Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Zatrucia Eliksiralne i Roślinne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość




Student Ravenclaw
Wiek : 25
Skąd : Irlandia
Galeony : -17
  Liczba postów : 398




Gracz






PisanieTemat: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Sob Cze 12 2010, 18:58


Zatrucia Eliksiralne i Roślinne
Odział zatruć eliksiralnych i roślinnych znajduje się na trzecim piętrze szpitala. Uzdrowiciele z tego oddziału zajmują się się osobami które trafiły tu z powodu zatruć wywarami bądź roślinami. Trafiają się pacjenci z wysypkami, wymiotami, jak i niekontrolowanym chichotem.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 26
Skąd : St. Petersburg
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 46
  Liczba postów : 542
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4219-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4224-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4220-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7195-grigori-orlov




Moderator






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Nie Maj 29 2011, 14:39

Grig nie przepadał za szpitalami. W nich zawsze krzyczeli na niego kiedy bawił się ogniem. Teren, w którym w ogóle nie mógł wykorzystywać swojego cudownego żywiołu. Dlatego od razu skrzywił się widząc jakiś list od ordynatora o nazwisku, którego nie mógł wymówić. Próbował oczywiście, ale w końcu ze złością wsadził list do kieszeni spodni, by trochę zirytowany pójść do Hogsmeade, by stamtąd trafić do śmiesznie nazywającego się szpitala anglików. W zasadzie szedł tak okrężną drogą jak tylko mógł, bo niedawno jeszcze sięgał po butelkę wódki i jego umysł był trochę przyćmiony. W końcu musiał świętować z Dimisiem, że… hmmm wstali z łóżka? Palił papierosa za papierosem po drodze, pamiętając, że tam nie będzie mógł po nie sięgnąć. Bynajmniej to niezbyt pomagało mu z wytrzeźwieniem, a wręcz przeciwnie.
Trzecie zadanie? Zapomniał o nim dopóki nie dostał tego śmiesznego listu. Ale stwierdził, że ma jeszcze czas i w ogóle, więc póki co delektował się życiem bez takich okropnych obowiązków jak jakiś beznadziejny turniej. Najchętniej w ogóle by o nim nie myślał ot co. I w ogóle nie uczestniczył.
Orlov wszedł dość chwiejnym krokiem do recepcji. Matko boska, gdyby Grigori wiedział co się święci nie upijałby się na trzecie zadanie. Rosjanin podszedł do sekretarki, zastanawiając się czy papierosy trochę przytłumią zapach alkoholu.
- Wezwał mnie… - Orlov w tym momencie szybko wyjął list, wpierw, szukając go po wszystkich kieszeniach, więc w sumie niezbyt szybko i rzucił pani sekretarce, wskazując nazwisko. Pokiwał głową, kiedy skierowała go na trzecie piętro. Musiał wyglądać bardzo źle, jeśli kazała mu iść na zatrucia eliksilarne, albo roślinne. Chciał nawet się wytłumaczyć, że nic mu nie jest, ale zrezygnował. Już chciał odejść, kiedy ta poprosiła o jego różdżkę. Orlov z miną wyjątkowo pochmurną i rozzłoszczoną, marszcząc brwi oddał jej swój dobytek. Ostatnie złowieszcze spojrzenie i poszedł do określonego gabinetu.
Biała koszula, czarna kamizelka i rurki, to pewnie nie był zbyt dobry strój na wojaże w trzecim zadaniu. Bo chociaż miałby związane włosy, a nie takie przeszkadzające. W każdym razie Orlov znalazł się w gabinecie… w którym nikogo nie było. Super. Grig odwrócił się zirytowany szukając winnego, a raczej chcąc udusić sekretarkę za zabranie różdżki i wprowadzenie w błąd. I oderwanie od picia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 27
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 256
Dodatkowo : hipnoza
  Liczba postów : 816
http://czarodzieje.my-rpg.com/t2228-lunarie-s-deceiver
http://czarodzieje.my-rpg.com/t2229-lsd-kokaina-heroina-lsd
http://czarodzieje.my-rpg.com/t2230-lunarie-s-deceiver
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7745-lunarie-s-deceiver#215456




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Nie Maj 29 2011, 14:51

Minęło kilka sekund od dźwięku zamykających się drzwi, gdy otworzyły się kolejne, a do pomieszczenia weszła Lunarie. Niespiesznym krokiem, wręcz miękkim chodem wskazującym na zabawę z kafelkami, niewidzialną grę w klasy. Było coś niezwykłego w lekkości chodu tak kontrastującej z ciężkimi, wojskowymi butami na jej nogach. Do tego czarne szorty i biała koszula... właściwie wyglądali dość podobnie, ale tego miała w ogóle nie zauważyć. Nie pamiętała, co ma na sobie. Równie dobrze mogła nie mieć nic. Przesunęła palcami po ścianie, podniosła wzrok i dostrzegła... och. Grigoriego Orlova, reprezentanta Durmstrangu. Usta rozciągnęły się w chwilowym uśmiechu, a LSD parsknęła nieokreślonym śmiechem.
Nie miała pojęcia, dlaczego się zgłosiła. Tak, po prostu, w chwili gdy to robiła, uznawała, że to najlepszy wybór podsunięty jej przez wszechświat. Lakonicznych instrukcji Hampsona nie rozumiała prawie w ogóle, przyćmiony kokainą umysł domagał się powtórzenia ich trzy razy. Zmierzyła więc chłopaka wzrokiem, próbując przypomnieć sobie, co oboje tu właściwie robią.
- Chyba jeszcze cię trzyma po tęczowym - powiedziała cicho, uśmiechając się szeroko. Miał trochę chwiejny krok i podpuchnięte oczy. Idealny stan na trzecie zadanie. W pierwszej chwili chciała zaproponować mu amfetaminowy strzał, ale... ktoś to ogląda?
Chyba nie spodziewał się spotkania jej tutaj. Tak, zaczynała sobie przypominać. Usiadła na brzegu biurka, założyła nogę na nogę i uśmiechnęła się pokrętnie, odgarniając krucze kosmyki włosów na plecy.
- Nie spodziewałeś się tu mnie, co, Orlov? - zmrużyła oczy, wyjątkowo rozbawiona sytuacją, swoją chwilową przewagą. Mogła się z nim podroczyć, więc postanowiła maksymalnie to wykorzystać. - Wiem, kogo szukasz. Wiem też, gdzie jest. A ty nie wiesz... co zrobisz z tym fantem?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 26
Skąd : St. Petersburg
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 46
  Liczba postów : 542
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4219-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4224-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4220-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7195-grigori-orlov




Moderator






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Nie Maj 29 2011, 17:58

Grigori był zirytowany. Chciał wyjąc różdżkę, żeby zacząć walkę z tą sekretarkę, ot co, ale niestety przypomniał sobie, że wcześniej, spryciara mu zabrała. To wszystko jakaś zmowa! Orlov zastanawiał się czy wypada mu po prostu naklepać kobietę… I wtedy weszła LSD. Spojrzał wyjątkowo zdziwiony na nią. Zaczął się zastanawiać czy przypadkiem nie przeoczył czegoś w tym szalonym liście. W końcu czytał go w niezbyt dobrym stanie. Nie odpowiedział uśmiechem na jej dziwny śmiech.
Gdyby wiedział, że to jest trzecie zadanie i tak cudownie mu się trafiło, że pijanego Rosjanina ma instruować naćpana LSD. Ledwo doszło do niego co mówi dziewczyna.
- Co ty opowiadasz… Świętowałem po prostu… no imieniny Dimtiria – wybełkotał pod nosem, wymyślając jakiś konkretny powód na poczekaniu. – Ale to było parę łyków, czuję się całkiem dobrze – powiedział i jakby na potwierdzenie tych słów, ruszył w jej kierunku raźnie. Na tyle raźnie, że po dwóch krokach zarzuciło go trochę na lewo i musiał oprzeć się o ścianę. Super. Ale szybko odzyskał rezon i udało mu się dotrzeć do LSD. Wycieńczony tą wycieczką usiadł obok niej, milcząc przez chwilę i gapiąc się bezmyślnie na jej nogi. Gdyby Orlov był trzeźwy zupełnie nie zwróciłby na nie uwagi. Pod wpływem alkoholu zauważył, że ma ładne nogi. Niebywałe odkrycie, o którym szybko zapomniał, jak to miał w zwyczaju jak był pijany. Coś zauważał, a potem zapominał.
- Nie spodziewałem – odparł w końcu wzdychając. W końcu nie spodziewał się nawet, że sam tutaj zagości, a co dopiero spotka tu kogoś znajomego.
- No szukam lekarza. Nie wiem po co i nie wiem co tu robię. Jestem strasznie zmęczony. W sumie jak nie wiesz co mam robić, czy tam nie chcesz mi powiedzieć to okej, nie muszę chyba koniecznie iść do jakiegoś ordynatora? Ja wrócę sobie do Hogwartu, w końcu jak nie wiem gdzie iść, to o mnie usprawiedliwia co nie? – mówił trochę nieskładnie Grig, leniwie schodzą z biurka, by wrócić do recepcji po różdżkę. Co prawda trochę niepotrzebnie tu przyjeżdżał, ale co tam, przynajmniej nie zajęło mu to długo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 27
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 256
Dodatkowo : hipnoza
  Liczba postów : 816
http://czarodzieje.my-rpg.com/t2228-lunarie-s-deceiver
http://czarodzieje.my-rpg.com/t2229-lsd-kokaina-heroina-lsd
http://czarodzieje.my-rpg.com/t2230-lunarie-s-deceiver
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7745-lunarie-s-deceiver#215456




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Nie Maj 29 2011, 18:19

- Ach, no w porządku - rzekła, kiwając głową. Powoli i rozważnie, jakby przystała właśnie na jego genialne rozwiązanie w kwestii merytorycznego problemu, o który się spierali godzinami. Przez chwilę miała wrażenie, że właśnie tak było. Ale jednak nie. Coś zabawnie łaskotało ją pod językiem, więc przesunęła nim po ustach, niezupełnie świadoma swojego zachowania. Śledziła wzrokiem jego wędrówkę, zarejestrowała ciche skrzypnięcie drewna, gdy usiadł obok. Znajomy zapach, zatęchły smród papierosów na koszuli, wczorajsza wódka. Aż przywodziło jej to na myśl sielskie wspomnienia ze Stanów. I pomyśleć, że niektórzy rozpływają się we wspomnieniach, gdy czują szarlotkę, hehs. Zastanawiała się, jak Grigori zniesie trzecie zadanie, będąc wciąż pijanym. Jedyny plus, że będzie mniej odczuwał ból! Wyprostowała kopyta obute w glany i przeciągnęła się. Jak kot. Tudzież jeleń.
Zamrugała, gdy reprezentant, zamiast podjąć walkę o uzyskanie informacji, złożył broń. Westchnął, uznał, że jest zmęczony i wraca do Hogwartu. A potem wstał, celem oddalenia się. Przecież nie mogła do tego dopuścić. Hampson by ją zniszczył. Durmstrang by się zemścił. Z drugiej strony, odpadłby, a to zwiększyłoby szansę Tommy'ego. Ale w tej chwili nie przemknęło jej przez myśl, by zachować się strategicznie i pomóc swojej dawnej szkole; skupiła się na świętej misji poprowadzenia Grigoriego przez czeluście szpitalnych gąszczy lasów korytarzy... co? Coś pokręciła. Nieważne.
Odebrał jej nieznaczną radość z chwilowej przewagi, po prostu nie podnosząc rękawicy i nie stawając do walki.
- Czekaj.
Nie zorientowała się nawet, kiedy jej palce spoczęły na jego rękawie, zacisnęły i pociągnęły Grigoriego lekko. Zeskoczyła gładko z biurka.
- Nie możesz od tak odejść. Musisz tam iść. Powiem ci, gdzie jest ordynator, Orlov.
Orlov. Przyjemnie się to wymawiało. Lubiła skupiać się na wymowie słów. Taniec języka przy "r", muśnięcie podniebienia przy miękkości "l", przygryzanie wargi na ostatniej spółgłosce. Orlov.
- Orlov - powtórzyła, obracając słowo w ustach. Przekrzywiła lekko głowę. - Musisz iść tym korytarzem, do końca. - Wskazała ręką na drzwi. - Trafisz na pomieszczenie po prawej. Tam będzie uzdrowiciel, którego szukasz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 26
Skąd : St. Petersburg
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 46
  Liczba postów : 542
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4219-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4224-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4220-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7195-grigori-orlov




