Czarodzieje - forum rpg typu PBF Play By Forum. Zostań czarodziejem niczym Harry Potter, dla którego nasz Hogwart stanie się drugim domem.

 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Urazy Magizoologiczne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VI
Wiek : 24
Skąd : OGÓLNIE WYCHOWUJE DZIECI W MEKSYKU
Galeony : -7
  Liczba postów : 444




Gracz






PisanieTemat: Urazy Magizoologiczne   Sob Cze 12 2010, 16:35


Urazy Magizoologiczne
Jest to odział znajdujący się na drugim piętrze, przeznaczony dla wszystkich którzy mieli jakieś wypadki z magicznymi zwierzętami. Trafiają tu ofiary ukąszeń, oparzeń, użądleń, wbitych kolców, jak i wielu innych.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 43
Skąd : Naifaru, Malediwy
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 610
  Liczba postów : 149
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11446-berys-fairley?nid=1#307702
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11448-uzdrowie-ci-cialo#307705
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11447-listy-kartki-pocztowki-paczki#307704
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11449-berberys-fairley#307706




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Pią Wrz 18 2015, 20:48

Każdy kolejny dzień był inny od poprzedniego. Stawiał nowe wyzwania, zmuszał do podejmowania kolejnych decyzji, nie dając chwili, aby przeanalizować te podjęte podjęte wcześniej. Dzisiejszy dyżur był ciężki, nie dało się tego określić inaczej. Był przemęczony i pierwszy raz od dawna wyczekiwał końca, aby móc udać się do domu. Jak najszybciej, bez oglądania się przez ramię i zajrzenia raz jeszcze do wszystkich pacjentów. Dopiero w domu mógł odpocząć, przynajmniej od tego co miał w pracy. Starał się nie przenosić jej za próg mieszkania, a było to trudne wyzwanie. Nie raz do późnej nocy przeglądał karty pacjentów, a następnego dnia w podłym nastroju wracał do szpitala. Niewyspanie nie było pożądane, ale nie umiał inaczej. Dopiero z czasem tego zaprzestał. Nie znaczyło to, że los pacjentów był mu obojętny. Dlatego zazwyczaj wychodził jako ostatni, nie raz i nie dwa siedział przy łóżkach pacjentów rozmawiając z nimi i próbując dodać otuchy.
Czas zdawał się stać dzisiaj w miejscu. Zajmował się pacjentami, ale wskazówki zegara nie przesuwały się w takim tempie jakim by sobie tego życzył. W dodatku znów miał spięcie z Bloodworth. Kobieta działała mu na nerwy odkąd zaczął pracować w Mungu i na każdym kroku musiała mieć inne zdanie. Niezmiennie od lat. Dzisiaj była jednak wyjątkowo kąśliwa, a on nie miał siły na wszelkie utarczki słowne. Zachował spokój, jednak ostatkiem sił. Zacisnął zęby, aby nie powiedzieć kilku słów za dużo. Może następnym razem będzie im dane porozmawiać w bardziej ustronnym miejscu, bo nie zamierzał się kłócić przy pacjentach. Im należy się spokój, a nie awantura dwójki uzdrowicieli. Na sam koniec zrobił przegląd eliksirów, aby nie okazało się czegoś im zabraknie. Niby były osoby za to odpowiedzialne, ale wolał samemu to również skontrolować. Miał wtedy pewność i spokojną głowę, a ta była niezbędna do wypoczynku. Po dyżurze przebrał się w mugolskie ubranie, bo miał jeszcze w planach mały spacer. Zmęczenie był ogromne, ale świeże powietrze na koniec dnia, zawsze dobrze mu robiło. Zmierzał w stronę wyjścia, kiedy w jednej z sal zobaczył chłopczyka, który leżał samotnie i wpatrywał się w sufit. Zawsze mu było szkoda dzieci pozostawionych samych sobie w szpitalu dlatego zagadnął jedną z pielęgniarek. To nie był jego oddział, więc mogło się okazać, że rodzice zaraz się zjawią. Zmęczenie było wypisane na jego twarzy, ale bez wahania wszedł do sali i usiadł przy łóżku małego. Porozmawiał z nim chwilę, pobawił się, a kiedy został poproszony o przeczytanie jakiejś bajki... Nie miał serca odmówić. Niewiele osób o tym wiedziało, że bardzo często tak właśnie spędzał wieczory. Mógł być dla asystentów i stażystów oschły, ale w ten sposób przekonywał się komu naprawdę zależy na tej pracy. Inaczej zachowywał się w stosunku do pacjentów, a szczególnie dzieci, które często zostawały pozostawione same sobie.
- Wybrałeś już bajkę? Ja mam wybrać - zaśmiał się na niezdecydowanie małego. Zaraz już zmieniał głosy naśladując bohaterów występujących w opowiadaniu. Była już taka pora, że nie spodziewał się, aby ktokolwiek miał im teraz przerwać, więc bez żadnego skrępowania w najróżniejszy sposób zmieniał głos, a chłopiec śmiał się za każdym razem. Dzieci pod tym względem były wspaniałe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Pią Wrz 18 2015, 21:54

Isolde szła powoli korytarzem, zamyślona i senna. Nie lubiła szpitala, jako dziecko zbyt często w nim bywała nie po to, by odwiedzić w pracy mamę, ale by małymi paluszkami wodzić po różowych, świeżo zasklepionych bliznach taty i pytać, czy bardzo go boli. Zabawne, że zdecydowała się pójść w jego ślady, mimo że doskonale wiedziała, z czym się to wiąże. Owszem, po ojcu odziedziczyła idealizm, ale idealizm doprawiony zdrowym rozsądkiem matki, dlatego gdzieś w głębi duszy wiedziała, że będzie dobrym aurorem.
Patrząc na bladą i zmęczoną twarz Ailli Bloodworth, swojej nieco dojrzalszej kopii, czy raczej oryginału, Isolde poczuła ukłucie wyrzutów sumienia. Matka nigdy nie była zachwycona planami Isolde i miała cichą nadzieję, że z czasem dziewczyna z nich wyrośnie. Niestety, tak się nie stało, wszystko stało się śmiertelnie poważne już jakiś czas temu, a staż w biurze aurorów tylko przypieczętował tę decyzję. Is czasami wpadała do szpitala, kiedy Ailla miała dyżur - dzięki temu udawało się im znaleźć kilka minut dla siebie. Nigdy nie mogła zrozumieć, jak to możliwe, że ta zdecydowana i trzeźwo myśląca uzdrowicielka, jest równocześnie jej matką - serdeczną, oddaną i w głębi duszy delikatną osobą, którą znała tak dobrze. Wiedziała, jak dużo z siebie daje, jak bardzo się przejmuje każdym pacjentem i jak bardzo denerwują ją niektórzy uzdrowiciele. Już dawno temu Isolde zrozumiała, że to, co w czasie nastoletniego buntu uważała za apodyktyczność, jest tak naprawdę troską. Że narzuca swoją wolę uzdrowicielom wierzącym w jej wiedzę i autorytet nie dla zaspokojenia swojej żądzy władzy, której nigdy nie miała, ale by uniknąć zbędnych dyskusji, kiedy liczy się każda chwila. Is dobrze wiedziała, ile godzin jej matka spędzała na wertowaniu opasłych tomiszczy, wiążąc ze sobą objawy, szukając przyczyn, skutków i rozwiązań. Wiedziała o tym ona i jej ojciec. I pewnie nikt inny.
Ailla początkowo nie chciała przyznać, co tak bardzo ją zdenerwowało, ale Isolde szybko się domyśliła i od słowa do słowa, jak na przyszłego aurora przystało, wyciągnęła z matki prawdę. Fairley. Jak zawsze. Czasami naprawdę nie mogła zrozumieć, jak to możliwe, że tych dwoje jeszcze się nie pozabijało ani nie wysadziło Świętego Munga w powietrze. Ich konflikt trwał od dawna, a zaczął się od jakiegoś niezbyt wyważonego komentarza Fairleya, który pociągnął za sobą lawinę. Ailla zazwyczaj wybaczała, ale nie zapominała.
Dziewczyna instynktownie przejęła niechęć matki, a i sam Berys nie wydawał się mieć dobrego zdania na temat Isolde. Mała strata, krótki żal. Osobiście uważała go za gbura, który pozwala sobie na zbyt wiele i unikała jak ognia, nie mając ochoty prowokować jakiejkolwiek sytuacji, w której musiałaby z nim zamienić więcej niż zdawkowe "dzień dobry".
Z jednej z sal dobiegł ją dziecięcy śmiech i drugi, cichy, ale wyraźny, męski głos. Uśmiechnęła się lekko, myśląc sobie, że dzieciaki w szpitalu nie mają lekko i że to wspaniałe, że ktoś próbuje je rozweselić. Zwolniła i cicho podeszła do drzwi, zza których dobiegały głosy. Były uchylone, a Isolde... sama nie wiedziała, co ją naszło, ale zajrzała do środka. Blady malec uśmiechał się promiennie do mężczyzny siedzącego tyłem do drzwi i najwyraźniej czytającego mu książeczkę. Serce Isolde zalała fala ciepła i nie mogła powstrzymać uśmiechu cisnącego się jej na usta. Miała poczucie, że obserwuje coś bardzo intymnego, coś, co należy do tamtych dwóch, ale nie potrafiła się zmusić, nie potrafiła odejść. Mężczyzna zabawnie zmieniał głos, dostosowując go do postaci i narracji. Z całą pewnością było w nim coś znajomego, ale Bloodworth nie mogła sobie uzmysłowić, skąd go zna. Do momentu, kiedy odwrócił się do niej profilem, a dziewczyna z niedowierzaniem rozpoznała w nim Berysa Fairleya, upartego gbura, za którego duszę nie dałaby złamanego knuta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 43
Skąd : Naifaru, Malediwy
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 610
  Liczba postów : 149
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11446-berys-fairley?nid=1#307702
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11448-uzdrowie-ci-cialo#307705
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11447-listy-kartki-pocztowki-paczki#307704
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11449-berberys-fairley#307706




