz idź. Idź i kajaj się przy jej łóżku, bo nie zaśniesz spokojnie przez następny tydzień. Powiedź jej co chcesz powiedzieć. Tylko mi spróbuj się odwrócić przed drzwiami i odejść. Nawet o tym nie myśl! Biorąc głęboki oddech zatrzymała się kilka kroków przed drzwiami pokoju Watson'ówny. Musiała zebrać w sobie dostateczną ilość sił, aby nacisnąć na klamkę. Nie przygotowała żadnej mowy na przeprosiny, chociaż miała mnóstwo czasu na to, gdy szukała kogoś kto powie jej gdzie leży Coco i kolejne mnóstwo, gdy znalazła odpowiedni oddział i piętro i korytarz i salę i w ogóle. Mogła całą drogę też wykorzystać na zebranie się w sobie, aby nie stać tu teraz czekając aż sprawa się sama rozwiąże, słowa same przyjdą, albo wyrzuty sumienia po prostu gdzieś spierdolą, a ona będzie mogła odejść bez krzty skruchy. Trzeba jednak iść za ciosem i powiedzieć B, gdy A samo wyskoczyło z naszych ust. Nacisnęła więc na klamkę, biorąc głęboki haust powietrza i weszła do środka. Gdy jednak zamknęła za sobą bezszelestnie drzwi, co najmniej jak Szpieg z Krainy Dreszczowców i odwróciła się na pięcie, aby móc zobaczyć przykutą do łóżka pacjentkę, zrozumiała, że wybrała najgorszy moment z najgorszych na pojawienie się tu i chwilę skruchy. Zły moment, bardzo zły moment, to moment wręcz przejebany. Nie chciała być świadkiem tego wszystkiego, nie chciała dowiedzieć się w taki sposób, że to Kai jest odpowiedzialny za poczęcie. Nie znała chłopaka, słyszała tylko o Nim od Coco właśnie. Słowa jednak padły z ust Watson i były one skierowane do Villiersa, tak jak teraz oczy ich obojgu skierowane na nią. Zaczęła powoli rozpadać się w sobie. Widząc minę Caspra tak bardzo coś ją zakuło w środku. Tak bardzo chciała przepraszać, że śmiała pisać mu takie rzeczy. Czy kiedykolwiek uwolni się od tego uczucia? To przecież pomyłka, jak wszystkie związki. Po chwili przeniosła twarz na Gryfonkę, ta to dopiero wyglądała. Złość jednak już minęła, nie było po niej ani śladu. Pozostało tylko współczucie i sentyment. Stary, dobry, poczciwy sentyment do wspólnie spędzonych chwil. Co robić, kurva co robić? Rżnąc Jana i wyjść jakby się ich nie poznało i pomyliło sale? Powiedzieć coś? Tylko co? Siema co tam u Was? Jak się macie? Wybieracie się na ferie? Ładną mamy pogodę. Trochę zimno na zewnątrz, nie macie nic przeciwko jak przycupnę i się ogrzeję? Nie zwracajcie na mnie uwagi, rozmawiajcie dalej. KURVA CO?!  Najmniej absurdalnym wyjściem wydało jej się pozostanie na miejscu i milczenie. Milczenie czasami jest dobre, o tak. Gdybyś milczała wcześniej, teraz nie było by tego całego cyrku. Więc milcz teraz, czuj się winna. Może to Cię nauczy, może wreszcie dorośniesz!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 25
Skąd : Anglia, Cambridge
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1292
  Liczba postów : 1621
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5219-casper-villiers
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9145-nowy-poczatek-jest-koncem-czy-jeszcze-nie#256103
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9144-nowa-sowa#256102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7167-casper-villiers#204308




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Sro Sty 15 2014, 00:26

Na raz. I cofamy się w przeszłość kilka kroków, aby zobaczyć jak Kai i Casper popijają wesoło alkohol zaśmiewając się z jakiś patologicznych zjebów, którym powiedzieli, że załatwią im miejsca w drużynie. Przyjaźń nie była zagrożona dopóki Casper trzymał pieczę nad Slytherinem, a Kai na Krabami... Ale dwa... I pojawia się relacja z CoCo, wychodzą na wierzch wspomnienia, kłopoty. Pojawia się również Cassandra z dzieckiem. Dobiega do tego jeszcze Chantal z listami. Na trzy... Kacper wcale nie chce psuć znajomości, ale robi to. Nie chce wcale, żeby CoCo mu się podobała, ale to się dzieje. Nie chce wcale odczytywać listów Chantal, bo właśnie traci dobrą kumpelę na rzecz uczuć, których on osobiście nie rozumie. Może nawet nimi gardzi. Wszak to sensu nie ma. Stoimy nad przepaścią wszyscy, bo chcemy się w nią rzucić? Dlaczego Chantal wybrała ten moment, żeby napisać do niego listy, które brzmiały jak wołanie o ratunek, który on skutecznie zbeształ butelką ognistej? Dał jej za to burę, ukarał ją, nie spotkał się z nią? Nagroda za szczerość de Laurien, to Casper zadecydował, że tak będzie dla Ciebie najlepiej. Nie chcesz rozmowy o uczuciach z nim, nie wtedy gdy nie wiesz, co on może Ci powiedzieć i nawet nie będziesz już miała siły płakać. Pustka połyka. Casper był w niej na wpół zatopiony, ale coś go tu trzymało. A raczej ktoś, leżący teraz na łóżku, dzierżący w sobie nowe życie, które spłodzone było przez pierwszego, który został wspomniany w tym poście. To wszystko brzmi jak brazylijska książka dla nastolatek czarownic, które pragną zrzucić wianek zaraz po jedenastych urodzinach, gdy dostaną list. Ale życie takie bywało. Trudne. Casper błądził pomiędzy pułapkami zastawionymi na niego i z trudem wychodził z jednej, aby wejść w kolejną cudem unikając czwartej, choć piąta się zbliżała.
"To Kai będzie ojcem" - zdążył mrugnąć dokładnie dwa razy, a usta złożone w linijkę wróciły do pierwotnej pozycji nie uwalniając wcale potoku słów. Nawet nie wziął oddechu by zacząć mówić. Jeszcze pół sekundy i wypuścił z siebie powietrze... A wtem drzwi się otworzyły... I zanim się obejrzał zamknął na moment oczy jednocześnie żałując i dziękując Bogu za taki obrót sprawy. Poza tym zadała mu pytanie...
To jedno zdanie, które wyrzuciła z siebie ostatkiem sił spowodowało mniej więcej tyle, że jego oczy były teraz przeszyte zimnem... Zdarza się. Może trzeba pozamykać okna? I to niekoniecznie kratami, choć w tej sali znajdowało się teraz trzech wariatów.
- Aha. - Rzucił sam do siebie, a potem obejrzał się powoli do tyłu dostrzegając Chantal. - Och cześć Szantal. Co u Ciebie słychać? Właśnie rozmawiamy z CoCo o podwyżce znaczenia galeona na rynku gospodarki i tak zastanawialiśmy się gdzie się podziewasz, rozwiązałaś nasze problemy. Prawda? - Tu spojrzał na CoCo, ale jego głos był dziwnie sztuczny.
- Chyba się zasiedziałem. Cieszę się CoCo, że doszliśmy do porozumienia. - Rzucił wstając powoli z niewygodnego taboretu.
Spojrzał na Chantal, która nadal milczała i na Watson.
- Grunt to dobrze zacząć dzień. - Rzucił błyskotliwie, choć chyba bardziej do siebie, gdy zdał sobie sprawę, że niedługo będzie północ... Tak za kilka godzin, a nowy dzień obudzi go tą informacją. "Kai będzie ojcem" - spełnienie marzeń, najgorsze przekleństwo, już samo imię brzmiało jak obelga.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 23
Skąd : Manchester.
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5
  Liczba postów : 834
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6883-coco-r-watson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6885-drink-up-with-me-now
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6886-wiem-ze-chcesz-do-mnie-napisac