Moderator






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Pon Maj 30 2011, 16:49

Orlov faktycznie miał zamiar odejść, zupełnie nie zważając na to czy powinien iść do jakiegoś ordynatora. W swoim nie do końca dobrze działającym umyśle wytworzył już sobie idealną wymówkę i bardzo chciał wracać, aby w spokoju spożyć swój alkohol do końca. Niewiele już go zostało, a on sam już był takim stanie, że wystarczyło go dokończyć i zapadłby w słodki, pijacki sen, zapominając o takich problemach jak jakiś żałosny turniej trójmagiczny.
Ale niestety LSD postanowiła mu wyjawić gdzie jest uzdrowiciel, czy kto tam miał być. Szczerze zmartwił się faktem, że jednak zdradziła mu ten sekret, ale cóż mógł poradzić. Teraz już nie miał wymówki.
- No dobra, o pójdę. Mam nadzieję, że nie potrwa do długo, bo mam parę rzeczy do zrobienia.
Oczywiście ta rzecz leżała sobie teraz pewnie pusta obok Dimtiria. W zasadzie Orlov wlokąc się do drzwi, które wskazała LSD zastanawiał się czy może jednak nie zawrócić. W końcu mógł się chyba wytłumaczyć, że nie wiedział, iż będą mieć jakieś śmieszne instrukcje, więc dzisiejszego dnia trochę świętował i wypił. Czy to byłoby dobrym usprawiedliwieniem? W zasadzie nietrzeźwy Grig już gratulował sobie tego ekstra pomysłu. Ale zorientował się, że właśnie mija drzwi w które miał wejść. Stanął niepewnie przed nimi i wskazał na nie, patrząc pytająco na LSD. Kiedy wydawało mu się, że kiwnęła głową. Zrobił krok do przodu i wszedł do środka, po drodze zahaczając się o framugę. O mało co się nie przewrócił. Wyjątkowo wyboista droga była w tym Mungu, oj tak!
Zamknął za sobą drzwi i rozejrzał się po sali. Zupełnie normalnej, białej, z pustymi łóżkami. Na końcu zobaczył jakąś białą postać, która wydawała się gapić w okno.
- Dzień dobry – powiedział Grigori zbliżając się do mężczyzny, czy tam kobiety.
- Ja przyszedłem bo dostałem…- zaczął mówić. Teraz nie dość, że mówił ze swoim rosyjskim akcentem, to jeszcze plątał mu się język, więc wyszło jakieś: Pryzodlem, bo ja dastaju. Więc jakieś dziwne połączenie dwóch języków. Już odchrząknął, by zacząć od nowa, kiedy nagle… wylądował na podłodze. W zasadzie nic dziwnego, zważając na jego obecny stan, ale kurcze z jakiej racji wywala się na prostej drodze? Wydawało mu się, że coś pociągnęło go za nogę, ale może po prostu potknął się o własną? I wtedy zorientował się, że wcale nie o własną. Bo oto Grig zaczął dość szybko sunąć po podłodze… pod jedno ze szpitalnych łóżek. Zamroczony zerknął cóż takiego postanowiło, że Orlov zamieszka pod łóżkiem i zobaczył niezbyt przyjemne zielone pnącze. Może gdyby to była jakaś wila, która straciła pamięć i jest pacjentką, mógłby wysnuć pijackie rozważania, czy może poleżeć pod łóżkiem. Ale widząc tą wielką roślinę, do której przybliżał się nieuchronnie, całkiem przestraszony Orlov, wyciągnął do góry drugą nogę, by w momencie kiedy roślina już chciała go tam wciągnąć to zaparł się nogą o łóżko z całej siły.
Super, jakaś Jadowita Tentakula urywa mu jedną nogę, a on bez różdżki zdany jest całkiem na siebie. Czy aby na pewno pił wódkę? W zasadzie może to był jakiś absynt?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 26
Skąd : St. Petersburg
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 46
  Liczba postów : 542
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4219-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4224-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4220-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7195-grigori-orlov




Moderator






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Wto Maj 31 2011, 20:27

Grigori mocno zapierał się nogą o te nieszczęsne łóżko zastanawiając się czy to jego pijackie wyobrażenia czy prawda i co ma teraz zrobić. Oczywiście nie powinien myśleć za długo, bo roślina, której nie rozpoznał w pijackim amoku chyba chciała urwać mu nogę. A różdżki nie miał. Rosjanin rozejrzał się spanikowany dookoła. Jakaś kolejna macka wyłoniła się spod łóżka, by złapać Orlova, ale ten zdążył zabrać dłoń. Cóż za refleks, po wódce, panie Orlov! Na dodatek jego ręka znalazła się na jakimś szpitalnym krześle. Czując niewyobrażalny ból w nodze, złapał owy mebel i stanął nogę od niego na okropnej roślinie. Poczuł jak ta puszcza jego biedną nóżkę, a on z trudem wyciąga ją z pnącza i staje do pionu. Już chciał oddalić się, by zapytać stojącego w miejscu doktora CO JEST KURDE GRANE, kiedy tym razem dwie macki poszybowały w stronę Griga. Jednej udało się opleść jego nadgarstek, ale ten wolną ręką zerwał szybko zielone pnącze z dłoni. Kiedy to zrobił zorientował się co usilnie próbuje go zabrać do siebie. Pomimo swojej bardzo znikomej wiedzy z dziedziny roślin i upojenia wódką, które przechodziło w miarę wzrastania emocji, wiedział, że ma do czynienia z jadowita tentakula.
I oto macki po raz kolejny sięgały po Rosjanina. Orlov nie przemyślał co ma teraz zrobić. Zresztą czy przez emocje i alkohol jego przemyślenia byłby dobre? I zamiast uciekać na drugi koniec salo do doktora, albo chociaż stąd wyjść wskoczył na najbliższe łóżko, pod którym była roślina. Co prawda teraz zupełni nie mogła go złapać, ale jej rączki pojawiły się prawie ze wszystkich stron, skłonne porwać Griga dla siebie. Biedy Rosjanin rozejrzał się z paniką dookoła, szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 26
Skąd : St. Petersburg
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 46
  Liczba postów : 542
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4219-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4224-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4220-grigori-orlov
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7195-grigori-orlov




Moderator






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Czw Cze 02 2011, 21:30

Grig stał na łóżku zdezorientowany, rozglądając się nie pewnie dookoła. No i uchylając się co chwila przed atakującymi go obleśnymi mackami. Toż to jest straszne! Orlov na dodatek stał na miękkim łóżku. Oczywiście, gdyby było z nim wszystko dobrze, czyli bez upojenia alkoholowego, z pewnością wymyśliłby coś dość szybko. W końcu to tylko tentakula, a nie inferusy czy zombie. Albo chociaż z gracją, większą lub mniejszą, przeskoczyłby na drugie łóżko. Ale dobrze wiedział, że jeśli podejmie się tego, zapewne wyląduje na ziemi. A najgorsze było to, że ten cholerny doktor stał odwrócony do niego. Nawet pijany Rosjanin zorientował się, że musi być z nim coś nie tak.
I oto kolejna „rączka” dzikiej rośliny zaatakowała go. Orlov tym razem stracił równowagę i całym swoim ciężarem runął na łóżko. Te zaskrzypiało niebezpiecznie. Przez chwilę nie poruszał się, żeby przypadkiem nie załamało się pod jego ciężarem… I wtedy wpadł na genialny pomysł. Orlov stanął z powrotem na łóżko i po raz kolejny rzucił się na nie. I jeszcze raz i jeszcze raz. Skakał po nim niemiłosiernie, aż w końcu… łup. Dwie tylnie nogi załamały się w meblu i całkowicie zgniotły roślinę znajdującą się pod nim. Krążące wokół niego macki zaczęły opadać na ziemię, zaś sam Rosjanin szybko zeskoczył z niebezpiecznego miejsca i pobiegł, a przynajmniej miał zamiar pobiec, a nie obić się o jakąś szafkę do doktora.
- Co tu się wyprawia! – krzyknął odwracając go w swoim kierunku i ujrzał… manekina. Orlov przez chwilę całkowicie zdumiony patrzył na stojącego przed nim uzdrowiciela. O mało nie przeoczył kopertę w zastygniętej dłoni. Wyjął ją szybko. Prawdopodobnie jeszcze by stał i gapił się na niego, zastanawiając się co tu się u licha dzieje, ale usłyszał plaśnięcie o podłogę. Odwrócił się i zobaczył, że parę macek jadowitej tentakuli próbuje się podnieść. Grig od razu poczuł przypływ energii i wybiegł z sali, zamykając za sobą drzwi.
Zerknął na list. Już chciał go otwierać, kiedy ten zaczął płonąć mu w dłoniach! Niemożliwe, co tu się wyprawia! Grig chciał zgnieść kartkę, by móc chociaż przeczytać część tego co tam jest, ale paliła się w tak ekspresowym tempie, że piroman zdołał tylko poparzyć sobie dłonie, a koperta zamieniła się w kupkę popiołu. Patrzył zdumiony na resztki papieru, czyli pył przelatujący mu przez dłonie, niczym w zwolnionym tempie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 27
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 256
Dodatkowo : hipnoza
  Liczba postów : 816
http://czarodzieje.my-rpg.com/t2228-lunarie-s-deceiver
http://czarodzieje.my-rpg.com/t2229-lsd-kokaina-heroina-lsd
http://czarodzieje.my-rpg.com/t2230-lunarie-s-deceiver
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7745-lunarie-s-deceiver#215456




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Czw Cze 02 2011, 21:49

Gdy Grigori Orlov pogrążony był w rozpaczliwej walce, LSD zajmowała się sobą na korytarzu. Nuciła cicho kołysankę i skakała po podłodze w ciężkich, wojskowych butach, grając w klasy wyrysowane świetlistymi, magicznymi smugami na posadzce. Świat miło się kołysał, wszystko było takie ciepłe, miękkie i miłe, Lunarie odnajdywała się zupełnie w tej rzeczywistości i nagle zobaczyła nieopodal Orlova, zupełnie nie pasującego do sytuacji. Zmarszczyła brwi i pogwałciła wszystkie zasady gry, podchodząc do niego w podskokach.
- Ale dlaczego tam wszedłeś, Orlov? - zapytała, przekręcając głowę i mrugając. Powiększone źrenice niemal przysłoniły lazur oczu, ale i tak odbiło się w nich idealne, teatralne zdziwienie... A może nawet nie teatralne. Powtórzyła tę kwestię kilka razy podczas gry w klasy, aż w końcu sama w nią uwierzyła. Zapomniała, że przed chwilą mówiła inaczej i poddała się pływom obecnej rzeczywistości. To było takie piękne, że ją kształtowała. Uniosła dłonie i uformowała kulę w powietrzu, przekręciła ją i przeszyła na wskroś spojrzeniem, zafascynowana. Wróciła po chwili spojrzeniem do reprezentanta. - Dziwny z ciebie człowiek... ja nie ruszyłabym się nigdzie bez różdżki. Przecież miałeś po nią iść, do recepcji...
Uśmiechnęła się miękko, czując, jak tkanki rozpływają się jej w aksamit. Jego też? Ciekawe. Puknęła palcem lekko w jego czoło, ale był twardy, nie zachwiał się nawet. I rozpalony. Prawie ją sparzył. Cofnęła dłoń.
- Idź więc - rzekła wzniośle, wskazując mu drogę. - Pędź, Orlov, niczym struś.
Pędziwiatr.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Milton Keynes
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 182
Dodatkowo : teleportacja
  Liczba postów : 290
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5753-juno-kavanaugh
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5755-jp-jp-na-100
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5754-don-vito-poczta-juno
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7239-juno-primrose-kavanaugh