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Sob Wrz 19 2015, 22:05

Świat zwalniał, a często i zatrzymywał w takich momentach. Przestawał się liczyć czas, mijające minuty czy godziny. Berberys przenosił się w zupełnie inne miejsce. Nie pędził, nie śpieszył się, nie patrzył nikomu na ręce. Nie był uzdrowicielem od którego zależy los pacjenta. Po prostu czytał, zabawiał i starał się, aby dziecko zapomniało o tym gdzie się znajduje. Szczególnie, że rodzice małego nie odwiedzali go zbyt często, jak się dowiedział od pielęgniarki. Nie oceniał, już nauczył się, że różnie bywało. Każda historia była inna, a zakładanie z góry najgorszych scenariuszy… Uważał, że nie można oceniać innych. Historia jest ważna, a nie wyrywki, które bez reszty nijak odnoszą się do rzeczywistości.
Większość ludzi określa go mianem gbura, ale oni nie starają się go poznać. Nie żeby sam Berys ich do tego zachęcał. Woli kiedy inni schodzą mu z drogi i drżą na jego widok. Jest mu wtedy łatwiej poruszać się między nimi. Labiryntem, który zdaje się nigdy nie mieć końca. Jest trochę racji w postrzeganiu go właśnie w taki sposób. Nie jest osobą z którą łatwo można się porozumieć, a jeżeli do tego dochodzi dobro innych to można zapomnieć o kompromisie z jego strony. Dlatego z innymi uzdrowicielami sprzecza się często. Jeżeli się powie, że codziennie nie będzie w tym kłamstwa. Dlatego w szpitalu nie jest zbyt lubiany, ale nie przeszkadza mu to. Najważniejsze jest dla niego, że spełnia się w tej pracy, a chwile takie jak te… Są ciężkie, ale jednocześnie znajduje w nich coś magicznego. Przypomina sobie te wszystkie noce spędzone z pacjentami w momentach kiedy ma dość. Których wszystko się wali, pacjent robi wszystko żeby nie dać sobie pomóc albo kolejny raz odratowuje tą samą osobę. To frustrujące do tego stopnia, że ma ochotę rwać sobie włosy z głowy i krzyczeć na ludzi. Wyżywa się na nikim innym jak na kolegach i koleżankach z pracy jakby oni byli wszystkiemu winni. Oczywiście nie wszyscy przejmują się jego gadaniem i potrafią w tym odnaleźć maskę czy pozę za którą się kryje. Czterdzieści lat na karku nie zwalnia z niektórych zachowań, a prowadzi do tego, że jeszcze trudniej się ich pozbyć. Pielęgniarki zdają się widzieć najwięcej. To one, jako jedyne widzą go w takich chwilach. Nauczyły się też szybko, że nie należy mu przeszkadzać, bo szybko z powrotem chowa się do swojej skorupy. Nie usłyszał, że ktoś podszedł do drzwi, aż tak wyostrzonego słuchu nie ma. Zobaczył, że malec wpatruje się w gdzieś ponad jego ramię. Naturalne było, że odwrócił się w tamtym kierunku w nadziei, że to rodzice chłopca. Nie, nie chciał uciekać jak najprędzej, ale zdawał sobie sprawę z tego ile to znaczy dla dziecka i, że mimo najszczerszych chęci nie odgoni na długo jego myśli od nieprzyjemnych spraw. Uśmiech od razu zmienił się w grymas kiedy zobaczył kobietę stojącą w drzwiach. Zmęczenie dawało o sobie znaki, bo początkowo był przekonany, że to pani Bloodworth. Jedna z ostatnich osób jakie chciałby teraz widzieć, bo złapany na pokazywaniu ludzkiej twarzy nie chciał zostać akurat przez nią. Był przekonany, że dogryzania nie byłoby końca, a tego mu do szczęścia nie brakowało. Dopiero po chwili zobaczył, że to jej córka. Nie przepadał również za nią, nie w takim stopni jak za Aillą. Chociaż w tej chwili niechęć wzrosła bardzo wysoko. Szczególnie, że przerwano mu coś… Ważnego.
- Pomyliłaś oddział, panno Bloodworth - stwierdził chłodno, nie wstając z miejsca. Jeszcze przed chwilą wcielał się w postaci z bajki i głosem udawał księżniczkę, a ten ton mógłby przypasować co najwyżej do złego charakteru. Chociaż i tak niekoniecznie, bo było w nim coś więcej niż tylko wyczuwalna złowieszczość. Była to niechęć do osoby, która stała przed nim, której nie chciał i nie próbował zamaskować - Chyba, że postanowiłaś pobawić się w wolontariat - słowa wypowiadał tym samym tonem co wcześniej, aby przypadkiem nie przyszło jej do głowy, że jest tutaj mile widziana. Nie była. Nie ona i nie nikt inny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Nie Wrz 20 2015, 01:14

Isolde często uchodziła za osobę chłodną i sztywną, co niewiele miało wspólnego z rzeczywistością. Ona również się maskowała, choć nie miała w sobie arogancji, którą przypisywała Fairleyowi - uprzejma i zdystansowana potrafiła zrobić dobre wrażenie, jednocześnie budząc respekt. Czasami nie była pewna, czy to kwestia wychowania, charakteru, czy wszystkiego naraz. Jako osoba bardzo wrażliwa wolała wycofać się wgłąb swojego pancerza i opuścić go dopiero, kiedy uzna, że nic jej nie grozi.
Przy bliższym poznaniu ujawniały się kolejne cechy Isolde, między innymi troskliwość i chęć niesienia pomocy, która czasami ją samą męczyła. Jak magnes przyciągała życiowych rozbitków, którzy w jej przytulnym, schludnym mieszkanku i uważnych, niebieskich oczach odnajdywali namiastkę spokoju. Co prawda, większość z nich nie wyciągała żadnych wniosków, a jej rad słuchała rzadko, przyznając im słuszność, ale jakoś nie potrafiąc wcielić w życie. Zdążyła do tego przywyknąć - była czymś w rodzaju bezpiecznej przystani, do której przybija się, żeby nabrać sił przed powrotem na wzburzone wody.
Wiele razy słyszała, że powinna pójść w ślady matki, że jej rozsądek i empatia to cechy na wagę złota w zawodzie uzdrowiciela. Ale Isolde nigdy nie interesowało uzdrawianie, a jeśli istniał jakiś przedmiot, do którego naprawdę i bezsprzecznie nie miała talentu, to były to Eliksiry. Zresztą od dzieciństwa planowała zostać aurorem, ochraniać ludzi, walczyć z przestępcami, dbać o bezpieczeństwo. Nie wyglądała na kogoś, kto dobrze odnajduje się w ogniu walki, ale prawdę mówiąc znajdowała się w nim o wiele lepiej niż w normalnym życiu. Zamknięta w szpitalu szybko by oszalała, to nie był jej plac boju o dobro ludzi i wystarczyło raz zobaczyć Isolde podczas pojedynku czy ćwiczeń, by zdać sobie z tego sprawę.
Kiedy chłopiec na nią spojrzał, instynktownie cofnęła się o krok, mając nadzieję, że Fairley jej nie zauważy. Niestety, nie miała tyle szczęścia i gdy ich spojrzenia się spotkały, Isolde poczuła zimny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Chyba nie zasłużyła na tak wściekłe spojrzenie, na taką wrogość, ale nie zamierzała załagodzić sytuacji, nie po tym jakim tonem się do niej zwracał. Na jej policzki wystąpił delikatny rumieniec zażenowania i złości, ale poza tym nie okazywała żadnych emocji. Nawet nie drgnęła jej powieka.
- Znam ten szpital niewiele gorzej od pana, panie Fairley. I nie przypominam sobie, byśmy przechodzili na "ty" - powiedziała chłodno, przesuwając się krok do przodu i doskonale zdając sobie sprawę, że robi dokładnie to, czego chciał uniknąć uzdrowiciel. Jej głos do złudzenia przypominał głos Ailli, co, jak przypuszczała, mogło jeszcze bardziej rozdrażnić Fairleya. Nie miała zamiaru psuć dziecku przyjemności ze słuchania bajki, ale arogancki ton mężczyzny działał jej na nerwy. Uśmiechnęła się do chłopca, który po chwili odpowiedział tym samym i teatralnym szeptem spytał Fairleya, kim jest ta ładna pani. Udała, że tego nie słyszała i tylko uśmiechnęła się w duchu. Oparła się lekko o framugę drzwi, nie bardzo rozumiejąc, dlaczego to robi, dlaczego robienie na złość sprawia jej taką dziecinną satysfakcję. Zwykle zachowywała się bardziej dojrzale, ale Fairley najwyraźniej nie zasługiwał na jej uprzejmość i dojrzałość - nie po tym, jak wykłócał się o wszystko z jej matką i nie po tym, jak traktował ją samą. - Może przyda się panu drugi głos do odegrania tej historii? Co sądzisz... Danny? Pan Fairley chyba ma pewne kłopoty z głosem księżniczki, nawet jeśli uznamy, że biedaczka się zaziębiła. - Szybki rzut oka na kartę chłopca wystarczył, by poznać jego imię i przejść na inny poziom znajomości i dać Fairleyowi w kość. Gdyby się nie odezwał w taki sposób, pewnie przeprosiłaby i poszła swoją drogą, nie mogąc się nadziwić temu nieznanemu rysowi charakteru. Ale tak? Zwyczajnie nie dał jej wyboru.


Ostatnio zmieniony przez Isolde Bloodworth dnia Wto Wrz 22 2015, 21:17, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 43
Skąd : Naifaru, Malediwy
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 610
  Liczba postów : 149
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11446-berys-fairley?nid=1#307702
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11448-uzdrowie-ci-cialo#307705
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11447-listy-kartki-pocztowki-paczki#307704
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11449-berberys-fairley#307706