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Sro Sty 15 2014, 23:25

Nie chciała powiedzieć tego co było niewłaściwie. Nie powinna tego mówić, bo przecież im wszystkim chodziło o coś zupełnie innego. On nie chciał Coco, może i owszem podobała mu się, ale odtrącił ją w momencie gdy tylko wyszło na jaw, że jest w ciąży. Pamiętała jak pisał jej listy, że to nie jego dziecko, jak szydził, że jej nie odwiedzi. Dobrze. To jego wybory, dlaczego więc miał za złe wybory Watson? Nie mógł. Nie miał już tego pieprzonego prawa, ku temu by cokolwiek jej zarzucić. On sam nie był lepszy.
I nagle to. Nagle wpadła Channtal, która była ostatnią osobą, jaką chciała tutaj oglądać Ruda. Po co ta dziewczyna w ogóle odważyła się tu przychodzić, co? Nie powinna. Listy jej nie wystarczyły? Dobrze, skoro taki był jej wybór, to proszę bardzo. Watson już i tak nie miała siły się podnieść, bo ludzie którzy byli jej przyjaciółmi, robili z niej na każdym zakręcie, w każdym korytarzu zamku, oraz przede wszystkim… W każdym zakamarku –Hogs – ci szanowni przyjaciele głosili, że Coco to kurwa. No i spoko. Życie, hehs.
-Jeszcze Ciebie tu brakowało, ja pierdolę… - Burknęła pod nosem, a po chwili przeniosła wzrok na Kacpra. Z trudem wstała z łóżka, bo przecież przez ostatnie kilka godzin leżała w łóżku. Dziwne, że jeszcze nie dostała kurwotoru z przemieszczeniem. Przydałyby się jakieś tabletki. Eliksir. Cokolwiek co postawi Watson na nogi, ale nic nie pomagało. Chwyciła się za brzuch, jakby miała w tym momencie odlecieć, bo przecież całe ciało ją bolało. A najbardziej właśnie to miejsce, w którym był już mały człowiek. Dlaczego Villiers był takim skurwysynem?
-Kacper, proszę Cię… - To trwało raptem chwilę jak stanęła przy nim. Jak tkwiła tuż obok niego, jak mogła go dotknąć raz jeszcze, i wolała żeby ją odepchnął, wykręcił rękę, uderzył… Cokolwiek, ale byleby nie był tak zimny, tak oschły. O czym ona myślała? Może i Kacper zachowywał się jak skurwiel, ale nigdy nie podniósłby ręki na kobietę. Coco bzikowała od tych leków, od tego miejsca, od całej tej sytuacji.
-Wolę żebyś mnie skurwił, niż zachowywał się w ten sposób. No dalej Villiers, powiedz że jestem szmatą. Powiedz, że Cię zraniłam, i że życzysz mi jak najgorzej. Zrób coś! Zrób coś co sprawi, że Cię znienawidzę! – Krzyknęła, a z jej szarych oczu po raz kolejny poleciały łzy. De Lurien nie powinna być świadkiem tej pieprzonej rozmowy, która tak naprawdę z każdą kolejną sekundą przeradzała się z kłótnię. No i kurwa, po co? Po co sobie tak utrudniali życie, skoro chcieli ze sobą być?
Dziewczyna dotknęła jego twarzy, na jeden krótki moment. Czuła jego ciepło, ale bała się cofnąć, bała się nawet zbliżyć jeszcze bardziej. Nie wiedziała na co go stać, ale wierzyła, że nie zrobi jej krzywdy. W końcu jakby nie patrzeć, obiecał że nie złamie jej serca. Dlaczego zrobił to w tym momencie?
-Casper… - Zagryzła dolną wargę, po raz kolejny. Była sama. Całkiem sama. Tkwiła w marazmie i stagnacji. Nic się nie działo. Pustka. Ciemność. Tak bardzo pragnęła umrzeć.
-Powinniście oboje stąd wypierdalać. I ty, i twoja przyjaciółka… Kurwa, nawet się nie zdziwię jak się okażę, że ją tu zaprosiłeś… Byleby tylko ponabijać się z dziwki, która rozwaliła związek, przyjaźń dwóch kumpli, a sama została z problemem. Mam to w dupie, serio… - Wyrzuciła na sam koniec z siebie, a po chwili odwróciła się na pięcie i wróciła do łóżka. Chciała w nim zatonąć. To był jej jedyny ratunek. Leżała na prawym boku, plecami do nich i jedyne co mogli słyszeć to cichy płacz, który próbowała stłumić w sobie samej. Wychodziło jej to?
Nie, to dopiero był krzyk o pomoc.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Rok Nauki : I
Wiek : 23
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 149
  Liczba postów : 330
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4203-chantal-elise-juliette-de-lurien
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4208-chanticleer-i-jej-elfy
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6412-chantalkowe-listy-milosne#180372




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Pią Sty 17 2014, 09:37

Dawno nie czuła się tak zdezorientowana i zmieszana. Widząc ich tutaj, obok siebie dostała w twarz każdym z listów, które wysłała. Przyżółkły pergamin smagał jej policzki, bo chyba sobie na to zasłużyła. Dalej jednak stała i obserwowała co się dzieje, co każdy z nich ma do powiedzenia. Wszak nie przyszła tu aby zagrać tchórza i wybiec tupiąc nóżką, gdy ich tylko ujrzała. Czy powinna tak zrobić? Odwrócić się i wyjść, zostawiając ich sprawy w tych czterech szpitalnych ścianach? Potraktować się eliksirem zapomnienia, aby móc nie odtwarzać tej sytuacji i kurczyć się pod głupotą własnego jestestwa? Nie przyszła tu przecież ze złymi zamiarami, nie było to nawet do końca planowane. Oni jednak zachowywali się, jakby rzuciła zaklęcie na pielęgniarkę lub kogokolwiek z pracowników, aby Ci informowali ją niezwłocznie o pojawieniu się szanownego pana Villiersa u panienki Watson. Słowa Caspra zrobiły z niej jeszcze większego intruza, jakby byli tylko znajomymi z Hogwardzkich korytarzy, którzy rzadko mówią sobie cześć. Poczuła jak cholerny ból rozlewa się od jej klatki piersiowej po całym ciele. Nic jednak nie odpowiedziała, zmrużyła tylko oczy patrząc się na niego bez wyrazu, jakby faktycznie prawie w ogóle się nie znali. Nie zajmowała sobie jednak głowy patrzeniem na niego, tylko przeniosła wzrok na Coco, wszak dla niej się tutaj pojawiła. Przyjęła na klatę jej wzmiankę o tym, że jest tu bardzo mile widziana i wszyscy cieszą się na jej widok. Jednak dalej stała, nie wybiegła z płaczem lub z wyzwiskami na ustach. Stała i czekała. W końcu Villiers wstał i ruszył w jej kierunku z zamiarem opuszczenia sali, ale zaraz u jego boku pojawiła się Coco ze swoimi słowami udręczonej i jęczącej. De Lurien cofnęła się więc automatycznie, stając w drzwiach, także nikt nie mógł wejść ani wyjść z sali. Widziała to całe przedstawienie i z każdym słowem i gestem Coco zaciskała coraz mocniej pięść. Rósł w niej coraz mocniejszy ból. To oczywiste, że pierwsze skrzypce grała tu Coco ze swoim Villiersem u boku. Nie zapominajmy jednakże, że Chantal nie pragnęła tej miłości. Próbowała, tak bardzo próbowała wszelakimi sposobami wyrwać z siebie to uczucie. Chciała go znienawidzić, chciała, aby stał się jej obojętny. Chciała nie czuć jego bólu. Chciała mu nie współczuć. Chciała wyzbyć się chęci przytulenia go za każdym razem, gdy dostrzegała choć maleńki cień smutku. Tak bardzo przeklinała się każdego dnia, że pozwoliła sobie na to. Że sama wplątała się w tę głupią relację, gdy mogła ją zakończyć, widząc co zaczyna się z nią dziać. Może miała nadzieję, albo po prostu nie chciała uciekać, bo wydawało jej się, że udźwignie to i nie da po sobie poznać, że cokolwiek nie jest między nimi tak jak wcześniej. Nie potrafiła.
No i na koniec lament Coco, o tym jaka to ona jest nieszczęśliwa i winna całemu złu tego świata. Oczywiście kilka dziwek w swoim kierunku paść musiało, aby potem z werwą i zapałem zdrowej niewiasty powrócić do łożeczka i płakać w szpitalne pierze. To był właśnie moment dla Chantal. Nie mogła pozwolić Villiersowi wyjść, przecież chciał to zrobić przez nią.
- Trzymaj się Coco, spodziewaj się listu.. - wykrztusiła z siebie, ledwo przeciskając każdą literkę przez swoje zaschnięte gardło. Zagrała jakby między nimi wszystko było ok, ale przecież chciała żeby tak było i po to tu przyszła. Przeprosiny będą potem. Zrobi t w nieco innej kolejności. Potem popatrzyła na Ślizgona. Bez wyrazu, bez uczucia. Chciała przynajmniej, żeby to tak wyglądało i miała nadzieję, że oczy ją nie zdradzą. Zawsze zdradzały. Wszyscy którzy dobrze ją znali zawsze wiedzieli, kiedy Chantal przybiera swoją maskę obojętności. Liczyła więc na to, że Casper był tylko fikcyjnie w tej całej opowiastce o prawdziwej przyjaźni i dwóch super kumplach i w ogóle i nie zwróci nawet uwagi na jej patrzałki. Zmrużyła więc oczy i bezdźwięcznie szepnęła do niego słowa, które przyszły jej jeszcze ciężej niżeli poprzednie.
- Nie bądź tchórzem.. - musiał zrozumieć co mu szepnęła. Ile razy obgadywali tak osoby trzecie, siedząc w ich towarzystwie. Tego była pewna. Po tym wycofała się i zamknęła za sobą drzwi. Chciała wrzeszczeć lub cokolwiek, co przyniesie jej ulgę. To dziwne, ale pierwsze o czym pomyślała nie było kieliszkiem ognistej ani działką cracku, tylko jej starym poczciwym ColeClarkiem. Potrzebowała teraz swojego akustyka, tak bardzo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 25
Skąd : Anglia, Cambridge
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1292
  Liczba postów : 1621
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5219-casper-villiers
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9145-nowy-poczatek-jest-koncem-czy-jeszcze-nie#256103
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9144-nowa-sowa#256102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7167-casper-villiers#204308