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Czw Sie 29 2013, 23:25

No powiedzcie no, czemu życie lubi być takie skomplikowane. W jednej chwili beztrosko siedzisz na kanapie, wysłuchując jak Twoja NIEDOSZŁA dziewczyna pieni się ze złości i wykrzykuje same nieprawdziwe przecież obelgi pod Twoim adresem, a Ty biedny nie wiesz po prostu co powiedzieć, bo nie zgrzeszyłeś, a ona robi Ci wyrzuty o nic. W następnej chwili nagle wszystko się wali. Ty masz nogi niczym w betonowych klocach przytwierdzone do ziemi, a ona zadowolona wybiera z Twojego tajnego schowka to co tak skrzętnie przed wszystkimi ukrywałeś. Nagle dociera do Ciebie, że tak naprawdę wszyscy patrzyli z przymrużeniem oka na to co robisz, a Ty jak kretyn cieszyłeś się przecież ze swojego geniuszu! Ona wtedy jakby z oczami za mgłą pada, a Tobie nagle w ekspresowym tempie wracają wszystkie zmysły. Zostałeś ojcem? Jakie to uczucie Oliver? Gorszego scenariusza na dzisiejszy dzień chyba wymyślić nie mogłeś.
Dwójka dzieciaków w świętym Mungu. On z podbitym okiem, posiniaczoną twarzą i nogami trzęsącymi się jak galarety. Ubrany jakby dopiero co skończył pracę w wywozie śmieci. Ona nie lepsza. Gdyby była psem, pewnie już dawno z jej pyska toczyłaby się piana. Miała to szczęście, że czuwał nad nią ten dziwaczny chłopiec, bo nie zdążyła się zaślinić. W sumie to majaczyła coś pod nosem. Coś o jakiejś nienawiści? Dziecku? No nie. Taka młoda i miałaby być już w ciąży? Niemożliwe. Zresztą jaką musiałaby być matką skoro doprowadziła się do takiego stanu! Biedny chłopiec. pewnie tak wyglądał bo dużo już z nią przeżył. Może tworzyli swoją patologiczną rodzinę, a on sprawował pieczę nad swoją ćpuńską dziewczyną! Tak, to na pewno stąd się wzięły jego szkliste, przekrwione oczy i szaro żółta cera. Jak my mu współczujemy. Oliverowi Watsonowi. Najodpowiedzialniejszemu, pokrzywdzonemu przez życie taką wstrętną kobietą jak Juno chłopcowi, który miał potencjał do bycia dobrą osobą. Ojej. Ktoś tu się chyba naćpał.
U wejścia do jednej z sal stanął barczysty mężczyzna, w fartuchu, który wyglądał bardziej jak emerytowany klubowy bramkarz niżeli doktor. No cóż. POZORY MYLĄ. Pokręcił z niesmakiem głową, widząc dwójkę patologicznych dzieciaczków i wziął się pod boki.
- W CZYM MOGĘ POMÓC?- ryknął donośnie, bo przecież wcale Juno nie wyglądała jakby zaraz miała zejść. Wcale nie zbledła, a jej oczy nie wywracały się na wszystkie strony. Hm. Może rzeczywiście po nocach pracował w jakiś klubach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 26
Skąd : Machester
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 2728
  Liczba postów : 738
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5797-oliver-maximillian-watson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5803-lekoman-mugol-wiecznie-na-luzie#167342
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5804-interesy-i-inne-dziwne-rzeczy#167346
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7170-oliver-maximillian-watson#204318




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Pią Sie 30 2013, 20:55

Ach ten nasz Oliver, kiedy pewnie zaraz by zaczął zwierzać się lekarzowi z tego, że od dawna bolą go plecy, a przydałaby się też jakaś maść na siniaki bo przecież wszystko go boli, ale koniec z końców nie powiedział nic. Trzymał na rękach blondynkę, która majaczyła, nie kontaktowała. Stworzyli patologiczną rodzinkę? Najwidoczniej.
Watson nigdy nie planował dziecka. Miał psa. Jak na niego to i tak był wielki wyczyn, bo zwróćmy uwagę, że z psem trzeba było wyjść, psa trzeba było nakarmić, więc... No cóż. Oliverkowi nie pozostało nic innego jak tylko pocieszyć się tym, że jego jedynym podopiecznym będzie kundel. No może i siostra, bo ta wydawała się jakby no wiecie... Ciągle pod jego stałym nadzorem. Zabawne, że Oliver był tylko według niej odpowiedzialny. I Juno niech nie opowiada, że chłopak wyglądał tragicznie, bo tak wcale nie było. Wcale, a wcale. Miał przecież ładny sweterek z miękkiej włóczki, do której mogłaby się wtulić, ale oczywiście zachciało się jej zaćpać i takie tego skutki. Nie można wtedy zbadać dzianiny sweterka. Oliver był zniesmaczony jej zachowaniem.
A potem przeniósł spokojny wzrok na lekarza.
- Serio? "W czym mogę pomóc"? Nie wiem kurwa, może skocz mi kwiatki podlać. - Rzucił do mężczyzny i skinął do pielęgniarki, która stała nieopodal. Poprawił sobie dziewczynę na rękach i ruszył zamaszystym ruchem drąc się na cały korytarz, że jeżeli trzymają tu psycholi to niech im przestaną płacić, a zawołają lekarza. L E K A R Z A. Tak trudno to zrozumieć? To człowiek, który poza kitlem ma też w sumie mózg. Pomijamy fakt, że Oliver tu prosił o kogoś, kim najzwyczajniej on nigdy nie będzie czyli odpowiedzialnym człowiekiem. Uśmiechnął się delikatnie do kobiety, kiedy wreszcie przybiegli z noszami i zabrali Juno do sali obok. Do niego wybiegł jakiś drugi, ale Oliver już siedział na krzesełku z twarzą ukrytą w dłoniach.
- Co się stało? - Spytal spokojnie, lecz czuć było irytację w jego głosie, może nie pierwszy raz mieli na oddziale taki przypadek.
- Chyba ten no. Ona chyba jest w ciąży. I no chyba ten. Wzięła chyba jakieś tabletki, no eliksir. - Wydukał zastanawiając się nad tym czemu podłoga wydaje się byc nierówna, a wszędzie unosi się smród i ogólnie to jakoś nie dobrze mu się zrobiło. Chyba mdłości Juno sie na niego przeniosły. Ciekawe czy ciąże można przechodzić razem. Czarodzieje powinni o tym pomyśleć.
- Trlala. Nie pamiętam nic więcej. Wyszła do łazienki i potem wróciła już jakaś osłabiona. Wydaje mi się, że ten... Ale nie wiem co mogła wziąć i skąd. Ja nigdy nie miałem kontaktu z takimi rzeczami. - Powiedział i dopiero teraz przeniósł wzrok na Uzdrowiciela, któremu już taka informacja wystarczyła. Cokolwiek by chłopak nie powiedział. To nie było już ważne.
A czas leciał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Milton Keynes
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 182
Dodatkowo : teleportacja
  Liczba postów : 290
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5753-juno-kavanaugh
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5755-jp-jp-na-100
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5754-don-vito-poczta-juno
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7239-juno-primrose-kavanaugh




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Pią Sie 30 2013, 23:48

No tak, tak jasne. Od razu to teraz wszystko jej wina. Bo przecież Oliver to taki świętoszek. Te sińce? Oh, to przez nieprzespane noce kiedy czytał Biblię i zakuwał poezję. Ach, pan pyta o to limo? Po prostu kiedy spałem Biblia spadła z półki, którą mam nad łóżkiem i podbiła mi oko. Niewdzięczna książka co? Ile ja dni przez ten atak przepłakałem. No przecież dlatego mam takie przekrwione oczy. Sweterek? Pierwsza klasa. Jeden z tych niewielu wypranych, bo reszta została skażona złem i ozdabia podłogę. Juno? Jaka Juno? Ach, matka przyszłego dziecka. Tak, z nią ewidentnie coś jest nie tak. Chyba ma depresję. Może ktoś jej złamał serce. No co ja o tym wiem, przecież jestem taki grzeczniusi i ładniusi, że nie możecie mnie o takie złe rzeczy posądzać. Ona to zło wcielone. Chyba od małego miała ciągoty do takich okropnych rzeczy jak NARKOTYKI.  W ogóle nie mam zielonego pojęcia co ja sobie wyobrażałem, pakując się w taką znajomość.
Cholerny ból głowy. Niedobrze. Tyle ludzi. Czemu tu do cholery tyle ludzi? No co oni sobie myślą. Chodzą po jej głowie. Boli. Mdłości. Zaraz będzie rzygać. Bleh. Poszło. Gdzie ten Oliver? Czemu nie trzyma jej włosów? Zły Ollie. Biedna Juno musiała pić jakiś ohydny eliksir, który wywołał u niej takie torsje że myślała, że zaraz wyrzyga tego Watsona juniora. Mogłaby. Dałaby go potem Oliverkowi w prezencie. Nie, nie. O czym ona w ogóle myśli! Jebać Olivera! To jest jej dziecko! Ona jest odpowiedzialna, ona da mu dom.
Jeśli chcecie przyjrzeć się bliżej temu przypadkowi, to powiem z grubsza, nie warto. Obydwoje, dwójka żalosnych małolatów, pokrzywdzonych przez życie najwidoczniej. Przynajmniej jedno z nich zdaje sobie sprawę ze swojego kompletnego braku odpowiedzialności. Do drugiego to dopiero dochodzi. Głupota dużo kosztuje. Ile tym razem się wykosztuje Juno? Nie wypłaci się do końca życia, za te bolesne wspomnienia będzie przeklinać się do końca życia. Wystarczyłoby żeby w końcu normalnie z nią porozmawiał. Kiedy widziała jego oczy trzeźwe? Na moment? Nie. Pragnęła je widzieć bystre cały czas, ale on nie chciał. Boże jak boli. Zabierzcie mnie stąd.
- Aaaaaała... Niedobrze... Idźcie sobie... Dziecko... Co ja... OLIVER...- wyjęczała spośród ogólnego bełkotu jakim obdarzyła krzątającą się gdzieś obok pielęgniarkę. Miała nadzieję, że uda jej się sporwadzić go myślami, chociaż te nadal miała skołowane. Potrzebowała go teraz. No Watson, zaopiekuj się nią, chociaż ten jeden raz!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 26
Skąd : Machester
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 2728
  Liczba postów : 738
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5797-oliver-maximillian-watson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5803-lekoman-mugol-wiecznie-na-luzie#167342
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5804-interesy-i-inne-dziwne-rzeczy#167346
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7170-oliver-maximillian-watson#204318