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Wto Wrz 22 2015, 20:26

Chwila taka jak te przypominały mu czas spędzony na malediwskich wyspach, gdzie pracował tylko i wyłącznie charytatywnie. Nigdy nie chciał w zamian galeonów albo innych prezentów. Próbował w ten sposób się zrehabilitować za młodość. Nie mówił o tym nikomu, bo nie uważał, żeby dla kogokolwiek miało to jakieś znaczenie. Niby pozostawił przeszłość za sobą, ale coś nadal nie pozwalało m ruszyć z miejsca. Między innymi dlatego to robił, ale gdzieś w głębi sprawiał mu to niewyobrażalną przyjemność. Te słowa nigdy nie przeszły mu przez gardło, nawet jeśli tak by się stało i tak mało kto wziąłby je na poważnie. Berys chował taką stronę swojej osobowości, pokazując światu gbura i wymagającego uzdrowiciela. Nie chodziło tutaj o stażystów, którym na każdym kroku pokazywał jak niewiele potrafią, ale przede wszystkim o siebie samego. To od siebie wymagał najwięcej i nie pozwalał sobie na porażki czy drobne potknięcia. Nie uznawał ich i robił wszystko, aby je wyeliminować. Dlatego takie chwile były dla niego wyjątkowe. Zwalniał i pozwalał sobie na bycie choć na chwilę szczęśliwym dlatego na Isolde zareagował tak a nie inaczej. Po pierwsze nie chciał, aby mu ktoś przeszkadzał, po drugie czuł się niekomfortowo kiedy ona weszła tutaj. A po trzecie i chyba najważniejsze nie chciał się przed nią w taki sposób odsłonić. Lubił swoją łatkę gbura i nie chciał jej stracić. Nie żeby od razu sądził, że ktokolwiek po jednym takim incydencie zmieni o nim zdanie.
- Przepraszam, panno Bloodworth - powiedział lodowato mając jeszcze nadzieję, że odwróci się na pięcie i jej zaraz tutaj nie będzie. Tak się nie stało i przez chwilę myślał poważnie o tym, aby samemu opuścić salę. Zrezygnował z tego z dwóch powodów. Nie chciał dać po sobie poznać, że czuje się nieswojo i ucieka przed nią, ale i tak najważniejszy był w tym wszystkim malec, który widać było cieszył się ogromnie z tego, że dołączyła do nich Isolde. Tyle osób w szpitalu, a musiało trafić właśnie na nią. Zagryzł zęby, ale zaraz uśmiechnął, aby nie wystraszyć chłopca. Zwolnił swoje krzesło, aby Isolde mogła usiąść, a z rogu sali przyniósł jedno dla siebie - Tutaj skończyliśmy - wskazał palcem fragment i przysunął się odpowiednio blisko, aby móc bez problemu odczytać tekst. Gdyby ktoś rano powiedział mu, że tak będzie spędzał wieczór wyśmiałby go i podał odpowiedni eliksir, aby przestał pleść głupoty. Świat jednak zaskakiwał.
Było to dla niego nowe doświadczenie, ale niechętnie przyznawał przed samym sobą, że całkiem przyjemnie. Nie wiedział czym było to spowodowane, ale na chwilę zapomniał o wszystkim co do tej pory myślał o Isolde i na te kilkanaście minut spojrzał na nią inaczej. Nie jak na córkę Ailli Lancaster –Bloodworth z którą kłócił się na każdym kroku tylko na zwyczajną dziewczynę, która podobnie jak on spędzała teraz czas z obcym chłopcem, chcąc mu dać chwilę radości. Wszystko było pięknie do czasu kiedy Danny nie poczuł się gorzej. Berys na nic nie czekał. Zerwał się z miejsca w mgnieniu oka, sięgnął po różdżkę. Widać było skupienie na jego twarzy, kiedy sprawdzał co z chłopcem i pewność wszystkich ruchów. Nie było tutaj nic zbędnego, nic czego byłoby zbyt wiele.
- Podaj mu ten eliksir, a ja zajmę się resztą - powiedział pewnie, nie zważając na to, że przeszedł z nią znów na ty, a później wcisnął jej w rękę odpowiednią fiolkę. W jego tonie łatwo można było usłyszeć, że im szybciej to zrobi tym lepiej. A ostatnie co chciał usłyszeć to jakiekolwiek słowo sprzeciwu - Spokojnie, zaraz będzie dobrze - nie do końca było wiadomo czy swoje słowa skierował do Isolde czy do chłopca, ale podniósł jeszcze spojrzenie, aby skrzyżować z nią wzrok i na sekundę się uśmiechnął, chcąc w ten sposób potwierdzić swoje słowa. Na tak krótką chwilę, że równie dobrze mogła dojść do wniosku, że się przewidziała. Wrócił do wcześniejszych czynności, a kiedy skończył uśmiechnął się do Danny’ego i pogłaskał go po głowie. Na szczęście nic groźnego, ale i tak zrobił wpis w jego karcie, a później zamierzał jeszcze zamienić kilka słów z pielęgniarką i uzdrowicielem dyżurnym na tym oddziale.
- Na dzisiaj już koniec z bajkami i zabawami. Musisz nabrać sił, aby jutro opowiedzieć mi o swoim przyjacielu - skinął głową w kierunku zabawki, której mały ani na chwilę nie wypuszczał z rąk. Dojrzał tylko tyle, że to figurka jakiegoś stworzenia, ale nie za bardzo wiedział jakiego. Mały skinął głową, a później przeniósł spojrzenie na Isolde i wlepił w nią swoje wielkie oczy. Od razu było wiadomo czego od niej chce. Berberys również nie odrywał od niej oczu ciekaw jej reakcji - To jak, panno Bloodworth? - tym razem już nie zapomniał o formie grzecznościowej z której przecież nie zrezygnowali.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Wto Wrz 22 2015, 22:11

Była od niego prawie dwa razy młodsza, więc może nie zdążyła popełnić takich błędów. Chociaż, gdyby się nad tym zastanowić, niektórzy jej znajomi popłynęli w wieku szesnastu lat. Narkotyki, niechciane ciąże, koszmarne tarapaty, z których nie była w stanie ich wyciągnąć, bo zwyczajnie brakowało jej sił. Nie, fakt, że nie popełniała poważnych życiowych błędów, wynikał raczej z jej osobowości, z czegoś, co złośliwcy nazywali świętością, a w rzeczywistości było połączeniem rozsądku i lęku przed podejmowaniem ryzyka. Zabawne, że chciała być aurorem. Dorabiała do tego ideologię, próbowała wyjaśniać, że unika niepotrzebnego ryzyka, zwykłej głupoty i brawury. Że ryzyko ma głęboki sens tylko wówczas, gdy poprzez podjęcie go można zrobić coś dobrego. Nie była typem trzpiotki, która skoczy na bungee z butelką szampana w dłoni. Nie potrzebowała adrenaliny, nie takiego rodzaju. Potrzebowała sensu i odnajdywała go w wyciąganiu ludzi z tarapatów, chronieniu ich, walce z tym, co górnolotnie i ogólnie nazywała "złem". Przy całym swoim zdrowym rozsądku nigdy nie wyrosła z tego idealizmu - z wyglądu przypominała matkę, ale wiele cech charakteru, decydujących o tym, kim była, odziedziczyła po ojcu.
Podobnie jak Berys, Isolde była wymagająca głównie wobec siebie. Miała też na tyle dużo empatii, że wybaczała potknięcia i chwile słabości innym, często usprawiedliwiając ich przed światem i nimi samymi, wierząc, że po prostu się pogubili. Oczywiście, czasem natrafiała na osoby, które odbierały jej wiarę w ludzkość i za każdym razem było to bolesnym doświadczeniem, niemniej jednak... doszukiwała się w każdym chociaż odrobiny dobra i zaskakująco często udawało się ją odnaleźć.
Gdyby nie uprzedzenia, czyli główny grzech Isolde, być może domyśliłaby się przyczyny opryskliwości Fairleya. Irytacja zupełnie odebrała jej jasność myślenia i jedynym celem stało się dopieczenie uzdrowicielowi. Sama nie wiedziała, co w nią wstąpiło, ale nie miała zamiaru się nad tym zastanawiać. Przez chwilę sądziła, że Berys po prostu wyjdzie i zrobiło jej się przykro ze względu na chłopca, ale nie. Zaskoczona obrotem spraw zajęła miejsce uzdrowiciela i niespodziewanie dla samej siebie dała się wciągnąć w baśniowy świat, w którym księżniczka mówiła jej głosem. Sprawiało jej to zdumiewającą przyjemność, a radosne spojrzenie chłopca, który spijał z ich ust każde słowo, pozwalało zapomnieć o zmęczeniu i obolałych mięśniach.
Nagłe pogorszenie stanu Danny'ego zupełnie ją zaskoczyło. Z rozszerzonymi oczami obserwowała pewne ruchy Fairleya, szybkie, ale precyzyjne. Kiedy wyznaczył jej zadanie, nie miała zamiaru się sprzeciwiać. Wręcz przeciwnie - fakt, że znalazł się ktoś, kto wydawał jasne polecenia w momencie, kiedy ona sama była zupełnie bezradna, był dziwnie kojący. Bez słowa jedną ręką podtrzymała głowę chłopca, równocześnie podając mu do wypicia eliksir. Widać było, że nie ma wyrobionych odruchów, że nie jest to dla niej coś naturalnego, ale zachowała spokój i zdołała opanować drżenie rąk. Pewność i profesjonalizm Berysa dodały jej otuchy. Nie była pewna, czy to przelotne drgnienie ust, kiedy zapewniał, że zaraz wszystko wróci do normy, było uśmiechem, ale nie było to całkiem nieprawdopodobne.
Przez chwilę nie rozumiała spojrzenia chłopca i zaciekawienia malującego się na twarzy uzdrowiciela. Dopiero pytanie Fairleya sprawiło, że w jej głowie przeskoczyła jakaś iskra i zdała sobie sprawę, że ktoś będzie tu na nią jutro czekał. Uśmiechnęła się ciepło, jednym ze swoich rzadkich, ale bardzo uroczych uśmiechów i delikatnie pogłaskała policzek chłopca, unikając spojrzenia uzdrowiciela.
- Pan doktor ma rację, Danny. Ja też jutro chętnie wysłucham historii twojego przyjaciela - powiedziała miękko, po czym wstała ze swojego miejsca. - Śpij dobrze.
Gdy znalazła się na korytarzu, czuła lekkie oszołomienie, ale i zadowolenie. Chłopiec podbił jej serce, ale nie bardzo wiedziała, co myśleć o Fairleyu, który po chwili wyszedł z sali. Patrzyła na niego zadumie, nie mogąc się zdecydować, co powiedzieć. Może powinna po prostu odejść bez słowa i zjawić się o tej samej godzinie następnego dnia...? Wykonała nieokreślony gest dłonią, jednak przerwała go w połowie, jakby zmieniła zdanie. Idiotyczna sytuacja.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 43
Skąd : Naifaru, Malediwy
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 610
  Liczba postów : 149
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11446-berys-fairley?nid=1#307702
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11448-uzdrowie-ci-cialo#307705
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11447-listy-kartki-pocztowki-paczki#307704
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11449-berberys-fairley#307706




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Wto Wrz 22 2015, 23:05

Z jednej strony chciał, aby Isolde odpowiedziała twierdząco na nieme pytanie chłopca, ale z drugiej… Nie był do końca przekonany czy dwa dni z rzędu nie będzie miał jej towarzystwa aż nadto. Co prawda dzisiaj było przyjemnie i nie zaprzeczał temu w myślach. Jednak głośno powiedziałby zupełnie co innego. Jeszcze ktoś pomyślałby, że spędził miło czas z córką Ailli Lancaster -Bloodworth! Niedoczekanie. Nigdy chyba nie spojrzał na Isolde inaczej niż przez pryzmat matki. Może i źle robił, ale nie zastanawiał się nad tym. Ich spotkania na szpitalnym korytarzu i tak nigdy nie dawały innych możliwości. Nie żeby sam o nie zabiegał, po prostu z góry coś założył i się tego trzymał. Przez co teraz miał mętlik w głowie i nie wiedział w którym kierunku posłać swoje myśli. Był rozbity, a jednocześnie miło spędził czas. Zawsze to coś innego niż zabawianie dziecka samemu, zdecydowanie tak jak dziś było lepiej. Chociażby dlatego był gotowy znieść jej towarzystwo jutro. Wywrócił oczami do swoich myśli podążających w nieodpowiednim kierunku i wrócił do tego co się działo na sali. Kiedy odpowiedziała twierdząco ucieszył się, że Danny będzie miał ponownie towarzystwo. Tak, dokładnie dlatego.
- Śpij dobrze - powtórzył za Isolde i za nią opuścił salę do której obiecał wrócić jutro. Nie rzucał słów na wiatr, więc cokolwiek nie będzie się działo następnego dnia on i tak się tutaj zjawi. Teraz powinien przejść korytarzem, później schodami, a następnie wmieszać się w tłum mugoli i pójść tam, gdzie miał w planach zanim zajrzał przez uchylone drzwi. Tylko gdzie to było? I dlaczego zatrzymał się? Miał nadzieję, że ona pierwsza coś powie, ale widać podobnie jak on zapomniała jak się używa języka. Sam miał rzucić coś kąśliwego, ale nic takiego nie przychodziło mu do głowy. Skomentować też nie wiedział za bardzo jak, ani… Pozostało mu stanie na korytarzu i patrzenie jak Isolde wykonuje bliżej nieokreślony gest dłonią, który chyba miał coś wyrażać, ale Berys jakoś nie poradził sobie z odszyfrowaniem tego.
- Tylko niech pani nie mówi matce jak spędziła pani wieczór, bo nie uwierzy. A gotowa jeszcze przyszykować salę na oddziale i przebadać dla pewności, że nie uderzyła się pani w głowę - czasem miał problem z formami grzecznościowymi. Nie ma co się oszukiwać zapominał o nich, a później zostawał poprawiany. Teraz jednak o tym pamiętał, w końcu na początku jasno mu przypomniała, że przypomina sobie kiedy przeszli na ty. U niego w domu nigdy nie przywiązywano do tego wagi, a w miejscach gdzie później przebywał wszyscy wołali sobie po imieniu. Uważał, że tak jest prościej i zmniejsza dystans między ludźmi. Może dobrze, że jest jak jest? - Zresztą najważniejsze, że Danny spędził miło czas.
I tylko to się dla niego liczyło. Mogły się nawet z niego we dwie naśmiewać, że niby gbur, a jak chodzi o chore dziecko to zmienia się nie do poznania. Nie zrobiłoby to na nim większego wrażenia, bo całe zmęczenie dnia dzisiejszego z niego zeszło. Spłynęło i zdążył zapomnieć o tym jak jeszcze nie tak dawno wyczekiwał końca dyżuru. Sam również miał mętlik w głowie, bo nie wiedział co myśleć o Isolde, która w jednej chwili zamieszała i sprawiła, że musiał coś poprzestawiać. A tak mu dobrze z tym było. Nie wiedział czemu poświęca temu tyle uwagi w końcu jutro się spotkają i na tym się zapewne zakończy. A on już zaczyna przeżywać.
- I dzięki, że mi pani pomogła - nie przeszło mu to łatwo przez gardło, ale udało m się to powiedzieć. I to bez złośliwości, a nawet tchnął w ton swojego głosu serdeczność. Nic nie mógł poradzić na to, że tak ciężko mu to przychodziło. Wolał już nie próbować dodawać do tego uśmiechu, bo jeszcze przez przypadek wyjdzie mu grymas i cały wysiłek pójdzie na marne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4592
  Liczba postów : 1828
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Sro Wrz 23 2015, 12:16