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Sob Sty 18 2014, 19:10

To było złe miejsce. Dzisiejszego wieczora nie powinno być tu Chantal de Laurien, nie powinna ona zobaczyć tu Caspra Villiersa, który chciał po prostu przyjść i wyjść. Uważasz, że to bezsensu? Masz prawo go oceniać? Wkładać do ramek, aby stwierdzić, że tam nie pasuje? Casper od małego widział świat tak jak go powinien widzieć mały chłopiec. Chciał zostać mistrzem quidditcha, mieć piękne relacje z przyjaciółmi, chciał korzystać z życia, co by w końcu odnieść zwycięstwo... Towarzyskie, prywatne, uczuciowe, te na boisku. Casper Villiers nie mógł się potknąć, plan był zbyt napięty, aby to zrobił. Aż tu nagle okazało się, że wszystko co się dzieje to szereg upadków powodowanych wcześniejszymi. Efekt domina. Nie wiesz jak to wygląda, popatrz na jego życie... A jak nie popatrzysz, to też nic nie stracisz. To nie jest w końcu teatr, że powinieneś siadać w pierwszym rzędzie co by zobaczyć, usłyszeć i poczuć więcej. A Casper ostatnio miał właśnie takie wrażenie. Wszyscy pchali się na pierwszy plan. A on nie był nikim specjalnym. Jego była żona wydawała się nadal być obecną w swoim mniemaniu. Jego była dziewczyna zdążyła zajść w ciążę z jego kumplem, choć wszystko wydarzyło się w innym czasie, to i tak miał wrażenie, że własnie upadł po raz kolejny. Jak to możliwe, że Kai okazał się takim sukinsynem? Jak to możliwe, że Chantal się w nim zakochała? Czemu zawsze wybieramy niewłaściwą miłość? To pewnie dlatego, że pozornie uważamy, że na nią zasługujemy. Może w innych okolicznościach doceniłby starania de Laurien, lecz nie widział w niej nic, na co chciałby patrzeć przez resztę życia. W porządku, była atrakcyjną kobietą, dobrze spędzało się z nią czas, ale gdy Casper poczuł się osaczony po prostu zniknął stając się chamskim bardziej niż zwykle. I znikał z życia każdego po kolei. Tracił kumpli przez kobiety, tracił kobiety przez kumpli, stracił matkę przez ojca, stracił ojca przez siostrę, stracił siostrę przez życie. A życie? Życie stracił przez związek, przez nieudane mecze, przez wszystko, co smakowało zbyt gorzko, a on głucho wierzył, że jeszcze jeden łyk i wszystko się jakoś ułoży. Nie ułożyło się. To za dużo emocji, lecz właśnie o tym powinniśmy rozmawiać. Casper wydawał się być zanadto zamyślony, by ułożyć coś sensownego. Bronił się od tej rozmowy, kiedy CoCo rzucała w niego stekiem szczerych słów. Jeszcze liczyła, że on się zmieni, że powie, że to żart. Nie powiedziałby. Nadal w jego sercu zbierał się kurz, którzy zatykał przejście do tego, co oboje chcieliby zrobić. Casper skoczył... Właśnie gruchnęły wszystkie kości. Miał zacząć od nowa. Z CoCo miało być łatwiej, bo w końcu długo się już kumplowali. Ale właśnie teraz była ciężarna... Właśnie teraz, kiedy on... Po raz kolejny wiedział jedną rzecz... Że nie może uciec z uczelni Hogwartu, gdy nie ma odwagi patrzeć na Younga, bo jedyne co by zrobił to by plunął mu w twarz. I powinien się teraz karmić nienawiścią do niej, powinien to robić. W końcu Kai nie przeleciałby jej gdyby ona tego nie chciała. A przecież użyczyła mu ciała... I wywrócił brwiami zaciskając pięści. Cały sekret polegał na tym, że Casper nie miał już siły krzyczeć, nie miał już siły słuchać tępych tłumaczeń. Nie umiał wybaczać. Nie chciał widzieć nikogo...A tu była Chantal. Chantal, której unikał.
Był pusty, bo faktycznie właśnie teraz zaczął myśleć o magicznej gospodarce i wartości galeona na świecie. Fakt. Było wyjście. Mógł wyjechać, kupić mieszkanie gdzieś indziej, a raczej je wynająć. Wszak na nic innego nie miał pieniędzy. Spisać na kartce fakty ze swojego życia, które chciałby zachować w pamięci i rzucić na siebie zaklęcie zapomnienia. Zacząłby gdzies indziej. Imię CoCo obijałoby się gdzieś bezsensownie w głowie, aczkolwiek nie reagował by na nie w ten bliżej nieokreślony sposób naszpikowany emocjami godnymi nie jednego autora tragedii. Casper nie miał do czego wracać, dlatego nie spieszył się, aby wyjść ze szpitala. Choć doskonale wiedział, że wybiła godzina. Że jeśli już wyjść, to teraz. Nie obracając się, nie mówić, że warto. Niech go zapamięta jako skurwysyna, niech wie, że miała powód żeby tak o nim myśleć.
W jakiś sposób nie chciał jej karmić wyrzutami sumienia. Bo jedyna osoba, którą w życiu kochał to była wpierw jego matka, a teraz ta druga, która nosiła w sobie życie. Życie, za które on oddałby siebie, gdyby wiedział, że dotyczy jego. Bo nie dbałby już o nic. Ale nie wiedział, nie chciał. Nie byłby gotów. Nie uniósłby tego. Musiałby dorosnąć. Bo nie ukrywajmy, że "kochać" to nie znaczyć po prostu być. To tępa gadka. To musi być coś innego... Wspólne pasmo zmartwień, wspólne życie. Wspólne wszystko.
Casper potrzebował kilku godzin, na ułożenie nowego planu. Puste oczy trafiły na Chantal, która nie kazała mu być tchórzem. Casper Tchórz Villiers. Jakże miło.
- Jasne Szan. - Rzucił chłodno, gdy już drzwi się zamknęły, a on liczył do pięciu by dać jej czas na przejście przez korytarz, co by się nie spotkali przed wyjściem. Nie chciał jej widzieć. To za dużo dla niego.
Ale za to spojrzał w pustą ścianę w sali. Nie wiedział czymże CoCo zasłużyła sobie na to, że leżała tu sama. Nie zastanawiał się zbyt długo. Spojrzał na nią na zbyt spokojnie.
-Uważasz, że rozjebałaś mi przyjaźń? W tym wszystkim wciąż Cię obchodzi pierdolony Young, który wyjebał się na swoją blond piękność byle Cię wyruchać. Wy baby doskonale wiecie co to znaczy kochać. Co Ci powiedział, że rozsunęłaś nogi? Każda rzecz wpływa na jebane życie. Dosłownie każda. Wciąż przypominasz mi o nim, jakby był pieprzonym królem. Nie jest. Nie będzie. Dla mnie sięgnął dna. Przyjechał tu po zwycięstwo, a jedyne co zrobił to cię przeleciał. Taki odpowiedzialny Kai, taki przyjaciel. No w chuj. Uwielbiam go. Poza tym... Mam Cię skurwić? Mogę mówić każdemu, że jesteś kurwą każdemu. Ale nie Tobie. Nie jestem w stanie patrzeć na Ciebie i mówić tak gdy widzę, że Cię to boli. Powinnaś zasnąć, wypierdalać w ramiona Morfeusza. O niego nikt nie będzie zazdrosny. Ta pojebana po co tu przyszła? Serio ją wezwałem? Serio? Taka Twoja przyjaciółka, a przez ostatni miesiąc pracuje nad tym jak wskoczyć mi do łóżka. Nie wskoczyła w gwoli ścisłości. Nie wskoczyła kurwa... A wiesz czemu? - Tu podszedł do krawędzi łóżka, by pochylić się nad nią i ścisnąć nadgarstek.
- Nie wskoczyła, bo obiecałem Ci ten miesiąc, obiecałem że będę Ci wierny. Nie powiedziałem Ci niczego wprost, chciałem się najpierw przekonać, że umiem, ale Ty przeniosłaś mi coś... Czego nie uniosę. - Tu mimowolnie ułożył dłoń na jej brzuchu. - To już mam. Nie chciałem tego od Ciebie. Miałaś mi dać coś innego, miałaś być moją dziewczyną, moim kimś. To miało być nowe. Ale nie. Wolałaś się pierdolić z moim kumplem, zaciążyć, a teeraz błagać żebym Cię skurwił. Miał Ci usunąć poczucie winy? Co mam zrobić Watson? Co chcesz usłyszeć? Nie powiem Ci już nic. Nie zrobię nic. Wolę, żebyś nadal była głucha na moje zachowania. - I tu wstał gwałtownie przy czym kopnął krzesło na którym wcześniej siedział tak, że poleciało ono na drugą stronę sali.
- Będzie zajebistymi rodzicami. - I wyszedł, i trzasnął drzwiami. A po nim zajrzała tu pielęgniarka machając rękoma, machając calym ciałem, co by uspokoić mężczyznę, który wyszedł, żeby zajrzeć do pacjentki... Chyba tylko pielęgniarka wiedziała, co ma teraz zrobić. Bo chyba zarówno CoCo i Casper byli zbyt rozkurwieni.