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Sob Sie 31 2013, 17:12

Oliver przez całe swoje życie był tylko o wszystko oskarżany. Nawet nikt nie pochylił się nad nim, żeby się zastanowić co zrobić, aby mu w jakiś sposób pomóc. Nie żeby chodził i prosił oto, żebrał. Nie. To nie dla niego. Pogodził się, że ma prowadzić taki los, a nie inny, że to mu jakoś przychodzi i geniuszem nigdy nie będzie. Zatem... Zatem uśmiechał się do ludzi głupkowato sprzedając im narkotyki i obiecując, że po tym będą czuli się jak w raju. Tylko był jeden problem. On wiedział co komu sprzedać, bo wcześniej pytał czy mieli jakieś problemy ze zdrowiem... A branie czegoś pierwszego lepszego nie miało całkowicie sensu. Tak jak w przypadku Juno. Wzięła nie wiadomo co. Równie dobrze mógł to być ten nowy specyfik Bruno, który Oliver miał rozprowadzić jako nowy towar. Tylko tego nie brało się na raz, bo właśnie osłabiało organizm. Tego nawet się nie połykało. To się roztłukiwało, wsypywało uzyskany proszek do napoju alkoholowego i delektowało się smakiem, który powoli przenosił nas do krainy wariactwa, gdzie trawa wydawała się być dobrym makaronem. A więc Juno jako kochanka dilera nie potrafiła nawet rozróżnić, co powinna brać, a czego się wyrzekać? Watson na razie nie rozpatrywał tego w takich kategoriach.
Właściwie niczego nie rozpatrywał. Słyszał, że coś jest nie w porządku, ze lekarze krzątają się po sali, jakby co najmniej spotkali dziwny przypadek. Na sam koniec ktoś chyba nawet krzyknął coś o tym dziwnym kamieniu, który się wpychało do gardła gdy nic nie pomagało. Wzdrygnął się, gdy usłyszał swoje imię. Ale nie wstał nawet z miejsca. Dopiero potem się odważył patrząc na wszystko przez szybę, ale i to mu zabrano, bo lekarka spuściła rolety. Oliver chciał jej powiedzieć co o niej myśli, ale może miała rację. Może nigdy nie powinien był patrzeć na Juno, szczególnie łapczywym wzrokiem, który zaprowadził ich do łóżka tak wiele razy. No cóż.
Uśmiechnął się słabo gdy zobaczył, że przez korytarz idzie malutki chłopiec prowadzony przez matkę. Wyglądał całkiem uroczo. Pomachał Oliverowi, na co ten znowu się wzdrygnął. Czy normalne relacje z innymi ludźmi już zawsze będą budziły w nim strach? A kiedy ta myśl przymknęła mu przez głowę to pochylił się ku ścianie, by kilka razy uderzyć w nią głową. A potem po prostu westchnął zaciskając pięści i pchnął drzwi od sali.
- Sorka, ale ona mnie woła. - Rzucił do ludzi patrząc na wijącą się Juno. - EJ! - Rzucił do kolesia, który wypchnął go z pomieszczenia. No dzięki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Milton Keynes
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 182
Dodatkowo : teleportacja
  Liczba postów : 290
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5753-juno-kavanaugh
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5755-jp-jp-na-100
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5754-don-vito-poczta-juno
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7239-juno-primrose-kavanaugh




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Pon Wrz 02 2013, 23:06

Juno wkroczyła właśnie do walki z różowymi smokami i zielonymi ninja, kiedy to ktoś zupełnie bez sumienia i jakiś taki w ogóle okrutny, zaczął nią potrząsać, powoli prowadząc ją ku przegranej. Teraz to do końca życia zostanie w tej tęczowej wieży, a żaden jednorożec nie przybędzie jej uratować. A może to nie miał być żaden jednorożec tylko Oliver? Ale zaraz. To Oliver nie ma rogu? Nie, nie tam w spodniach. Tam chowa węża. Właśnie. Czemu on nie został przydzielony do Slytherinu tylko do Gryffindoru, gdzie musiał wpaść akurat na tą majaczącą w szpitalnym łóżku Juno? Gdyby nie on nie byłoby takiej sytuacji. I nikt go nie obarczał żadną winą ani o nic nie oskarżał. ON PO PROSTU BYŁ WINNY I NIE PODLEGAŁO TO ŻADNEJ DYSKUSJI. Zanim następnym razem umieści swojego pytona w czyjejś waginie, niech się kilka razy porządnie zastanowi, czy nie złamie tym samym dziewuszce serca, a ta w ramach odwetu nie naćpa się jakimiś dziwnymi pigułami, a i tak dla hecy nie okaże się jeszcze, że jest w ciąży. Biedna Juno chyba już do końca życia będzie miała wstręt do tabletek, jakiegokolwiek typu by one nie były. Leżąc, czuła jak świat wiruje jej dookoła, a jacyś dziwni ludzie na siłę próbują go zatrzymać. Czyżby chcieli w nią wepchnąć jakiś kamień? Przecież kamienie połykają tylko foki, a ona nie przypominała sobie żeby takową była, bo nawet w płetwy bozia jej nie wyposażyła. Taki kamień to mogą jej dać, a kiedy przestanie już mieć dziwne jazdy, rzuci takim sobie jednym prosto w łeb Oliverka. Tak dla zadość uczynienia. No chodź tu Oliver, tylko się nie ruszaj, bo Ju widzi podwójnie i musi przymrużyć jedno oko żeby w Ciebie trafić.
- JA PIERDOLE CO ZA SMOOOOOOK- zawyła, okładając pięściami pościel dookoła siebie. Krzątająca się pielęgniarka nie zwróciła na to uwagi, bo przecież naćpane dzieci to ostatnio żadna nowość, więc i różne fazy zdążyła poznać. Prześcieradło na gryfonkowym łóżku zostało skotłowane i teraz już niemalże leżało na podłodze, czekając aż przyjdzie na przykład taki Watson i zamiast go podnieść zacznie się zastanawiać czemu ono nie leży na łóżku tak jak powinno. Panna Ćpunka-Kavanaugh zmrużyła jedno oko, co by na nie dobrze widzieć, bo halucynacje na moment ustąpiły i z nienawistnym spojrzeniem zaczęła się wydzierać na babeczkę w lekarskim kitlu zeby zobie poszła, bo ona musi przeprowadzić poważną rozmowę ze swoim przyszłym mężem, a ojcem jeszcze nienarodzonego, naćpanego dziecka.
- OLIIIIIIIIIVER do kurwy nędzy, rusz swoje kolby i podejdź do mojego sera - zawołała groźnie, tonem nie znoszącym sprzeciwu. Co prawda trochę jej się sens w tym wszystkim zatracił, a i słowa jakieś niepotrzebne wleciały, ale ogólnie znaczyło to to, że jak Oliver zaraz do niej nie przyjdzie, to jak tylko wytrzeźwieje, to życie będzie mu niemiłe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Pon Wrz 02 2013, 23:12

Isolde biegła, co już powinno wzbudzić niepokój w każdym, kto ją znał. Isolde nie biegała. Nigdy. Właściwie sama nie wiedziała, jak mogła biec, jak to możliwe, że po prostu nie usiadła gdzieś w kącie i nie zalała się łzami. Juno, Juno, JUNO. Bała się tak bardzo, że ledwie mogła oddychać, a jednocześnie spłynęła na nią jakaś okrutna, bolesna trzeźwość umysłu, chłód, który ścinał jej serce i sprawiał, że jej mózg pracował na najwyższych obrotach.
Jej matka była uzdrowicielką, a ponadto znała Juno tyle lat, że kiedy zobaczyła lejącą się przez ręce przyjaciółkę córki, najpierw wysłała do niej swojego znajomego z wydziału Zatruć Eliksiranych, prosząc, by o nią dobrze zadbali, a potem szybkim, nerwowym pismem nabazgrała kilka słów do córki, starając się nie przestraszyć jej za bardzo. Dobre sobie.
I teraz chyba musiał się spełnić jeden z koszmarów Olivera Watsona, bo przed salą, w której była Juno, stanęły dwie Bloodworth. Biorąc pod uwagę, jak bardzo były do siebie podobne, uroczy Ollie musiał pomyśleć, że to najgorsze halucynacje jego życia. Pani Bloodworth była może odrobinę niższa i trochę bardziej zaokrąglona niż jej córka, ale głos, rysy twarzy, a nawet kolor włosów miały szokująco podobne, jakby Is była niemal doskonałą kopią.
Doskonała kopia pani Bloodworth spojrzała morderczo na Watsona, mając wielką ochotę go uderzyć albo zabić. Tak po prostu, żeby już nic nie zrobił. Nigdy więcej. Ale teraz najważniejsza jest Juno. Próbowała się dostać do środka, mając wrażenie, że krzyki przyjaciółki zadają jej fizyczny ból, ale potraktowano ją równie bezceremonialnie jak Watsona. Is próbowała coś zdziałać przez swoją matkę, ale ta tylko pokręciła głową, pocałowała ją w czoło i kazała być dzielną, po czym odeszła, obiecując, że wróci po obchodzie. Isolde zacisnęła zęby i spojrzała na Olivera. Jej delikatna twarz wykrzywiła się we wściekłym grymasie, a gdyby spojrzenie mogło zabijać, popioły Watsona rozwiewałby już wiatr.
- To wszystko przez ciebie- zasyczała lodowato, splatając ramiona na piersi, żeby nie walnąć go na odlew w twarz.- Mówiłam, żebyś ją zostawił, mówiłam! A teraz patrz! Słuchaj, Watson! Tak, to wszystko twoja zasługa, jesteś teraz zadowolony? Zniszczyłeś ją, o to ci chodziło? Patrz na mnie!- jej głos był tak zimny i spokojny, że przerażał ją samą. Nienawidziła go tak bardzo, że wszystkie inne uczucia wyparowały. Juno, Juno, Juno. O Boże, dlaczego jej tam nie wpuszczą, dlaczego? Wiesz, dlaczego, uspokój się, Is, teraz potrzeba spokoju. Jak można być spokojnym, kiedy tuż obok siedzi sprawca tego wszystkiego, tego nieszczęścia, tego małego końca świata, bo przecież stan jest ciężki, tyle się dowiedziały z matką, prawda? Oddech.
Jeden.
Drugi.
Trzeci.
- To wszystko twoja wina...- powiedziała cicho, po czym opadła bezradnie na krzesło, trzęsąc się ze złości i strachu, mając wrażenie, że jej ciało to sopel lodu, w którym zastygła krew. Jakby nic nie mogło jej przywrócić krążenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 26
Skąd : Machester
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 2728
  Liczba postów : 738
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5797-oliver-maximillian-watson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5803-lekoman-mugol-wiecznie-na-luzie#167342
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5804-interesy-i-inne-dziwne-rzeczy#167346
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7170-oliver-maximillian-watson#204318