Myśli Isolde biegły podobnym tropem. Nie unikała ostentacyjnie jego spojrzenia, ale też nie próbowała go uchwycić, czując się co najmniej nieswojo. Zazwyczaj nie ulegała impulsom, zazwyczaj musiała wszystko oszacować i przemyśleć, ale tym razem było inaczej. Tym razem zadziałała pod wpływem chwili, swojej złości i niechęci do aroganckiego kretyna, który zupełnie nie był zainteresowany pokojową koegzystencją i z uporem maniaka narzucał wszystkim swoją wolę. Czy była do niego uprzedzona? Oczywiście. W końcu Fairley nigdy nie zrobił nic, żeby pozbyć się łatki gbura, ba, było mu z nią dobrze. Teraz Isolde czuła się rozdarta między głębokim zadowoleniem z czasu spędzonego z Dannym i niepokojem, czy jutro Berysowi coś się nie odmieni i nie zacznie zachowywać się jak zwykle. Nie chciała sprawić chłopcu zawodu, ale nie widziała też sensu w przepychankach z człowiekiem, którego nie musiała widywać. Obserwowała go kątem oka, kiedy czytali razem bajkę i z każdą chwilą miała coraz większy mętlik w głowie. Czy to możliwe, żeby maska aż tak bardzo się różniła od prawdziwego "ja"? Które "ja" jest prawdziwe? Sama zawsze się ukrywała, maskowała, ale nigdy w taki sposób, nigdy nie była tak... radykalna. Nie była pewna, czy chce poznawać bliżej Fairleya, ale wiedziała, że nie zniosłaby myśli, że zawiodła Danny'ego.
Merlinie, dlaczego on musiał być taki wysoki? Zazwyczaj uznawała to za atut, zwłaszcza że sama nie należała do niskich, ale w tej sytuacji, kiedy nie była pewna, czy za drzwiami sali nie czeka jej kolejna salwa złośliwości, jakakolwiek przewaga uzdrowiciela była co najmniej niepokojąca. Milczał podejrzanie długo, ale Isolde nie potrafiła wydusić z siebie jakiegokolwiek rozsądnego zdania. Szczęśliwie w końcu to on odezwał się pierwszy.
Po prostu nie mogła się nie uśmiechnąć. Widać było, że formy grzecznościowe to dla niego męka, dziwaczny wymysł, którym nie bardzo potrafi się posługiwać. Nie miała zamiaru ułatwiać mu zadania. Może jutro zmieni zdanie i poprosi, żeby mówił jej po imieniu, ale dzisiaj... dzisiaj jeszcze na to nie zasłużył. Sama w formalnym świecie czuła się jak ryba w wodzie, od dziecka ciągana od jednej starej i nadętej ciotki do równie starego i dbającego o formy wuja. Jej rodzice nie byli tacy, ale potrafili się znaleźć w nawet najbardziej wyrafinowanym towarzystwie, choć zawsze wnosili ze sobą powiew świeżości do zatęchłych arystokratycznych siedzib.
- Proszę się nie martwić, mam pewną wprawę w oszczędzaniu jej zmartwień - powiedziała z uśmiechem, nie mogąc sobie odpuścić tej drobnej, nieco zawoalowanej złośliwości. Zaraz jednak złagodniała i skinęła głową. - Ja też się cieszę. Co właściwie mu dolega? Ten atak... wyglądał poważnie - powiedziała z prawdziwą troską, patrząc Berysowi w oczy i myśląc sobie, że może i jest gburem, z którym wolałaby nie mieć do czynienia, ale jednocześnie prawdziwym profesjonalistą. I chyba ma serce na właściwym miejscu, skoro zostaje po pracy, żeby poczytać dziecku książeczkę.
Nie, nie miała zamiaru wspominać o tym wieczorze matce. Ani o żadnym następnym, jeśli będzie miał miejsce. Nie wiedziałaby, jak ubrać to w słowa. Nie, na pewno żadna z nich by go nie wyśmiała. Taki przejaw dobroci nie zasługiwał na wyśmianie. Ailla pewnie najwyżej pokręciłaby głową i stwierdziła, że skoro nie jest taki zły, to mógłby włożyć odrobinę wysiłku w poprawienie relacji z innymi uzdrowicielami. Ale przecież miała się o niczym nie dowiedzieć.
- Nie ma za co. W takim razie... do jutra - powiedziała miękko, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia. Jeszcze na chwilę przystanęła i obejrzała się na Fairleya z widocznym wahaniem. - Jeśli to, co widziałam w sali... co uznałam za uśmiech, rzeczywiście nim było, to powinien pan pomyśleć nad wprowadzeniem go do stałego repertuaru - dodała cicho, ale na tyle głośno, by mieć pewność, że ją usłyszał. W jej głosie nie było złośliwości. Nie sądziła, by wziął sobie jej radę do serca, ale nie miało to znaczenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 43
Skąd : Naifaru, Malediwy
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 610
  Liczba postów : 149
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11446-berys-fairley?nid=1#307702
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11448-uzdrowie-ci-cialo#307705
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11447-listy-kartki-pocztowki-paczki#307704
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11449-berberys-fairley#307706




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Sro Wrz 23 2015, 17:13

Łatka gbura była wygodna, może początkowo chciał się jej pozbyć, ale z czasem zaczął dostrzegać więcej plusów niż minusów. Przede wszystkim ludzie dawali mu spokój, nie zawracali głowy niepotrzebnymi sprawami zdając sobie sprawę z tego, że poza złośliwościami na niewiele mogą liczyć. Szczególnie w pracy był mu potrzebny spokój, dlatego pozwolił wszystkim omijać siebie szerokim łukiem, oczywiście były drobne wyjątki, ale na to i tak nikt nie zwracał uwagi. Przyzwyczaił się do takiego stanu rzeczy i ostatnim czego potrzebował była zmiana tego. Dystansował się nie tylko do innych uzdrowicieli czy personelu pracującego w szpitalu. Do ich rodzin, przyjaciół i znajomych również, nie chciał wchodzić w żadne głębsze relacje, bo spodziewał się z nich tylko kłopotów. A tych starał się unikać jak ognia, chociaż nie było to takie łatwe jak się z pozoru wydawało. Poza murami szpitala było zupełnie inaczej, tam wszystko toczyło się swoimi ścieżkami. Jeżeli nie chciał się z kimś zadawać najzwyczajniej w świecie tego nie robił, tutaj był skazany na niektórych ludzi…
Isolde była dla niego kompletną zagadką, ale nie był przekonany czy chciałby zabrać się za jej rozwiązywanie. Miał inny obraz tej dziewczyny w głowie i teraz trudno mu było połączyć wszystko w całość. Jedno wykluczało drugie i chcąc nie chcąc zaczął przyglądać się jej uważniej. Nie stał jednak jak kretyn i nie wpatrywał się w nią uparcie. Coś bardziej subtelnego. Może jutro będzie mieć okazję trochę lepiej ją poznać, a przynajmniej przekonać się czy jest słowna. W najmniejszym stopniu nie chodziło o niego, a o chłopca, który z pewnością będzie na nich czekał. Zaczął się zastanawiać czy dobrze zrobił zadając jej to pytanie. Mógł w pewien sposób wymusić na niej odpowiedź, a to nie było dobre rozwiązanie. Zawsze mogła odpowiedzieć tak dlatego, aby nie musieć się tłumaczyć, a następnego dnia o wszystkim zapomnieć. Miał szczerą nadzieję, że tak nie było. Jakiś cichy głos z tyłu głowy złośliwie mówił o tym, że on też będzie na nią czekał, a nie tylko Danny. Zagłuszył go tak szybko jak się pojawił, bo naprawdę… Wolał nie wiedzieć skąd mu się coś takiego wzięło.
- I dobrze, nie miałbym czasu na czytanie bajek na dwóch oddziałach - wymsknęło mu się zanim przemyślał swoje słowa, na chwilę miał głupią minę, ale zaraz powrócił do poprzedniego wyrazu twarzy. Nie wiedział dlaczego to powiedział, ale po raz kolejny wolał nie za bardzo wnikać - Na szczęście taki nie był… - i zaczął spokojnie tłumaczyć wszystko w jak najprostszy sposób. Nauczył się już nie rzucać terminologią która była zrozumiała dla uzdrowicieli w rozmowach z ludźmi niezwiązanymi z tym zawodem. Przyczyniły się do tego rodziny, które zasypywały go pytaniami, kiedy choć jednego słowa z jego wywodu nie zrozumiały. Z jednej strony ich rozumiał, ale było to męczące. Dlatego, aby uniknąć wszelkich takich sytuacji powoli uczył się mówić prosto i konkretnie. Razem z Isolde zmierzał w stronę wyjścia ze szpitala. Wiedział, że i tak zaraz wróci na oddział, aby spotkać się z uzdrowicielem dyżurnym i zamienić z nim kilka słów, ale to jeszcze zdąży zrobić. Kiedy skończył miał tylko nadzieję, że nie zanudził dziewczyny, a nawet jeśli następnym razem przemyśli dwa razy pytanie zanim mu je zada.
- Jakkolwiek by to nie zabrzmiało… Mam nadzieję, że się jutro spotkamy - myślał, że te słowa ciężko przejdą mu przez gardło, ale wcale tak nie było. Zaczynał patrzeć na nią inaczej niż na jej matkę, ale dopiero jutro więcej będzie mógł się o niej dowiedzieć. O ile Isolde przyjdzie. Również miał pójść w swoim kierunku kiedy odwróciła się w jego stronę, nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego, ale nie dał po sobie poznać tego, że jest w jakiś sposób zmieszany jej słowami - Wtedy przestałby robić takie wrażenie. Do zobaczenia, panno Bloodworth - pożegnał się po raz drugi i poszedł w swoim kierunku mając w głowie mętlik, bo naprawdę liczył na to, że jutro ponownie się spotkają.