[zt x2]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 23
Skąd : Bristol
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 648
Dodatkowo : rezerwowa szukająca
  Liczba postów : 982
http://czarodzieje.my-rpg.com/t3996-clara-hepburn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t3997-moja-mala-blondyneczko#119583
http://czarodzieje.my-rpg.com/t3998-listy-do-panny-hepburn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7180-clara-hepburn




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Nie Sty 19 2014, 15:06

Idąc w kierunku oddziału położniczego, Clara zastanawiała się w jakim stanie będzie Coco. Niby Watson była zdolna do pisania listów, ale kto wie, może kontrast między tą tak dobrze znaną Clarze kuzynką, żywotną i z łobuzerskim błyskiem w oku, a między jej wersją, która blada zalega na łóżku, trzymając się za brzuch, będzie szokujący? Sama Hepburn nie potrafiła sobie siebie wyobrazić w takiej sytuacji i to świadczyło o tym, jak te dwie kuzynki się różniły. W ogóle ogarnęłyśmy ze Scarlett, że przecież Oliver, który jest byłym SMS i Coco, która się z kolei z SMS ziomkuje, są dość zabawno-tragiczni, uwzględniając te wielkie hejty między Scarlett a Clarą! Ale no, uznajmy, że Hepburn jakoś musi żyć ze świadomością, że rodzina akceptuje tego największego wroga, wredną i fałszywą sukę, jaką dla gryfonki była Saunders.
Ale wracając! Przez moment, Hepburn nawet wyrzucała sobie, że pozwoliła, aby coś takiego spotkało Coco, ale jednak doszła do wniosku, że jej czerwonowłosa kuzynka zawsze robiła to, na co miała ochotę i trudno byłoby ją przed własnymi błędami uchronić. I to z pewnością było cechą wspólną, łączącą wszystkich członków tej rodzinki.
Ubrana w jeansowe ogrodniczki z narzuconą nań kurtką, we włosach spiętych w dość chybotliwego, przez osoby niesamowicie dobrej woli nazwanego "artystycznego" koka, uchyliła drzwi na oddział, a później z pomocą jednej, pulchnej - chyba o dość surowym usposobieniu - pielęgniarki, trafiła przed salę, gdzie, jak twierdziła pielęgniarka, leżała Watson. Pielęgniarka zapukała w drzwi, wieszcząc przybycie gościa (Clara odniosła wrażenie, że ta kobieta chyba każdego uznawała za nieproszonego), a później poczłapała dalej, posyłając Clarze zza ramienia groźne, niby-to-dyskretne-a-wcale-nie spojrzenia, mające chyba zaznaczyć, że ma ją na oku! Wszakże drobna, piegowata blondynka w ogrodniczkach musiała wyglądać na rasowego morderce dziewcząt z zagrożoną ciążą.
- Coco? - zapytała ostrożnie, uchylając drzwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 23
Skąd : Manchester.
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5
  Liczba postów : 834
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6883-coco-r-watson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6885-drink-up-with-me-now
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6886-wiem-ze-chcesz-do-mnie-napisac




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Pon Sty 20 2014, 21:16

Życie wypadło jej z rąk, na własne życzenie. Można się zastanawiać dlaczego – skoro tak naprawdę wyznawała zasadę: nie ważne jak, nie ważne czemu, byle żyć na full. Tak jakby miało nie być jutra.
Tak jakby miało nie być jutra.
No i właśnie tego jutra nie było, a przynajmniej nie było widoków na jutro, skoro przecież ten, do któregoś COŚ czuła odszedł. Na własne jej życzenie? Być może, ale właśnie w tej chwili powinni układać już chyba życie oddzielnie. Jednak czy aby na pewno?
Oliver Watson. Charlie Watson. Clara. W tym wszystkim była Clara, o której fakt faktem Coco zapomniała, ale nie dlatego, że nie cierpiała kuzynki. Wręcz przeciwnie – uwielbiała ją, ale… Jakoś tak za dużo się działo. I gdyby nie to, że szanowna pani prefekt napisała do Coco to pewnie nawet nie przypomniałaby sobie jej nazwiska, bo przecież… Watson zapominała o wszystkich izolując się od tych, na których jej zależało. Najpierw brat, potem chłopak, przyjaciółko. No kurwa, co miała z tym wszystkim zrobić?!
-Clara? – Coco podniosła się wygodniej na łóżku, wbijając szare tęczówki w dziewczynę, ale… Nie rozpłakała się. Uwaga, nie miała siły po raz kolejny beczeć ale naprawdę chciała to zrobić, jednak na ten moment wolała zgrywać twardą panienkę, której nic nie rusza. I co z tego, że serce jej pękało? Nie, nie pękało. Już pękło, a przecież Villiers obiecał, że jej nie skrzywdzi, i co jej dał? Fakt, w dużej mierze to wina Coco, ale who cares!
-Dzięki, że przyszłaś mała. Serio. Opowiadaj co w szkole, jak prywatnie w życiu Ci się układa… Bo jak widzisz, u mnie się dzieje! – Parsknęła śmiechem i pokręciła z dezaprobatą głową. Nie mogła się śmiać, bo wszystko ją przez to bolało. Każdy najmniejszy ruch był nie do wytrzymania, ale to chyba przez to, że od ponad siedemdziesięciu dwóch godzin leżała niemal w bezruchu. To smutne. Dobrze, że jeszcze tylko dwa dni. Dwa pieprzone dni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 23
Skąd : Bristol
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 648
Dodatkowo : rezerwowa szukająca
  Liczba postów : 982
http://czarodzieje.my-rpg.com/t3996-clara-hepburn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t3997-moja-mala-blondyneczko#119583
http://czarodzieje.my-rpg.com/t3998-listy-do-panny-hepburn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7180-clara-hepburn