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Wto Wrz 03 2013, 21:27

polecam.
Jeśli pozwolę Ci uwierzyć, że Cię kocham, że jesteś ucieleśnieniem wszystkiego czego chcę... Jeśli tylko wyciągnę do Ciebie rękę... Jeśli tylko Ci na to pozwolę...
Siedział spokojnie na krześle zatykając uszy. Nie słyszał jej krzyku. Zachowywał się jak dwuletnie dziecko. Dosłownie. Jak dwuletnie dziecko, które nie chce widzieć czyjegoś bólu, ale wciąż się uśmiechać. Jak dwuletnie dziecko, które desperacko potrzebuje miłości, ale czasem próbuje być nastoletnim buntownikiem jeśli ktoś przesunie mu zabawkę w inne miejsce. Tak. To był on. Siedział na tym krzesełku, na którym mógłby spędzić wieczność, bo każda chwila się dłużyła. Każda chwila rozdzielała go od objęcia odpowiedzialności. W tej niemocy zasnąłby na zawsze, ale nie mógł.
Oliver wstawaj. Masz pięć minut na pójście do szkoły. Oliver... - słyszał to wielokrotnie od swojej matki, kiedy był jeszcze tylko mugolem. Teraz był mugolem, który potrafił machać różdżką. Co prawda niezbyt wprawnie, ale zawsze. A zatem westchnąwszy wspominał ową chwilę, kiedy matka okazała kawałek ludzkiej twarzy i ucałowała ojca w policzek. Doznał szoku, że tacy ludzie jak ona... Okazują miłość? Bała się go. To było wszystko, co wokół niego chowała. Był jak Juno w stosunku do niego... Pytał, pokazywał się w miejscach gdzie chciano widzieć ich rodzinę razem, lecz nigdy nie zajmował tego miejsca, o które tak walczył. Chciał być tylko normalnym synem, a Juno... Juno chciała być jego częścią życia i to tą stałą, kochaną, najlepszą. A on odrzucał ją, podobnie jak przerażona matka tym, że on jest nienormalny... Bo tak nazwała odlot od magii.
Ona nie może mnie kochać. Nie umiem kochać. Ja nie mogę. Muszę to sprzedać. Muszę odejść. Muszę zniknąć. To jedyna szansa.
Szamotanie się z myślami chyba nie szło mu za dobrze. Gdzieś pomiędzy te przemyślenia wetknęła się kolejna sylaba z ust Juno, która chyba właśnie dostała leki uspokajające. Jeśli nie podrażnią jej za bardzo całkiem możliwe, że jej pomogą. Złożył usta w linijkę napawając się teraz ciszą. Trzęsły mu się ręce. Nie był czysty... Drżał o badania, które mogą mu zaserwować. Co jeśli nie tylko Juno przez niego miała zagrożone życie? Pragnął się zsunąć z krzesełka i zasnąć, ale oto wpadło zło najczystsze... Wpadła nienawiść zamknięta w ciele "niewinnej" Bloodworth. Nie ulega wątpliwości, że Oliver na początku zwyczajnie jej nie słuchał. Nie kontaktował. Brnął w zupełnie inny świat.
Zamknięte rany, myśli otwarte.
Aż nagle otworzył szeroko oczy jakby co najmniej miały mu one zaraz wypaść i na moment zastygł we wszelkich ruchach. Opadł? Wydał się teraz dziwny? Coś go uderzyło. Coś w myślach. Coś co kazało spojrzeć mu na obecną tu od jakiegoś czasu Isoldę.
Wstał z zajmowanego miejsca wyprostowany jak żołnierz idący na wojnę. Uderzył dłonią z całej siły w ścianę.
- Ty kurwa nie masz pojęcia! - Krzyknął na cały korytarz tak że wszyscy zaraz obrócili się by na niego spojrzeć. Dokładnie trzydzieści par oczu, bo tyle naliczył ich Oliver. Przeraziła go ta uwaga... Nigdy na niego nie patrzono w ten sposób. Zazwyczaj tak jak Bloodworth... Z pogardą.
Odsunął z hukiem krzesełko, które poleciało na drugą stronę korytarza.
- Kim Ty jesteś, żeby mnie krytykować? Kim? - Wycedził ostatnie słowo przez zęby zaciskając pięści. Miał się bać kobiet. Miał się bać kogoś kim był. Nie jej. Isolda była tu najmniejszym problemem.
- Nikt na nią nie zasługuje! - Wycedził ponownie wskazując na drzwi od sali, w której znajdowała się Juno. - Myślisz, że pomachasz tu swoją główką z ułożoną fryzurką i co? Ukryjesz to kim jesteś? - Wybuchnął jakąś sieczką słów, która płynęła donikąd. Podszedł do niego pielęgniarz, lecz zatrzymał się odrobinę dalej trzymając się na dystans.
- Proszę się uspokoić. - Negocjował lekarz, którzy chyba bał się tego, że Oliver tu zrobi jakąś większą imprezę, ale Oliver na to nie zwracał uwagi.
- Wybacz Is. Może to jest moja wina, że jest jakiś popieprzony powód, dla którego przyszła do mnie. Może to jest coś więcej, czego tobie nigdy nie mogła powiedzieć, bo jesteś w zajebiście idealnym świecie... Nie zauwazyłaś tego, ale kiedy pominiesz swój czubek nosa... Ja, Juno. To nie jest Twój świat. Ułożona rodzina, doskonałe stopnie, chłopak mnich, który lubi to robić pod drzewami! Jeśli serio jesteś tu po to, żeby powiedzieć, że to moja wina... To wydrap to sobie na ścianie. Bo nie będę tego kurwa słuchał. - Krzyknął i w tym momencie lekarz położył mu dłoń na ramieniu by go wyprowadzić, ale w tym momencie to on się mu wyrwał i zwyczajnie wyszedł wciskając dłonie do kieszeni.
Kocham ją kurwa, ale nie powiem. Żadna Bloodworth tego nie zmieni. Nikt. Nic. Nigdy. - i poszedł. Dokąd? Do kogo? Po co? Może właśnie po to, żeby zniknąć według życzeń tak wielu.

[zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Sro Wrz 04 2013, 22:09

Jak potwornie go nienawidziła. Wybuch Olivera jej nie zaskoczył. Zawsze uważała, że żadne z jego strony nie będzie w stanie jej zadziwić. Miał rację. Gardziła nim. Nie, nie ze względu na pochodzenie, takie rzeczy nigdy jej nie obchodziły, to był czysty przypadek, że byli na takich miejscach, że ona nazywała się Bloodworth i każda komórka jej ciała była tworem dziesiątków magicznych pokoleń, a on Watson i był mugolakiem. Być może nawet jego uzależnienie nie wywołałoby w niej obrzydzenia, a raczej coś na kształt współczucia dla kogoś tak zniewolonego. Ale nie mogła darować mu tego odrażającego dziwkarstwa, tego że mamił Juno, ranił ją, odchodził i gdy Is zaczynała mieć nadzieję, że nie wróci, że Kavanaugh zapomni, zacznie normalne życie, on stawał w drzwiach i na nowo wciągał dziewczynę do swojego świata, w którym nie było miejsca na stabilizację. W ten "otwarty związek", który był otwarty tylko od strony Watsona, bo Juno pozostawała mu absurdalnie wierna, mimo ciągłej mantry "nie jesteśmy właściwie razem, nie jesteśmy razem, właściwie nie jesteśmy razem". A potem Juno z płaczem wsuwała się pod kołdrę Isolde i szeptała groźby, zapewnienia, czasem mowy obrończe, na wypadek gdyby przyjaciółka postanowiła rozwiązać problem Watsona raz na zawsze. I wszystko zaczynało się od nowa. A nienawiść rosła.
Bloodworth zniosłaby chyba każdego innego faceta, choćby nie mogła go strawić, gdyby był dobry i uczciwy wobec Juno, gdyby dał jej poczucie bezpieczeństwa, za którym zawsze tęskniła. Ale Watson ćpał. Watson zdradzał. Watson znikał bez słowa. Watson próbował je skłócić. A teraz leżała za tymi drzwiami i walczyła o życie. Przez niego.
Wiedziała, że on nienawidzi jej równie mocno jak ona jego i że nigdy nie dojdą do porozumienia. Nigdy. A jednak jego słowa zasiały w niej ziarno niepokoju. Czy... czy Juno była w ciąży? Z nim? Merlinie, nie, to chyba niemożliwe. Chyba by jej powiedziała, prawda? Były jak siostry. A to, że ich historie nie miały, prócz wieloletniej i zapewne dozgonnej przyjaźni, żadnych punktów wspólnych, nie miało znaczenia. Watson chciał jej wmówić, ze coś je dzieli. I jest to coś, co łączy jego i Juno. Że ona jest tą obcą, bo nie miała patologicznej rodziny, nie cierpiała głodu, chłodu, odrzucenia przez najbliższych. Bo miała dobre oceny i życie pod kontrolą.
Dlaczego tyle ludzi widzi mnie w ten sposób? Jak marmurowy posąg. Bez uczuć, bez życia. Idealny. Martwy.
Nie odpowiedziała mu, wpijając palce we własne skronie i trzęsąc się jak w febrze. Kamienowali się słowami i jeśli coś ich łączyło, to miłość do Juno, do której nie dawali sobie wzajemnie prawa, jakby to tak działało. Nie wolno ci jej kochać, nie zasługujesz, nie rozumiesz, jesteś nikim...
- Gdyby naprawdę ci zależało, zostałbyś tu i popodrzynalibyśmy sobie wzajemnie gardła- szepnęła, słysząc jego oddalające się kroki. On nigdy nie robił tego, czego od niego oczekiwano.
A potem w Isolde pękły wszystkie tamy i zalała się łzami, kryjąc twarz w dłoniach. Szlochała rozpaczliwie nad tym wszystkim, do czego doszło, nad Juno, nad swoim strachem, rozpaczą, miłością i nienawiścią. Szlochała coraz bardziej, jakby miało jej pęknąć serce. A przecież ona prawie nigdy nie płakała. Jakiś starszy pan chciał podać jej chusteczkę, ale zignorowała go, zapadając się w siebie. Tak bardzo się bała. I była tak bardzo sama.
- Pani z rodziny?- spytał wysoki, poważny uzdrowiciel, wychodząc z sali. Isolde poderwała się na równe nogi, ocierając oczy i starając się wyglądać rozważnie. Litości. - A, córka pani Bloodworth... Pani przyjaciółka jest już w nieco lepszym stanie, zwróciła większość tabletek i...- nie miał szans dokończyć, bo Isolde prześlizgnęła się do środka pod jego ramieniem i przypadła do łóżka Juno na kolanach. Jej blada twarz przeraziła ją i sprawiła, że miała znów ochotę wybuchnąć płaczem. Zamiast tego ujęła dłoń przyjaciółki i ucałowała ją delikatnie, tuląc do policzka.
- Maleńka... jestem tutaj... Juno, kochanie...- szepnęła łamiącym się głosem i umilkła, nie wiedząc, co jeszcze może powiedzieć. Bała się. Tak bardzo się bała...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Milton Keynes
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 182
Dodatkowo : teleportacja
  Liczba postów : 290
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5753-juno-kavanaugh
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5755-jp-jp-na-100
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5754-don-vito-poczta-juno
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7239-juno-primrose-kavanaugh