/zt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 34
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 601
  Liczba postów : 109
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13706-dionysius-jayden-shercliffe#364033
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13715-bajorko#364106
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13714-eissen-iv-waleczna#364104
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13712-dionysius-jayden-shercliffe#364097




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Pią Gru 02 2016, 02:23

Cisza przed burzą. Zdołał już wypełnić całą dokumentację i posprzątać. Lista zakupów - zrobiona. Plany na najbliższe dwa tygodnie - rozpisane. Po wielkiej fali urazów, jaką mieli zeszłego dnia, tygodnia i roku, oddział świecił pustkami. Miał kilku pacjentów, ale byli przykuci do łóżek, a do najbliższego podania eliksiru któremukolwiek z nich, było jeszcze trochę czasu. Przesiadywał w swoim gabinecie, z nudów wertując jeden ze starych numerów Czarownicy, pozostawiony wieki temu przez jedną z pacjentek. Artykuł o pielęgnacji paznokci niebywale przypadł mu do gustu, więc kiedy asystent zapukał, uniósł leniwie wzrok znad tekstu, patrząc na chłopaka pytająco. Okazało się, że ktoś postanowił podjąć się walki z trollem, ale nie wystarczyło mu do tego szczęścia albo umiejętności. Nessie odłożył więc gazetę, odbierając od pomocnika kartę, na której widok już po pierwszych sekundach, zwijał się ze śmiechu. Dojście do siebie zajęło mu minutkę, ale otarł łzy rozbawienia, wyprostował się i ruszył, aby wybawić dziecię Fairwynów z opresji. Z uprzejmym, profesjonalnym uśmiechem, zjawił się przed Antonette, zwaną Toni.

(musisz mi opisać, co się stało, bo nie do końca wiem!)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 26
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 136
  Liczba postów : 60
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13660-toni-fairwyn#363284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13663-toni-fairwyn#363341
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13666-toni-fairwyn#363368
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13667-toni-fairwyn#363369




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Nie Gru 25 2016, 13:15

Toni nie przywykla do bezczynności. Przywiązanie jej do łóżka działało na nią demotywujaco. Lezala dlugo, wgapiajac sie w sufit dla odprezenia, ale ro wcale nie przychodzilo. W koncu odetchnela, poprawiajac sie na poduszkach. Cialo pogruchotane przez trolla miala tak pogruchotane, ze najmniejszy ruch rwal ja nienaturalnym bolem. Gdyby to byla jedna kosc, szybko Toni doszlaby do siebie. Tymczasem leczono je stopniowo, jedna po drugiej.
- Powaznie? - rzucila w eter, kiedy ledwie drgnela próbując sięgnąć po kartke, napisac list. Wyciągnięta reka zawisla w powietrzu niewiele od etazerki, kiedy Nessie wszedl.
- Podaj - powitala go tymi slowami, wpatrujac sie z niemyn wyrazem w jego twarz, zanim obrocila twarz na poduszke, przelykajac gorzki smak porazki.
- Gdybys widzial tego trolla... - dodala nie okazujac swojego zlego samopoczucia..
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 34
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 601
  Liczba postów : 109
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13706-dionysius-jayden-shercliffe#364033
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13715-bajorko#364106
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13714-eissen-iv-waleczna#364104
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13712-dionysius-jayden-shercliffe#364097




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Nie Gru 25 2016, 18:33

Nie mógł powstrzymać rzeczowego, uprzejmego uśmiechu. Toni, wbrew wszystkim tym wojnom i bezsensownym konfliktom, kojarzyła mu się całkiem dobrze - z wyścigami na miotłach po dolinie, kiedy była jeszcze wypierdkiem. To, że obrała takie, a nie inne podejście, nie było jego winą. Nazwisko zrobiło swoje. Rozbawienie zatańczyło mu w oczach, unosząc kąciki ust jeszcze wyżej, zmieniając charakter uśmiechu na bardziej kpiący. Pokręcił żwawo głową, porywając z jej łóżka kartę, aby móc wypełnić parę informacji. Dorysował w jednym rogu maczugę trolla, a w drugim karykaturalnego patyczaka-Toni z wściekłym wyrazem twarzy i potarganymi włosami. Pokazał jej swoje dzieło z bezpiecznego dystansu i odwiesił kartę w nogi jej łóżka. Profesjonalna dokumentacja. Wszyscy pacjenci uwielbiali takie pamiątki.
- Chcesz z nim teraz pisać listy? - zapytał wesoło, siadając na krześle obok i bez ogródek tykając ją w ramię, żebro i biodro, co rzecz jasna nie było koniecznie, ale miał ten komfort, że mógł się podrażnić i udawać konieczność takich banałów. Podniósł delikatnie (mimo wszystko był uzdrowicielem i wcale nie chciał sprawiać jej niepotrzebnego bólu) jej ramię, badając lekko układ jego kości. Odłożył uważnie na miejsce.
- Przeproś go koniecznie. Wasz związek na pewno wisi na włosku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 26
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 136
  Liczba postów : 60
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13660-toni-fairwyn#363284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13663-toni-fairwyn#363341
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13666-toni-fairwyn#363368
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13667-toni-fairwyn#363369




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Nie Gru 25 2016, 19:15

Obserwowała go, jak chwytał w dłoń jej kartę i skrobał na niej jakieś bliżej nieokreślone znaki. Nie odzywała się chociaż miała dziwne wrażenie, że mogło jej sie nie spodobać to co tam namodził. Odetchnęła jednak z rezygnacją, prawie bezgłośnie, obserwując jak Shercliffe rzuca kartę w jej nogi. Podniosła się na łokciach, żeby przynajmniej chwilę mieć go na oku.
- Ale subtelność to masz poziomu tego trolla - zauważyła padając na poduszki. Nessie jak zawsze zabawny. Nie podzielała jego poczucia humoru, ale kącik jej ust drgnął nieznacznie. To było raczej ironiczne spotkanie, że Shercliffe leczył Fairwyna, który napastował te jedne z kochanych magicznych zwierząt, które pewnie spierniczyło z ich rezerwatu.
- To chyba zakończony związek, odkąd podniósł na mnie maczugę. - stwierdziła beznamietnie i ruszyla ręką, odsuwajac ja od Dionysusa.
- Bawi Cie to Nessie? - upewnila sie czy ma do tych okoliczności spotkania zdrowe podejście - Bo chcialabym podzielić z Toba ten humor. Mozesz mi dac jakies wskazówki. Widzisz. Mam pewien problem z motywem na takie rozbawienie. Boli jak cholera, a mi wyslali uzdrowiciela, ktory rysuje mi tecze i kucyponki na karcie. Na nazwisko ma Shercliffe i nawet jak sie usmiecha, jest w tym cos bardzo niefoetunnego, skoro jest to smiech z cudzego nieszczescia, Dionysiusie.
Rzucila w niego poduszka, probujac zrozumiec jego dobry humor. W jej wlasnym bylo to niemozliwe. Logicznie rzecz oatrzac, nie miala zadnych powodow do podtrzymywania tej wesolej pogawedki.
- Cos faktycznie wisi w powietrzu, ale to chyba nie sa szczatki niedoszlego związku z rzecznym trollem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 34
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 601
  Liczba postów : 109
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13706-dionysius-jayden-shercliffe#364033
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13715-bajorko#364106
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13714-eissen-iv-waleczna#364104
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13712-dionysius-jayden-shercliffe#364097




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Pon Gru 26 2016, 02:05

Nie rzucał żadnych kart w nogi, tylko odwieszał na ramę łóżka żeby wszyscy mogli wiedzieć, kto zaszczycił łóżko swoją obecnością i jaka ciekawa historia go spotkała. Zerknął oburzony na swoją pacjentkę, kręcąc głową z niedowierzaniem. Miał opinię chodzącej subtelności. Pacjenci prawie padali mu do stóp, dziękując za te delikatne łapki. Uniósł brwi.
- Stawiam twoje zdrowie na to, że pierwsza podniosłaś na niego miotłę - odgryzł się konspiracyjnym szeptem, w tonie podejrzewającym najgorsze. O ile złośliwe tycanie było faktycznie złośliwe, sprawdzanie ręki było zupełnie na serio, dlatego zacisnął usta w wąską szparkę i odsunął ręce. Skoro wolała utrudniać w ten sposób, zdana na jego łaskę - w porządku. Jemu się nie spieszyło ze zdrowieniem. Przechylił głowę, wpatrując się w nią bez słowa ze sztucznie tępym uśmiechem, trochę jak marionetka. Tak też go traktowano, kiedy przyszywano mu do kołnierzyka nazwisko. Postanowił puścić uwagę mimo uszu, choć miał kilka odpowiedzi, piętrzących się sprytnie pod czupryną. Złapał poduszkę, spodziewając się, że ten ruch przysporzył jej sporo bólu, a przynajmniej na to wskazywał nienaturalny kształt kończyn. Wstał spokojnie, kładąc na jej na głowie poduszkę i przyklepując bardzo lekko, aby mów umieścić na niej jabłko, leżące na stoliku obok.
- Nie wiedziałem, że z trolli też robicie rdzenie - rzucił z zainteresowaniem, odchodząc pod okno i wyglądając na zewnątrz, dopiero po chwili wracając do Toni spokojnym, ale wciąż rozbawionym spojrzeniem. W nosie miał to, że ją irytował.
- Utrudnianie własnego leczenia to wasza nowa specjalna strategia? - zapytał, unosząc dłoń i wykonując jakiś losowy gest obrazujący zastanowienie. - Generuj te gazy dalej, a na pewno nie rozrzedzisz atmosfery - obiecał. - Możesz mnie poinstruować w leczeniu twoich pogruchotanych kości, jestem otwarty na twoje wyspecjalizowane wizje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 21
Skąd : Preston
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 1072
Dodatkowo : prefekt fabularny
  Liczba postów : 1730
http://www.czarodzieje.org/t13332-ezra-thomas-clarke
http://www.czarodzieje.org/t13335-relki-ezry
http://www.czarodzieje.org/t13336-eureka
http://www.czarodzieje.org/t13338-ezra-clarke