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Wto Lut 04 2014, 13:49

Ośmielona Clara klapnęła na brzegu łóżka Coco, poddając kontemplacji to, czy może kuzynkę przytulić. Wyglądała jednak ona na tyle kiepawo, że Hepburn miała wątpliwości, czy nie połamałaby tego rudzielca, więc wstrzymała się z radosnym tuleniem, nerwowo miętoląc brzeg pościeli w dłoni. Gdyby Watson się jednak rozpłakała, Clara zapewne już nie powstrzymałaby przypływu czułości i, zapewne o zgrozo, własnych łez. Ten kontrast między dobrze znaną jej kuzynką, pełną życia i czaru, a tą zmęczoną, bladziutką dziewczyną, zapadającą się w pościeli szpitalnego łóżka, był aż nazbyt widoczny, aby go zignorować.
- U mnie spoko. - rzuciła, chyba trochę za szybko, jak gdyby mając wrażenie, że ciężar jej własnych problemów mógłby jeszcze bardziej obciążyć Coco. Zresztą, doprawdy, obecne problemy Clary, w porównaniu do tych, z którymi borykała się Coco, były problemami gównianymi i Hepburn aż głupio byłoby się teraz przed kuzynką otworzyć. Istniała możliwość, że Ruda wyśmiałaby jej błahe, zazdrosne foszki o płonące wile.
- Naprawdę, może pogadamy o tym, jak jakoś poradzimy sobie z tobą - wskazała na Coco i nawet zdobyła się na uśmiech, który nie wyglądał na aż tak wymuszony, jaki w istocie był! Stan Coco naprawdę ją przygnębiał. - Ale naprawdę, Coco, proszę wszystko po kolei. I bez wykrętów, hm? Chcę wiedzieć, kto... kto no wiesz. - ruchem głowy wskazała na brzuszek kuzynki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 29831
  Liczba postów : 46099
http://www.czarodzieje.org/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Nie Paź 22 2017, 18:12

Azalia dobrze wydedukowała, że dolegliwości młodszej kobiety coś więcej niż tylko zbyt wczesna, w dodatku dziwnie bolesna menstruacja. Szybko podjęła odpowiednią decyzję, jaką było przewiezienie pacjentki na mały oddział ginekologiczno-położniczy, gdzie większością pacjentek były świeżo upieczone mamy.

Kostki:
 


@Azalia Aristow @Clary Fajfer
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Wrocław, Polska
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 493
  Liczba postów : 298
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14988-clary-fajfer#399015
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14998-znajomosci-fajfer#399175
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14997-poczta-fajfer#399173
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14996-clary-fajfer#399172




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Pon Paź 30 2017, 17:39

Clary miała już wszystkie dosyć. Chciała aby było po wszystkim. Chciała wyjść położyć się do łóżka i o wszystkim zapomnieć. Jednak chyba będzie musiała zostać na trochę w szpitalu. Nie chciała tego nie lubiła szpitali, no ale jak mus to mus co poradzić. Dzięki szybkiej reakcji dziewczyny, Clary została przeniesiona na specjalny oddział. Bała się co wykażą badania, bała się jednak z drugiej strony zaczynała się domyślać, że straciła dziecko. To nie mogło o niczym innym świadczyć chociaż, może jej coś tam pękło. Nie chciała się stresować bardziej, jednak nie potrafiła przestać o tym myśleć. Z chęcią by sobie zemdlała i obudziła się po wszystkim jednak nawet i to przychodziło jej z wielkim trudem. Gdy weszły do sali było tam pusto, to przerażało Clary w tym momencie, takie puste sale nie wróżą niczego dobrego. I miała racje, po chwili usłyszały jakieś odgłosy, które po chwili okazały się odgłosami wielkiego robaka. Clary chciała krzyczeć jednak nie miała siły, nie miała siły nawet aby wyciągnąć różdżkę. Bała się tego, miała nadzieje, że kobieta, która tutaj z nią jest będzie w lepszym stanie psychicznym i uda im się to jakoś pokonać. - Niech pani coś zrobi - wyszeptała, nie była w stanie krzyczeć ani nawet głośniej coś powiedzieć.


Kostki: obie po 4 więc 8
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Skąd : Norwegia
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 23
  Liczba postów : 318
http://www.czarodzieje.org/t12002-azalia-aristow
http://www.czarodzieje.org/t12007-ktore-oblicze-chcesz-poznac#322907
http://www.czarodzieje.org/t12005-sowa-freyr
http://www.czarodzieje.org/t12006-azalia-aristow#322905




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Nie Lis 05 2017, 12:03

Prowadziła wózek szybkim krokiem na oddział. Nie chciała tracić czasu, w niektórych przypadkach liczą się sekundy jeśli chodzi o wykonanie badania, jednak tutaj już chyba nie było na co czekać. Azalia używała jak najmniej słów by nie denerwować pacjentki, która i tak już była w wystarczająco złym stanie. Niepotrzebne nerwy to nic dobrego.
Kiedy już dotarły na miejsce było wyjątkowo pusto, lepiej dla nich a raczej dla samej Clary. Jednak tłok dookoła nie sprzyja, nie ma tej prywatności.. chociaż tutaj nie ma się czego wstydzić, wśród samych kobiet. Nic nowego i nie wcale takiego nienormalnego, ale wystarczy być jeszcze młodą osóbką by zwyczajnie się wstydzić.
Chciała podejść do jednego z łóżek i pomóc dziewczynie położyć się na łóżku, i od razu wezwać Uzdrowiciela. Jednak w tym postanowił im przeszkodzić latający robal...Trutniowiec, no co on tutaj w ogóle robił? Starała się zachować spokój bo panika w niczym nie pomoże, a Azalia dobrze wiedziała o swoim poziomie umiejętności obronnych. Byle stworzenie się nie zdenerwowało, cofając się powoli z powrotem do wyjścia wyjęła z głębokiej kieszeni fartucha swoją różdżkę by mieć ją w pogotowiu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 29831
  Liczba postów : 46099
http://www.czarodzieje.org/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Wto Lis 07 2017, 13:35

Trutniowiec nie okazał się być bardzo agresywnym osobnikiem. Co prawda wyłonił się zza szafy zainteresowany tym kto mu przeszkadza, ale nie rzucił się na dziewczęta. Trzymajcie nerwy na wodzy!