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Sro Wrz 04 2013, 23:05

Jeżeli ktoś tutaj teraz przypominał marmurowy posąg to była to Juno. Blada niczym kreda, bardziej przypominała trupa niżeli osobą wracającą do zdrowia. Sińce pod oczami, zdążyły pociemnieć do tego stopnia, że kolorem upodobniły się do śliwki. Usta spierzchnięte, zmęczone wymiotowaniem i wołaniem Oliviera. Głos uwiązł jej w gardle i nie chciał już wyjść na wolność. Nie chciała mówić. Nie chciała już nigdy w życiu się do nikogo odezwać. Tak bardzo teraz pragnęła żeby on się pojawił przy jej łóżku. Potrzebowała jego widoku żeby na powrót krew pojawiła się w jej twarzy. Nie musiał nic mówić, wystarczyłoby żeby złapał ją za rękę, a jej serce ponownie zaczęłoby bić. Miałaby siły żeby walczyć. Wiedziałaby, że jest tu z nią. Nie chciała od niego żadnych obietnic. Wiedziała, że i tak większość z nich zostałaby zapomniana i nie byłaby do spełnienia, jednak tlił się w niej płomyk cichej nadziei, że chociaż przed samym sobą Oliver coś obieca. Kiedy drzwi się uchyliły, jej serce podeszło jej do gardła, a z ust wyrwał się niemy okrzyk, kiedy to nie on, jej najgorszy koszmar, a jednak miłość życia przestąpił próg. Wszystko co niecierpliwiło się w niej żeby jak najszybciej przyśpieszyć wszystkie formalności, żeby móc go poczuć, nagle zgasło. Jakby jakaś niewidzialna osoba zdmuchnęła z niej wszystkie zapalone świece, po których nawet nie pozostał żarzący się knot. Nie to, że nie cieszyła się na widok Isolde. Była jej jeszcze bardziej potrzebna właśnie z tego powodu, że po raz kolejny zawiodła się na kimś na kim zależało jej najbardziej na świecie. Znowu ktoś bliski dał jej kopniaka kiedy najmniej się tego spodziewała. Czuła jak jej serce rozpada się na milion kawałków, a żadnego z nich nie będzie w stanie pozbierać, bo rozpierzchną się gdzieś na wietrze, lecąc każdy w inną stronę świata. Była jak porcelanowa lalka, która upadła z łoskotem o ziemię, zbijając swoją śliczną, porcelanową twarzyczkę, z tym smutnym wyrazem twarzy jaki na takich lalkach zawsze widniał. Nawet jej loki nie będą w stanie zasłonić ubytku w tej kruchej twarzyczce, której część można jedynie drogą ewentualności skleić na powrót. Nic jednak nie cofnie rysy jaka powstała. Tak samo było w przypadku Juno. Rysa jaka pojawiła się na jej już ostatnimi czasy mocno nadwyrężonej psychice, zdawała się być nie do usunięcia, a i łatwo było ją powiększyć. Wystarczył już w tej chwili jeden, malutki cios, a mała Juno oprócz serduszka rozsypała by się cała.
Kochała Bloodworth właśnie za to, że można było na nią liczyć. Wcale nie uważała jej za chodzący ideał. Jasne, bywała częściej opanowana niż Juno i miała w głowie dużo więcej oleju, ale nikt nie jest ideałem, a Kavanaugh znała ją przecież od podszewki. Potrafiła w pięć sekund wymienić jej wszystkie słabe cechy, ale nigdy tego nie wykorzystywała przeciwko niej. Tak samo było w przypadku drugiej Gryfonki. Były dla siebie jak siostry i mogły na siebie liczyć w każdej chwili. Ostatnio jednak Juno może i bez powodu, ale zaczęła się czuć jak kula u nogi. Wiedziała, że jej Is ma teraz chłopaka. Przeżywa wszystkie pierwsze razy, a Juno z kolei była w erze kryzysów. Nie chciała jej martwić. Nie chciała jej mówić, że jest w ciąży póki się nie upewni, a potem nie powie o tym Oliverowi żeby potem móc się pochwalić Isolde, że ma już jakiś plan, że wie co robić! Nic takiego się jednak nie stało. Nie było jej dane. Jej lekkomyślność, w połączeniu z furią jaka ją ogarnęła w mieszkaniu Olivera, dała opłakany rezultat, który możemy teraz oglądać na załączonym obrazku. Było fatalnie.
- Isolde...- jęknęła teraz łamiącym się głosem, zmuszając go do wyjścia z gardła, mimo że ani on, ani ona nie chcieli żeby do tego doszło. Do oczu momentalnie napłynęły jej łzy. Tak jak przed chwilą czuła się wypompowana z uczuć, z życia, to teraz wszystko nadeszło niczym tsunami, pełne żalu i frustracji, pragnąc jak najszybciej wypłynąć, uciec jej ciała. Fala płaczu wydobyła się z niej, mocząc szpitalną piżamę, w jaką ją ubrano. Takiego płaczu, takiego jęku nie chcielibyście słyszeć. Pełen bólu i niewypowiedzianych słów. Jak skowyt zranionego zwierzęcia. Dlaczego ona, taka jasnowidzka, nie mogła przepowiedzieć sobie tych wszystkich nieszczęść jakie ją czekały? I Ile jeszcze ich dla niej życie przyszykowało? Czemu akurat jej wizje dotyczyły innych, czemu wreszcie nie mogła zacząc myśleć o sobie? Męczennica, Juno Primrose Kavanaugh, wybrana przez życie po co? Po nic. I w tym sęk.
- Is.. Is... Isolde...- załkała, nie mogąc złapać oddechu.- Jego nie ma... Widziałaś go? Czy on wróci? - zapytała słabo, przygotowując się na to jaką zaraz odpowiedź usłyszy. Wiedziała, że nie wróci. Czemu? Czemu Oliver zostawiłeś ją w takim momencie?
Do sali wszedł z powrotem ten sam mężczyzna, który pozwolił Isolde wejść do środka i powiedział jej o stanie pacjentki. Nie dane mu jednak było dokończyć. Poczekał grzecznie aż minie pierwsza fala i przed przyjściem następnej postanowił wywołać sztorm.
- Ekhm... Przykro mi o tym mówić, ale niestety prędzej, czy później i tak bym musiał. Dziecko... Um, niestety pani poroniła. Nic z tym nie mogliśmy zrobić- zwiesił wzrok na chwilę na dół. Nie lubił oglądać scen płaczu. Czuł się niekomfortowo i to właśnie on zazwyczaj przekazywał takie wiadomości pacjentom i był świadkiem takich chwil. Nienawidził tego. Czasami po prostu zastanawiał się czemu nie został na przykład zielarzem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Czw Wrz 05 2013, 21:21

Is bała się na nią patrzeć. Bała się jej bezruchu, potwornej bladości i faktu, że nie mogła zupełnie nic zrobić. Miała wrażenie, że pęknie jej serce ze strachu i bezradności. Że w Juno coś się złamało, że posklejanie jej na nowo będzie trudniejsze niż kiedykolwiek. Z trudem usiadła na łóżku przyjaciółki, ocierając zapłakaną twarz i próbując być dzielna, kojąca... Wyłączyć własny strach, dać Kavanaugh poczucie, że przynajmniej ona jej nigdy nie zostawi. Że będą razem, choćby świat miał się rozsypać na miliony kawałeczków. Nie, Is jej nie zostawi, choćby miała zrezygnować ze wszystkiego innego, nigdy nie zrezygnuje ze swojej małej Juno, nigdy jej nie zostawi, zawsze będzie szła o krok za nią, by złapać, gdyby się potknęła. Zdobycie przyjaźni Bloodworth nie było takie łatwe, ale jeśli się to już komuś udało, mógł liczyć na nią zawsze i o każdej porze. A teraz nie wiedziała, co robić, jakie znaleźć słowa, dla swojej najlepszej przyjaciółki, o której szczęście próbowała walczyć, tylko że nie dała rady.
Nie dała rady.
Nie zapobiegła.
Nie... Zagryzła usta, głaszcząc mokrą od potu twarzyczkę Juno, patrząc w jej błyszczące gorączkowo oczy, na które co chwila opadały ciężkie powieki. Była taka słaba, tak umęczona i złamana, że Isolde miała ochotę wybuchnąć płaczem, wtulić się w jej kruche ciało i obiecać, że przecież wszystko będzie dobrze, prawda? Pewnego dnia obie wyjdą za mąż za odpowiednich facetów, że umówią się i razem zajdą w ciążę, razem będą chodziły do szkoły rodzenia, a ich dzieci będą się wychowywały wspólnie od samego początku. Że ich mężowie się zaprzyjaźnią i jak już będą wszyscy czworo starzy i pomarszczeni, w zimowe wieczory będą rozgrywać partyjki szachów czarodziei, wspominając młodość. Będzie idealnie, tak jak na to zasługiwały.
Nie, w Isolde niewiele było z ideału. Ona po prostu potrafiła nałożyć maskę, zepchnąć uczucia gdzieś na samo dno, by wybuchnąć płaczem albo gniewem w samotności. Ona była dość silna, by walczyć ze sobą, ze światem... Ona ciągle mocowała się z prądem, który chciał ją unieść w sobie tylko znanym kierunku. Bywała tym zmęczona. I wtedy była Juno, przed którą mogła się odsłonić, której mogła się przyznać do rzeczy, których się wstydziła, które siedziały w niej i nie oglądały światła dziennego. Isolde kochała Juno. Dopełniały się, były tak bardzo różne, a jednak tak bardzo podobne. Obie nie lubiły się przyznawać do słabości, do cierpienia i tęsknoty. Pozowały na niezłomne, a potem tuliły się do siebie, wypłakując wszystkie żale i niesprawiedliwości, które je dotknęły.
Gdyby Isolde wiedziała, dlaczego Juno nie przybiegała już do niej, ilekroć w jej życiu zaczynało się coś sypać, byłaby rozżalona i nieszczęśliwa, zastanawiając się, gdzie popełniła błąd, skoro Kavanaugh nie jest już przekonana, że Is rzuci wszystko, by ją wesprzeć. A Marcel...? Tak, kochała go, tak, tyle rzeczy było dla niej nowych, bardzo ją absorbował, ale przecież nigdy w życiu nie przedłożyłaby leniwego wieczoru z Marcelem nad zapłakaną przyjaciółkę!
- Ciii... nie płacz, maleństwo... jesteś słaba- szepnęła Isolde, a po jej policzku popłynęły łzy. Ucałowała czoło Juno, ściskając jej drobną rękę i mając wrażenie, że brakuje jej powietrza. Było tak duszno! Przecież chorzy muszą czymś oddychać, to niezdrowe, prawda? Co miała jej powiedzieć? Że Oliver obrzucił ją stekiem obelg, że ona zwaliła na niego całą winę, a teraz uciekł, wyszedł, zostawił? Jakieś litościwe kłamstwo, Merlinie!- Widziałam... był bardzo przejęty, Juno... i trzeźwy, tak myślę. Poszedł... ale może wróci- mówiła cicho, ocierając oczy i starając się przywołać na twarz pocieszający uśmiech. Wszystko się ułoży, będziemy żyć długo i szczęśliwie...
Isolde spojrzała na uzdrowiciela z niezrozumieniem w oczach. Dziecko. Juno straciła dziecko. Więc... więc rzeczywiście. Poczuła, że z jej twarzy odpływa cała krew, ścisnęła mocniej dłoń przyjaciółki, jakby to coś mogło zmienić. Świat był zły, świat był okrutny, zbyt okrutny dla jej małej Juno, która przecież niczym nie zawiniła. Niczym.
Wszystkiemu winien był ON.
Jak zawsze.
ON.
To nie był czas na pytania typu dlaczego mi nie powiedziałaś, już mi nie ufasz?, chociaż cisnęły się Isolde na usta. Patrzyła na Juno w milczeniu, bojąc się reakcji. Nie miała siły. Tak bardzo nie miała siły, by wziąć się z życiem za bary.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 21
Skąd : Londyn, Wielka Brytania
Galeony : 616
  Liczba postów : 198
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9526-kato-arearos-thorn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9527-bede-twoim-katem
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9528-kat
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9529-kato-arearos-thorn