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Wto Paź 10 2017, 23:15

Rozumiał, że w związku z zaistniałymi zakłóceniami, nawet uzdrowiciele będą ostrożniejsi w doborze zaklęć i leczenie mimo wszystko trwało będzie trochę dłużej. Nie uważał za to, żeby potrzebna mu była jakaś rehabilitacja - cóż z tego, że jakieś okalające żebra mięśnie/tkanki/cośoczymEzraniemiałzielonegopojęcia pobolewały? Najwyraźniej taki był proces powrotu do zdrowia i po co było się z tym kłócić? Ezra naprawdę chętnie przyjął pomoc szkolnej pielęgniarki, która zrosła sprawnie jego żebra i według zaleceń pojawił się na badaniu kontrolnym w Mungu, ale naprawdę wystarczyło mu dać kilka ćwiczeń lub wskazówek odnośnie prowadzenia się, a nie fatygować oprócz niego - wbrew pozorom Ezra miał pomysły na organizowanie sobie czasu - jeszcze jakiegoś uzdrowiciela. Tym bardziej, że w mieszkaniu miał własną, prawie fachową opiekę - wydawało mu się, że Leonardo o urazach wiedział dosłownie wszystko.
Z tego powodu Clarke trochę zwlekał z pojawieniem się w szpitalu, mając nadzieję, że jego teoria się sprawdzi. Pomimo upływających dni, nie odnotował jednak żadnej znaczącej poprawy. Poza tym chciał mieć święty spokój, a sądził, że najbliższe osoby będą obchodzić się z nim zbyt delikatnie, dopóki nie dostaną świstka, że nie ma już takiej potrzeby. Zatem tak, był tu, trochę zniecierpliwiony, trochę niezadowolony, trochę oddalony myślami, ale w gruncie rzeczy gotowy do ciężkiej pracy. Miał tylko nadzieję, że ten jego rehabilitant, kimkolwiek by nie był, okaże się być przyzwoitym człowiekiem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nieokreślony
Galeony : 262
  Liczba postów : 202
http://www.czarodzieje.org/t10816-czarodziejowa-poczta




Specjalny






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Wto Paź 10 2017, 23:39

W Świętym Mungu wcale nie było powszechne prowadzenie rehabilitacji - mimo wszystko czarodzieje zazwyczaj potrafili załatwić wszystko zaklęciami lub eliksirami. Dłuższy okres rekonwalescencji również rzadko wymagał tego typu środków, ale oczywiście wyjątki jedynie potwierdzały regułę. Problem był tylko taki, że w wyniku tego wszystkiego ciężko było znaleźć magomedyka, który byłby w stanie jeszcze poprowadzić rehabilitację. W tym przypadku zaszczytne zadanie trafiło w ręce młodej uzdrowicielki, która całe życie chciała pracować w szpitalu i pomagać innym. Jako czarownica miała ogromne pole do popisu, ale nigdy nie spodziewała się, że mugolskie pochodzenie aż tak zapunktuje. Valerie Toupe, wychowywana w rodzinie lekarskiej nie posiadającej najbledszego pojęcia o magii, interesowała się również tymi metodami, które nie wymagały użycia różdżki. Na oddział Magizoologiczny udała się ochoczo, postukując energicznie niewysokimi obcasami przy każdym kroku. Wciśnięto jej pacjenta zupełnie znienacka i dotarła w odpowiednie miejsce z wylatującymi z rąk dokumentami przesłanymi z Hogwartu. Z tego co wiedziała, miała skontrolować jakiegoś chłopaka imieniem Ezra Clarke, który został zaatakowany przez wilkołaka.
- Ezra Clarke? - Zagadnęła przyjaźnie, na szczęście trafiając na odpowiednią osobę. Pokierowała go szybko do gabinetu, nie chcąc tracić czasu na błąkanie się po korytarzu. Nie wpadła przy tym na to, że mogła wyglądać jak jakaś recepcjonistka - była drobną czarownicą o ostrych rysach twarzy łagodnie okalanych czekoladowymi włosami. Dopiero w gabinecie przypomniała sobie, że bez charakterystycznego kitla wcale nie wygląda jak uzdrowicielka. - Valerie Toupe, miło poznać. Wiem, co sobie myślisz - czarodziejskie rehabilitacje? Nie martw się, wiem co robię. Nie można opierać się tylko na zaklęciach i eliksirach, prawda? - Posłała chłopakowi niesamowicie sympatyczny uśmiech, wskazując na leżankę lekarską, aby sobie na niej usiadł. - No, panie Clarke, potrzebuję trochę pomocy. Papiery z Hogwartu są strasznie chaotyczne, chyba pielęgniarka miała sporo spraw do załatwienia i się spieszyła. Przybliżysz mi tę sytuację?
Podczas tego całego zagadywania zdążyła już dobyć różdżki i niewerbalnie zacząć sprawdzanie stanu chłopaka. Kontrolnie zamierzała upewnić się, czy nic nie zostało w Skrzydle Szpitalnym pominięte.

Ja nie umiem w medycynę...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 21
Skąd : Preston
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 1072
Dodatkowo : prefekt fabularny
  Liczba postów : 1730
http://www.czarodzieje.org/t13332-ezra-thomas-clarke
http://www.czarodzieje.org/t13335-relki-ezry
http://www.czarodzieje.org/t13336-eureka
http://www.czarodzieje.org/t13338-ezra-clarke




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Nie Paź 15 2017, 00:47

W międzyczasie, gdy młoda uzdrowicielka na szybko studiowała dokumenty nadesłane jej z Hogwartu, Ezra zdążył wymyślić z około dziesięć wymówek, które miały potencjał szybciej wyprowadzić go ze szpitala. Co zabawne? Kiedy zza rogu przyszła młoda kobieta z przyjaznym uśmiechem, z głowy wyleciały mu wszystkie.
- Tak, to ja - potwierdził, podnosząc się z poczekalnianego krzesełka i niezwłocznie podążając za uzdrowicielką. Może jednak warto było dać służbie zdrowia jakąś szansę? W jaki inny sposób ta przesympatyczna czarownica miała zdobyć niezbędne w tym fachu doświadczenie? Ależ był egoistą, kiedy tak wzbraniał się przed przyjściem na te rehabilitacje...
- Biorąc pod uwagę, co ostatnio dzieje się z różdżkami, dobrze mieć świadomość, że są specjaliści od innych metod - Pokiwał głową na słowa Valerie z nawet mądrą i przychylną miną, pomimo że nie miał pojęcia jak mają wyglądać czarodziejskie rehabilitacje.
Usiadł sobie wygodnie na leżance, grzecznie czekając (a przy tym niegrzecznie obserwując) na jakieś polecenia uzdrowicielki. Nie wiedział, co w tych dokumentach było powypisywane, więc może to i lepiej, że kobieta zapytała o jego wersję wydarzeń. Clarke nie miał żadnych oporów, by o tym rozmawiać, choć wspomnienia do najmilszych nie należały.
- Hm, zanim to wszystko się stało, po prostu ćwiczyliśmy zaklęcia poza zamkiem. Nie było jeszcze nawet ciemno i nawet w Zakazanym Lesie nie spodziewalibyśmy się o takiej porze niczego złego. Na pewno nie wilkołaka. Wszyscy rzucili się nagle do ucieczki, ale stwór nie ganiał wszystkich. Kilku uczniów odtrącił i zranił, ale od początku miałem gdzieś z tylu głowy, że jego główny kierunek przechodzi przeze mnie. To się po prostu czuje - Clarke może nie wiedział, że był jakimś główniejszym celem, od razu jednak dostrzegał, że stoi na drodze wilkołaka bez szans na ucieczkę. - Skoczył na mnie i przewrócił, łamiąc mi przy tym żebra. Pewnie więcej, gdyby nie inna interwencja. Ale już czuję się zdrów, naprawdę - poprawił się na leżance, zerkając szybko w stronę wyjścia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nieokreślony
Galeony : 262
  Liczba postów : 202
http://www.czarodzieje.org/t10816-czarodziejowa-poczta




Specjalny






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Nie Paź 15 2017, 01:12

Te całe zakłócenia magiczne to w ogóle była tragedia, w szczególności dla osób pracujących w zawodzie tak wymagającym i odpowiedzialnym, jak uzdrowiciele w Świętym Mungu. Prawda była taka, że można się oszukiwać i chować za wachlarzem zdolności pochodzących ze świata mugoli, ale każda osoba posługująca się różdżką prędzej czy później zaczynała tęsknić za tą swobodą. Valerie widziała niepokojące przypadki szwankującej magii, która skutki miewała katastrofalne. Na szczęście przy takim zagęszczeniu specjalistów w końcu zawsze znajdował się ktoś, kto potrafił sytuację naprawić.
Toupe słuchała grzecznie, ze szczerym zainteresowaniem - przy okazji starała się z opowieści chłopaka wyciągnąć jak najwięcej. Wiadomo, że najmniej interesowało ją rzucanie zaklęć czy pora dnia, a zdecydowanie czujniej spoglądała na niego gdy wspominał o przewróceniu. Nie mogła sobie nawet spróbować wyobrazić czegoś tak przerażającego.
- A. Czyli to nie była pomyłka. Serio zaatakował was wilkołak w środku dnia. - Powątpiewanie w jej głosie wcale nie świadczyło o tym, że Ezrze nie wierzy - skąd. Młoda uzdrowicielka słyszała już mnóstwo niedorzecznych historii. Ta jednak była straszna i potwornie niepokojąca, a ponad wszystko zwyczajnie nierealna. O wiele przyjemniej byłoby potraktować ją jak zwykłą bajeczkę... - Wyszedłeś z ataku wilkołaka bez draśnięcia pazurem? Ja bym to nazwała niesamowitym szczęściem. - Potrząsnęła lekko różdżką, która nagle jakby się zablokowała. Valerie była zaradną kobietą i nie zamierzała robić z siebie panny, która bez zaklęcia nic nie zrobi. - Zwykle nie zadaję tego pytania przy pierwszym spotkaniu, ale... Możesz zdjąć koszulkę? - Mrugnęła wesoło do swojego pacjenta, chcąc pozostać w tej przyjemnej atmosferze i przy okazji trochę odciągnąć go od sytuacji, którą przed chwilą kazała mu wspominać. Lubiła sobie żartować i jeśli Clarke potrzebował poważnego lekarza, to źle trafił. Dostrzegła jego tęskne spojrzenie w stronę drzwi i zaplotła ręce na klatce piersiowej. - Ekhem. Bo pomyślę, że chcesz uciec. Czyli chcesz mi powiedzieć, że w ogóle nic cię nie boli i nie masz napadów duszności? Oddychasz bez problemu? Nie czujesz żadnego ucisku w klatce piersiowej, nie masz problemu z podnoszeniem się? - Dopytywała uparcie, przesuwając jedną dłonią po jego torsie, a drugą operując różdżką. Pomagała sobie jak tylko mogła, a rezultaty całkiem jej się podobały - mogła śmiało stwierdzić, że Krukon faktycznie nieźle przechodzi proces leczenia. Nie znalazła niczego niepokojącego, a to oznaczało, że czas przejść do samych rehabilitacji.
- Swoją drogą, teraz tylko pokażę ci ćwiczenia, a potem będziesz je sam wykonywał w domu. Nie musisz codziennie przychodzić do Munga, spokojnie. Tylko wpadnij jeszcze jakoś za tydzień, na ostatnią wizytę kontrolną.
Pierwsze ćwiczenie było banalnie proste i nie wymagało od Ezry niczego poza spokojnym leżeniem, oddychaniem i łagodnym uciskaniem klatki piersiowej w odpowiednich miejscach, które uzdrowicielka oczywiście mu pokazała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : X
Wiek : 21
Skąd : Preston
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 1072
Dodatkowo : prefekt fabularny
  Liczba postów : 1730
http://www.czarodzieje.org/t13332-ezra-thomas-clarke
http://www.czarodzieje.org/t13335-relki-ezry
http://www.czarodzieje.org/t13336-eureka
http://www.czarodzieje.org/t13338-ezra-clarke