Kostki dla Clary:
 

Kostki dla Azalii:
 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Skąd : Norwegia
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 23
  Liczba postów : 318
http://www.czarodzieje.org/t12002-azalia-aristow
http://www.czarodzieje.org/t12007-ktore-oblicze-chcesz-poznac#322907
http://www.czarodzieje.org/t12005-sowa-freyr
http://www.czarodzieje.org/t12006-azalia-aristow#322905




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Czw Lis 16 2017, 22:09

Gdy wraz z wózkiem zbliżyła się z powrotem do drzwi, nie spuszczając przy tym Trutniowca z oczu. Dosłownie szła tyłem w tym samym kierunku jak weszła do sali. Nie szczędziła głosu by zawołać kogoś kto by się zajął się intruzem, który wziął się tu nie wiadomo skąd. Oby tylko pacjentka nie była na tyle czepialska o takie rzeczy, przecież może uznać, że coś takiego w ogóle nie powinno mieć miejsca w szpitalu. Na prawdę, ludzie bywają różni i potrafią narzekać nawet i na zbyt zimne dłonie Uzdrowiciela. Ciekawa była kiedy Azalia będzie mogła opowiadać tego typu historie... niczym z krypty, legendy. na pewno pochwali się o spotkaniu wielkiego robactwa.
W każdym razie szybko przybiegł dyżurny, który kazał jedynie chwilę odczekać Azalii na boku i po prostu nie wchodzić w paradę. No cóż, nie chciała sama ryzykować przy unieszkodliwieniu Trutniowca, kto wie co by się stało gdyby rzuciła zaklęcie. Nie musiała czekać długo i mogła zająć się rudowłosą.
Pomogła jej położyć się na jednym z łóżek i zaczęła szukać rękawiczek.
-Pozwoli pani, że ja panią zbadam- przy takim zdaniu nijak mogłaby poprosić o kogoś innego. Poza tym gdyby miała jakieś wątpliwości to zawsze może kogoś zawołać o pomoc... ponownie. Odgrodziła łóżko zasłoną, żeby zadbać o prywatność pacjentki.
Minęło piętnaście minut, bardzo cichych. Blondynka nic nie mówiła i robiła swoje. Nie chciała patrzeć na początku w twarz dziewczyny, ale nie miała wyjścia. Zdjęła rękawiczki i wrzuciła je do kubła na odpady. Zdobyła się na spojrzenie jej w twarz, pierwszy raz będzie przekazywać taką wiadomość.
-Bardzo mi przykro. Nie mam wątpliwości co do tego, że krwawienie nie było przed wczesną menstruacją - wstrzymała się na dwie sekundy by nabrać powietrza w ust i po prostu to powiedzieć -To poronienie. Etap prawdopodobnie tak wczesny, że mogła pani nie wiedzieć, że była pani w ciąży - złapała za zasłonę i zacisnęła ją mocno - Nic pani nie zagraża, poza tym wszystko jest w porządku. Nie konieczna będzie dalsza obserwacja, wszystko poszło... bez komplikacji. Może pani tutaj jeszcze poleżeć, odzyskać siły. Gdyby coś się działo proszę wołać - najgorsza część za nią. Nie wiedziała czy użyła dobrych słów, bo mogły nie brzmieć odpowiednio, ale inaczej nie dało się określić jej stanu. Bez słowa pożegnania po prostu poszła, pozostawiając dalej zasłonięte łóżko. Nie chciała tego przeciągać i zostawić dziewczynę na osobności.

Kostka: 5

z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Austria
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 688
  Liczba postów : 141
http://www.czarodzieje.org/t15596-aurora-von-schwarzenberg
http://www.czarodzieje.org/t15600-tylko-dla-formalnosci#420083
http://www.czarodzieje.org/t15704-virgo#423795
http://www.czarodzieje.org/t15598-aurora-von-schwarzenberg#419759




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Nie Wrz 23 2018, 19:59

Tym razem było inaczej. Wiedziała że się zaczyna, jeszcze zanim się cokolwiek zaczęło dziać. Termin się zbliżał wielkimi krokami, to fakt, ale było jeszcze kilka dni. Ona jednak wiedziała, gdy poczuła pierwszy skurcz, że to już. Była 7 rano 22 września. Zerknęła na zegarek i dokończyła robienie kawy dla Doriena. Z uśmiechem na ustach wysłała go do pracy, całując mocno, jakby dziś świat się kończył, a gdy jeszcze oszołomiony po nagłym przypływie nadmiernej czułości stał chwilę w korytarzu, bezceremonialnie wypchnęła go za drzwi.
Koło dziesiątej poprosiła skrzata, by przygotował wszystko na opuszczenie domu do szpitala, ale wciąż zwlekała z powiadomieniem męża o tym co się dzieje. Poszła się zdrzemnąć, ale skurcze, coraz mocniejsze i częstsze obudziły ją ledwie godzinę później. Zajęła się sobą - wzięła prysznic, pomalowała się (prawdopodobnie ostatni raz w najbliższym czasie) i z braku laku zaczęła robić obiad na jutro dla Doriena. Była pewna że zapomni o jedzeniu gdy tylko się zorientuje co się dzieje.
W przeciwieństwie do sytuacji sprzed miesiąca w bibliotece, wiedziała co się dzieje. Skurcze, mimo że bolesne, nie były aż takie złe - nie wiedziała od czego to zależy. W ostatnim czasie chodziła na szkołę rodzenia, dużo czytała i sporo rozmawiała. Podobno wszystko zależało od ostatecznego przygotowania i póki co się to sprawdzało.
Zerknęła na zegarek i jak na zawołanie w drzwiach stanął Dorien. Minął prawie cały dzień, ale wiedziała że jeszcze mają chwilę czasu. Standardowo dała mu buziaka na przywitanie i wcisnęła okropnie ciężką walizkę w ręce.
To by było na tyle z przygotowania małżonka do porodu.
- Zaczęło się - wyglądała na podekscytowaną, nie przerażoną. - Za 30 sekund będę miała skurcz, zaraz po nim teleportuję nas do Munga.
Jak na znak, skrzywiła się nieznacznie. Skurcze robiły się mocniejsze, dłuższe i boleśniejsze. Jej palce były zaciśnięte na jego płaszczu, a głowa oparła się o klatkę piersiową. Sekundy wlokły się niemiłosiernie, gdy stali w przedpokoju, z walizką do szpitala we wrześniowe popołudnie.
Po chwili uniosła głowę i kiwając głową na znak... teleportowała ich do szpitala.

Od tego momentu wszystko działo się dla niej bardzo szybko. Na miejscu została od razu przyjęta i z miłą opieką zostali oboje zaprowadzeni do sali w której miało na świat przyjść ich dziecko. Skurcze były już co dwie minuty, więc Aurora chodziła dosłownie po ścianach. Ból zaczynał jej przeszkadzać bardziej niż wcześniej i trudniej było jej zachować spokój. Odeszły jej wody i wszystko wskazywało na to, że jeszcze dziś powitają na świecie swojego pierwszego potomka.
Jak na złość, koło 21 skurcze zniknęły zupełnie na prawie godzinę. Była to przyjemna odmiana, ale zatrzymanie akcji nie było dobre, nie w takim momencie. Brak wód był niebezpieczny dla dziecka i w pomieszczeniu zebrało się kilku magomedyków którzy próbowali rozeznać się w sytuacji.
Ostatecznie w ostatniej chwili przed decyzją o operacji powróciły skurcze i decyzja została odsunięta w czasie.
Nie była specjalnie rozmowna, musiała to przyznać. Na tym etapie, była już przede wszystkim zmęczona, bo akcja trwała już ponad 15 godzin. Wiedziała tylko, że gdyby nie Dorien, to pewnie by uciekła w diabły już dawno temu. Jego obecność obok, mimo że to musiało być dla niego trudne, była dla niej cholernie kojąca. Nie umiała mu tego nie powiedzieć, gdy chwilę po północy wciąż dzielnie trzymał jej dłoń, mimo że prawdopodobnie połamała mu już kości w palcach.
W końcu, coś się zmieniło.
Wysłała męża po położną, a gdy tylko wrócił niemal warcząc, jego ukochana, delikatna żona kazała mu się wynosić na korytarz. A to mogło znaczyć tylko jedno.
Ta część prawdopodobnie dla niego musiała być najgorsza. Trwało to 45 minut, ale dla niej było niczym mrugnięcie okiem. Ot, chwila, oddechy z położną i...
I TEN dźwięk.
Drżała, gdy w jej ramionach wylądowała najpiękniejsza istota na ziemi. Idealna, perfekcyjna... bogowie nordyccy, jak ona pachniała... Jej krzyk rozdarł noc na dwie części, na świat przed nią i świat po jej pojawieniu się tutaj. Jak mogła się zastanawiać kiedykolwiek co powinna zrobić? Jak kiedykolwiek, choćby przez ułamek sekundy mogła by pomyśleć że jej nie chce?
Pogładziła drżącym palcem czoło dziewczynki w jej ramionach, która czując dotyk matki od razu przestała płakać. Świat się zatrzymał i zaczął kręcić w drugą stronę dokładnie o 2:04 23 września 2018 roku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nieokreślony
Wiek : 25
Skąd : Brighton
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 2691
  Liczba postów : 774
http://www.czarodzieje.org/t14237-d-e-a-dear
http://www.czarodzieje.org/t14351-dead#379532
http://www.czarodzieje.org/t14509-lumiere
http://www.czarodzieje.org/t14386-skrzynia-umarlaka#380806