Moderator






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Nie Paź 18 2015, 12:51

Nie ma to jak roczna nieobecność. Nie ma to jak przegapienie owutemów. Nie ma to jak zerwanie kontaktu ze wszystkimi znajomymi i wyjazd w nieznane. Nie ma to jak śledzenie starych zapisków i przekopywanie ton aktów urodzenia. Nie ma to jak przepytywanie tysiąca ludzi przez ledwie siedemnasto, a potem osiemnastolatka. Rok czasu poświęcony researchowi. Tak wiele czasu straconego na bezczynną agresję z powodu braku postępów, aż wreszcie następujący przełom. Tak słodki, a zarazem mocno gorzki. Prawie jak ostatnie wyprowadzone uderzenie w twarz, kiedy pęka skóra na kłykciach, rozerwana przez wypadające zęby przeciwnika. Satysfakcja mieszała mu się ze złością. Złością tak potężną, jaką może przejawiać tylko ten szczupły nastolatek, tak pełen gniewu jak niewielu przed nim. Wulgarne słowa, jakie od zawsze wydobywały się zza jego warg tym razem docierają do apogeum, które nagle się urywa. Załatwianie spraw w Hogwarcie jest na pierwszym miejscu. Wciskanie dyrektorowi bajek o chęci poprawy, prośba, aby dopuścił go do egzaminów końcowych pomimo katastrofalnych nieobecności na zajęciach. Wreszcie tygodnie szaleńczej nauki. Wciskanie w głowę informacji jeszcze nigdy nie wydało mu się tak trudne, ale i tak potrzebne. Udało mu się zaliczyć wymagane przedmioty, tyle wiedział. Zapewne na minimum, ale nie dbał o to. Liczyło się tylko to, że mimo wszystko mógł wrócić do Hogwartu po wakacjach. Miał duży poślizg. Półtora miesiąca spędził na gromadzeniu informacji o pewnym mężczyźnie, a kiedy wreszcie zjawił się w Londynie, musiał przetrwać gadkę - szmatkę koła pedagogicznego. Schował dumę w kieszeń, a chociaż wyrzucał z siebie miłe, skruszone słowa, jego umysł koncentrował się na ogniu, tlącym się w jego świadomości.
Berberys Fairley jeszcze nie wiedział, że powinien być tego dnia gotowy na wszystko. Opuszczenie kolejnych zajęć nie stanowiło dla Thorna większego problemu. Wymknięcie się z zamku już od dawna miał opanowane do perfekcji, a wycieczka do Londynu stanowiła ciekawą odmianę od szarych murów i tony domysłów, jakiej musiał poddawać się ostatnimi tygodniami. Kiedy przekroczył próg szpitala, zsunął z twarzy arafatkę, rozplątując jej wiązanie kilkoma sprawnymi ruchami, jednocześnie zbliżając się do recepcji. Nie wiedział na co liczył, kiedy prosił o dostęp do doktora Fairleya, ale kiedy mu odmówiono nie odczuł tego jakoś specjalnie mocno. Po prostu się zirytował i zmełł w ustach przekleństwo, nim wdrożył w życie plan B. Przekradł się na oddział, na którym podobno pracował Berberys, wciąż mając w głowie imię swej domniemanej matki. Darcey nie miała nawet pojęcia jak wielkie utrudnienie stanowiła jej nieobecność w Wielkiej Brytanii, ale Kato nie zamierzał jej tego uświadamiać. Czekał cierpliwie, aż dawca nasienia pojawi się na korytarzu, a potem wyszedł ze swojej kryjówki w jednej z łazienek i po prostu do niego podszedł. Zagrodził mu drogę i skupił na nim uważne spojrzenie tym razem błękitnych oczu, a potem rozchylił usta, jednocześnie czując jak z palców odpływa mu cała krew.
- Berberys Fairley? - zapytał pewnie, a serce zadrżało mu niespokojnie, kiedy tak trwał w bezruchu, oczekując potwierdzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 44
Skąd : Naifaru, Malediwy
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 610
  Liczba postów : 149
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11446-berys-fairley?nid=1#307702
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11448-uzdrowie-ci-cialo#307705
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11447-listy-kartki-pocztowki-paczki#307704
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11449-berberys-fairley#307706




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Nie Paź 18 2015, 13:47

Od rana uśmiechał do wszystkich wywołując tym niemałe poruszenie. Zdawał sobie sprawę z tego, że wywoła tym pewnie lawinę plotek, ale zupełnie o to nie dbał. Ostatni wieczór spędził w przemiłym towarzystwie i nadal czuł, że jest pod dziwnym wpływem tamtego wieczoru. Sam był sobą zaskoczony, ale nic nie zamierzał z tym robić. Po raz pierwszy od dawna obudził się w wyśmienitym nastroju. Tak dobrym, że zamierzał podzielić się nim z innymi. Śniadanie i poranna kawa smakowały inaczej niż zazwyczaj. Nic tylko cieszyć się na tak dobrze rozpoczęty dzień. Pomimo nienajlepszej pogody postanowił przejść się do szpitala. Wiatr i deszcz nie były mu straszne, a jedynie rozbudziły go jeszcze mocniej.
Był niemal pewien, że nic nie zepsuje mu tego dnia. Żaden stażysta, praktykant czy inne antytalencie. Z takim przekonaniem wszedł do szpitala i udał się na swój oddział. Zajął się pracą, nie raz i nie dwa wracając myślami do poprzedniego wieczoru. Nie był jednak przez to rozkojarzony. Berys nie należał do tych co zaniedbują obowiązki albo przez swoją nieuwagę szkodzą innym. Przyjmował kolejne osoby, a kiedy trafiła mu się młoda dziewczyna, która za pomocą różnych eliksirów próbowała odebrać sobie życie nie wahał przed podjęciem kolejnych kroków. Po zrobieniu wszystkiego co mógł na chwilę obecną, zostawił ją pod okiem jednego za stażystów i miał się udać na innym oddział, aby poprosić o konsultację. Nie przeszedł połowy korytarza, kiedy drogę zaszedł mu jakiś młody chłopak.
- Zgadza się. Ty pewnie szukasz Emmy. Już się nią zająłem, a teraz odpoczywa pod okiem stażysty w sali na końcu korytarza. Jeżeli będziesz miał jakieś pytania spokojnie możesz je zadać uzdrowicielowi Mayersowi - od razu pomyślał, że chłopak przyszedł do dziewczyny, która próbowała odebrać sobie życie. Wydawało mu się, że są w podobnym wieku, może był jej bratem? Albo przyjacielem? Nie chciał za bardzo w to wnikać. Historii jak ta było mnóstwo, a większość niczym się od siebie nie różniła. Myślał, że udzielił chłopakowi odpowiednich wskazówek co do wszystkiego, ale ten nadal uparcie stał przed nim - O coś chcesz spytać zanim do niej wejdziesz? Jesteś jej bratem? Przyjacielem? Przyda się jej teraz obecność kogoś bliskiego. Może nie chcieć z Tobą rozmawiać, ale nie zmuszaj jej do tego. Sama obecność będzie dla niej wiele znaczyła - normalnie już dawno by go wyminął i poszedł w swoją stronę, ale nie dzisiaj. Zaniechał szybkiego przejścia na drugi oddział tylko dlatego, aby postać chwilę z chłopakiem. Może potrzebował więcej czasu, aby wszystko do niego dotarło? Szkoda, że nie wiedział z jaką sprawą naprawdę zjawił się w szpitalu. Oszczędziłby sobie całą tą gadkę, która była chybiona i zupełnie nie na miejscu. Jednak coś takiego nawet przez myśl mu nie przeszło! Właśnie stał przed nim jego syn, a on był święcie przekonany, że chłopak przyszedł do niedoszłej samobójczyni. Może gdyby na samym początku powiedział coś więcej...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 21
Skąd : Londyn, Wielka Brytania
Galeony : 616
  Liczba postów : 198
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9526-kato-arearos-thorn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9527-bede-twoim-katem
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9528-kat
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9529-kato-arearos-thorn




Moderator






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Nie Paź 18 2015, 23:02

Kato nie miał pojęcia jak dokładnie wygląda praca domniemanego ojca, najwyraźniej chcąc przekonać się w praktyce. Wiedział tylko gdzie go szukać, jak ma na imię oraz po czym ma go poznać. Nawet nie był pewien, że to on, kiedy tak zaczepił go na korytarzu, ale raz się żyje, czyż nie? Emma chciała udowodnić to zaledwie kilka godzin temu, a Ślizgon miał zamiar zrobić to teraz. Udowodnić Berberysowi Fairleyowi, że nie może pozostać jedynie pustym wpisem w jego pierdolonym akcie urodzenia. Powinien być dla niego kimś więcej, niż jedynie czarną kreską w miejscu na nazwisko ojca, a zarazem kimś tak niewiele znaczącym, aby nie odczuwał jego braku. Niestety Arearos już wystarczająco wiele razy przekonał się, że nawet pod skrzydłami Burnwoodów czuł się obco. To nie była krew z jego krwi - wystarczyło spojrzeć na jego i Emmeta. Na niektórych polach tak skrajnie różni, tak sobie obcy…
Przeczekał wywód uzdrowiciela, nie będąc pewnym jak powinien zabrać się do tego wszystkiego. Nie mógł przecież wykrzyczeć mu prawdy w twarz i uciec. Uznałby to za głupi żart, a przecież poważną rozmowę też mógł tak podsumować. Cóż, nie posiadał też tylu wiarygodnych faktów, aby po prostu zmusić go do uwierzenia w tę całą historię z ojcostwem.
- Przyszedłem do Ciebie. - uciął jego wywody, darując sobie „pana” czy jakiekolwiek formy grzecznościowe. W jego opinii ktoś, kto porzuca swoje dzieci nie zasługuje na jakikolwiek szacunek z jego strony. Musi na niego dopiero zapracować, ale czy Kato mógł na to liczyć? Wątpliwe. Zmarszczył brwi. Powinien kontynuować.
- Darcey Groves - wymówił wyraźnie i dobitnie to nazwisko, czując jak wraz z każdą sylabą do jego świadomości dociera tylko jeszcze więcej niechęci do tego mężczyzny, stojącego przed nim i nawijającego o jakiejś głupiej Emmie, która wcale go nie obchodziła. - Dziewiętnaście lat temu zachciało Ci się figli. Miło byłoby, gdybyś chociaż zainteresował się czy Merlin nie postarał się o jakieś owoce waszej przelotnej znajomości.
Na razie dbał o słownictwo. Trzeba było mu przyznać jedno - bardzo starał się zachować samokontrolę, mimo, że splecione ze sobą dłonie zaczynały mu się trząść.
- Nazywam się Kato, teraz Thorn, kiedyś Burnwood. Urodziłem się dwudziestego piątego maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku. Nie wiem gdzie, a przez prawie całe życie nie wiedziałem dzięki komu. Darcey nie chce ze mną rozmawiać. - ostatnie zdanie dorzucił jakby na usprawiedliwienie tego, że zawraca mu głowę, ale gorzki uśmiech, jaki naznaczył jego twarz daleki był od adekwatnego do przeprosin. - Może z Tobą będzie chciała. Zapytaj ją. Gówno mnie obchodzi czy teraz mi uwierzysz. Po prostu to przemyśl i może się odezwij, co? Po osiemnastu latach to by już, kurwa, wypadało chociaż wysłać życzenia urodzinowe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 44
Skąd : Naifaru, Malediwy
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 610
  Liczba postów : 149
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11446-berys-fairley?nid=1#307702
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11448-uzdrowie-ci-cialo#307705
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11447-listy-kartki-pocztowki-paczki#307704
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11449-berberys-fairley#307706