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Nie Paź 15 2017, 23:04

Według niego akurat pora całego zdarzenia była dosyć istotna, właśnie ze względu na brak prawdopodobieństwa zaistnienia takiej sceny. Wiedział, że niektórym osobom ciężko przychodziło uwierzenie w tę wersję. Była to zbyt ogromna anomalia, by czarodzieje, którzy najlepiej znali wszystkie reguły i zasady magii, po prostu jej przytaknęli. Kobieta nie wyglądała jednak na taką osobę, nawet jeśli jej głos pełen był sceptyzmu, którego Ezra nie potrafił zaklasyfikować.
- Brzmi jak sensacja na siłę, ale to sama prawda - odparł więc, starając się nie przywiązywać zanadto do opinii kobiety. Ezra wiedział co widział i zdecydowanie nie należało tego wkładać między bajki o Kapturku. - Taki już się urodziłem, wieczny szczęściarz. Ale z drugiej strony wie pani, nie mam teraz żadnych dowodów ani ran bojowych, więc nawet nikogo bym na to nie wyrwał.
Ezra zaśmiał się na pytanie uzdrowicielki, a właściwie sposób, w jaki zostało zadane. Skinął głową, podciągając koszulkę i odpowiadając jej mrugnięciem.
- Już rozumiem zalety bycia medykiem z dodatkową specjalizacją rehabilitacyjną. Nawet nie jest trudno o pretekst - jeśli kobieta liczyła na potulnego pacjenta, to niestety także źle trafiła. Ezra uważał się za atrakcyjnego i nie obawiał się z tego żartować. To Valerie zaczęła!
Clarke nie chciał uzdrowicielki urazić, bo była bardzo sympatyczna i właściwie tylko to powstrzymywało go od pospieszania jej w stylu "kobieto, rób co musisz". Nikt przecież nie lubił wizyt lekarskich, prawdopodobnie i sami medycy niechętnie w szpitalu pojawiali się jako pacjenci.
- To tylko okazjonalne problemy - zaparł się Ezra, jakby na dowód biorąc głębszy oddech i, jak na złość, czując w tym samym momencie nieznaczny, ale uparty ucisk w klatce. Jak przystało na amatorskiego aktora, postarał się zapanować nad swoją mimiką, ciężko było jednak stwierdzić, czy uzdrowicielka w to uwierzyła, biorąc pod uwagę, że bezpardonowo badała go przesuwając dłonią po jego klatce i dodatkowo pomagając sobie różdżką. Czy mógł cokolwiek przed nią ukryć?
- Noo, dobrze. Może faktycznie będzie to przydatne. Na pewno nie zaszkodzi - uległ Ezra. Argument, że wcale nie będzie marnował swojego czasu na przychodzenie i robienie z siebie nie wiadomo jakiego kaleki, przypadł mu do gustu. Grzecznie więc się położył i uważnie słuchał uzdrowicielki, zapamiętując wszystkie istotne punkty. Skoro miało go postawić na nogi...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nieokreślony
Galeony : 262
  Liczba postów : 202
http://www.czarodzieje.org/t10816-czarodziejowa-poczta




Specjalny






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Pią Paź 20 2017, 18:29

Nie miała niczego złego na myśli i liczyła na to, że chłopak to zrozumie. Pokiwała głową, dalej próbując w ogóle zaakceptować myśl o ataku wilkołaka. Kojarzyła sporo mugolskich horrorów, w których ofiary kończyły rozszarpane po tego typu sytuacjach - ponad wszystko była jednak czarownicą marzącą o uzdrawianiu. Znała prawdę dotyczącą osób zarażonych likantropią, a dodatkowo zdarzało jej się spotkać osoby będące zarówno agresorami jak i jej nowymi pacjentami. Wiedziała, że sprawa jest zdecydowanie bardziej skomplikowana, a Valerie nie miała prawa nikogo oceniać. Mogła jedynie współczuć i podchodzić do wszystkiego z taktowną dozą niepewności, zachowując odrobinę dystansu.
- Wierzę, że poradzisz sobie bez ran bitewnych - odparła ze śmiechem. Posłała mu później jeszcze jeden uśmiech, ale ważniejsze było dla niej od żartowania odpowiednie podejście medyczne. - Uzdrowiciele w ogóle mają całkiem nieźle - zapewniła go, częściowo bez pokrycia, a częściowo po to, żeby po prostu obronić jakoś swój zawód. Często magomedycy byli niedoceniani przez to, że tak wiele w ich pracy zależało od magii. Tylko czy w czarodziejskim świecie jakiś zawód nie był od niej uzależniony?
Nie wzięła sobie do serca jego zapewnień, że wszystko w porządku i nieprzyjemne skutki tamtego obrażenia pojawiają się bardzo sporadycznie. Skoncentrowała się na tym, żeby pokazać mu odpowiednie ćwiczenia rehabilitacyjne, a w międzyczasie jej samopiszące pióro robiło odpowiednie zapiski. Nie zabawili w gabinecie szczególnie długo - współpraca i przyjemna atmosfera zrobiły swoje. Valerie pożegnała Ezrę z ostatnimi zaleceniami, wręczając mu zapisany pergamin z podsumowaniem rehabilitacji, a na sam koniec dorzuciła jeszcze twarde "do zobaczenia", aby nie zapomniał o ostatniej wizycie kontrolnej.

/zt x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nieokreślony
Galeony : 262
  Liczba postów : 202
http://www.czarodzieje.org/t10816-czarodziejowa-poczta




Specjalny






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Pią Paź 20 2017, 18:59

Wypadek młodej dziewczyny w Rezerwacie Smoków Walijskich wstrząsnął całym oddziałem Urazów Magizoologicznych, a właściwie większością Szpitala Świętego Munga. Niemal wszyscy znali doskonale jej ojca - Thomasa Hudsona, który pracował w szpitalu od lat, a starsi uzdrowiciele pamiętali Charlotte Hudson jako promyczek słońca, maleńką dziewczynkę, która krzątała się po oddziale za każdym razem gdy odwiedzała swojego ojca. Kilkoro uzdrowicieli z wielkim zaangażowaniem walczyło o jej życie - po kilku godzinach wytężonej pracy stan Hudsonówny wciąż był ciężki, ale udało się go ustabilizować. Było to niezwykle trudne ze względu na to, że oprócz ciężkich obrażeń spowodowanych przez smoka dziewczyna miała inne problemy natury zdrowotnej - najwidoczniej już kilka dni wcześniej złapała Lebetiusa, a na dodatek to...
Po ciężkich przeżyciach rodzice panny Hudson byli totalnie wykończeni - z racji tego, że stan dziewczyny się poprawił Thomas odesłał żoną do domu by trochę wypoczęła, a sam oczekiwał na jej chłopaka, którego wraz z żoną powiadomili listownie o wypadku. Thomasowi trudno było się pogodzić z tą całą sytuacją - zawsze marzył o tym by najstarsza córka poszła w jego ślady, a ona wybrała inną, bardzo niebezpieczna drogę i przez to niemal straciła życie. Na dodatek nieszczególnie przepadał za jej chłopakiem - widział go wprawdzie niewiele razy, ale w przeciwieństwie do Kimbry podchodził do Walkera z chłodnym dystansem - nie do końca ufał córce i obawiał się, że w związku ze swoją lekkomyślnością wybrała partnera nie do końca odpowiedzialnie. No cóż - nowa sytuacja w której Lotta miała stanąć po przebudzeniu najprawdopodobniej zweryfikuje jej związek z Williamem - szkoda tylko, że tak późno.
Hudson z niecierpliwością czekał na młodego chłopaka, chociaż bardzo żałował, że to akurat on musi przekazać mu wieści. Sprawa była bardzo delikatna, a Thomas jako człowiek pragmatyczny nie miał zbytniego doświadczenia w tego typu rozmowach - co innego powiedzieć coś takiego pacjentowi, a co innemu chłopakowi swojej rodzonej córki. Mężczyzna z trudem powstrzymywał łzy.

@William Walker
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Manchester, Wielka Brytania
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 391
Dodatkowo : legilimencja i oklumencja, prefekt fabularny
  Liczba postów : 460
http://www.czarodzieje.org/t14149-william-walker?nid=12#373965
http://www.czarodzieje.org/t14408-william-walker#381575
http://www.czarodzieje.org/t14185-william-walker
http://www.czarodzieje.org/t14184-william-walker