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Nie Wrz 23 2018, 22:36

Tak bardzo chciał syna. Wszystkim wokół mówił, że czeka na Księcia. W czasie, gdy podchodził do sprawy bez większych emocji, gdy jeszcze zastanawiał się, czy podjęli dobrą decyzję, przekonywał sam siebie, że to na pewno będzie chłopiec. Będzie miał dziedzica. Przecież dlatego się ożenił. Jakkolwiek szczera i honorowa była Aurora, tak nie mógł być pewien, czy nie zapuka któregoś dnia do drzwi z dzieckiem na ręku, albo nawet sam syn nie wtargnie nagle po dwudziestu latach do domu ojca, domagając się należnego mu majątku. O ile małżonkowie między sobą nie określali płci dziecka, mówiąc o nim po prostu per 'dziecko', tak gdy ktoś z zewnątrz podpytywał, odpowiedź brzmiała, że czeka na Williama, mimo że nigdy z żoną nie ustalili imienia.
Ich małżeństwo było zgodne. To chyba najtrafniejsze określenie. Dbali i troszczyli się o siebie nawzajem. To był układ bez wyjścia, także całe szczęście, że byli wobec siebie przyjaźnie nastawieni. Nie powiedział żonie, że widział się ze swoją poprzednią ukochaną. Czy to już kłamstwo? Być może. Zataił sprawę. Uznał, że tak będzie lepiej. Przecież nic się między nimi nie wydarzyło, spędzili tylko kilkanaście minut na rozmowie. To nie zdrada. A właśnie takie niepewności mogłyby zaszczepić się w myślach Aurory, gdyby była świadoma. Niepotrzebnie.
Im bliżej było wyznaczonego terminu porodu, tym bardziej się denerwował i docierało do niego, że to się dzieje naprawdę. Że wziął ślub, ma żonę, która jest w ciąży i będą mieć dziecko. Będą rodziną. I czy mu się to podoba czy nie, to musi dorosnąć i wziąć odpowiedzialność. Odpychanie i zaprzeczanie faktom działałoby niepożądanie, nieuchronnie prowadząc do kłótni i pewnie ostatecznie do rozwodu. Ruth nie była już ważna. Teraz miał Aurorę i, już niedługo, małego Williama.
W piątek wieczorem już wiedział, że będzie musiał iść do pracy w sobotę. Mieli za dużo niedomkniętych spraw i wciąż za mało rąk do pracy. Codziennie prosił i powtarzał, żeby nie wstawała, że sam sobie zrobi kawę i śniadanie. Po incydencie w księgarni obawiał się, że w każdej chwili mogą wylądować w szpitalu. Zapamięta tę sobotę do końca życia. Nie tylko dlatego, że Claude tak bardzo zaciął się papierem, że aż krzyknął na całe biuro, ale przede wszystkim ze względu na walizkę, która czekała tuż przy drzwiach wyjściowych domu w Brighton. Stał z rozdziawionymi ustami i uniesionymi brwiami, absolutnie porażony, gdy powiedziała, że za chwilę będą w Mungu. Abstrakcja.

Wycierał jej czoło chłodną gazą, trzymał za rękę i powtarzał, że musi być silna i że zaraz będzie po wszystkim. ‘Zaraz’ trwało jeszcze kilka godzin. Trudno było mu patrzeć na jej cierpienie, słuchać krzyków i płaczu, ale wiedział, że musiał być dla niej oparciem, zachować względny spokój – a przynajmniej zgrywać opanowanego. Byli bliscy cesarki, ale wtedy skurcze wróciły i było już za późno. Spędził przy łóżku szpitalnym łącznie dziewięć godzin, praktycznie nie ruszając się z sali. Potem tylko wybiegł po pomoc, a gdy wrócił, Aurora, wyklinając go i wcale nie przebierając w słowach wyrzuciła go z pomieszczenia. Zrozumiał. Tłumaczył to sobie jej bólem, oszołomieniem. Zresztą, nie był pewien, czy byłby w stanie wytrwać tam do samego końca i być świadkiem momentu narodzin ich dziecka. Najpierw siedział pod salą, słuchając wycia Aurory zza ściany. Potem poszedł po kawę. Potem wyszedł na zewnątrz. Bez płaszcza było mu trochę chłodno o 1.45 w nocy, dobrze, że nie padało. Przed wyjściem poprosił kogoś o papierosa. Kiedy wrócił, ostatnie nawet niecałe dziesięć minut dłużyły mu się okrutnie. I wtedy właśnie usłyszał dziecięcy płacz, krzyk noworodka. Merlinie, stało się. Był ojcem.
Nagle opuściło go całe zmęczenie – którego przecież nie śmiał porównywać ze zmęczeniem jego żony – i kiedy tylko został poproszony o wejście do środka, nie potrafił opanować emocji. Nie wstydził się zupełnie, że oczy mu się zaszkliły, a uśmiech naprawdę rozciągał się od ucha do ucha. Te niepewności odpłynęły. Myśli o usunięciu ciąży nigdy nie istniały. Widział tylko różowego Robaczka, leżącego plackiem na piersi Aurory, w którym zakochał się od pierwszego wejrzenia.
– Jest idealne – odezwał się cicho, nieśmiało podchodząc do wycieńczonej żony.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Austria
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 688
  Liczba postów : 141
http://www.czarodzieje.org/t15596-aurora-von-schwarzenberg
http://www.czarodzieje.org/t15600-tylko-dla-formalnosci#420083
http://www.czarodzieje.org/t15704-virgo#423795
http://www.czarodzieje.org/t15598-aurora-von-schwarzenberg#419759