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Wto Paź 20 2015, 20:16

Nie miał pojęcia dlaczego chłopak nadal przed nim stoi, wszyscy zazwyczaj od razu kierowali się w stronę sali i dopiero później zasypywali go pytaniami. Najważniejsze przecież było sprawdzenie czy z bliską osobą na pewno jest w porządku. Żadne słowa nie mogły się równać z tym co zobaczą oczy. Kiedy chłopak stwierdził, że przyszedł do niego skrzyżował ręce na wysokości klatki piersiowej i czekał na ciąg dalszy. Nie sądził, że to co zaraz usłyszy zmieni jego dzień diametralnie. Nazwisko, które usłyszał nic mu nie powiedziało.
- Nie znam żadnej Groves - chciał zakończyć to jak najszybciej, ale to stwierdzenie w niczym nie przeszkadzało chłopakowi. Mówił dalej, a każde kolejne słowo kładło się na jego barkach boleśnie wbijając w podłogę. Poczuł, że robi mu się niedobrze, a próba powiedzenia czegokolwiek skończyłaby się niezrozumiałym bełkotem. To było coś czego się spodziewał ani teraz, ani nigdy. Kiedy pierwszy szok minął, doszło do niego, że to nie mogła być prawda. Przecież wiedziałby o tym. Dziewczyna powiedziałaby mu o ciąży, a nawet jeśli była jedną z tych której imienia nie znał to przecież próbowałaby go znaleźć, aby ogłosić radosną nowinę. Wyciągnąć pieniądze albo zmusić do wychowywania dziecka. Nie zapadł się przecież pod ziemię, gdyby tylko chciała to znalazłaby sposób, aby się z nim skontaktować. Niemal z miejsca odrzucił wszystko co usłyszał. To po prostu nie mogło być prawdą.
Nie raz z kumplami robili sobie niewybredne żarty, a już szczególnie kiedy nie widzieli się przez długi czas i wpadali do siebie z niezapowiedzianą wizytą. Mogli sobie w przeszłości żartować z przyjaciółmi na wiele sposobów, ale ten był jednym z okrutniejszych. Początkowo właśnie tak to przyjął. Zaczął się nawet rozglądać za starym kumplem, który w taki sposób chciał się z nim przywitać. W myślach już mu gratulował, bo przez chwilę dał się nabrać - Wszystko pięknie, a teraz powiedz który z moich kumpli zapłacił Ci za ten żart. Prawie uwierzyłem w tą całą bajeczkę o Groves. A teraz idź powiedz temu durniowi, żeby następnym razem bardziej się postarał, jeżeli chce mnie wkręcić - wyminął chłopaka, bo nie uważał, żeby teraz był czas i miejsce na takie żarty. Szczególnie, że już dawno powinien być w innym miejscu. Szkoda, że stracił go też na wcześniejszą gadkę. Ma nauczkę na przyszłość, aby dowiedzieć się najpierw z kim ma do czynienia.
Nie wierzył. Zwalał wszystko na durny kawał starych kumpli, bo tak było o wiele prościej niż przyznać przed samym sobą, że wszystko co mówił chłopak łączyło się w spójną całość. A gdyby sięgnął pamięcią te dziewiętnaście lat wstecz to Darcey od razu pojawiłaby się w jego myślach. Wtedy też musiałby się zmierzyć ze wszystkim co niosło za sobą to spotkanie. Nie był na to przygotowany i nie sądził aby kiedykolwiek to nastąpiło. Machnął ręką na to wszystko i poszedł załatwić sprawę, którą miał się zająć zanim mu przerwano. Po kilku minutach wrócił na oddział, a kiedy tylko na nim się znalazł zobaczył, że Kato nadal tam jest.
- Jeszcze Ci się nie znudziło? Podobno zapłodniłem dziewiętnaście lat temu jakąś Groves. Dobre sobie. Jeżeli nie chcesz ode mnie niczego więcej to spływaj. To szpital, a nie miejsce na głupie żarty - nie lubił kiedy ktoś przeszkadzał mu w pracy. A już na pewno nie w tak głupi sposób.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 21
Skąd : Londyn, Wielka Brytania
Galeony : 616
  Liczba postów : 198
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9526-kato-arearos-thorn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9527-bede-twoim-katem
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9528-kat
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9529-kato-arearos-thorn




Moderator






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Sro Paź 21 2015, 10:46

Pewnie, tak było najłatwiej. Najprościej było udać, że żadnej takiej się nie tylko nie zna, ale w ogóle nie istniała. Wcale nie wsadzało się w nią kutasa i wcale nie pieprzyło Merlin tylko raczy wiedzieć w jakich warunkach. Może była dziwką i życie dano mu gdzieś w cholernie absurdalnym tybetańskim burdelu? Wziął ją raz i oto efekt. To mogłoby tłumaczyć, dlaczego teraz tak wypiera się znajomości z nią. Kato zmarszczył brwi, czując, że zachowanie jego ojca zaczyna zakrawać na jakiś komiczny żart. Oczywiście, że nie uwierzył. Gdyby od razu ślepo zaufał jego słowom, Thorn zapewne uznałby go za skończonego idiotę, z którego galeony można ciągnąć jak, nie przymierzając z własnej sakiewki. Tylko czemu to wszystko tak go wkurzało? Dlaczego tak bardzo miał ochotę mu przyłożyć i wybić kilka zębów? Powinien go otrzeźwić, a może właśnie nie powinien, ale miał na to cholerną ochotę. Wziął głębszy oddech, chcąc się uspokoić, ale teraz trzęsły mu się nie tylko dłonie. Ramiona wręcz zaczynały mu dygotać, a ten szczupły, niepozorny chłopak wyglądał wręcz na doprowadzonego do furii. Powstrzymał się. Nic nie powiedział, ani nie ruszył się z miejsca, a Fairley odszedł. Pozwolił mu na to z pełną świadomością swoich czynów i konsekwencji, jakie za tym popłyną, lecz to wcale nie sprawiło, że łatwiej było mu się z tym pogodzić. Zaciskał i rozluźniał leniwie palce, walcząc z przemożną chęcią na zdemolowanie mu tego pierdolonego oddziału, ale szło mu trochę słabo. Może, mimo wszystko, poczułby się na tyle pokonany, aby odejść, gdyby dano mu tę chwilę na opanowanie emocji. Niestety, Berys postanowił wrócić i jeszcze rzucić swój komentarz. To sprawiło, że w Arearosie obudził się prawdziwy demon, od którego podobno pochodziło to imię. Wszelkie hamulce puściły. Jego twarz wykrzywił grymas wściekłości, a nagły skręt bioder odwrócił go przodem ku temu nieodpowiedzialnemu dawcy nasienia, sądzącemu, że jest bezkarnym. Kiedy on nawet nie chciał od niego żadnych pieniędzy. Żadnego pierdolonego głaskania po główce i wyznawania miłości. Czy prawda to już zbyt wiele nawet dla magomedyka?
- Słuchaj, Ty pierdolony komediancie. - warknął, ruszając w jego kierunku, a potem bez żenady szturchnął go, popychając jego ramiona. - Myślisz, że jesteś kimś? Myślisz, że możesz od tak uważać, że nic takiego nie miało miejsca, a ja nie istnieje? Nie chce od Ciebie niczego, rozumiesz? NICZEGO!
Nawet nie zauważył, kiedy zaczął krzyczeć, a kiedy znowu do niego doskoczył, tym razem spróbował pchnąć go na tyle, aby uderzył plecami o najbliższą ścianę.
- Najłatwiej jest udać, że nie pchało się fiuta w każdą dziurę. - odsunął się od niego, a tym razem jego twarz zabarwił grymas nienawiści. - Wiesz co? Pierdol się. Pierdol się, kurwa mać!
Splunął mu pod nogi, a potem odsunął się i wybiegł. Wprost w siną dal, wybiegając z oddziału tak, jakby goniła go całą banda aurorów. Nigdy by się do tego nie przyznał, ale kiedy już znalazł się w samotnej uliczce gdzieś niedaleko szpitala, przytknął czoło do samotnej cegły, czując jak po twarzy spływa mu dziwna wilgoć, jakiej nie potrafił opanować. Ta jedyna oznaka słabości zniknęła jednak równie szybko jak się pojawiła, a Kato, z poczuciem niesprawiedliwości życiowej odszedł w stronę węzła kolejowego. Słowo daje, to chyba czas na opanowanie teleportacji.

[zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 44
Skąd : Naifaru, Malediwy
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 610
  Liczba postów : 149
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11446-berys-fairley?nid=1#307702
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11448-uzdrowie-ci-cialo#307705
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11447-listy-kartki-pocztowki-paczki#307704
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11449-berberys-fairley#307706




Gracz






PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   Sro Paź 21 2015, 17:40

Nie wgłębiał się w słowa chłopaka za bardzo, bo uważał to wszystko za kiepski żart, który był efektem pracy jednego z jego znajomych. Kiedy wrócił na oddział rzucił od niechcenia komentarz, który miał być ostatni i chciał wrócić do swoich zajęć. Zajmowanie się czymś tak abstrakcyjnym nie wchodziło w grę. Szczególnie, że to wszystko wydawało się zupełnie oderwane od rzeczywistości. Nie było mu jednak dane, bo nim zrobił jeszcze dwa kroki został popchnięty, a chłopak zaczął krzyczeć. Spodziewał się czegoś innego, niż takiej mocnej reakcji, która wydawała się prawdziwa. Raczej oczekiwał machnięcia ręką przez niego i pójścia w swoim kierunku.
- Zamknij się, jesteś w szpitalu, a nie w szkole, gdzie darcie mordy jest na porządku dziennym. Ludzie tutaj potrzebują spokoju, a nie jakieś komedii w Twoim wykonaniu - mówił cicho, ale nie spokojnie i przez zaciśnięte zęby. Nie podobało mu się jak wiele głów nagle odwróciło się w ich kierunku. I tak nie przejmował się gadaniem innych, więc mogli dopowiadać to tego wszystkiego swoje niestworzone historie. Jednak chodziło o sam fakt, że zaburzał spokój innych.
Kiedy Kato pierwszy raz go pchnął to nie spodziewał się tego i zrobił krok w tył, ale na kolejne już był przygotowany. Najchętniej odpowiedziałby tym samym, ale był w pracy i w tym miejscu nie pozwalał sobie na takie rzeczy. Zamiast zareagować w odpowiedni dla siebie sposób, stał i wpatrywał się w chłopaka czekając na to co będzie dalej. Dopóki tylko był popychany nic sobie z tego nie robił, ale gdyby postanowił zrobić coś więcej, nie sądził, że udałoby mu się zachować taki spokój.
- Z Groves? Podobno już to robiłem - odpowiedział na odczepnego i nim zdążył dodać coś więcej chłopak odwrócił się, a Berys mógł tylko patrzeć się w jego plecy. Ten wybuch złości nie podobał mu się w żadnym stopniu, zrodził tylko obawę, że Kato nie kłamał. Gdyby to miał być tylko głupi żart skończyłby się o wiele szybciej, pewnie zaraz po tym jak opuścił oddział albo chwilę po tym jak na niego wrócił. Najchętniej to całe spotkanie rzuciłby w niepamięć, ale to tak proste nie było. Jakiś złośliwy głos zaczął mu podpowiadać, że to jednak może być prawda. Nie mógł się go pozbyć i co najgorsze towarzyszył mu później przez cały dzień. Dobry humor minął jak ręką odjął, a złośliwością nie było końca. Dobrze, że zawsze byli stażyści na których mógł wyładować swoje niezadowolenie i złość.
Myśli nie dawały mu spokoju przez co najchętniej zamknąłby się w swoim gabinecie i nie opuszczał go do końca dnia. Wiedział, że tak nie można. Szkoda tylko, że nadal nie wymyślił co zrobić z tym czego się dowiedział. Najgorsze, że to mogła być prawda. Dochodziło to do niego powoli, a kiedy już przyswoił sobie tą wiadomość to zaczął patrzeć inaczej na wszystko ci zaszło na korytarzu. Na złość chłopaka, pośpieszne opuszczenie szpitala, krzyk, popychanie. Nie wiedział czy umiałby na jego miejscu zachować się podobnie i czy nie zrobiłby czegoś gorszego od niego.

zt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Zatrucia Eliksiralne i Roślinne   

Powrót do góry Go down
 

Zatrucia Eliksiralne i Roślinne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
londyn
 :: 
szpital sw.munga
-