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Pią Paź 20 2017, 20:52

Zawsze wydawało mi się, że byłem już przyzwyczajony do tego typu sytuacji. Że potrafię się w nich zachować, odpowiednio dobrać słowa i zatrzymać w sobie zimną krew. Cóż, myliłem się.
Wychodziłem właśnie z jednej z tych popularnych kawiarni w Hogsmeade kiedy przyleciała Neglect. Złapałem list i jej podziękowałem. Zastanawiałem się przez chwilę, kto do mnie pisał. Przez głowę przeszła mi Lotta, a potem Jules. Nie, nie spodziewałem się, że nadawcą będą rodzice Lotty. Otworzyłem kopertę i jedną ręką rozłożyłem kawałek pergaminu, bo w drugiej trzymałem kubek z ciepłą kawą. List składał się z dwóch zdań. Niewiarygodne, że dwa zdania mogły wyprowadzić mnie z równowagi tak szybko. Nie zezłościłem się, nie byłem zdenerwowany. Moja kawa upadła na ziemię rozlewając się na ziemi i opryskując wszystkich dookoła. Wpatrywałem się w atrament czytając te kilka słów po raz kolejny. To, co działo się w mojej głowie, nie sposób opisać. Czułem się tak jak za ostatnim razem, tyle że jeszcze gorzej. Nie, nie byłem przyzwyczajony.
Przełknąłem ślinę i szybko oddychałem, tak jakbym miał się za chwilę udusić, jakby ktoś miał zabrać cały tlen na Ziemi.
- KURWA! – ryknąłem i było to jedyne słowo, które przeszło mi przez gardło.
Schowałem twarz w dłoniach, upadłem na kolana i rozpłakałem się jak małe dziecko (całe szczęście jakiś przechodzień wcześniej rzucił zaklęcie czyszczące). Chaos, tym się stałem. Nie pamiętam kiedy ostatni raz łzy wylały się ze mnie w takiej ilości. Nie myślałem nawet o tym, że miałem rację, obawiając się jej pracy. Liczyło się tylko to, że moje koszmary właśnie ujrzały rzeczywistość.
Dla mnie powód tej tragedii był jasny – moje przekleństwo. Chciałem być egoistą, musiałem zapłacić. Byłem pewien, że ją stracę. Że kolejna najważniejsza osoba w moim życiu uda się na łono Abrahama. Żal, cierpienie, smutek, te emocje rozrywały mnie od środka. Czułem jakby moja dusza rozpadła się na milion kawałków, tak jak pęka lustro, jak roztrzaskuje się lód.
Ostatnia łza spłynęła po moim policzku, byłem pusty. Otarłem policzki, musiałem ją zobaczyć. Musiałem pojechać do szpitala. Bałem się co tam zastanę, tak cholernie się bałem. A jeśli się spóźnię? Nie czekając dłużej, nie zważając na zakłócenia magii, na podwyższone ryzyko rozszczepienia, teleportowałem się do szpitala. Cudem nic się nie stało, całe szczęście.
Przekroczyłem próg gmachu św. Munga, w reakcji na jasne światło zmrużyłem oczy, wciąż czerwone od łez . Wszedłem do izby przyjęć i rzuciłem nazwisko, by wskazali mi drogę. Mogłem się domyślić, gdzie leży dziewczyna mojego życia, ale byłem załamany, nie miałem do tego głowy.
Udałem się (niemal biegiem) na drugie piętro, na oddział urazów magiozoologicznych. Wpadłem na korytarz i od razu dostrzegłem postawnego mężczyznę, ojca Lotty. Przełknąłem ślinę i stanąłem z nim twarzą w twarz. Nie umknęły mojej uwadze łzy w oczach Thomasa. Cholera, sprawa musiała być naprawdę poważna. Czyżby moje najgorsze obawy miały się potwierdzić? W takich sytuacjach słowa „nie zakładaj niczego z góry” były kluczowe. Szkoda tylko, że były kompletnie bezsensowne. W walce z takimi emocjami człowiek zawsze przegra. Zawsze będzie się zamartwiał i zakładał to najgorsze.
- Co się dokładnie stało? – koniec, nie było odwrotu, zadałem to pytanie, mój głos był spokojny – piękna iluzja, zupełnie odwrotna do tego co działo się w moim wnętrzu
Nie chciałem usłyszeć odpowiedzi. Chciałem, żeby teraz wyskoczył ktoś z kamerą i krzyknął, że zostałem ofiarą okrutnego pranku, a potem podpisać czek na sto galeonów. Nie stało się jednak nic takiego. Za chwilę, za kilka sekund miałem się dowiedzieć, czy moja ukochana, w ogóle jeszcze żyje, czy kiedykolwiek będę z nią jeszcze rozmawiał. Czy będę obchodził dwie rocznice śmierci dzień po dniu? Dzisiaj Lotty, a jutro moich rodziców. Los bywał okrutny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nieokreślony
Galeony : 262
  Liczba postów : 202
http://www.czarodzieje.org/t10816-czarodziejowa-poczta




Specjalny






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Sob Paź 21 2017, 15:10

Gdy Walker pojawił się na miejscu nawet nie przywitał się z ojcem Lotty, na co ten od razu zwrócił uwagę - wprawdzie sytuacja była poważna, ale Thomas miał dość sztywne zasady i trudno ukryć, że starał się w partnerze swojej córki odnaleźć na siłę jakieś wady. Po za tym Hudsona dziwiła postawa młodego mężczyzny, który był wręcz nad wyraz spokojny. Miał może lekko zaczerwienione oczy, ale poza tym wyglądał jakby nieszczególnie przejął się tym wszystkim - oczywiście nie była to prawda i osoba bardziej empatyczna jak na przykład Kimbra od razu zorientowałaby się, że William mocno to przeżywa, Thomas jednakże nieszczególnie był zainteresowany wewnętrznymi przeżyciami nastolatka.
- Wydobrzeje - powiedział sztywno wpatrując się w młodszego mężczyznę - Zaburzenia magii zablokowały jej różdżkę w czasie unieszkodliwiania smoka, nie była w stanie się obronić. Jest mocno poparzona i poraniona...
Thomas zawahał się - nie wezwał Walkera, żeby opowiadać o obrażeniach córki, ani nawet o jej chorobie. Głównym powodem ich spotkania była wieść, która kilkadziesiąt minut temu zrujnowała obecny światopogląd Hudsona, który nie mógł uwierzyć, że jego córka na zawsze przestała być małą dziewczynką.
- Williamie - powiedział sztywno wpatrując się w Krukona - Podczas badania Charlotte okazało się, że moja córka od dwóch miesięcy nosi w sobie dziecko.
Chociaż Hudson ukrywał to w sobie był wściekły na Walkera, ale również trochę na swoją córkę. Liczył, że Charlotte będzie miała wspaniałą przyszłość i wielką karierę, a teraz zaszłą w ciążę... Mężczyzna był niemal pewien, że córka zmarnuje wszystkie swoje wysiłki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Manchester, Wielka Brytania
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 391
Dodatkowo : legilimencja i oklumencja, prefekt fabularny
  Liczba postów : 460
http://www.czarodzieje.org/t14149-william-walker?nid=12#373965
http://www.czarodzieje.org/t14408-william-walker#381575
http://www.czarodzieje.org/t14185-william-walker
http://www.czarodzieje.org/t14184-william-walker




Gracz






PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   Pon Paź 23 2017, 22:04

Czasami miałem za złe temu komuś kto nami wszystkimi rządził, że życie jest tak niesprawiedliwe. Swego czasu potrafiłem krzyczeć w eter tylko po to żeby zagłuszyć ból i cierpienie, żeby przestać na chwilę istnieć. Byłem wtedy małym chłopcem, który nie potrafił sobie poradzić ze stratą. Potem nauczyłem się przekształcać ból w obojętność. Zakładałem codziennie tę cholerną maskę. Uczyłem się i zatracałem w alkoholu żeby tylko nie musieć myśleć. Oczywiście, że nie było to dobre. Zamiast znaleźć kogoś, kto by mi pomógł, ja antagonizowałem każdą osobę, która napatoczyła się na mojej drodze. Upatrzyłem sobie zostanie aurorem, zwalczanie zła, które poniekąd mnie tak zniszczyło. Co dzień tworzyłem piękną iluzję szkolnego dupka, który ma w nosie cały świat, a w międzyczasie obserwowałem jak życie ciągle, nieprzerwanie się toczy i po prostu trwa, bez względu na wszystko. A potem w moim życiu pojawiła się Lotta. Dziewczyna, którą zraniłem wiele razy, a ona jak głupia przy mnie została i sprawiła, że odżyłem. Nadal byłem bezwzględnym chamem dla innych, ale uczyłem się. Przy niej, jakbym był z powrotem tym małym chłopcem, który nie wiedział co go czeka w przyszłości. W takich chwilach jak ta, ta cała „zmiana” przestawała istnieć. Ponownie chciałem przytłumić ból i obezwładniający smutek, który sięgał wszystkich granic mojego umysłu, otaczając go ciemnością tak nieprzeniknioną, że nawet najjaśniejsze światło nie było w stanie jej rozproszyć. Nie interesowały mnie sztywne zasady pana Hudson. Prawdę mówiąc, on cały mnie nie interesował, a już na pewno nie w tej chwili. Liczyła się tylko Lotta i nikt inny na świecie nie był dla mnie tak ważną istotą jak dziewczyna, która leżała nieprzytomna za jednymi drzwiami.
Patrzyłem twardo przed siebie i udawałem. Udawałem tak jak robiłem to przez dziewiętnaście lat mojego życia. Nie trudno powrócić do rutyny, która pozwalała przeżyć dzień po dniu przez niemal całe życie. Bezład w głowie odrzuciłem na dalszy plan czekając w napięciu na wieści o drobnej dziewczynie.
Nie powiem, że mi nie ulżyło. Pierwsze słowa, które padły z ust Hudsona, nieco mnie uspokoiły. „Wydobrzeje”, słowo odbijało się echem w mojej głowie, sprawiając, że supeł na moim żołądku nieco zelżał, by zaraz znów się zacisnąć ze zdwojoną siłą. Zacisnąłem pięści i wbiłem pozornie krótkie paznokcie w skórę, kiedy usłyszałem „jest mocno poparzona i poraniona”. Nie chciałem mówić tych idiotycznych słów, które miały przyznać rację mojej ogólnej niechęci do pracy Lotty, którą akceptowałem tylko ze względu na wkładane przez nią serce. Nie w tym rzecz. Miałem ochotę złapać wszystkich za to odpowiedzialnych i sprawić żeby pożałowali, żeby zapłacili. Mimo, że w moim wnętrzu się aż gotowało, moja twarz wciąż pozostawała nieprzenikniona.
- Rozumiem... – powiedziałem tylko.
Nie specjalnie odpowiadało mi, że to z ojcem dziewczyny przyszło mi rozmawiać. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że mężczyzna za mną nie przepada. Zresztą z wzajemnością. Zamierzałem jednak utrzymywać z nim względnie dobre stosunki, ze względu na Lottę. Nie podejrzewałem, że nie miałem na to żadnych szans. Informacja, która padła z ust Hudsona wstrząsnęła mną tak bardzo, że jeżeli można było mówić o wcześniejszym uporządkowaniu myśli, w niewielkim stopniu, ale jednak, to w tej chwili w mojej głowie ktoś rzucił bombardę. Kilka słów wywróciło cały mój świat do góry nogami, obróciło o trzysta osiemdziesiąt stopni i sprawiło, że zacząłem wierzyć w świętego Mikołaja, który rozdaje mugolskim dzieciom prezenty. Nie potrafiłem sobie uświadomić co to wszystko znaczy, dla mnie, dla Lotty, dla wszystkich. Słowa Thomasa docierały do mnie z każdą kolejną chwilą coraz bardziej, a głód nikotynowy dopadł mnie z taką siłą, że poczułem się jakby ktoś zwalał mnie z nóg. Nigdy wcześniej nie rozmawiałem z Lottą o dzieciach. Prawdę mówiąc, może pojawiła się w mojej głowie jedna, pojedyncza myśl, ale nigdy nie brałem tego całkiem poważnie. Byliśmy młodzi, czy nie „zbyt młodzi”? Dotknęła mnie odpowiedzialność tak potężna, że nie wiedziałem co mam zrobić. Wiedziałem, że Hudson obserwuje moją reakcję, z fasady było tylko widać jak gorączkowo myślałem, że moje myśli pędziły bez zatrzymywania się. Mijała jedna sekunda, potem druga i kolejna, a ja nie miałem pojęcia co powiedzieć. Po raz pierwszy w życiu zatkało mnie tak bardzo, że przez bitą minutę próbowałem skleić jedno zdanie, które w końcu wyszło z moich ust.
- Gratuluję, będzie pan dziadkiem.
Prawdopodobnie przekreśliłem tym zdaniem całą resztę tych pozornie dobrych odczuć względem mojej osoby Thomasa Hudsona. Patrzyłem na niego twardo, w moich oczach było widać ślad wyzwania, w każdym razie nie odwróciłem oczu i zmierzyłem się z tym co teraz mnie czekało. Skoro Lotta miała w swoim łonie dziecko, było ono także moje, co do tego nie miałem wątpliwości. W tej chwili zrozumiałem, że dziewczyna już zawsze będzie dla mnie tą najważniejszą osobą, jaka kiedykolwiek pojawiła się w moim życiu, a zaraz za nią dziecko. Nasze dziecko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Urazy Magizoologiczne   

Powrót do góry Go down
 

Urazy Magizoologiczne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Magiczne choroby i urazy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
londyn
 :: 
szpital sw.munga
-