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Nie Wrz 23 2018, 23:02

Obróciła się słysząc jego głos. Jej włosy, poplątane blond loki spływały kaskadami na plecy, bez choćby cienia dawnego ściśniętego koka z jakim trafiła na oddział. Na zarumienionych od szczęścia policzkach wciąż było widać ślady po łzach, które wcześniej ciekły jej po policzkach. Ciemne kręgi pod oczami aż za dobrze pokazywały jej zmęczenie, choć w błękitnych oczach błyszczała nieopisana radość, tak niepowstrzymana, jak i nie do opisania. Euforia krążyła w jej żyłach i miała kształt tego maleństwa jej ramionach. Idealne, perfekcyjne.
Gdzieś w drugiej świadomości znała sobie sprawę że Dorien nie wie. Nie mógł wiedzieć. Widziała jego szczęście, widziała aż za dobrze jego reakcję, równie dobrze jak pamiętała ciche "to będzie William, na pewno" za każdym razem gdy ktoś nieśmiało podpytywał o płeć dziecka. Co prawda nie wiedzieli do końca jakiej płci będzie ich dziecko, ale wiadomym było czego oczekiwał jej małżonek. W końcu o to chodziło, prawda? Tylko po to był ten przyspieszony ślub, przyspieszone wszystko. I te plotki wśród jej współpracowników, które były jednym prawdziwym powodem dla jej niechęci odejścia z pracy. O niej, o tej z którą nie mogła współzawodniczyć, bo przecież nigdy nie było dla Aurory miejsca na linii startu.
Białe włoski na główce jej maleństwa były takie cudownie miękkie. Pochyliła się nad nią i pocałowała delikatnie jej powieki. Była taka spokojna...
Aurora nie umiała być spokojna. Kiedyś by była, kiedyś będzie. Za pół roku zrzuci to na szok, za pół roku powie że to wina hormonów. Teraz jednak bez uśmiechu, zagryzając spierzchnięte usta odwróciła się w kierunku swojego męża, czując jak znów zaczyna płakać. Pierwszy raz w życiu bała się tak mocno, tak niepowstrzymanie tych dwóch słów które musiała wypowiedzieć teraz. Tak bardzo bała się że nie będzie zadowolony, że odwróci się i więcej jej nie zobaczy. Jej - jej malutkiej schowanej w matczynych ramionach które miały ją chronić od teraz przed każdym złem w jej życiu.
- To dziewczynka, Dorien - wydusiła z siebie. Jej spojrzenie wbiło się w mężczyznę przed nią, czekając. Nie była tchórzem, jednak czekanie na wyrok nie było dla niej przyjemne. Mimo to chciała sama zobaczyć to wszystko na jego twarzy, która od dawna nie umiała mieć przed nią tajemnic, nawet gdy próbował tak bardzo. I jakby dla potwierdzenia, dla dobicia samej siebie powtórzyła, głośniej, wyraźniej, prowokująco - masz córkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nieokreślony
Wiek : 25
Skąd : Brighton
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 2691
  Liczba postów : 774
http://www.czarodzieje.org/t14237-d-e-a-dear
http://www.czarodzieje.org/t14351-dead#379532
http://www.czarodzieje.org/t14509-lumiere
http://www.czarodzieje.org/t14386-skrzynia-umarlaka#380806




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Nie Wrz 23 2018, 23:58

Czekał na chłopca i spodziewał się chłopca.
Jakież było jego zdziwienie, gdy usłyszał od żony, że to dziewczynka. Że ma córkę. Znów patrzył na Aurorę wielkimi oczami i z niekontrolowanie opadającą szczęką. Wszystko przestało mieć znaczenie, wcześniejsze przekonania, obawa, że odtrącony syn może się mścić, a przede wszystkim fakt, że dziewczynka nie miałaby żadnych praw i wpakowanie się w małżeństwo było zupełnie bezsensownym strzałem w plecy, w dodatku wymierzonym sobie przez samego Deara. Wszystko zniknęło w chwili, gdy zobaczył wtulone w Aurorę dziecko.
– Dziewczynka? – powtórzył za Aurorą, zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego kobieta płacze, i zachichotał, jednocześnie ze zdenerwowania jak i z ogromnej radości – Jest piękna – powiedział, sam ledwo powstrzymując wzruszenie.
Nachylił się nad Aurorą i pocałował ją w skroń, wytarł też jej wilgotne policzki, a dopiero potem przysiadł na stołku przy szpitalnym łóżku, zbyt podekscytowany i onieśmielony, by choć pogładzić dziecko po główce. Ostatni raz widział noworodka około dwadzieścia lat wcześniej, gdy urodziły się bliźnięta. Wtedy sam był już poważnym, sześcioletnim kawalerem, który dzielnie asystował matce przy opiece nad niemowlakami, choć też nieraz na ten czas zostawał razem z Liamem przy młodszych Beatrice i Calumie, pilnując, by nie zrobili sobie krzywdy. A teraz miał swoje dziecko. Swoją Księżniczkę.
– Jak damy jej na imię? – spytał, orientując się, że ‘William’ to nie jest odpowiednie imię dla dziewczynki.
Nie potrafił oderwać wzroku od dziewczynki. Była drobniutka, malutka, jeszcze mocno zaróżowiona, z kępką niemal białych włosów, które na pewno nieco ściemnieją. Trudno było jeszcze mówić o jakimkolwiek podobieństwie do któregoś z rodziców, a przecież obydwoje byli blond. To dopiero przyjdzie z czasem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Austria
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 688
  Liczba postów : 141
http://www.czarodzieje.org/t15596-aurora-von-schwarzenberg
http://www.czarodzieje.org/t15600-tylko-dla-formalnosci#420083
http://www.czarodzieje.org/t15704-virgo#423795
http://www.czarodzieje.org/t15598-aurora-von-schwarzenberg#419759




Gracz






PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   Wto Paź 09 2018, 20:30

Obserwowała go, jak każda jedna emocja pojawia się i znika z jego twarzy. Zaskoczenie, strach, radość.
Był szczęśliwy? Dlaczego jeszcze tu był? Dlaczego jeszcze nie odszedł? Dlaczego nie trzaskał drzwiami, wściekły w co się wpakował? Czemu jeszcze tu był? Czy nie powinien był z trzaskiem zamknąć drzwi po drugiej stronie? Czy nie powinien być wściekły, że wpakował się w małżeństwo z nią - kobietą z którą spędził ledwie kilka(dziesiąt) upojnych wieczorów? Czy nie powinien... Czemu tak patrzył na jej piękną córeczkę, której przecież nie chciał...? Nie chciał?
Chciał?
Nachylił się nad nią, a jego usta były ciepłe na jej skroni. Aurora przełknęła ślinę, czując że ma kompletnie suche gardło. Jego zimne palce starły łzy z jej policzków, a ona wyczuła delikatny zapach tytoniu, który jeszcze nie zniknął po pośpiesznym papierosie. Zapach jego perfum, który wciąż nie wywietrzał mimo tylu godzin i jej słodki zapach jej cudownej córeczki.
Czuła jak serce wali jej w przyspieszonym tempie, a krew szumi jej w głowie. Ostrożna radość, bardzo nieproszenie wplatała się w jej myśli. Czy to było możliwe, że jednak...?
-Tak... jest idealna – potwierdziła jego słowa, patrząc na maleństwo w jej ramionach.
Wszystkie jej myśli były dziwnie przytłumione. Z jednej strony jedyne o czym była w stanie myśleć, poza tym maleństwem w jej ramionach, a z drugiej... w jej umyśle trwała gonitwa myśli, strach o jej przyszłość. Kiedy je odtrąci? Czy to zrobi? Był tak świetnym aktorem...?
Coś ścisnęło ją w klatce piersiowej, gdy jej wzrok padł na piękną, acz delikatną obrączkę na jej palcu. To małżeństwo było najmniej romantycznym małżeństwem o jakim słyszała, a jednak jej mąż... Jej mąż. Podniosła wzrok na niego, na cienie pod oczami, potargane włosy i rozpięty guzik od wymiętej koszuli. Ślady tego, że był tu, gdy rodziło się jego dziecko, że przeżywał całą sytuację... że chwilę wcześniej był w pracy, żeby zapewnić im wikt... Spojrzała w jego błękitne oczy, a jej usta otworzyły się by...
Gratuluję! Żona była bardzo dzielna... A córeczka śliczna, panie Dear. Urodziła się w owodni... będzie miała szczęście! W czepku urodzona! - starsza położna dobrotliwie poklepała mężczyznę po policzku i wyszła z sali.
Aurora zamknęła usta, odwracając wzrok na dziecko. Imię... Czuła jak napięcie powoli opuszcza jej ciało, choć jeszcze nie była to całkowita ulga, tak jak by sobie tego życzyła.
- Willow – odezwała się cicho, powoli wracając wzrokiem do Doriena. - Co myślisz o Willow? Zawsze możesz do niej wołać Will - wytknęła mu język. Gładziła cudownie miękką skórę dziecka, wciąż nie mogąc się nadziwić jak cudowna w dotyku była. - Nie wierzę, że tu jest, jestem taka szczęśliwa...
Aurora nie była pewna do kogo były skierowane te słowa, czy do Doriena, czy do jej własnej córki którą wciąż tuliła w ramionach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Odział Położniczo-Ginekologiczny   

Powrót do góry Go down
 

Odział Położniczo-Ginekologiczny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
londyn
 :: 
szpital sw.munga
-